1. Filozofia Lema1
Oto słowa Stanisława Lema, wypowiedziane kiedyś mimochodem:
Panowie (i panie, należałoby dodać poza literackim kontekstem - P.O.), wskutek braku czasu i niesprzyjających okoliczności większość ludzi schodzi z tego świata, nie zastanowiwszy się nad nim2.
Lem zszedł - zastanowiwszy się, to rzecz bezdyskusyjna. Nikt chyba inny w jego epoce nie poświęcił tyle wieloaspektowej uwagi światu: światu jako całości, a uwagi przekutej w przenikliwe wersety. Stawia go to w jednym szeregu z Janem Pawłem II, Kotarbińskim, Leśmianem, Miłoszem czy Piłsudskim - o których pisarz wyrażał się z najwyższą atencją. W jego osobie straciliśmy jednego z największych Polaków XX wieku.
1.
Dzieło Stanisława Lema to ponad 40 książek, przetłumaczonych na ponad 40 języków w nakładzie ponad 40 mln egzemplarzy - co daje mu bezspornie tytuł najbardziej znanego na świecie polskiego pisarza. O prawdziwej wielkości Lema przesądza jednak jego myśl - solidny pogląd na świat. Inaczej mówiąc: o jego randze stanowi oryginalna i poruszająca filozofia - formułowana w prozie dyskursywnej, a odbita w beletrystyce.
Zastanawiające jest, że skąpiło się i skąpi Lemowi w Polsce miana filozofa. Tym bardziej, że pisarzowi zależało na tym określeniu - nobilitowało go ono, a przede wszystkim legitymizowało jego zupełnie wyjątkowy w naszej literaturze przypadek; scalało rozmaite jego dokonania, czyniąc je nieprzypadkowymi. Za filozofa uznali go wpierw Niemcy i Rosjanie, włączając po prostu hasło "Lem" do swoich słowników filozoficznych. U nas od pewnego czasu nazywa go tak Jerzy Jarzębski. Z licznych laudacji ku czci zmarłego i z jego nekrologów wynika jednak, że Polacy jak ognia boją się określać Lema tym epitetem3. Dlaczego?
Oprócz "wybitny pisarz", zwykle pojawia się w wypowiedziach o Lemie słowo "myśliciel" - wyraźnie niebędące jednak synonimem terminu "filozof". Ale kto to taki myśliciel - quasi-filozof, myślący pisarz? Sprawa nie jest jasna. Można by pomyśleć, że wstrzemięźliwość w tytułowaniu wypływa tu wprost z intelektualnej asekuracji: z trudności w zreferowaniu filozoficznych poglądów Lema. Lecz to nieprawda. Każdy, kto Lema uważnie czytał, wie z grubsza, jakie są jego poglądy. I to właśnie, jak sądzę, jest przyczyną owej powściągliwości "lemologów" i "lemofilów". Lem mówi bowiem rzeczy dziwne, obce jakieś; "niefilozoficzne", bo niezgodne z duchem naszych czasów.
2.
Stawiano mi wielokrotnie - wiedząc, czyją twórczością się zajmuję - proste niby pytanie, które zawsze przyprawiało mnie o konfuzję: dlaczego Lem jest filozofem? To znaczy: po czym poznać, że jest? Odpowiadałem krótko i życzliwie, że jest nim, gdyż merytorycznie dyskutuje w swych książkach z największymi w tym fachu: z Platonem, Arystotelesem, św. Augustynem, Leibnizem, Kantem, Heglem czy Marksem. Chociaż zwykle nie wywołuje ich imiennie, treść polemik dobitnie świadczy o tym, z którym z nich wiedzie spór.
I tak, z Platonem spiera się w kwestii genezy świata (jako ewolucjonista), a także uniwersaliów czy istoty państwa. Z Arystotelesem polemizuje w kwestii celowości przyrody (Lema dysteleologizm). Odrzuca św. Augustyna prywatywną koncepcję zła (choć bliski jest mu jego manicheizm), także Leibniza ideę "świata najlepszego z możliwych". Przeciw dwóm ostatnim, opowiada się za niemożliwością teodycei. Kantowi natomiast odparowałby pewnie: "niebo gwiaździste i prawo moralne nade mną, nad nimi zaś statystyka". Lem neguje Heglowską ideę "jednej jedynej Prawdy"; jego zdaniem istnieje wiele niezależnych prawd. Z Marksem łączy go z kolei determinizm społeczny. Główna teza Lema - że "technologia jest zmienną niezależną cywilizacji" - to wyraz oryginalnej wersji materializmu dziejowego. Odrzuca natomiast Marksowską wiarę w postęp i pogląd na naturę ludzką.
Czy Lem był jednak kompetentny w zakresie klasycznej problematyki filozoficznej? - mógłby ktoś zaoponować. Nie odebrał przecież w tej dziedzinie uniwersyteckiego wykształcenia, nie parał się też historią filozofii. Był tylko pisarzem i jak wielu pisarzy "filozofował". Tymi, którzy tak myślą, włada - moim zdaniem - schematyczność myślenia, idąca w parze z duchowym egalitaryzmem. Dotyczy to także wielu ludzi wykształconych. Otóż za filozofa bierze się dziś niejako mechanicznie akademickiego uczonego - najlepiej profesora filozofii bądź historyka badającego czyjeś filozofie. Lem stosownego, a właściwie żadnego dyplomu nie miał, historii filozofii zaś nie lubił (niechętny był też - generalnie - współczesnej filozofii akademickiej). Sprawa jest więc dla niektórych jasna. A przecież nie jest. Kilku wybitnych filozofów niezwiązanych z uniwersytetem zalicza się nawet do geniuszów - jak Kartezjusza, Leibniza, Spinozę. Historyk zaś może znać doskonale cudzą literaturę o rzeczywistości, a nie ogarniać tej ostatniej. Mawiano we Lwowie o jednym z naszych wielkich: "wszystko wie, a nic nie rozumie". Większość wybitnych historyków filozofii to nie są filozofowie.
Henryk Elzenberg (1887-1967) napisał: "Kto uprawia filozofię, kocha nie filozofię, tylko byt"4. To do Lema pasuje idealnie. On kochał Kosmos, czyli byt właśnie. Zajmowały go kosmiczne problemy, nie filozofowie i ich filozofie. Mówił przecież, choć z pewną dozą przesady: "ja interesuję się tym, co będzie za miliard lat, a tym, co za milion, to już mniej"5. Parafrazując lwowskie powiedzenie, można by o nim rzec: "prawie wszystko wiedział i rozumiał". Konstatacja taka nie usuwa jednak naszych głównych wątpliwości. "Lemolodzy" powyższe rzeczy dobrze znają, a określenia "filozof" Lemowi uparcie szczędzą.
3.
Na pytanie "dlaczego Lem jest filozofem?" można też odpowiedzieć inaczej, niejako z definicji. Trzeba podać taką charakterystykę filozofa, żeby Lem się w niej mieścił, i pokazać, jak się ma to pojęcie zakresowo do innych, którymi go słusznie raczono. Weźmy wpierw określenie filozofa pochodzące od kogoś, kto sam niezaprzeczalnie za niego uchodzi - od Tadeusza Kotarbińskiego (1886-1981). Cytujemy z niewielkimi skrótami, w miejsce ogólnego "filozof" wstawiając konkretne słowo "Lem" (Stanisław). Powiada Kotarbiński:
[Lem] to bądź myśliciel, badający analitycznie i krytycznie mądrość ludzką w różnych jej przejawach - a więc logik w szerszym znaczeniu tego słowa; bądź [Lem] to moralista; bądź wreszcie ktoś, kto oddaje się budowaniu poglądu na świat.
Trzeci wariant polega na uprawianiu metafizyki z aksjologią, czyli konstruowaniu systemu. Autor dodaje: "To ostatnie rozumienie przeważa w dziełach z zakresu historii filozofii". To ważne: nie w dziejach przeważa, tylko w dziełach. Filozofia systemowa - dość jednak rzadka - zawsze uchodziła za najważniejszą i to ona przede wszystkim się ostaje, trafiając do podręczników. Dalej Kotarbiński pisze - barokowym niemal stylem, ale jakże wyraźnie (a my konsekwentnie zastępujemy definiowane pojęcie słowem "Lem").
[Lem] ani nie rachuje, ani nie eksperymentuje. Uprawia on myślicielstwo, doskonaląc zagadnienia, pojęcia, twierdzenia (...) i czyniąc to głównie przez wysiłek wewnętrzny, zmierzający ku zrozumieniu właściwej intencji myśli szukającej po omacku, ku racjonalniejszemu ukształtowaniu problematów, ku doprowadzeniu do jasności zupełnej pojęć, na ogół niewyraźnych, ku uzyskaniu oczywistości twierdzeń i solidności system(u) (...). [Lem] toczy walkę z mętnością, chwiejnością, nieokreślonością, plątaniną myślenia, uzbraja się przeciwko wszelkiej w myśleniu nietrzeźwości, jakże częstej skutkiem ulegania zatwardziałemu przesądowi lub ponętnej dla serca ułudzie, lub stronniczości wreszcie, która wyrasta z sytuacji osobistej lub społecznej samego myśliciela6.
To słowa jakby szyte na miarę, na zamówienie. Gdyby znalazły się, na przykład, w komentarzu Jerzego Jarzębskiego do Summa technologiae, byłyby tam czymś zupełnie naturalnym.
Powtórzymy teraz ten wywód, dodając rzeczowe argumenty. Lem nie ulegał zatwardziałym przesądom, o czym świadczy fakt, że tępił okultyzm albo ideę zielonych - destrukcyjności energetyki atomowej. Nie ulegał ponętnej dla serca ułudzie, gdyż nie wierzył w skuteczność pacyfizmu czy abolicjonizmu. Odrzucał stronniczość osobistą, bo starzejąc się i chorując, negował nadzieje współczesnej medycyny na doczesną nieśmiertelność. Był także - pomimo własnych i złych doświadczeń w przeszłości - rzecznikiem silnej, sojuszniczej Ukrainy. Odrzucał stronniczość społeczną, patrząc krytycznie na Polskę i Polaków, na lewicę i prawicę; wzorcowo przy tym kochał ojczyznę. I kochał prawdę. Zgodnie z postulatami Kotarbińskiego mówił:
(...) Nikt nie ma prawa przekreślania prawd, które są niezbite i zarazem silnie deprymujące! Nie wiem, dlaczego mielibyśmy poświęcić prawdę dla pięknych, szlachetnych i uwznioślających nasz gatunek wykładni7.
Lem był filozofem w trojakim sensie (wyżej streszczonym pokrótce), co w jego przypadku wyczerpuje się w jednym: wielce oryginalnej działalności systemotwórczej, w wyjątkowym poglądzie na świat. Tego jeszcze może nie widać, bo czas Lema w tym znaczeniu ciągle nie nadszedł. Nie sposób jednak wątpić, że był on filozofem w jakimkolwiek z wymienionych znaczeń.
Ci, co pytają "dlaczego?", nieszczerze przecież, to zwykle nie studenci, lecz oponenci - myśliciele z dyplomami. Wyrażają tym swą niechęć, przede wszystkim do racjonalizmu, ale także do aksjologii o ewangelicznych korzeniach i do rzymskiego prawa. Czyli do filarów cywilizacji Zachodu, której Lem był wytworem i protektorem.
4.
W języku potocznym używa się zwykle dwóch poważnych synonimów terminu "filozof", mianowicie "myśliciel" i "mędrzec". W stosunku do Lema nie uchodzą one jednak za takie; bierze się autora Solaris jedynie za myśliciela. Zacznijmy więc od tego właśnie terminu. Wedle Słownika języka polskiego myśliciel to "człowiek dążący do poznawania i rozumienia rzeczywistości, realizujący to dążenie w pracy myślowej". Daje się tu odczuć, że o myślicielstwie przesądza jakieś dzieło - książki czy wykłady. Intuicja językowa podpowiada jednak dalej, że dążenie owo wykraczać musi jakoś poza samą naukę w stronę tez ogólnych o całości świata, czyli metafizyki. Najlepszy nawet specjalista w dziedzinie biologii czy algebry to jeszcze nie myśliciel.
Słowo "mędrzec" Słownik... ujmuje wyjątkowo lakonicznie: "człowiek mądry". Można się domyślać, że chodzi o rozumność w podwójnym sensie Arystotelesa: teoretyczną i praktyczną. Mędrcem nie nazywa się bowiem czystego teoretyka ani analfabety, który żyje jak święty. Sami dalibyśmy następującą definicję: mędrzec jest to ktoś, kto ma rozległą i ugruntowaną wiedzę w różnych dziedzinach oraz daje przykład dobrego życia (zawsze z punktu widzenia jakiejś wspólnoty). Daje innym wzór, jak żyć - jako człowiek po prostu, poza własną profesją (niekoniecznie także słowem). Mędrzec zawsze jest autorytetem moralnym (odwrotnie nie). I o to właśnie może iść spór - i zapewne idzie, choć niejawnie - w przypadku Lema. Dla wielu nie jest on autorytetem moralnym, a zatem nie jest też mędrcem. Skoro nim nie jest, a także jego wykształcenie sprawy nie przesądza (jak u Kotarbińskiego), nie można nazywać go filozofem (bo to synonimy). Nie chodzi nam tu jednak o paralogizmy wtórnie tłumaczące ludzkie postawy.
Dla wielu Polaków Lem mędrcem stać się nie mógł z tej prostej przyczyny, że był zdeklarowanym niewierzącym. Nie oznacza to wcale, że żył nie po katolicku. Wręcz przeciwnie, można go śmiało nazwać w tym właśnie sensie "ateistą katolickim". Ks. Boniecki zapytany przez telewizję tuż po śmierci pisarza, co ów niewierzący robił przez tyle lat w "Tygodniku Powszechnym", odparł zręcznie (cytuję z pamięci): "Lem nie wierzył w Boga, ale widocznie Pan Bóg wierzył w Stanisława Lema". Można by dodać: bo ten żył jednak po bożemu. Ale by być za życia uznanym za mędrca, nie wolno jednocześnie sprzeniewierzyć się obowiązującej doktrynie i wierzeniom mas.
A taki był los Lema. Nie został dotąd przez rodaków uznany za filozofa, w przeciwieństwie do innych, często bardzo przeciętnych postaci, gdyż w jego przypadku filozof może znaczyć wyłącznie "mędrzec" i nic innego. (Powszechnie czuło się to, jeszcze za jego życia, lecz duch czasu kazał milczeć). Lem rzekł kiedyś w rozmowie z Beresiem: "Osoby wybitne i znakomite zawsze pochodzą z dalekich stron". Zza grobu, a to są już dalekie strony, można jeszcze mędrcem zostać.
Omawiane wyżej pojęcia w ogólności tak się do siebie mają jak na rysunku 1.
Rys. 1. Stosunki zakresowe epitetów odnoszonych do Stanisława Lema
Systematyczni myśliciele, nie jedynie zdawkowi aforyści, rozumiani są na tym rysunku jako filozofowie. Są pośród nich twórcy systemów (obszar A) oraz wyłącznie moraliści (obszar B), i wyłącznie logicy w szerokim sensie (obszar C) - zgodnie z Kotarbińskim. Wszyscy oni mogą być autorytetami moralnymi, a nawet mędrcami (choć nie muszą). Stanisław Lem znajduje się w części wspólnej zbioru mędrców i zbioru twórców systemów - w punkcie L (oznaczonym kropką). Dla porównania - Sokrates byłby mędrcem z obszaru B lub C; o. Bocheński - z obszaru C. Poza filozofami, mędrcami mogą być także pisarze, uczeni, teologowie, pasterze ludu czy politycy - wszyscy o wielkich horyzontach myślowych. Z uwzględnionymi na rysunku obszarami krzyżuje się też w jakiś sposób zbiór ludzi genialnych. Filozof i mędrzec genialni być nie muszą, a Lem był.
5.
Najważniejszym rysem filozofii Lema jest to, mówiąc znów za Kotarbińskim, że "toczył walkę z mętnością". I to w największej możliwej skali. Zmagał się bowiem z obrazem świata, jaki wyłania się z dokonań współczesnej nauki - głównie fizyki cząstek, astrofizyki oraz biologii molekularnej z genetyką. Obraz ten jawił mu się nieludzki, to znaczy niepojęty dla ludzi (weźmy sferę kwantów czy stochastyczne procesy ewolucyjne trwające miliardolecia) oraz ludziom wrogi. (Lem wyrażał ten fakt genialnie także w swojej beletrystyce, na przykład w powieściach Solaris, Śledztwo, Pamiętnik znaleziony w wannie). Przez większość życia Lem objaśniał ludzki sens owego obrazu - nieprzejrzyste znaczenie tego, co się na świecie faktycznie dzieje.
A mógł to czynić jedynie - wartościując. Weźmy małą próbkę.
W najrozleglejszym dziele Lema, Fantastyce i futurologii (1970), zatopiony jest (tak, że trudno do niego dotrzeć) arcyważny i dość obszerny ustęp o manipulacjach dokonywanych na pojęciu ojcostwa8. Autor rozważa możliwe okoliczności biotechnologiczne. Bierze pod uwagę trzy sytuacje. W pierwszej - Jan, który zmarł 300 lat temu, pozostawił zamrożone plemniki. Zostaje nimi zapłodniona kobieta, która będzie matką Piotra. "Czy Jan i wtedy będzie Piotra ojcem? Niewątpliwie tak" - powiada Lem. W sytuacji drugiej - inżynieria genowa sporządza plemnik zmarłego Jana w oparciu o jego DNA z zachowanej dowolnej komórki (na przykład nabłonka). Kwestia ojcostwa nie jest już jednoznaczna. W sytuacji trzeciej - brak jest w ogóle DNA zmarłego, lecz zachowała się jego ostatnia wola, testament. Jan życzył sobie mianowicie, by niedoszła matka jego syna urodziła dziecko "wybitnie do Jana podobne" - na drodze partenogenezy plus "rzeźbienia" przez genetyków cech Janowych (z ocalałych zdjęć, nagrań itd.) w materiale chromosomowym kobiety. Teraz - "podług jednych sensów Jan tym ojcem jest, a podług innych - nie jest. (...) Niezbędne są dookreślenia wyznaczone przez kulturowe normy społeczeństwa" - kwituje sprawę Lem.
Ale na tym jeszcze nie koniec. Dodajmy, dla pełności obrazu, sytuację czwartą, nad konsekwencjami której filozof rozmyślał najczęściej, zwłaszcza w późnej eseistyce i publicystyce. Co będzie, jeżeli sklonujemy Jana? Czy zostanie on ojcem Piotra-klona? A kobieta, która Piotra powije, czy będzie mimo bólów porodowych jego matką, skoro nie dała mu własnych genów? Kim byłby Piotr dla naturalnych dzieci tej pary? Nic tu nie jest normalne. Świat zostaje wywrócony do góry nogami czy wręcz świat się kończy. Apokaliptyczne w wizji Lema jest to, że w relacjach rodzinnych tworzy się całkowity chaos. Nie wiadomo, kto jest kim, co jest czym; niczego praktycznie w tej sferze życia już nie wiadomo. Podziwiany przez Lema Czesław Miłosz rzekł kiedyś ogólnie: "apokalipsa polega na kompletnej płynności, na braku fundamentów". Opory moralne względem biotechnologicznych eksperymentów na ludziach nie dotyczą zatem jedynie uśmiercania zygot. Może przede wszystkim zasadzają się one na przeczuciu owej apokalipsy. A ona jest tylko przedsionkiem dalszej - autoewolucyjnej. Nikt nie pokazał tego w literaturze lepiej niż Lem9.
6.
Na bezczelne w istocie pytanie "po czym poznać, że Lem jest filozofem?", można w końcu odpowiedzieć najchytrzej (a najkrócej i zarazem najgłębiej): po jego systemie. Rzecz w tym, że to góra lodowa, której jedynie wierzchołek jest dziś widoczny. Dzieło Lema od strony strukturalnej to absolutna magma. Tytuły jego prac niewiele mówią, bo są literackie; brak jest w tych pracach merytorycznych rozdziałów, brak indeksów rzeczowych; autor przeskakuje z tematu na temat, dając wciąż "teorie wszystkiego". Dwie rzeczy usprawiedliwiają ten brak należytej dyscypliny: teoretyczny rozmach i pewna obiektywna okoliczność z nim związana. Tę drugą uchwycił celnie sam autor, choć raczej bezwiednie. Pisze on:
Żyjemy w czasach fatalnych dla gawędziarzy, bo to, co opowiadają przystępnie, jest anachroniczną starocią, a to, co mówią rewelacyjnie, wymaga całych stron encyklopedii i podręcznika uniwersyteckiego10.
Otóż wielość specjalizacji w przypadku Lema-erudyty jest tak ogromna, a chęć podzielenia się ważnymi wnioskami z ich obszaru tak wielka, że należy wybaczyć mu jego nie dość zorganizowaną polifoniczność, a nawet żargon niektórych wywodów.
Samej prozy dyskursywnej zostawił Lem kilkanaście tysięcy stronic, jest się więc w czym zagubić. Na szczęście są u niego liczne idee genialne (jak ta omówiona w poprzednim punkcie), przy których Lema intelekt pracował jak skalpel. We wszystkich jego książkach występują ponadto stale powtarzające się tropy, pozwalające ustalić Lemową hierarchię spraw. Sytuacja z magmą nie jest w dziejach nowa. System Platoński także nie został podany expressis verbis, a w utworach literackich jego pełne krystalizowanie się trwało setki lat. Podobnie dzieło Lema - wymaga długich lat żmudnej obróbki, zanim stanie się filozoficznym dobrem powszechnym.
System metafizyczny Lema, jeżeli go skrupulatnie rekonstruować, jest całkiem podobny do kilku innych i do żadnego jednocześnie. Przyrównywanie go, przykładowo, do dzieła francuskich encyklopedystów jest o tyle niewspółmierne, że bliżej stoją Kotarbiński i szkoła lwowsko-warszawska jako faktyczna inspiracja. Lem przekroczył jednak ten nurt potężną wizją, której tamtemu brakowało. Najkrócej ująłbym rzecz tak: myśl Lema to pewna nowa synteza - neolukrecjańska - a Lem to Lukrecjusz XX wieku. Jego system prezentuje materialistyczny pogląd na świat w najgłębszej, jaka istniała, odmianie. Unosi się nad nim wszechobecny duch parenklizy, czyli przypadku, a zdobi go geniusz słowa. Dwie potężne korekty różnią ów system, co w pełni zrozumiałe, od starożytnego wzorca: naukowa (przy dzisiejszej wieży nauki rzymska była zabawką!) oraz chrystianocentryczna (w obrębie aksjologii). Rdzeń pozostaje ten sam. I podobnie jak dziś Lema, tak w Rzymie Lukrecjusza (97-55 p. Chr.) pomijano raczej milczeniem, schodząc mu z drogi. Ale są to już zagadnienia daleko wykraczające poza ramy tego tekstu.
Można jeszcze jednak słowo dodać o owym rdzeniu. Obraz świata Lema dla większości współczesnych jest zupełnie obcy, co już zaznaczaliśmy. Sprawia to lukrecjański kosmocentryzm. Wyczuwa go, na przykład, Grzegorz Miecugow, który w wywiadzie z Lemem zagaja tak: "To straszna świadomość, że jest się efektem, wytworem ciasta kosmicznego i zbiegu przypadków". Na co Lem, zupełnie naturalnie: "Nie wydaje mi się, to rzecz gustu"11.
Zakończmy iście lukrecjańską deklaracją natury eschatologicznej z ostatniego wywiadu, jakiego autor udzielił. Peroruje w nim tak:
W niezmiernej gwiazdowej pustce nagle zjawia się maleńki, wręcz mikroskopijny przebłysk świadomości - mojej albo pańskiej (...) - a potem, gdy kończy się życie, on gaśnie i dalej trwa ta niezmierzona nicość. Wydaje mi się, że warto, aby ta świadomość zabłysła12.
Lem, jak Lukrecjusz, był człowiekiem wielkiej i szacownej wiary, chociaż nie jest to wiara, która mogłaby wydać powszechny Kościół. Miłość prawdy nie jest w ludziach aż tak wielka.
1 Poprawiona wersja wykładu wygłoszonego w Instytucie Filozofii UW (12.04. 2006), krótko po śmierci Lema.
2 S. Lem, Sto trzydzieści siedem sekund, w: tegoż, Ciemność i pleśń (wybór opowiadań), Kraków 1988, s. 244.
3 Por. na przykład "Tygodnik Powszechny" z 09.04.2006. (Wyjątkiem są tylko klepsydry, które dali premier Marcinkiewicz oraz Uniwersytet Opolski).
4 H. Elzenberg, Kłopot z istnieniem, Kraków 1963, notatka z 25.01.1945.
5 S. Lem w rozmowie z Grzegorzem Miecugowem, w: G. Miecugow, Inny punkt widzenia, Gliwice 2005, s. 204.
6 T. Kotarbiński, Filozof [wykład z 1947 r. włączony później do Elementów - P.O.], w: tegoż, Elementy teorii poznania, logiki formalnej i metodologii nauk, Warszawa 1986, s. 474-476.
7 Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Kraków 2002, s. 390.
8 S. Lem, Fantastyka i futurologia, Kraków 1989, t. 1, s. 282-285.
9 W zakresie literatury pięknej por. Lema Podróż dwudziestą pierwszą (Ijona Tichego) z Dzienników gwiazdowych.
10 S. Lem, Sto trzydzieści siedem sekund, dz. cyt., s. 246.
11 G. Miecugow, dz. cyt., s. 200.
12 S. Lem, Matka Boska się nie zjawi (rozmawiał P. Szubartowicz), "Przegląd", 31.12.2005.