Godzina serca. Spotkania tu i teraz - Irvin D. Yalom, Ben Yalom

-
Proszę czekać

Wstęp

Wstęp

Kie­dyś wpa­dłem na zuchwały pomysł, by opi­sać swoje naj­waż­niej­sze spo­strze­że­nia doty­czące psy­cho­te­ra­pii, co dało począ­tek uży­tecz­nej książce zaty­tu­ło­wa­nej Dar tera­pii. We wstę­pie do niej napi­sa­łem, że w doj­rza­łym wieku sie­dem­dzie­się­ciu lat doświad­czy­łem dwóch rze­czy. Po pierw­sze, moi pacjenci zaczęli się mar­twić, jak długo będę mógł im poma­gać. Czy pojadę na waka­cje i ni­gdy nie wrócę? Czy wkrótce będą odwie­dzać mój grób? Po dru­gie, bio­rąc pod uwagę swoją nie­uchronną śmierć, poczu­łem, że chcę prze­ka­zać innym to, czego się nauczy­łem przez cztery dekady pracy psy­cho­te­ra­peu­tycz­nej, i zro­bić to jak naj­szyb­ciej.

Obawy oka­zały się odro­binę przed­wcze­sne i prze­szło dwa­dzie­ścia lat póź­niej w dal­szym ciągu się zasta­na­wiam, jak naj­le­piej pomóc pacjen­tom i tera­peu­tom. Teraz, gdy mam pra­wie dzie­więć­dzie­siąt trzy lata, nie­po­kój, że umrę i że muszę się śpie­szyć z prze­ka­zy­wa­niem ciężko zdo­by­tych doświad­czeń, może naprawdę być uza­sad­niony. Nie wiem, czy to prawda. Skon­tak­tuj­cie się ze mną za dwa­dzie­ścia lat!

W ciągu sześć­dzie­się­ciu lat mojej pracy tera­peu­tycz­nej nie zmie­nia się tylko jedno: tęsk­nota za kon­tak­tem z dru­gim czło­wie­kiem zawsze pozo­staje główną moty­wa­cją osób szu­ka­ją­cych pomocy. Ludzie pra­gną bliż­szych, głęb­szych więzi. Klu­czem do ich roz­wi­ja­nia jest umie­jęt­ność nawią­zy­wa­nia szcze­rych rela­cji, poru­sza­nia oso­bi­stych pro­ble­mów. Może się to wyda­wać łatwe, a jed­nak spra­wia kło­poty zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści pacjen­tów, z któ­rymi mia­łem do czy­nie­nia. Bli­skość wymaga wraż­li­wo­ści: nikt nie może ocze­ki­wać, że przy­ja­ciel, krewny albo part­ner będzie szczery, jeśli sam nie potrafi być szczery. A taka wraż­li­wość nie­mal z defi­ni­cji nie­sie ze sobą nie­bez­pie­czeń­stwo. Wielu z nas -?więk­szość z nas -?wie z doświad­cze­nia, że wraż­li­wość emo­cjo­nalna może dopro­wa­dzić do pro­ble­mów. Jest to bole­sne i szybko uczymy się bro­nić, przede wszyst­kim uni­kać szcze­ro­ści. Ale, nie­stety, jeśli ni­gdy nie będziemy szcze­rzy, ni­gdy nie nawią­żemy upra­gnio­nego kon­taktu.

Dla tych, któ­rzy znają moje prace poświę­cone psy­cho­te­ra­pii egzy­sten­cjal­nej, nacisk na kon­takt inter­per­so­nalny może wyda­wać się dziwny. Gdy ponow­nie czy­tam wstęp do Daru tera­pii, zauwa­żam, że oma­wia­łem te dwie kwe­stie jako "rów­no­le­głe, ale oddzielne pro­blemy". Psy­cho­te­ra­pia egzy­sten­cjalna sku­pia się na wewnętrz­nych kon­flik­tach pacjen­tów, które wyni­kają z kon­fron­ta­cji z pod­sta­wo­wymi skład­ni­kami ludz­kiej egzy­sten­cji -?śmier­cią, samot­no­ścią, sen­sem życia i wol­no­ścią. Dostrze­głem, że egzy­sten­cjalny punkt widze­nia (nie jest to odrębne, kom­pletne podej­ście do tera­pii) wpływa na moją pracę z poszcze­gól­nymi pacjen­tami. W trak­cie tera­pii inter­per­so­nal­nej pacjenci zma­gają się z pro­ble­mem nie­moż­no­ści nawią­za­nia, pie­lę­gno­wa­nia i utrzy­my­wa­nia rela­cji z innymi. Zauwa­ży­łem to przede wszyst­kim pod­czas pracy z gru­pami tera­peu­tycz­nymi, gdzie kon­cen­tro­wa­łem się na impul­sach i emo­cjach wyni­kających z inte­rak­cji mię­dzy człon­kami.

Teraz czuję, że te dwie obawy wcale nie muszą się od sie­bie róż­nić. Jedną z głów­nych przy­czyn lęku egzy­sten­cjal­nego jest samot­ność we wszech­świe­cie, nie­moż­ność podzie­le­nia się swo­imi doświad­cze­niami z innymi. Ta samot­ność może być prze­ra­ża­jąca i z pew­no­ścią odgrywa rolę w więk­szo­ści reli­gii, które ofe­rują pocie­sze­nie, zapew­nia­jąc nas, że jeste­śmy czę­ścią więk­szej cało­ści. Dla wielu z nas, nie­za­leż­nie od tego, czy jeste­śmy reli­gijni, głę­boka więź z innymi ludźmi jest naj­lep­szym lekar­stwem na samot­ność egzy­sten­cjalną i wią­żące się z nią lęki. Więk­szość osób roz­po­czyna tera­pię, bo poszu­kuje pomocy zwią­za­nej z pro­ble­mami inter­per­so­nal­nymi, co rów­nież wydaje się w pew­nym sen­sie zwią­zane z pro­ble­mami egzy­sten­cjal­nymi.

Histo­rie skła­da­jące się na tę książkę doty­czą pracy z indy­wi­du­al­nymi pacjen­tami, ale moje podej­ście tera­peu­tyczne jest wyraź­nie inter­per­so­nalne, ana­li­zuje prze­strzeń emo­cjo­nalną mię­dzy mną a pacjen­tem i wyko­rzy­stuje to, czego się uczymy, by pomóc pacjen­towi popra­wić rela­cje z innymi. A zatem pro­blemy egzy­sten­cjalne i inter­per­so­nalne nie są od sie­bie oddzie­lone.

Potrzeba nawią­za­nia kon­taktu, by zła­go­dzić egzy­sten­cjalne obawy, z pew­no­ścią była praw­dziwa w moim przy­padku i nabrała siły po śmierci mojej żony Mari­lyn w 2019 roku. Zale­d­wie kilka mie­sięcy póź­niej wybu­chła pan­de­mia covid, po czym spę­dzi­łem więk­szość następ­nych trzech lat, czyli okresu, w któ­rym roz­grywa się ta książka, w głę­bo­kiej izo­la­cji. Należy dodać do tego to, że sta­łem się naprawdę bar­dzo stary. Nie­mal wszy­scy moi przy­ja­ciele i współ­pra­cow­nicy ode­szli albo wyda­wało się, że wkrótce umrą. Doży­cie póź­nej sta­ro­ści, choć wydaje się korzystne, ma swoje wady.

W trak­cie sta­rze­nia się stale zaprzą­tały mnie kwe­stie egzy­sten­cjalne. Jedna z głów­nych cech sta­rze­nia to pogor­sze­nie pamięci. Ana­liza tego pro­cesu jest jed­nym z naj­waż­niej­szych tema­tów niniej­szej książki, więc nie zdra­dzę zbyt wiele we wstę­pie, poru­szę tylko dwie klu­czowe kwe­stie. Po pierw­sze, sześć lat temu spo­strze­głem, że nie jestem już w sta­nie zapa­mię­tać wszyst­kich waż­nych szcze­gó­łów doty­czą­cych moich pacjen­tów i pracy tera­peu­tycz­nej, którą wspól­nie wyko­na­li­śmy. Po pro­stu nie mogłem obie­cać, że będę sku­tecz­nym tera­peutą, jakim byłem przez tak długi czas. Zamiast od razu zawie­sić prak­tykę, posta­no­wi­łem pro­wa­dzić jed­no­go­dzinne kon­sul­ta­cje. Naj­cie­kaw­sze z tych kon­sul­ta­cji i wycią­gnięte z nich wnio­ski sta­no­wią treść roz­dzia­łów tej książki.

Po dru­gie, nar­ra­to­rem tej książki jestem ja, Irvin Yalom, ale napi­sa­łem ją we współ­pracy ze swoim naj­młod­szym synem Ben­ja­mi­nem. Nawią­za­li­śmy ten inte­re­su­jący układ z koniecz­no­ści, ponie­waż nie potra­fi­łem ogar­nąć licz­nych opi­sa­nych tutaj spo­tkań i powią­za­nych z nimi wąt­ków tera­peu­tycz­nych. Na szczę­ście Ben jest dosko­na­łym pisa­rzem, który od wielu lat reda­guje moje książki. Nastą­piło to w ide­al­nym momen­cie -?po dwu­dzie­stu pię­ciu latach pracy w teatrze i, jak to nazywa, uni­ka­niu pozo­sta­wa­niu w moim zawo­do­wym cie­niu, mój mar­no­trawny syn posta­no­wił dołą­czyć do rodzin­nego biz­nesu. Uczest­ni­czył w stu­diach dok­to­ranc­kich z tera­pii mał­żeń­skiej i rodzin­nej, gdy moje aspi­ra­cje do napi­sa­nia tej książki zde­rzyły się z rze­czy­wi­sto­ścią i spo­strze­głem, że mam coraz więk­sze pro­blemy z pamię­cią. Rezul­tat to połą­cze­nie moich doświad­czeń z jego spo­strze­że­niami i wni­kli­wymi pyta­niami. Co za szczę­ście! Współ­praca, a także moż­li­wość wyja­śnie­nia i prze­my­śle­nia nie­któ­rych z moich teo­rii spra­wiły nam ogromną przy­jem­ność. Pra­cu­jąc nad tą książką, stał się jed­nym z moich ostat­nich stu­den­tów.

Terminologia i krytyczne zastrzeżenie

Na koniec kilka uwag. Dwa ter­miny czę­sto uży­wane w całej książce są warte wyja­śnie­nia. Po pierw­sze, czę­sto piszę o "intym­no­ści". Nie uży­wam tego słowa w zna­cze­niu sek­su­al­nym lub fizycz­nym, choć taki jego sens jest obec­nie powszechny. Mam na myśli bli­skość, szcze­rość, ser­decz­ność - wyrazy ozna­cza­jące cie­pły, bli­ski kon­takt mię­dzy dwoj­giem ludzi. Opi­sane przeze mnie histo­rie ilu­strują, że gabi­net tera­peuty powi­nien być bez­piecz­nym miej­scem, gdzie można doświad­czać intym­nego kon­taktu rozu­mia­nego w ten spo­sób.

Po dru­gie, piszę o oso­bach, które popro­siły mnie o kon­sul­ta­cję jako pacjenci. To ter­min tro­chę pro­ble­ma­tyczny. Twór­cami psy­cho­te­ra­pii byli psy­chia­trzy wykształ­ceni jako leka­rze i w związku z tym w spo­sób zupeł­nie natu­ralny uwa­żali, że pra­cują z "pacjen­tami". Jed­nak w ostat­nich deka­dach psy­cho­te­ra­pia stała się w dużej mie­rze domeną psy­cho­lo­gów, tera­peu­tów mał­żeń­skich i rodzin­nych, pra­cow­ni­ków socjal­nych i peda­go­gów róż­nego rodzaju, z któ­rych więk­szość używa ter­minu "klienci". Nie jestem wiel­kim fanem żad­nego z tych słów -?pierw­sze suge­ruje cho­robę, a dru­gie rela­cję han­dlową. Zwrot "osoba udzie­la­jąca kon­sul­ta­cji" jest długi i nie­zręczny. Wolę myśleć o sobie jako o towa­rzy­szu podróży -?kimś, kto może nieco lepiej rozu­mieć drogę, którą podą­żamy. Jed­nak w tej książce posłu­guję się sło­wem "pacjent", choć nie pro­wa­dzi­łem lecze­nia ani nie podej­mo­wa­łem dzia­łań o cha­rak­te­rze medycz­nym.

Na koniec muszę napi­sać, że jest to zbiór opo­wie­ści o poje­dyn­czych spo­tka­niach z ludźmi szu­ka­ją­cymi wska­zó­wek. Z ponad trzy­stu takich spo­tkań wybra­łem dwa­dzie­ścia dwa, które mogą pomóc w naucza­niu tera­peu­tów i osób zain­te­re­so­wa­nych tera­pią, prze­ka­zy­wa­niu kon­kret­nych lek­cji lub ujaw­nia­niu kon­kret­nych dyle­ma­tów. Chciał­bym jasno pod­kre­ślić jedno: "Nie suge­ruję, że jedna sesja może sta­no­wić model sku­tecz­nej tera­pii!". Umiesz­cza­nie tego zastrze­że­nia powinno być zbędne, ale należy brać pod uwagę, że firmy ubez­pie­cze­niowe i far­ma­ceu­tyczne zmu­szają moich kole­gów do sto­so­wa­nia coraz krót­szych i coraz uboż­szych wer­sji tera­pii, więc mimo wszystko czuję potrzebę wyja­śnie­nia. Nie żywię nadziei, że mój eks­pe­ry­ment zosta­nie powtó­rzony, ale że Wy, dro­dzy Czy­tel­nicy, wyko­rzy­sta­cie opi­sane lek­cje i zasto­su­je­cie je we wła­snej prak­tyce w spo­sób, który uzna­cie za naj­bar­dziej uży­teczny.

Rozdział 1. Dzień z życia bardzo starego terapeuty

Roz­dział 1

Dzień z życia bar­dzo sta­rego tera­peuty

Dzień nie zaczął się dobrze. Obu­dzi­łem się o trze­ciej w nocy, czu­jąc skur­cze nóg. Cicho wsta­łem z łóżka, sta­ra­jąc się nie wyrwać z głę­bo­kiego snu swo­jej żony Mari­lyn. Wzią­łem gorący prysz­nic, by zła­go­dzić ból, aż woda stała się let­nia; potem się wytar­łem i wró­ci­łem do łóżka. Gorąca woda uko­iła ból mię­śni i skur­cze nieco zła­god­niały. Bar­dzo sta­ra­łem się znowu zasnąć. Ale kiedy ktoś bar­dzo stara się zasnąć, zawsze koń­czy się to fia­skiem. Bez­sen­ność była moim sta­łym towa­rzy­szem od dzie­się­cio­leci.

Z ocią­ga­niem ogra­ni­czy­łem przyj­mo­wa­nie środ­ków nasen­nych, bo mój lekarz podej­rze­wał, że przy­śpie­szają pogar­sza­nie się pamięci. Pró­bo­wa­łem wyko­ny­wać ćwi­cze­nia odde­chowe. Wiele razy wdy­cha­łem powie­trze, szep­cąc "spo­kój", a potem je wydy­cha­łem, mówiąc to samo -?prak­tyka medy­ta­cyjna, któ­rej nauczy­łem się przed wielu laty. Ale niczego to nie dawało - nie­wiel­kie uspo­ko­je­nie po wypo­wie­dze­niu słowa "spo­kój" wkrótce prze­kształ­ciło się w lęk, kolejną starą neme­zis. Skon­cen­tro­wa­łem się na licze­niu odde­chów. Kilka minut póź­niej zda­łem sobie sprawę, że zapo­mnia­łem o licze­niu, a mój wiecz­nie nie­spo­kojny umysł powę­dro­wał gdzie indziej.

Rok wcze­śniej u Mari­lyn zdia­gno­zo­wano szpi­czaka mno­giego, pod­stępny nowo­twór układu krwio­tr­wór­czego. Była w trak­cie che­mio­te­ra­pii, która jak dotąd nie przy­nio­sła zna­czą­cej poprawy. Zna­łem jej cie­pło i oddech; spa­łem z nią od wielu dzie­się­cio­leci. Ale teraz poja­wiło się coś nowego, zło­wroga cho­roba, z którą wal­czyła.

Z przy­jem­no­ścią widzia­łem, że tej nocy spo­koj­nie odpo­czywa; dostrze­ga­łem zarysy jej twa­rzy w sła­bym świe­tle. Byli­śmy nie­roz­łączni od szkoły śred­niej. Teraz całymi dniami mar­twi­łem się o nią i pró­bo­wa­łem cie­szyć się chwi­lami, które nam zostały. Nie mogłem zasnąć, zadrę­cza­łem się myślami o życiu bez Mari­lyn. Co będę robił? Z kim będę się dzie­lił myślami? Jaka samot­ność mnie czeka?

Zauwa­ży­łem, że mój umysł błą­dzi, i zre­zy­gno­wa­łem z prób zaśnię­cia. Popa­trzy­łem na zega­rek i z zasko­cze­niem spo­strze­głem, że jest już szó­sta rano. Musia­łem nie­świa­do­mie się zdrzem­nąć na parę godzin.

Po śnia­da­niu spoj­rza­łem na ter­mi­narz. Tego dnia mia­łem dwa spo­tka­nia. Pierw­sze było ostat­nią sesją z Jer­rym, pacjen­tem, z któ­rym spo­ty­ka­łem się przez rok. Jerry był odno­szą­cym suk­cesy czter­dzie­sto­kil­ku­let­nim praw­ni­kiem; roz­po­czął tera­pię, bo pró­bo­wał zro­zu­mieć, czemu rzu­ciła go dziew­czyna, z którą był dwa lata; był to trzeci z serii nie­uda­nych związ­ków.

-?Nie rozu­miem, dla­czego to się stało -?powie­dział w cza­sie pierw­szej sesji. -?Mam piękny dom, świetną pracę, mnó­stwo pie­nię­dzy. Czego mi bra­kuje? Niech pan na mnie popa­trzy. -?Wska­zał swój dobrze skro­jony, drogi gar­ni­tur.

Jerry nie był czło­wie­kiem peł­nym cie­pła, miłym, tylko wyma­ga­ją­cym, czę­sto kry­tycz­nym. Narze­kał na moje stawki, zasu­ge­ro­wał, bym zatrud­nił lep­szego ogrod­nika do pie­lę­gna­cji roślin wzdłuż ścieżki do gabi­netu, a gdy zna­leź­li­śmy się w środku, kry­ty­ko­wał gra­fiki wiszące na ścia­nach.

W trak­cie naszych pierw­szych spo­tkań powta­rzał mi wie­lo­krot­nie, że zgło­sił się do mnie, bo sły­szał, że jestem naj­lep­szy, a on zasłu­guje na to, co naj­lep­sze. Wkrótce w jego oczach poja­wiło się roz­cza­ro­wa­nie, że nie wyle­czy­łem go szybko z pro­ble­mów. Jego spoj­rze­nie suge­ro­wało, że nie jestem naj­lep­szy.

Jed­nak z cza­sem odnie­śli­śmy suk­ces. Co zadzia­łało? Sprzy­jały nam dwa ważne czyn­niki. Przede wszyst­kim Jerry miał bar­dzo silną moty­wa­cję, by zmie­nić swoje życie. Mimo aro­gan­cji zda­wał sobie sprawę, że w jakiś spo­sób przy­czy­nia się do pro­ble­mów w związ­kach, i chciał je roz­wią­zać, wkła­da­jąc w to tyle pracy, ile trzeba. Musia­łem zwol­nić tempo tera­pii, pozwo­lić mu ode­tchnąć i zasu­ge­ro­wać, że czę­ścią pro­blemu są ogromne wyma­ga­nia, jakie sta­wia sobie i mnie, bym w magiczny spo­sób go wyle­czył.

-?Niech pan sobie wyobrazi na kilka minut, że jest pan swoją dziew­czyną -?zapro­po­no­wa­łem. -?Czy by pana kochała i wspie­rała, gdyby nie był pan geniu­szem, gdyby ścieżka w pana ogro­dzie nie była fachowo pie­lę­gno­wana przez ogrod­nika, gdyby dziew­czyna źle wyglą­dała na pań­skim ramie­niu?

-?Wąt­pię -?odpo­wie­dział.

-?Zamiast tego nie­ustan­nie by pana kry­ty­ko­wała, a pan czułby się nie­kom­for­towo ze sobą i swoim związ­kiem. Co dalej? -?Umil­kłem. Pyta­nie wisiało w powie­trzu.

Jerry zasta­no­wił się przez chwilę.

-?Praw­do­po­dob­nie bym zre­zy­gno­wał -?powie­dział w końcu.

Uświa­do­mił sobie, że był wyma­ga­jący i czę­sto nie­uprzejmy, co głę­boko wpły­wało na jego rela­cje. Zro­zu­miał swoją rolę i zaczął się zmie­niać. W następ­nych tygo­dniach sta­rał się popra­wić. Zaczął łapać się na tym, że był wobec mnie zbyt kry­tyczny; zbyt czę­sto narze­kał, że inne osoby obecne w jego życiu postę­pują nie­od­po­wied­nio. Wziął na sie­bie więk­szą odpo­wie­dzial­ność za spo­sób, w jaki reagują na niego ludzie, zwłasz­cza poten­cjalne part­nerki. I zaczął powścią­gać swój cięty język. Zacie­kła deter­mi­na­cja Jerry'ego, by się zmie­nić, była klu­czo­wym czyn­ni­kiem jego tera­pii, lecz nie potra­fi­łem jej kon­tro­lo­wać.

Mogłem jed­nak wpły­nąć na inny aspekt -?silną rela­cję nawią­zaną za mną. Jerry testo­wał mnie od samego początku. Dla­czego nie mam lep­szego gustu? Gdzie jest mój luk­su­sowy samo­chód? Czemu cią­gle nie udało mi się go napra­wić? Zacho­wy­wa­łem spo­kój mimo wszyst­kich jego zło­śli­wo­ści. Byłem empa­tyczny i ser­deczny, choć sta­wia­łem opór, gdy wyda­wało się, że przy­nie­sie mu to jakąś korzyść. Stop­niowo zła­god­niał i prze­stał ze mną rywa­li­zo­wać. W miarę roz­woju naszej rela­cji jego zło­śliwe uwagi prze­stały być ata­kami; zmie­niły się w dow­cipne, żar­to­bliwe uszczy­pli­wo­ści, na które mogłem zare­ago­wać ripo­stą lub wezwa­niem do debaty. Stop­niowo zbu­do­wa­li­śmy silną rela­cję, "sojusz tera­peu­tyczny", jak to nazy­wamy w naszym fachu.

To przy­mie­rze, two­rze­nie go i wyko­rzy­sty­wa­nie, sta­nowi naj­waż­niej­szy ele­ment mojej tech­niki tera­peu­tycz­nej. W nie­zli­czo­nych wykła­dach i publi­ka­cjach powta­rza­łem, że rela­cja ta pełni funk­cję lecz­ni­czą. Prze­miana nie jest arku­szem wypeł­nia­nym przez pacjenta ani bły­sko­tli­wym pyta­niem zada­nym przez tera­peutę, zmianą zacho­wa­nia codzien­nie śle­dzoną przez pacjenta. W moim podej­ściu do tera­pii szczera więź mię­dzy tera­peutą a pacjen­tem jest medium, dzięki któ­remu doko­nu­jemy odkryć, uczymy się, zmie­niamy i leczymy.

Jerry i ja poczy­ni­li­śmy ogromne postępy w ciągu roku, gdy pra­co­wa­li­śmy razem. Stał się bar­dziej przy­ja­ciel­ski; kiedy cza­sami w dal­szym ciągu wygła­szał nie­po­chlebne uwagi, szybko mu to wyty­ka­łem. Nauczył się prze­pra­szać, a potem gryzł się w język, nim powie­dział coś kąśli­wego, i czę­sto, w dość uro­czy spo­sób, zastę­po­wał takie komen­ta­rze nieco dwu­znacz­nymi kom­ple­men­tami: "Drzewa cytry­nowe przy ścieżce wyglą­dają w tym tygo­dniu o wiele lepiej" albo: "Wie pan, posą­żek Buddy na pana półce jest bar­dziej inte­re­su­jący, niż myśla­łem".

Z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­łem na nasze coty­go­dniowe spo­tka­nia i ze smut­kiem żegna­łem się z Jer­rym, kiedy dzi­siej­sza sesja koń­czyła się o jede­na­stej pięć­dzie­siąt. Ale z powo­dów, które wkrótce staną się jasne, na początku tera­pii usta­li­li­śmy, że powinna trwać jedy­nie rok. Z pew­no­ścią wyko­rzy­stał go w pełni i obaj mie­li­śmy nadzieję, że jego przy­szłe związki, roman­tyczne i inne, będą bogat­sze i bar­dziej satys­fak­cjo­nu­jące.

Tego dnia druga sesja w moim ter­mi­na­rzu miała być zupeł­nie inna. Umó­wi­łem się z kobietą o imie­niu Susan, którą zamie­rza­łem zoba­czyć tylko raz. Tylko raz?! Jak sku­tecz­nie kogoś wyle­czyć w trak­cie jed­nej sesji? I po co w ogóle pró­bo­wać? Aby to wyja­śnić, muszę tro­chę cof­nąć się w cza­sie i opi­sać kon­tekst.

Około pię­ciu lat wcze­śniej, gdy prze­kro­czy­łem osiem­dzie­siątkę, zauwa­ży­łem, że moja pamięć zaczyna szwan­ko­wać. Zawsze byłem tro­chę zapo­mi­nal­ski, regu­lar­nie gubi­łem ter­mi­narz, oku­lary albo klu­czyki do samo­chodu. Teraz spo­strze­głem coś nowego. Spo­ty­ka­łem osoby, które pozna­wa­łem, ale nie pamię­ta­łem ich imion ani nazwisk. Cza­sami mil­kłem w środku zda­nia, szu­ka­jąc bra­ku­ją­cego słowa. I coraz czę­ściej prze­sta­wa­łem rozu­mieć fabułę w fil­mach, które oglą­da­li­śmy z Mari­lyn.

Kiedy kło­poty z pamię­cią się pogłę­biły, zaczą­łem myśleć, że może nie jestem w sta­nie pro­wa­dzić dłu­go­ter­mi­no­wej tera­pii, którą upra­wia­łem pra­wie sześć­dzie­siąt lat. Zamiast tera­pii bez z góry okre­ślo­nych ram cza­so­wych, cza­sami trwa­ją­cej trzy albo cztery lata, posta­no­wi­łem wyzna­czyć wszyst­kim nowym pacjen­tom roczny ter­min, uzgod­niony z góry. Stąd moja umowa z Jer­rym. Pod­cho­dzi­łem do tych nowych ram cza­so­wych z żalem, ponie­waż sta­no­wiły dużą zmianę w mojej pracy, wyni­ka­jącą z koniecz­no­ści, nie z pra­gnie­nia. Ale wkrótce cie­ka­wość i chęć dal­szego udzie­la­nia pomocy zwy­cię­żyły.

W końcu uzna­łem to za dobre roz­wią­za­nie. Jeśli sta­ran­nie dobie­ra­łem pacjen­tów, pra­wie zawsze byłem w sta­nie wiele zaofe­ro­wać w trak­cie rocz­nej wspól­nej pracy. W przy­padku nie­któ­rych z nich dzięki ogra­ni­cze­niu cza­so­wemu wzro­sło poczu­cie, że sprawa jest pilna, co sprzy­jało moty­wa­cji. W ciągu ostat­nich pię­ciu lat było to korzystne zarówno dla mnie, jak i dla pacjen­tów. Póź­niej, gdy mia­łem około osiem­dzie­się­ciu sied­miu lat, odkry­łem, że coraz bar­dziej pole­gam na notat­kach, które robi­łem po każ­dej sesji, by zapa­mię­tać szcze­góły doty­czące roz­mów­ców; nawet wtedy ich twa­rze i pro­blemy cza­sami wyda­wały się obce. Zaczą­łem się wahać, kwe­stio­no­wać war­tość swo­jej pracy tera­peu­tycz­nej. Czu­łem, że mam jesz­cze wiele do zaofe­ro­wa­nia, ale było jasne, że nie mogę w dobrej wie­rze anga­żo­wać się w stałą pracę, nawet ogra­ni­czoną do jed­nego roku.

A jed­nak, a jed­nak... myśl o rezy­gna­cji z prak­tyki była szo­ku­jąca. Dzie­le­nie się doświad­cze­niami z pacjen­tami, poma­ga­nie im w naj­trud­niej­szych chwi­lach i towa­rzy­sze­nie w odkry­wa­niu wła­snej psy­chiki sta­no­wiło moje powo­ła­nie i codzienną pracę przez więk­szość życia. Kim był­bym, gdy­bym nie został psy­cho­te­ra­peutą? Szcze­rze mówiąc, czu­łem złość i głę­boki strach. Nie chcia­łem stać się bez­u­ży­tecz­nym star­cem. Myśl o rezy­gna­cji z tera­pii suge­ro­wała pogo­dze­nie się z szybką degren­go­ladą psy­chiczną, a potem z nie­uchronną śmier­cią.

Głę­boko się nad tym zasta­na­wia­łem. Musia­łem sta­wiać potrzeby pacjen­tów na pierw­szym miej­scu, więc dłu­go­ter­mi­nowa tera­pia nie wcho­dziła w rachubę. Ale zda­wa­łem sobie sprawę, że po wielu dzie­siąt­kach lat prak­tyki i badań zdo­by­łem rzadką intu­icję i wie­dzę fachową, w dal­szym ciągu potężne narzę­dzia tera­peu­tyczne. Poza tym czu­łem oso­bi­stą potrzebę dal­szej pracy. Jak mógł­bym wciąż poma­gać pacjen­tom, być zaan­ga­żo­wa­nym, a jed­no­cze­śnie nie nara­żać nikogo na nie­bez­pie­czeń­stwo? Wpa­dłem na nie­kon­wen­cjo­nalny pomysł. Może udzie­lać pacjen­tom jed­no­ra­zo­wych, godzin­nych kon­sul­ta­cji? W ciągu tej godziny dawał­bym z sie­bie wszystko, na co mnie stać -?intu­icje, wska­zówki, ser­decz­ność, akcep­ta­cję -?a następ­nie, w razie potrzeby, kie­ro­wał­bym pacjen­tów do kolegi, który mógłby naj­le­piej zaspo­koić ich szcze­gólne potrzeby tera­peu­tyczne.

Taka krót­ko­ter­mi­nowa tera­pia była dla mnie czymś zupeł­nie obcym. Zawsze postrze­ga­łem tera­pię jako przed­się­wzię­cie dłu­go­ter­mi­nowe -?nie sta­ro­modną psy­cho­ana­lizę trwa­jącą dzie­się­cio­le­cia, lecz kil­ku­letni ciąg sesji mający pomóc pacjen­tom w lep­szym zro­zu­mie­niu samych sie­bie i doko­na­niu zna­czą­cych zmian w życiu. Pyta­nie, jak sku­teczny był­bym pod­czas godzin­nych kon­sul­ta­cji, mogłoby być przy­naj­mniej cie­ka­wym eks­pe­ry­men­tem.

Kiedy wpa­dłem na ten pomysł, przez jakiś czas tar­gały mną sprzeczne emo­cje, scep­ty­cyzm (czy to tylko spo­sób na odro­cze­nie końca mojej pracy, a nie ofe­ro­wa­nie cze­goś naprawdę korzyst­nego dla pacjen­tów?) wal­czył z eks­cy­ta­cją. Wie­dzia­łem, że mam nie­zwy­kłe umie­jęt­no­ści i pomo­głem wielu, wielu ludziom zma­ga­ją­cym się z pro­ble­mami oso­bi­stymi, co nie­wąt­pli­wie miało war­tość. Sta­ran­nie prze­ana­li­zo­wa­łem swoje uczu­cia. Nie­wy­klu­czone, że duma nie pozwala mi pogo­dzić się z mniej ważną rolą. A jed­nak wia­domo było, że w pew­nym momen­cie będę musiał zaak­cep­to­wać sta­rość i prze­ka­zać pałeczkę następ­nym poko­le­niom. Szcze­rze mówiąc, nie wie­dzia­łem, co przy­nie­sie ten eks­pe­ry­ment, co samo w sobie wyda­wało się intry­gu­jące. W ten spo­sób roz­po­czą­łem nową przy­godę pole­ga­jącą na udzie­la­niu godzin­nych kon­sul­ta­cji tera­peu­tycz­nych i ana­li­zo­wa­niu, co mogłoby być naj­bar­dziej pomocne w trak­cie tera­pii tego rodzaju, choć wcze­śniej nie uwa­ża­łem jej za sku­teczną metodę.

Ogło­si­łem na Face­bo­oku, że prze­cho­dzę na eme­ry­turę w zakre­sie tera­pii dłu­go­ter­mi­no­wej i pro­po­nuję chęt­nym godzinne kon­sul­ta­cje -?albo oso­bi­ste w moim gabi­ne­cie w Palo Alto, albo online. W ciągu kilku godzin zaczęły napły­wać prośby o umó­wie­nie wizyty, znacz­nie licz­niej­sze, niż się spo­dzie­wa­łem. Przy­cho­dziły z całego świata, oczy­wi­ście z kra­jów angiel­sko­ję­zycz­nych, ale także z wielu innych miejsc -?Tur­cji, Gre­cji, Izra­ela, Nie­miec -?ponie­waż Zoom poko­nał barierę prze­strzeni. Wysy­łali je ludzie w róż­nym wieku, róż­nych zawo­dów. Szybko zda­łem sobie sprawę, że for­mat godzin­nej sesji pozwoli mi pra­co­wać z wie­loma oso­bami, do któ­rych ni­gdy nie mógł­bym dotrzeć w inny spo­sób i dla któ­rych stała tera­pia ze mną byłaby zbyt kosz­towna. Było jasne, że będzie to bar­dzo inte­re­su­jące odstęp­stwo od sto­sun­kowo tra­dy­cyj­nej pry­wat­nej prak­tyki, którą przez dwa­dzie­ścia lat pro­wa­dzi­łem w pięk­nym domku w stylu hisz­pań­skim w naszym ogro­dzie, a wcze­śniej przez dzie­się­cio­le­cia w trak­cie pracy na Wydziale Psy­chia­trii Uni­wer­sy­tetu Stan­forda. Czy nowe metody pomogą pacjen­tom? Czy dadzą mi satys­fak­cję? Dowiem się tego z cza­sem. Z pew­no­ścią będzie to coś nowego, a w moim wieku nie należy drwić z nowo­ści.

Tego szcze­gól­nego ranka myśla­łem o swo­jej pierw­szej godzin­nej kon­sul­ta­cji z Susan. Byłem pod­eks­cy­to­wany, lecz rów­nież zanie­po­ko­jony. Nie zawsze drę­czą mnie wąt­pli­wo­ści, ale po bez­sen­nej nocy, gdy snu­łem mroczne myśli o śmierci Mari­lyn i o moim wła­snym słab­ną­cym umy­śle, zaczą­łem wąt­pić w sen­sow­ność nowego przed­się­wzię­cia. Czy w cza­sie tak krót­kich spo­tkań mogę zro­bić wiele dobrego?

Przy­po­mnia­łem sobie, że kilka rze­czy działa na moją korzyść. Przede wszyst­kim moje szcze­gólne podej­ście tera­peu­tyczne zawsze było skon­cen­tro­wane na wyko­rzy­sta­niu tego, co nazy­wam "tu i teraz". Mam na myśli swoje inte­rak­cje z pacjen­tem, pod­sta­wowe narzę­dzie lecze­nia. Pro­blemy pacjenta -?nie­pew­ność, ner­wica, kło­poty zabu­rza­jące rela­cje z innymi -?praw­do­po­dob­nie wyjdą na jaw w trak­cie sesji tera­peu­tycznej, w inte­rak­cji ze mną. Naj­lep­szym przy­kła­dem jest Jerry, który musiał mieć naj­lep­szego tera­peutę. Popro­sił mnie o pomoc i praw­do­po­dob­nie wysoko mnie cenił, lecz nie­ustan­nie mnie kry­ty­ko­wał. Wie­lo­krot­nie mu to uświa­da­mia­łem. Począt­kowo przy­pi­sy­wał te komen­ta­rze moim wadom; uwa­żał, że jestem prze­wraż­li­wiony i zazdrosz­czę mu suk­ce­sów finan­so­wych. Ale stop­niowo zaczął rozu­mieć, że zacho­wuje się w ten spo­sób także w innych dzie­dzi­nach życia, że ma to wpływ na jego rela­cje i szczę­ście oso­bi­ste.

Metoda "tu i teraz" jest w dużym stop­niu ahi­sto­ryczna, co ozna­cza, że nie bazuje na oso­bi­stych doświad­cze­niach pacjen­tów. Zamiast spę­dzać dużo czasu na ana­li­zo­wa­niu ich życio­ry­sów, co jest nie­wy­ko­nalne w trak­cie godzin­nych sesji, powi­nie­nem się sku­pić na teraź­niej­szo­ści, ana­li­zo­wać każde słowo i gest, a także to, co pacjenci pomi­jają. Byłem pewien, że takie podej­ście pozwoli nam szybko roz­po­cząć poważną pracę. Miało to rów­nież tę wielką zaletę, że dobrze współ­grało z ogra­ni­czo­nymi moż­li­wo­ściami mojego słab­ną­cego umy­słu: pamię­ta­nie prze­szło­ści było dla mnie coraz trud­niej­sze, a przy­po­mi­na­nie sobie licz­nych szcze­gó­łów bio­gra­fii każ­dego pacjenta prze­kra­czało moje moż­li­wo­ści. Ale mogłem świet­nie funk­cjo­no­wać "tu i teraz".

Drugą sprzy­ja­jącą mi rze­czą było to, że pra­wie wszyst­kie osoby, które pro­siły o kon­sul­ta­cje, coś o mnie wie­działy. Przez ponad sześć­dzie­siąt lat napi­sa­łem wiele ksią­żek, w tym ważne pod­ręcz­niki dla stu­den­tów psy­cho­te­ra­pii, powie­ści filo­zo­ficzne i zbiory opo­wia­dań, któ­rych celem było obja­śnie­nie pro­cesu tera­pii. Dzięki nim mia­łem szczę­ście stać się znaną posta­cią w tej dzie­dzi­nie, a więk­szość osób pro­szą­cych o kon­sul­ta­cje wspo­mi­nała o prze­czy­ta­niu przy­naj­mniej jed­nej z moich ksią­żek. Z mejli jasno wyni­kało, że postrze­gają mnie jako osobę obda­rzoną mądro­ścią i siłą. Przyj­mo­wa­łem to scep­tycz­nie, pamię­ta­jąc, że wszy­scy cza­sami szu­kamy pocie­sze­nia u siwo­wło­sych star­ców. W rze­czy­wi­sto­ści odzy­wał się we mnie cichy głos, mło­dzień­czy i bun­tow­ni­czy, który chciał krzyk­nąć: "Jesz­cze nie jestem taki stary!", i odwo­łać całe to przed­się­wzię­cie. Mimo to byłem szczę­śliwy, że mogę odgry­wać rolę mędrca żyją­cego na szczy­cie góry, wyko­rzy­stać mądrość i moc, którą otrzy­ma­łem, by pomóc pacjen­tom się zmie­nić.

Taki był stan mojego umy­słu, gdy usia­dłem w fotelu w gabi­ne­cie i otwo­rzy­łem okno Zooma, by poroz­ma­wiać z Susan, pięć­dzie­się­cio­let­nią nauczy­cielką ze stanu Ore­gon, która popa­dła w głę­boką depre­sję. Szybko się przy­wi­ta­li­śmy. Wyja­śni­łem, że mogę się z nią spo­tkać tylko raz, jak napi­sa­łem w poście na Face­bo­oku, i że mam nadzieję oka­zać się tak pomocny, jak to moż­liwe. Czu­łem się bar­dzo dziw­nie, mówiąc to wszystko; myślę, że przy­go­to­wy­wa­łem fun­da­menty zarówno dla sie­bie, jak i dla Susan. Ski­nęła głową, a następ­nie zaczęła opo­wia­dać swoją tra­giczną histo­rię. Dwa lata wcze­śniej, około dzie­sią­tej wie­czór w czwar­tek, otwo­rzyła lodówkę i zauwa­żyła, że duży pla­cek wiśniowy, który wcze­śniej upie­kła, pra­wie znik­nął. Zamie­rzała go podać następ­nego dnia bli­skim przy­ja­cio­łom zapro­szo­nym na kola­cję, ale teraz został tylko kawa­łek, z któ­rego sączyło się ciem­no­czer­wone nadzie­nie.

Co się stało z cia­stem? To nie była żadna tajem­nica: musiał go zjeść jej mąż Peter. Nie byłby to pierw­szy raz.

-?Żar­łoczny łaj­dak! -?krzyk­nęła i wybuch­nęła pła­czem. Ten incy­dent prze­kro­czył gra­nice jej wytrzy­ma­ło­ści. Ostat­nia kro­pla, która prze­lała czarę. Naza­jutrz pra­co­wała do wpół do szó­stej, godzinę przed przy­by­ciem gości. Ledwo star­czy­łoby jej czasu, by się ubrać i nakryć do stołu, nie wspo­mi­na­jąc o upie­cze­niu kolej­nego cia­sta. Co za wstyd!

Pobie­gła z wście­kło­ścią na pię­tro i zaczęła krzy­czeć na męża, który leżał już w łóżku. Kłó­cili się przez dzie­sięć minut. Krzy­czeli coraz gło­śniej, ponio­sły ich emo­cje. Oświad­czył, że zawsze utrzy­my­wał rodzinę ("Nie­prawda!" -?pro­te­sto­wała) i że zje każde cia­sto, na które ma ochotę. Odparła, że jest grubą świ­nią, która obżera się, aż zdech­nie.

Kazał jej spać na kana­pie w salo­nie i wypchnął ją z sypialni. Zatrza­snął drzwi i zamknął je na klucz.

-?Dosko­nale! -?wrza­snęła. -?Dzie­le­nie łóżka z samo­lub­nym żar­ło­kiem to ostat­nia rzecz, na jaką mam ochotę!

Następ­nego ranka mocno pukała w drzwi sypialni i gło­śno wołała męża, lecz odpo­wie­dzią była cisza. W końcu Susan i jej dwie córki wła­mały się do pokoju i zna­la­zły ojca mar­twego w łóżku. Wezwały pogo­to­wie; medycy oświad­czyli, że nie żyje od kilku godzin. Kiedy przy­je­chali poli­cjanci, zamknęli dom i prze­szu­kali każdy pokój. Susan i jej córki były długo prze­słu­chi­wane: poli­cja brała pod uwagę moż­li­wość popeł­nie­nia prze­stęp­stwa, podej­rze­wała nawet, że cia­sto było zatrute.

-?Okropna histo­ria -?powie­dzia­łem. -?Otrzą­snę­łaś się jakoś po śmierci męża?

-?Moim zda­niem wcale się nie otrzą­snę­łam -?odparła Susan. -?Ani tro­chę. Sytu­acja stale się pogar­sza. Bar­dzo za nim tęsk­nię i drę­czy mnie poczu­cie winy z powodu tego, co mu powie­dzia­łam ostat­niej nocy. Jestem też na niego zła, że zosta­wił mnie samą. Bez prze­rwy pła­czę i teraz to ja nie mogę prze­stać jeść, przy­ty­łam trzy­dzie­ści kilo­gra­mów. Nie­dawno byłam u psy­chia­try, który powie­dział, że w jakiś spo­sób utoż­sa­miam się z mężem. Czy mi to pomo­gło? Mam okropne pro­blemy ze skórą i stale się dra­pię. Nie mogę spać, a gdy zasy­piam, śni mi się Peter. Kiedy za mie­siąc moje córki wyjadą na stu­dia, będę jadła sama posiłki w restau­ra­cjach. Ludzie będą na mnie patrzyli i na pewno współ­czuli gru­bej kobie­cie jedzą­cej samot­nie.

Gło­śno wcią­gnęła powie­trze, być może powstrzy­mu­jąc łzy.

-?To wszystko, dok­to­rze Yalom, opo­wie­dzia­łam panu całą swoją histo­rię. Skoń­czy­łam. Nie wiem, co mogła­bym dodać.

Opa­dła na krze­sło.

-?Wiesz, Susan, czę­sto pra­co­wa­łem z kobie­tami, które stra­ciły mężów, i twoja opo­wieść o tym, co prze­ży­wasz, nie jest dla mnie nowa. Pozwól mi o coś zapy­tać. Mówisz, że twój mąż zmarł ponad dwa lata temu. Czy mogła­byś porów­nać swój obecny stan z tym sprzed roku? Czy jest inny? Mniej bole­sny?

-?Nie. Wręcz prze­ciw­nie. Drę­czę się, myślę o nim coraz czę­ściej, a kiedy jestem sama w domu, czuję prze­ra­że­nie, że będę smutna i samotna na zawsze. To nie­spra­wie­dliwe, do licha!

-?Żal zawsze łagod­nieje, ale to wymaga czasu. Zazwy­czaj żałoba ma prze­wi­dy­walny prze­bieg. Jest naj­sil­niej­sza w pierw­szym roku, kiedy prze­ży­wamy bez współ­mał­żonka pierw­sze uro­dziny, pierw­sze Boże Naro­dze­nie albo syl­we­stra. Ale potem, w miarę upływu czasu, ból słab­nie. A póź­niej, kiedy po raz drugi prze­ży­wamy kolejne rocz­nice, staje się to mniej przy­kre. W twoim przy­padku jest ina­czej. Coś się zablo­ko­wało i mam prze­czu­cie, że ma to zwią­zek z twoją zło­ścią.

Susan ener­gicz­nie ski­nęła głową, a ja spy­ta­łem:

-?Czy możesz wyra­zić to sło­wami?

-?Nie potra­fię zna­leźć wła­ści­wych słów, by to opi­sać, ale czuję, że ma pan rację. To dziwne. Tonę w żalu, a potem nagle czuję tylko gwał­towną złość.

-?Skupmy się na two­jej zło­ści -?powie­dzia­łem. -?Myśl o niej i za chwilę podziel się ze mną swo­imi myślami. Innymi słowy, myśl na głos.

Wyda­wała się zdez­o­rien­to­wana i pokrę­ciła głową.

-?Nie wiem, od czego zacząć.

-?Naj­ła­twiej zacząć od początku. Pomyśl na głos o swoim pierw­szym doświad­cze­niu zło­ści.

-?Złość... złość. Pierw­szy raz poczu­łam złość w chwili naro­dzin.

-?Mów dalej, Susan.

-?Kiedy się uro­dzi­łam, czu­łam gniew. Gniew matki. Pamię­tam, jak wiele razy powta­rzała, że chce uro­dzić chłopca. Gdy­bym była chłop­cem, poprze­sta­łaby na jed­nym dziecku. Chciała mieć jedno dziecko i nie byłam to ja. Stale mi to powta­rzała.

-?Więc przez całe wcze­sne dzie­ciń­stwo sły­sza­łaś, że twoje naro­dziny, twoje ist­nie­nie, są dla niej nie­wy­godne?

-?O Boże, tak, cały czas dawała mi to do zro­zu­mie­nia, niech ją dia­bli!

-?A twój ojciec?

-?Było gorzej. Cza­sami kosz­mar­nie. Cią­gle powta­rzał swój ulu­biony żart, że kiedy się uro­dzi­łam, pie­lę­gniarka popeł­niła błąd i przy­nio­sła łoży­sko zamiast dziecka.

-?Au. Susan, to okropne. Twój ojciec żar­to­wał, że nie jesteś osobą, tylko łoży­skiem.

-?Uwa­żał to za świetny dow­cip. Matka też tak myślała. Będę z panem szczera. Wiem, że byłam wyrodną córką, ale nie­na­wi­dzi­łam rodzi­ców. Obojga. Zwłasz­cza ojca. Nie chciał pokryć kosz­tów moich stu­diów. Wolał, żebym pra­co­wała jako sprze­daw­czyni w jego skle­pie. Dla­tego szybko wypro­wa­dzi­łam się z domu i pra­co­wałam, żeby prze­brnąć przez uni­wer­sy­tet.

Umil­kła. Kłę­biły się w niej emo­cje. Po chwili, gdy prze­ży­wała głę­bo­kie upo­ko­rze­nie, zmu­si­łem ją, by się­gnęła głę­biej.

-?A złość na two­jego męża? Opo­wiedz mi o niej.

-?To coś innego niż złość na ojca. Na pewno nie na początku. Pozna­łam Petera na stu­diach, kiedy opu­ści­łam dom. Cho­dzi­li­śmy ze sobą, był dla mnie dobry. Jego rodzice byli zamożni i zawsze miał pie­nią­dze. Gdy bra­ko­wało mi gotówki, pła­cił czynsz albo robił zakupy. Ni­gdy wcze­śniej nie mia­łam takiej pomocy, nikt nie oka­zy­wał mi takich uczuć. Ojciec Petera był poli­ty­kiem i chciał, żeby syn poszedł w jego ślady. Peter miał cha­ry­zmę: potra­fił być nie­wia­ry­god­nie cza­ru­jący i zabawny. Ale był leniwy, kiep­sko się uczył, nało­gowo upra­wiał hazard i w końcu rzu­cił stu­dia. Został ochro­nia­rzem w miej­sco­wym banku, pracę zała­twił mu ojciec. Ni­gdy nie zara­biał na tyle dużo, żeby nas utrzy­mać, a jeśli nawet, to pota­jem­nie prze­gry­wał pie­nią­dze. Tak czy ina­czej, dawał mi jasno do zro­zu­mie­nia, że muszę pra­co­wać. Ni­gdy nie bra­łam urlo­pów, z wyjąt­kiem trzy­mie­sięcz­nego urlopu macie­rzyń­skiego, gdy rodzi­łam kolejne córki. Ni­gdy nie mogłam stać się sobą, matką, jaką chcia­łam być dla naszych córek. Zamiast tego pra­co­wa­łam, ciężko haro­wa­łam. I wie pan, co się stało? Kilka dni przed śmier­cią powie­dział, że jest za gruby, by pra­co­wać w banku jako ochro­niarz, więc prze­nie­siono go do pracy biu­ro­wej, co ozna­czało obniżkę pen­sji. Mówił, że to dro­biazg, a ja byłam na niego wście­kła, bo nie dba nawet o swoje zdro­wie. Praw­do­po­dob­nie musia­ła­bym zna­leźć drugą pracę, by opła­cić rachunki.

-?Sły­szę w twoim gło­sie gniew, Susan -?zauwa­ży­łem. -?Mąż nie doce­niał two­jej pracy, lek­ce­wa­żył twoje potrzeby i pra­gnie­nia. Okrutny ojciec, który widział w tobie albo pro­blem, albo żart. I bez­duszna matka, która cię nie chciała i nie ofe­ro­wała miło­ści. Teraz wszy­scy nie żyją: matka, ojciec, mąż, wszy­scy. Masz za sobą dużą część życia. Och, nic dziw­nego, że jesteś wście­kła. Kto w two­jej sytu­acji nie byłby wście­kły? Ja na pewno tak.

Kiw­nęła głową.

-?Jak się czu­jesz, gdy sły­szysz mój komen­tarz, Susan? -?cią­gną­łem.

-?To przy­kre. Praw­dziwe, ale przy­kre.

-?Chciał­bym przez chwilę sku­pić się na tym, co osią­gnę­łaś mimo tych prze­ci­wieństw. Masz dwójkę kocha­ją­cych dzieci, odnio­słaś suk­ces zawo­dowy jako nauczy­cielka. To nie wszystko, czego doko­na­łaś, Susan.

Prze­łknęła ślinę, zasta­na­wia­jąc się nad moimi sło­wami.

-?Tak naprawdę nie mogę z nikim o tym poroz­ma­wiać -?odpo­wie­działa. - Wszy­scy pamię­tają Petera jako dobrego czło­wieka, a nas jako świetną parę. Nikt nie wspo­mina o mrocz­nej stro­nie naszego związku.

-?Dzię­kuję, że mówisz o tym w roz­mo­wie ze mną. Twój gniew to nor­malna ludzka reak­cja. Podej­rze­wam jed­nak, że sta­nowi poważny pro­blem. Uwa­żamy, że ni­gdy nie powin­ni­śmy mówić źle o zmar­łych, że to nie­wła­ściwe, że świad­czy o braku sza­cunku. Czy ty też tak sądzisz?

Ski­nęła głową i jej oczy wypeł­niły się łzami.

-?Cóż, nie zga­dzam się z tobą -?cią­gną­łem. -?Każda osoba mająca twoje doświad­cze­nia czu­łaby taką samą złość. Zbyt surowo się oce­niasz.

Susan zaczęła szlo­chać, a ja cze­ka­łem, aż się uspo­koi.

-?Nie wiem, co robić, jak to powstrzy­mać -?powie­działa w końcu. - Chcia­ła­bym przy­po­mnieć sobie dobre rze­czy z naszego wspól­nego życia. Naprawdę go kocha­łam. Ale teraz jestem po pro­stu wście­kła.

-?Podej­rze­wam, że gdy zaak­cep­tu­jesz swój gniew, uznasz go za wła­ściwy i uza­sad­niony, powrócą inne wspo­mnie­nia. Ale to potrwa.

-?Może. -?Ski­nęła głową. -?Mam taką nadzieję.

Potem doda­łem swoim naj­bar­dziej uro­czy­stym gło­sem:

-?Susan, uważ­nie wysłu­cha­łem wszyst­kiego, co powie­dzia­łaś, roz­wa­ży­łem i prze­ana­li­zo­wa­łem. Ogła­szam, że jesteś nie­winna, chcę, żebyś o tym wie­działa. Posłu­chaj: ogła­szam, że jesteś nie­winna! Zasłu­gu­jesz na dobre życie. Ciężko pra­co­wa­łaś, byłaś dobrą matką, dobrą żoną i zasłu­gu­jesz na tro­chę szczę­ścia.

Uśmiech­nęła się przez łzy, a ja zakoń­czy­łem sesję z głę­bo­kim poczu­ciem, że oka­za­łem się pomocny. Poda­łem jej nazwi­sko tera­peuty, z któ­rym mogłaby dalej pra­co­wać. "Ten sta­ru­szek naj­wy­raź­niej ma jesz­cze coś do zaofe­ro­wa­nia!" -?pomy­śla­łem, gdy przej­rza­łem notatki z naszego spo­tka­nia.

Kilka tygo­dni póź­niej otrzy­ma­łem od Susan mejl, który to potwier­dził. Podzię­ko­wała za pomoc i napi­sała:

Nie zapo­mnę chwili, kiedy powie­dział Pan coś w tym rodzaju: "Naj­wy­raź­niej twoja matka i ojciec nie byli dobrymi rodzi­cami, ale mimo to zna­ko­mi­cie pora­dzi­łaś sobie w życiu [...]. Podzi­wiam cię za to [...]". Dzięki Panu poczu­łam, że jestem sza­no­wana i są ludzie, na któ­rych mogę liczyć [...]. Oświad­czył Pan, że jestem nie­winna. Ni­gdy nie zapo­mnę tej uwagi ani uśmie­chu na Pana twa­rzy, kiedy Pan to powie­dział. Zacho­wam Pana słowa w pamięci i sercu.

Póź­niej, wie­czo­rem, myśląc o naszej roz­mo­wie, dosze­dłem do wnio­sku, że była to jedna z moich naj­lep­szych sesji tera­peu­tycz­nych. Posta­no­wi­łem w dal­szym ciągu udzie­lać pacjen­tom nie­ty­po­wych, godzin­nych kon­sul­ta­cji, by się prze­ko­nać, komu mogę pomóc, i jak naj­wię­cej się nauczyć. Co rów­nie ważne, zamie­rza­łem dzie­lić się tym, czego sam się nauczy­łem. Wcze­śniej, mówiąc o swoim pra­gnie­niu pomocy pacjen­tom, pomi­ną­łem inny ważny aspekt wła­snego życia zawo­do­wego, jakim jest naucza­nie. Więk­szość mojej pracy pisar­skiej słu­żyła naucza­niu mło­dych tera­peu­tów i innych osób prak­ty­ku­ją­cych w tej dzie­dzi­nie. Wiele moich pomy­słów prze­ciw­sta­wiało się domi­nu­ją­cym tren­dom. Psy­chia­tria coraz chęt­niej pro­mo­wała leki jako metodę lecze­nia cho­rób psy­chicz­nych, nato­miast ja byłem orę­dow­ni­kiem nawią­zy­wa­nia rela­cji mię­dzy­ludz­kich. Psy­cho­te­ra­peuci czę­sto uczą się tech­nik mają­cych na celu zwal­cza­nie obja­wów, jak tera­pia poznaw­czo-beha­wio­ralna albo tera­pia skon­cen­tro­wana na roz­wią­za­niach, ja jed­nak kła­dłem nacisk na cie­ka­wość i głę­boki zwią­zek oso­bi­sty.

Poświę­ce­nie w dzie­le­niu się tym, czego się nauczy­łem, zawsze było potężną siłą popy­cha­jącą mnie do przodu. Znowu zaczą­łem czuć ten impuls, gdy myśla­łem o Susan i wyobra­ża­łem sobie wiele cie­ka­wych, godzin­nych spo­tkań sto­ją­cych przede mną. Posta­no­wi­łem kon­ty­nu­ować ten pro­jekt nie tylko po to, aby pomóc tym, któ­rzy pra­gną kon­sul­ta­cji, i pozo­stać aktyw­nym psy­cho­te­ra­peutą, lecz także po to, aby prze­ka­zać innym to, czego się nauczy­łem.

Rozdział 2. Gdybym mogła wyjść z tej nory

Roz­dział 2

Gdy­bym mogła wyjść z tej nory

Rzadko spo­tyka się ludzi takich jak Susan, dla któ­rych trafna inter­wen­cja tera­peu­tyczna albo pogłę­biona roz­mowa może się oka­zać pra­wie wszyst­kim, czego potrze­bują. Nie jestem zwo­len­ni­kiem tera­pii krót­ko­ter­mi­no­wej i chcę jasno powie­dzieć, że nie twier­dzę, iż jed­no­ra­zowe sesje mogą sta­no­wić kom­pletną formę tera­pii. W rze­czy­wi­sto­ści od dawna opo­wia­dam się za tera­pią dłu­go­ter­mi­nową. Dla­czego? Jest wiele powo­dów, a naj­waż­niej­szy z nich spro­wa­dza się do tego, że jestem naj­bar­dziej zain­te­re­so­wany tym, by ludzie naprawdę nauczyli się cze­goś o sobie -?a to wymaga czasu.

Uwa­żam, że w trak­cie tera­pii zaj­muję się poważ­nymi pro­ble­mami: poszu­ki­wa­niem sensu życia i toż­sa­mo­ści, rozu­mie­niem wła­snych impul­sów i zacho­wań. W więk­szo­ści przy­pad­ków nie da się szybko osią­gnąć tych celów. A jed­nak w sfe­rze zdro­wia psy­chicz­nego, zwłasz­cza w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, sto­suje się coraz krót­sze metody tera­peu­tyczne. Pre­sja na to nie wynika z tro­ski o lep­sze wyniki lecze­nia pacjen­tów; jest ona w dużej mie­rze efek­tem naci­sku firm ubez­pie­cze­nio­wych, które nie chcą pła­cić za wię­cej niż osiem lub dwa­na­ście sesji i zde­cy­do­wa­nie wolą tak zwane modele oparte na dowo­dach, jak tera­pia poznaw­czo-beha­wio­ralna. Z pew­no­ścią ist­nieją pro­blemy, gdy tera­pie krót­ko­ter­mi­nowe są przy­datne, ale czę­sto sku­piają się one na kon­kret­nych wyzwa­niach, z jakimi zmaga się pacjent -?na przy­kład pró­bach rzu­ce­nia pale­nia albo obja­wach takich jak odkła­da­nie spraw na póź­niej lub uni­ka­nie pro­ble­mów. Ogól­nie rzecz bio­rąc, krót­ko­ter­mi­nowe tera­pie nie poma­gają ludziom w pełni zro­zu­mieć i zmie­nić pod­sta­wo­wych przy­czyn tych obja­wów; wiele osób potrze­buje głęb­szego wglądu i trans­for­ma­cji. Dobrym przy­kładem jest moja następna pacjentka. Nasza krótka sesja oka­zała się cie­kawa, jed­nak zde­cy­do­wa­nie nie wystar­czała, by pomóc jej zmie­rzyć się z waż­nymi wyzwa­niami.

Nazy­wała się Julia i była młodą dok­to­rantką w zakre­sie eko­no­mii. Weszła do mojego gabi­netu, nie nawią­zu­jąc kon­taktu wzro­ko­wego, i usia­dła na fotelu naprze­ciwko mnie. Miała na sobie sza­ro­nie­bie­skie dżinsy i za dużą bluzę dre­sową z logo Uni­wer­sy­tetu Stan­forda. Jej dłu­gie, kasz­ta­nowe włosy były nieco roz­czo­chrane. Choć był śro­dek dnia, wyda­wała się zmę­czona. Szybko rozej­rzała się po gabi­ne­cie. Jedną ścianę zaj­mują okna, a drugą -?półki się­ga­jące od pod­łogi do sufitu; znaj­duje się na nich kolek­cja ksią­żek psy­cho­lo­gicz­nych i filo­zo­ficz­nych, którą zgro­ma­dzi­łem przez ostat­nie sześć­dzie­siąt lat. Julia przez chwilę wpa­try­wała się w ścianę ksią­żek.

-?Prze­czy­tał je pan wszyst­kie? -?spy­tała.

-?Nawet jeśli tak, więk­szość z nich już dawno zapo­mnia­łem.

Uśmiech­nęła się blado.

-?A zatem, Julio, wiem z two­jego mejla, że jesteś dok­to­rantką i że nie­dawno prze­pro­wa­dzi­łaś się do Kali­for­nii, by kon­ty­nu­ować stu­dia - zaczą­łem. -?Powiedz mi, dla­czego do mnie przy­szłaś i co powi­nie­nem o tobie wie­dzieć.

-?Szcze­rze mówiąc, nie wiem, dla­czego tu jestem ani czego ocze­kuję od pana albo jakie­go­kol­wiek tera­peuty. Mam dwa­dzie­ścia sześć lat i spę­dzi­łam ponad połowę życia na tera­pii. I nikt mi ni­gdy nie pomógł.

-?A mimo to jesteś tu dzi­siaj i pro­sisz mnie o kon­sul­ta­cję, ponie­waż...

-?Tydzień temu byłam w księ­garni Uni­wer­sy­tetu Stan­forda i prze­glą­da­łam dział ksią­żek napi­sa­nych przez pro­fe­so­rów uczelni. Kupi­łam jedną z pana ksią­żek ze względu na chwy­tliwy tytuł, Mama i sens życia. Prze­czy­ta­łam ją w cało­ści przez jedną noc, co nie zda­rzało mi się od lat. Bar­dzo mi się podo­bała, zwłasz­cza ostat­nia dziwna histo­ria, Klą­twa węgier­skiego kota.

Pomy­śla­łem, że to może być inte­re­su­jące. To naj­bar­dziej fan­ta­styczna histo­ria, jaką kie­dy­kol­wiek napi­sa­łem: tera­peuta zako­chuje się w kobie­cie, na któ­rej rodzi­nie od poko­leń ciąży klą­twa rzu­cona przez dzi­kiego kota nawie­dza­ją­cego w snach jej roman­tycz­nych part­ne­rów. Osta­tecz­nie tera­peuta i kot dys­ku­tują na temat idei filo­zo­ficz­nych zwią­za­nych z egzy­sten­cją i śmier­tel­no­ścią przy chiń­skim jedze­niu na wynos. Kto wie, do czego może dopro­wa­dzić roz­mowa z Julią?

-?Co cię ude­rzyło w tej histo­rii?

-?Nie wiem. Ale coś mnie poru­szyło. Może spo­sób, w jaki tak wytrwale roz­ma­wiał pan z nie­moż­li­wym pacjen­tem: opry­skli­wym, mówią­cym kotem, na litość boską! Zanim się zorien­to­wa­łam, był już ranek, a potem pod­nio­słam słu­chawkę i zadzwo­ni­łam do pana.

-?Coś w tych posta­ciach wzbu­dziło twoje emo­cje?

-?Nie jestem pewna. Cóż, może utoż­sa­mi­łam się z kotem, który wyko­rzy­stał osiem z dzie­wię­ciu żywo­tów. Rozu­miem go. Tak, naprawdę rozu­miem sytu­ację tego kota.

-?Chcesz powie­dzieć, że wyko­rzy­sta­łaś więk­szość ze swo­ich dzie­wię­ciu żywo­tów?

-?Brzmi to dziw­nie, kiedy sły­szę te słowa z pana ust, ale tak, coś w tym stylu. Poza tym wyda­wał mi się pan godny zaufa­nia i uczciwy. Sły­sza­łam mnó­stwo bzdur od tera­peu­tów i spe­cja­li­stów od uza­leż­nień, wszy­scy mają wła­sne ulu­bione stra­te­gie. Zadzwo­ni­łam do pana tydzień temu i, szcze­rze mówiąc, entu­zjazm tro­chę osłabł. Byłam bli­sko, tak bli­sko... -?unio­sła kciuk i palec wska­zu­jący w taki spo­sób, że były odda­lone od sie­bie zale­d­wie o kilka mili­me­trów -?...odwo­ła­nia spo­tka­nia. Wiem, że nie może pan nic dla mnie zro­bić. Nie ma dla mnie nadziei.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki