Gracja Koziołek. Jakoś to odkręcę! - Justyna Drzewicka

Reflow text when sidebars are open.
czyli o tym, jak toniemy w kałużach, dziadek nie umie w prezenty, a ja sobie nagrabiłam, bo jestem wybuchowa jak wulkan
Od tygodnia chodziłam WKURZONA. Nie leciutko, jak nadąsana księżniczka w bajkach dla bąbelków wzrostu siedzącego psa. O nie! Jestem twardzielką, a gdy już twardzielki się wściekają, to NA CAŁEGO.
Skąd ten wkurz? Uchhh, powodów do złości było aż za wiele.
PO PIERWSZE. Od siedmiu dni mam częściowo NIEWIDZIALNYCH przyjaciół. Chodzi mi o to, że zaraz po lekcjach znikają i nie ma szans, żebyśmy się spotkali. Bianka i Marcel utknęli z nosami w podręcznikach. Ona, bo przygotowuje się do startu w Olimpiadzie Matematycznej Juniorów. On, bo najpierw zawalił sprawdziany z trzech przedmiotów, a potem podpadł pani Abramiec.
- Marcel, nigdy nie miałeś kłopotów z nauką. Co się z tobą dzieje? - zapytała nasza wychowawczyni.
- Nie mogę powiedzieć.
- Dlaczego?
A Marcel na to:
- Nie mogę powiedzieć, dlaczego nie mogę powiedzieć.
- Rozumiem, że tu, w klasie, nie możesz powiedzieć, dlaczego nie możesz powiedzieć, ale może powiesz mi na osobności... eee... - Pani Abramiec się pogubiła. - Już ty wiesz, co ja chcę powiedzieć.
Na co on:
- Ani w klasie, ani na osobności nie powiem, dlaczego nie mogę powiedzieć, dlaczego nie powiem, bo w ogóle nie chcę nic na ten temat mówić.
To była najdziwniejsza rozmowa, jaka kiedykolwiek odbyła się w naszej klasie. Niestety pani Abramiec wcale się to nie spodobało.
No i teraz Marcel ma szlaban, bo musi zakuwać do poprawy u trzech nauczycieli plus napisać wypracowanie: DLACZEGO LEPIEJ UNIKAĆ ZBYT DŁUGICH ZDAŃ. Nasza wychowawczyni twierdzi, że to ma go nauczyć wypowiadania się z sensem.
A ja niestety nadal nie wiem, co się z Marcelem dzieje, chociaż grzecznie pytałam go już o to ze sto razy! Widzę, że jest jakiś nieswój. Nawet nie ma ochoty na lekcje tańca, a przecież balet to jego pasja.
Myślałam, że Marcel i Bianka szybko uporają się z nauką. Liczyłam, że zajmie im to góra dwa dni, ale zrobiły się z tego cztery, a potem siedem. Nie podobało mi się to ani trochę. Jestem jednak dobrą przyjaciółką, więc nie narzekałam. Przynajmniej nie na głos. Poza tym wszyscy wiedzą, że trzeba wspierać swoich BFF w każdej sytuacji. No to zadzwoniłam do Bianki.
- Co robisz? - zapytałam.
- Relaksuję się. Dzielę w pamięci trzydzieści dwa miliony dziewięćset osiemdziesiąt pięć tysięcy sześćset trzydzieści dwa przez siedemnaście. A ty?
- Od godziny rzucam skarpetą do kosza na śmieci. Też chcesz?
- A ile razy trafiłaś?
- Yyy... - Zastanowiłam się. - Próbowałam sto piętnaście razy. Trzydzieści trzy pudła są z mojej winy, osiem przez Ciemniaka i sześć przez Stefę. On myśli, że skarpeta to coś, co należy gonić, a ona chciała ją zjeść. Teraz wygląda jak wyciągnięta kozie z gardła. Skarpeta, nie Stefania.
- Hmm... - mruknęła Bianka. - Okej!
- Czyli przyjdziesz?
- Nie, ułożę z tego równanie z niewiadomą. Narazka, Grejs.
I się rozłączyła. Tak to jest przyjaźnić się z geniuszką. Kiedy Bianka wejdzie w tryb królowej nerdów, nie ma szans na normalne pogaduszki.
Z Marcelem poszło mi równie źle.
- Przyjdziesz do mnie?
- Nie dam rady, wciąż mam szlaban. Oj, muszę kończyć, mama idzie!
Jak widać, moje życie towarzyskie leży i kwiczy, więc jak tu się nie wściekać?!
Pora na PO DRUGIE. Ze Stefanii ostatnio też żadna psiapsi, bo głównie interesuje ją Ciemniak. Wbiła sobie do łba, że jest jego matką, i próbuje wychowywać go po swojemu. Wczoraj podtykała mu pod nos marchewkę i oczekiwała, że będzie ją chrupał. Szkoda czasu na tłumaczenie jej, że ona jest kozą, a on kotem. Rogate są nadzwyczaj odporne na wszelkie argumenty. Na przykład nasz koziołek Czesio codziennie wyzywa na pojedynek stodołę.
- Młody, głową muru nie przebijesz - powtarza mu tata.
Równie dobrze mógłby gadać z doniczką. Czesio wie lepiej, i tyle.
Myślicie, że to koniec? To lepiej zróbcie popcorn, bo dopiero się rozkręcam.
Uwaga: PO TRZECIE. Leje od tygodnia. Nasza farma powoli zmienia się w mokradła. Jeszcze parę dni deszczu i zalęgną nam się tu aligatory. Strasznie mnie to wpienia, bo nie dość, że pluchy nie znoszę najbardziej na świecie, to jeszcze obrzydliwa pogoda wypłoszyła prawie wszystkich gości. No ale kto chciałby wypoczywać wśród kałuż? Nikt, więc zwykli turyści odwołali rezerwacje i wrócili do pracy, a celebryci polecieli pluskać się w egzotycznych morzach.
A tak się cieszyłam, że przyjedzie do nas Magda Ceberek! To prawdziwa gwiazda TikToka. Prowadzi kanał CodzienneTriki, na którym pokazuje, jak sprytnie ogarniać życiowe problemy. A ja mam mnóstwo problemów. Niektóre z nich muszę rozwiązać naprawdę szybko. Dlatego chciałam zapytać Magdę:
1. Jak wyciągnąć okruchy chipsów z klawiatury laptopa? Zanim tata je zauważy.
2. Jak usunąć z podłogi w łazience lakier do paznokci? Na razie zasłoniłam plamę koszem na śmieci, ale mama wkrótce się zorientuje.
3. Jak bez użycia rąk wyjąć kieszonkowe, które wpadło mi do brudnej kałuży? W błocie leży osiemnaście złotych i pięćdziesiąt groszy!
4. Jak ogarnąć moje aktualne uczesanie? Kocham styl twardzielki: glany, bojówki i odlotowe pióra, czyli przystrzyżone skronie i koczek z warkoczyków. Tylko że ta stylówka na głowie wymaga strasznie dużo roboty: strzyżenie, podcinanie, rozplatanie, zaplatanie. Nie dla mnie taka zabawa. Dlatego znowu zapuszczam włosy. Na razie na skroniach sterczy mi odrastająca szczecina, a na czubku głowy mam koczek, jakby ktoś przykleił tam cynamonkę. Totalnie dzik z drożdżówką na łepetynie. POMOCY!
Niestety, z powodu deszczu żegnajcie, porady ekspertki.
Pogoda nie zraziła tylko pani Marianny Balcerek, siedemdziesięcioośmioletniej emerytki, ale to żadna pociecha. PRZECIWNIE. Oto co musicie wiedzieć o pani Mariannie: staruszka nie przepuści żadnej okazji, żeby wciągnąć kogoś w rozmowę. Jest jak duch na nawiedzonym strychu - pojawia się znienacka i zaczyna nawijać. Gdyby chociaż miała do powiedzenia coś interesującego, ale gdzie tam! Tylko jakieś nudy sprzed pięćdziesięciu lat. Uciekam więc jak najszybciej, jeszcze zanim pani Marianna zdąży się rozkręcić.
Ona jednak łatwo nie rezygnuje. Raz widziałam, jak przemawia do naszego drugiego kota, Ziemniaka, który akurat wytknął nos z piwnicy, co nieczęsto mu się zdarza. Biedaczysko wyglądał na mega skołowanego.
I naprawdę zupełnie jej nie przeszkadza pogodowa apokalipsa. Każdego ranka słyszę:
- Grejs, patrz, jak pięknie pada! Cudowny dzień!
Przegięcie, co nie? Na dodatek namawia mnie do wspólnych wyścigów w kaloszach i puszczania papierowych łódek w kałużach. Niedługo pewnie zaproponuje mi taplanie się w błocie.
Heloł, nie mam pięciu lat!
To nie koniec powodów, żeby ziać ogniem ze złości. Jest i PO CZWARTE. Od tygodnia nie zrobiłam ani jednego zdjęcia na podwórku! Wilgoć to największy wróg sprzętu. Cykam więc tylko wewnątrz. Na dodatek moimi modelami są kubki, długopisy, książki oraz paprotka obgryziona przez Stefę. Straszna nuda.
I jeszcze - tadaaam - PO PIĄTE. Wczoraj przyszedł do nas sąsiad.
- Joł, ziomale - przywitał się.
- Hej-ho, stary byku - odpowiedział tata.
- No czelo - rzuciła luzacko mama.
Serio, dorośli powinni mieć szlaban na takie teksty. W ich wieku wypada mówić ładnie i poważnie, bo w przeciwnym razie aż uszy więdną z żenady.
- Wpadnijcie do nas na grilla - zaproponował sąsiad.
Wpadliśmy. Ponieważ lało, elektrycznego grilla postawili na werandzie. Jedzenie na ruszcie pachniało wspaniale. Czekałam, aż się upiecze, ale sąsiad i jego żona tak przynudzali, że zasnęłam. No i na zapachach się skończyło, bo gdy się obudziłam, została tylko kaszanka, której nie cierpię od czasu, gdy podano ją w szkolnej stołówce, a Naklejkowa Anulka na sam jej widok zwymiotowała prosto na mój plecak.
- A gdzie kiełbaski? - Zajrzałam pod pokrywę grilla. - Gdzie kurczak i pieczone ziemniaki?!
- No... - Sąsiad uśmiechnął się głupawo. - Wszystko wszamaliśmy z twoimi starymi.
- Wybacz, Grejs - mruknął tata. - Nie chcieliśmy cię budzić.
Nie chcieli mnie budzić? Co za egoiści! Grrr!
***
Żeby ukoić zszargane nerwy i zająć czymś głowę, zabrałam się do... - nie wierzę, że osiągnęłam takie dno - czytania KSIĄŻKI OD DZIADKA.
Odkładałam tę lekturę na wieczne nigdy, bo dziadek w ogóle nie umie w prezenty. Pamiętacie, jak dał mi dwunastotomową encyklopedię, pióro i atrament? Wszystko wskazywało na to, że tym razem też dostałam coś równie przydatnego. Już okładka książki straszyła. Wyobraźcie sobie nastolatkę, która stoi na skale i gapi się na morze. Więcej: nastolatkę ubraną w BABCINĄ SPÓDNICĘ. Uchhh! Tytuł też nie wróżył dobrze: List w butelce. Gdybym miała zgadywać, to pewnie koszmarny poradnik typu "Jak wysłać sygnał SOS, gdy zgubiłaś się na wakacjach, a na dodatek nie masz pojęcia o modzie". No nic, mimo wszystko wzięłam się do czytania.
***
Hmm... książka okazała się powieścią. No i ostatecznie nie była taka zła, nawet się wciągnęłam. To historia Jane, która żyje w dziewiętnastym wieku, czyli w strasznych czasach bez telefonu i internetu. Wiem, HORROR! Gdy Jane chciała sprawdzić, co słychać u jej psiapsi, musiała do niej iść i zapytać. A gdy o czymś zapomniała pogadać, musiała iść jeszcze raz. Współczuję, biedulka robiła pewnie z dziesięć tysięcy kroków dziennie. Z drugiej strony przynajmniej nikt jej nie marudził, żeby spędzała więcej czasu na świeżym powietrzu. I w promce miała ładny widok, bo mieszkała na wyspie. Właściwie kropce na morzu, którą dało się obejść w pół godziny. Łączna liczba mieszkańców: dwadzieścia sześć osób.
***
CIEKAWOSTKA:
Najmniejszym na świecie zamieszkanym skrawkiem lądu jest Hub Island o powierzchni zaledwie 37 metrów kwadratowych, na której mieszczą się tylko niewielki dom, drzewo i kawałek płotu. Woda dociera pod sam próg.
Nieźle! Jeden krok za dużo podczas zamiatania przedpokoju i lądujesz w morzu!
Gdybyście zapomnieli: dziwnych ciekawostek mam w głowie chyba z milion.
Dalsza część w wersji pełnej