Głos z tamtego świata. Zagadka jesiennej nocy - Andrzej Juliusz Sarwa

Kup ebooka

4.00 zł
3.44 zł (4,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

GŁOS Z TAMTEGO ŚWIATA

    

W obszernej, bogato urządzonej komnacie, na szerokim i wygodnym łożu, leżał słynny paryski doktor Rajmund. Zapadający za oknem zmierzch i niebo zaciągnięte chmurami, z których spływały potoki dżdżu, sprawiały, że czuwający u łoża konającego czuli się nieswojo. Bo Rajmund konał.

Raz jeszcze - jakże trafne! - okazały się słowa Kaznodziei Salomona:

    

Marność nad marnościami,     

marność nad marnościami,     

wszystko marność.     

Jakiż pożytek ma człowiek z całego swego trudu,     

który znosi pod słońcem?     

Pokolenie odchodzi i pokolenie     

przychodzi, ale ziemia trwa na wieki     

Słońce wschodzi i słońce zachodzi,     

i śpieszy do swojego miejsca,     

gdzie znowu wschodzi.     

Wiatr wieje ku południowi     

i skręca ku północy:     

wiatr ustawicznie krąży     

i w swym biegu okrężnym wraca.     

Wszystkie rzeki płyną ku morzu,     

a jednak morze nie wzbiera;     

w dalszym ciągu płyną rzeki do     

miejsca, do którego zdążają.     

Ludzie się trudzą mówieniem,     

lecz i tak nikt wszystkiego nie     

wypowie.     

Oko nie nasyci się widzeniem,     

a ucho nie zadowoli się słyszeniem.     

To co było, znowu będzie,     

a co się stało, znowu się stanie:     

Nie ma nic nowego pod słońcem.     

Czy jest coś o czym można by     

powiedzieć:     

Oto jest coś nowego?     

Dawno to już było w czasach,     

które były przed nami.     

Nie pamięta się o tych, którzy byli     

poprzednio,     

ani o tych którzy będą potem;     

także o nich nie będą pamiętali ci,     

którzy po nich przyjdą.

    

Księga Kaznodziei Salomona, Biblia, to jest Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, tzw. Nowy przekład, Warszawa, 1979.     

    

Rajmund wiedział o tym, Rajmund to rozumiał i Rajmund nie chciał się z tym pogodzić.     

Potworny grymas wykrzywił jego twarz, a całe ciało ogarnęło drżenie. Poruszał ustami, mówiąc coś, czego zebrani wokół niego przyjaciele, uczniowie i lekarze nie mogli dosłyszeć. Ale sądząc z zachowania konającego, musiały to być przekleństwa buntującego się człowieka - buntującego się przeciw temu, co nieuniknione w ziemskiej, doczesnej rzeczywistości.     

Wreszcie z szeroko otwartymi oczyma, w których dało się odczytać straszliwą nienawiść ku wszystkim i ku wszystkiemu, z przekleństwem na ustach, zwiesił głowę na bok i po raz ostatni wypuścił powietrze z płuc.     

Zastygł w bezruchu, a któryś z czuwających przy nim mężczyzn zamknął mu powieki, a potem chustą podwiązał brodę, by nie otwierały się usta.     

Sławny doktor Rajmund zakończył swą ziemską wędrówkę, zupełnie tak samo, jak pierwszy lepszy żebrak, który siedzi u drzwi tego, czy innego kościoła, jęcząc i zawodząc, błagając o jałmużnę i wyciągając rękę po monetę, którą od czasu do czasu rzuca mu jakaś litościwa dusza. Aż dopadnie go Kostucha i wyssie zeń dech, i sprawi, że krew w żyłach zakrzepnie, a ciało pocznie tężeć.     

Nie pomogły Rajmundowi, ani jego wiedza, ani jego bogactwa, ani możni protektorzy, Leżał na obszernym łożu, a jego ciało powoli stygło i sztywniało, a jego ostatecznym przeznaczeniem, kresem, była zgnilizna i robaki.............