Grobla - Paweł Jaszczuk

-
Proszę czekać

Prolog

Nie brał latarki ani komórki. Był zbyt ostrożny, by popełnić ten oczywisty błąd. Wolał myśliwski noktowizor - choć niezbyt wygodny, to dawał przewagę nad każdym, kto mógłby się kryć w ciemności. Rozejrzał się, lecz prócz ruchliwej sarny, która zostawiała w obiektywie zielonkawą, rozmytą smugę, nie dostrzegł nic niepokojącego. Uspokojony szedł wzdłuż rzeki przez gęsty las, który spowijała mlecznobiała zawiesina. Czuł coraz większą ekscytację. Szum wody uderzającej o wystające z niej głazy łączył się w jego uszach z ledwie wyczuwalnym szelestem liści.

Po mniej więcej dwudziestu minutach dotarł do "swojej" polany. Zdziwił się, bo mgła zaczęła opadać, zakrywając widok na jezioro. Jakiś ptak za jego plecami poderwał się niespodziewanie do lotu, a wielka ryba z głośnym chlupotem rzuciła się blisko trzcin. Wiatr ucichł zupełnie. Świtało. Pierwsze słabe promienie grzęzły w gęstych oparach, które wdychał ustami i nosem.

Przed przewróconą brzozą zatrzymał się i na chwilę zamknął oczy. Dotknął palcami kory, poczuł pod opuszkami wilgotną, chropowatą wypukłość. Przepełniała go nieopisana radość, bo gra, którą prowadził, utwierdzała go w przekonaniu, że jest od nich lepszy. Musiał tylko jeszcze raz to udowodnić, realizując swój doskonały plan bez względu na konsekwencje. To był ten moment, chwila, na którą czekał. Teraz wszystko zależało od niego.

Z wiarą, że osiągnie cel, wyciągnął z plecaka przygotowane wcześniej dekoracje. Nie prosiłem ich o to, sami tego chcieli, pomyślał i zaśmiał się upiornie, przykładając gładką, szeleszczącą kartkę do szorstkiej kory. Potem kilkoma zręcznymi ruchami przymocował ją do pnia giętkim zielonym drutem odwiniętym ze szpuli. Zadowolony z efektu sięgnął po następną, powtarzając ruchy dotąd, aż uznał, że zaścielone łoże zasługuje na nową ofiarę.

Widziałem tego akordeonistę nieraz. Siadał na swoim składanym stołeczku niedaleko galerii handlowej i godzinami torturował przechodniów koszmarnymi melodyjkami. Wyciągałem wtedy portfel i wrzucałem mu do skrzynkowego futerału pieniądze, błagając, by choć na chwilę oszczędził moje uszy. Ledwie się jednak oddalałem, on jeszcze żwawiej przebierał palcami po klawiaturze, doprowadzając mnie do szewskiej pasji. Jego akordeon, ozdobiony srebrnym medalikiem z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, wydawał dźwięki psa bitego kijem, więc w odpowiedzi na ten horror zamykałem okna mojego Biura Detektywistycznego MOZA wychodzące na główną ulicę miasta.

Byłem trochę przewrażliwiony na punkcie ulicznego grajka i każdego ranka sprawdzałem, czy nie wziął sobie wolnego, lecz on jak zły szeląg wracał na swoje stanowisko. Natrętny muzyk doskonale wiedział, że z mojego biura widać było jego popisy, bo czasem podnosił rękę, pozdrawiając mnie, jakbyśmy byli kumplami. Nie przyznawałem się do tej znajomości i wstyd powiedzieć, ale życzyłem mu najgorszego.

Pewnego dnia stał się cud. Mój prześladowca zniknął. Sądziłem nawet, uradowany, że na dobre zrezygnował z irytującego nawyku. I gdy właśnie świętowałem małe zwycięstwo, w mojej agencji detektywistycznej zjawiła się starsza kobieta.

Koścista dama w lazurowej sukience i cyjanowym kapeluszu, widząc, że wywarła na mnie wrażenie swoim ekscentrycznym ubiorem, zakaszlała teatralnie i pokazała na gardło. Zaprosiłem ją do środka, wskazałem fotel dla interesantów i zaproponowałem coś do picia. Elegantka zdjęła kapelusz, a potem opróżniła łapczywie szklaneczkę wody, którą jej podałem.

- Myślałam, że umrę w drodze do pana. Taki dziś skwar - wyszeptała. Była wyraźnie spięta. Nerwowo poprawiała kok na czubku głowy. Czekałem, aż zacznie mówić. Wtedy uniosła brodę, spojrzała z góry i syknęła: - Czy pan wie, kim jestem?

Prawdę mówiąc, nie miałem zielonego pojęcia. Coś mi świtało, ale nie byłem tego pewny. Może minąłem ją kiedyś na ulicy, widziałem w sklepie, na jakiejś wystawie albo oglądałem jej zdjęcia w internecie, lecz nie potrafiłem sobie przypomnieć kiedy i gdzie. Jej surowe rysy - haczykowaty nos, wąskie usta i obwisłe uszy ozdobione złotymi kolczykami - zdradzały, że w młodości nie należała do piękności. Ale miała chyba swoje sposoby, żeby przyciągać uwagę mężczyzn. Gdy próbowałem wybrnąć z kłopotliwej sytuacji, szukając w pamięci najmniejszego punktu zaczepienia, kobieta skłoniła głowę.

- Nazywam się Anna Kris. Czy mówi panu coś moje nazwisko?

- W każdym razie nie jest mi obce - ostrożnie próbowałem się ratować, choć żadnej Anny Kris dotąd nie znałem.

- Jestem matką Martina! - dodała z dumą, przysuwając się tak blisko, że poczułem słodki zapach perfum.

- Teraz rozumiem! - odparłem, unikając jej wzroku, by ukryć swoją indolencję.

Wtedy kobieta przestała owijać w bawełnę i powiedziała, że zależy jej na odnalezieniu syna.

- Zna go pan, spotykaliście się niemal codziennie... - Spoglądała coraz bardziej zirytowana, a gdy nie rozpoznałem, o kim mowa, wskazała palcem miejsce, gdzie siadywał akordeonista. - Przedwczoraj Martin nie wrócił do domu. Nigdy mu się to nie zdarzyło. Jest obowiązkowy. Mam nadzieję, że uda się go panu odnaleźć.

Gdy zapytałem, dlaczego wybrała właśnie moje biuro, a nie udała się na policję, odpowiedziała, że ma złe doświadczenia w kontaktach ze służbami mundurowymi.

- I nie tylko z nimi - dodała pospiesznie. - Już na wstępie zaznaczam, że sprawa Martina nie może wypłynąć do mediów. Dziennikarskie hieny tylko czekają, aż ktoś sławny popełni błąd, a widownia będzie je jeszcze nagradzać brawami.

Pani Kris nie zachęciła mnie do podjęcia się zadania. Nie miałem zamiaru szukać jej syna i dla zasady rzuciłem zaporową cenę, aby ją odstraszyć. Każdy na jej miejscu by zrezygnował, lecz ona bez mrugnięcia okiem przystała na moją propozycję. Wyjęła z torebki kremową kopertę i położyła ją na biurku, jakby przewidziała finał rozmowy.

- Co to jest? - nie kryłem zdziwienia.

- Zaliczka. Piętnaście tysięcy złotych. Nie chciałabym pana urazić, ale mój syn mógłby kupić tę agencję razem z panem - oznajmiła z jakąś idiotyczną dumą, oblizując ruchliwym językiem implanty.

Kiedy czekałem na wyjaśnienie, pani Kris stwierdziła, że jej Martin był najlepszym akordeonistą w Europie, a może i na świecie, oraz dodała, że zanim przydarzył mu się wypadek samochodowy, wszystkie muzyczne sceny stały przed nim otworem.

- Jak to się stało? - spytałem zaskoczony.

- Była jesień, szarówka, padała mżawka. Jakiś szaleniec potrącił go na przejściu dla pieszych na Warszawskiej. Czy pan sobie wyobraża, że ów drań zwiał, nie udzieliwszy Martinowi pomocy? Nigdy go nie złapano! Policja od początku coś kręciła. Podejrzewam nawet, że to jakiś znajomek komendanta, więc najlepiej było umorzyć postępowanie z "braku wykrycia sprawcy". Do dziś nie umiem się pogodzić z tym, że Martin u szczytu swojej kariery stał się ofiarą szalonego rajdowca. Ze wstrząsem mózgu, ze złamanym obojczykiem, wybitymi palcami przeleżał miesiąc w szpitalu uniwersyteckim, podłączony do kroplówki. Stracił sprawność w dłoniach i, co gorsza, nie rozumie, co gra i co do niego mówię. Ręce to pikuś, lecz głowy nie da się tak szybko zregenerować. Kiedyś mój Martin miał wybitną pamięć. Grał bez nut Vexations, utwór trwający czternaście godzin! Mógł czarować publiczność samymi basami, a słuchacze byli nim zafascynowani. Chce pan dowodów? Niech pan spojrzy!

Wyjęła z torebki kilkanaście zdjęć i ułożyła z nich na stoliku wachlarzyk.

- O, tu ma pan mojego Martina. Bardzo proszę! - Przejechała palcami po fotkach.

Zachęcony, sięgnąłem po pierwszą, na której chłopczyk, niewiele większy od akordeonu, stał obok postawnego dyrygenta we fraku. Na innej kilkunastolatek w bordowej koszuli, rozpiętej pod szyją, grał dla jakichś oficjeli, a na kolejnej dojrzały Martin otoczony wianuszkiem długonogich, cycatych girlasek na podświetlonej jupiterami scenie.

Przeglądając zdjęcia i słuchając paplaniny pani Kris, poznałem skrócony życiorys jej syna. Dowiedziałem się, że był bezdzietnym rozwodnikiem, a jego kariera w pewnym momencie zawisła na włosku z powodu średniej klasy skrzypaczki.

- Najgorsze, co mogło mu się w życiu przytrafić, to takie beztalencie. Małe i chude toto było, ale z ambicją jak jasna cholera! Natasza, bo takie nosiła imię, za wszelką cenę chciała mieć z nim dziecko, ale na szczęście, gdy była w szóstym tygodniu ciąży, zdołałam jej to wybić z głowy. Kto miałby je wychowywać? Ona, a może ja, co? Martin w porę się opamiętał i powiedział jej "dość". Skrzypce i akordeon nawet do siebie nie pasują! Nadają się do polki szarpanej albo do przyśpiewek na bawarskim Oktoberfeście. Wkrótce Natasza znalazła sobie pocieszyciela, który grał na perkusji. I po tej nieudanej małżeńskiej przygodzie mój synek mógłby dalej jeździć po świecie i spijać śmietankę swojego talentu.

Kobieta gadała jak najęta. Nie umiałem jej uciszyć, a kiedy zapytałem, dlaczego przyszła akurat do mnie, a nie wybrała jakiegoś innego detektywa, odpowiedziała coś, czego się nie spodziewałem.

- Bo jedynie pan go rozumiał i wspierał. Wierzę, że dzięki tej nici męskiego porozumienia wkrótce mój kochany Martin się odnajdzie. - I następnie dodała: - Był mało zaradnym chłopcem, który beze mnie nigdy by się w życiu nie wybił.

Nie miałem wątpliwości, z taką toksyczną matką nie wytrzymałbym ani chwili. Nie wyprowadzałem jej z błędu, ale prawda była taka, że tej akordeonowej sławie płaciłem nie za to, że grała, lecz żeby wreszcie przestała rzępolić, więc cieszyłem się, że przepadła, i wcale nie pasowało mi uganianie się za Martinem Krisem po mieście. Tym bardziej że od pewnego czasu mój zespół detektywistyczny był w rozsypce. Natalia Biała sama wychowywała autystyczną córeczkę, Adam Wrona chadzał swoimi ścieżkami i czasem nieźle popijał, zaś Patryk Adamek, najzdolniejszy z tej trójki, z którym wiązałem nadzieje, wyjechał na urlop do Wietnamu. Zostawałem tylko ja.

Wahałem się, jak postąpić, ale żaden pieniądz nie śmierdzi. Wyjąłem z szuflady druk zlecenia i podsunąłem pani Kris, prosząc, by zapoznała się z treścią i łaskawie złożyła na nim swój podpis.

- Co to jest? - Machnęła kartką wściekle, zrzucając ją na podłogę.

- Standardowy formularz przyjęcia zlecenia - odparłem, podnosząc go. - To formalność.

- Czy nie można by tego jakoś tak... - mrugnęła do mnie znacząco - no wie pan, po ludzku?

- Jak pani to sobie wyobraża?

- Zwyczajnie. Ze względu na pozycję mojego syna wolałabym zawrzeć umowę ustną. - Pani Kris wbiła we mnie wzrok bazyliszka.

- Wyjątkowo odstąpię od podpisania umowy - odpowiedziałem, siląc się na uśmiech.

Kiedy zamierzałem zadać jej kilka pytań, przeszkodził nam narastający hałas. Podeszliśmy do okna. Przez nasze miasto w asyście straży miejskiej i policji maszerował w stronę ratusza kwiat tęczowej młodzieży. Szli z dumą, pod patronatem prezydenta, bo przecież każdy ma prawo do miłości, i wykrzykiwali swoje racje przez megafony. Z hukiem zamknąłem okno.

- Nareszcie cisza, nie można się w tym mieście skupić. - Pani Kris kolejny raz puściła do mnie oko.

- Czy pani syn miał komórkę? - spytałem.

- Oczywiście, że tak, przecież jest dorosły.

- Czy od chwili zaginięcia kontaktował się z panią, a może pani do niego dzwoniła?

- Niestety, Martin zostawił iPhone'a w domu. Przed przyjściem do pana sprawdziłam jego pocztę oraz wszystkie wiadomości i mogę zapewnić, że nikt nie szukał z nim kontaktu. Czekałam na niego z kolacją. Ugotowałam ryż na mleku z jabłkami, cynamonem i śmietaną. Jak lubi. Calutka noc nieprzespana, musiałam brać tabletki. Przeżyłam koszmar!

- Współczuję pani, lecz czy zdarzało się już wcześniej, że pan Martin nie wracał na noc do domu, zapominając telefonu?

- Mój syn przed wypadkiem był wyjątkowo odpowiedzialny. Ale potem musiałam mu przypominać, że jego akordeon jest jak kobieta: nie wybacza, gdy się ją zaniedbuje.

Zaczynało być interesująco. Przede mną siedziała rodzicielka, która w swoim mniemaniu lepiej znała syna niż on siebie. Nie byłem psychologiem jak moja współpracownica Natalia Biała, autorka podręczników do psychologii, która niebawem miała nadejść.

- Czy pani syn korzystał z Facebooka lub Instagrama?

- Martin jest za poważny, by robić sobie błazeńskie selfie.

- Ma pani jego aktualne zdjęcie?

- Naturalnie. - Pani Kris wyjęła z torebki pozowane zdjęcia Martina w stalowym garniturze i krawacie. - Mam nadzieję, że nie przepadnie.

- Może pani być o to spokojna. - Włożyłem fotografię do plastikowej koszulki i zapytałem: - Czy pani syn miał jakieś ulubione miejsce, w którym mógłby czasowo przebywać?

- Martin tak jak ja jest domatorem, kocha nasze dwupoziomowe mieszkanie na starówce i atmosferę, którą mu w nim stworzyłam. Daczę sprzedaliśmy w zeszłym roku. Forsa poszła na profesorów.

- Rozumiem... Ale czy mógłby wrócić do byłej żony? Do pani Nataszy?

- To wykluczone, przecież wzięli rozwód!

- Jasne. Proszę podyktować mi numer pani telefonu. Jeśli czegoś się dowiem, natychmiast się odezwę.

Pani Kris niechętnie podała swój numer, zastrzegając, bym go nikomu nie przekazywał. W rewanżu dałem jej wizytówkę z numerem stacjonarnym agencji i moją komórką, zapewniając, że może dzwonić o każdej porze, jeśli tylko dowie się czegoś ważnego. Zapytałem ją także, czy może mi użyczyć telefon syna.

- Martin nigdy by mi tego nie wybaczył. Zresztą znam zawartość jego smartfona i sprawdzam go co jakiś czas, żeby... Są w nim zapisane hasła i osobiste notatki, więc sam pan rozumie...

- Rozumiem. Na dzisiaj to wszystko. - Spojrzałem na nią znacząco.

Na te słowa pani Kris raczyła podnieść się z fotela i bąknąć "do widzenia". Odpowiedziałem jej możliwie najuprzejmiej, po czym zamknąłem za nią drzwi i odetchnąłem z ulgą.