Rozdział 3
Kilkaset kilometrów dalej, w stolicy, w biurze znanego producenta telewizyjnego trwało natomiast istne szaleństwo. Jonasz - blond mężczyzna po trzydziestce, miotał się po swoim gabinecie, ciskając pioruny na prawo i lewo. Jego ofiarą padł już kubek, który roztrzaskał się w drobny mak o podłogę, i plik kartek, który do tej pory spoczywał spokojnie na biurku. Stojąca w rogu asystentka śledziła jego wybuch furii w milczeniu, nie bardzo wiedząc, co począć. W pierwszej chwili próbowała go jakoś uspokajać, pocieszać, ale jej działania, zamiast przynieść pożądane efekty, tylko bardziej rozwścieczyły Jonasza, więc postanowiła przeczekać jego napad wściekłości i trzymać się na uboczu. Jeszcze tego by brakowało, żeby rzucił w nią przyciskiem do papieru albo jakimś innym naczyniem, których kilka stało jeszcze na jego biurku. Ta praca i tak wymagała od niej wielu poświęceń.
- Do stu tysięcy diabłów! - krzyczał Jonasz, kipiąc ze złości. - Premiera programu już na jesieni, a ci durnie nie zrobili nawet castingów! Rozumiesz?! - pytał Bóg wie kogo. - Wszystko ustalone, miejsce kręcenia i godziny emisji wybrane, a tu się okazuje, że my nie mamy głównego elementu programu! Jak można nakręcić reality show bez uczestników?!
Zośka już miała coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili po prostu wypuściła z płuc całe powietrze. Cóż, Jonasz miał rację. Pracowali ostatnio w pocie czoła, żeby program został włączony do letniej ramówki jednej z wiodących stacji telewizyjnych, a tu okazało się, że ktoś z ekipy nawalił i nie mieli głównych bohaterów. Nasz wymarzony ślub cieszył się za granicą ogromną popularnością i zarówno ona, jak i Jonasz pokładali wielkie nadzieje w tym formacie. Od wielu miesięcy robili wszystko, żeby polska edycja powtórzyła sukces pierwowzoru, jaki zanotowano u zachodnich sąsiadów, co oznaczałoby jedno: więcej pieniędzy na nowe przedsięwzięcia i przynajmniej czasowy podziw ludzi z branży. A teraz wyszło na jaw, że facet zatrudniony do przeprowadzenia castingów zapadł się pod ziemię. I to wcale nie to, że zabrał ze sobą wypłacone z góry pieniądze, było w tym wszystkim najstraszniejsze.
- Zdjęcia mają ruszyć już za dwa tygodnie - zagrzmiał Jonasz - a my nie mamy obsady!
Wściekły chodził między biurkiem a stołem, ale w końcu jakby się opamiętał. Oparł dłonie o parapet, przytknął rozpalone czoło do zimnej szyby i głośno oddychając, zamilkł na kilka minut. W gabinecie zapadła cisza.
Przez odsłonięte okna wpadały promienie słońca, które oświetlały jasną wykładzinę na podłodze, nowoczesne biurko Jonasza oraz część pokoju ze stołem stworzoną na potrzeby rozmów z klientami czy gośćmi. Co prawda kilka drzwi dalej mieściła się sala konferencyjna, ale Jonasz rzadko z niej korzystał. Zwykle to tutaj Zośka przynosiła herbaty i kawy dla jego rozmówców. I musiała przyznać, że było to o wiele przyjemniejsze od słuchania wybuchów złości przełożonego, które ostatnio zdarzały się coraz częściej.
Zośka była tuż po studiach. Już od dziecka marzyła o pracy w telewizji, oglądała kreskówki i filmy dla nastolatek, chociaż te ostatnie akurat musiała wyłączać z obawy przed mamą, która uważała je za stanowczo zbyt głupie i nieodpowiednie dla córki. Dziewczynka oglądała je głównie wtedy, gdy rodzicielka robiła zakupy albo krzątała się po ogródku. Rodzice nalegali, żeby została dentystką, i kiedy nadszedł wybór studiów, potajemnie wysłali za nią dokumenty na stomatologię. Zośka jednak uparła się, że nie zrezygnuje ze swojej pasji, i poszła do szkoły filmowej. Krewni lamentowali, kim będzie po tych studiach, prorokowali, że bez znajomości pracy w świecie filmu nie znajdzie, ale ku ich wielkiemu zdziwieniu wcale nie było tak źle.
Zośka już w czasie studiów załapała się do pomocy przy kręceniu kilku programów telewizyjnych, a zaraz po ukończeniu szkoły filmowej aplikowała na stanowisko asystentki Jonasza i także wtedy udało jej się odnieść sukces. Chociaż kandydatów było mnóstwo, to właśnie ją wybrał znany producent, twierdząc z uśmiechem, że gdy tylko weszła do pokoju, poczuł chemię. Zośka w pierwszej chwili uznała, że to słowa pasujące do zboczeńca, ale kiedy uzmysłowiła sobie, że Jonasz wcale nie zamierzał nawiązywać z nią pozasłużbowych relacji i używa czasami specyficznego słownictwa, bez zastanowienia przyjęła tę pracę i od następnego poniedziałku dumnie dreptała u jego boku. Co prawda niektórzy jej znajomi śmiali się, że pewnie tylko parzy kawę i załatwia za niego błahe sprawy, co właściwie nie mijało się z prawdą, lecz ona była zadowolona. Może Jonasz był troszeczkę ekscentryczny, ale niewątpliwie zaliczał się do grona bardziej znanych producentów i naprawdę znał się na swoim fachu. Towarzyszyło jej przekonanie, że pracując z nim, wiele się nauczy - i rzeczywiście, już po kilku miesiącach współpracy widziała pierwsze efekty. I nie, wcale nie chodziło o to, że nauczyła się, gdzie w okolicy kupić najlepsze latte z podwójną pianką albo jak reagować podczas jego wybuchów złości. Jonasz był świetnym producentem i wszystkie jego poczytania Zośka notowała w pamięci albo na kartkach. Prawdę mówiąc, odkąd została jego asystentką, zrobiła już więcej notatek niż przez cały czas trwania studiów, w dodatku były to informacje czysto praktyczne: notowała nazwiska i numery telefonów do scenarzystów, aktorów i innych osób odpowiadających za realizację jego wizji artystycznej. Na razie chowała te dane do szuflady w swoim biurku, ale głęboko wierzyła, że nadejdzie dzień, kiedy wyciągnie je stamtąd, ponieważ sama zostanie takim Jonaszem.
Na razie jednak nie widziała sensu w tak dalekim wybieganiu w przyszłość. Była cierpliwa, pewne sprawy musiały poczekać. Zwłaszcza że szef uspokoił się w końcu i mruknął coś pod nosem.
- Co mówiłeś? - zapytała, poprawiając swoją marynarkę.
- Znajdź mi numer do Agi Lisieckiej - powiedział trochę głośniej. - I to natychmiast. Jeżeli ona nie pomoże mi w organizacji tego castingu, to naprawdę będę w czarnej dupie. Jest moją ostatnią deską ratunku.
Zośka skinęła głową i woląc na wszelki wypadek więcej się nie odzywać, żeby znowu go nie rozsierdzić, w milczeniu opuściła gabinet. Jej blond włosy związane w koński ogon z tyłu głowy zakołysały się przy tym, a obcasy czerwonych szpilek zastukały o podłogę na korytarzu. Dziewczyna skierowała się w stronę swojego niewielkiego gabineciku znajdującego się mniej więcej w połowie długości korytarza, a gdy do niego weszła, od razu wyciągnęła z biurka notes z kontaktami i zaczęła go skwapliwie wertować.
- Jakieś problemy? - Nagle w drzwiach pojawił się kolega pracujący w sąsiednim pokoju.
Zośka uniosła na niego wzrok.
- Nie. Dlaczego pytasz?
- Bez urazy, ale krzyki twojego szefunia niosły się po całym piętrze. Aż ludzie powychodzili ze swoich biur, żeby sprawdzić, co się dzieje.
- Przesadzasz - odparła z prychnięciem dziewczyna i wróciła do wertowania notesu.
- Chciałbym. Może powinnaś mu następnym razem zamiast kawy zaparzyć melisę?
Zośka spiorunowała go wzrokiem. Tomek był okropnym seksistą i często stroił sobie żarty z tego, że ona nic nie robi, tylko biega do pokoju Jonasza z kubkiem lub filiżanką. Albo śmiał się z tego, że nosi bluzki z dużymi dekoltami i krótkie spódniczki, chociaż nie było to prawdą. Najczęściej, tak jak dzisiaj, Zośka zakładała do pracy dopasowane gustowne spodnie i marynarki.
- Ty lepiej zajmij się sobą. Polecam szczególnie sok pomarańczowy - odparła.
- Żebym był bardziej odporny na twoje docinki?
- Nie. On jest po prostu dobry dla mózgu, a widać, że twój nie pracuje najlepiej.
- Zołza.
- Cham i seksista - odcięła się ostro.
Tomasz zmrużył oczy.
- Lepiej uważaj na słowa. Ładna buźka nie zawsze wystarcza, żeby utrzymać pozycję.
Zośka zaśmiała się głośno.
- Nadal cię boli, że to mnie Jonasz wybrał na swoją asystentkę?
Tomasz z hukiem zamknął za sobą drzwi.
- Burak! - zawołała jeszcze za nim, lecz już jej nie słyszał.
Może to nawet i lepiej, uznała w duchu. Nigdy nie wiedziała, do czego tak naprawdę zdolny jest ten facet, a wyglądał na żmiję. I tak dość miała problemów z ostatnimi wybuchami złości Jonasza. Jeszcze tego by jej brakowało, żeby jakiś kretyn złożył na nią skargę.
Poirytowana przewertowała notatnik i w końcu znalazła numer do Agi. Poznała ją jakiś czas temu, Jonasz współpracował z nią podczas szukania obsady do poprzedniego programu, w który inwestował. Lisiecka była zadbaną kobietą po czterdziestce, znała się na swojej robocie. Ludzie z branży cenili jej profesjonalizm i trafność podejmowanych decyzji. Mówiło się nawet czasami, że jej zatrudnienie jest jednym z wyznaczników sukcesu projektu.
Z numerem przepisanym na małą żółtą karteczkę ponownie zajrzała do gabinetu Jonasza.
- Mogę?
- Możesz. Ale tylko wtedy, jeżeli masz dla mnie ten numer. Nie masz pojęcia, jak nakręciłem się na realizację tego programu. On musi, po prostu musi znaleźć się w letniej ramówce naszej stacji. Może myślisz sobie, że to dziwne, w końcu większość tego typu programów jest transmitowana jesienią, ale moim zdaniem właśnie dlatego on będzie strzałem dziesiątkę. Ludzie w wakacje nie mają czego oglądać. Trafimy w niszę.
- Rozumiem to doskonale.
- Zdobyłaś ten numer?
- Przecież gdybym go nie znalazła, to nie zawracałabym ci głowy.
- Gdyby tylko wszyscy moi pracownicy byli tacy sumienni... - Jonasz potarł zmęczoną twarz, po czym wyciągnął do niej rękę po kartkę.
- Proszę. - Zośka podała mu ją usłużnie.
- Dzięki. - Szef od razu chwycił telefon i wybił na smartfonie ciąg cyfr. - Módl się, żeby ona odebrała.
Zośka skinęła głową i pokazała mu zaciśnięte kciuki.
Jonasz jednak nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ na linii rozległ się głos Agi:
- Pelowski? Kupę lat cię nie słyszałam.
- Wzajemnie.
- Taki jesteś ostatnio zabiegany?
Jonasz uśmiechnął się lekko.
- Nie mów, że nie słyszałaś o mojej najnowszej produkcji.
- Słyszałam. I prawdę mówiąc, trochę się wkurzyłam, że nie dostałam propozycji współpracy.
Ach, ta jej bezpośredniość, przemknęło Jonaszowi przez głowę, ale zachował to dla siebie.
- Przecież pracowałaś w tym czasie przy produkcji Miasta lodu - powiedział. - Wybacz, ale nie słyszałem, żebyś posiadała dar bilokacji.
- Ja też nie i chyba tylko dlatego odebrałam od ciebie telefon.
Jonasz znowu się zaśmiał.
- Właściwie to dzwonię do ciebie, żeby ci to zrekompensować.
- Chcesz mi wysłać paczkę chusteczek na otarcie łez i koszyk słodyczy?
- Pudło.
- Przecież o tym mówię.
Wywrócił oczami.
- Oj, nie w takim znaczeniu. Chciałem zapytać, czy znajdziesz czas, żeby przeprowadzić dla mnie casting.
Odpowiedziała mu najpierw cisza, a potem usłyszał:
- Chyba nie mówisz poważnie.
- Wiem, wiem, na pewno jesteś zapracowana, ale to sytuacja awaryjna, żeby nie powiedzieć, że grunt pali mi się pod nogami.
- Jonasz, zlituj się. Mam zapchany grafik do końca grudnia.
- To znaczy tylko tyle, że zadzwoniłem do właściwej osoby.
- I bez tego wiedziałeś, że jestem dobra.
- Daruj sobie kokieterię. Jestem w dupie. I potrzebuję wiedzieć, czy pomożesz mi, czy nie.
Aga znowu przez chwilę milczała.
- Kiedy? - zapytała w końcu, w odpowiedzi na co Jonasz odetchnął z ulgą. Opadając wyczerpany na oparcie fotela, dał Zośce znać, że są uratowani.
Rozradowana pokazała mu dwa kciuki uniesione ku górze, ale on ponownie skupił się na Adze Lisieckiej.
- Najlepiej w przyszłym tygodniu - odparł.
Aga mruknęła coś pod nosem, ale nie miał już wątpliwości co do tego, że zgodzi się na jego propozycję.
- Wiesz, że będziesz musiał zapłacić mi podwójną stawkę? - spytała jeszcze.
- Naturalnie - rzucił do słuchawki, chociaż w tej sytuacji zapłaciłby jej i poczwórnie. Najważniejsze było tylko to, że Nasz wymarzony ślub został uratowany i nadal miał szansę zaistnieć na antenie.