Zastanawiał się, czy to sklepiony sufit, czy marmurowe posadzki tworzą
wyjątkową akustykę budynku. Ale w niektóre popołudnia, kiedy tłum
przechodniów nie był aż tak gęsty, Greg Yanowsky mógł przymknąć oczy,
oprzeć podbródek na skrzypcach i przekonywać samego siebie, że Grand
Central Terminal to jego prywatny Carnegie Hall.
Kilka miesięcy wcześniej odkrył idealny zakątek na dworcu - tuż przy
schodach do metra i drodze do wyjścia na Lexington Avenue. Dostatecznie
daleko od huku przejeżdżających pociągów, ale na tyle blisko ruchliwej
trasy pieszych, by pozyskać co kilka minut garść drobniaków.
Przyjeżdżał codziennie wcześnie rano ze swojego mieszkania przy Delancey
Street i wychodził z metra po schodach z prostymi plecami i wysoko
uniesioną głową. To, że miał ze sobą futerał ze skrzypcami, wyróżniało
go w tłumie pasażerów. Ponieważ wyściełana aksamitem walizeczka skrywała
potencjalną magię, muzykę, sztukę, której nie mógł zawierać żaden inny
zwykły bagaż na świecie.
I chociaż jego marynarka z cienkiej szarej flaneli zupełnie nie
przypominała modniejszych ubrań od Paula Stuarta czy Brooks Brothers
noszonych przez mężczyzn przyjeżdżających codziennie pociągami z Larchmont czy Greenwich, Greg czuł, że jest ponad sfatygowanymi
mankietami koszuli. Jego elegancja wynikała z prostoty i precyzji
ruchów. Ze sposobu, w jaki opierał instrument na obojczyku. Z gracji, z jaką unosił smyczek. Takich gestów nie da się nauczyć w szkole ani
podczas rodzinnych obiadów na przedmieściu.
Potrzebował swojego instrumentu, a instrument potrzebował jego, jak
partnerzy w walcu. Bez tego drugiego nie byłoby muzyki.
Jako dziecko, w Polsce, Greg obserwował, jak jego ojciec Josek co
wieczór moczył ręce w mleku, żeby zmiękczyć odciski po całym dniu
rozłupywania drewna. Josek wyuczył się bednarstwa od swojego ojca, ale w duchu zawsze marzył o robieniu instrumentów. Z wytwarzania beczek miał
pieniądze, żeby wykarmić rodzinę i zapewnić jej dach nad głową, ale
muzyka stanowiła pokarm dla jego duszy.
W każdy piątek wieczorem Josek zapraszał do siebie rozmaitych posiadaczy
instrumentów, żeby wypełnili jego dom muzyką dla żony i dzieci. Greg
wciąż doskonale pamiętał, jak ojciec kręcił się z nim po pokoju, a sąsiad przygrywał im na bałałajce. Wiele lat później pamiętał dźwięk
śmiechu ojca. Potrafił do niego nastroić skrzypce. Było to idealne A.
Kiedy wybierali się do Krakowa wozem wyładowanym beczkami na sprzedaż,
mały Greg siadał z przodu z ojcem i razem nucili przeróżne melodie.
Czasem Joskowi udawało się zatrzymać wóz pod kościołem, żeby syn mógł
posłuchać muzyki organowej. Greg ożywiał się za każdym razem, gdy ojciec
dawał mu szansę słuchania wszelkiego rodzaju melodii, czy to muzyki
ludowej, czy utworów Mozarta rozbrzmiewających z okien miejskiej szkoły
muzycznej. Jeszcze bardziej niecodzienne było to, że chłopiec bezbłędnie
potrafił zanucić każdą melodię, jaka wpadła mu w ucho.
Pewnego wieczora, gdy deszcz padał tak mocno, że Greg bał się, iż dach
zwali im się na głowy, rozległo się pukanie do drzwi. Matka otworzyła i zobaczyła, że stoi za nimi przyjaciel Joska, Lew, z mężczyzną, którego
nie znała.
- Złapała nas burza - powiedział Lew. - Odpadło mi koło od wozu.
Wskazał na stojącego obok mężczyznę z kapeluszem naciągniętym na oczy.
- Odwożę do domu Zelika, mojego szwagra.
Zelik uniósł rękę w geście powitania i zadrżał na deszczu. Ojciec Grega
dostrzegł, że w drugiej ręce trzyma mały czarny futerał o wydłużonym
kształcie. Od razu wiedział, że w środku muszą być skrzypce.
- Wejdźcie, zanim deszcz zniszczy pański instrument - powiedział Josek i gestem zaprosił mężczyzn do środka. Żona zabrała mokre płaszcze i rozwiesiła je przy ogniu, a Josek i Greg patrzyli, jak Zelik kładzie na
stole futerał i go otwiera. Nie mogli oderwać oczu od błyszczącego
instrumentu, którego deszcz na szczęście nie uszkodził.
Greg nigdy nie zapomni widoku Zelika, który wyjmował instrument niczym
jakiś czarodziej. Nadal pamiętał zniewalającą magię chwili, gdy Zelik
oparł podbródek na krawędzi, uniósł smyczek i zaczął grać. Oczarował
wszystkich dźwiękami, które zawirowały w arabeskach, wypełniły pokój i zagłuszyły szalejącą na zewnątrz burzę.
Zelik przytupywał do taktu i kiwał głową z boku na bok. Jeśli radość
dało się wyrazić dźwiękiem, to Greg usłyszał ją tamtego wieczora,
spływającą ze smyczka, którym mężczyzna przesuwał po strunach. Kiedy
potem młody człowiek włożył skrzypce w ręce Grega i pokazał mu, jak
chwycić smyczek, chłopcem całkiem zawładnęła myśl, że chciałby nauczyć
się grać. Instrument potrafił wyrazić smutek i radość, a wszystko to bez
jednego słowa.
Następnego dnia rano, gdy już wzeszło słońce, a mokre drewno i błoto na
drogach zaczęły obsychać, Zelik dał Gregowi ostatnią lekcję. Chłopiec
tulił do siebie instrument. Przeciągnął dłonią wzdłuż szyjki skrzypiec i musnął kołki. Czuł się tak, jakby po raz pierwszy w życiu dotykał
piękna.
Zelik od razu dostrzegł naturalność, z jaką chłopiec chwycił smyczek, i to, że dzieciak ma wrodzony słuch. Zelik zdał sobie również sprawę, że
za przymkniętymi oczami Greg nie tylko czuje muzykę; muzyka po prostu
wypływa z niego, jakby z każdym oddechem wyrzucał z siebie dźwięk. Kiedy
Zelik ściskał Joskowi rękę w podziękowaniu za udzielenie noclegu,
wyszeptał mu do ucha:
- Pański syn ma talent. Niech pan sprzeda, co może, ale musi mu pan
kupić skrzypce i znaleźć nauczyciela. Najszybciej, jak to możliwe.
Żeby kupić synowi skrzypce, Josek musiał sprzedać dwanaście beczek do
kiszenia zrobionych z najlepszego drewna. Kiedy miał dość pieniędzy, by
wykarmić rodzinę, odkładał wszystko, co mógł, żeby opłacić Gregowi
lekcje muzyki u nauczyciela z sąsiedniej wsi. Chłopiec szybko nauczył
się grać podstawowe gamy, a potem przeszedł do trudniejszych etiud i sonat, co innym dzieciom zwykle zajmowało o wiele więcej czasu. Od czasu
do czasu Josek zawoził go do Krakowa na lekcje, podczas których chłopiec
miał możliwość grać przy akompaniamencie fortepianu. Jako
dziesięciolatek potrafił zagrać wszystkie koncerty Mozarta. A kiedy
skończył lat piętnaście, zaczął mierzyć się z Mendelssohnem.
Ale chociaż Greg najbardziej upodobał sobie klasycznych kompozytorów, co
tydzień po kolacji szabasowej grał muzykę swojego sztetlu. Jego gra
zawsze wywoływała uśmiech matki, a ojciec nalewał sąsiadom kolejny
kieliszek wina.
Kiedy podrósł i udoskonalił umiejętności, zaczął marzyć, że pewnego dnia
będzie grał w prestiżowym krakowskim Konserwatorium Towarzystwa
Muzycznego i dawał recitale przy świecach w całej Europie. Ale marzenia
legły w gruzach w jeden wieczór przy dźwięku rozbijanej szklanki i krzyku matki.
Wcześniej treścią jego młodości była miska zupy, kromka chleba i uśmiech
rodziców, gdy grał na skrzypcach. Ale tamtego wieczora to były dźwięki
nienawiści. Nawet piętnaście lat później, gdy grał na bezpiecznym i eleganckim dworcu Grand Central, często dopadały go ponure wspomnienia
ostatnich dni w rodzinnej wsi. Widok ojca, którego rozwścieczony tłum
wywleka na zewnątrz. Zapach płonących beczek. Krzyki matki w ciemności,
sąsiedzi ze wsi pochodniami podpalający ich dom, zakrwawiony ojciec
leżący bez ruchu na ziemi. Słowo "Żyd" świstało w powietrzu jak kosa,
wymawiane jak przekleństwo.
Greg stał i patrzył jak widz na niszczenie własnej rodziny. Chciał tylko
podbiec, uklęknąć przy ojcu, wyjąć mu kawałki szkła z głowy, która
wyglądała jak rozbita dynia. Chciał utulić ojca w ramionach i przywrócić
ciepło ulatujące z jego ciała, które siniało w oczach. Ale kończyny
odmówiły chłopcu posłuszeństwa. Dopiero kiedy dom stanął w płomieniach,
poczuł, że nogi niosą go same. Kierował nim nie rozum, lecz instynkt,
całe ciało ciągnęło go w ogień, żeby uratować skrzypce.
Niecały rok później siedemnastoletni Greg szedł przez Ellis Island.
Podróż opłacił mu wuj, którego matka nie widziała od lat. W jednej ręce
niósł małą skórzaną walizkę, w drugiej skrzypce. Pod materiałem spodni
czerwieniły się gniewnie ślady po oparzeniach pokrywające jedną nogę.
Same blizny wyglądały jak ogień, trwałe, czerwone, wypukłe pochodnie na
skórze. Niezatarte przypomnienie tamtego strasznego wieczora.
Wuj sfinansował Gregowi bilet nie tylko ze współczucia - liczył, że gra
chłopca przyciągnie klientów do jego restauracji na Lower East Side.
Pierwszego wieczora Greg wyciągnął skrzypce w zatłoczonym mieszkaniu
przy Delancey Street i zauroczył nową rodzinę. Kobiety porzuciły brudne
naczynia w zlewie i siedziały jak przykute do krzeseł, gdy grał. Wuj
Grega uważnie rozejrzał się po pokoju, zobaczył urzeczone kobiety i uznał, że zanim tydzień się skończy, będzie miał zajęty każdy stolik w restauracji.
Prawie co wieczór przez trzy lata Greg grał niezliczone mazurki i tarantele dla gości restauracji pochylających się nad talerzami pełnymi
barszczu i gołąbków. Na swój sposób lubił atmosferę tego lokalu. Klienci
z rodzinami przypominali mu szabasowe występy w sztetlu. Ale nie o takiej karierze marzył, gdy był młodszy. Jako świeży imigrant w kraju,
który w porównaniu z Europą wydawał się tak bogaty i pełen perspektyw,
Greg chciał wykorzystać każdą sposobność. Nie zamierzał do końca życia
zabawiać ludzi nad pierogami z kapustą. Dalej marzył o grze na scenie, z orkiestrą - dotąd nie było mu to dane.
Dlatego kiedy w czasopiśmie branżowym, które pewnego wieczora zostawił
jakiś klient, wypatrzył ogłoszenie o przesłuchaniach muzyków
zainteresowanych grą w orkiestrze New Amsterdam Theater, uznał, że to
znak. Zebrał się na odwagę i poszedł do teatru. Nie stawiło się tak dużo
osób, jak się spodziewał, ponieważ wielu mężczyzn walczyło na wojnie; on
uniknął tego losu z powodu poważnych uszkodzeń nóg. Przyszło jednak
sporo utalentowanych muzyków, więc kiedy po przesłuchaniu Grega
zaproponowano drugie skrzypce, poczuł, że jego marzenia wreszcie się
spełniają.
Mimo nowej pracy Greg nadal miał wolne ranki i większość wczesnych
popołudni. Postanowił ćwiczyć w pewnym miejscu w Nowym Jorku, które
odkrył przypadkiem i polubił najbardziej na świecie. Tuż przy wejściu do
Vanderbilt Hall, naprzeciwko wózka z ciastami Murraya i czyściciela
butów Jacka. Grand Central Terminal, jego ulubiona scena.
Pieniądze uzyskane z ulicznego grania były oczywiście miłym dodatkiem.
Czasem ledwo pokrywały opłatę za metro i koszt obiadu, ale Greg
uwielbiał grać na dworcu Grand Central z większej liczby powodów niż
kilka dolarów jako dodatek do dniówki: akustyka, sklepiony turkusowy
sufit ze złocistymi gwiazdozbiorami, ale też energia przechodniów. Był
podekscytowany tym, że otacza go tak dużo ruchu, że znajduje się w epicentrum tysięcy przenikających się światów. Pod stopami czuł drgania
wywoływane przez przejeżdżające pociągi, na twarzy wiatr z tuneli, który
wpadał przez mosiężne drzwi. Tutaj kelnerki mieszały się z żołnierzami
wracającymi z wojny, a bankierzy w prążkowanych garniturach biegli obok
windziarzy, którzy pracowali w tych samych drapaczach chmur przy Piątej
Alei.
No i jeszcze te poranne chwile, kiedy pochylał się i rzucał kilka monet
do wyściełanego aksamitem futerału skrzypiec, na zachętę dla innych,
wsłuchując się w rytm pieszego ruchu. W jego uszach brzmiał jak
symfonia. Słyszał tupot dziecięcych lakierków po marmurowej posadzce,
ciche szuranie bankierskich oksfordów, postukiwanie kuli rannego
żołnierza, gdy uderzała w podłogę. Ale pewnego dnia usłyszał krok
zupełnie niepodobny do innych, jakiego nie słyszał przez te wszystkie
lata, aż poczuł ukłucie w sercu. Ktoś stąpał lekko, jakby frunął, jakby
obcasy ledwo dotykały ziemi. Nie musiał nawet patrzeć, słyszał
energiczny, skoczny chód tancerki.
Podniósł wzrok i zobaczył idącą w jego stronę piękną kobietę. Właśnie
wyszła z metra, jej zielona jedwabna sukienka powiewała jak rozwichrzone
liście tulipana. Mignęła mu twarz: blada cera, ciemne włosy i lisie
oczy, które wyglądały jak nie z tego świata. Nie była typową Amerykanką,
wedle jego mniemania, chociaż wiedział, że każda mieszkająca tu osoba
mogła spokojnie przyznawać się do przodków z zagranicy. Jednak zdaniem
Grega amerykańska twarz charakteryzowała ludzi o angielskim lub
irlandzkim pochodzeniu, o delikatnie rzeźbionych rysach i brzoskwiniowej, kremowej cerze. Ta dziewczyna jednak miała wysokie kości
policzkowe i kolor skóry jak dziewczęta z jego rodzinnej wsi. Ale tak
naprawdę, pomyślał, mogła pochodzić z każdego kraju w środkowej lub
wschodniej Europie. Z Węgier lub Litwy. Może z Polski czy Rosji. Albo
nawet z Czech.
Kroki zwolniły i kobieta zatrzymała się metr od niego. Przystanęła przed
wózkiem z ciastami, gdzie sprzedawano lukrowane pączki po pięć centów i strudel jabłkowy po dziesięć. Dokoła niej kłębił się tuzin pasażerów,
którzy pragnęli kupić coś słodkiego, zanim pochłonie ich poranna praca.
Pod jedwabiem sukienki wyraźnie rysowały się długie nogi i kształtna
sylwetka. Włosy nieznajomej wiły się miękkimi lokami wokół twarzy, jak u gwiazd filmowych. W jej ruchach była jakaś staroświeckość, niepewność
osoby, która nie urodziła się w Ameryce i szuka odpowiedniej monety w portmonetce albo bywa na Manhattanie od niedawna i odruchowo odsuwa się,
gdy ktoś przypadkiem otrze się o jej rękaw. Zauważył, że porusza się
inaczej, kiedy nikogo nie ma obok, niż wtedy, gdy wpada w grupę ludzi.
Wówczas swobodę zastępowała ostrożność. Jakby spod płaszczyka beztroski
wyłaniało się coś o wiele bardziej skomplikowanego, coś, co skrywała
głęboko za promienną fasadą. Grega to nie odstraszyło. Wręcz przeciwnie,
jeszcze bardziej go fascynowało. Ten kontrast był jak muzyka. Gdy grał
na przykład Adagio g-moll Albinoniego, niewprawne ucho słyszało tylko
piękną melodię. Niewiele osób wyczuwało także smutek spływający ze
strun. Dwie sprzeczne emocje, splecione jak lina, jak prawdziwa esencja
ludzkiej duszy.
Greg próbował szybko wymyślić, jak najskuteczniej przyciągnąć jej uwagę.
Tego ranka jeszcze nie zaczął grać i stał ze skrzypcami w rękach, a w myślach gorączkowo dobierał utwór. Rozpaczliwie chciał, żeby go
dostrzegła, żeby przystanęła - chociaż na chwilę - i zainteresowała się
muzyką, która będzie tylko dla niej.
Szybko doszedł do wniosku, że być może przystanie na chwilę, jeśli zagra
coś, co przypomni jej rodzinny kraj.
Czas się kończył, zobaczył, że nieznajoma płaci już za mały kawałek
strudla zapakowany w pergaminową torebkę.
Serce biło mu szybko. Wiedział, że Mozart nigdy go nie zawiódł, gdy
chodziło o przyciągnięcie tłumu, więc zaczął Eine kleine Nachtmusik.
Utwór był na tyle popularny, że nawet jeśli nie pochodziła z Austrii,
powinna rozpoznać melodię i do niego podejść. Potem, kiedy skończy,
zapyta ją, skąd przyjechała, i dalej ich rozmowa potoczy się naturalnie
jak taniec.
Grał z półprzymkniętymi powiekami, nie chciał spuścić jej z oka ani na
chwilę. Gdy smyczek pomykał po strunach, całym ciałem poddawał się
muzyce, obserwował, jak nieznajoma zanurza palce w torebce i wyciąga
ciasto. Ale nawet kiedy muzyka stawała się coraz żywsza, ledwo go
dostrzegała.
Zawiedziony Greg patrzył, jak kobieta skierowała się do wyjścia na
Lexington Avenue, jak zakołysała biodrami pod sukienką, gdy pchała
ciężkie mosiężne drzwi.
Liesel przeszła przez Lexington przy filii banku Bowery Savings i stoisku z prasą, energicznym krokiem przemykając między starszymi
przechodniami, którzy mogliby ją spowolnić. Zawsze była dumna ze swojej
punktualności. Nie chciała, żeby pan Stein musiał na nią czekać. Jeśli
prosił, żeby przyszła na trzynastą trzydzieści, była w budynku kilka
minut wcześniej. Chwilę przed czasem, żeby poprawić włosy i wygładzić
sukienkę.
Nie chciała też wejść do biura z okruszkami ciasta na ustach. Szybko
dokończyła więc strudel za rogiem Czterdziestej Szóstej i Lexington
Avenue, po czym starannie starła z warg okruchy. Wyjęła z torebki
puderniczkę i przypudrowała twarz. Potem, tak jak inne tancerki tysiące
razy robiły w jej obecności, nałożyła nową warstwę szminki, rzuciła
ostatnie spojrzenie w lusterko i zamknęła puderniczkę z trzaskiem.
Liesel cieszyła się, że Leo Stein ma biuro przy Lexington Avenue, nie na
Broadwayu, jak większość innych impresariów. Co prawda, żeby się do
niego dostać, musiała podjechać kolejką z Czterdziestej Drugiej Ulicy,
gdzie pracowała w szwalni niedaleko dzielnicy teatralnej, ale bardzo
lubiła tę trasę, ponieważ musiała wtedy przejść obok jedynego stoiska z ciastami w całym Nowym Jorku, gdzie mogła kupić strudel jabłkowy
dokładnie taki sam, jaki piekła jej matka. Jeśli miała w zapasie parę
minut, spacerowała chwilę główną halą dworca pod złocistymi znakami
zodiaku, przepięknymi konstelacjami migoczącymi w morzu turkusu.
Liesel uwielbiała przepastną przestrzeń hali, z jej katedralnym
przepychem, oraz sposób, w jaki światło wpadało przez łukowate okna nad
wschodnim wejściem i oblewało przechodniów łagodną poświatą o odcieniu
sepii. W tym miejscu mogła czuć się jednocześnie sama i bezpieczna w tłumie. A bardziej przejmujące było to, że tu mogła sobie wyobrazić, że
przypadkiem wpada na swoją rodzinę - lub się z nią spotyka - ponieważ
nadal nie przyjmowała do wiadomości, że wszystkich straciła.
Trudno uwierzyć, że minęło już ponad pięć lat, odkąd ostatni raz
widziała się z rodziną, i że od ostatniego listu nie miała z nimi
kontaktu.
- Szybko zleci - obiecała jej matka, kiedy Liesel pakowała się na wyjazd
do Ameryki.
I była to prawda. Czas biegł szybciej, niż mogła sobie wyobrazić, ale
musiała w to włożyć dużo wysiłku. Robiła wszystko, co mogła, żeby ciągle
mieć jakieś zajęcie. Nie chciała mieć czasu na zastanawianie się,
ponieważ w takich momentach nie mogła przestać myśleć o grozie, jakiej
doświadczyła jej rodzina.
W dworcu Grand Central lubiła jeszcze to, że każdy tutaj zmierzał w inne
miejsce i czuł, że jego podróż jest pilna. Wrażenie potęgował jeszcze
fakt, że zewsząd spoglądały zegary, podwieszone do sufitu mosiężne
zegary pędziły na marmurowych ścianach, ten najsłynniejszy na środku
hali, przy schodach na perony. Niektóre były zdobione w stylu
secesyjnym, inne stanowiły powiększone wersje cyferblatów. Jednak bez
względu na wygląd wszystkie zegary narzucały poczucie, że trzeba się
śpieszyć, a Liesel to lubiła. Mogła się skupić na swoich obowiązkach.
Kiedy nie tańczyła - szyła. A kiedy nie szyła, tańczyła, albo na
studiach baletowych, albo w przedstawieniach w nocnych klubach, które
pozwalały jej opłacić rachunki.
Kiedyś nie wyobrażała sobie nawet, że mogłaby zarobić na tańcu tyle,
żeby się utrzymać, ale Leo Stein wszystko zmienił. Zawsze będzie mu
wdzięczna, że została jedną z jego dziewczyn. Agencja Steina mieściła
się na drugim piętrze kamienicy z piaskowca, którą podzielono na wiele
małych biur. Zadzwoniła do drzwi i ruszyła wąskimi schodami na górę. Już
na pierwszym półpiętrze poczuła dym z jego cygara.
Na ciemnych drewnianych drzwiach widniał napis: "Leo Stein, impresario".
Weszła bez pukania.
- Witaj, szejne mejdl! - zawołał. - Cóż za widok dla mych obolałych
oczu.
Usiadła z drugiej strony biurka i splotła ręce w fałdach zielonego
jedwabiu sukienki, którą uszyła sobie tydzień wcześniej.
- No to tak, od dziś do piątku po południu próby są po tej stronie
miasta, w studiu Rosenthala. Nie na Broadwayu dla odmiany...
Kiwnęła głową. Doceniała, że traktował ją życzliwie, nigdy nie obciążał
ponad siły, za to brał pod uwagę inne jej zajęcia, kiedy przydzielał jej
pracę. Dlatego kierował ją do nocnych klubów od piątku do niedzieli, co
oznaczało, że oprócz prób weekendowej choreografii zostawało jej dużo
czasu na inne rzeczy: szycie dla szefowej Gerty i ćwiczenia do baletu,
którego nie chciała zarzucić, chociaż jeszcze nie przynosił jej żadnego
dochodu. Oznaczało to, że przez cały czas miała coś do roboty - a właśnie tego Liesel chciała.
Leo wręczył jej grafik prób.
- Skontaktuj się ze mną w tym tygodniu po drodze do Rosenthala. Może
będę miał coś w Crown Club w przyszłym tygodniu, ale jeszcze czekam na
potwierdzenie.
- Wie pan, że w razie potrzeby zawsze będę gotowa, panie Stein. -
Uśmiechnęła się.
Leo otworzył szufladę biurka.
- Nigdy nie odpuszczasz, co? Jedna z najciężej pracujących dziewcząt,
jakie znam. Bo wiesz, gdybyś chciała przejść na pełny wymiar godzin,
ileż zleceń bym miał dla ciebie!
- Nie chcę złamać obietnicy danej Gercie. - Znowu się uśmiechnęła i zatrzepotała rzęsami, nie z fałszywej skromności, ale ponieważ chciała
być dla niego szczególnie miła. - No i nie mogę sprawić zawodu Psocie,
mojemu nauczycielowi.
Leo kiwnął głową. Doskonale wiedział, że nauczyciel Liesel, Ivan Psota,
wydostał ją z Czechosłowacji w ostatniej chwili.
- Tak, tak. Wiem, jak dużo mu zawdzięczasz. Dlatego nie naciskam na
ciebie tak jak na inne dziewczyny.
- Jestem bardzo zobowiązana, panie Stein.
- Ciesz się, że wyglądasz jak moja córka.
Potrząsnął głową, odłożył cygaro na popielniczkę i sięgnął do szuflady.
- Odliczyłem prowizję, a reszta jest dla ciebie, słoneczko.
Rzuciła szybko okiem na zapisane odręcznie cyfry i zakręcony podpis Leo
pod spodem. Dwadzieścia pięć dolarów. Wystarczy na opłacenie pokoju i jedzenie, trochę odłoży też na wypadek, gdyby Czerwony Krzyż zdołał
zlokalizować jej rodzinę, żeby mogła ją tu ściągnąć.
Leo zerknął na zegarek.
- Studio Rosenthala zatem. Na Trzydziestej Ósmej. Lepiej już jedź.
Musisz zdążyć na drugą.
Liesel miała dwadzieścia minut.
- Dziękuję, panie Stein.
Wypowiedziała słowa wyraźnie i z szacunkiem, dbając i tym razem, żeby w jej głosie brzmiała wdzięczność.
Liesel wiedziała, że za wiele spraw w życiu powinna być wdzięczna. A jedną z najważniejszych był jej nauczyciel tańca Ivan Psota.
Kiedy poszła do szkoły, klienci matki coraz częściej twierdzili, że
Liesel ma figurę tancerki. Nie chodziło tylko o to, że była szczupła, bo
to dotyczyło większości dziewczynek w jej wieku. Dzięki długim i proporcjonalnym kończynom poruszała się z naturalną gracją, czym bardzo
wyróżniała się wśród rówieśniczek.
Matka od ponad dziesięciu lat szyła kostiumy dla słynnej akademii tańca
w mieście, więc Liesel przez całe dzieciństwo widywała dziewczynki
przymierzające gorsety i tutu. Matka miała specjalną szafę w kącie
mieszkania, gdzie trzymała kosze z koralikami i zwoje tiulu. I chociaż
zaczęła uczyć Liesel szyć od chwili, gdy ta mogła utrzymać w palcach
igłę, wyobrażała sobie, że córka zbiera oklaski, może podróżuje z zespołem, a nie szyje kostiumy za kulisami.
Matka zabrała ją na nabór do konserwatorium, gdy tylko Liesel
dostatecznie urosła. Trudno zapomnieć pierwsze spotkanie ze sławnym
baletmistrzem Ivanem Psotą. Miał ciemne włosy i szeroki, hollywoodzki
uśmiech. Spod mankietów doskonale skrojonych spodni wyłaniały się dwie
idealnie wysklepione stopy, obute w czarne pantofle i przemykające z wielką elegancją po parkiecie.
Inne dziewczynki, o kilka lat starsze od Liesel, zawsze oblewały się
przy nim rumieńcem. Wiedziały, że ten mężczyzna już jest uważany za
jednego z najlepszych tancerzy w kraju, a ostatnio zaczął jeszcze
doskonalić swoje umiejętności jako choreograf. I właśnie on dostrzegł w małej Liesel coś wyjątkowego, dzięki czemu przyjęto ją do szkoły tańca
na następny rok.
Matka Liesel martwiła się, że wyczerpujący program zajęć pozbawi córkę
sił, więc zawsze miała w kuchni pełno ulubionego jedzenia dziewczynki.
Codziennie przed wyjściem Liesel do konserwatorium na stole czekał na
nią kawałek świeżo upieczonego strudla z jabłkami i szklanka mleka.
- Pamiętaj, żeby zawsze coś zjeść przed tańcem - mawiała matka.
Ale Liesel nigdy nie potrzebowała przypominania. Kiedy tylko widziała,
że mama piecze ciasto, czekała już gotowa z serwetką w dłoni.
Przez kolejne pięć lat Liesel uczyła się tańczyć pod kierunkiem mistrza
Psoty. Tancerz dodawał szkole splendoru i prestiżu, odkąd zaczął tam
pracować dziesięć lat wcześniej jako dwudziestolatek. Liesel
zawdzięczała mu nie tylko to, że uczynił z niej tancerkę, ale coś o wiele, wiele ważniejszego - i wiedziała, że nigdy nie zdoła mu się
odpłacić.
Psota uratował jej życie.
Od samego początku nauki Psota poświęcał Liesel szczególną uwagę.
Dostrzegł idealne podbicie jej stóp, wrodzoną lekkość kroku i, co
niezwykłe w tak młodym wieku, bystry umysł, który pozwalał dziewczynce
opanowywać jego choreografię. Uważał, że jeśli będzie ciężko pracować,
kiedyś może trafić do zespołu baletowego.
Jednak wiosną 1939 roku, kiedy miała siedemnaście lat i znajdowała się
na decydującym etapie nauki, do Czechosłowacji wkroczyła armia Hitlera.
- Nie mogę cię zatrzymać w konserwatorium - powiedział Psota po tym, jak
wezwał Liesel do gabinetu. - Wiesz, że zrobiłbym wszystko, żebyś
została... - Zawahał się i odetchnął głęboko, a jego zwykle błyszczące i żywe oczy wyglądały na szare i pozbawione życia. - Ale takie jest teraz
prawo. - Stuknął palcem w zawiadomienie leżące na biurku. - Dostałem
nakaz usunięcia wszystkich uczniów pochodzenia żydowskiego.
Liesel siedziała w gabinecie Psoty. Na biurku stała jego fotografia w otoczeniu baletnic. Dziewczyny nosiły czarne trykoty, ich ciała były
silne, wysportowane, niepokonane. Wbiła paznokcie w dłoń, żeby ból nie
pozwolił jej się rozpłakać w obecności mistrza.
- Liesel, chciałbym móc to zmienić, ale... nie mogę.
- Wiem, mistrzu - szepnęła ledwo dosłyszalnie.
- Nie dopuszczę jednak do tego, żeby Hitler wygrał. Będziesz dalej
tańczyć. Mówię zupełnie poważnie. - Wyprostował się na krześle. -
Poprosiłem o pomoc znajomego, którego spotkałem zeszłego lata w Monte
Carlo. To bogaty i potężny człowiek. Ma kontakty w amerykańskim rządzie
i napisałem do niego, żeby zdobył dla ciebie wizę.
- Nie rozumiem. Dlaczego miałby chcieć pomóc mnie lub mojej rodzinie?
- Nazywa się Carl Laemmle i jest urodzonym w Niemczech Żydem... Założył
wytwórnię filmową Universal Pictures w Kalifornii.
Jego nazwisko nic Liesel nie mówiło, ale po tonie głosu Psoty domyśliła
się, że to ktoś naprawdę ważny.
- Pomógł już wielu Żydom ze swojego rodzinnego miasteczka w Niemczech,
ale też z innych miejsc Europy. Wielu z nich jest w tej chwili w drodze
do Ameryki. Napisałem do niego, żeby sfinansował ci podróż. Napisałem mu
też, że nie tylko tańczysz, ale jesteś również doskonałą krawcową i od
utalentowanej matki nauczyłaś się szyć kostiumy. Ma wiele znajomości w Kalifornii i Nowym Jorku, więc dostaniesz tam pracę.
Lisel poczuła gulę w gardle. Nie mogła uwierzyć, że nauczyciel zadał
sobie tyle trudu, żeby wydostać ją z kraju, który najwyraźniej nie
chciał dłużej ani Liesel, ani jej rodziny.
Tylu sąsiadów przestało z nimi rozmawiać. Od kiedy ojciec musiał zamknąć
sklep z powodu nowych antyżydowskich rozporządzeń, większość ludzi
zaczęła ich unikać.
Ale nagle chwycił ją strach, ponieważ Psota powiedział, że w Ameryce
będzie praca dla niej.
- A rodzice? - Pytanie zabrzmiało odrobinę tylko głośniej od szeptu. -
Czy ten pan opłaci podróż także im?
Odwrócił od niej wzrok i spojrzał przez wysokie francuskie drzwi
gabinetu. Na biurku Psoty Liesel dostrzegła też inną fotografię,
nauczyciela z rodzicami, kiedy był mniej więcej w tym samym wieku, co
ona teraz.
- Nie - odparł cicho. - Sfinansuje tylko twój wyjazd. Bardzo mi przykro.
Zanim zdążyła wypowiedzieć słowa, które już zaczynały formować się jej w ustach, ubiegł ją, przewidując, co zamierzała mu oznajmić.
- Rozmawiałem już z twoimi rodzicami, Liesel. Właściwie omówiłem to z nimi, jeszcze zanim napisałem do Laemmlego - przerwał na chwilę, znów
uciekł od niej wzrokiem i wbił spojrzenie w podłogę. - Oni doskonale
wiedzą, co tu się teraz dzieje. Chcą, żebyś skorzystała z tej szansy.
Chcą, żebyś wyjechała. Do Ameryki.
W czerwcu Liesel miała już zaproszenie i wizę. Zgodnie z poleceniem pana
Laemmlego jechała do Antwerpii, skąd wypływał statek do Nowego Jorku. Po
południu, kiedy żegnała się z rodzicami na dworcu w Brnie, mama sięgnęła
do koszyka i wyjęła paczkę.
- Co to? - spytała Liesel drżącym głosem, powstrzymując szloch. Po raz
pierwszy w życiu czuła się tak, jakby ktoś wlał jej cement w buty.
Chciała wrosnąć w chodnik i powiedzieć rodzicom, że nie może ich
opuścić.
- Upiekłam ci twój ulubiony - powiedziała mama ze łzami w oczach. -
Strudel jabłkowy...
Liesel wzięła paczkę i poczuła ciepło promieniujące przez płótno.
- Teraz mogę udawać, że wychodzisz tylko na tańce - dodała matka z wymuszonym uśmiechem.
Dziewczyna czuła w dłoniach miękkość ciasta.
- Boję się, że się złamie, zanim zdążę go zjeść.
- Kochanie, to nie ma znaczenia, nawet jeśli się połamie. Nawet jeśli
całkiem się pokruszy, wszystkie składniki nadal w nim będą.
Chwyciła córkę w objęcia.
- Zupełnie jak miłość moja i taty do ciebie.
Liesel przyjechała do Nowego Jorku, nie znając ani jednego angielskiego
słowa. Mówiła jednak trochę po niemiecku, co jej się przydało, ponieważ
pan Laemmle załatwił jej pracę krawcowej u niemieckiej Żydówki, która
prowadziła pracownię kostiumów w dzielnicy teatralnej. W kwestii zajęć
baletowych Psota załatwił jej wieczorne lekcje u dawnej tancerki teatru
imienia Kirowa, madame Polakowej, na Upper West Side. Jednak co wieczór,
bez względu na to, jak bardzo była zmęczona szyciem czy tańcem, Liesel
leżała i nie mogła zasnąć, zamartwiając się o rodzinę, która została w Czechosłowacji.
Pisała niezliczone listy do rodziców do Brna, ale dostała tylko jeden,
zaraz po tym, jak dotarła do Nowego Jorku. Starannie złożoną kartkę
przechowywała jak świętość w małym pudełku w szufladzie komody.
Najdroższa Liesel!
Kiedy piszę te słowa, wyobrażam sobie Ciebie z Twoimi jasnymi oczami,
radosnym uśmiechem, w trykocie i baletkach. W taki oto sposób matka
rozgrzewa swe serce. Spotkaliśmy się z panem Psotą i powiedział nam, że
pan Laemmle spełnił wszystkie obietnice. Że pracujesz i uczysz się
baletu. Nie potrafimy z tatą wyrazić słowami, jak bardzo jesteśmy
szczęśliwi, że radzisz sobie w Ameryce.
Dostaliśmy Twój list i - nie musisz się o nas martwić. Psota załatwił,
że dalej mogę szyć. Wysyła do mnie tancerki przed godziną policyjną, po
jednej albo najwyżej po dwie na tydzień, żeby nie wzbudzić podejrzeń, że
zapewnia nam zarobek. Franny i Tomas Kohnowie postanowili wyjechać pod
Pragę, do Terezina. Mówią, że też moglibyśmy się tam przenieść, że
będzie tam bezpieczniej niż w mieście. Tata na razie nie zdecydował, czy
tam wyjedziemy. Ile jeszcze czasu będziemy mieli na dokonanie wyboru,
zanim sytuacja zdecyduje za nas, tego nie wiem. Ale proszę, nie martw
się o nas, milačku. Myśl, że uśmiechasz się gdzieś tam, za oceanem,
trzyma nas przy życiu. Modlę się, żebyśmy się rychło spotkali.
Twoi kochający
Rodzice
Czytała list tyle razy, że papier prawie przetarł się na zgięciach.
Ponieważ mogła zabrać ze sobą tylko jedną małą walizkę, miała niewiele
rzeczy, które łączyły ją z dawnym życiem z rodziną w Brnie. Przywiozła
dwie sukienki, które uszyła jej mama, mały oprawiony w skórę album ze
zdjęciami, zawierający skrawki wspomnień z rodzinnych wakacji na
morawskiej wsi, i płytę, którą Psota przyniósł jej przed wyjazdem;
przewiozła ją w walizce owiniętą starannie w kilka warstw ubrań.
Tamtego wieczora, kiedy matka biedziła się, co najlepszego ugotować z resztek racji, Psota przyszedł się pożegnać.
Kiedy Liesel otworzyła drzwi, stał tam w eleganckim garniturze. W jednej
ręce trzymał bukiet kwiatów dla mamy, a w drugiej płytę dla niej.
- To prezent na pożegnanie - powiedział. - Symfonia Z Nowego Świata
Dvořáka.
Znała ją dobrze. Była to ulubiona symfonia studentów konserwatorium, z którymi tancerki dzieliły budynek, i Liesel parę razy słyszała ją przez
ściany sali do ćwiczeń. Skomponował ją Czech, który w owym czasie
mieszkał w Nowym Jorku i kierował tamtejszym konserwatorium. W symfonii
pobrzmiewały melodie inspirowane muzyką rdzennych Amerykanów i duchem
afroamerykańskim, które Dvořák słyszał w Ameryce. Druga część była
szczególnie piękna. Któregoś dnia chłopak z konserwatorium próbował
zaimponować Liesel po próbie i opowiadał, że symfonia natchnęła innego
amerykańskiego kompozytora do skomponowania piosenki Powrót do domu.
- Stosowny prezent - powiedziała z uśmiechem i pocałowała Psotę w policzek. - Bardzo dziękuję. Będę ją przechowywać jak skarb.
Późnym wieczorem, kiedy zjedli prostą kolację - pierogi z ziemniakami
zrobione przez mamę - tata wziął płytę od Psoty i położył na victrolę.
Brzmienie muzyki idealnie pasowało do tamtego wieczoru. Liesel słyszała
w niej tęsknotę za ojczyzną, podszytą cieniem nadziei.
- Dvořák napisał tę symfonię, kiedy był w Ameryce, Liesel.
- Wiem - odparła cicho.
- Obmyślałem choreografię do niej... - Głos tancerza ucichł. Przymknął
oczy, a Liesel pomyślała, że oczami wyobraźni widzi właśnie tę
choreografię. Później wszyscy nucili motyw przewodni z drugiej części.
Tamtego wieczora poddali się pocieszycielskiej mocy muzyki. Wypełniła
ona przestrzeń zamiast trudnych do wypowiedzenia słów. A później, w Nowym Jorku, kiedy Liesel nie mogła zasnąć, kiedy dręczyły ją obawy o los rodziny, skupiała myśli na przepięknych smyczkach oraz partii
solowej na rożek angielski z drugiej części i wyobrażała je sobie jako
niewidoczną nić łączącą jej serce z rodziną, która została w ojczyźnie.
Liesel wynajmowała mieszkanie wspólnie z dziewczyną, której Laemmle
również pomógł wydostać się z Europy. Było skąpo umeblowane - dwa łóżka,
kuchenny stół i krzesła. Ale po roku pracy w pracowni kostiumów Gerty
Kleinfeld Liesel miała dość pieniędzy, żeby kupić victrolę w komisie,
bez poczucia winy, że za bardzo narusza oszczędności gromadzone po to,
by pewnego dnia sprowadzić rodziców do Ameryki.
Nocami, kiedy ból tęsknoty za rodziną stawał się nieznośny, puszczała
płytę Dvořáka i wyobrażała sobie, że znów wszyscy razem siedzą w pokoju,
a ona może dotknąć ciepłych rąk matki i ojca.
Za dnia jednak była zbyt zajęta, żeby pozwolić sobie na melancholię.
Godzinami obrębiała brzegi mereżką, doszywała staniki i ozdoby do
kostiumów dziewczyn występujących w nocnych klubach. Z tego utrzymywała
się pracownia Gerty. Koło trzynastej kończyła szycie, a po południu
miała zajęcia baletowe w studiu madame Polakowej - wydawała na nie część
zarobków.
Liesel była wdzięczna, że nauczyła się od matki fachu, który pozwalał
jej opłacić rachunki. W pracowni Gerty chórzystki o wyszukanych
fryzurach, z olśniewającymi uśmiechami i idealnymi lokami stały przed
lustrami, podczas gdy Liesel dopasowywała im kostiumy. W konserwatorium
w ojczyźnie tańczyła wyłącznie w trykocie i rajstopach, z włosami ciasno
upiętymi w kok.
W zatłoczonych i hałaśliwych pomieszczeniach pracowni krawieckiej Liesel
nauczyła się sztuki metamorfozy. Mama przekazała jej wiedzę o gorsetach
baletowych i fiszbinach, ale tutaj, w Nowym Jorku, dowiedziała się, jak
używać pasów wyszczuplających i innych akcesoriów, które przemieniały
nawet najbardziej niepozorną dziewczynę w boginię.
Przez kilka następnych miesięcy Liesel nawiązywała bliższe relacje z tancerkami, które przychodziły do Gerty po kostiumy. Dziewczęta lubiły
delikatny dotyk Liesel oraz to, że po latach nauki tańca klasycznego
wiedziała, w jaki sposób ich ciała poruszają się podczas występu.
Rozumiała, jak ważne jest, żeby kostiumy nie tylko podkreślały ich
figurę, ale też podtrzymywały ciało w tańcu.
- Ręce w górę - mówiła do nich łamaną angielszczyzną - zegnij plecy...
Ustawiała je, żeby dopasować kostiumy tak, by się nie przesuwały ani nie
rozdarły podczas rozciągania i ruchu na scenie. Rozumiała doskonale, że
nie ma nic bardziej irytującego dla tancerki niż wrażenie, że kostium
może się rozpiąć.
Jakiś rok po przyjeździe zagadnęła ją jedna z dziewcząt, Victoria.
- Poruszasz się z takim wdziękiem - powiedziała. - Zupełnie jak
tancerka.
- Bo tańczę. - Liesel się uśmiechnęła. - Ale tylko balet.
Wyjęła szpilkę z poduszeczki i wpięła ją w brzeg spódnicy Victorii.
- Wiedziałam! - Victoria się roześmiała. - Widać to, jak idziesz przez
pracownię. Barki ściągnięte, prosta szyja...
Liesel się zaśmiała.
- No i te wspaniałe nogi. - Zmierzyła Liesel wzrokiem od stóp do głów. -
Tak, do licha, powinnaś tańczyć z nami, a nie ukrywać się w tej dziurze!
Liesel schyliła się po szpilki i zabrała się do kostiumu Victorii. Stała
przed wysokim lustrem i próbowała dopasować gorset do drobnej klatki
piersiowej tancerki.
- Nie mam obycia ze sceną - powiedziała Liesel. - Tyle co trochę szkoły
w Europie i zajęcia tutaj po pracy. Mam szczęście, że mogę pracować przy
szyciu...
- Nie bądź niemądra - odparła Victoria. - Przecież widzę, że odrobina
makijażu, trochę starań i byłabyś fantastyczna na scenie. Masz idealną
postawę, a układy są naprawdę łatwe. Robimy tylko ładne tło dla osoby,
która akurat tego wieczora coś śpiewa. To nic trudnego, szczególnie w porównaniu z baletem.
- Ale mój angielski...
- Przecież nie musisz się odzywać! Wystarczy rozumieć polecenia... -
Victoria poruszyła ramionami.
- Uważaj na szpilki - ostrzegła ją Liesel, lekko rozbawiona myślą, że
mogłaby zostać tancerką w Nowym Jorku. - Bo pokaleczysz sobie ręce.
Tego dnia po południu, po tym jak Liesel dała z siebie wszystko, żeby
kostium leżał na dziewczynie jak druga skóra, Victoria wręczyła jej
wizytówkę Leo Steina.
- Idź do niego - nalegała. - Jesteś taką samą tancerką jak ja, kiedy
zaczynałam. Nie można trzymać takiego ciała całymi dniami w pracowni
krawieckiej. Powiedz, że przysłała cię Victoria Creegan. To tylko trzy
przecznice stąd. Idź do niego w przerwie na lunch.
Teraz minęły już prawie trzy lata, odkąd Liesel zaczęła tańczyć w nocnych klubach. Pieniądze zaoszczędzone z wypłat i szycia, które
pewnego dnia zamierzała wydać na sprowadzenie rodziców, leżały
nietknięte. A z Europy napływały teraz przerażające doniesienia. Krążyły
pogłoski o obozach koncentracyjnych i żydowskich rodzinach wyłapywanych
i wysyłanych do różnych miejsc na terytorium Polski.
Za dnia większość czasu Liesel chodziła z uśmiechem przyklejonym do
twarzy i ciałem nastawionym, żeby chłonąć radość i muzykę z otoczenia.
Ale gdy zmywała makijaż i zdejmowała kostium sceniczny, czarno-białe
fotografie w gazetach wywoływały udrękę, z której nie potrafiła się
otrząsnąć.
W takich chwilach, gdy siedziała sama, oparta o łóżko, z pożyczoną
książką do nauki angielskiego na kolanach, widziała matkę, która żegna
się z nią z wymuszonym uśmiechem, i ojca przytrzymującego jej walizkę
kilka chwil za długo. Nie chciała patrzeć na te wszystkie koszmarne
zdjęcia i myśleć o tym, że może jej rodzice leżą gdzieś w tych stosach
ciał lub stali się już czarnym popiołem. Wolała patrzeć na rodzinną
fotografię, którą ustawiła na nocnym stoliku, i wierzyć, że nadal są
tam, gdzie ich zostawiła. Tata w ciemnobrązowym palcie i eleganckiej
fedorze i mama, zawsze z czymś ciepłym i słodkim w rękach.
Przez dwa dni Greg rozglądał się w tłumie za dziewczyną w tulipanowej
zielonej sukience. Przepatrywał paradę ciemnych garniturów i białych
koszul, kobiet w jesiennych strojach, filcowych kapeluszach i rękawiczkach z koźlęcej skóry. Nasłuchiwał kroków, a w czasie każdej
przerwy w grze przyglądał się twarzom osób stojących w kolejce po ciasta
Murraya.
W ciągu dnia Grega ze skrzypcami mijało kilkuset przechodniów. Niektórzy
zatrzymywali się na chwilę, żeby posłuchać gry, część z nich wrzucała
drobne do futerału, by wyrazić uznanie. Ale on ciągle miał w myślach
obraz dziewczyny o lekkim kroku tancerki i twarzy piękności ze Starego
Świata.
We wtorkowe popołudnie, kilka minut po pierwszej, znów ją zobaczył. To
była z całą pewnością ona. Twarz, której nie dało się pomylić z inną.
Nogi. Uśmiech. Niewiarygodna lekkość kroków.
Tym razem wiedział, że musi być szybszy, i zaczął grać od razu. Nie
zareagowała na Mozarta, więc szybko usunął Austrię z listy potencjalnych
miejsc jej pochodzenia. Następną oczywistą hipotezą były Niemcy. Greg
miał zatem do wyboru jednego z trzech panów "B": Bacha, Brahmsa i Beethovena. Koncerty skrzypcowe Brahmsa i Beethovena pozwoliłyby mu
zaimponować dziewczynie talentem, ale mógł też zagrać motyw Ody do
radości z IX Symfonii Beethovena i poruszyć ludzi. Może uwaga tłumu
przyciągnęłaby ją bliżej?
Dostrzegł, że lekko drgnęła, kiedy zaczął grać. Z wdziękiem obróciła się
na obcasie, gdy odchodziła od stoiska Murraya z torebką w dłoni, jak
miniaturowa balerina w pozytywce, którą kiedyś widział w antykwariacie
koło domu. Wirująca porcelanowa figurka wielkości jego kciuka w tiulowej
spódniczce o rozmiarze znaczka pocztowego.
Spojrzała w jego stronę, ale nie zatrzymała się, na co liczył. Był
jednak pewny, że zareagowała na grę. Dostrzegł drgnienie ciała, gest
zadowolenia i instynktowną reakcję na muzykę, którą wydobywał smyczek.
To postęp w porównaniu z poprzednim razem, wytłumaczył sobie, nie wolno
się zniechęcać. Tym razem, gdy szła do drzwi, odwróciła się i przelotnie
na niego spojrzała. Uśmiech dziewczyny przeszył mu serce, nagroda więcej
dla niego warta niż wszystkie monety świata.
Liesel szła do biura pana Steina i czuła lekkość, która nie miała nic
wspólnego ze słońcem ogrzewającym jej twarz ani z perspektywą kolejnego
czeku z wypłatą. Coś w muzyce skrzypka, która właśnie wpadła jej w ucho
na Grand Central, sprawiło, że poczuła się szczęśliwa i pełna energii.
Od wieków nie słyszała Ody do radości, inspirująca melodia podniosła
ją na duchu. Co ten skrzypek grał ostatnio? Chyba Eine kleine
Nachtmusik? Przypomniała sobie, że milion razy słyszała tę muzykę
dolatującą późnymi wieczorami z kawiarni w Brnie. Ten chłopak grał
zachwycająco. Odkąd przyjechała do Nowego Jorku, słyszała wielu grajków
na stacjach metra, ale większość z nich wybierała współczesnych
kompozytorów, Gershwina i Duke'a Ellingtona - może myśleli, że takie
utwory bardziej skłonią ludzi, by sięgnęli do kieszeni. Ale ten skrzypek
najwyraźniej wolał muzykę, która przypominała jej Europę.
Gdy szła, Beethoven rozbrzmiewał w jej głowie. Wróciła myślą do dawnego
życia w Brnie, do czasów nauki tańca w konserwatorium, gdzie studenci
muzyki często próbowali zwrócić na siebie uwagę najładniejszych
tancerek, grając z pasją na instrumentach. Te lata pozostawiły Liesel
najmilsze wspomnienia. Czas, kiedy nie tylko rodziła się jej miłość do
tańca i muzyki, ale też gdy myślała, że wszystko będzie takie samo już
na zawsze. Życie pełne kultury, sztuki, przyjaciół i rodziny.
W ostatnim roku nauki u Psoty miała szansę obserwować mistrza u szczytu
kreatywności, kiedy opracowywał choreografię do Tańców słowiańskich
Dvořáka. Spędził z Liesel i pięcioma innymi dziewczynami wiele godzin,
mobilizując je do dokładniejszej pracy nóg. Ale mimo zamkniętych drzwi
studia przepiękna muzyka orkiestry kameralnej wypełniała całą szkołę.
Sama była zdumiona, jak bardzo nie mogła się teraz doczekać prób w studiu tanecznym Rosenthala. Przez kilka dni z rzędu miała szansę kupić
sobie kawałek ciasta u Murraya i znów dać się oczarować przystojnemu
skrzypkowi, który zdawał się grać tylko dla niej.
W czwartek po południu, po porannym szyciu u Grety, Liesel poszła
schodami z kolejki do wyjścia z Grand Central na Lexington Avenue i znów
usłyszała jego grę za rogiem. Grał koncert skrzypcowy, może
Mendelssohna, nie była pewna. Ale jedno było oczywiste: gdy tylko
dobiegała do niej muzyka, czuła, że jej ciało na nią reaguje. Nuty
ciągnęły ją jak linki na bloczku. Czuła, że kończyny same jej się
wyciągają, a stopy chcą stawać na palcach i tańczyć. Wyobrażała sobie,
że tańczy na własnej prywatnej scenie, a ten mężczyzna, którego nie zna,
jest jej akompaniatorem.
Kolejka do wózka Murraya nie była tak długa jak zwykle, a kiedy
przechodziła obok bezimiennego muzyka, obróciła głowę i uśmiechnęła się
do niego. Zobaczyła, że unosi wzrok znad instrumentu i jego wargi
również układają się w uśmiech.
- Następny! - odezwał się zza lady ostry głos Murraya. - Czego sobie
życzysz, laleczko? Strudel jabłkowy jak zwykle?
- Tak - odparła i zarumieniła się. - Ale któregoś dnia muszę spróbować
waszych pączków.
- Wyglądasz bardziej na strudlową dziewczynę - powiedział sprzedawca,
uśmiechnął się i wręczył jej torebkę. I już zwracał się do następnego
klienta, a Liesel się odwróciła i spojrzała na zegar wiszący nad
przejściem do Vanderbilt Hall.
Miała mniej czasu, niż jej się zdawało. Zostało tylko dziesięć minut,
żeby nie spóźnić się na zajęcia u Rosenthala.
Kiedy przyśpieszyła kroku do wyjścia z dworca, usłyszała, że skrzypek
zaczyna grać Chopina. Zaskoczył ją ten dość dziwny wybór, ponieważ
wiedziała, że ten utwór o niebo lepiej brzmi na fortepianie niż na
skrzypcach.
Nie dotarło do niej, że chłopak zagrał właśnie tego kompozytora, żeby
sprawdzić jej reakcję. Żeby się przekonać, czy dziewczyna pochodzi z Polski, tak jak on. Że szuka czegoś, co przypomni jej ojczyznę,
gdziekolwiek się ona znajduje.
Po południu Liesel nadal rozmyślała o skrzypku, który najwidoczniej grał
zawsze w tym samym zakątku dworca i którego dobór repertuaru zaczął ją
intrygować. Nie miała szansy zobaczyć dokładnie jego twarzy, ponieważ
częściowo zasłaniał ją instrument. Ale widziała jego oczy. Lgnęły do
niej jak magnes. Jeszcze teraz czuła siłę tego spojrzenia.
Rosenthal sztorcował dziewczyny, by uważały na kroki.
- Schodzicie po schodach, obejmując ramieniem partnerów - komenderował.
- Pamiętajcie o uśmiechu. Pamiętajcie, żeby zsynchronizować krok z pozostałymi... Wszystko ma chodzić jak w zegarku... Dziewczęta! - Podniósł
głos i karcąco spojrzał na dziewczynę, która szeptała coś do drugiej
tancerki. - Zostały nam trzy dni, żeby dopiąć wszystko na ostatni guzik.
Skoncentrujcie się i do roboty!
Liesel milczała i zapamiętywała elementy choreografii. Była dla niej
bardzo prosta, bez porównania prostsza od skomplikowanych układów, które
tworzył mistrz Psota.
Spojrzała na zegar, dochodziła czwarta po południu. Zanim pojedzie na
Upper West Side do madame Polakowej, zajrzy na Grand Central i sprawdzi,
czy skrzypek jeszcze tam gra.
O wpół do czwartej Greg był już spakowany i zbierał się do pracy w teatralnej orkiestrze. Kiedy przechodził przez drzwi na Lexington
Avenue, nie mógł przestać myśleć o muzyce, którą dziś wybrał dla
dziewczyny.
Chociaż jeszcze do niego nie podeszła, wczoraj spojrzała w jego stronę z uśmiechem. To dobry znak, powiedział sobie.
Wiedział, że ten polonez był kiepskim wyborem. Brzmiał okropnie na
skrzypcach, trzeba pamiętać, że Chopin napisał go (jak właściwie
wszystko, co skomponował) na fortepian. Ale pomyślał, że gdyby była
Polką, doceniłaby nieudolne próby zagrania muzyki z jej ojczystego
kraju. Łamał sobie głowę, co zagra następnym razem, kiedy ją zobaczy.
W repertuarze zostało mu jeszcze kilka rzeczy przywołujących różne
kraje, z których mogła pochodzić. Cokolwiek, byleby zatrzymała się przy
nim na kilka chwil.
Wyobrażał sobie, że gdyby tak się stało, zagrałby utwór do końca, tylko
dla niej. A potem, kiedy wreszcie odłożyłby smyczek, mógłby ją zagadnąć,
może nawet zaprosiłby ją na lunch do pobliskiego baru Automat.
Odtworzył sobie w głowie mapę Europy i rozważał, gdzie następnym razem
szukać potencjalnej ojczyzny dziewczyny. Rosja to łatwizna. Czajkowski.
Greg uwielbiał popisywać się umiejętnościami, grając koncert skrzypcowy,
ale motyw miłosny z Romea i Julii musiał wzbudzić ciepłe uczucia u każdej dziewczyny, szczególnie Rosjanki z dala od ojczyzny. Gdyby jednak
pochodziła z Bułgarii lub Rumunii - będzie miał problem. Nie znał
żadnego kompozytora z tych krajów. Może mógłby poprosić któregoś z gości
wuja, żeby podsunął pomysł jakiejś pieśni z tamtych rejonów. I Węgry,
podobnie jak Polska, stanowiłyby pewien kłopot. Był oczywiście Liszt.
Ale to też pianista, którego najwspanialsze utwory słabo przekładały się
na skrzypce. Jeśli zaś znów spróbuje tej drogi po porażce z Chopinem,
czy dziewczyna się zorientuje, że on nie gra tu dla pieniędzy, tylko
próbuje wysłać wiadomość tylko dla niej?
Miał nadzieję, że następnego dnia znów ją zobaczy i dostanie kolejną
szansę. Już raz widział, jak jej stopy zareagowały na muzykę, a poprzednim razem - był pewny - obdarzyła go uśmiechem. Zastanawiał się
też, dokąd tak się śpieszy codziennie po południu. Wymyślił kilka
scenariuszy, ale w żadnym nieznajoma nie siedziała zamknięta w biurze z maszyną do pisania i telefonem.
Kiedy Greg szedł do domu, by przebrać się na wieczorny występ z orkiestrą, Liesel postanowiła jeszcze raz zajrzeć na dworzec i sprawdzić, czy skrzypek gra o tej porze. Ale kiedy przeszła przez drzwi
z Lexington Avenue, nie zobaczyła go. Miejsce za wózkiem z ciastkami
Murraya było puste, jak scena bez artysty, zostały tylko płyty lśniącego
jasnego marmuru. Liesel zaskoczyło własne rozczarowanie nieobecnością
muzyka.
Zobaczyła pucybuta z klientem; zgięty wpół doprowadzał do połysku buty
bankiera w średnim wieku.
Kobieta ciągnęła za sobą dwoje dzieci w stronę peronu, jej synek ściskał
w ręce czapkę.
Popatrzyła na pustą przestrzeń i odpłynęła myślami. Miała do skończenia
szycie u Gerty, występ w piątek wieczorem i ostatnią próbę do
jutrzejszego przedstawienia o drugiej. Liesel zobaczyła, że Murray
podnosi wzrok znad wózka. Tace były już prawie puste.
- Nie ma strudla - oznajmił z uśmiechem. - Ale zostało kilka pączków.
Była głodna i wiedziała, że powinna raczej kupić sobie kanapkę lub coś
zdrowszego. Ale dotąd nie próbowała jeszcze pączka.
- Dwa ciastka jednego dnia? - Roześmiała się i podeszła do lady. - Moja
talia chyba tego nie zniesie.
- To jakiś żart - powiedział i zapakował pączka w torebkę. Liesel
sięgnęła po dziesięciocentówkę do portmonetki.
- Ja stawiam, cukiereczku. Smak Ameryki na osłodę.
Następnego popołudnia wyszła od Gerty w porze lunchu i poszła na Times
Square, żeby złapać kolejkę na Grand Central. Leo Stein miał dla niej
kolejny czek, a potem zamierzała jechać do Rosenthala na ostatnią próbę.
W ręce trzymała kontrakt na wieczór.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki