I LATO 997 r. CESARSKI OBÓZ WOJENNY POD ARNEBURGIEM, STARA MARCHIA
- Jak może smakować śmierć? - spytał Otto, stojąc twarzą w twarz ze zwierciadłem.
- A jakie to ma znaczenie, skoro ten, którego dotyka, już o tym nie opowie? - Gerbert powiedział to cicho, ale w jego głosie brzmiała twarda nuta.
Otto widział odbicie twarzy mistrza w lustrze. Ze zdumieniem dostrzegł na niej niechętny grymas.
- Sądziłem, że go lubiłeś. - Przyjrzał się swoim brwiom, uniesionym w górę, niemiło zaskoczonym.
- Nie. Nie lubiłem. Drażnił mnie jego pesymizm, wieczne niezdecydowanie. Miał na twarzy wypisaną porażkę, pochylone plecy czyniły go przegranym, starszym, niż był w istocie! Jak każdy eremita, ciągnął za sobą woń stęchlizny, nieświeżych szat i - wybacz, mój drogi - był zdecydowanie niedouczony! Od jego septem artes liberales wionęło prowincją. Chwała Boga, i wiesz o tym dobrze, Ottonie, nie w tym, by swą nieudolność w postępowaniu skryć w pustelni, lecz by przezwyciężyć lęk przed światem i kształtować go ku uciesze Pana! Gdyby zamiast chować głowę pod mniszym kapturem i odgniatać kolana na kamiennych posadzkach Awentynu, uważniej czytał Arystotelesa, większą z tego odnieślibyśmy korzyść - ty, ja i Pan Najwyższy przy nas!
Na jasną twarz Ottona wystąpił rumieniec. Jednym zwinnym susem znalazł się przy stole.
- Awentynu nie tykaj! To moja święta przystań na kapryśnych wodach Rzymu! Tam, gdzie się obrócisz, słychać słodką mowę grecką: Santa Maria in Cosmedin, San Georgio in Velabro, San Saba!... Ach! - Opadł na swoje wielkie, rzeźbione krzesło.
- Ty uwielbiasz wszystko, co greckie, mój chłopcze, a ja tylko Arystotelesa... - głos Gerberta złagodniał, gdy podsuwał Ott onowi puchar z winem. Kiedy byli sami, jak teraz, Gerbert czasami pozwalał sobie na poufałość.
- Czyżby? - w głosie Ottona zabrzmiała przekora, w którą schwytał swój niedawny gniew. Przytrzymał na chwilę dłoń mistrza na pucharze i spojrzał na niego kpiąco.
Gerbert puścił czarę i skłonił głowę.
Na moment zapanowała cisza, przerywana jedynie odgłosami płynącymi z głębi obozowiska. Gdzieś na jego krańcach zachrypnięty głos próbował intonować saską pieśń bojową, lecz szybko i gwałtownie został uciszony. Pieśń zaczynała się od słów: "Niech prowadzą nas bogi" i choć brzmiała tak mocno, iż nawet umarli mogli powstawać z pola bitwy, to jednak była co najmniej niestosowna w pełnym biskupów obozie pod Arneburgiem.
- Wracając do sprawy Adalberta - podjął przerwaną rozmowę Gerbert. - Dwukrotnie złamał prawo kanoniczne, opuszczając swoje biskupstwo w Pradze. Tego nie da się usprawiedliwić. Biskup, który nie potrafi nawiązać więzi ze swoją owczarnią? Przecież jest pomazańcem Bożym! Musisz przyznać, że to karygodne! W jakim świetle stawia to jego zwierzchników, tych, którzy go ordynowali? Arcybiskup moguncki Willigis, jego bezpośredni przełożony, nie raz najadł się przez niego wstydu. Mniejsza zresztą z Willigisem, nie o niego nam chodzi, lecz o ciebie! Władza, mój złoty chłopcze, musi zawsze okazywać się nieomylną, nawet jeżeli popełnia drobne, właściwe ludzkiej naturze błędy. Błędy pozostają na dole, a u szczytu władzy jesteś ty i Chrystus. I musisz być nieskazitelny jak On.
Otto skubał w zamyśleniu purpurowe frędzle kobierca, którym wysłane było jego krzesło. Czuł, że Gerbert ma rację, chociaż rozm? a się z prawdą. Zresztą - przez chwilę łagodnie wytłumaczył swego nauczyciela - Gerbert jest uczonym, genialnym teoretykiem, ale pewne niuanse ducha są mu obce. Może ma rację, ostro punktując zachowanie biskupa w świetle kanonicznego prawa, ale m?a się z duchową prawdą o nim.
Ta właśnie prawda biła ze spotkania Ottona z Adalbertem przed niespełna rokiem w Moguncji. Adalbert był wówczas świeżo po wyroku synodu papieskiego, który choć zgodnie z prawem nakazywał mu powrót do praskiej diecezji, zostawił jednak furtkę, nikłe i okrutne światło wskazujące inną drogę. "Jeżeli owieczki twej owczarni, diecezji, którą ci w imię Boże powierzyliśmy, nie zechcą twego powrotu na biskupi stolec, możesz w zgodzie z prawem świętego Kościoła udać się na misje do pogan, do ludów barbarzyńskich nie znających imienia Pana naszego, by nieść im światło Ewangelii Chrystusowej, chrzest i krzyż święty. Amen".
Adalbert uczepił się tego wyroku, tej wizji siebie niosącego słowo Boże do ludów żyjących w grzechu pogaństwa i z dnia na dzień, na oczach Ottona, zapalał się w nim żar misyjny.
Jesień, chłodne i wilgotne wieczory w Moguncji, ogień rozgrzewający kolana, wino rozświetlające głowy, w niejedną noc rozmawiali do świtu! Sami, służba dawno posnęła. Adalbert mu usługiwał, przynosił koc, uzupełniał kielich, a on sam, Otto, szesnastoletni cesarz, czuł jednocześnie zawstydzenie i słodycz, że ten, od którego biła łuna świątobliwości, którego poważała jego matka Teofano, usługiwał mu niczym najniższy ze sług. Adalbert, szanowany przez świątobliwego opata Nila i świątobliwego opata Leona, o którym nawet surowy pustelnik Romuald mówił z szacunkiem, ten sam Adalbert siedział na gołej posadzce u jego stóp, lekceważąc swą biskupią godność, i opowiadał o cieniu, przez jaki trzeba przejść w drodze do Królestwa Niebieskiego. Och, jak dobrze się wówczas rozumieli!
Cienie, wiecznie cienie! Ledwie co przyszła wiadomość o buncie rzymian. Niewdzięcznicy! Przecież zlecił budowę najwspanialszego ze swych pałaców właśnie tam, na Palatynie! Nad niczym innym tak nie pracuje, jak nad przywróceniem zamarłej świetność tego miasta, a oni...
Słodycz cierni przeb? ających stopy na drodze tych nielicznych, którzy mają odwagę podążyć śladami Chrystusa, to było coś, o czym wówczas Otto potrzebował słuchać! Sam stąpał po cierniach, odkąd tylko pamięta.
Przyszedł na świat jako jedyny syn cesarski. Ale już jego pierwsza koronacja królewska, gdy koronę nad jego głową trzymało dwóch arcybiskupów, Rawenny i Moguncji, gdy kaplica w Akwizgranie wypełniła się słodkim śpiewem chóru, gdy ogłoszono go współkrólem Italii i Germanii, to pierwsze wejście w krąg Bożych pomazańców - naznaczone było cieniem śmierci. Nie zdążyły bowiem ucichnąć piszczałki i bębny, kiedy nadeszła wiadomość, że jego ojciec nie żyje.
Na dworze zapanowała nabożna zgroza, bo przed chwilą koronowany trzylatek stał się jedynym królem. Pamięta z tamtego czasu tylko widma, strzępy, niczym fragmenty porwanego na części wyblakłego kobierca. Uzupełnia je, ceruje wspomnieniami późniejszymi, słowami, jakie powtarzano mu po wielokroć.
Jeszcze wcześniej, przed koronacją, zjazd wszystkich możnych cesarstwa w słonecznej Weronie. Siedział na złotej poduszce ułożonej na specjalnie dla niego zbudowanym krześle, tak wysokim, by unosiło dziecko ponad poziom stołu. Jadł pomarańcze, słuchał, jak zapadają decyzje. Nie miał wówczas bladego pojęcia o tym, jak bardzo bał się jego ojciec. Jak cesarz musiał zabiegać o poparcie możnych, tych wszystkich, których on, jako dziecko, mógł nazywać "wujkami" i "kuzynami". Ile wysiłku kosztowało jego ojca wymuszenie od "wujków i kuzynów" zgody na koronację trzyletniego synka. I w końcu, że być może ta zgoda i koronacja uratowały mu życie.
Zatem ostatni dzień jego trzyletniego dzieciństwa wyglądał tak: siedział na wysokim krześle, jadł pomarańcze i cieszył się, że ogłaszają go współkrólem, ale nie zrozumiał, że "współ" to nie oznacza "razem"; że nie będzie szedł w koronie na głowie obok swego cesarskiego ojca. Że to tylko taka figura prawna. Dotarło do niego nazajutrz, jak zimne bywają figury prawne, kiedy kazano mu się pożegnać z matką i ojcem, a arcybiskup Willigis zamknął go w głuchej i ciemnej klatce swego powozu. Czy rodzice słyszeli, jak tłukł pięściami jego ściany? Jak krzyczał: "Mamma, papa!". Może nie słyszeli, bo dźwięk trąb żegnających orszak arcybiskupa zagłuszał spazmy małego cesarzątka. A potem, gdy powóz z trudem kolebał się przez wielkie przełęcze między szczytami Alp, było już za daleko i za późno.
Figura prawna i dobro cesarstwa nakazywały, by koronacja, którą ojciec właśnie wymógł na możnych, odbyła się w Akwizgranie, u grobu cesarza Karola Wielkiego. Na dodatek nie dostał jej od nich za darmo: cesarz musiał obiecać, że jego syn będzie się wychowywał w "słodkiej Germanii", jakby to miało zaspokoić antyrzymskie upodobania książąt Rzeszy.
Rodzice mieli na głowie rozgrzebaną wojnę z Saracenami na południu Italii, więc jechać z dzieckiem nie mogli, koronacja zaś nie mogła czekać. Tyle razy zadawał sobie w duszy pytanie: skąd rodzice wiedzieli, że tak to się wszystko potoczy? Nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Ojca nie zobaczył już nigdy, bo ten zmarł na malarię w czasie tamtej kampanii, a wiadomość o śmierci cesarza przyszła do Akwizgranu dwa dni po koronacji jego synka.
Nie, nie pamięta, jak to było, gdy zaraz po tym porwał go książę Henryk. Kuzyn Henryk. Nic złego mu nie zrobił, nie trzymał go w lochu; w jego pamięci tli się tylko ciemny obraz komnaty, jakieś szepty ludzi za zasłonami łoża, zbyt dużego na jego drobne ciało. Pilnował go biskup, którego dotąd nie widywał. Cóż dziwnego, wcześniej do cesarskiego syna dopuszczano tylko arcybiskupów! Ten mruczał modlitwy, a w przerwach między nimi mówił do Ottona: "A gdzie cesarzowe? Gdzie babka twoja, Adelajda, gdzie matka twoja, Greczynka Teofano? Gdzie są? Zostawiły cię, porzuciły cię, nieszczęśniku, ale krzywda ci się nie stanie, nie bój się, dziecko, nie bój. Henryk, kuzyn twój, ma tyle samo krwi cesarskiej co i ty, on jest dorosły, zaopiekuje się tobą lepiej niż tchórzliwe wdowy. Nie buntuj się, oddaj koronę w dobre ręce, zostaw to wszystko. Na co ci to? Dzieckiem jesteś".
Otto bardzo chciał być wtedy prawdziwym dzieckiem, o niczym innym nie marzył, tylko skryć się w pachnących ramionach matki. Ale jej nie było. I babki, prawda to, też przy nim nie było. Był tylko ten biskup, z obcym, śmiesznie brzmiącym akcentem. Był kuzyn Henryk, który przynosił mu owoce, ciastka i barwne ptaszki w klatce, do zabawy. Był chłód pustego, zbyt wielkiego łoża. Zastanawiał się przez chwilę, jak by to było, gdyby kuzyn Henryk naprawdę zabrał mu koronę i chciał sobie włożyć na głowę. Wyglądałby śmiesznie, jak błazny na dworze w Weronie; korona przecież była malutka, specjalnie robiona na miarę trzylatka. Wyobraził to sobie przez chwilę i wstrząsnął nim śmiech, który szybko skrył w poduszce.
Nie mógł sięgnąć do nocnika. Nocą, gdy czuł, że za chwilę zmoczy sztywne prześcieradła, zeskoczył po cichu z wysokiego posłania. Biskup spał na fotelu obok, pochrapywał psalmy przez sen. Otto zawahał się przez chwilę, ale zrobił to, co podpowiedział mu trzyletni instynkt i chłód kamiennej posadzki: nasikał pod stopy biskupa i szybko skrył się za kotarami osłaniającymi łóżko.
Rankiem, gdy biskup tłumaczył służbie, że to przecież niemożliwe, że on nigdy, że coś takiego naprawdę pierwszy raz, chłopiec siedział cicho i nie powiedział ani słowa. Przyznał się dopiero matce, gdy po wielu miesiącach Teofano i Adelajda wydarły go z rąk Henryka. Ale wtedy z powrotem był już królem. Kuzyn Henryk i jego śmieszny biskup zostali tym, kim byli w istocie: prowincjuszami z Bawarii, i nikogo nie mogło już interesować, że obsikał biskupa.
Tak, może i ma dzisiaj ledwie siedemnaście lat, ale od czternastu siedzi na tronie. Bywa nim zmęczony. Nikt tego do tej pory nie rozumiał. Tylko Adalbert, biskup z Pragi. On jeden, gdy spojrzał w oczy Ottona, powiedział: "Zaszczyty potrafią bardziej ciążyć niż k? żebraczy. K? em przynajmniej podeprzesz się w drodze, a słuchając pochlebstw, drogę możesz zgubić. Nawet w świetle cesarskiej chwały zdarza się zabłądzić".
Wtedy, w Moguncji, spotkały się ich dusze. Na oczach Ottona Adalbert zapalał w sobie śmiertelną pasję. Choć odpowiedź z Pragi wciąż jeszcze nie przyszła, z dnia na dzień, z wieczoru na noc coraz świetliściej otwierał się na śmierć. Mówił, że lepiej raz słowo Boże wygłosić do drzew w puszczy, posiać je w ziemi, która nigdy apostolstwa nie słyszała, niż dniami całymi powtarzać je ludziom, którzy, mimo iż chrzczeni, diabelskiego stygmatu pozbyć się nie chcą, jakby uszy zatkali czarnym woskiem. "Barbarzyńskie bękarty Kościoła!" - szeptał do stóp Ottona, który słyszał ogień w słowach świętego męża i myślał wtedy o swoich poddanych w Rzymie. Kapryśnych, krnąbrnych i niewdzięcznych!
Adalbert w Moguncji, patrzący o świcie w stronę barbarzyńskiego Wschodu, w stronę nie dotkniętą myślą chrystusową; Adalbert pożądający wybawienia w śmierci; Adalbert oświetlony łuną wstającego dnia - tchnął w młodego cesarza nadzieję, jakby z pragnienia śmierci przyszło wzmocnienie życia. I Otto odczuł to całym sobą. I powziął z tego siłę.
Kilka dni po tamtej głębokiej rozmowie Adalbert opowiadał sen, jaki go nawiedził. Zobaczył w nim dom swego starszego brata i dwa posłania - jedno dla niego, a drugie dla jego braci. Posłanie braci było pięknie przystrojone, a jego, choć zasłane kwiatami, tonęło w czerwieni. Na poduszce złotymi literami napis: "Dar ten daje ci córka królewska". Rozmawiali przy posiłku, przy stole obok cesarza i Adalberta było kilku członków cesarskiej kapelanii. Biskup pałacowy Leon roześmiał się: "Oho, to w prezencie dostaniesz to, czego pragniesz. Maryja Dziewica podaruje ci śmierć męczeńską". Cisza zapanowała wokół stołu. Słychać było, jak stary Willigis przełyka kęs suchej pieczeni. "Kiedyż mogę się spodziewać łaski?" - zapytał Adalbert głosem drżącym ze wzruszenia. "Kiedy wymordowali ci braci? Rok temu? No to w tym, najdalej w przyszłym roku. Twoje łoże przed ich posłaniem stało". Leon strzepnął fałdy sukni i dopił wino z szerokiego kubka, jakby wizja męczeńskiej śmierci siedzącego obok Adalberta nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Ottonowi przeciwnie, zaschło w ustach. Adalbert uśmiechnął się i z czcią pochylił do kolan Leona, dziękując biskupowi pałacowemu jak za dobrą nowinę. Ten żachnął się i mruknął: "Każdemu według zasług". Otto słyszał jednak, że nachylając się w stronę arcybiskupa Willigisa syknął: "Sprzeniewierca".
Cóż, dwaj jego najbliżsi przyjaciele - Leon i Gerbert - nie rozumieli Adalberta. Może i nawet go nie szanowali. Ale teraz, gdy dzisiaj przyszła wiadomość, że Adalbert dopiął swego i zginął śmiercią męczeńską na misji wśród pogan, nie mogą już się z nim nie liczyć.
Otto wstał od stołu tak gwałtownie, że przewrócił puchar z winem. Czerwone krople kapały z purpurowych frędzli. Gestem ręki przywołał służącego i kazał nałożyć sobie płaszcz.
- Dokąd się wybierasz, Ottonie? - Gerbert podniósł na niego swą podłużną, skupioną twarz.
- Idę zobaczyć śmierć.
- Pragniesz widzieć umarłych, umierających czy pobojowisko?
- Chcę zobaczyć tych, którzy konają od włóczni wbitej w plecy, i tych, którym obcięto głowy.
- Zatem wołaj dowódcę drugiego legionu. Wśród jego ludzi najwięcej było dzisiaj takich, co zginęli jak Adalbert.