Gołąb na dachu. Opowiadania dla kobiet - Katarzyna Rebuś-Gumółka

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (10,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wspomnienia

Siedziałam na szerokim parapecie w domu mojej mamy i ogrzewałam zziębnięte dłonie o kubek gorącej kawy. Na zewnątrz sypał gęsty śnieg, a wiatr szarpał gałęziami starej jabłoni rosnącej przy płocie. Obiecałam sobie niedawno ograniczyć cukier, ale słona kawa to byłoby już chyba zbyt wiele nawet dla mnie. Ukradkiem otarłam łzy. Mama siedziała przy stole naprzeciwko mnie. Powoli mieszała w filiżance zieloną herbatę i patrzyła gdzieś za oknem.

W końcu westchnęła cicho.

- A pamiętasz - zaczęła - jak chodziłaś z babcią Gienią w pole?

Podniosłam głowę.

- I wracałyście z całym naręczem włoszczyzny na rosół?

Uśmiechnęłam się na to wspomnienie.

- No pewnie, że pamiętam. A potem ustawiałam na wersalce wszystkie lalki i misie i gotowałam dla nich obiad.

Mama roześmiała się cicho.

- I kazałaś nam czekać, aż podasz deser.

- Bo przecież to była restauracja! - zaprotestowałam.

Na chwilę zrobiło się nam lżej.

W ogóle kochałam jeździć do babci na wieś. Zwłaszcza w święta. Pachniało wtedy żywą choinką, którą dziadek - leśniczy - przynosił prosto z lasu. Gałązki były ciężkie od żywicy, a w domu unosił się zapach igliwia. Tego klimatu nie oddadzą żadne słowa, to trzeba było po prostu poczuć. Po kolacji wigilijnej śpiewaliśmy kolędy. Babcia zaczynała pierwsza.

- Bóg się rodzi, moc truchleje...

A potem wszyscy podchwytywali melodię.

Mały kościółek w wiosce pękał w szwach na pasterce. Kiedy ludzie śpiewali, szyby aż drżały w oknach. Jako dziecko byłam przekonana, że to aniołowie śpiewają razem z nami.

Ale jeszcze bardziej kochałam wakacje. Rodzice pracowali, więc wysyłali mnie i moją młodszą siostrę do dziadków na całe tygodnie. To był najpiękniejszy czas mojego dzieciństwa.

Z zamyślenia wyrwało mnie głośne miauczenie. Do pokoju wkroczył dumnie mój kot Łajza, jakby właśnie wrócił z wielkiej wyprawy. Stanął na środku dywanu i spojrzał na mnie z wyrzutem.

- No już, już... - mruknęłam.

Mama parsknęła śmiechem.

- Kto by pomyślał, że kiedyś będziesz miała kota.

- Dlaczego?

- Bo jak byłaś mała, to przy każdym futrzaku zaczynałaś kichać jak z armaty.

Roześmiałam się.

- Pamiętam.

- Oczy ci wtedy puchły, a my z ciotką robiłyśmy napary z rumianku.

Przytuliłam Łajzę, który przez chwilę pozwolił się głaskać.

- Ale ja i tak kochałam koty - powiedziałam. - Chodziłam z babcią doić krowy tylko dlatego, że tam zawsze były.

Mama pokiwała głową.

- Wujek mówił na ciebie "kocia mama".

- I tak mi zostało.

Popatrzyłam na kota.

- Nawet alergia mi przeszła.

- Jak to?

Uśmiechnęłam się.

- Miłość mnie odczuliła.

Mama znów się roześmiała. Łajza uznał jednak, że nasz moment czułości się skończył i zeskoczył z moich kolan, maszerując obrażony na swoje legowisko.

- W kukurydzę też lubiłaś chodzić - przypomniała mama.

- Oczywiście!

Zaśmiałam się.

- Ale tylko wtedy, kiedy była jeszcze niedojrzała.

- Dlaczego?

- Bo miała takie włosy.

Mama spojrzała na mnie zdziwiona.

- Włosy?

- No te nitki przy kolbie. Zbierałam je i czesałam jak lalki.

Mama pokręciła głową z niedowierzaniem.

- Ty naprawdę miałaś niezwykłe pomysły.

Spojrzałam przez okno. Śnieg padał coraz gęściej. Nagle zrobiło mi się zimno.

Babcia zawsze mówiła, że jestem "kotem piecuchem", bo ciągle siedziałam przy piecu albo kaloryferze.

- Znowu marzniesz? - pytała z uśmiechem.

Potem robiła mi kakao. Gorące. Z kożuchem, którego nie cierpiałam.

- Babciu, zabierz to! - marudziłam.

A ona tylko się śmiała.

- Pij, to urośniesz.

Potem owijała mnie ciepłym szalem. Tym samym, który zrobiła na drutach.

Pachniał jej domem. I nią...

Dziś ten szal leżał na moich kolanach. To jedyna rzecz, jaka mi po niej została. No... oprócz wspomnień. Jej uśmiechu. Jej ciepłego głosu. Bajek wymyślanych wieczorami. I spojrzenia pełnego miłości.

- Życie nie jest sprawiedliwe - powiedziałam cicho.

Mama nic nie odpowiedziała. Obie wiedziałyśmy, o czym myślę. Babcia była silna. Energiczna. Pełna życia. A potem przyszedł covid. I wszystko potoczyło się tak szybko. Z dnia na dzień było gorzej. Nie mogłam wejść do szpitala. Nie mogłam jej zobaczyć. Nie mogłam jej przytulić. Nie mogłam otulić jej szalem, żeby nie zmarzła. Kiedy lekarze podłączyli ją do respiratora, wiedziałam, że sytuacja jest bardzo poważna. Ale wciąż miałam nadzieję. Rozumiałam, że lekarze robią wszystko, co mogą. Babcia też walczyła. Ale choroba była silniejsza...

*

Pewnej nocy przyszła do mnie we śnie. Stała w drzwiach naszego domu. Uśmiechnięta. Młodsza. Zdrowa.

- Wróciłam do domu - powiedziała radośnie.

Obudziłam się zapłakana.

- Babciu... - wyszeptałam.

Chciałam, żeby została. Chciałam jeszcze raz poczuć jej ramiona. Chciałam, żeby otuliła mnie tym ciepłym szalem. Bo tutaj, na ziemi... jest tak zimno bez niej. Ale ona odeszła. Nie odwróciła się, bo jej czas tutaj się skończył.

Siedziałam na parapecie jeszcze długo. Głaskałam miękki materiał szala. I pomyślałam, że może gdzieś tam, w niebie... babcia naprawdę siedzi teraz przy oknie. Z drutami w rękach. I robi dla mnie nowy szal. Na dzień, kiedy znów się spotkamy.

NIE ODDZWONIĘ

Telefon leżał na stole od trzech dni. Najpierw był tylko jednym z wielu przedmiotów - obok kubka z niedopitą kawą, książki otwartej na przypadkowej stronie i rachunku, którego nie chciała oglądać. Potem stał się czymś więcej. Cichym świadkiem. Obietnicą. Pułapką. Za pierwszym razem zadzwonił wieczorem. Nie odebrała, bo była pod prysznicem. Kiedy wyszła, zobaczyła nieodebrane połączenie i krótką wiadomość:

"Możemy porozmawiać?"

Usiadła na łóżku z mokrymi włosami i długo patrzyła na ekran. Nie odpisała. Pomyślała, że zrobi to rano, kiedy emocje opadną, kiedy będzie mądrzejsza, spokojniejsza, bardziej rozsądna. Rano nie była. Była taka sama jak zawsze - rozdarta między tym, co czuje, a tym, co wie. Zadzwonił drugi raz. Tym razem patrzyła, jak jego imię pulsuje na ekranie. Jakby było żywe. Jakby próbowało się do niej przebić przez szkło, przez wszystko, co między nimi urosło. Nie odebrała. Serce biło jej szybciej niż powinno. Ręce lekko drżały. Usiadła przy stole i zaczęła czytać tę samą stronę książki, której nie rozumiała już od kilku dni. Możemy porozmawiać? To pytanie miało w sobie wszystko i nic. Nadzieję i kłamstwo. Początek i koniec. Znała to na pamięć.

Poznali się wiosną, kiedy świat wyglądał, jakby można było zacząć od nowa. On miał sposób patrzenia, który sprawiał, że czuła się widziana. Nie oceniana. Nie poprawiana. Po prostu... zauważona. Na początku mówił dużo. O swoich planach. Słuchała go jak ktoś, kto długo czekał, żeby w coś uwierzyć. A potem zaczęły się przerwy. Najpierw krótkie dni bez wiadomości. Tłumaczone pracą, zmęczeniem, życiem. Potem dłuższe. Tygodnie, w których znikał, a ona uczyła się nie zadawać pytań, na które nie chciał odpowiadać. I zawsze wracał tak samo. Z tym samym zdaniem. "Możemy porozmawiać?" Za każdym razem wierzyła, że tym razem będzie inaczej. Że może... Że może wreszcie zostanie. Trzeci telefon był najgorszy. Zadzwonił rano, kiedy siedziała przy oknie i patrzyła na ludzi idących do pracy. Wszyscy gdzieś szli. Wszyscy mieli cel. Nawet jeśli mały. Jej telefon zawibrował na stole. Nie spojrzała od razu. Dała mu dzwonić. Raz. Drugi. Trzeci. Dopiero potem odwróciła głowę. Jego imię. To samo, które kiedyś wywoływało uśmiech, teraz sprawiało, że wszystko ściskało jej się w środku. Znowu nie odebrała. Tym razem jednak nie odłożyła telefonu. Wzięła go do ręki i otworzyła wiadomości. Były tam wszystkie ich rozmowy. Setki słów. Małe kawałki czegoś, co nigdy nie zdążyło stać się całością. Przewijała je powoli. Śmiech. Niedopowiedzenia. Ciepło. Cisza. Powroty. Zatrzymała się dłużej na jednym zdaniu, które napisała kilka miesięcy wcześniej:

"Nie chcę być tą drugą". Bo prawda choć bolesna, była prosta. On miał żonę i dzieci, a ją zwodził bardzo długo i ukrywał ten fakt.