8
Claire Olofsson od dwóch godzin spaceruje po centrum i zachwyca się wszystkimi dekoracjami na Halloween przygotowanymi przez mieszkańców w witrynach sklepowych, przed sklepikami, a przede wszystkim w parku wokół studni. Tak jakby nikt nigdy nie znalazł tam zwłok. Urocze małe dynie i lampiony doskonale komponują się z duchami i girlandami. Ale najbardziej imponującą ze wszystkich ozdób jest czterometrowa figura górskiego trolla, który właśnie robi sobie przerwę od kopania studni. Jest brzydki i zarazem pełen wdzięku, wzorowany na trollu ze szwedzkiego serialu bożonarodzeniowego Trolltider. Wszyscy Szwedzi kochają Trolltider. Kiedy konstrukcja z papier mâché zostanie ukończona, będzie i straszyć, i bawić, tak jak na halloweenową kukłę przystało.
Rzemieślnicy rozstawiają stragany ze słodyczami, wypiekami i jabłkami w karmelu. Następnego dnia Claire wybierze się na spacer po najbogatszej dzielnicy mieszkalnej, zwanej przez mieszkańców Małym Hollywood. Tam też przyjęły się nowe tradycje i trzydziestego pierwszego października lokalsi zapraszają dzieci do spektakularnie udekorowanych ogrodów na zabawę w cukierek albo psikus.
Claire kocha to miasto, ale im dłużej tu przebywa i im bardziej wraz z Moną muszą o nie walczyć, tym więcej wyzwań się pojawia. Burmistrzyni właśnie się prostuje i macha do kobiety, która się zatrzymała, by zrobić zdjęcie dekoracjom wokół studni. Przypomina jej to, że musi się skontaktować z "Głosem December" i poprosić o obszerny artykuł na temat jarmarku. Kobieta z aparatem również do niej macha i zaraz potem podchodzi do studni i robi zdjęcie jej wnętrza.
"Niech to diabli".
Najwyraźniej nie wszyscy zapomnieli o tym, co niedawno tam znaleziono. A po tym jak sprawa z sektą wyciekła do mediów, a szczególnie po historii Latynosa trzymającego zakładników w hucie, najwyraźniej niektórzy ludzie węszący w December wtykają nos w nie swoje sprawy. Dziennikarze. Szumowiny tego świata. A teraz jedna z nich robi zdjęcia studni. Trudno się nie domyślić dlaczego...
Kurt Strand. Żadna strata zdaniem Claire. Wydaje się, że odkąd zniknął, w mieście jest mniej włamań. Cóż, Claire zdaje sobie sprawę, że to okropna myśl, nikt nie ma prawa mordować, ale Kurt i tak był już spisany na straty, czy jak to nazwać.
W swoim ojczystym języku powiedziałaby coś w stylu: "To się skończy więzieniem". Albo po prostu nazwałaby go wyjątkową porażką.
Przepełniające ją przed chwilą przyjemne uczucie znika i Claire przyspiesza kroku. Wchodzi do Lyckoslanten, siada przy stoliku i dyskretnie zsuwa czółenka. Nalewa sobie wina, które Max przed nią postawił, i zdejmuje folię z tacy z serami, również przygotowaną dla niej przez męża. Bierze łyk idealnie schłodzonego czerwonego wina. Siedemnaście stopni. Trzyma je w ustach przez chwilę, po czym przełyka. To najlepszy moment w ciągu dnia, ale Mona Ott Öster z pewnością zaraz go zepsuje.
Claire bierze kęs twardego sera. Pociąga kolejny łyk Guado al Tasso i pozwala mu przez chwilę krążyć w ustach. Nie ma go w karcie win, byłoby to marnotrawstwo w tym robotniczym mieście. To trunek z jej prywatnej kolekcji, a Max zawsze ma dla niej w barze przynajmniej jedną butelkę. Przełyka z zamkniętymi oczami. Gdyby reszta życia mogła tak właśnie wyglądać. Ma mały dom w Toskanii, który na nią czeka.
Jeszcze cztery lata i przeprowadzi się tam na stałe. Sprzeda wszystko, co ma w Szwecji, i po prostu wyjedzie, nie mówiąc o tym nikomu. Nawet Maxowi. "Zostanie tu z tym swoim pubem i rozważaniami, dlaczego chciałam rozwodu i go zostawiłam" - myśli Claire, patrząc z obrzydzeniem na jego rozdęty brzuch.
- A ty co? Zaczęłaś beze mnie? - pyta Mona i oczywiście psuje cały nastrój.
Claire otwiera oczy i wzdycha, patrząc na Monę z workami pod oczami i włosami w niechlujnych strąkach.
- Chciałam trochę pomyśleć w samotności.
Szefowa policji siada naprzeciwko niej w najcichszej części pubu. Przede wszystkim jak najdalej od Maxa. On nie ma pojęcia o ich konszachtach, choć być może wcale go to nie obchodzi. Wie tyle, że Claire i Mona są przyjaciółkami, które od czasu do czasu spotykają się przy butelce wina. Claire nalewa kieliszek dla Mony i znowu zerka na swojego grubego męża przy barze.
W Toskanii znajdzie sobie jakiegoś kochanka lub wielu kochanków. Ona i Max już nawet nie uprawiają seksu. Kiedy robili to ostatni raz?
- Halo? Jesteś już pijana czy o czym tak rozmyślasz?
- Przepraszam, wyłączyłam się na chwilę.
Mona wypija połowę zawartości kieliszka jednym haustem, a Claire robi wszystko, żeby nie powiedzieć tego, co ma na końcu języka: że jeśli zamierza traktować jej cholernie drogie wino jak jakiegoś jabola, to niech sama je sobie kupuje.
Unoszą kieliszki.
- Za December - wznosi toast policjantka.
- Za December - powtarza Claire.
- O matko, ale to dobre. Co to za wino?
- Butelka warta tysiąc dwieście koron - mówi Olofsson, być może trochę zbyt gorzkim tonem. - Sprowadzam je specjalnie z Włoch.
- Cholera, mogłam zostać lokalną polityczką.
Claire się śmieje. Wie, że Mona nie narzeka na brak pieniędzy, jej mąż ma sporo kasy i kiedy umrze, będzie bogata. Może nawet jej się to należy, biorąc pod uwagę wszystko, przez co przechodzi z tym mężczyzną. Z tego, co słyszała, nie wstaje z łóżka dwadzieścia trzy godziny na dobę. Tak naprawdę nie wie dlaczego, ponieważ nigdy nie słucha Mony uważnie, ale wystarczy jej tyle informacji, ile ma. Wygląda na to, że facet to prawdziwy księciunio. "Jasne, Max może i jest nudnym grubasem - myśli - ale przynajmniej zawsze ciężko pracował".
- Słyszałam o zwłokach - rzuca Claire szybko, bo boi się, że zaraz zacznie ciepło myśleć o mężu tłuściochu.
- Tak, straszne. Jeden z ludzi Toma. Torturowano go.
- Jak długo możemy to ukrywać?
- Niezbyt długo. Na razie wiemy o tym tylko John, Valle i ja. No i ty, i René, oczywiście.
Claire parska.
- Znaczy się, do jutra. Co na to Tom?
- Jak zwykle coś kręci. Powiedział, że nic nie wie.
- Może on za tym stoi?
- Jeśliby tak było, nie znaleźlibyśmy ciała. Wiele można o nim powiedzieć, ale Tom trzyma się na uboczu i zajmuje się rozwiązywaniem swoich problemów. Nie, to musi być ktoś inny.
- Zajmuje się rozwiązywaniem swoich problemów - powtarza Claire. - A to oznacza, na przykład, wysyłanie swoich goryli, by napadli dwie kobiety w mieszkaniu w centrum miasta? Powiedziałaś mu, że to złamanie naszej umowy?
- Oczywiście, że tak. Twierdzi, że to nie on. I że wie, jakie są zasady. Że nie wolno mu zjawiać się w mieście i siać zamętu... O wilku mowa. - Mona pokazuje swój telefon, który zaczął dzwonić. Samotna litera "T" na ekranie. Tom, cholerny górski troll.
Gdy odbiera połączenie, Claire słyszy jego głos, przyprawiający ją zawsze o dreszcze, i nie jest to miłe uczucie.
Policjantka kończy rozmowę i kręci głową.
- Chce wiedzieć o wszystkim, co ma związek ze śledztwem. Nie mówi mi wszystkiego, ale wydawał się naprawdę szczerze poruszony.
Claire marszczy nos. Dzięki cudowi zwanemu botoksem, który wstrzykuje co trzy miesiące, to jedyna część jej twarzy, którą może zmarszczyć.
- Pieprzyć Toma - stwierdza. - Czasami żałuję, że zawarłyśmy układ z nim i z Major. Są jak wirusy.
- Wiem, ale... potrzebujemy ich.
- To prawda. - Claire kładzie rękę na dłoni Mony i patrzy jej w oczy. - Bez nas miasto by upadło.
- To prawda. - Mona z uśmiechem bierze łyk wina, po czym chwyta kawałek sera.
Claire musi się powstrzymać, by nie uderzyć jej w rękę. Szefowa policji budzi w niej dwa przeciwstawne uczucia: jednocześnie bardzo ją lubi i nie może jej znieść. Policjantka jest dobrą i mądrą kobietą cieszącą się autorytetem, ale często wychodzi z niej prawdziwa wieśniara. Nic się na to nie poradzi.
W jej głowie znów pojawia się myśl o Toskanii, ale ją odpędza. Od dziesięciu lat powtarza, że ma jeszcze cztery lata. Prawdopodobnie nigdy nie dotrze do swojej małej willi, tylko umrze tutaj, pomiędzy jakimiś dwoma dobijającymi posiedzeniami lub pod stosem mocno zawyżonych faktur.
- Jak idzie z Ackermannami?
Claire też bierze kawałek sera i popija go winem, które nie smakuje już tak dobrze. Jakby było doprawione ciemnymi myślami.
- Czuję się zbrukana. Ale ta stara jędza przynajmniej jest na razie zadowolona.
- Słuchaj - zaczyna Mona ściszonym głosem. - A może po prostu wsadzimy ich wszystkich do pierdla raz na zawsze? Zrobimy w mieście porządek? Oczyścimy je z Ackermannów, bezdomnych z Lyckan, milicji i sekty?
- To nie takie proste.
- Wiem - wzdycha policjantka. - Choć fajnie byłoby się ich pozbyć. Słyszałam, że Google i Facebook szukają ziemi pod nowe serwerownie. To byłoby coś.
- Lepszy znany wróg niż nieznany - zauważa Claire, której nigdy nie przyszłoby do głowy, by sprowadzić tu te firmy. Pożarłyby December. - Są gorsi od Chińczyków. Negocjują ostrzej niż Ackermannowie. Chcą wszystko za darmo, a my nie jesteśmy aż tak cholernie zdesperowani. Z Ackermannami sobie poradzimy, tak samo z resztą szaleńców. Wystarczy, że przestaniemy znajdować trupy na każdym kroku, ale... to przecież twoje zadanie. - Claire się uśmiecha, a Mona odpowiada jej, unosząc środkowy palec.
- Zaufaj mi, jak zamkniemy hutę, ludzie przestaną umierać. Wiesz, co myślę o tym miejscu. To przez hutę ludzie znaleźli się w Lyckan. Ackermannowie sprzedali ziemię i sekcie, i Tomowi. Całe to bagno w December zaczyna się w hucie i roznosi się dalej. Przypomina guz z przerzutami. Możemy tępić przerzuty, ale jeśli nie usuniemy guza, to nic to nie da.
- Tak, wiem... Pewnie masz rację, ale teraz chciałabym tylko, żeby na chwilę zapanował tu spokój. Zbliżają się Halloween i Boże Narodzenie, przyjeżdżają turyści. Może nie tak dużo jak latem, ale mimo wszystko...
- No nie wiem...
- Co znowu? - Burmistrzyni odchyla się na krześle i spogląda na Maxa za barem flirtującego z młodą dziewczyną. Uzmysławia sobie, że jej to nie obchodzi. Może pieprzyć się, z kim chce, o ile ktoś go zechce. Szmata.
- Po prostu mam złe przeczucia - wzdycha Mona. - Wiesz, cisza przed burzą.
Claire stęka i przygląda się Monie, która zwykle ma niezawodną intuicję.
- Och, Boże.
Możliwe, że jednak Mona ma rację. Że powinny wsadzić za kratki każdego, z kim mają umowę. Może to rzeczywiście byłoby najlepsze posunięcie? Wzdryga się na tę myśl, kiełkującą właśnie niczym ziarno zasiane w jej duszy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki