Przedmowa
Są książki, które opowiadają historię. Są też takie, które otwierają wieś, dom, kuchnię, zakrystię i ludzką pamięć jak szufladę pełną rzeczy odkładanych przez lata "na później", "na wszelki wypadek", "żeby nie wracać". "Gospodynie" należy do tej drugiej kategorii. To powieść, która nie tyle prowadzi czytelnika przez fabułę, ile wciąga go w gęstą tkankę lokalnego świata: świata pozornie zwyczajnego, rozpoznawalnego, złożonego z herbaty nalewanej do szklanek, krzeseł ustawionych pod ścianą świetlicy, z codziennych żalów, sąsiedzkich półsłówek i praktykowanych od pokoleń przemilczeń. A jednak pod tą zwyczajnością pulsuje coś ciemnego, trudnego do nazwania, ale niemożliwego do zignorowania.
Siłą tej książki jest to, że nie daje się zamknąć w jednym gatunku. Z zewnątrz przypomina kryminał: jest tajemnica, jest narastające podejrzenie, jest ciąg zgonów, które przestają wyglądać na przypadek. Ale równie mocno jest to powieść obyczajowa, a może nawet społeczna kronika przemocy rozproszonej, codziennej, nieoczywistej, tej, która nie zawsze zostawia ślady na ciele, lecz prawie zawsze zostawia je w psychice. To także książka o wspólnocie - nie w sensie sielskim, lecz realnym. Wieś nie jest tu pocztówką ani skansenem, lecz żywym organizmem, w którym każdy zna każdego, każdy coś widział, każdy czegoś się domyślał, a jednak latami wszystko mogło trwać w pozornej równowadze.
Autor tej opowieści bardzo dobrze rozumie jedną z najtrudniejszych prawd socjologicznych: że małe społeczności nie działają wyłącznie według prostego podziału na winnych i niewinnych. Funkcjonują raczej w polu zależności, lęków, przysług, zobowiązań, wstydu, religijnych nawyków i emocjonalnych długów. To właśnie dlatego "Gospodynie" czyta się z tak rosnącym napięciem. Nie dlatego jedynie, że chcemy się dowiedzieć "co się naprawdę wydarzyło", ale dlatego, że z każdą kolejną stroną coraz mocniej rozumiemy, iż prawda - nawet gdy jest prawie oczywista - rzadko bywa czymś prostym, a jeszcze rzadziej czymś możliwym do wypowiedzenia bez konsekwencji.
Jednym z największych osiągnięć tej książki jest język. Został on pomyślany nie jako dekoracja, lecz jako narzędzie poznania. Gwara, wiejskie skróty myślowe, prostota zdań, rubaszność, dosadność, lokalne rytmy mowy - to wszystko nie służy folkloryzowaniu świata przedstawionego, ale przywracaniu mu prawdy. Te kobiety mówią tak, jak żyły: bez literackiego wygładzenia, bez psychologicznej pozy, bez miejskiej elegancji. Ich język jest chropowaty, czasem brutalny, czasem zaskakująco poetycki, bardzo często śmieszny w sposób podszyty grozą. Dzięki temu każda z bohaterek ma odrębny głos, własną temperaturę emocjonalną, własny rodzaj obrony przed pamięcią. A przecież o to właśnie chodzi w dobrej literaturze polifonicznej: by każda postać mówiła nie tylko o sobie, ale też sobą.
Warto podkreślić, że "Gospodynie" nie osądza swoich bohaterek z zewnątrz. To szczególnie cenne. Łatwo byłoby napisać książkę, która patrzy na wiejskie wdowy z ironią, wyższością albo antropologicznym chłodem. Tymczasem tutaj mamy do czynienia z czymś znacznie dojrzalszym: z próbą zrozumienia. Nie ma tu taniego moralizowania ani prostego podziału na ofiary i potwory. Są ludzie uwikłani w role, zależności, religijne autorytety, wstyd i potrzebę miłości. Są kobiety, które przez lata przystosowywały się do warunków, jakie narzuciło im życie, i które dziś, opowiadając o sobie, jednocześnie się odkrywają i zasłaniają. To napięcie między wyznaniem a unikaniem, między pamięcią a obroną, jest jednym z najciekawszych psychologicznie aspektów tej powieści.
Szczególne wrażenie robi sposób, w jaki książka pokazuje mechanizmy przemocy. Nie tej widowiskowej, medialnej, jednoznacznie potępianej, ale tej zwyczajnej, wpisanej w rytm codzienności, rozproszonej między obiadem, rachunkiem, spojrzeniem, milczeniem, komentarzem przy stole, sposobem zwracania się do drugiego człowieka. To literatura, która rozumie, że przemoc rzadko zaczyna się od zbrodni. Częściej zaczyna się od przyzwolenia na upokorzenie, od społecznego lekceważenia krzywdy, od oswajania bólu jako "tak po prostu już jest". W tym sensie "Gospodynie" są także opowieścią o kulturze milczenia - o tym, jak wspólnota potrafi jednocześnie wiedzieć i nie wiedzieć, widzieć i nie reagować, współczuć i pozostawać bierną.
Osobny zachwyt budzi konstrukcja napięcia. To książka, która nie potrzebuje pościgów, laboratoryjnych ekspertyz ani sensacyjnych zwrotów w klasycznym znaczeniu tego słowa. Jej suspens powstaje z powtórzeń, rytmu, niedopowiedzeń i drobnych szczegółów, które wracają w coraz bardziej niepokojącej konfiguracji. Czytelnik nie dostaje jednej wielkiej zagadki, lecz serię relacji, które zaczynają układać się w ukryty wzór. I właśnie ten wzór - coraz wyraźniejszy, coraz trudniejszy do zignorowania - działa mocniej niż najbardziej efektowna intryga kryminalna. To napięcie intelektualne, moralne i emocjonalne zarazem. Napięcie, które nie odpuszcza.
Wielką zaletą książki jest także humor. Trzeba to powiedzieć wyraźnie: w tak mrocznej materii humor jest ryzykowny, łatwo go pomylić z kpiną albo niestosownością. A jednak tutaj działa znakomicie, ponieważ wyrasta z samego życia. Wieś, zwłaszcza wieś doświadczona, nie opowiada o cierpieniu językiem pomnikowym. Ludzie, którzy przeszli wiele, bardzo często bronią się żartem, skrótem, ironią, rubasznością. Ten rodzaj czarnego humoru obecny w "Gospodyniach" nie osłabia dramatu, przeciwnie - pogłębia go. Pokazuje, jak blisko siebie leżą śmiech i rozpacz, groteska i trauma, banał i tragedia. To literatura, która rozumie, że człowiek może opowiadać o najgorszym z pozornym spokojem i że czasem właśnie wtedy słychać najwięcej.
Nie sposób pominąć także wymiaru religijnego tej książki. Nie chodzi tu jednak o prostą krytykę instytucji ani o publicystyczny gest przeciwko wierze. "Gospodynie" są znacznie bardziej subtelne i przez to bardziej niepokojące. Pokazują, jak religia w małej społeczności staje się nie tylko systemem przekonań, ale także językiem emocji, strukturą zależności, sposobem organizowania codzienności i władzy. Kościół nie jest tu abstrakcyjną instytucją - jest konkretnym miejscem, konkretnym autorytetem, konkretnym człowiekiem, który zna wszystkich, rozumie więcej niż inni i z tej wiedzy czyni narzędzie wpływu. To niezwykle trafna obserwacja społeczna. Zwłaszcza dlatego, że książka nie poprzestaje na publicystycznym oskarżeniu, lecz bada coś głębszego: potrzebę oddania siebie w ręce kogoś, kto "wie lepiej", kto "weźmie na siebie", kto "załatwi", kto nada cierpieniu sens.
W tym sensie "Gospodynie" są również książką o uwodzeniu przez opiekę. To motyw psychologicznie bardzo trudny i bardzo prawdziwy. Człowiek skrzywdzony nie zawsze szuka wolności. Często najpierw szuka ulgi. Nie szuka prawdy - szuka człowieka, przy którym będzie mu choć trochę lżej. A gdy ta ulga przychodzi, bywa gotów nie pytać o cenę. Ta książka rozumie ten mechanizm aż do bólu. Rozumie, że zależność może mieć twarz czułości, że przemoc może przychodzić w języku pomocy, że władza bywa najskuteczniejsza wtedy, gdy udaje troskę. To jedna z najbardziej przenikliwych warstw tej opowieści.
Czytając "Gospodynie", trudno nie myśleć o polskiej prowincji szerzej - nie tylko o jednej wsi pod Bydgoszczą, ale o setkach podobnych miejsc, w których życie toczy się w cieniu tych samych mechanizmów: społecznego wstydu, męskiej dominacji, ekonomicznego lęku, religijnej zależności, kobiecego dźwigania świata na swoich plecach. Ale równocześnie książka nie daje się sprowadzić do socjologicznej tezy. To nie jest reportaż ukryty pod kostiumem powieści. To literatura - pełna głosów, obrazów, zapachów, rytmów, intensywnie cielesna i emocjonalna. Literatura, która ma odwagę patrzeć na rzeczywistość bez upiększeń, ale też bez pogardy.
To książka dla czytelników, którzy lubią, gdy opowieść pracuje w nich długo po odłożeniu tomu na stolik. Dla tych, którzy cenią napięcie, ale nie potrzebują taniej sensacji. Dla tych, którzy rozumieją, że najgroźniejsze tajemnice nie kryją się w ciemnych zaułkach wielkich miast, lecz przy kuchennych stołach, na schodach kościoła, przy furcie plebanii, w zbyt długo milczących rodzinach. I wreszcie dla tych, którzy wierzą, że dobra literatura potrafi jednocześnie wciągać, niepokoić i odsłaniać mechanizmy społeczne, o których zwykle mówi się zbyt cicho albo wcale.
"Gospodynie" to powieść gęsta, odważna i bardzo potrzebna. Mądra nie dlatego, że wszystko wyjaśnia, lecz dlatego, że wie, ile w ludzkim życiu pozostaje niejasne. Poruszająca nie dlatego, że epatuje dramatem, lecz dlatego, że pozwala wybrzmieć głosom, których zazwyczaj się nie słucha. I wreszcie - znakomita literacko, bo potrafi połączyć to, co najtrudniejsze: mocną fabułę, wyraziste postaci, społeczną diagnozę i psychologiczną prawdę.
To książka, którą się czyta z rosnącym napięciem, ale jeszcze dłużej się o niej myśli. A to zawsze jest znak, że literatura zrobiła to, co do niej należy - weszła pod skórę, została tam i nie chce wyjść.
ROZDZIAŁ 4: Irena
Irena Szymańska wstaje tak, jakby wchodziła na scenę - i w pewnym sensie wchodzi. Prostuje plecy, odgarnia włosy - farbowane na rudy, ten odcień, który w Łochowie nosi tylko ona i który w zależności od światła wygląda albo jak miedź, albo jak liść klonu w październiku, albo jak rdza na starym płocie, w zależności od tego, kto patrzy i z jakim nastawieniem. Poprawia kolczyki - srebrne, wiszące, z małym turkusowym kamyczkiem, kupione na jarmarku w Toruniu trzy lata temu, jedyna ozdoba, na jaką Irena sobie pozwala, bo reszta biżuterii poszła do lombardu w Bydgoszczy w dziewięćdziesiątym ósmym, gdy Henryk stracił pracę na pół roku i trzeba było za coś żyć.
Ma sześćdziesiąt jeden lat i nie wygląda na ani jeden z nich. Nie dlatego, że się młodo wygląda - na Kujawach nikt nie wygląda młodo po pięćdziesiątce, bo klimat, wiatr, robota i życie rzeźbią twarze skuteczniej niż jakikolwiek chirurg. Irena nie wygląda na swoje lata dlatego, że ma w sobie coś, co kobiety na wsi nazywają "fantazją" - słowem, które w gwarze kujawskiej oznacza jednocześnie elegancję, pewność siebie i odrobinę bezczelności, tę dokładną ilość bezczelności, która pozwala kobiecie wejść do sklepu w Łochowie w kolczykach z turkusem i nie przejmować się spojrzeniami. Na Kujawach - i w ogóle na polskiej wsi - kobieta, która się stroi, jest podejrzana. Podejrzana o próżność, o wywyższanie się, o to, że "myśli, że jest lepsza." Irena myśli, że jest lepsza. Wie, że jest lepsza. I nie przeprasza za to.
- No, baby - mówi Irena i siada z powrotem, ale siada inaczej niż siedziała - na przodzie krzesła, z plecami prostymi, z rękami złożonymi na stole, jak do rozmowy kwalifikacyjnej albo jak do przesłuchania, w zależności od perspektywy. - Moja kolej, to moja kolej. Tylko uprzedzam - moja historia jest o grzybach. I o mężczyźnie, który zjadł nie te, co trzeba.
Mówi to z uśmiechem. Uśmiech Ireny Szymańskiej jest rzeczą, o której trzeba napisać osobno, bo jest to uśmiech złożony z warstw jak ciasto francuskie - na wierzchu uprzejmość, pod spodem ironia, pod ironią coś twardego, ciemnego, co nie ma nazwy, a co Irena nosi w sobie od dnia, w którym Henryk Szymański zjadł swoją ostatnią kolację. Uśmiech kobiety, która wie więcej, niż mówi, i mówi więcej, niż powinna, i jest z tego powodu jednocześnie podziwiana i nienawidzona - bo w Łochowie, jak w każdej zamkniętej społeczności, kobieta, która mówi za dużo, jest niebezpieczna. Ale kobieta, która mówi za dużo z uśmiechem, jest niebezpieczna podwójnie.
- Henryk. Henryk Szymański, leśniczy. Znaczy - oficjalnie nie leśniczy, bo leśniczy to jest stanowisko w Lasach Państwowych, a Henryk pracował w nadleśnictwie Bydgoszcz jako podleśniczy, co to jest jedna ranga niżej i co Henryka bolało jak ząb trzonowy, bo Henryk uważał, że na leśniczego zasługuje bardziej niż ten, co go dostał - Walczak z Maksymilianowa, o którym Henryk mówił "debil z debili, co to nie odróżni sosny od świerka, ale szwagra w dyrekcji ma, i to mu wystarczy." Henryk dużo mówił o Walczaku. Zbyt dużo. Jak mężczyzna mówi za dużo o innym mężczyźnie, to zwykle nie chodzi o tego drugiego mężczyznę - chodzi o niego samego. Chodzi o ambicję, która nie znalazła ujścia. O dumę, która nie znalazła potwierdzenia. O życie, które miało wyglądać inaczej, a wygląda tak, jak wygląda - szaro, kujawsko, nijako.
Irena mówi o mężu z tonem, który jest jednocześnie czuły i bezlitosny - jakby kroiła cebulę: ostrym nożem, szybko, z łzami, ale bez wahania.
- Poznałam go w siedemdziesiątym dziewiątym, w lipcu, na grzybobraniu. Nie śmiejcie się, baby - na grzybobraniu. Moja matka, Janina Kubicka, organizowała co roku wycieczkę do lasu pod Koronowem, zbierać prawdziwki, bo tam rosły takie prawdziwki, baby, jak pięść duże, ciemne, twarde, pachniały tak, że pies by zemdlał. I na tym grzybobraniu był Henryk - młody, dwadzieścia sześć lat, w mundurze leśnego, z torbą przez ramię, w kapeluszu z piórkiem. Nie z bażanciego piórka, jak myślicie - z sójczego. Sójki miał pod dostatkiem w swoim obwodzie i mówił, że sójka to jest najsprytniejszy ptak w lesie, bo potrafi naśladować głosy innych ptaków, i że on - Henryk - jest jak sójka, bo też potrafi być kim trzeba, kiedy trzeba.
Irena pauzuje. Patrzy na kubek z herbatą, ale nie pije. Herbata jest gorąca - Irena zawsze dolewa sobie świeżej z termosu, bo zimna herbata to według niej "plucie w twarz Bogu i Kujawom," co jest stwierdzeniem teologicznie dyskusyjnym, ale w tej świetlicy nikt nie dyskutuje z Ireną o teologii. Nikt nie dyskutuje z Ireną o niczym, bo Irena ma język jak brzytwa i pamięć jak baza danych - pamięta, kto co powiedział, kiedy, do kogo, w jakim tonie, i w razie potrzeby cytuje z precyzją magnetofonu. "Irena to jest nasz sąd ostateczny," powiedziała kiedyś Halina, i Halina miała rację, choć sama by się do tego nie przyznała.
- Wzięliśmy ślub w osiemdziesiątym, w marcu. Wesele na sto osób, w remizie w Białych Błotach, bo nasza świetlica była za mała, a Henryk chciał dużo gości, bo Henryk lubił, jak jest dużo ludzi, bo wtedy mógł z każdym porozmawiać, i każdemu powiedzieć co innego, i każdemu pokazać inną twarz. Sójka. Pamiętacie - sójka naśladuje głosy. Henryk naśladował ludzi.
Małżeństwo Ireny i Henryka Szymańskich trwało dwadzieścia cztery lata - od osiemdziesiątego do dwa tysiące czwartego - i przez te dwadzieścia cztery lata Irena widziała męża średnio cztery godziny na dobę. Resztę czasu Henryk spędzał w lesie - ten las, ten sosnowy, ciemny, ciągnący się od Łochowa po Koronowo, las, który pachnie żywicą i grzybami i w którym cisza jest tak gęsta, że słychać, jak mrówka wchodzi na igłę sosnową.
- Henryk żył w lesie, baby. Nie mieszkał - żył. Wychodził o piątej rano, wracał po ciemku. Chodził po swoim obwodzie jak po własnym pokoju - znał każde drzewo, każdą polanę, każdy potok. Wiedział, gdzie lisa ma norę, gdzie sarna przechodzi o świcie, gdzie dzik się kąpie w błocie po deszczu. Wiedział, który dąb ma trzysta lat, a który dwieście. Wiedział, gdzie rosną pierwsze konwalie w maju i gdzie ostatnie grzyby w listopadzie. Wiedział wszystko o lesie. O mnie nie wiedział nic.
Irena mówi to bez goryczy - albo z goryczą tak starą, że stała się naturalna, jak kwaśność szczawiu, jak gorycz piołunu, jak smak czegoś, co się jada od lat i do czego podniebienie się przyzwyczaiło.
- Nie pytał, co robiłam cały dzień. Nie pytał, co gotowałam, choć jadł to, co gotowałam, i nie narzekał, bo Henryk nie narzekał na jedzenie - jadł wszystko, szybko, w skupieniu, jak zwierzę, które nie wie, kiedy będzie następny posiłek. Nie pytał, jak się czuję. Nie pytał, czy mnie coś boli. Nie pytał, czy mi smutno, czy mi wesoło, czy mi obojętnie. Bo Henrykowi było obojętne, jak mi jest. Byłam jak te meble, co stoją w pokoju - wiesz, że są, ale na nich nie siadasz, bo masz wygodniejsze miejsce. A jego wygodniejszym miejscem był las.
Danuta Krawczyk przy oknie kręci chusteczkę - szybciej, nerwowo - bo to, co mówi Irena, dotyka w niej czegoś, co nie ma nazwy. Ta samotność we dwoje, to bycie obok kogoś, kto jest daleko - Danuta to zna. Zna to z własnego małżeństwa, z tych wieczorów, gdy Ryszard siedział przy oknie i patrzył na kanał, a ona stała za nim i próbowała zobaczyć to, co on widzi, i nie mogła, bo jego okno było skierowane do wewnątrz, nie na zewnątrz.
- Dzieci nie mieliśmy - mówi Irena i to jest zdanie, które w Łochowie, jak w każdej wsi, niesie ze sobą cały ekosystem domysłów, szeptów i milczących wyroków. Kobieta bez dzieci na wsi jest jak drzewo bez owoców - stoi, rośnie, daje cień, ale ludzie na nie patrzą i kręcą głowami. "Pewnie nie może," mówią. Albo: "Pewnie on nie może." Albo - najciszej, bo to jest zdanie najgorsze: "Pewnie nie chcą." Bo na Kujawach niechcenie dzieci jest grzechem cięższym niż niewiara, bo niewiara jest sprawą między tobą a Bogiem, ale niechcenie dzieci jest sprawą między tobą a wsią, a wieś jest bliżej niż Bóg i sądzi szybciej.
- Nie mogłam - mówi Irena, uprzedzając pytanie, którego nikt nie zadał, ale które wisiało w powietrzu jak dym z komina. - Nie mogłam i tyle. Henryk nie rozmawiał o tym. Nigdy. Nie poszedł do lekarza, nie poszedł ze mną do specjalisty, nie zrobił żadnego badania. Powiedział raz - raz jedyny, w osiemdziesiątym piątym, gdy mu wspomniałam o klinice w Bydgoszczy: "Irena, jak Pan Bóg dał las bez dziecka, to znaczy, że las wystarczy." I tyle. I zamknął temat. I nigdy do niego nie wrócił.
Irena opowiada o życiu z Henrykiem tak, jak opowiada się o podróży pociągiem, w którym nie ma okien - jedziesz, jedziesz, ale nie wiesz, co jest za ścianą wagonu, bo nie widzisz. Widzisz tylko wnętrze - wąskie, ciasne, monotonne. I jedynym urozmaiceniem jest stukot kół, który ci mówi, że się ruszasz, choć nie wiesz dokąd.
- Henryk nie bił mnie. Nie poniżał mnie. Nie krzyczał na mnie. Nie robił żadnej z tych rzeczy, co to Genowefa opowiadała, i za to mu dziękuję, bo mogło być gorzej - wiem, że mogło, bo widziałam, jak jest gorzej, baby, wystarczy przez ścianę posłuchać. Henryk nie robił mi krzywdy. Henryk nie robił mi nic. I to "nic" - baby, posłuchajcie - to "nic" jest czasem gorsze niż krzywda. Bo krzywdę czujesz. Boli, krwawi, sinieje. Ale "nic" - "nic" jest jak powietrze. Oddychasz nim i nie zauważasz, że cię dusi, dopóki nie zemdlejesz.
Irena pije herbatę. Gorącą, świeżą, parującą.
- Byłam jak te meble, baby. Jak meble, co nikt na nich nie siada. Stałam w domu, gotowałam, prałam, sprzątałam, chodziłam do sklepu, wracałam. Rano wstawałam, wieczorem kładłam się. Henryk przychodził, jadł, zasypiał. Budzik dzwonił o czwartej trzydzieści. Henryk wstawał. Szedł do lasu. Ja zostawałam. Dzień po dniu. Rok po roku. Dwadzieścia lat po dwudziestu.
Genowefa Maciejewska odchrząkuje. Patrzy na Irenę i mówi - cicho, co jest rzadkością, bo Genowefa cicho mówi raz na dekadę:
- Irena, ale szukałaś se ratunku?
Irena patrzy na Genowefę. Uśmiecha się - tym swoim warstwowym uśmiechem.
- Szukałam, Genosiu. Szukałam.
Ratunek miał twarz szeroką, rumianą, z oczami jak dwa niebieskie guziki. Ale o tym później. Najpierw - grzyby.