Z werandy pałacu schodzi Adam,
głęboko zadumany. Stoi chwilkę, potrząsa głową
.
ADAM
(po chwili). Straszny gość zagnieździł się w tym domu...
(zamyślony) straszny, straszny...
POLA
(schodzi z werandy, podchodzi ku Adamowi, bierze go za
rękę). Adam! Adam! Mój biedny bracie - ja muszę opuścić twój
dom.
ADAM
(przerażony). Co? co? Ty chcesz opuścić mój dom?
POLA. Tu niema miejsca dla mnie - twój gość mnie wypiera...
ADAM. Co? Miejsca niema? Dla ciebie niema miejsca? No, to ci
zbuduję nowe pałace, marmurowe - z kryształu, jeżeli zechcesz, z
czerwonego porfiru, zielonego syenitu - miasta ci całe zbuduję -
całe miasta - świat cały ci zabuduję - tylko zostań, zostań...
POLA. Och, gdybyś ziemię całą dla mnie zabudował, to jeszcze
nie będę miała miejsca. Twój gość zewsząd mnie wyprze... Już ja ci
się teraz na nic nie przydam... Ten dom twój, to dom nieszczęścia,
lęku - dom złego sumienia...
ADAM. Pola!
POLA. Nic, nic - stało się coś strasznego w tym domu; ja ci
się pytać nie chcę, nie chcę nicować twej duszy - o Boże, żeś ty
musiał wejść w ten dom! I co cię tu sprowadziło do tego domu?
ADAM. Miłość.
POLA. A spełniłeś zbrodnię...
ADAM. Co? co?
POLA
(z cichym uśmiechem). Ja już wszystko przeczułam i
przeklinam ten dom, który duszę twą zabił.
Chwila milczenia.
POLA. Tak! na nic ci się już nie zdam. Adam, pomnisz to nasze
wielkie szczęście, to spokojne ciche szczęście, zaczem wszedłeś w
ten dom? Raz na skałach, na brzegu Oceanu? Morze tak gładkie i
miękkie, jak dłoń ukochanej kobiety; jakaś zaświatowa melodya
zmroków i gasnącej purpury na niebie wypełniała świat cały - i
ocean znikł i świat cały spłynął nam z oczu...
ADAM
(nagle). Och jaki ja byłem wtedy szczęśliwy!
POLA. A pamiętasz przed rokiem jeszcze, zaczem wszedłeś w ten
nieszczęsny dom, pamiętasz te białe noce nad morzem Północy?
Słońce, co właśnie zaszło, skryło się na chwilę za morze - już, już
znowu powstać miało - w wielki ogromny majestat purpury, co niebo
obciągnął, wcinały się długie, złote gońce światła, co białym żarem
za chwilę świat zalać miało. Pomnisz, z jakiem szczęściem chłonąłeś
te dziwne czary?
ADAM. Pomnę! Zbyt dobrze pomnę - może, gdybym to wszystko
zapomniał...
POLA. To? to?
ADAM. Możebym się wtedy pozbył tego strasznego gościa...
Milczenie.
POLA. Gdzieś ty go spotkał?
ADAM. Gdzie, gdzie? Ha! na drodze życia, droga siostro.
Wtedy, jak mi się noga poślizgnęła, jak bez myśli i bez pamięci
rzuciłem się na oślep - w to, to... nieszczęście - ha, ha... miało
ono być szczęściem... każdy człowiek, któremu się noga
poślizgnie... wiesz, dostaje w dom takich gości...
POLA. Adam! Coś ty zrobił?
ADAM
(patrzy na nią z cichym uśmiechem - wymijająco). Gdzie go
spotkałem? Ot, widzisz, przyczepił się do mnie po raz pierwszy w
wielkiem mieście. Idę późną nocą do hotelu, a droga wypadała przez
ciemny i dziwnie ponury park. I nagle, jakby z pod ziemi wyrósł,
stanął człowiek przedemną i spojrzał na mnie wzrokiem, ale to takim
wzrokiem, który całe ciało wypełnia, rozpiera je, zimnym dreszczem
plecy, piersi zbiega. Drżałem, trząsłem się, ale oczy nasze się
splotły, oderwać ich nie mogłem, zlepiły się z sobą... On
powiedział tylko: odtąd pozostaniemy razem. Przez całe życie
pozostaniemy razem...
POLA. Jakąś ty zbrodnię popełnił, Adam?
ADAM. Istnieje jakiś człowiek, któryby zbrodni nie popełnił?
Jakiejś, choćby małej zbrodni? Co to znaczy duża, mała zbrodnia?
Największa może mieć tak małe skutki, że staje się małą i
naodwrót... A czy ty nie masz czasem lęku i trwogi, żeś może
nieświadomie spełniła jakąś zbrodnię, taką, o której może nawet nie
wiesz? Nie czujesz lęku i trwogi?
POLA. Nie na tyle, bym sama przed sobą uciekać musiała.
ADAM. Szczęśliwa!
POLA. Widzisz moje życie ciche, spokojne, zrównoważone.
ADAM. Zrównoważone... tak - jak było jeszcze przed rokiem
nasze wspólne życie.
POLA. Przed rokiem.
ADAM. I jesteś szczęśliwa z mężem?
POLA. Spokojna, spokojna. A to już szczęściem...
(zamyślona) I czemuś tego - takiego gościa wprowadził do
twojego domu?
ADAM. Musiałem, musiałem! A, powiedz mi, czy jest jakiś dom,
w którymby taki pan nie gościł?
POLA. Straszne, straszne!
(po chwili wskazuje na pałac, skąd coraz głośniejszy dochodzi
oddźwięk muzyki). A to cię nie ogłusza?
ADAM. Nic, nic - chwilami pragnę się oszołomić, ale gość mój
nie pozwala mi zapomnieć - to, to
(wskazuje na pałac) to dla niej, dla mej żony: kobietę to
ogłuszy, ale mnie - nie...
POLA. Adam, ja muszę cię opuścić, taki dom to jak zaraza...
Zarazek nieszczęścia przyczepi się do sukni i wniosę go w mój dom.
ADAM. Tak idź, idź - ale z tobą znika dla mnie reszta
spokoju, ukojenia,
(nagle z rozpaczą). Och, módz zapomnieć, módz zapomnieć!
POLA
(opada, głucho). Módz zapomnieć...
(po chwili). A nie mógłbyś opuścić tego domu?
ADAM. I dokąd ucieknę? Przed sobą uciec? Nie można!