Gra o szachowy tron - Dariusz Radziejewski

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (34,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

"Zawsze mi żal ludzi, którzy nie znają szachów, tak jak mi żal ludzi, którzy nie znają miłości. Szachy, podobnie jak miłość, mają moc uszczęśliwiania człowieka" - powiedział wielki mistrz niemiecki Siegbert Tarrasch. Ta książka powstała z miłości do szachów.

W dwudziestym wieku czas płynął wolniej. Partie szachowe trwały wiele godzin. Jeśli gra się nie skończyła w jednej pięciogodzinnej sesji, partia była odkładana. Gracz zapisywał swój kolejny ruch na blankiecie do zapisu partii, który wkładał do koperty. Arbiter zaklejał kopertę, gracz podpisywał się na skrzydełku. Nazajutrz partia była wznawiana i kontynuowano ją przez następne godziny.

W tamtych czasach nie było komputerów osobistych ani inteligentnych przenośnych telefonów, podłączonych do ogólnoświatowej sieci. Ludzie mieli czas, mieli spokój i polegali na własnym rozumie.

Pozycję z odłożonej partii szachiści analizowali w nocy, czasami aż do rana, przestawiając drewniane figury na szachownicy. Czynili to metodą prób i błędów. Całymi dniami, w ciszy gabinetu, studiowano sztukę szachową z papierowych książek i czasopism. Przygotowując się do rozgrywek, szachiści tworzyli kartoteki partii przeciwników, zapisywali swoje komentarze i analizy w zeszytach i notatnikach. Turnieje i mecze toczyły się tygodniami, a nawet miesiącami. Graczom nie skąpiono dni wolnych, na dogrywki odłożonych partii przeznaczano osobne dni.

Niniejsza opowieść obejmuje okres od początku dwudziestego wieku aż do lat siedemdziesiątych. Rozwija się niespiesznie jak klasyczna partia szachowa. Daje czas do namysłu, pokazuje ciekawe warianty i kombinacje. Omawia daleko przemyślane plany, błyskotliwe koncepcje, pomyłki i przeoczenia. Opisuje wygrane i porażki. Wszystko jest ważne, wszystko jest piękne, wszystko zasługuje na uwagę. Samotne studiowanie szachów w domu i niekończące się analizy z trenerem lub partnerem w klubie. Turnieje, mecze, poszczególne partie, nawet pojedyncze ruchy. Fascynujące są debiuty, końcówki i gra środkowa.

"Gra o szachowy tron" przedstawia szczegółowo historię pojedynków o mistrzostwo świata w szachach od roku 1948 do roku 1972. Ukazane są kulisy batalii o szachowy tron i gra rozmaitych sił. Do wygranej prowadzi wiele posunięć, sporo z nich wykonuje się poza szachownicą. Pokazane są namiętności, sprzeczne interesy, przyjaźń i wrogość, szczęście i tragedia zarówno bezpośrednich uczestników walki o najwyższy tytuł, jak i wielu osób pośrednio w tę walkę zaangażowanych. Tak jak to się dzieje we wszystkich innych dziedzinach życia, na rywalizację o szachową koronę ma wpływ polityka. Tak jak wszędzie i zawsze liczą się pieniądze, prestiż i władza.

Głównymi bohaterami są mistrzowie świata wspomnianego wyżej okresu: Botwinnik, Smysłow, Tal, Petrosjan, Spasski i Fischer. Ważne miejsce w tej opowieści zajmują również wcześniejsi czempioni: Steinitz, Lasker, Capablanca i Alechin.

Oprócz mistrzów świata na kartach tej książki występuje wielu mistrzów i arcymistrzów szachowych oraz rozmaitych postaci w ten czy inny sposób związanych z szachami. Niepoślednią rolę odgrywają także liczne osoby spoza szachowego świata.

Najwięcej miejsca zajmuje dwóch bohaterów: Rosjanin Borys Spasski i Amerykanin Robert Fischer. Opowieść śledzi ich losy od wczesnego dzieciństwa aż do słynnego meczu o mistrzostwo świata, rozegranego w roku 1972 w Reykjaviku, na tle zimnowojennego antagonizmu między Związkiem Sowieckim a Stanami Zjednoczonymi. Książka opowiada nie tylko o ich niezwykłym rozwoju szachowym, którego początkiem była chłopięcia fascynacja szachami i nieprzeciętne zdolności, zaś apogeum zdobycie tytułu najsilniejszych szachistów planety. Książka przybliża psychologiczne sylwetki obu arcymistrzów, zwłaszcza odbiegającą od normy osobowość Fischera.

"Gra o szachowy tron" jest oparta na faktach i zawiera ogromną ilość wiedzy historycznej. Ale nie jest książką historyczną. Jest fabularyzowaną opowieścią o życiu prawdziwych ludzi, o ich umysłach i charakterach, widzianych przez pryzmat piękna i logiki szachów.

"Gra o szachowy tron" jest powieścią i miejscami nie stroni od fikcji. Czytelnik znajdzie w niej intrygi i tajemnice, humor i smutek, sensacje i rewelacje.

A przede wszystkim czas, który minął, lecz wciąż trwa.

Dariusz Radziejewski

6 Zadławienie

To był chłodny sobotni wieczór. Joaquim Santos szedł do pensjonatu Hotel Parque, w którym pracował jako kelner i aprowizator. Opodal pensjonatu, w słabo oświetlonej części ulicy, tam gdzie kończył się zasięg latarni i zaczynała ciemność, dostrzegł leżącego nieruchomo na ziemi człowieka. Podszedł bliżej.

- Panie Alechin! Panie Alechin!

Joaquim Santos schylił się, uniósł głowę Alechina i poklepał go po twarzy. Półprzymknięte powieki ani drgnęły. Alechin był nieprzytomny. Santos nie poczuł zapachu alkoholu. Dotknął jego szyi, starał się namacać tętnice. Szyja była chłodna, pulsu ani oddechu nie wyczuł.

Podniósł się i szybkim krokiem poszedł do pensjonatu. Po kilku minutach wrócił razem z właścicielem Carlosem Pontesem, który tak jak poprzednio Santos, pochylił się nad leżącym.

- Doktorze Aleksandrze! Doktorze Aleksandrze!

Carlos Pontes potrząsnął nieruchomym ciałem i podobnie jak Santos zbadał leżącego, poszukując jakichkolwiek oznak życia. Przekonał się, że Alechin rzeczywiście nie żyje.

- Zaniesiemy go do hotelu.

- Czy nie lepiej go tak zostawić i zawezwać policję?

- Nie może tu leżeć. Mam polecenie zawiadomić PIDE, jak coś się stanie. Pomóż mi.

Zanieśli Alechina do jego pokoju i położyli na łóżku. Zdrowo się przy tym namęczyli. Alechin chorował i stracił na wadze, ale był postawnym mężczyzną.

Dwie godziny później przyjechało dwóch oficerów PIDE, Felipe Antunes i Fernando Cruz. Był z nimi doktor Antonio Ferreira, zapalony szachista, który wcześniej opiekował się Alechinem i dostąpił zaszczytu rozegrania z nim dwóch partii, z których obie przegrał, mimo że mistrz grał bez patrzenia na szachownicę. Towarzyszył im Luis Lupi, ojczym Francisca, który pracował dla portugalskiego oddziału Associated Press. Carlos Pontes wiedział od Francisca, że jego ojczym, tak jak wielu innych, jest współpracownikiem policji politycznej.

Doktor Ferreira potwierdził zgon, następnie pod okiem agentów przystąpił do wstępnego ustalenia przyczyny śmierci. Carlos Pontes i Joaquim Santos zostali poproszeni o opuszczenie pomieszczenia. Luis Lupi wyszedł razem z nimi.

- Ma pan aparat fotograficzny? - zapytał Pontesa. - Tak się spieszyłem, że nie miałem czasu pojechać do domu po mój własny.

Kiedy Carlos Pontes poszedł poszukać aparatu, z pokoju Alechina wyszedł oficer Fernando Cruz i kazał Santosowi przynieść kolację dla Alechina.

- Nie rozumiem - zdziwił się Santos. - Przecież pan Alechin...

- Proszę przynieść kolację. Nikomu ani słowa.

Santos poszedł do kuchni i poprosił o przygotowanie kolacji dla pana Alechina.

Carlos Pontes przyniósł aparat fotograficzny.

- Nie jest to profesjonalny sprzęt - powiedział Luis Lupi, oglądając aparat. - Ale dobre i to.

- Zadzwonić do Francisca? - zapytał Pontes.

- Jutro.

Doktor Ferreira skończył oględziny. Oficerowie PIDE przedyskutowali z nim brzmienie raportu na temat przyczyn śmierci mistrza świata.

- Mimo wszystko potrzebna będzie sekcja zwłok - powiedział Ferreira. - Okoliczności są podejrzane.

- Proszę się tym nie kłopotać - odpowiedział mu Cruz. - Kolację niech pan postawi na stole - zwrócił się do Santosa, który zaskoczony stanął na progu pokoju. Alechin nie leżał na łóżku, ale usadowiony był w fotelu za stołem.

Kiedy agenci PIDE wyszli z pokoju, żeby porozmawiać z Pontesem i Santosem, do środka wszedł Luis Lupi i rozejrzał się za dobrym ujęciem. Uznał, że najlepsze będzie miejsce na wprost Alechina, który siedział w fotelu z zamkniętymi oczami, lekko przechyloną na bok głową i miał na sobie płaszcz. Przed nim na stole stał talerz zupy, rondelek z wołowiną, czajnik z kawą, dzbanek ze śmietaną, filiżanka. Luis Lupi wziął z sekretarzyka komplet szachów Alechina i rozłożył je na małym biurku obok stołu z kolacją. Stanął trochę z boku, tak aby cała szachownica znalazła się w kadrze.

To będą zdjęcia, które obiegną łamy gazet całego świata. Wielki mistrz umiera przy szachownicy. Szach mat. Król jest martwy. Zrobił jedno zdjęcie pod tym kątem, potem przesunął się nieco bardziej w prawo, ugiął lekko nogi i zrobił drugie, na którym rozstawione do gry szachy widać jeszcze lepiej, są na pierwszym planie.

- Skończyłeś? - zapytał Antunes.

- Jeszcze nie. Chciałbym przygotować dodatkowe ujęcia.

- Później to zrobisz. Kolacja mi wystygnie.

Fernando Antunes przysunął sobie krzesło i zaczął pałaszować kolację Alechina, od czasu do czasu zerkając na denata, jakby się bał, że ten zaraz się obudzi i palnie go za karę w ucho.

Antunes skończył jeść. Był głodny, a mimo to zostawił kawałek pieczeni wołowej. Napił się kawy. Potem wstał, wziął w rękę ostatni kawałek pieczeni i wepchnął go umarłemu głęboko do gardła.

Kiedy Antunes wyszedł z pokoju, Luis Lupi zrobił jeszcze parę zdjęć.

Fernando Cruz poinstruował właściciela pensjonatu Pontesa i kelnera Santosa. Jutro o dziewiątej rano Santos przyniesie Alechinowi śniadanie i zastanie mistrza świata w takim stanie, w jakim go dzisiaj zostawiają. Doktor Ferreira przyjedzie i powie policji, co było przyczyną zgonu mistrza świata. Uduszenie wskutek zakrztuszenia się kawałkiem pieczeni wołowej, która utkwiła w krtani.

- Zgadza się, doktorze?

Ferreira skinął głową.

- To również mógł być atak serca, a zakrztuszenie było jego konsekwencją - dodał doktor po chwili namysłu.

- W każdym razie odbędzie się sekcja zwłok, która to potwierdzi.

W niedzielę 24 marca, około wpół do jedenastej rano, Francisco Lupi odebrał telefon z wiadomością, że coś się stało Aleksandrowi. Carlos Pontes powiedział, że Alechin nie żyje. Umarł w nocy. Dzisiaj rano kelner przyniósł mu śniadanie do pokoju i znalazł go martwego. Francisco Lupi natychmiast udał się do Estorilu.

W pensjonacie była policja. Na jego usilną prośbę wpuszczono Francisca do pokoju Alechina. Zobaczył tam swojego przyjaciela siedzącego w fotelu tak spokojnie, jakby zasnął. Zmarł w trakcie spożywania kolacji. A jednak nie był samotny. Umarł w towarzystwie swoich najdroższych przyjaciół, drewnianych figur szachowych. Według doktora Ferreiry udławił się kawałkiem mięsa. Francisco nie chciał myśleć o tak groteskowej przyczynie śmierci największego w dziejach mistrza. W jego oczach Alechin wyglądał jak szachowy król pokonany w dramatycznej partii na szachownicy życia.

Francisco Lupi zapoznał się z raportem doktora Ferreiry i wynikami sekcji zwłok, która została przeprowadzona trzy dni po śmierci Alechina na Oddziale Medycyny Sądowej Szkoły Medycznej Uniwersytetu Lizbońskiego. Dokument podpisany przez dr. Asdrubala d'Aguiar, autorytet naukowy w dziedzinie medycyny sądowej, potwierdzał ustaloną przez doktora Ferreirę przyczynę śmierci. Nie stwierdzono żadnych innych nienaturalnych przyczyn, takich jak zabójstwo i samobójstwo. Protokół ujawnił marskość wątroby, nieżyt żołądka, zapalenie dwunastnicy, miażdżycę tętnic.

Pogrzeb, którego koszty pokryła Portugalska Federacja Szachowa, odbył się trzy tygodnie po śmierci Alechina. Przedtem w sprawie pochówku kontaktowano się z wdową, panią Grace Alechin, ale nie dała odpowiedzi. Ciało Alechina spoczęło w skromnym grobie na cmentarzu w Estorilu. Żegnała go garstka szachowych przyjaciół.

Luis Lupi dał Franciscowi dwie fotografie, które zrobił w pokoju Alechina. Francisco zdziwił się, bo nie widział Luisa w Estorilu w tamtą niedzielę. Luis wyjaśnił, że Carlos Pontes zadzwonił do niego rano, zaraz po tym, jak kelner odkrył nieżywego Alechina. Luis pojechał tam czym prędzej, żeby sfotografować martwego mistrza świata, zanim zabiorą ciało. Potem wrócił do siebie i przystąpił do przygotowania negatywów dla agencji Associated Press.

Francisco długo przyglądał się fotografiom, skupiony na postaci Alechina. Patrzył na pokój, w którym spędzili wiele godzin, rozmawiając i analizując partie szachowe. Pamiętał zapach pokoju. Pamiętał szachownicę. Czuł w palcach kształt i ciężar figur.

Zdjęcia były podobne, różniły się kątem ujęcia. Alechin zdawał się spać spokojnie. Jakby się najadł i zmęczony zasnął w fotelu. Czy tak wygląda człowiek, który się dławi i który się dusi? Dlaczego jest w płaszczu? Co prawda rozpiętym. Tamtego wieczoru było chłodno, może dlatego narzucił płaszcz na siebie. Jednak Francisco nigdy przedtem nie widział Alechina jedzącego zupę i pieczeń wołową w grubym płaszczu. Pod spodem widać było koszulę, krawat i marynarkę. Zdjęcia nie były zbyt wyraźne, ale Francisco mógł być pewien, że Alechin miał na sobie tę samą koszulę, ten sam krawat i tę samą marynarkę w piątek wieczorem, kiedy poszli na kolację do restauracji w dzielnicy Mouraria.

Potem Francisco zauważył coś jeszcze bardziej osobliwego i zdziwił się, że nie wychwycił tego wcześniej. Na jednym zdjęciu kolacja wydawała się nietknięta, zupełnie jakby jej jeszcze nawet nie napoczęto. Na drugim było widać talerz z resztką zupy na dnie, a rondelek na mięso był opróżniony. Filiżanka, dzbanek na kawę i mały dzbanuszek na śmietanę stały w innym miejscu stołu, jakby ktoś je sobie przysunął.

Kolejna różnica, tak drobna, że dostrzeżenie jej wymagało spostrzegawczości. Na pierwszym zdjęciu na sekretarzyku, obok dwóch małych wazonów, leżały jakieś dokumenty. Na drugim ich nie było.

Francisco powiedział o swoich spostrzeżeniach Luisowi i zapytał o inne fotografie Alechina.

- Nie mam innych. Negatywy wysłałem do Londynu.

- A jak wyjaśnić to, o czym mówiłem?

- Nie trzeba wyjaśniać. Ta sprawa należy do PIDE. Wszystko ma zostać tak, jak jest.

Francisco patrzył na zdjęcia i zastanawiał się, jak jest.

12 Chytry Dewik

Dawid Bronstein wpadł w oko Borysowi Weinsteinowi już dawno temu, na mistrzostwach Związku Radzieckiego w roku 1944, wygranych z takim impetem przez Botwinnika, który o dwa punkty zostawił w tyle Smysłowa. Młodziutki Bronstein zajął dopiero piętnaste miejsce, ale było w nim coś niezwykłego, co przyciągnęło uwagę Weinsteina, a on znał się na ludziach.

Niewielkiego wzrostu, delikatnej budowy ciała, z czarnymi, kręconymi włosami i zaczątkami łysiny czołowej mimo nader młodego wieku, miał ciemnobrązowe, świdrujące oczy i bardzo szybko chodził. Ale nie wygląd zewnętrzny wzbudził zainteresowanie Weinsteina, bynajmniej nie to było w drobnym Dawidzie niezwykłe. Spodobała mu się jego gra. Gra w szachy była drugą rzeczą, na której Weinstein się znał. Trudno zresztą było nie poznać się na talencie Bronsteina, skoro wygrał z samym Botwinnikiem. Arcymistrz przegrał na tych zwycięskich dla siebie mistrzostwach tylko dwie partie. Jedną z Tołuszem, drugą właśnie z Bronsteinem.

Weinstein postanowił pomóc utalentowanemu szachiście, któremu prorokował wielką przyszłość, i wziął go pod swoją opiekę. Znalazł mu miejsce, gdzie mógłby skłonić głowę, bo młodzian błąkał się niczym bradziaga z jedną poturbowaną walizką w małej ręce i w za dużym waciaku na chudym grzbiecie. Trzeba było mieć oko takie jak Weinstein, żeby postawić na tego konia.

Z powodów rodzinnych, czy może raczej rodowych, uzdolniony szachista nie cieszył się zaufaniem władz. Borys Weinstein podpowiedział mu sprytny ruch, jakim było wstąpienie do sportowego towarzystwa Dynamo, które należało do resortu Ławrientija Berii. Jako szachista grający dla Dynama Bronstein został formalnie zaliczony do składu osobowego resortu bezpieczeństwa i jego sytuacja stała się mniej niebezpieczna.

Dawid Bronstein urodził się w Białej Cerkwi, znacznym miecie leżącym na południe od Kijowa. Jego matka chwaliła rządy bolszewików, mówiąc: "Przeżyłam dziewięć pogromów, a teraz ich nie ma!" Ojciec Jonasz starał się nie wchodzić władzy radzieckiej w drogę aż do roku 1937, kiedy musiał przyznać się do działalności kontrrewolucyjnej, za którą dostał osiem lat łagru. W łagrze oficerowie pytali go po przyjacielsku, czy nie jest bratem tego Bronsteina. "Tego" znaczyło Lejby Bronsteina, bardziej znanego jako Lew Trocki, jeszcze wtedy żywego śmiertelnego wroga Stalina. Kusiło go, żeby kłamać, bo wtedy jego mir pośród więźniów i strażników wzrósłby niepomiernie, ale oparł się pokusie i zamiast tego zaskarbiał sobie sympatię opowiadaniem żydowskich kawałów.

- Powiesili Żyda i na drugi dzień przychodzą popatrzeć. Żyd, owszem, wisi, ale żyje. Przychodzą na trzeci dzień, powieszony Żyd nadal żyje. Dziwią się ludziska i pytają wisielca: "Jak to jest, że tak trzeci dzień wisisz z pętlą na szyi i żyjesz?" "Przywykłem" - odpowiada.

Kiedy Jonasz ciężko zachorował, odesłali go z syberyjskiego łagru do Kazachstanu, żeby tam dokonał żywota i nie psuł obozowych statystyk. Ale on wyżył i potem jeździł do moskiewskiego oddziału NKWD i odbierał za syna suchy prowiant, który się Dawidowi należał.

Tak więc w roku 1951 pierwszy radziecki mistrz świata Michał Botwinnik po raz pierwszy bronił tytułu, który wywalczył w roku 1948. Zaczęła się nowa era pojedynków o mistrzostwo świata, przeprowadzanych odtąd według reguł przyjętych przez FIDE. Składające się z dwudziestu czterech partii mecze o tytuł miały być rozgrywane co trzy lata. W razie remisu mistrz świata zachowywał tytuł, w przypadku przegranej miał prawo do meczu rewanżowego. Przeciwnikiem mistrza świata był pretendent wyłoniony w trzech etapach. Pierwszym etapem były rozgrywane w różnych częściach świata turnieje strefowe, z których czołowi gracze awansowali do drugiego etapu. Drugim etapem był turniej międzystrefowy, z którego najlepsi kwalifikowali się do trzeciego etapu. Trzecim etapem był turniej pretendentów, którego zwycięzca miał prawo grać mecz o tytuł z mistrzem świata.

Zwycięzcami turnieju pretendentów rozegranego w Budapeszcie w 1950 roku zostali Dawid Bronstein i Isaak Bolesławski, którzy wyprzedzili Smysłowa, Keresa, Najdorfa i Kotowa. Na dwie rundy przed końcem prowadził Bolesławski, ale dał się przekonać Weinsteinowi, że szanse Bronsteina na zwycięstwo w meczu o mistrzostwo świata będą lepsze.

Isaak Jefriemowicz Bolesławski urodził się w Złotonoszy na Ukrainie i od dawna przyjaźnił się z Bronsteinem. Był spokojnym, małomównym człowiekiem, który jeszcze bardziej od samej gry kochał studiowanie szachów. W ciszy swojego pełnego książek pokoju mógł siedzieć godzinami, analizując filigranowe końcówki wieżowe, nasycone bogactwem możliwości pozycje gry środkowej i ostre warianty obrony sycylijskiej i królewsko-indyjskiej, których stał się znawcą. Za oknem było ciemno, za oknem był śnieg i mróz, za oknem byli Stalin i Beria. A w pokoju było ciepło i jasno, była cisza i był sam. Praca teoretyczna stała się dla niego ucieczką od gry praktycznej z jej nieprzewidywalnością, napięciem, niepokojem.

Literatura była jego azylem od spraw życia codziennego. Mógł godzinami siedzieć w ciszy swojego pokoju i czytać. Za oknem był śnieg i mróz, za oknem byli Stalin i Beria, za oknem były kolejki i kłopotliwe załatwianie wstrętnych przyziemnych rzeczy. Bolesławski był z wykształcenia filologiem, napisał pracę dyplomową o twórczości Sałtykowa-Szczedrina. Praca była bardzo dobra, ale otrzymała ocenę zaledwie dostateczną, ponieważ zabrakło w niej odniesień do Lenina i Stalina, którzy przecież nie raz cytowali znakomitego satyryka i krytyka prowincjonalnej carskiej Rosji. Można powiedzieć, że z tą oceną jego pracy to była satyra w stylu Sałtykowa-Szczedrina.

Bolesławski w głębi ducha uważał, że jego szanse w meczu z Botwinnikiem wcale nie były gorsze. Ale w ostatniej chwili, kiedy perspektywa meczu stała się realna, przestraszył się tego, co go czeka. Przestraszył się konfliktu, walki, polityki i w ogóle niepewności tego, co może się stać. Chodzi o to, że jeśli stawka jest zbyt wysoka, to równie straszne rzeczy mogą się wydarzyć, kiedy wygrasz i kiedy przegrasz. Dlatego Bolesławski zakończył turniej dwoma spokojnymi remisami i pozwolił się dogonić przyjacielowi. Dogrywkę o pierwsze miejsce wygrał Bronstein i to on miał stanąć do boju z Botwinnikiem.

Dawid Bronstein nie pasował do radzieckiej szkoły szachowej, przynajmniej nie takiej, jaką przedstawiał Botwinnik w swoich publikacjach i wykładach. Miłośnik romantycznego, dziewiętnastowiecznego gambitu Evansa, twierdził, że tylko gra śmiała, nawet zuchwała, z ofiarami pionków i figur, taka, która bezustannie szuka kombinacji, ma jasną przyszłość. Bronstein i Botwinnik różnili się tak, jak różnili się Alechin i Capablanca. Admiratorzy pretendenta mieli nadzieję, że kiedy zostanie czempionem, nastąpi zwrot od systematyzacji do improwizacji, od klasycyzmu do romantyzmu, od zimnej logiki do fantazyjnego piękna.

Bronstein wypowiadał się w zupełnie różnym od gazetowego stylu, zachowywał się inaczej niż stateczny i przewidywalny Botwinnik. Przyzwyczajono się do tego jak do wybryków dziecka i nie reagowano zbyt surowo.

- Noszę maskę cudaka, żeby mi pozwalano na to, czego innym nie wolno - powiedział Bolesławskiemu.

Bronstein kipiał energią i miał na swoim koncie pokaźną liczbę zwycięstw turniejowych. Botwinnikowi, który sprawiał wrażenie znużonego ślęczeniem nad książkami naukowymi, brakowało praktyki. Po zdobyciu tytułu w 1948 roku Botwinnik napisał i obronił pracę doktorską i otrzymał stopień doktora nauk technicznych. W tym okresie wydał parę książek szachowych, lecz w turniejach nie grał.

W ramach przygotowań do meczu Botwinnik wykonał ogromną pracę według swojej naukowej metody. Przede wszystkim wziął urlop i na kilka tygodni zaszył się w swojej podmoskiewskiej daczy w Nikolinej Górze. Działkę na daczę podarował mu Gieorgij Malekow, kierownik wydziału kadr Komitetu Centralnego. Zapoznał się z najnowszą literaturą szachową. Przeanalizował partie przeciwnika z ostatnich lat i zrobił notatki na temat stosowanych przez niego debiutów i tendencji w grze środkowej i końcowej. Po każdej przeanalizowanej partii Bronsteina pisał krótkie posumowanie z uwagami i wnioskami, które posłużyły następnie do sporządzenia charakterystyki przeciwnika. Rozegrał kilka partii treningowych z Ragozinem, testując obronę sycylijską i inne otwarcia, które zamierzał stosować w meczu.

Czterdziestoletni Botwinnik nie mógł się nie bać dwudziestosiedmioletniego Bronsteina. Miał w pamięci bolesną porażkę na mistrzostwach w roku 1944. Bronstein zwyciężył później dwa razy w mistrzostwach Związku Radzieckiego, w roku 1948 i 1949, ale wtedy Botwinnik nie grał, zajęty pracą naukową. Pamiętał o tym, że jego przeciwnika nazywali Chytry Dewik i były po temu powody.

Bronstein przygotowywał się do meczu inaczej niż Botwinnik. Poświęcił trochę czasu na przejrzenie partii Botwinnika, ale szkopuł w tym, że Botwinnik przez ostatnie trzy lata nie grał, toteż były to stare partie, wszystkim dobrze znane. Więcej czasu spędził Bronstein ze swoimi trenerami i sekundantami Bolesławskim i Konstantynopolskim, przygotowując nieprzyjemne dla Botwinnika debiuty. Pomysł był taki, żeby grać czarnymi to, co zwykł grać Botwinnik, to znaczy obronę holenderską i francuską, i zmusić go do gry przeciwko samemu sobie. Partii treningowych Bronstein nie planował, przeciwnie, chciał odpocząć od szachów i odświeżyć umysł. Któregoś dnia Konstantynopolski zaszedł do niego i zobaczył Dawida grającego w warcaby ze znajomym mistrzem z sekcji warcabowej.

- Co ty wyprawiasz, Dewik? Za tydzień grasz mecz o mistrzostwo świata w szachach!

- Właśnie dlatego gram w warcaby - odpowiedział Bronstein. - Wypracowuję myślenie paradoksalne.

Urodzony w Żytomierzu Aleksander Konstantynopolski poznał Bronsteina przed wielu laty, kiedy ten był jeszcze chłopcem. Konstantynopolski pracował jako trener kółka szachowego w Pałacu Pionierów w Kijowie i mały Dewik był jego najzdolniejszym uczniem.

Znał go dobrze i miał podstawy przypuszczać, że Dawid stara się uspokoić rozedrgane nerwy, z którymi coraz gorzej sobie radził. Jego zdaniem nerwy były jedyną rzeczą, jaka mogła przeszkodzić Bronsteinowi w zdobyciu tytułu. Konstantynopolski podzielił się swoimi obawami z Weinsteinem, który miał być jednym z oficjalnych sekundantów Bronsteina, ale się wycofał na życzenie Botwinnika. Bronstein chciał początkowo oponować, kiedy Zubariew, kierownik działu szachów w Komitecie Kultury Fizycznej i Sportu, oświadczył, że powinni spełnić prośbę mistrza świata. Weinstein uspokajająco podniósł ręce.

- W porządku. Dobra nasza, Dewik. Twój przeciwnik ujawnił słabość - powiedział, a Zubariew przekazał jego słowa Botwinnikowi.

W przeddzień pierwszej partii meczu Weinstein zjawił się u Bronsteina i upewniwszy się, że są sami, wręczył mu dwie kartki maszynopisu. Była to niezbyt wyraźna kopia przez kalkę.

- Nie mów nikomu. Przeczytaj i zniszcz. Nie pytaj, skąd to mam.

Bronstein nie miał zamiaru pytać. Wiedział, że Botwinnik takie rzeczy tworzy, to była tajemnica poliszynela, ale wątpił, że ktokolwiek coś podobnego czytał, zwłaszcza przed ważnymi rozgrywkami.

"Charakterystyka Dawida Bronsteina

Typowy pokrętny szachista. Umie wszczynać skomplikowaną walkę. Jak uwarzy kaszę, nie spieszy się, żeby ją zaraz zjeść, podtrzymuje napięcie. Nie rzuca się na forsowne posunięcia, zadowala się przewagą. Podtrzymując naprężenie, wyczekuje błędów, robi nękające ruchy.

Często nastrojony prozaicznie. Jeśli jest możliwość przejścia do korzystnej końcówki, nie odmówi. Nie unika małych uproszczeń, lubi wyczyścić centrum i narzucić półotwartą grę figurową. Bardzo lubi środek szachownicy. W grze zamkniętej, z zablokowanym centrum, wyraźnie słabszy.

Figury umieszcza na dobrych, pewnych pozycjach i strzeże ich. Umie chodzić do przodu, do tyłu, nie psując pozycji. Woli grę bez kontry u przeciwnika. W ogóle bardzo ostrożny. Kiedy zbliża się niebezpieczeństwo, gra bardzo energicznie, spieszy się, żeby uprzedzić partnera i odciągnąć go od jego zamysłów.

Dobry zawodowiec. Dlatego w końcówce upraszcza, wyciska, nie pozwala kontrować, gra cierpliwie. Umie zaproponować remis w gorszej pozycji. Oszczędza siły, robi krótkie remisy. Broni się uporczywie, przeciąga grę. Dobrze gra w niedoczasie, chociaż jak każdy, kto wpada w niedoczasy, najwięcej błędów robi właśnie wtedy. Dobry technik, jednak proste końcówki techniczne gra niepewnie. W pozycjach bez inicjatywy gra słabo. Nie lubi związanych figur i ruchów nękających ze strony przeciwnika. Mistrz rozstrzygających uderzeń taktycznych. Liczy warianty podobnie jak Reshevsky, na dwa-trzy ruchy, ale dokładnie. W długich wariantach potrafi się przeliczyć.

Gra różnorodne systemy debiutowe. Zna je nieźle, ale podstawą jego sukcesów jest obrona królewsko-indyjska i partia hiszpańska. W ostatnich latach urozmaicił repertuar debiutowy, jednak głęboko przeanalizowanych systemów ma niezbyt dużo, po prostu dąży do złożonej walki, mając nadzieję przy szachownicy pokazać swój talent.

Analiza pokazuje, że wiele jego ataków jest albo niepoprawnych, albo opartych na przeoczeniach, tyle że przeciwnicy nie stają na wysokości zadania.

Zawsze cierpi na brak czasu, na pierwsze dwadzieścia ruchów nierzadko traci dwie godziny. Ale w niedoczasie gra przyzwoicie i pomysłowo, chociaż chętnie upraszcza w lepszej pozycji.

Bardzo źle znosi niedoczasy przy dogrywaniu partii, dlatego w dogrywkach gra zauważalnie słabiej, a jego mistrzostwo w grze środkowej tutaj nie pomaga.

Fizycznie wydaje się niezbyt krzepki, boi się długich partii, na początku zawodów oszczędza siły, a na finiszu, kiedy inni są zmęczeni, gra z pełną energią.

Neurastenik, prawdopodobnie cierpi na obsesje, ale bardzo pracowity. Niezwykle przebiegły, gra chytrze, stosuje rozmaite sztuczki, szkoła kijowska, dla połowy punktu gotów na każdy postępek. Jego główna siła to liczenie wariantów i zawodowstwo. Nie daje punktów za darmo, można z nim wygrać tylko po długiej grze z całych sił.

Jego zasadnicza słabość to pozycje zamknięte, pozycje bez kontry i niedoczasy.

W porównaniu z nim Reshevsky jest odważniejszy, nie boi się inicjatywy przeciwnika, lepiej gra proste techniczne pozycje, ale nie umie atakować króla, podczas gdy Bronstein umie przede wszystkim to. Łączy ich umiejętność liczenia krótkich wariantów na dwa-trzy ruchy, profesjonalizm, umiejętność przebiegłej gry i wyczekiwania.

Podstawowy modus operandi Bronsteina: albo 1) szybka gra na remis (przeważnie czarnymi), albo 2) uzyskanie po debiucie niestabilnej, dynamicznej pozycji, która nadaje się do gry z liczeniem wariantów na dwa-trzy ruchy, i przechytrzenie w niej rywala.

Przeciwdziałanie: 1) remisowe pozycje grać do zamęczenia, 2) nie stwarzać niestabilnych pozycji z bogatą, różnorodną grą i z jego inicjatywą".

Bronstein cicho nucił, kiedy czytał swoją charakterystykę. Miał taką manierę. Tak samo robił w czasie lekkich partii i przy analizie. Potem dobrze schował kartki.

15 On był twoim ojcem

Wiosną zaczęli ze sobą żyć. Latem Regina wyjechała do Sioux City w stanie Iowa, gdzie dostała tymczasową posadę w biurze, a potem wróciła z córką do Saint Louis. Była w ciąży i nie miała stałego źródła dochodu. Zdesperowana skorzystała z pomocy żydowskiej instytucji dobroczynnej i umieściła Joannę w rodzinie zastępczej.

- Czy mogę zostawić parę rzeczy? - zapytała. - Odbiorę je później, jak odwiedzę Joannę.

Po krótkim czasie matka zastępcza nie oparła się ciekawości i zlustrowała pozostawiony bagaż. Nauczona czujności sytuacją wojenną i wezwaniami władz natychmiast zadzwoniła na policję, donosząc o podejrzanych przedmiotach, które na jej oko mogły mieć przeznaczenie szpiegowskie. Agenci FBI obejrzeli inkryminowane obiekty. Zeszyt z wzorami chemicznymi, gumowy fartuch, dwie płachty z gumy, aparat fotograficzny z wymiennym obiektywem i składany parasol. Po przesłuchaniu Reginy Fischer oraz osób, które z nią obcowały, założono jej teczkę, w której umieszczono informacje o jej podróży do Niemiec, niemieckim mężu Gerhardzie Fischerze, komunistycznych sympatiach obojga i pięcioletnim pobycie w Związku Sowieckim. Regina Fischer stała się obiektem inwigilacji służb bezpieczeństwa.

Rozpytywanie agentów FBI o Reginę Fischer nie ułatwiało zdobycia i utrzymania pracy oraz budowania dobrych stosunków z sąsiadami, z którymi i bez tego nie potrafiła dojść do ładu. Nie mogąc znaleźć stałego zatrudnienia i kąta do zamieszkania, przemieszczała się miejsca na miejsce. Korzystała z pomocy ojca, który z rzadka przysyłał niewielką sumę. Szukała wsparcia w żydowskich organizacjach charytatywnych. Jako przyszła matka nosząca pod sercem jego dziecko, prosiła Paula o pomoc.

Dnia 9 marca 1943 roku w Szpitalu Michaela Reese'a, położonym w dzielnicy Chicago zwanej Bronzeville, Regina Fischer urodziła syna, któremu nadała imiona Robert James. Jako ojca dziecka kazała wpisać na świadectwie urodzenia Gerharda Fischera, z którym wciąż pozostawała formalnie w związku małżeńskim. Paul Neményi kilka miesięcy wcześniej opuścił Denver i pracował na uczelni w Rhode Island.

Pierwotny zamysł uzgodniony z Paulem był taki, żeby zaraz po urodzeniu oddać dziecko do adopcji, jednak po rozmowie z pracownicą opieki społecznej Regina się rozmyśliła i postanowiła zatrzymać dziecko. Przeniosła się z nowo narodzonym synem do Domu Sary Hackett, chicagowskiej placówki dla dotkniętych ubóstwem samotnych kobiet z niemowlętami. Po trzech miesiącach przyjechała w odwiedziny Joanna, którą przywiózł do Chicago opiekujący się nią dziadek. Jacob Wender wrócił do domu bez wnuczki, gdyż Joanna płakała i chciała zostać z mamą. Dom Sary Hackett przeznaczony był dla kobiet z nowo narodzonymi niemowlętami, na pobyt starszych dzieci nie zezwalano, o czym Reginie wkrótce przypomniano.

- Zna pani regulamin - powiedziała kierowniczka. - Pani córka nie może tutaj mieszkać.

- To co mam z nią zrobić? Wyrzucić na ulicę?

- Przykro mi. Taka jest polityka zarządu instytucji i darczyńców. Proszę znaleźć inne rozwiązanie. Pozostałe rezydentki są w takiej samej sytuacji.

- Czy ktoś je pytał o zdanie? Jeżeli regulamin jest zły, należy go zmienić!

- Nie pani będzie o tym decydować, pani Fischer.

- O tym, co jest dobre dla kobiet i ich dzieci, one same powinny decydować. Do diabła z nieludzkim regulaminem! Do diabła z bezdusznym kierownictwem i aroganckimi darczyńcami!

- Proszę się uspokoić i umieścić córkę w innym miejscu.

- Ani mi się śni! Podburzę kobiety i albo mi pozwolicie zatrzymać córkę, albo wam tutaj taki strajk urządzimy, że się zjadą dziennikarze z wszystkich stanów.

Część ubogich samotnych matek z niemowlętami poparła Reginę, która dla dobra córki stanowczo odmówiła dostosowania się do regulaminu. Wezwano policję i stawiającą opór Reginę Fischer aresztowano pod zarzutem zakłócenia porządku. Sędzia polecił przebadanie Reginy Fischer w Municypalnym Instytucie Psychiatrycznym w Chicago. Po zapoznaniu się z raportem lekarskim, który stwierdzał, że pani Fischer ma sztywną, paranoidalną osobowość, jest kłótliwa, ale nie psychotyczna, sędzia kazał zwolnić Reginę Fischer bez nadawania sprawie dalszego biegu. W aktach odnotowano, że w ocenie sądu trudno będzie pani Reginie Fischer rozwikłać komplikacje życia osobistego, ale oczywistym się wydaje, że będzie uporczywie odmawiać fachowej pomocy i porady. Gdyby jednak jej małe dzieci miały ucierpieć z powodu jej uporu, należy wszcząć postępowanie przed sądem rodzinnym.

Dawny niemiecki przyjaciel Paula Klaus Fuchs przyjechał z Wielkiej Brytanii do Stanów Zjednoczonych i pracował w laboratorium w Los Alamos. Dzięki niemu Neményi znalazł się w Hanford. Po kilkumiesięcznym pobycie w Hanford, gdzie na zlecenie Roberta Oppenheimera wziął udział w badaniach nad działaniem mechanizmów wyzwalających łańcuchową reakcję jądrową, Paul Neményi dostał stanowisko wykładowcy na Uniwersytecie Stanu Waszyngton w Pullman. Latem 1944 roku Regina, Joanna i mały Bobby mieszkali w wynajętym przez Paula mieszkaniu w Pullman i Paul odwiedzał ich regularnie.

W tym samym roku, w którym jej ojciec ponownie ożenił się z Ethel, Regina Fischer wniosła o rozwód z Gerhardem Fischerem z powodu umyślnego zaniedbania łożenia na dzieci. Zakończenie postępowania rozwodowego nastąpiło w roku 1945, kiedy Regina mieszkała z dziećmi w miejscowości Moscow, w stanie Idaho.

- Zabawne - powiedziała urzędniczka wydająca dokumenty rozwodowe. - Małżeństwo zawarte w Moskwie i rozwód w Moskwie.

Regina nie widziała w tym nic szczególnie zabawnego i za namową znajomych została członkiem Dwunastego Dystryktu Stowarzyszenia Partii Komunistycznej, który obejmował stany Waszyngton, Oregon i Idaho. Pieniądze przysyłane przez Paula nie wystarczały na utrzymanie, ojciec nie mógł Reginie pomóc finansowo, ale poradził jej, żeby się zwróciła o wsparcie do Żydowskiej Służby Rodzinnej z główną kwaterą w Nowym Jorku, co Regina uczyniła. Przeprowadziła się do Los Angeles, gdy tylko się dowiedziała, że jest tam miejsce dla nauczycielki w publicznej szkole podstawowej. Kiedy Paul przyjechał, Regina już nie pracowała w szkole, lecz w biurze koronera jako maszynistka i stenotypistka. Od pewnego czasu stosunki między nimi były napięte, ale wtedy po raz pierwszy Regina okazała Paulowi otwartą wrogość.

Paul poskarżył się na Reginę w oddziale Żydowskiej Służby Rodzinnej. Powiedział, że Regina kazała mu się wynosić, kiedy jej zwrócił uwagę, że powinna okazywać więcej zainteresowania własnym dzieciom niż sprawom społecznym i polityce. Raziła go jej sztywność i brak czułości w obchodzeniu się z dziećmi. Trzyletni Bobby więcej czasu spędzał z dziewięcioletnią siostrą, która go ubierała, karmiła i myła, niż z wiecznie zajętą i nieobecną matką. Chłopiec łaknął przytulenia, rozmowy, kontaktu. Paul podejrzewał, że mały Bobby bywał głodny również w sensie dosłownym. Ze łzami w oczach tłumaczył pracownicom Żydowskiej Służby Rodzinnej, że nie tak powinno się wychowywać dzieci.

Regina Fischer ponownie zmieniła miejsca zamieszkania. Wyjechała z dziećmi do małego miasta Mobile na pustyni arizońskiej, na południowy zachód od Phoenix, gdzie udało jej się dostać posadę nauczycielki. Mieszkali tam przez rok.

Paul Neményi przeprowadził się do White Oak w stanie Maryland. Pracował w Laboratorium Uzbrojenia Marynarki Wojennej. Następnie dostał ofertę pracy w Laboratorium Badawczym Marynarki Wojennej w Waszyngtonie. Został szefem działu mechaniki teoretycznej i jednym z czołowych amerykańskich ekspertów w dziedzinie elastyczności i dynamiki płynów. Udowodnił teoremat o siatce krzywych izotermicznych, zwany odtąd teorematem Neményi'ego.

Z Mobile w Arizonie Regina Fischer przeniosła się do Nowego Jorku w roku 1948. Zamieszkali początkowo na Trzynastej Wschodniej ulicy na Manhattanie, rok później przeprowadzili się do mieszkania na ulicy Union w Brooklynie, kawałek na południe od Eastern Parkway, aby w końcu osiąść niedaleko tego miejsca w czteropokojowym mieszkaniu oznaczonym literą Q, które znajdowało się nad fryzjerem i sklepem spożywczym w trzypiętrowej czynszówce z żółtej cegły przy Lincoln Place 560, na rogu ulicy Franklina.

Z Joanną nie było problemów, uczyła się dobrze, umiała się dostosować i łatwo odnajdywała się w społeczności szkolnej. Kłopot był z Bobbym. Nie potrafił podporządkować się regułom i nauczycielom, był nieusłuchany i z trudem dogadywał się z innymi dziećmi. Regina musiała zabrać Bobby'ego ze Szkoły Publicznej numer 3, ponieważ kopnął dyrektora, pana Sallena. W tym czasie Regina pracowała jako pielęgniarka i jednocześnie rozpoczęła studia magisterskie z edukacji pielęgniarskiej na Uniwersytecie Nowojorskim, dlatego nie miała możności zajmowania się synem. Postanowiła zostawić Joannę w domu, żeby opiekowała się Bobbym, natomiast sama zobowiązała się przed władzami oświatowymi do zapewnienia dzieciom edukacji szkolnej w domu.

Wczesną wiosną roku 1949, krótko po szóstych urodzinach Bobby'ego, jedenastoletnia Joanna kupiła bratu w małym sklepie ze słodyczami tani zestaw do gry w szachy. Bobby lubił gry i układanki, Joanna chciała brata czymś zająć, aby mieć czas na lekcje i własne zajęcia. Nauczyli się ruchów z dołączonej instrukcji i spróbowali zagrać parę razy. Nowa gra spodobała się Bobby'emu i grywał w nią od czasu do czasu sam ze sobą, z siostrą albo chłopcami, których nauczył grać. Gdy skończył siedem lat, zaczął spędzać z szachami więcej czasu. Nie mógł się od nich oderwać. Brał szachy ze sobą do łazienki. Kładł deskę do prasowania w poprzek wanny, na desce ustawiał szachownicę i grał, siedząc w wodzie. Inaczej nie chciał się kąpać.

A jednak Bobby musiał chodzić do szkoły. Nauczona przykrym doświadczeniem, Regina umieściła go w szkole prywatnej, ponieważ potrzebował indywidualnego traktowania i większej uwagi nauczycieli, czego nie mogła zapewnić szkoła publiczna. Po paru miesiącach okazało się, że i ta szkoła nie gwarantowała właściwego podejścia, toteż Regina przeniosła Bobby'ego do innej. Potem do jeszcze innej. Zanim Bobby dotarł do czwartej klasy, sześć razy zmieniał placówkę edukacyjną.

Nie był szczęśliwy na lekcjach, ale nie lepiej było po zajęciach szkolnych, kiedy wracał do pustego mieszkania. Matka całymi dniami i wieczorami pracowała i studiowała. Brała udział w akcjach protestacyjnych, chodziła na zebrania, demonstracje i prelekcje. Późnym wieczorem, kiedy wreszcie była w domu, przychodzili do niej nieznani ludzie, przesiadywali w kuchni, palili papierosy i głośno rozmawiali. Bobby zamykał się w swoim pokoju, żeby nie słyszeć ich głosów i zamiast odrabiać zadania domowe i uczyć się lekcji szkolnych, rozgrywał partie z książki szachowej, którą matka mu dała w prezencie.

Joanna nie miała dla brata dużo czasu. Kończyła lekcje późnym popołudniem, uczyła się i wychodziła, żeby się spotykać z koleżankami. Bywała w domu częściej niż matka, ale przez większość czasu Bobby przebywał sam. Szwendał się z kluczem na szyi, chodził pograć w uliczny bejsbol albo siedział w domu z szachami. Wolał siedzieć w domu. Okoliczne chłopaki wołały za nim Żydek, komuch, szajbus. Reagował złością i agresją. Sąsiedzi ich nie lubili, matka bez przerwy się z nimi kłóciła i zawsze komuś groziła, że wytoczy mu sprawę o prześladowanie. Podała gospodarza domu do sądu za nadużycia i zaniedbanie obowiązków.

Bobby był szczęśliwy, kiedy w piątek wieczorem szedł do klubu szachowego.

Paul Neményi co miesiąc przekazywał pieniądze za pośrednictwem Żydowskiej Służby Rodzinnej na utrzymanie i edukację syna. Od czasu do czasu przyjeżdżał do Nowego Jorku, żeby spotkać się z synem. Bobby lubił te wizyty. Paul bawił się z nim w rozmaite gry, opowiadał historie, uczył ciekawych rzeczy. Chodzili razem do parku, na plac zabaw, gdzie były zjeżdżalnie i karuzele, na lody i do kina. Regina doceniała finansowe wsparcie Paula, ale nie cieszyła się z jego odwiedzin. Dochodziło między nimi do scysji na tle warunków, w jakich wychowywany był Bobby.

- Czemu nie pójdziesz z nim do lekarza? Kaszle i cieknie mu z nosa. Kiedy ostatnio jadł pełnowartościowy domowy obiad? Spójrz na jego obuwie.

- Myślisz, że ja śpię na pieniądzach? Za co mam mu kupić nowe buty? I tak z nich wyrośnie.

- Mogłabyś tutaj posprzątać. To nic nie kosztuje.

Najgorsze było to, że Paul szedł do opieki społecznej, z której usług Regina musiała korzystać, i skarżył na nią. Regina wiedziała, jakie wrażenie na paniach z opieki społecznej robią te jego błyszczące ze wzruszenia oczy. Wychodziła na wyrodną matkę. Tymczasem Regina uważała, że jest bardzo dobrą matką, mimo że nie robiła tego, co inne mamy. Nie celebrowała każdego bąka, kupki i odbicia, każdej niemądrej i niezdarnej rzeczy w wykonaniu dziecka jako jego wspaniałego osiągnięcia. Ona traktowała swoje dzieci poważnie.

Regina tolerowała obecność Paula jedynie ze względu na Bobby'ego i z powodu pieniędzy, które przysyłał.

Neményi miał pięćdziesiąt sześć lat. Zestarzał się i zdziwaczał. Obsesyjnie mył ręce. Nosił mydło w kieszeni. Regina zauważyła, że unika dotykania klamek. Kiedy nie mógł otworzyć drzwi łokciem, łapał klamkę przez rękaw swetra albo przecierał chusteczką nasączoną środkiem dezynfekcyjnym. Podobnie postępował ze słuchawką telefonu.

- Drobnoustroje. Jesteś pielęgniarką, powinnaś wiedzieć, że w tych miejscach jest więcej bakterii niż na desce klozetowej.

Potem nagle wszystko się skończyło. Paul przestał przychodzić. Bobby miał dziewięć lat.

- Dlaczego Paul nas już nie odwiedza? - zapytał.

- Paul nie żyje - odpowiedziała matka. - On był twoim ojcem. Nie wiedziałeś?

Po trzyletnim pobycie w USA Klaus Fuchs wrócił do Wielkiej Brytanii. Przez jakiś czas Neményi pozostawał z nim w łączności, potem kontakt się urwał. Fuchs został aresztowany. W roku 1950 skazano go na czternaście lat więzienia za szpiegostwo na rzecz Związku Sowieckiego. Rok później za szpiegostwo na rzecz Związku Sowieckiego osądzono i skazano na śmierć Juliusa i Ethel Rosenbergów.

Wieczorem 1 marca 1952 roku Paul Neményi wstąpił na potańcówkę w Międzynarodowym Domu Studenta w Waszyngtonie. Powiedzieli mu, żeby zajrzał. Warto się rozerwać. Ktoś z byłych studentów czy kolegów. Usiadł przy barze i patrzył na tańczące pary. Zamówił drinka.

- Zatańczy pan ze mną?

Młoda kobieta uśmiechała się do niego. Studentka? Już miał przeprosić i odmówić, ale zaczęli grać "Too Young". Lubił Nat King Colle'a. Wstał i poszedł zatańczyć z nieznajomą.

Kiedy piosenka się skończyła, chciał zaprosić partnerkę do stolika, ale studentka ukłoniła się i odeszła. Paul wrócił i dopił swojego drinka. Szukał oczami znajomych. Wydało mu się, że mignęła mu twarz kogoś, z kim kiedyś pracował. Zrobiło mu się duszno. Na czoło wystąpił pot. Kręciło mu się w głowie. Wstał i wyszedł na zewnątrz, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Czuł silny niepokój. Kłuło go w klatce piersiowej. Chłodne, wieczorne powietrze nie pomogło. Zrobiło mu się słabo i osunął się na chodnik.

Paul Neményi zmarł na atak serca.