II
Alkad i jego sekretarz
Nikt nie wiedział, ile czasu Pepe przebywał na swoim stanowisku, czekając na powrót nieznajomego. Kiedy jednak dało się słyszeć pianie koguta, gdy na horyzoncie pobielał brzask zorzy, zatoczka Ensenada była zupełnie pusta.
Wtedy życie zdawało się odradzać w wiosce. Jeszcze wciąż niewyraźne cienie zarysowywały się na stromych ścieżkach prowadzących do mola. Łodzie, kołysane falami, zostały pozbawione cum14 i pierwsze promienie dnia oświetliły wypłynięcie rybaków. Upłynęło zaledwie kilka minut i cała flotylla zniknęła w porannej mgle. Otwierały się drzwi domów, na progach powiały się i znikały kobiety oraz dzieci. Jedyną spośród tych lichych chałup, gdzie nie otworzyły się jeszcze o świcie okiennice, była alkada wioski Elanchovi, o którym już wspomnieliśmy.
Już był jasny dzień, gdy młodzieniec w wysokim kapeluszu, znoszonym, brudnym i w pewnych miejscach błyszczącym, jakby był z lakierowanej skóry, kierował się w stronę tego domu. Spodnie tak krótkie, że można je było uważać za spodenki, tak obcisłe, że były podobne do pokrowca od parasola, tak wytarte, że nie byłoby w nich ciepło nawet podczas kanikuły, źle chroniły jego nogi przed przejmującym zimnem listopadowego poranka. Ten młody człowiek zapukał do drzwi alkada. Prawie nie było widać jego twarzy, gdyż aż po uszy otulił się małym płaszczykiem z grubego sukna, z długim włosem, zwanym esclavina. Sądząc po sposobie noszenia tego płaszczyka w górnej części i po tym, do czego był zmuszony przez jego ciasność, pozostawiając odsłonięte nogi na korzyść torsu, wydawał się zupełnie zadowolony ze swoich spodni. Pozory jednak są bardzo zwodnicze. W istocie zaś marzenia tego chłopca, którego błędny wzrok, nędzny wygląd i pewna woń stęchłego papieru wskazywały na escribana15, odnosiły się do posiadania zupełnie innych spodni od tych, jakie nosił, to znaczy do długich, szerokich i miłych w dotyku. Krótko mówiąc, spodnie łączące w sobie te trzy zalety, musiały w jego oczach wydawać się nieprzenikliwą pokrywą przeciw cierpieniom życia i niezdobytą twierdzą przeciw nieszczęściu. Ten młodzieniec był prawą ręką alkada i nazywał się Gregorio Cagatinta.
Po nieśmiałym zastukaniu we drzwi alkada rogowym kałamarzem, który nosił na rzemyku zawieszonym na szyi, otworzyła mu starsza kobieta.
- Ach, to ty, don Gregorio! - stwierdziła staruszka z tą dumną hiszpańską uprzejmością, która sprawia, że dwóch pucybutów, kiedy się spotkają, obdarowują się tytułem "don" jak wielcy hiszpańscy grandowie16.
- To ja, do?a Nicolasa - odpowiedział Gregorio.
- Jezus Maria! Skoro tu jesteś, to znaczy, że się spóźniłam. Mój pan czeka na spodnie. Usiądź, don Gregorio, niebawem tu przyjdzie.
Izba, do której wprowadzony został escribano, wydawałaby się ogromna, gdyby w każdym jej kącie nie były złożone w nieładzie: sieci różnej wielkości, maszty, reje17, żagle rozmaitych kształtów, począwszy od prostokątnych, aż po łacińskie18, rudle19, wiosła, wełniane koszule. Dzięki temu bałaganowi ledwo starczało miejsca dla dwóch stołków ustawionych przy dużym dębowym stole, na którym stał korkowy kałamarz najeżony trzema piórami mocno zatkniętymi w otworach, pośród kilku arkuszy brudnego papieru, wydające się być rozłożone dla nadania powagi lub być może dla przestraszenia odwiedzających. Patrząc na to dziwaczne skupisko różnorodnych przedmiotów, trudno było nie mieć dobrego wyobrażenia o tym, czemu oddawał się alkad poza swoim publicznym urzędowaniem. Rzeczywiście, pożyczał na lichwiarski procent, od reala po piastra20, biorąc odsetki w wysokości dwudziestu procent miesięcznie, czyli dwieście czterdzieści procent rocznie, a ponieważ jego klientela składała się wyłącznie z rybaków, więc stąd wziął się ten zbiór żeglarskich przedmiotów, które zatłaczały salę przyjęć alkada.
Cagatinta spojrzał z roztargnieniem na tę tandetę, pomiędzy którą nie było ani jednej pary spodni, co go nie narażało na żadną gorszącą pokusę, gdyż należy wiedzieć, że jego wątpliwa uczciwość prawdopodobnie nie wytrzymałaby tak strasznej próby. Escribano nie był ulepiony z ciasta, z którego robi się uczciwego człowieka. Natura, zawsze działająca od prostych do złożonych rzeczy, miała tylko czas uczynić z niego pospolitego oszusta, ale prawdą było też to, że był jeszcze w kwiecie młodości.
Don Ramon nie dał na siebie czekać. Wkrótce ukazało się jego jowialne oblicze, tchnące szczerością. Był to mężczyzna silny oraz krępy i łatwo można było sobie wyobrazić, że jedna nogawica jego spodni wystarczyłaby na wykrojenie dwóch pantalonów21 dla jego chudego i mizernego escribano.
- Na żywego Boga, wielmożny alkadzie! - powiedział pisarz po wymianie mnóstwa porannych grzeczności. - Jakie ma pan wspaniałe pantalony!
- Gregorio, mój przyjacielu - odpowiedział z radosną miną alkad - stajesz się nudny przez te swoje powtarzania. Ech, do diabła! Czy w mojej osobie zazdrościsz mi tylko spodni?
Cagatinta westchnął i odpowiedział jak zgłodniały pies czyhający na kości.
- Chyba trzeba by cudu, bym zdołał osiągnąć osobiste zalety pana, ale pańskie spodnie to inna sprawa. Dwa łokcie22 sukna z Segowii załatwiłyby sprawę.
- Cierpliwości, cierpliwości, mości escribano! Wiadomo ci, że za przysługi, których się od ciebie spodziewam, nie mówiąc o tych, które mi już wyświadczyłeś, przyrzekłem ci moje spodnie koloru krwi wołu, kiedy zostaną zużyte. Ja się tym zajmę, a ty zasłuż na ich pozyskanie.
- Co należy zrobić, abym to osiągnął? - zapytał zdesperowany escribano. - Gra nie jest równa. Pańskie zadanie jest bardzo łatwe w porównaniu z moim!
- Ech, mój Boże! Tego się nie wie - odpowiedział alkad. - Może pojawić się taka okoliczność, która da ci przewagę nade mną.
- Tak, ale w międzyczasie może się też zdarzyć taka sytuacja, że nagle twoje spodnie stracą całą swoją wartość.
- Dalej, do roboty - rzekł alkad, pragnąc przerwać narzekania Gregoria. - Spiszemy akt wywłaszczenia łodzi z powodu nieuiszczenia opłaty przez tego Vicente Pereza, który pod pretekstem, że ma sześcioro dzieci do wykarmienia, nie zwrócił mi w uzgodnionym terminie dwudziestu piastrów, które mu pożyczyłem.
Powiedziawszy to, don Ramon wziął na wpół zniszczone krzesło i usiadł na nim przy stole.
- Weź pan to - rzucił żywo escribano, podając mu skórzany pokrowiec, z powodu zużycia wypolerowany jak mahoń - będzie panu bardziej miękko.
- Także moim spodniom - odrzekł z drwiącą miną alkad.
Cagatinta wyciągnął z biurka arkusz ostemplowanego papieru. Już zabierali się do pracy, kiedy rozległo się pospieszne pukanie do drzwi, które wcześniej dwaj urzędnicy zamknęli, by im nie przeszkadzano..
- Kto, do diabła, może tak stukać? - rzekł alkad.
- Ave Maria pursima!23 - odezwał się głos z zewnątrz.
- Sin pecado concebida24 - odpowiedzieli razem dwaj akolici.
Po wypowiedzeniu tej sakramentalnej formuły Gregorio poszedł otworzyć drzwi.
- Co sprowadza o tej porze don Juana de Dios? - zawołał alkad, zdziwiony widokiem głębokiego smutku malującego się na łysym czole dozorcy hrabiny de Mediana.
- Ach, panie alkadzie - odrzekł starzec - tej nocy wydarzyło się wielkie nieszczęście, popełniono wielką zbrodnię... Zniknęła hrabina, a wraz z nią młody hrabia.
- Czy jesteście tego pewni? - wykrzyknął alkad.
- Niestety! Wystarczyło wejść przez balkon wychodzący na morze, jak to uczyniliśmy, nie otrzymawszy odpowiedzi od pani, by zobaczyć, w jakim stanie mordercy pozostawili jej pokój.
- Sprawiedliwości, sprawiedliwości, panie alkadzie!! Wyślij wszystkich swoich alguazilów!25 - zawołał z pewnej odległości kobiecy głos.
Była to pokojówka hrabiny, która uznała za stosowne wrzeszczeć tym głośniej, niż była w rzeczywistości dotknięta tak niepojętym wypadkiem, i wpadła do sali przyjęć alkada.
- Ta, ta, ta... jakże ci spieszno! - odparł urzędnik. - Czy myślisz, że mam tylu alguazilów? Dobrze wiesz, że mam ich dwóch tylko, a do tego jeszcze umieraliby z głodu w tej cnotliwej wiosce, gdyby się zajmowali jedynie swoimi obowiązkami. Tego ranka wyprawili się na połów.
- Niestety, mój Boże! - łkając, krzyczała pokojówka. - Moja biedna pani! Kto jej pomoże?
- Cierpliwości, kobieto - powiedział don Ramon - nie trać nigdy wiary w sprawiedliwość, być może samo Niebo przyjdzie jej z pomocą.
Służąca nie uznała za stosowne okazać się pocieszoną tą wiarą i jej krzyki nasiliły się. Stary Juan de Dios ze smutnie spuszczoną głową cichutko wezwał straszniejszego sędziego. Przed drzwiami domu alkada zebrała się liczna grupa kobiet, starców i dzieci i stopniowo wciskała się do świątyni sprawiedliwości.
Don Ramon Cohecho podszedł do Cagatinty, który sobie zacierał ręce pod swoją esklaviną na myśl o tym, ile ostemplowanego papieru zagryzmoli, i rzekł do niego:
- Uwaga, przyjacielu Gregorio, nadszedł odpowiedni czas i jeżeli jesteś zręczny, spodnie koloru wołowej krwi...
Nie dokończył zdania, ale Cagatinta zrozumiał, gdyż zbladł z radości i nie tracąc z oczu żadnego znaku swego zwierzchnika, był przygotowany chwycić w locie pierwszą nadarzającą się okazję.
Alkad zasiadł znowu na skórzanym fotelu i gestem ręki nakazał milczenie, a potem z obfitością właściwą językowi hiszpańskiemu najokazalszemu i najbogatszemu ze wszystkich żywych języków, miał dość długą mowę do swego audytorium, której treść była następująca:
- Moje dzieci - powiedział - według doniesienia szanownego don Juana de Dios Canelo, tej nocy została popełniona wielka zbrodnia. Wiadomość o tym zamachu nie mogła ujść czujności sprawiedliwości, ponieważ nic nie może jej umknąć, ale pomimo tego dziękuję don Juanowi de Dios za jego urzędowe zeznanie. Ten czcigodny dozorca powinien je uzupełnić, ujawniając nazwiska sprawców.
- Ależ, panie alkadzie - przerwał don Juan de Dios - tego nie wiem, chociaż moje zeznanie było, jak powiedziałeś, urzędowe. Pomogę jednak w znalezieniu winnych.
- Słyszycie go, moje dzieci? Czcigodny Canelo w zeznaniu urzędowym błaga sprawiedliwość o wymierzenie kary na winowajców. Sprawiedliwość nie będzie głucha na jego wołanie. Niech mi teraz wolno będzie pomówić o moich małych interesach i poświęcić się żalowi, jaki we mnie wzbudza zniknięcie hrabiny i młodego hrabiego de Mediana.
Tutaj alkad dał znak Cagatincie, którego wszystkie natężone zmysły jeszcze nie ujawniły mu, jaką przysługą będzie mógł pozyskać przedmiot swych ambicji, po czym dodał:
- Wiadomo wam, moje dzieci, że z rodziną de Mediana łączą mnie podwójne więzi. Oceńcie więc moją boleść, gdy dowiedziałem się o zbrodni, tym bardziej niepojętej, że nie wiadomo, z jakiej przyczyny i przez kogo została popełniona. Niestety, moje dzieci, tracę potężną protektorkę, a serce wiernego sługi zostało przebite na wylot, podczas gdy serce urzędnika zostało okrutnie zranione. Tak, moje dzieci, w zwodniczym spokoju, w jakim wczoraj jeszcze byłem pogrążony, udałem się do zamku Mediana w sprawie mojej dzierżawy.
"By usilnie prosić o odroczenie zapłaty" - miał już wykrzyknąć Cagatinta, doskonale zorientowany w sprawach alkada, ale ten nie dał mu czasu na popełnienie takiej ogromnej niedyskrecji, która na zawsze pozbawiłaby go obiecanej nagrody.
- Cierpliwości, mój zacny Cagatinta - powiedział alkad, zwracając się do escribano - powściągnij w sobie tę żądzę sprawiedliwości, która cię zżera. Tak, moje dzieci, w wyniku tego spokoju, nad którym ubolewam, złożyłem na ręce nieszczęsnej hrabiny... - Tutaj głos don Ramona zadrżał. - Sumę odpowiadającą dziesięcioletniej dzierżawie opłaconej z góry.
Na tę nieoczekiwaną deklarację Cagatinta podskoczył na swoim stołku, jakby został ukąszony przez żmiję, a w żyłach ścięła się mu krew, kiedy promień światła wykazał mu ogrom błędu, jakiego miał się dopuścić.
- Osądźcie zatem mój ból, moje dzieci. To jest o tyle chytre, że dziś hrabina miała mi dać pokwitowanie.
Te słowa wywarły na słuchaczach głębokie wrażenie. Żaden z nich nie wierzył w ten fatalny przypadek, ale nikt nie śmiał okazać swego niedowierzania.
- Na szczęście - ciągnął alkad - przysięga osób godnych zaufania może naprawić to nieszczęście.
Tutaj Cagatinta, podobnie jak długo tamowana woda, która wreszcie znalazła ujście, wyciągnął rękę i wykrzyknął z zapałem:
- Przysięgam!
- Przysięgam - powtórzył alkad.
- On przysięga - powtórzyli obecni.
- Tak jest, moi przyjaciele, jeszcze raz przysięgam i ciągle pragnąłbym przysięgać, chociaż jedna rzecz zawstydza moją delikatność, to jest, że nie przypominam sobie, czy alkad zapłacił nieszczęsnej do?i Luise za dziesięć lub piętnaście lat z góry - rzekł Cagatinta.
- Nie, mój zacny przyjacielu - przerwał mu don Ramon Cohecho z umiarkowaniem, które powinno mu zjednać pobłażanie u słuchaczy, ponieważ miał otwarte pole do nadużyć - stratę dziesięcioletniej dzierżawy tylko twoje świadectwo mi zabezpiecza, dlatego też możesz liczyć na moją wdzięczność.
"Spodziewam się - pomyślał pisarz - dwa lata zaległe i dziesięć naprzód, to czyni dwanaście lat za darmo. Teraz niezaprzeczenie mam największe prawo do spodni koloru wołowej krwi!".
Nie będziemy już męczyć Czytelnika dalszym opisem tego, co się działo na tym posiedzeniu, gdzie sprawiedliwość była stosowana tak, jak była przed Idzim Blasem26 i jak jeszcze będzie długo praktykowana w Hiszpanii, i sprawimy, że będzie obecny przy śledztwie prowadzonym na miejscu zbrodni przez alkada i jego towarzysza, w towarzystwie wymaganych prawem świadków.
Rozpoczęto od wyważenia drzwi do sypialni, zaryglowanych od wewnątrz. Puste szuflady i inne sprzęty, na pół zniszczone, leżały na podłodze. Nic jednak nie wskazywało w widoczny sposób na ślady pomocy, ale pospieszny wyjazd też może spowodować podobny nieład w mieszkaniu.
Łóżko hrabiny, które nadal było nietknięte, świadczyło o tym, że w nim nie spoczywała, a tym samym wskazywało na plan, który został wcześniej ułożony, by w gotowości oczekiwać na moment wyjazdu. Meble stały na swoich zwykłych miejscach, draperie w oknach pokoju i alkowy nie były pomiętoszone; nie było widać żadnych śladów walki na posadzce ułożonej z miękkich kamieni, na których najlżejsze, niezwykłe naciśnięcie mogłoby spowodować zarysowanie.
Cuchnąca woń powoli gasnącej lampy z powodu braku oleju nadal unosiła się w pomieszczeniu, mimo przenikającego do niego świeżego powietrza. Było oczywiste, że paliła się do rana, a przecież złoczyńcy by ją zgasili, by bez obawy dokonać swego zbrodniczego dzieła. Poza tym w szufladach pozostało tysiące drobiazgów mogących zachęcić chciwość.
Na te wszystkie oszukańcze wskazówki stary don Juan de Dios z powątpiewaniem kiwał głową. W tym wszystkim było coś takiego, co mieszało jego umysł i przekraczało jego inteligencję, która zresztą nigdy nie należała do pierwszorzędnych, ale jego zdrowy rozsądek oburzał się na myśl, że jego pani mogła uciec w tak nadzwyczajny sposób. W jego oczach zbrodnia była oczywista, ale jak ją wyjaśnić? Morderca nie pozostawił po sobie żadnych śladów.
Stary i zacny sługa spoglądał smętnym wzrokiem na ten opustoszały pokój, na rozrzuconą na podłodze odzież swej pani i rozbitą kołyskę, w której pościel zachowała jeszcze ślad młodego hrabiego i w której dzień wcześniej spał, rumiany i uśmiechnięty, pod opieką swej matki.
Jakby uderzony nagłą myślą, Juan de Dios wszedł na żelazny balkon wznoszący się niezbyt wysoko od ziemi. Wzrokiem badał plażę rozciągającą się pod balkonem. Bez przerwy omiatały ją fale i ze szmerem przesuwały otoczaki. Nie było widać żadnych wgłębień, żadnych ludzkich śladów. Wiatr świszczał, ocean huczał jak zwykle, lecz spomiędzy głosów natury żaden się nie podniósł się, by ujawnić winowajcę.
Jedynie na horyzoncie białe żagle statku odcinały się na oddalonym błękicie morza.
Gdy stary sługa modlił się w milczeniu i zadumanym wzrokiem śledził odpływający statek, wszyscy obecni oprócz alkada i escribano przysłuchiwali się smętnie żałobnym zawodzeniom wiatru wśród skał falez, który na tych wyniosłościach, wydaje się wyć na przemian dzień i noc, wzdychać lub płakać.
Alkad i pisarz, nie przyznając się do tego, podzielali w duchu przekonanie Juana de Dios. Obaj wierzyli w zbrodnię, ale nie będąc w stanie znaleźć najmniejszego śladu przestępstwa, pozwalającego im zatrzymać kogokolwiek, kto mógłby opłacić koszty sprawiedliwości, jak to jest chlubnym zwyczajem w Hiszpanii, escribano i alkad byli zadowoleni - pierwszy z tak upragnionej nagrody, której już był prawie pewny, drugi zaś z dwunastoletniej darmowej dzierżawy.
- Doprawdy, panowie - odezwał się alkad, zwracając się do świadków - nie mogę sobie wytłumaczyć, jaka fantazja skłoniła panią hrabinę de Mediana do wyjścia przez okno, gdyż drzwi wejściowe zamknięte od wewnątrz nie pozostawiają w tym względzie żadnej wątpliwości. Jest to kobiecy kaprys i sprawiedliwość nie potrzebuje go wyjaśniać.
- Być może dlatego, żeby nie dać pokwitowania panu alkadowi - mruknął cicho jeden ze świadków do swego sąsiada.
- A tak przy okazji - powiedział Cohecho, zwracając się do Juana de Dios - skąd wiedziałeś, że hrabina zniknęła, skoro nie można było wejść do jej domu?
- To bardzo proste - odpowiedział starzec. - O godzinie, o której pokojówka zwykle przychodziła do pani, zapukała do drzwi, lecz nikt jej nie odpowiedział. Zastukała mocniej i gdy jej nie otworzono, przeląkłszy się, przybiegła mnie o tym powiadomić. Ja także stukałem, wołałem, a nie doczekawszy się odpowiedzi, pobiegłem do ogrodu po drabinę i przez to otwarte okno dostrzegłem pokój w takim stanie, jak go teraz pan widzi.
Po tym zeznaniu odźwiernego Cagatinta szepnął kilka słów do ucha alkada, tak cicho, że nikt go nie dosłyszał, ale Cohecho ograniczył się tylko do pogardliwego wzruszenia ramionami.
- Kto wie? - na ten niemy gest odrzekł escribano.
- Być może. Zobaczymy - stwierdził alkad, a po chwili milczenia dodał:
- Upieram się, panowie, że choć może się to wydawać dziwne, pani hrabinie wolno było wyjść według upodobania, a nawet oknem.
Obecni uśmiechnęli się pochlebnie z tego urzędowego dowcipu.
- Ale panie alkadzie, to, co dowodzi, że doszło do gwałtownego wdarcia się do tego pokoju - zawołał stary Juan de Dios, którego oburzył żart alkada Cohecho - to ta stłuczona szyba, której kawałki leżą na podłodze.
- Ten stary Canelo nie chce mi pozwolić zjeść śniadania - szepnął alkad, który nie mógł się doczekać, żeby z tym skończyć, ponieważ nie spodziewał się już żadnego zysku z tej tajemniczej sprawy. - Pewny jestem że śniadanie ostygło i Nikolasa się niecierpliwi...
- Czego dowodzą te kawałki szkła? - zapytał głośno. - Czy przy wietrze, który tak gwałtownie wiał tej nocy nie mogło się tak wydarzyć, że otwarte, nagle się zamknęło i wtedy doszło do wybicia jednej lub dwóch szyb?
- Dlaczego właśnie ta obok zasuwy? - zapytał Juan de Dios. - Wybito ją, by otworzyć okno.
- Ach tak, panie don Juanie de Dios! - zawołał zniecierpliwiony alkad, gryząc ze złości laskę ze złotą gałką, symbol jego dostojeństwa. - Czy ty lub ja mamy tutaj prawo zadawania pytań? Caramba!27 Wydaje się, że chcesz mnie wystawić na śmieszność!
W tym momencie wmieszał się skromnie Cagatinta.
- Odpowiem naszemu przyjacielowi Canelo - powiedział. - Gdyby ta szyba została rozbita we wskazanym przez niego celu, to mogło nastąpić tylko z zewnątrz, a wtedy kawałki wpadłyby do pokoju, a przecież leżą na balkonie. Zatem tę robotę wykonał wiatr, jak słusznie uważa wielmożny alkad, chyba że - dodał z fałszywym uśmiechem - sprawił to jakiś kufer, który nieostrożnie przesuwano przez okno, ponieważ hrabina zapewne przedłuży spacer, sądząc po liczbie rzeczy, jakie ze sobą zabrała, o czym świadczą te puste szuflady.
Stary odźwierny spuścił głowę przed dowodem obalającym jego twierdzenie i nie usłyszał ostatniej uwagi Cagatinty. Co się tyczy tego ostatniego, zapytywał siebie w duchu, czy za tę nową przysługę nie powinien wymagać od alkada czegoś więcej niż przyobiecana nagroda.
Gdy stary sługa domu de Mediana był pogrążony w bolesnych myślach zasępiających jego łyse czoło, powoli podszedł do niego alkad.
- Okazałem się zbyt popędliwy względem ciebie - rzekł do niego. - Nie zastanowiłem się dostatecznie nad boleścią, jakiej doznawać może wierny sługa taki jak ty, z powodu tak niespodzianego ciosu, ale powiedz mi, czy niezależnie od smutku, którego musisz doświadczać, nie dręczy cię obawa o twoją przyszłość? Jesteś stary, a więc słaby i pozbawiony środków do utrzymania się.
- Dlatego też, że jestem stary, panie alkadzie, a moja przyszłość jest ograniczona, niezbyt się tym przejmuję, ale moja boleść - dodał stary sługa z pewną dumą - nie mieści w sobie żadnej innej myśli. Dzięki hojności panów de Mediana mogę spokojnie spędzić resztę dni, jakie mi pozostały. Byłbym jednak szczęśliwy, gdybym mógł pomścić żonę mego dawnego pana.
- Pochwalam twoje uczucia - ciągnął alkad wzruszonym głosem. - Jesteś człowiekiem podwójnie godnym szacunku przez twój smutek, a swoje oszczędności, panie Canelo...
Następnie zmieniając nagle głos, dodał:
- Pisarzu, zamieść w protokole, że pan don Juan de Dios de Canelo y Nabos, tutaj obecny, staje się oskarżycielem posiłkowym przeciw porywaczom jego pani. Nie należy bowiem wątpić, moi panowie, że zbrodnia została popełniona i że winni jesteśmy samym sobie i temu szanownemu starcowi satysfakcję odszukania i ukarania sprawców.
- Ależ wielmożny alkadzie - zawołał zdumiony odźwierny - nigdy nie zamierzałem ustanawiać się oskarżycielem posiłkowym.
- Uważaj, starcze! - zawołał don Ramon uroczystym głosem. - Jeśli zaprzeczysz temu, co mi przed chwilą powierzyłeś, to potępiające obwinienia spadną na ciebie, bowiem jak to przed chwilą zauważył nasz przyjaciel Cagatinta, ta drabina, która posłużyła ci do dostania się do pokoju hrabiny, może dowodzić złych zamiarów, ale ty nie jesteś zdolny do tego, w co wierzę, pozostań zatem oskarżycielem zamiast stać się oskarżonym! Dalej, panowie, obowiązek wzywa nas, byśmy wyszli na zewnątrz. Być może pod tym oknem natrafimy na ślady ujawniające coś więcej.
Biedny Juan de Dios, niespodziewanie pochwycony pomiędzy dwa ognie tego rozumowania, którego podwójny skutek musiał być taki sam, to znaczy obrabowanie go ze szczupłego funduszu mającego mu zapewnić utrzymanie na starość, schylił głowę i przyjmując ze wzniosłą rezygnacją głos niesprawiedliwości za głos Boga, pocieszał się myślą, że ta ostatnia ofiara nadal może być pożyteczna dla jego pani.
Jak już zostało powiedziane, pod balkonem nie znaleziono żadnych śladów. Przez chwilę myślano, że schwytano ważną zdobycz w osobie człowieka uśpionego w wyżłobieniu skały: był to Pepe Śpioch. Przebudzony niespodzianie, zapytany, czy nic nie widział, i po raz pierwszy od dłuższego czasu nieczujący pustej kieszeni Pepe, chcąc oddalić od siebie niebezpieczeństwa, chwycił się sposobu, który wydawać się będzie nadzwyczajny z człowiekiem tak chciwym, jak alkad, bowiem poprosił go o pożyczenie reala na chleb. Cóż było zrobić z takim łotrem? Dlatego też alkad nie zadawał mu więcej pytań i pozwolił mu znowu swobodnie zasnąć. Trzeba więc było wstrzymać się od kontynuowania śledztwa do otrzymania dalszych instrukcji, ponieważ uczyniono wystarczająco dużo, by zwiększyć jego koszty odnoszące się do funduszu strony skarżącej.
Kiedy jednak po tym niesłychanym poranku w dziejach Elanchovi nadszedł zmierzch, dwóch ludzi błąkało się jeszcze smutno po wybrzeżu, ale starannie unikając spotkania się ze sobą. Jednym był biedny Juan de Dios, który wzdychając na wspomnienie o swoich oszczędnościach mających się stopić w pochłaniającym wszystko tyglu kosztów prawnych, szukał uporczywie śladów swej pani, modlił się za nią oraz za swego młodego pana i błagał Boga o ocalenie ich życia. Drugim był smutny Cagatinta. Alkad, korzystając z zaufania escribano, który złożył przysięgę przed otrzymaniem obiecanej nagrody, stanowczo odmówił mu przekazania spodni i zamiast tego zaproponował mu dość stary kapelusz, który Gregorio odrzucił z oburzeniem.
Zatem Cagatinta opłakiwał swe zanikłe marzenia, swoją szaloną ufność, niemoralność fałszywych przysiąg, niewynagrodzonych, i rozmyślał nad przyjęciem starego kapelusza w zamian za spodnie, na które niestety tak bardzo zasłużył!
14 Cuma - lina służąca do przytwierdzania statku (łodzi) do nabrzeża.
15 Escribano (hiszp.) - pisarz urzędowy, notariusz.
16 Grand Hiszpanii (hiszp. Grande de Espa?a) - pierwotnie tytuł najwyższej arystokracji hiszpańskiej, zatwierdzony w 1520 roku przez cesarza rzymskiego i króla Hiszpanii Karola V.
17 Reja - poziome drzewce masztu służące do mocowania żagli.
18 Żagiel łaciński - trójkątny żagiel zawieszany na ukośnej rejce niesymetrycznie mocowanej na maszcie.
19 Rudel - ster łodzi w postaci szerokiego wiosła; także dawniej ster statku.
20 Real - moneta bita w XIV-XIX wieku w Hiszpanii i Portugalii, początkowo srebrna, od XVI wieku także miedziana; piastr - moneta bita w różnych państwach, w Hiszpanii i Ameryce Łacińskiej (odpowiednik peso), Turcji, na Bliskim Wschodzie, we francuskich Indochinach; na wielu obszarach stał się synonimem monety obiegowej.
22 Łokieć - jednostka długości równa 1/3 sążnia, czyli około 62 cm (w różnych krajach i w różnych okresach łokieć miał różną wartość, np. w Polsce około 57,6 cm).
23 Ave Maria Purisima (hiszp.) - Zdrowaś Maryjo Dziewico.
24 Sin pecado concebida (hiszp.) - bez grzechu poczęta.
25 Alguazil (port., hiszp. alguacil) - sędzia, oficer ds. kryminalnych, woźny sądowy, strażnik.
26 Idzi Blas - tytułowy bohater trzyczęściowej powieści Alaina Lesage'a Przypadki Idziego Blasa z pierwszej połowy XVIII wieku, którego życie obfituje w mnóstwo przygód i nagłych zwrotów akcji.
27 Caramba - hiszpańskie przekleństwo, obecnie o łagodnym znaczeniu; do licha!