Godzina serca. Spotkania tu i teraz - Irvin D. Yalom, Ben Yalom


Reflow text when sidebars are open.
Wstęp
Kiedyś wpadłem na zuchwały pomysł, by opisać swoje najważniejsze spostrzeżenia dotyczące psychoterapii, co dało początek użytecznej książce zatytułowanej Dar terapii. We wstępie do niej napisałem, że w dojrzałym wieku siedemdziesięciu lat doświadczyłem dwóch rzeczy. Po pierwsze, moi pacjenci zaczęli się martwić, jak długo będę mógł im pomagać. Czy pojadę na wakacje i nigdy nie wrócę? Czy wkrótce będą odwiedzać mój grób? Po drugie, biorąc pod uwagę swoją nieuchronną śmierć, poczułem, że chcę przekazać innym to, czego się nauczyłem przez cztery dekady pracy psychoterapeutycznej, i zrobić to jak najszybciej.
Obawy okazały się odrobinę przedwczesne i przeszło dwadzieścia lat później w dalszym ciągu się zastanawiam, jak najlepiej pomóc pacjentom i terapeutom. Teraz, gdy mam prawie dziewięćdziesiąt trzy lata, niepokój, że umrę i że muszę się śpieszyć z przekazywaniem ciężko zdobytych doświadczeń, może naprawdę być uzasadniony. Nie wiem, czy to prawda. Skontaktujcie się ze mną za dwadzieścia lat!
W ciągu sześćdziesięciu lat mojej pracy terapeutycznej nie zmienia się tylko jedno: tęsknota za kontaktem z drugim człowiekiem zawsze pozostaje główną motywacją osób szukających pomocy. Ludzie pragną bliższych, głębszych więzi. Kluczem do ich rozwijania jest umiejętność nawiązywania szczerych relacji, poruszania osobistych problemów. Może się to wydawać łatwe, a jednak sprawia kłopoty zdecydowanej większości pacjentów, z którymi miałem do czynienia. Bliskość wymaga wrażliwości: nikt nie może oczekiwać, że przyjaciel, krewny albo partner będzie szczery, jeśli sam nie potrafi być szczery. A taka wrażliwość niemal z definicji niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Wielu z nas -?większość z nas -?wie z doświadczenia, że wrażliwość emocjonalna może doprowadzić do problemów. Jest to bolesne i szybko uczymy się bronić, przede wszystkim unikać szczerości. Ale, niestety, jeśli nigdy nie będziemy szczerzy, nigdy nie nawiążemy upragnionego kontaktu.
Dla tych, którzy znają moje prace poświęcone psychoterapii egzystencjalnej, nacisk na kontakt interpersonalny może wydawać się dziwny. Gdy ponownie czytam wstęp do Daru terapii, zauważam, że omawiałem te dwie kwestie jako "równoległe, ale oddzielne problemy". Psychoterapia egzystencjalna skupia się na wewnętrznych konfliktach pacjentów, które wynikają z konfrontacji z podstawowymi składnikami ludzkiej egzystencji -?śmiercią, samotnością, sensem życia i wolnością. Dostrzegłem, że egzystencjalny punkt widzenia (nie jest to odrębne, kompletne podejście do terapii) wpływa na moją pracę z poszczególnymi pacjentami. W trakcie terapii interpersonalnej pacjenci zmagają się z problemem niemożności nawiązania, pielęgnowania i utrzymywania relacji z innymi. Zauważyłem to przede wszystkim podczas pracy z grupami terapeutycznymi, gdzie koncentrowałem się na impulsach i emocjach wynikających z interakcji między członkami.
Teraz czuję, że te dwie obawy wcale nie muszą się od siebie różnić. Jedną z głównych przyczyn lęku egzystencjalnego jest samotność we wszechświecie, niemożność podzielenia się swoimi doświadczeniami z innymi. Ta samotność może być przerażająca i z pewnością odgrywa rolę w większości religii, które oferują pocieszenie, zapewniając nas, że jesteśmy częścią większej całości. Dla wielu z nas, niezależnie od tego, czy jesteśmy religijni, głęboka więź z innymi ludźmi jest najlepszym lekarstwem na samotność egzystencjalną i wiążące się z nią lęki. Większość osób rozpoczyna terapię, bo poszukuje pomocy związanej z problemami interpersonalnymi, co również wydaje się w pewnym sensie związane z problemami egzystencjalnymi.
Historie składające się na tę książkę dotyczą pracy z indywidualnymi pacjentami, ale moje podejście terapeutyczne jest wyraźnie interpersonalne, analizuje przestrzeń emocjonalną między mną a pacjentem i wykorzystuje to, czego się uczymy, by pomóc pacjentowi poprawić relacje z innymi. A zatem problemy egzystencjalne i interpersonalne nie są od siebie oddzielone.
Potrzeba nawiązania kontaktu, by złagodzić egzystencjalne obawy, z pewnością była prawdziwa w moim przypadku i nabrała siły po śmierci mojej żony Marilyn w 2019 roku. Zaledwie kilka miesięcy później wybuchła pandemia covid, po czym spędziłem większość następnych trzech lat, czyli okresu, w którym rozgrywa się ta książka, w głębokiej izolacji. Należy dodać do tego to, że stałem się naprawdę bardzo stary. Niemal wszyscy moi przyjaciele i współpracownicy odeszli albo wydawało się, że wkrótce umrą. Dożycie późnej starości, choć wydaje się korzystne, ma swoje wady.
W trakcie starzenia się stale zaprzątały mnie kwestie egzystencjalne. Jedna z głównych cech starzenia to pogorszenie pamięci. Analiza tego procesu jest jednym z najważniejszych tematów niniejszej książki, więc nie zdradzę zbyt wiele we wstępie, poruszę tylko dwie kluczowe kwestie. Po pierwsze, sześć lat temu spostrzegłem, że nie jestem już w stanie zapamiętać wszystkich ważnych szczegółów dotyczących moich pacjentów i pracy terapeutycznej, którą wspólnie wykonaliśmy. Po prostu nie mogłem obiecać, że będę skutecznym terapeutą, jakim byłem przez tak długi czas. Zamiast od razu zawiesić praktykę, postanowiłem prowadzić jednogodzinne konsultacje. Najciekawsze z tych konsultacji i wyciągnięte z nich wnioski stanowią treść rozdziałów tej książki.
Po drugie, narratorem tej książki jestem ja, Irvin Yalom, ale napisałem ją we współpracy ze swoim najmłodszym synem Benjaminem. Nawiązaliśmy ten interesujący układ z konieczności, ponieważ nie potrafiłem ogarnąć licznych opisanych tutaj spotkań i powiązanych z nimi wątków terapeutycznych. Na szczęście Ben jest doskonałym pisarzem, który od wielu lat redaguje moje książki. Nastąpiło to w idealnym momencie -?po dwudziestu pięciu latach pracy w teatrze i, jak to nazywa, unikaniu pozostawaniu w moim zawodowym cieniu, mój marnotrawny syn postanowił dołączyć do rodzinnego biznesu. Uczestniczył w studiach doktoranckich z terapii małżeńskiej i rodzinnej, gdy moje aspiracje do napisania tej książki zderzyły się z rzeczywistością i spostrzegłem, że mam coraz większe problemy z pamięcią. Rezultat to połączenie moich doświadczeń z jego spostrzeżeniami i wnikliwymi pytaniami. Co za szczęście! Współpraca, a także możliwość wyjaśnienia i przemyślenia niektórych z moich teorii sprawiły nam ogromną przyjemność. Pracując nad tą książką, stał się jednym z moich ostatnich studentów.
Na koniec kilka uwag. Dwa terminy często używane w całej książce są warte wyjaśnienia. Po pierwsze, często piszę o "intymności". Nie używam tego słowa w znaczeniu seksualnym lub fizycznym, choć taki jego sens jest obecnie powszechny. Mam na myśli bliskość, szczerość, serdeczność - wyrazy oznaczające ciepły, bliski kontakt między dwojgiem ludzi. Opisane przeze mnie historie ilustrują, że gabinet terapeuty powinien być bezpiecznym miejscem, gdzie można doświadczać intymnego kontaktu rozumianego w ten sposób.
Po drugie, piszę o osobach, które poprosiły mnie o konsultację jako pacjenci. To termin trochę problematyczny. Twórcami psychoterapii byli psychiatrzy wykształceni jako lekarze i w związku z tym w sposób zupełnie naturalny uważali, że pracują z "pacjentami". Jednak w ostatnich dekadach psychoterapia stała się w dużej mierze domeną psychologów, terapeutów małżeńskich i rodzinnych, pracowników socjalnych i pedagogów różnego rodzaju, z których większość używa terminu "klienci". Nie jestem wielkim fanem żadnego z tych słów -?pierwsze sugeruje chorobę, a drugie relację handlową. Zwrot "osoba udzielająca konsultacji" jest długi i niezręczny. Wolę myśleć o sobie jako o towarzyszu podróży -?kimś, kto może nieco lepiej rozumieć drogę, którą podążamy. Jednak w tej książce posługuję się słowem "pacjent", choć nie prowadziłem leczenia ani nie podejmowałem działań o charakterze medycznym.
Na koniec muszę napisać, że jest to zbiór opowieści o pojedynczych spotkaniach z ludźmi szukającymi wskazówek. Z ponad trzystu takich spotkań wybrałem dwadzieścia dwa, które mogą pomóc w nauczaniu terapeutów i osób zainteresowanych terapią, przekazywaniu konkretnych lekcji lub ujawnianiu konkretnych dylematów. Chciałbym jasno podkreślić jedno: "Nie sugeruję, że jedna sesja może stanowić model skutecznej terapii!". Umieszczanie tego zastrzeżenia powinno być zbędne, ale należy brać pod uwagę, że firmy ubezpieczeniowe i farmaceutyczne zmuszają moich kolegów do stosowania coraz krótszych i coraz uboższych wersji terapii, więc mimo wszystko czuję potrzebę wyjaśnienia. Nie żywię nadziei, że mój eksperyment zostanie powtórzony, ale że Wy, drodzy Czytelnicy, wykorzystacie opisane lekcje i zastosujecie je we własnej praktyce w sposób, który uznacie za najbardziej użyteczny.
Rozdział 1
Dzień z życia bardzo starego terapeuty
Dzień nie zaczął się dobrze. Obudziłem się o trzeciej w nocy, czując skurcze nóg. Cicho wstałem z łóżka, starając się nie wyrwać z głębokiego snu swojej żony Marilyn. Wziąłem gorący prysznic, by złagodzić ból, aż woda stała się letnia; potem się wytarłem i wróciłem do łóżka. Gorąca woda ukoiła ból mięśni i skurcze nieco złagodniały. Bardzo starałem się znowu zasnąć. Ale kiedy ktoś bardzo stara się zasnąć, zawsze kończy się to fiaskiem. Bezsenność była moim stałym towarzyszem od dziesięcioleci.
Z ociąganiem ograniczyłem przyjmowanie środków nasennych, bo mój lekarz podejrzewał, że przyśpieszają pogarszanie się pamięci. Próbowałem wykonywać ćwiczenia oddechowe. Wiele razy wdychałem powietrze, szepcąc "spokój", a potem je wydychałem, mówiąc to samo -?praktyka medytacyjna, której nauczyłem się przed wielu laty. Ale niczego to nie dawało - niewielkie uspokojenie po wypowiedzeniu słowa "spokój" wkrótce przekształciło się w lęk, kolejną starą nemezis. Skoncentrowałem się na liczeniu oddechów. Kilka minut później zdałem sobie sprawę, że zapomniałem o liczeniu, a mój wiecznie niespokojny umysł powędrował gdzie indziej.
Rok wcześniej u Marilyn zdiagnozowano szpiczaka mnogiego, podstępny nowotwór układu krwiotrwórczego. Była w trakcie chemioterapii, która jak dotąd nie przyniosła znaczącej poprawy. Znałem jej ciepło i oddech; spałem z nią od wielu dziesięcioleci. Ale teraz pojawiło się coś nowego, złowroga choroba, z którą walczyła.
Z przyjemnością widziałem, że tej nocy spokojnie odpoczywa; dostrzegałem zarysy jej twarzy w słabym świetle. Byliśmy nierozłączni od szkoły średniej. Teraz całymi dniami martwiłem się o nią i próbowałem cieszyć się chwilami, które nam zostały. Nie mogłem zasnąć, zadręczałem się myślami o życiu bez Marilyn. Co będę robił? Z kim będę się dzielił myślami? Jaka samotność mnie czeka?
Zauważyłem, że mój umysł błądzi, i zrezygnowałem z prób zaśnięcia. Popatrzyłem na zegarek i z zaskoczeniem spostrzegłem, że jest już szósta rano. Musiałem nieświadomie się zdrzemnąć na parę godzin.
Po śniadaniu spojrzałem na terminarz. Tego dnia miałem dwa spotkania. Pierwsze było ostatnią sesją z Jerrym, pacjentem, z którym spotykałem się przez rok. Jerry był odnoszącym sukcesy czterdziestokilkuletnim prawnikiem; rozpoczął terapię, bo próbował zrozumieć, czemu rzuciła go dziewczyna, z którą był dwa lata; był to trzeci z serii nieudanych związków.
-?Nie rozumiem, dlaczego to się stało -?powiedział w czasie pierwszej sesji. -?Mam piękny dom, świetną pracę, mnóstwo pieniędzy. Czego mi brakuje? Niech pan na mnie popatrzy. -?Wskazał swój dobrze skrojony, drogi garnitur.
Jerry nie był człowiekiem pełnym ciepła, miłym, tylko wymagającym, często krytycznym. Narzekał na moje stawki, zasugerował, bym zatrudnił lepszego ogrodnika do pielęgnacji roślin wzdłuż ścieżki do gabinetu, a gdy znaleźliśmy się w środku, krytykował grafiki wiszące na ścianach.
W trakcie naszych pierwszych spotkań powtarzał mi wielokrotnie, że zgłosił się do mnie, bo słyszał, że jestem najlepszy, a on zasługuje na to, co najlepsze. Wkrótce w jego oczach pojawiło się rozczarowanie, że nie wyleczyłem go szybko z problemów. Jego spojrzenie sugerowało, że nie jestem najlepszy.
Jednak z czasem odnieśliśmy sukces. Co zadziałało? Sprzyjały nam dwa ważne czynniki. Przede wszystkim Jerry miał bardzo silną motywację, by zmienić swoje życie. Mimo arogancji zdawał sobie sprawę, że w jakiś sposób przyczynia się do problemów w związkach, i chciał je rozwiązać, wkładając w to tyle pracy, ile trzeba. Musiałem zwolnić tempo terapii, pozwolić mu odetchnąć i zasugerować, że częścią problemu są ogromne wymagania, jakie stawia sobie i mnie, bym w magiczny sposób go wyleczył.
-?Niech pan sobie wyobrazi na kilka minut, że jest pan swoją dziewczyną -?zaproponowałem. -?Czy by pana kochała i wspierała, gdyby nie był pan geniuszem, gdyby ścieżka w pana ogrodzie nie była fachowo pielęgnowana przez ogrodnika, gdyby dziewczyna źle wyglądała na pańskim ramieniu?
-?Wątpię -?odpowiedział.
-?Zamiast tego nieustannie by pana krytykowała, a pan czułby się niekomfortowo ze sobą i swoim związkiem. Co dalej? -?Umilkłem. Pytanie wisiało w powietrzu.
Jerry zastanowił się przez chwilę.
-?Prawdopodobnie bym zrezygnował -?powiedział w końcu.
Uświadomił sobie, że był wymagający i często nieuprzejmy, co głęboko wpływało na jego relacje. Zrozumiał swoją rolę i zaczął się zmieniać. W następnych tygodniach starał się poprawić. Zaczął łapać się na tym, że był wobec mnie zbyt krytyczny; zbyt często narzekał, że inne osoby obecne w jego życiu postępują nieodpowiednio. Wziął na siebie większą odpowiedzialność za sposób, w jaki reagują na niego ludzie, zwłaszcza potencjalne partnerki. I zaczął powściągać swój cięty język. Zaciekła determinacja Jerry'ego, by się zmienić, była kluczowym czynnikiem jego terapii, lecz nie potrafiłem jej kontrolować.
Mogłem jednak wpłynąć na inny aspekt -?silną relację nawiązaną za mną. Jerry testował mnie od samego początku. Dlaczego nie mam lepszego gustu? Gdzie jest mój luksusowy samochód? Czemu ciągle nie udało mi się go naprawić? Zachowywałem spokój mimo wszystkich jego złośliwości. Byłem empatyczny i serdeczny, choć stawiałem opór, gdy wydawało się, że przyniesie mu to jakąś korzyść. Stopniowo złagodniał i przestał ze mną rywalizować. W miarę rozwoju naszej relacji jego złośliwe uwagi przestały być atakami; zmieniły się w dowcipne, żartobliwe uszczypliwości, na które mogłem zareagować ripostą lub wezwaniem do debaty. Stopniowo zbudowaliśmy silną relację, "sojusz terapeutyczny", jak to nazywamy w naszym fachu.
To przymierze, tworzenie go i wykorzystywanie, stanowi najważniejszy element mojej techniki terapeutycznej. W niezliczonych wykładach i publikacjach powtarzałem, że relacja ta pełni funkcję leczniczą. Przemiana nie jest arkuszem wypełnianym przez pacjenta ani błyskotliwym pytaniem zadanym przez terapeutę, zmianą zachowania codziennie śledzoną przez pacjenta. W moim podejściu do terapii szczera więź między terapeutą a pacjentem jest medium, dzięki któremu dokonujemy odkryć, uczymy się, zmieniamy i leczymy.
Jerry i ja poczyniliśmy ogromne postępy w ciągu roku, gdy pracowaliśmy razem. Stał się bardziej przyjacielski; kiedy czasami w dalszym ciągu wygłaszał niepochlebne uwagi, szybko mu to wytykałem. Nauczył się przepraszać, a potem gryzł się w język, nim powiedział coś kąśliwego, i często, w dość uroczy sposób, zastępował takie komentarze nieco dwuznacznymi komplementami: "Drzewa cytrynowe przy ścieżce wyglądają w tym tygodniu o wiele lepiej" albo: "Wie pan, posążek Buddy na pana półce jest bardziej interesujący, niż myślałem".
Z niecierpliwością czekałem na nasze cotygodniowe spotkania i ze smutkiem żegnałem się z Jerrym, kiedy dzisiejsza sesja kończyła się o jedenastej pięćdziesiąt. Ale z powodów, które wkrótce staną się jasne, na początku terapii ustaliliśmy, że powinna trwać jedynie rok. Z pewnością wykorzystał go w pełni i obaj mieliśmy nadzieję, że jego przyszłe związki, romantyczne i inne, będą bogatsze i bardziej satysfakcjonujące.
Tego dnia druga sesja w moim terminarzu miała być zupełnie inna. Umówiłem się z kobietą o imieniu Susan, którą zamierzałem zobaczyć tylko raz. Tylko raz?! Jak skutecznie kogoś wyleczyć w trakcie jednej sesji? I po co w ogóle próbować? Aby to wyjaśnić, muszę trochę cofnąć się w czasie i opisać kontekst.
Około pięciu lat wcześniej, gdy przekroczyłem osiemdziesiątkę, zauważyłem, że moja pamięć zaczyna szwankować. Zawsze byłem trochę zapominalski, regularnie gubiłem terminarz, okulary albo kluczyki do samochodu. Teraz spostrzegłem coś nowego. Spotykałem osoby, które poznawałem, ale nie pamiętałem ich imion ani nazwisk. Czasami milkłem w środku zdania, szukając brakującego słowa. I coraz częściej przestawałem rozumieć fabułę w filmach, które oglądaliśmy z Marilyn.
Kiedy kłopoty z pamięcią się pogłębiły, zacząłem myśleć, że może nie jestem w stanie prowadzić długoterminowej terapii, którą uprawiałem prawie sześćdziesiąt lat. Zamiast terapii bez z góry określonych ram czasowych, czasami trwającej trzy albo cztery lata, postanowiłem wyznaczyć wszystkim nowym pacjentom roczny termin, uzgodniony z góry. Stąd moja umowa z Jerrym. Podchodziłem do tych nowych ram czasowych z żalem, ponieważ stanowiły dużą zmianę w mojej pracy, wynikającą z konieczności, nie z pragnienia. Ale wkrótce ciekawość i chęć dalszego udzielania pomocy zwyciężyły.
W końcu uznałem to za dobre rozwiązanie. Jeśli starannie dobierałem pacjentów, prawie zawsze byłem w stanie wiele zaoferować w trakcie rocznej wspólnej pracy. W przypadku niektórych z nich dzięki ograniczeniu czasowemu wzrosło poczucie, że sprawa jest pilna, co sprzyjało motywacji. W ciągu ostatnich pięciu lat było to korzystne zarówno dla mnie, jak i dla pacjentów. Później, gdy miałem około osiemdziesięciu siedmiu lat, odkryłem, że coraz bardziej polegam na notatkach, które robiłem po każdej sesji, by zapamiętać szczegóły dotyczące rozmówców; nawet wtedy ich twarze i problemy czasami wydawały się obce. Zacząłem się wahać, kwestionować wartość swojej pracy terapeutycznej. Czułem, że mam jeszcze wiele do zaoferowania, ale było jasne, że nie mogę w dobrej wierze angażować się w stałą pracę, nawet ograniczoną do jednego roku.
A jednak, a jednak... myśl o rezygnacji z praktyki była szokująca. Dzielenie się doświadczeniami z pacjentami, pomaganie im w najtrudniejszych chwilach i towarzyszenie w odkrywaniu własnej psychiki stanowiło moje powołanie i codzienną pracę przez większość życia. Kim byłbym, gdybym nie został psychoterapeutą? Szczerze mówiąc, czułem złość i głęboki strach. Nie chciałem stać się bezużytecznym starcem. Myśl o rezygnacji z terapii sugerowała pogodzenie się z szybką degrengoladą psychiczną, a potem z nieuchronną śmiercią.
Głęboko się nad tym zastanawiałem. Musiałem stawiać potrzeby pacjentów na pierwszym miejscu, więc długoterminowa terapia nie wchodziła w rachubę. Ale zdawałem sobie sprawę, że po wielu dziesiątkach lat praktyki i badań zdobyłem rzadką intuicję i wiedzę fachową, w dalszym ciągu potężne narzędzia terapeutyczne. Poza tym czułem osobistą potrzebę dalszej pracy. Jak mógłbym wciąż pomagać pacjentom, być zaangażowanym, a jednocześnie nie narażać nikogo na niebezpieczeństwo? Wpadłem na niekonwencjonalny pomysł. Może udzielać pacjentom jednorazowych, godzinnych konsultacji? W ciągu tej godziny dawałbym z siebie wszystko, na co mnie stać -?intuicje, wskazówki, serdeczność, akceptację -?a następnie, w razie potrzeby, kierowałbym pacjentów do kolegi, który mógłby najlepiej zaspokoić ich szczególne potrzeby terapeutyczne.
Taka krótkoterminowa terapia była dla mnie czymś zupełnie obcym. Zawsze postrzegałem terapię jako przedsięwzięcie długoterminowe -?nie staromodną psychoanalizę trwającą dziesięciolecia, lecz kilkuletni ciąg sesji mający pomóc pacjentom w lepszym zrozumieniu samych siebie i dokonaniu znaczących zmian w życiu. Pytanie, jak skuteczny byłbym podczas godzinnych konsultacji, mogłoby być przynajmniej ciekawym eksperymentem.
Kiedy wpadłem na ten pomysł, przez jakiś czas targały mną sprzeczne emocje, sceptycyzm (czy to tylko sposób na odroczenie końca mojej pracy, a nie oferowanie czegoś naprawdę korzystnego dla pacjentów?) walczył z ekscytacją. Wiedziałem, że mam niezwykłe umiejętności i pomogłem wielu, wielu ludziom zmagającym się z problemami osobistymi, co niewątpliwie miało wartość. Starannie przeanalizowałem swoje uczucia. Niewykluczone, że duma nie pozwala mi pogodzić się z mniej ważną rolą. A jednak wiadomo było, że w pewnym momencie będę musiał zaakceptować starość i przekazać pałeczkę następnym pokoleniom. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, co przyniesie ten eksperyment, co samo w sobie wydawało się intrygujące. W ten sposób rozpocząłem nową przygodę polegającą na udzielaniu godzinnych konsultacji terapeutycznych i analizowaniu, co mogłoby być najbardziej pomocne w trakcie terapii tego rodzaju, choć wcześniej nie uważałem jej za skuteczną metodę.
Ogłosiłem na Facebooku, że przechodzę na emeryturę w zakresie terapii długoterminowej i proponuję chętnym godzinne konsultacje -?albo osobiste w moim gabinecie w Palo Alto, albo online. W ciągu kilku godzin zaczęły napływać prośby o umówienie wizyty, znacznie liczniejsze, niż się spodziewałem. Przychodziły z całego świata, oczywiście z krajów angielskojęzycznych, ale także z wielu innych miejsc -?Turcji, Grecji, Izraela, Niemiec -?ponieważ Zoom pokonał barierę przestrzeni. Wysyłali je ludzie w różnym wieku, różnych zawodów. Szybko zdałem sobie sprawę, że format godzinnej sesji pozwoli mi pracować z wieloma osobami, do których nigdy nie mógłbym dotrzeć w inny sposób i dla których stała terapia ze mną byłaby zbyt kosztowna. Było jasne, że będzie to bardzo interesujące odstępstwo od stosunkowo tradycyjnej prywatnej praktyki, którą przez dwadzieścia lat prowadziłem w pięknym domku w stylu hiszpańskim w naszym ogrodzie, a wcześniej przez dziesięciolecia w trakcie pracy na Wydziale Psychiatrii Uniwersytetu Stanforda. Czy nowe metody pomogą pacjentom? Czy dadzą mi satysfakcję? Dowiem się tego z czasem. Z pewnością będzie to coś nowego, a w moim wieku nie należy drwić z nowości.
Tego szczególnego ranka myślałem o swojej pierwszej godzinnej konsultacji z Susan. Byłem podekscytowany, lecz również zaniepokojony. Nie zawsze dręczą mnie wątpliwości, ale po bezsennej nocy, gdy snułem mroczne myśli o śmierci Marilyn i o moim własnym słabnącym umyśle, zacząłem wątpić w sensowność nowego przedsięwzięcia. Czy w czasie tak krótkich spotkań mogę zrobić wiele dobrego?
Przypomniałem sobie, że kilka rzeczy działa na moją korzyść. Przede wszystkim moje szczególne podejście terapeutyczne zawsze było skoncentrowane na wykorzystaniu tego, co nazywam "tu i teraz". Mam na myśli swoje interakcje z pacjentem, podstawowe narzędzie leczenia. Problemy pacjenta -?niepewność, nerwica, kłopoty zaburzające relacje z innymi -?prawdopodobnie wyjdą na jaw w trakcie sesji terapeutycznej, w interakcji ze mną. Najlepszym przykładem jest Jerry, który musiał mieć najlepszego terapeutę. Poprosił mnie o pomoc i prawdopodobnie wysoko mnie cenił, lecz nieustannie mnie krytykował. Wielokrotnie mu to uświadamiałem. Początkowo przypisywał te komentarze moim wadom; uważał, że jestem przewrażliwiony i zazdroszczę mu sukcesów finansowych. Ale stopniowo zaczął rozumieć, że zachowuje się w ten sposób także w innych dziedzinach życia, że ma to wpływ na jego relacje i szczęście osobiste.
Metoda "tu i teraz" jest w dużym stopniu ahistoryczna, co oznacza, że nie bazuje na osobistych doświadczeniach pacjentów. Zamiast spędzać dużo czasu na analizowaniu ich życiorysów, co jest niewykonalne w trakcie godzinnych sesji, powinienem się skupić na teraźniejszości, analizować każde słowo i gest, a także to, co pacjenci pomijają. Byłem pewien, że takie podejście pozwoli nam szybko rozpocząć poważną pracę. Miało to również tę wielką zaletę, że dobrze współgrało z ograniczonymi możliwościami mojego słabnącego umysłu: pamiętanie przeszłości było dla mnie coraz trudniejsze, a przypominanie sobie licznych szczegółów biografii każdego pacjenta przekraczało moje możliwości. Ale mogłem świetnie funkcjonować "tu i teraz".
Drugą sprzyjającą mi rzeczą było to, że prawie wszystkie osoby, które prosiły o konsultacje, coś o mnie wiedziały. Przez ponad sześćdziesiąt lat napisałem wiele książek, w tym ważne podręczniki dla studentów psychoterapii, powieści filozoficzne i zbiory opowiadań, których celem było objaśnienie procesu terapii. Dzięki nim miałem szczęście stać się znaną postacią w tej dziedzinie, a większość osób proszących o konsultacje wspominała o przeczytaniu przynajmniej jednej z moich książek. Z mejli jasno wynikało, że postrzegają mnie jako osobę obdarzoną mądrością i siłą. Przyjmowałem to sceptycznie, pamiętając, że wszyscy czasami szukamy pocieszenia u siwowłosych starców. W rzeczywistości odzywał się we mnie cichy głos, młodzieńczy i buntowniczy, który chciał krzyknąć: "Jeszcze nie jestem taki stary!", i odwołać całe to przedsięwzięcie. Mimo to byłem szczęśliwy, że mogę odgrywać rolę mędrca żyjącego na szczycie góry, wykorzystać mądrość i moc, którą otrzymałem, by pomóc pacjentom się zmienić.
Taki był stan mojego umysłu, gdy usiadłem w fotelu w gabinecie i otworzyłem okno Zooma, by porozmawiać z Susan, pięćdziesięcioletnią nauczycielką ze stanu Oregon, która popadła w głęboką depresję. Szybko się przywitaliśmy. Wyjaśniłem, że mogę się z nią spotkać tylko raz, jak napisałem w poście na Facebooku, i że mam nadzieję okazać się tak pomocny, jak to możliwe. Czułem się bardzo dziwnie, mówiąc to wszystko; myślę, że przygotowywałem fundamenty zarówno dla siebie, jak i dla Susan. Skinęła głową, a następnie zaczęła opowiadać swoją tragiczną historię. Dwa lata wcześniej, około dziesiątej wieczór w czwartek, otworzyła lodówkę i zauważyła, że duży placek wiśniowy, który wcześniej upiekła, prawie zniknął. Zamierzała go podać następnego dnia bliskim przyjaciołom zaproszonym na kolację, ale teraz został tylko kawałek, z którego sączyło się ciemnoczerwone nadzienie.
Co się stało z ciastem? To nie była żadna tajemnica: musiał go zjeść jej mąż Peter. Nie byłby to pierwszy raz.
-?Żarłoczny łajdak! -?krzyknęła i wybuchnęła płaczem. Ten incydent przekroczył granice jej wytrzymałości. Ostatnia kropla, która przelała czarę. Nazajutrz pracowała do wpół do szóstej, godzinę przed przybyciem gości. Ledwo starczyłoby jej czasu, by się ubrać i nakryć do stołu, nie wspominając o upieczeniu kolejnego ciasta. Co za wstyd!
Pobiegła z wściekłością na piętro i zaczęła krzyczeć na męża, który leżał już w łóżku. Kłócili się przez dziesięć minut. Krzyczeli coraz głośniej, poniosły ich emocje. Oświadczył, że zawsze utrzymywał rodzinę ("Nieprawda!" -?protestowała) i że zje każde ciasto, na które ma ochotę. Odparła, że jest grubą świnią, która obżera się, aż zdechnie.
Kazał jej spać na kanapie w salonie i wypchnął ją z sypialni. Zatrzasnął drzwi i zamknął je na klucz.
-?Doskonale! -?wrzasnęła. -?Dzielenie łóżka z samolubnym żarłokiem to ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę!
Następnego ranka mocno pukała w drzwi sypialni i głośno wołała męża, lecz odpowiedzią była cisza. W końcu Susan i jej dwie córki włamały się do pokoju i znalazły ojca martwego w łóżku. Wezwały pogotowie; medycy oświadczyli, że nie żyje od kilku godzin. Kiedy przyjechali policjanci, zamknęli dom i przeszukali każdy pokój. Susan i jej córki były długo przesłuchiwane: policja brała pod uwagę możliwość popełnienia przestępstwa, podejrzewała nawet, że ciasto było zatrute.
-?Okropna historia -?powiedziałem. -?Otrząsnęłaś się jakoś po śmierci męża?
-?Moim zdaniem wcale się nie otrząsnęłam -?odparła Susan. -?Ani trochę. Sytuacja stale się pogarsza. Bardzo za nim tęsknię i dręczy mnie poczucie winy z powodu tego, co mu powiedziałam ostatniej nocy. Jestem też na niego zła, że zostawił mnie samą. Bez przerwy płaczę i teraz to ja nie mogę przestać jeść, przytyłam trzydzieści kilogramów. Niedawno byłam u psychiatry, który powiedział, że w jakiś sposób utożsamiam się z mężem. Czy mi to pomogło? Mam okropne problemy ze skórą i stale się drapię. Nie mogę spać, a gdy zasypiam, śni mi się Peter. Kiedy za miesiąc moje córki wyjadą na studia, będę jadła sama posiłki w restauracjach. Ludzie będą na mnie patrzyli i na pewno współczuli grubej kobiecie jedzącej samotnie.
Głośno wciągnęła powietrze, być może powstrzymując łzy.
-?To wszystko, doktorze Yalom, opowiedziałam panu całą swoją historię. Skończyłam. Nie wiem, co mogłabym dodać.
Opadła na krzesło.
-?Wiesz, Susan, często pracowałem z kobietami, które straciły mężów, i twoja opowieść o tym, co przeżywasz, nie jest dla mnie nowa. Pozwól mi o coś zapytać. Mówisz, że twój mąż zmarł ponad dwa lata temu. Czy mogłabyś porównać swój obecny stan z tym sprzed roku? Czy jest inny? Mniej bolesny?
-?Nie. Wręcz przeciwnie. Dręczę się, myślę o nim coraz częściej, a kiedy jestem sama w domu, czuję przerażenie, że będę smutna i samotna na zawsze. To niesprawiedliwe, do licha!
-?Żal zawsze łagodnieje, ale to wymaga czasu. Zazwyczaj żałoba ma przewidywalny przebieg. Jest najsilniejsza w pierwszym roku, kiedy przeżywamy bez współmałżonka pierwsze urodziny, pierwsze Boże Narodzenie albo sylwestra. Ale potem, w miarę upływu czasu, ból słabnie. A później, kiedy po raz drugi przeżywamy kolejne rocznice, staje się to mniej przykre. W twoim przypadku jest inaczej. Coś się zablokowało i mam przeczucie, że ma to związek z twoją złością.
Susan energicznie skinęła głową, a ja spytałem:
-?Czy możesz wyrazić to słowami?
-?Nie potrafię znaleźć właściwych słów, by to opisać, ale czuję, że ma pan rację. To dziwne. Tonę w żalu, a potem nagle czuję tylko gwałtowną złość.
-?Skupmy się na twojej złości -?powiedziałem. -?Myśl o niej i za chwilę podziel się ze mną swoimi myślami. Innymi słowy, myśl na głos.
Wydawała się zdezorientowana i pokręciła głową.
-?Nie wiem, od czego zacząć.
-?Najłatwiej zacząć od początku. Pomyśl na głos o swoim pierwszym doświadczeniu złości.
-?Złość... złość. Pierwszy raz poczułam złość w chwili narodzin.
-?Mów dalej, Susan.
-?Kiedy się urodziłam, czułam gniew. Gniew matki. Pamiętam, jak wiele razy powtarzała, że chce urodzić chłopca. Gdybym była chłopcem, poprzestałaby na jednym dziecku. Chciała mieć jedno dziecko i nie byłam to ja. Stale mi to powtarzała.
-?Więc przez całe wczesne dzieciństwo słyszałaś, że twoje narodziny, twoje istnienie, są dla niej niewygodne?
-?O Boże, tak, cały czas dawała mi to do zrozumienia, niech ją diabli!
-?A twój ojciec?
-?Było gorzej. Czasami koszmarnie. Ciągle powtarzał swój ulubiony żart, że kiedy się urodziłam, pielęgniarka popełniła błąd i przyniosła łożysko zamiast dziecka.
-?Au. Susan, to okropne. Twój ojciec żartował, że nie jesteś osobą, tylko łożyskiem.
-?Uważał to za świetny dowcip. Matka też tak myślała. Będę z panem szczera. Wiem, że byłam wyrodną córką, ale nienawidziłam rodziców. Obojga. Zwłaszcza ojca. Nie chciał pokryć kosztów moich studiów. Wolał, żebym pracowała jako sprzedawczyni w jego sklepie. Dlatego szybko wyprowadziłam się z domu i pracowałam, żeby przebrnąć przez uniwersytet.
Umilkła. Kłębiły się w niej emocje. Po chwili, gdy przeżywała głębokie upokorzenie, zmusiłem ją, by sięgnęła głębiej.
-?A złość na twojego męża? Opowiedz mi o niej.
-?To coś innego niż złość na ojca. Na pewno nie na początku. Poznałam Petera na studiach, kiedy opuściłam dom. Chodziliśmy ze sobą, był dla mnie dobry. Jego rodzice byli zamożni i zawsze miał pieniądze. Gdy brakowało mi gotówki, płacił czynsz albo robił zakupy. Nigdy wcześniej nie miałam takiej pomocy, nikt nie okazywał mi takich uczuć. Ojciec Petera był politykiem i chciał, żeby syn poszedł w jego ślady. Peter miał charyzmę: potrafił być niewiarygodnie czarujący i zabawny. Ale był leniwy, kiepsko się uczył, nałogowo uprawiał hazard i w końcu rzucił studia. Został ochroniarzem w miejscowym banku, pracę załatwił mu ojciec. Nigdy nie zarabiał na tyle dużo, żeby nas utrzymać, a jeśli nawet, to potajemnie przegrywał pieniądze. Tak czy inaczej, dawał mi jasno do zrozumienia, że muszę pracować. Nigdy nie brałam urlopów, z wyjątkiem trzymiesięcznego urlopu macierzyńskiego, gdy rodziłam kolejne córki. Nigdy nie mogłam stać się sobą, matką, jaką chciałam być dla naszych córek. Zamiast tego pracowałam, ciężko harowałam. I wie pan, co się stało? Kilka dni przed śmiercią powiedział, że jest za gruby, by pracować w banku jako ochroniarz, więc przeniesiono go do pracy biurowej, co oznaczało obniżkę pensji. Mówił, że to drobiazg, a ja byłam na niego wściekła, bo nie dba nawet o swoje zdrowie. Prawdopodobnie musiałabym znaleźć drugą pracę, by opłacić rachunki.
-?Słyszę w twoim głosie gniew, Susan -?zauważyłem. -?Mąż nie doceniał twojej pracy, lekceważył twoje potrzeby i pragnienia. Okrutny ojciec, który widział w tobie albo problem, albo żart. I bezduszna matka, która cię nie chciała i nie oferowała miłości. Teraz wszyscy nie żyją: matka, ojciec, mąż, wszyscy. Masz za sobą dużą część życia. Och, nic dziwnego, że jesteś wściekła. Kto w twojej sytuacji nie byłby wściekły? Ja na pewno tak.
Kiwnęła głową.
-?Jak się czujesz, gdy słyszysz mój komentarz, Susan? -?ciągnąłem.
-?To przykre. Prawdziwe, ale przykre.
-?Chciałbym przez chwilę skupić się na tym, co osiągnęłaś mimo tych przeciwieństw. Masz dwójkę kochających dzieci, odniosłaś sukces zawodowy jako nauczycielka. To nie wszystko, czego dokonałaś, Susan.
Przełknęła ślinę, zastanawiając się nad moimi słowami.
-?Tak naprawdę nie mogę z nikim o tym porozmawiać -?odpowiedziała. - Wszyscy pamiętają Petera jako dobrego człowieka, a nas jako świetną parę. Nikt nie wspomina o mrocznej stronie naszego związku.
-?Dziękuję, że mówisz o tym w rozmowie ze mną. Twój gniew to normalna ludzka reakcja. Podejrzewam jednak, że stanowi poważny problem. Uważamy, że nigdy nie powinniśmy mówić źle o zmarłych, że to niewłaściwe, że świadczy o braku szacunku. Czy ty też tak sądzisz?
Skinęła głową i jej oczy wypełniły się łzami.
-?Cóż, nie zgadzam się z tobą -?ciągnąłem. -?Każda osoba mająca twoje doświadczenia czułaby taką samą złość. Zbyt surowo się oceniasz.
Susan zaczęła szlochać, a ja czekałem, aż się uspokoi.
-?Nie wiem, co robić, jak to powstrzymać -?powiedziała w końcu. - Chciałabym przypomnieć sobie dobre rzeczy z naszego wspólnego życia. Naprawdę go kochałam. Ale teraz jestem po prostu wściekła.
-?Podejrzewam, że gdy zaakceptujesz swój gniew, uznasz go za właściwy i uzasadniony, powrócą inne wspomnienia. Ale to potrwa.
-?Może. -?Skinęła głową. -?Mam taką nadzieję.
Potem dodałem swoim najbardziej uroczystym głosem:
-?Susan, uważnie wysłuchałem wszystkiego, co powiedziałaś, rozważyłem i przeanalizowałem. Ogłaszam, że jesteś niewinna, chcę, żebyś o tym wiedziała. Posłuchaj: ogłaszam, że jesteś niewinna! Zasługujesz na dobre życie. Ciężko pracowałaś, byłaś dobrą matką, dobrą żoną i zasługujesz na trochę szczęścia.
Uśmiechnęła się przez łzy, a ja zakończyłem sesję z głębokim poczuciem, że okazałem się pomocny. Podałem jej nazwisko terapeuty, z którym mogłaby dalej pracować. "Ten staruszek najwyraźniej ma jeszcze coś do zaoferowania!" -?pomyślałem, gdy przejrzałem notatki z naszego spotkania.
Kilka tygodni później otrzymałem od Susan mejl, który to potwierdził. Podziękowała za pomoc i napisała:
Nie zapomnę chwili, kiedy powiedział Pan coś w tym rodzaju: "Najwyraźniej twoja matka i ojciec nie byli dobrymi rodzicami, ale mimo to znakomicie poradziłaś sobie w życiu [...]. Podziwiam cię za to [...]". Dzięki Panu poczułam, że jestem szanowana i są ludzie, na których mogę liczyć [...]. Oświadczył Pan, że jestem niewinna. Nigdy nie zapomnę tej uwagi ani uśmiechu na Pana twarzy, kiedy Pan to powiedział. Zachowam Pana słowa w pamięci i sercu.
Później, wieczorem, myśląc o naszej rozmowie, doszedłem do wniosku, że była to jedna z moich najlepszych sesji terapeutycznych. Postanowiłem w dalszym ciągu udzielać pacjentom nietypowych, godzinnych konsultacji, by się przekonać, komu mogę pomóc, i jak najwięcej się nauczyć. Co równie ważne, zamierzałem dzielić się tym, czego sam się nauczyłem. Wcześniej, mówiąc o swoim pragnieniu pomocy pacjentom, pominąłem inny ważny aspekt własnego życia zawodowego, jakim jest nauczanie. Większość mojej pracy pisarskiej służyła nauczaniu młodych terapeutów i innych osób praktykujących w tej dziedzinie. Wiele moich pomysłów przeciwstawiało się dominującym trendom. Psychiatria coraz chętniej promowała leki jako metodę leczenia chorób psychicznych, natomiast ja byłem orędownikiem nawiązywania relacji międzyludzkich. Psychoterapeuci często uczą się technik mających na celu zwalczanie objawów, jak terapia poznawczo-behawioralna albo terapia skoncentrowana na rozwiązaniach, ja jednak kładłem nacisk na ciekawość i głęboki związek osobisty.
Poświęcenie w dzieleniu się tym, czego się nauczyłem, zawsze było potężną siłą popychającą mnie do przodu. Znowu zacząłem czuć ten impuls, gdy myślałem o Susan i wyobrażałem sobie wiele ciekawych, godzinnych spotkań stojących przede mną. Postanowiłem kontynuować ten projekt nie tylko po to, aby pomóc tym, którzy pragną konsultacji, i pozostać aktywnym psychoterapeutą, lecz także po to, aby przekazać innym to, czego się nauczyłem.
Rozdział 2
Gdybym mogła wyjść z tej nory
Rzadko spotyka się ludzi takich jak Susan, dla których trafna interwencja terapeutyczna albo pogłębiona rozmowa może się okazać prawie wszystkim, czego potrzebują. Nie jestem zwolennikiem terapii krótkoterminowej i chcę jasno powiedzieć, że nie twierdzę, iż jednorazowe sesje mogą stanowić kompletną formę terapii. W rzeczywistości od dawna opowiadam się za terapią długoterminową. Dlaczego? Jest wiele powodów, a najważniejszy z nich sprowadza się do tego, że jestem najbardziej zainteresowany tym, by ludzie naprawdę nauczyli się czegoś o sobie -?a to wymaga czasu.
Uważam, że w trakcie terapii zajmuję się poważnymi problemami: poszukiwaniem sensu życia i tożsamości, rozumieniem własnych impulsów i zachowań. W większości przypadków nie da się szybko osiągnąć tych celów. A jednak w sferze zdrowia psychicznego, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, stosuje się coraz krótsze metody terapeutyczne. Presja na to nie wynika z troski o lepsze wyniki leczenia pacjentów; jest ona w dużej mierze efektem nacisku firm ubezpieczeniowych, które nie chcą płacić za więcej niż osiem lub dwanaście sesji i zdecydowanie wolą tak zwane modele oparte na dowodach, jak terapia poznawczo-behawioralna. Z pewnością istnieją problemy, gdy terapie krótkoterminowe są przydatne, ale często skupiają się one na konkretnych wyzwaniach, z jakimi zmaga się pacjent -?na przykład próbach rzucenia palenia albo objawach takich jak odkładanie spraw na później lub unikanie problemów. Ogólnie rzecz biorąc, krótkoterminowe terapie nie pomagają ludziom w pełni zrozumieć i zmienić podstawowych przyczyn tych objawów; wiele osób potrzebuje głębszego wglądu i transformacji. Dobrym przykładem jest moja następna pacjentka. Nasza krótka sesja okazała się ciekawa, jednak zdecydowanie nie wystarczała, by pomóc jej zmierzyć się z ważnymi wyzwaniami.
Nazywała się Julia i była młodą doktorantką w zakresie ekonomii. Weszła do mojego gabinetu, nie nawiązując kontaktu wzrokowego, i usiadła na fotelu naprzeciwko mnie. Miała na sobie szaroniebieskie dżinsy i za dużą bluzę dresową z logo Uniwersytetu Stanforda. Jej długie, kasztanowe włosy były nieco rozczochrane. Choć był środek dnia, wydawała się zmęczona. Szybko rozejrzała się po gabinecie. Jedną ścianę zajmują okna, a drugą -?półki sięgające od podłogi do sufitu; znajduje się na nich kolekcja książek psychologicznych i filozoficznych, którą zgromadziłem przez ostatnie sześćdziesiąt lat. Julia przez chwilę wpatrywała się w ścianę książek.
-?Przeczytał je pan wszystkie? -?spytała.
-?Nawet jeśli tak, większość z nich już dawno zapomniałem.
Uśmiechnęła się blado.
-?A zatem, Julio, wiem z twojego mejla, że jesteś doktorantką i że niedawno przeprowadziłaś się do Kalifornii, by kontynuować studia - zacząłem. -?Powiedz mi, dlaczego do mnie przyszłaś i co powinienem o tobie wiedzieć.
-?Szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego tu jestem ani czego oczekuję od pana albo jakiegokolwiek terapeuty. Mam dwadzieścia sześć lat i spędziłam ponad połowę życia na terapii. I nikt mi nigdy nie pomógł.
-?A mimo to jesteś tu dzisiaj i prosisz mnie o konsultację, ponieważ...
-?Tydzień temu byłam w księgarni Uniwersytetu Stanforda i przeglądałam dział książek napisanych przez profesorów uczelni. Kupiłam jedną z pana książek ze względu na chwytliwy tytuł, Mama i sens życia. Przeczytałam ją w całości przez jedną noc, co nie zdarzało mi się od lat. Bardzo mi się podobała, zwłaszcza ostatnia dziwna historia, Klątwa węgierskiego kota.
Pomyślałem, że to może być interesujące. To najbardziej fantastyczna historia, jaką kiedykolwiek napisałem: terapeuta zakochuje się w kobiecie, na której rodzinie od pokoleń ciąży klątwa rzucona przez dzikiego kota nawiedzającego w snach jej romantycznych partnerów. Ostatecznie terapeuta i kot dyskutują na temat idei filozoficznych związanych z egzystencją i śmiertelnością przy chińskim jedzeniu na wynos. Kto wie, do czego może doprowadzić rozmowa z Julią?
-?Co cię uderzyło w tej historii?
-?Nie wiem. Ale coś mnie poruszyło. Może sposób, w jaki tak wytrwale rozmawiał pan z niemożliwym pacjentem: opryskliwym, mówiącym kotem, na litość boską! Zanim się zorientowałam, był już ranek, a potem podniosłam słuchawkę i zadzwoniłam do pana.
-?Coś w tych postaciach wzbudziło twoje emocje?
-?Nie jestem pewna. Cóż, może utożsamiłam się z kotem, który wykorzystał osiem z dziewięciu żywotów. Rozumiem go. Tak, naprawdę rozumiem sytuację tego kota.
-?Chcesz powiedzieć, że wykorzystałaś większość ze swoich dziewięciu żywotów?
-?Brzmi to dziwnie, kiedy słyszę te słowa z pana ust, ale tak, coś w tym stylu. Poza tym wydawał mi się pan godny zaufania i uczciwy. Słyszałam mnóstwo bzdur od terapeutów i specjalistów od uzależnień, wszyscy mają własne ulubione strategie. Zadzwoniłam do pana tydzień temu i, szczerze mówiąc, entuzjazm trochę osłabł. Byłam blisko, tak blisko... -?uniosła kciuk i palec wskazujący w taki sposób, że były oddalone od siebie zaledwie o kilka milimetrów -?...odwołania spotkania. Wiem, że nie może pan nic dla mnie zrobić. Nie ma dla mnie nadziei.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki