Gloria victis. Lektura z opracowaniem - Eliza Orzeszkowa

Kup ebooka

4.99 zł

-
Proszę czekać

Glo­ria vic­tis

(r. 1863)

Le­ciał wiatr świa­tem cie­kawy, nie­spo­kojny, słu­chał gwa­rzeń, opo­wia­dań wód, zbóż, kwia­tów po­lnych, drzew przy­droż­nych i - szu­miał. Szu­miał o wszyst­kim, co wi­dział, co sły­szał na sze­ro­kim, wiel­kim, na prze­dziw­nym świe­cie i le­ciał, aż przy­le­ciał do kra­iny, w wody, trawy i drzewa bo­ga­tej, która na­zywa się Po­le­sie ­li­tew­skie1.

Hej, prze­stwo­rza wolne, prze­stwo­rza roz­ło­ży­ste wia­trowi pręd­kiemu na rów­ni­nach, co skraje nie­bios do­koła pod­pie­rają bez prze­szkód, bez za­słon. Nie ude­rzy się tu wiatr prędki o żadną górę ani o ża­den pa­gó­rek, nie po­wstrzyma lotu jego żadne wy­so­kie mia­sto i chyba tylko las przed nim sta­nie z ob­li­czem ciem­nym i nad łą­kami bez­kre­snymi, nad roz­la­nymi po nich wo­dami za­szep­cze słowo: ta­jem­nica!

Ale dla wia­tru las ta­jem­nic nie ma. Są to dwaj przy­ja­ciele. Prze­nika wiatr le­śne gę­stwiny od skraju do skraju i one mu wszystko, co wi­działy, sły­szały, opo­wia­dają. Prze­ni­kają się wza­jem­nie i w noce gwiaź­dzi­ste, w dnie od śniegu białe, w wie­czory je­sienne od chmur po­sępne, od desz­czu szem­rzące, wiodą ze sobą dłu­gie przy­ja­ciół roz­mowy.

Le­ciał tedy wiatr nad Po­le­siem, gdy let­nie słońce miało się ku za­cho­dowi i w bla­sku jego smółki2 na łą­kach stały za­ru­mie­nione jak zo­rze, a wody ob­le­kały się w barwy tę­czowe. Na wo­dach w szyby wie­lo­ra­mienne, w strugi le­niwe roz­la­nych ja­śniały fio­let, pur­pura i złoto, a nad nimi, w po­wie­trzu, roz­po­ście­rała się ci­sza błę­kitna, głę­boka.

Wiatr ci­szy nie mą­cił, al­bo­wiem nie był z wia­trów ta­kich, co grzmią i hu­czą, wstrzą­sają i oba­lają, ale z ta­kich, co ko­chają świat. La­tał po świe­cie, ażeby zbie­rać jego prawdy i ba­śnie, mi­nione dzieje, wy­ro­nione jęki, echa sta­cza­nych walk, ażeby zbie­rać pyłki jego na­dziei, żużle jego ża­lów, tony jego pie­śni i nieść je w prze­strzeń, w dal, w czas, w pa­mięci, w serca...

Prze­le­ciał wiatr prędki nad łą­kami roz­le­głymi, ła­godną piesz­czotą mu­ska­jąc w lo­cie ru­miane smółki i czer­wone szcza­wie, ła­godną swa­wolą w drobne fale marsz­cząc tę­czowe wód po­wierzch­nie, aż roz­wi­nęła się przed nim wstęga wody wcale3 niż tamte in­nej, ci­cho sto­ją­cej w ko­ry­cie rę­koma ludz­kimi wy­żło­bio­nym.

Wie­dział wiatr, co to za woda i jak się na­zywa. Przed po­łową stu­le­cia tu był i wie­dział, że jest to Ka­nał Kró­lew­ski4. Hej, hej, ten pa­sek wody bla­do­błę­kit­nej, sen­nej, ja­każ mu to prze­szkoda!

Za­nim mo­tyl zdo­łał wzbić się z przy­brzeż­nej trawy na szczyt situ5, u któ­rego zwi­nął do snu po­zła­cane skrzy­dła, wiatr prze­le­ciał nad Kró­lew­skim Ka­na­łem i oko w oko spo­tkał się z roz­to­czo­nym jak wzro­kiem się­gnąć, wy­so­ko­pien­nym, cie­ni­stym, prze­zro­czy­stym la­sem. Od­kąd tu był, pół stu­le­cia upły­nęło, jed­nak po­znał przy­ja­ciela.

- Jak się masz? - za­dmu­chał we­soło.

Las w od­po­wie­dzi za­szu­miał:

- Wi­taj, miły la­taw­cze!

I wle­ciał wiatr do lasu ura­do­wany, zwinny, prze­la­ty­wał wśród świer­ków, brzóz, olch, dę­bów, ra­mio­nami owi­ja­jąc pnie sta­rych przy­ja­ciół i skrzy­dłami na ich ko­na­rach skła­da­jąc po­ca­łunki przy­wi­talne.

- Jak się ma­cie? - szem­rał i szep­tał. - Co­ście przez czas ten wi­działy, sły­szały? Co się tu u was, do­koła was działo, sta­wało?

A stare świerki, dęby, brzozy roz­ło­ży­ste, ra­mio­nami po­wie­wa­jąc, od­po­wia­dały:

- Działy się tu i sta­wały rze­czy dziwne, rze­czy gło­śne, dzwo­niące, pła­czące, roz­le­ga­jące się krzy­kami, ję­kami...

- Co, co, co się działo? Ja­kie, ja­kie, ja­kie rze­czy? - z szyb­ko­ścią nie­zmierną szu­miał, py­tał wiatr, gdyż po to tylko ist­niał, aby dzieje ziem­skie zbie­rać i po ziemi je roz­no­sić albo na­wet nie­kiedy pod samo niebo wzno­sić i niebu po­ka­zy­wać.

Po le­sie błą­kały się świa­tła za­cho­dzą­cego słońca, w sze­ro­kie, złote pasy ubie­ra­jąc pnie drzew sta­rych, na mchach i pa­pro­ciach mi­go­cząc mnó­stwem iskier, w roz­kwi­tłych ró­żach dzi­kich za­pa­la­jąc ru­bi­nowe serca.

Róż dzi­kich, traw, pa­proci pełna była po­lana bar­dzo roz­le­gła, wy­nio­słymi drze­wami ze­wsząd oto­czona, na którą wiatr wle­ciał i wnet po niej uwi­jać się po­czął z szyb­ko­ścią nad­zwy­czajną, wzno­sząc się i opa­da­jąc, ba­da­jąc, szu­ka­jąc, na różne tony szu­miąc:

- Co się tu działo? Co się tu, na tej po­la­nie, działo? Coś oso­bli­wego, coś nad­co­dzien­nego dziać się tu mu­siało! Czuję krew! O! długo, przed­ługo zie­mia wy­daje z sie­bie woń krwi swych dzieci, lu­dzi! Sły­szę jęki! O, długo, przed­ługo po­wie­trze trzyma pod ob­li­czem nieba jęki dzieci jego, lu­dzi! Tu był bój ja­kiś i tu były zgony! Tu były rany, tę­tenty koni, krzyki! Mów­cie, drzewa ko­chane, opo­wia­daj­cie, mów­cie!

Drzewa mil­czały, tylko po ich ga­łę­ziach prze­biegł dreszcz lekki, krótki, jakby z zimna na­głego po­wstały, co dziwne było w ten cie­pły dzień letni.

A wła­śnie w tej chwili wiatr z gwał­tow­no­ścią u niego nie­zwy­kłą, z szu­mem na­mięt­nym za­py­ty­wać po­czął:

- A toż co? A to co jest ta­kiego? Tego na­tura nie uczy­niła! To uczy­niły ręce ludz­kie? Tu ni­g­dzie na­tura pa­gór­ków nie usy­py­wała! Ten usy­pany jest przez lu­dzi! Kto? Po co? Dla­czego? A tenże krzy­żyk na pa­górku, wśród li­lio­wych dzwon­ków, Boże, jak mały, pro­sty, biedny! - Co zna­czy? Mów­cie, drzewa, o mów­cie, bła­gam!

Wtedy dąb wy­nio­sły i silny, któ­remu kępa zwi­sa­ją­cych w dół ga­łęzi czy­niła brodę długą, brzoza wy­smu­kła i cała w dłu­gich, ku ziemi opa­da­ją­cych war­ko­czach, świerk wy­pro­sto­wany, w heł­mie z iglicą strze­li­stą na szczy­cie, od­po­wie­dzieli chó­rem przy­ci­szo­nym szu­mów:

- To jest mo­giła!

- Taka wielka, taka wielka, taka wielka mo­giła! - za­dzi­wił się wiatr.

Brzoza wes­tchnęła:

- A krzy­żyk tak mały!

A dąb za­ga­dał:

- Śpi w niej wiele serc męż­nych, spa­lo­nych na oł­ta­rzu...

- Wiele serc, a krzy­żyk je­den - za­dzi­wił się znowu wiatr.

A brzoza znowu wes­tchnęła:

- I taki mały, biedny!

Wy­pro­sto­wany świerk po­trzą­snął heł­mem zdob­nym w strze­li­stą iglicę i prze­mó­wił:

- Jam naj­wyż­szy w tym le­sie, naj­da­lej wi­dzę, wiem: są na ziemi bo­ha­te­rzy wień­czeni i nie wień­czeni, ma­jący po­mniki i ich nie ­ma­jący6.

Na­boż­nie wiatr wy­szep­tał py­ta­nie:

- Je­stże to mo­giła bo­ha­te­rów?

- Bez­i­mien­nych - od­po­wie­dział świerk.

A dzwonki li­liowe, gę­sto do­koła krzy­żyka ro­snące, ci­cho za­dzwo­niły:

- Po­mar­łych młodo, młodo...

- I w mę­kach - szep­nęła róża dzika u szczytu pa­górka ro­snąca, przy czym od ru­bi­no­wego serca swego ode­rwała pła­tek je­den i na pa­gó­rek go rzu­ciła.

Upadł pła­tek do mo­tyla po­dobny na trawy wy­so­kie, a róża wes­tchnęła:

- Ja jedna kwiaty na tę mo­giłę rzu­cam. Co lata, od pół stu­le­cia pra­wie, rzu­cam na nią wonne płatki moje, ja jedna!

Tu znowu ode­zwały się dzwonki li­liowe:

- A my dzwo­nimy pa­cierz ża­łobny. Co lato, od pół stu­le­cia pra­wie, wy­dzwa­niamy nad tą mo­giłą pa­cierz ża­łobny... my jedne!

Wtedy wiatr prędki po­ło­żył się na pa­górku mo­gil­nym, znie­ru­cho­miał. Lu­dzie wi­dzieć by go nie mo­gli, lecz drzewa, trawy, kwiaty wi­działy.

Ciało jego prze­zro­czy­ste, po­wiewne, z krysz­tału i szronu utka­ne, wy­dłu­żyło się na pa­górku w skrę­tach wę­żo­wych i ty­sią­cem zło­tych od­bić za­świe­ciły w nim bla­ski za­cho­dzą­cego słońca. Świe­ciły i mi­go­tały błysz­czące od­bi­cia te w skrzy­dłach jego ogrom­nych, które jak fale płyn­nego krysz­tału opa­dły na trawy po­lany, we wło­sach jego, które jak pa­ję­cza tkań ze szronu roz­po­starły się nad po­laną, w ra­mio­nach jego, które jak krysz­ta­łowe ko­lumny wzno­siły się ku drze­wom, gdy w po­wie­trzu pły­nęło szem­ra­nie bła­galne, ci­che.

- Mów­cie, o, sta­rzy wia­tru pręd­kiego przy­ja­ciele! Wy, co przez wieki miesz­ka­cie w świą­tyni du­ma­nia i czo­łami nie­bo­tycz­nymi pod­pie­ra­cie stropy sa­motni nie­skoń­czo­nych, za­my­śleni świad­ko­wie dzie­jów ziemi, ty­siąc­o­ustni a mil­czący stróże mo­gił le­śnych, bez­i­mien­nych, za­po­mnia­nych, nie­uczczo­nych, wy­śpie­waj­cie mi o tej mo­gile strofę ży­cia i strofę śmierci, abym mógł unieść ją pod niebo i po­ka­zać niebu, a po­tem nieść nad zie­mią w prze­strzeń, w dal, w czas, w pa­mięci, w serca...

1 Po­le­sie li­tew­skie - frag­ment Po­le­sia (kra­iny geo­gra­ficz­nej i hi­sto­rycz­nej w po­łu­dniowo-za­chod­niej czę­ści Niżu Środ­ko­wo­eu­ro­pej­skiego), obec­nie na te­re­nie Bia­ło­rusi i Li­twy; współ­cze­śnie na­zwa nie jest uży­wana.

2 smółka (dawn.) - tu w zna­cze­niu: fir­letka, kwiat łą­kowy o bar­wie ­ró­żo­wej lub fio­le­to­wej.

3 wcale - tu w zna­cze­niu: cał­kiem, zu­peł­nie.

4 Ka­nał Kró­lew­ski - obec­nie Ka­nał Dniepr-Bug (na te­re­nie Bia­ło­rusi w ob­wo­dzie brze­skim), łą­czący Dniepr z Wi­słą, umoż­li­wia­jący po­łą­cze­nie mię­dzy Mo­rzem Bał­tyc­kim a Mo­rzem Czar­nym, zbu­do­wany w la­tach 1775-1784, roz­bu­do­wany w la­tach 1846-1848.

5 sit - si­to­wie, ro­dzaj przy­brzeż­nych ro­ślin ziemno-wod­nych.

6 nie ma­jący - obec­nie za­leca się pi­sow­nię łączną imie­sło­wów przy­miot­ni­ko­wych z par­ty­kułą 'nie', tj. nie­ma­jący.

Pro­ble­ma­tyka

Glo­ria vic­tis zo­stało opu­bli­ko­wane w zbio­rze no­wel i opo­wia­dań pod tym sa­mym ty­tu­łem w 1910 roku. Eliza Orzesz­kowa po­wraca w nim do te­ma­tyki zwią­za­nej z po­wsta­niem stycz­nio­wym bli­sko 50 lat po jego upadku, po­nie­waż z per­spek­tywy au­torki pa­mięć o tym wy­da­rze­niu za­ciera się w spo­łe­czeń­stwie, zwłasz­cza wśród mło­dzieży, pod­da­nej in­ten­syw­nej ru­sy­fi­ka­cji. Pu­bli­ka­cja opo­wia­dań do­ty­czą­cych po­wsta­nia była moż­liwa dzięki zła­go­dze­niu cen­zury po re­wo­lu­cji 1905 roku. W ty­tu­ło­wym opo­wia­da­niu Orzesz­kowa nie do­ko­nuje oceny po­wsta­nia z po­li­tycz­nego czy hi­sto­rycz­nego punktu wi­dze­nia. Kon­cen­truje się na bo­ha­te­rach, uczest­ni­kach walk i tym, jak po­wsta­nie wpły­nęło na ich losy oraz ich ro­dziny.

Naj­istot­niej­sza dla au­torki jest pa­mięć o po­wsta­niu. O wy­da­rze­niach z 1863 roku opo­wia­dają drzewa, po­nie­waż tylko one pa­mię­tają o po­wsta­niu i jego uczest­ni­kach. Mo­giła po­wstań­ców, jak i całe po­wsta­nie, zo­stały za­po­mniane przez lu­dzi. Orzesz­kowa przy­wo­łuje pa­mięć o tym wy­da­rze­niu, o ofia­rach, ja­kie po­nie­śli jego uczest­nicy, o wpły­wie, ja­kie miało ono na ich ro­dziny. Taki sens ma też okrzyk wia­tru, nie­siony da­lej: glo­ria vic­tis - chwała bo­ha­te­rom. Cię­żar opo­wie­ści zo­staje prze­nie­siony z lu­dzi na per­so­ni­fi­ko­wane ele­menty przy­rody: wiatr i drzewa, które stają się straż­ni­kami pa­mięci o po­wsta­niu. Przy­roda jest bar­dziej em­pa­tyczna i wraż­liwa niż lu­dzie, któ­rzy ska­zali mo­giłę na za­po­mnie­nie. Dla­tego też pa­mięć o tym wy­da­rze­niu po­nie­sie da­lej wiatr, w Glo­ria vic­tis nie znaj­dziemy po­krze­pia­ją­cych czy edu­ka­cyj­nych tre­ści, je­dy­nie apel o pa­mięć.

Ko­lejną istotną kwe­stią jest bo­ha­ter­stwo. Każda z po­staci - gen. Trau­gutt, Jag­min i Ma­ryś - wy­ka­zuje się mę­stwem. Trau­gutt jest do­wódcą, który zo­staje ze swo­imi żoł­nie­rzami do końca, po­dej­muje trudne de­cy­zje i bie­rze za nie od­po­wie­dzial­ność. Jag­min jest jakby stwo­rzony do walki - od­ważny, od­po­wie­dzialny, zdy­scy­pli­no­wany, go­towy pójść za do­wódcą w ogień. Dla po­wsta­nia po­rzuca swoją przy­szłość, prze­kła­da­jąc walkę za oj­czy­znę nad mi­łość do Anieli. Ma­ryś, choć bar­dzo do­brze ra­dzi so­bie na polu walki, ma zu­peł­nie inne pre­dys­po­zy­cje i skłon­no­ści. Po­rzuca ma­rze­nia o na­uce i edu­ko­wa­niu naj­uboż­szych dzieci i choć ma etyczne i mo­ralne za­strze­że­nia wo­bec wojny, nie wi­dzi in­nego roz­wią­za­nia, jak chwy­cić za broń, na­wet wbrew swoim prze­ko­na­niom. Od­działy po­wstań­cze wal­czą do sa­mego końca, na­wet kiedy wie­dzą, że nie mają szans na zwy­cię­stwo. Byli go­towi do naj­więk­szych po­świę­ceń w imię oj­czy­zny - i dla­tego nie po­winni odejść w za­po­mnie­nie.

Orzesz­kowa nie glo­ry­fi­kuje po­wsta­nia ani walki zbroj­nej w ogóle, co wi­dać zwłasz­cza w roz­mo­wach Jag­mina i Ma­ry­sia. Ma­ryś do­strzega bez­sens cier­pie­nia, wy­wo­ła­nego wojną, za­równo po stro­nie ofiar, jak i agre­so­rów. To cier­pie­nie, które w efek­cie nie przy­nosi nic do­brego. Ma­rzy o świe­cie, w któ­rym walka nie bę­dzie ko­niecz­no­ścią, ale jest świa­dom, że ra­czej nie wy­da­rzy się to za jego ży­cia. Glo­ria vic­tis nie ma na celu za­chę­ca­nia do walki, jak utwory ro­man­tyczne w du­chu tyr­tej­skim, czy roz­li­cza­nia się z po­wsta­niem stycz­nio­wym, jak czę­sto czy­nili to po­zy­ty­wi­ści. Z per­spek­tywy przed­sta­wio­nej w utwo­rze po­wsta­nie było ko­niecz­no­ścią, a nie ka­pry­sem wą­skiej garstki osób. Au­torce za­leży na za­cho­wa­niu pa­mięci o wy­da­rze­niu i jego bo­ha­te­rach, któ­rzy wy­ka­zali się mę­stwem, a po­świę­cili wszystko, co mo­gli. Liczne po­rów­na­nia wal­czą­cych do an­tycz­nych bo­ha­te­rów mają na celu uwznio­śle­nie po­wsta­nia stycz­nio­wego i jego żoł­nie­rzy.

W Glo­ria vic­tis Orzesz­kowa sięga po środki wy­razu bliż­sze po­etyce mło­do­pol­skiej niż po­zy­ty­wi­stycz­nej. Na­leżą do nich li­ryzm, na­stro­jo­wość, pa­te­tyczny ję­zyk, su­ge­stywne opisy przy­rody oraz dy­na­mika nar­ra­cji, pro­wa­dzo­nej przez ko­lejne drzewa, ujaw­nia­jące w opo­wie­ści silne emo­cje. Prze­nie­sie­nie opo­wie­ści do świata przy­rody i zmiana per­spek­tywy nar­ra­cyj­nej dają w efek­cie opisy o du­żym na­tę­że­niu emo­cjo­nal­nym. W opo­wia­da­niu po­ja­wiają się ele­menty mowy ezo­po­wej - cho­ciaż cen­zura w 1910 roku była znacz­nie ła­god­niej­sza, co po­zwo­liło au­torce na pu­bli­ka­cję zbioru po­świę­co­nego po­wsta­niu stycz­nio­wemu, to nie wszyst­kie in­for­ma­cje zo­stały po­dane bez­po­śred­nio, np. po­wstańcy zo­stają opi­sani po­przez ko­lor i krój cza­pek mun­du­ro­wych.

Glo­ria vic­tis - naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje!

opo­wia­da­nie opu­bli­ko­wane w zbio­rze pod tym sa­mym ty­tu­łem w 1910 r. czas ak­cji: maj 1863 roku (epi­zod z po­wsta­nia stycz­nio­wego) oraz wiele lat po po­wsta­niu (czas, w któ­rym drzewa snują opo­wieść) miej­sce ak­cji: Po­le­sie li­tew­skie, oko­lice Ka­nału Kró­lew­skiego nar­ra­tor trze­cio­oso­bowy, wszyst­ko­wie­dzący; nar­ra­cję o po­wsta­niu pro­wa­dzą drzewa pa­mięć o po­wsta­niu stycz­nio­wym i bo­ha­ter­stwie wal­czą­cych glo­ria vic­tis: chwała po­ko­na­nym; an­ty­teza an­tycz­nej sen­ten­cji vae vic­tis (biada po­ko­na­nym)

Naj­waż­niej­sze po­ję­cia:

per­so­ni­fi­ka­cja: przy­pi­sy­wa­nie przed­mio­tom, zja­wi­skom, po­ję­ciom abs­trak­cyj­nym cech ludz­kich pa­tos: ton lub styl mó­wie­nia pod­kre­śla­jący wznio­słość i mo­nu­men­tal­ność te­matu lub szcze­gól­nie ak­cen­tu­jący wa­lory emo­cjo­nalne an­ty­teza: ze­sta­wie­nie dwóch opo­zy­cyj­nych zna­cze­niowo ele­men­tów; kon­trast zna­cze­niowy zo­staje uwy­pu­klony po­przez pa­ra­le­lizm skła­dniowy (vae vic­tis - glo­ria vic­tis; biada bo­ha­te­rom - chwała bo­ha­te­rom) mowa ezo­powa (ję­zyk ezo­powy): for­mu­ło­wa­nie prze­kazu w taki spo­sób, żeby jego zna­cze­nie było ukryte, nie­bez­po­śred­nie