Nie mam pomysłu na tytuł tej książki. To do mnie niepodobne, zazwyczaj nie mogę się zdecydować, bo tych propozycji jest za dużo. Może chodzi o to, że pierwsza książka już jest i smutno byłoby zepsuć kolejną jakimś słabym hasłem? Mawiają, że nad muzykami wisi "klątwa drugiej płyty", czyli presja, która potrafi spieprzyć całą karierę. Czy możemy zdiagnozować u mnie "klątwę drugiej książki" i po prostu założyć, że to normalne?
Myślałam o czymś bardzo prostym. Wielki napis na czystej okładce, najlepiej w jakimś intrygującym kolorze. (Ostatnio mam absolutny szał na punkcie neonowej limonki). Boję się jednak, że za bardzo będzie sugerował inspirację albumem BRAT Charli XCX. Świat oszalał na jej punkcie, ja też nie kryłam się ze swoją fascynacją.
Zostawiam kolor na później, a wracam do najważniejszego.
Pisząc te teksty, często myślałam o pewnej postaci filmowej o imieniu Bridget. Gdy byłam mała, uwielbiałam oglądać Dziennik Bridget Jones. Niby jedna z wielu komedii romantycznych, ale dla mnie bardzo ważna. Przechodząc drogę dojrzewania, inspirowałam się Bridget i jej przygodami. Mnie też nie udawało się znaleźć chłopaka. Miałam takie same kompleksy i walczyłam z nadwagą. Prowadziłam masę dzienników, w których zapisywałam swoje porażki i płakałam, opisując kolejne. Podglądanie jej życia dodawało mi otuchy. Czułam, że nie jestem wcale taka najgorsza.
Kiedy Bridget zaczynała randkować, pojawiała się we mnie nadzieja, że i mnie się uda. Podobała mi się jej "nieidealna" natura. Chodziła w powyciąganych pidżamach, rano jej włosy wcale nie układały się w piękne fale jak u innych aktorek. Kiedy zamawiała chińszczyznę i odpalała jakiś głupi film, czułam, że mogłybyśmy się zaprzyjaźnić. Nie była wymuskaną pańcią jak dziewczyny z Gossip Girl, którymi chciały być wszystkie moje koleżanki. Bridget miała w sobie pierwiastek niechlujstwa, niezdarności i po prostu wydawała się normalna.
Teksty w tej książce są grube, chude, mądre i głupie. Nie zmieniam imion moich znajomych, nie kryję, że to moje historie. Czasem pozwalam zajrzeć sobie w majtki. Tu nie ma poezji czy akademickich rozkmin. To po prostu różne przygody z mojego życia, opowiedziane w śmieszny sposób. Większość z nich jest o głupotach. Moją codzienność budują same durne sprawy: w co się ubrać, czym się martwić, czego nie zrobić, z kim się polubić. Jedyne, co mnie odróżnia od Bridget, to mieszkanie w Warszawie, a nie w Londynie. Zabawne, że bohaterka filmowa ma trzydzieści dwa lata. Dokładnie tyle co ja.
Czytam w internecie, że "Brygida" wywodzi się od celtyckiego słowa brigh, co oznacza "siłę", "moc" i "odwagę". Przypominam sobie, jak Mama mi mówiła, że wyglądam jak Brigitte Bardot. Przychodziłam do niej zapłakana, bo "Roger z klasy znowu powiedział, że jestem gruba", a ona brała mnie na kolana i mówiła: "Przecież ty jesteś śliczna jak Brigitte Bardot!".
"Brygida" ma w sobie coś mocnego, bo gdy wymawia się to imię na głos, wiadomo, że nie ma żartów. Może to "g" w środku nadaje jakiejś wagi. Ale przecież nie mogę tak nazwać książki. Jestem Marysia, Maria, Mery i kropka. Co łączy mnie z filmową postacią, tak namiętnie oglądaną w dzieciństwie (nie mylić z kontynuacją filmu z ostatnich lat, bo ta była mocno średnia)? Wieczne poczucie, że jestem nie taka, jak powinnam. Raz gruba, raz chuda, raz głupia, raz mądra.
Gdy zamykam oczy, wyświetlają mi się te słowa jak stroboskopy. Czasem nie wiem, za którym podążać. Wydaje mi się, że idę za wszystkimi naraz. Dlatego wrzucam je do jednego kolorowego worka i chyba mam już tytuł tej książki.