Goście - Stanisław Przybyszewski

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Scena I

STARZEC I i STARZEC II.

STARZEC I. Jak to się wszystko zmienia na świecie. Pamiętam ten pałac, kiedy jeszcze żył stary hrabia. Panie, jakie tu serdeczne, a wesołe były bale... Ale odkąd go ci nowi przybysze kupili - wszystko się zmieniło. Mnie tu coś ciągnie, taki jakiś stary nałóg, ale mi tu już nie miło. STARZEC II. Skąd oni się tu wzięli? STARZEC I. Niewiadomo. Spadkobiercy hrabiego właśnie pałac wystawili na licytacyę - oni przyjechali - Bóg wie skąd, no - i kupili... STARZEC II. W pałacu ukrywa się jakaś tajemnica. STARZEC I (zamyślony). Jak tu było wesoło! Pamiętam, jak się przed trzydziestu laty tu bawiłem - och, to był inny dom, jak teraz - inny, inny... STARZEC I. Bo było w nim czyste sumienie i szczęście i spokój. STARZEC II. A teraz? STARZEC I. Tam jakaś tajemnica na dnie się ukrywa. Jakaś straszna tajemnica. Mnie nie oszukają pozory, ani te ciągłe bale, ani ta sztuczna wesołość... STARZEC I. Co się tam na dnie kryć może? Jaka tajemnicza zbrodnia? Co? STARZEC II. Bo ja wiem? Zbrodnia - hm - wszystko jest zbrodnią - człowiek na to stworzony, by płodził zbrodnię. STARZEC I. Tak, tak, wszystko może być zbrodnią. STARZEC II. Życie samo, bo żyjesz kosztem innego. STARZEC I (zamyślony). Ożenisz się z kobietą, o której nie wiesz, czy cię kocha... STARZEC II. Przyjdzie dziecko na świat, którego wychować nie możesz... STARZEC I. Udusisz wstrętnego skąpca, którego pieniędzmi mógłbyś świat cały uszczęśliwić... STARZEC II. Przekroczysz prawo, które samo może być zbrodniczem... STARZEC I. Tak! to wszystko może być zbrodnią...

Po chwili.

STARZEC II. Nie wińmy ludzi - oni na to stworzeni, by zbrodnie płodzić, a wszystko może być zbrodnią... Ach! ludzie tacy biedni, tacy biedni... STARZEC I. I oni, ci nowi przybysze, zdają się być weseli, a taki dziwny lęk wyziera im z oczu... STARZEC II. Ha, bo dziwni, dziwni goście zapełnili ich dom. Zwłaszcza ten jeden, co krok w krok wlecze się za Adamem: gdzie Adam się ruszy, jest przy nim - taki cień nieoderwany... STARZEC I. Jakoś mi strasznie niemiło. To jest, jakgdyby jakieś nieszczęście zawisło nad tym domem.

Chwila milczenia.

STARZEC II. Tylko nie wińmy ludzi. Ludzie czasem bardzo biedni - a może nawet żadnej zbrodni nie popełnili. Natura dziwnie bywa czasem złośliwa. Karze za grzechy, która sama w serce człowieka wszczepiła. STARZEC I. Tak, tak. Dziwnie się mści chwila szału i szczęścia... STARZEC II. Czasami człowiek nie wie, że zbrodnię spełnił... Nagle w sercu powstaje mała ranka - rozrasta się w straszliwy sposób - człowiek nagle przejrzy, ale wtedy dopiero, jak go już obłęd chwyta... I to czasami nawet w chwili szczęścia jakieś nagłe wspomnienie - słaby jakiś wyrzut - z tym jednym wyrzutem kojarzą się tysiące - coraz silniejsze, coraz cięższe - rozpoczynają się poszukiwania, dochodzenia... najdrobniejszy szczegół, najmniejsza krzywda wyrasta do potwornych rozmiarów - i, ot! dom napełnia ci się dziwnymi gośćmi. STARZEC I. Tak, tak, to ta tajemnicza ukryta sprawiedliwość wewnętrznego porządku rzeczy... STARZEC II. Tego ludzie nie wytworzyli - oni znają tylko karę, a sprawiedliwość serce samo wymierza... STARZEC I. Serce... he, he - za swoje własne złe podszepty i uwodzenia... STARZEC II (śmieje się cicho). Tak, tak, tak...

Z pałacu dochodzi muzyka - pary się zbierają, wszystko gromadzi się tłumnie na werandzie pałacu.

WODZIREJ (klaszcze w ręce). Panowie i panie, taniec się rozpoczyna! STARZEC I (do drugiego). Chodźmy i my, niech sobie przypomnę te piękne czasy, kiedy tu było tak dobrze i wesoło... STARZEC II. I dobre sumienie... (wychodzą).

Scena II

Z werandy pałacu schodzi Adam, głęboko zadumany. Stoi chwilkę, potrząsa głową .

ADAM (po chwili). Straszny gość zagnieździł się w tym domu... (zamyślony) straszny, straszny... POLA (schodzi z werandy, podchodzi ku Adamowi, bierze go za rękę). Adam! Adam! Mój biedny bracie - ja muszę opuścić twój dom. ADAM (przerażony). Co? co? Ty chcesz opuścić mój dom? POLA. Tu niema miejsca dla mnie - twój gość mnie wypiera... ADAM. Co? Miejsca niema? Dla ciebie niema miejsca? No, to ci zbuduję nowe pałace, marmurowe - z kryształu, jeżeli zechcesz, z czerwonego porfiru, zielonego syenitu - miasta ci całe zbuduję - całe miasta - świat cały ci zabuduję - tylko zostań, zostań... POLA. Och, gdybyś ziemię całą dla mnie zabudował, to jeszcze nie będę miała miejsca. Twój gość zewsząd mnie wyprze... Już ja ci się teraz na nic nie przydam... Ten dom twój, to dom nieszczęścia, lęku - dom złego sumienia... ADAM. Pola! POLA. Nic, nic - stało się coś strasznego w tym domu; ja ci się pytać nie chcę, nie chcę nicować twej duszy - o Boże, żeś ty musiał wejść w ten dom! I co cię tu sprowadziło do tego domu? ADAM. Miłość. POLA. A spełniłeś zbrodnię... ADAM. Co? co? POLA (z cichym uśmiechem). Ja już wszystko przeczułam i przeklinam ten dom, który duszę twą zabił.

Chwila milczenia.

POLA. Tak! na nic ci się już nie zdam. Adam, pomnisz to nasze wielkie szczęście, to spokojne ciche szczęście, zaczem wszedłeś w ten dom? Raz na skałach, na brzegu Oceanu? Morze tak gładkie i miękkie, jak dłoń ukochanej kobiety; jakaś zaświatowa melodya zmroków i gasnącej purpury na niebie wypełniała świat cały - i ocean znikł i świat cały spłynął nam z oczu... ADAM (nagle). Och jaki ja byłem wtedy szczęśliwy! POLA. A pamiętasz przed rokiem jeszcze, zaczem wszedłeś w ten nieszczęsny dom, pamiętasz te białe noce nad morzem Północy? Słońce, co właśnie zaszło, skryło się na chwilę za morze - już, już znowu powstać miało - w wielki ogromny majestat purpury, co niebo obciągnął, wcinały się długie, złote gońce światła, co białym żarem za chwilę świat zalać miało. Pomnisz, z jakiem szczęściem chłonąłeś te dziwne czary? ADAM. Pomnę! Zbyt dobrze pomnę - może, gdybym to wszystko zapomniał... POLA. To? to? ADAM. Możebym się wtedy pozbył tego strasznego gościa...

Milczenie.

POLA. Gdzieś ty go spotkał? ADAM. Gdzie, gdzie? Ha! na drodze życia, droga siostro. Wtedy, jak mi się noga poślizgnęła, jak bez myśli i bez pamięci rzuciłem się na oślep - w to, to... nieszczęście - ha, ha... miało ono być szczęściem... każdy człowiek, któremu się noga poślizgnie... wiesz, dostaje w dom takich gości... POLA. Adam! Coś ty zrobił? ADAM (patrzy na nią z cichym uśmiechem - wymijająco). Gdzie go spotkałem? Ot, widzisz, przyczepił się do mnie po raz pierwszy w wielkiem mieście. Idę późną nocą do hotelu, a droga wypadała przez ciemny i dziwnie ponury park. I nagle, jakby z pod ziemi wyrósł, stanął człowiek przedemną i spojrzał na mnie wzrokiem, ale to takim wzrokiem, który całe ciało wypełnia, rozpiera je, zimnym dreszczem plecy, piersi zbiega. Drżałem, trząsłem się, ale oczy nasze się splotły, oderwać ich nie mogłem, zlepiły się z sobą... On powiedział tylko: odtąd pozostaniemy razem. Przez całe życie pozostaniemy razem... POLA. Jakąś ty zbrodnię popełnił, Adam? ADAM. Istnieje jakiś człowiek, któryby zbrodni nie popełnił? Jakiejś, choćby małej zbrodni? Co to znaczy duża, mała zbrodnia? Największa może mieć tak małe skutki, że staje się małą i naodwrót... A czy ty nie masz czasem lęku i trwogi, żeś może nieświadomie spełniła jakąś zbrodnię, taką, o której może nawet nie wiesz? Nie czujesz lęku i trwogi? POLA. Nie na tyle, bym sama przed sobą uciekać musiała. ADAM. Szczęśliwa! POLA. Widzisz moje życie ciche, spokojne, zrównoważone. ADAM. Zrównoważone... tak - jak było jeszcze przed rokiem nasze wspólne życie. POLA. Przed rokiem. ADAM. I jesteś szczęśliwa z mężem? POLA. Spokojna, spokojna. A to już szczęściem... (zamyślona) I czemuś tego - takiego gościa wprowadził do twojego domu? ADAM. Musiałem, musiałem! A, powiedz mi, czy jest jakiś dom, w którymby taki pan nie gościł? POLA. Straszne, straszne! (po chwili wskazuje na pałac, skąd coraz głośniejszy dochodzi oddźwięk muzyki). A to cię nie ogłusza? ADAM. Nic, nic - chwilami pragnę się oszołomić, ale gość mój nie pozwala mi zapomnieć - to, to (wskazuje na pałac) to dla niej, dla mej żony: kobietę to ogłuszy, ale mnie - nie... POLA. Adam, ja muszę cię opuścić, taki dom to jak zaraza... Zarazek nieszczęścia przyczepi się do sukni i wniosę go w mój dom. ADAM. Tak idź, idź - ale z tobą znika dla mnie reszta spokoju, ukojenia, (nagle z rozpaczą). Och, módz zapomnieć, módz zapomnieć! POLA (opada, głucho). Módz zapomnieć... (po chwili). A nie mógłbyś opuścić tego domu? ADAM. I dokąd ucieknę? Przed sobą uciec? Nie można!