Prolog
Filip
Podwójne stocznie Kallisto wznosiły się obok siebie na półkuli księżyca
trwale odwróconej od Jowisza. Słońce było tu tylko najjaśniejszą gwiazdą
w wiecznej nocy, a dużo więcej światła dawała szeroka smuga Drogi
Mlecznej. Wszędzie wzdłuż krawędzi kraterów ostre białe światła
przemysłowe oświetlały budynki, podajniki i rusztowania. Z regolitu
kamiennego pyłu i lodu sterczały wręgi budowanego właśnie statku. Dwie
stocznie: cywilna i wojskowa, jedna kierowana przez Ziemian, druga
należąca do Marsa. Obie chronione przez ten sam system
przeciwmeteorytowych dział szynowych, obie specjalizujące się w budowaniu i naprawianiu jednostek, które miały zabrać ludzkość do nowych
światów poza pierścieniami, gdy i jeśli wyjaśni się sytuacja na Ilusie.
I obie miały dużo większe problemy, niż przypuszczano.
Filip przesunął się do przodu, mając resztę zespołu blisko za sobą.
Diody LED jego skafandra zostały wyrwane, a ceramiczny pancerz drapano
tak długo, aż nie został żaden kawałek na tyle gładki, by odbijać
światło. Nawet jasność wyświetlacza przeziernego zmniejszono na minimum
tak, że był prawie niewidoczny. Głosy w uszach Filipa - ruch statków,
kanały ochrony, rozmowy cywilów - były odbierane wyłącznie w trybie
biernym. Słuchał, niczego nie nadając. Laser celowniczy, który dźwigał
na plechach, był wyłączony. Razem z zespołem byli tylko cieniami wśród
cieni. Ledwie widoczny zegar odliczania z lewej części wyświetlacza
zszedł poniżej piętnastu minut. Filip poklepał otwartą dłonią powietrze
niewiele gęstsze od próżni, co było pasiarskim odpowiednikiem polecenia
powolnego ruszenia do przodu. Jego ludzie posłuchali.
Wysoko w pustce nad nimi, zbyt daleko, by je zobaczyć, marsjańskie
okręty wojenne pilnujące stoczni rozmawiały ze sobą krótkimi,
profesjonalnymi frazami. Ich flota została przetrzebiona, więc na
orbicie znajdowały się tylko dwie jednostki. Prawdopodobnie jedyne dwie.
Istniała możliwość, że gdzieś dalej kryło się ich więcej, zamaskowanych
przed radarem i gromadzących ciepło, choć nie było to zbyt
prawdopodobne. A jak mawiał ojciec Filipa, życie to ryzyko.
Czternaście minut, trzydzieści sekund. Obok pojawiły się dwa dodatkowe
zegary, jeden odliczający czterdzieści pięć sekund, drugi dwie minuty.
- Transportowiec Frank Aiken, masz zgodę na podejście.
- Wiadomość przyjęta, Carson Lei - zabrzmiał znajomy głos Cyna. Filip
słyszał uśmiech w głosie starego Pasiarza. - Coyos sabe best ai sus bebe
come na dół?
Gdzieś tam Frank Aiken oświetlał marsjańskie okręty niewinnymi
laserami dalmierzy ustawionymi na tę samą długość fali, co laser
celowniczy dźwigany przez Filipa. Kiedy odezwał się marsjański oficer
łączności, w jego głosie nie było ani śladu strachu.
- Nie potwierdzam, Frank Aiken. Proszę powtórzyć.
- Przepraszam, przepraszam. - Cyn się roześmiał. - Czy szanowni
jaśniepaństwo znają jakieś dobre bary, gdzie biedna pasiarska załoga
może się napić po zejściu na powierzchnię?
- Nie pomożemy, Frank Aiken - odpowiedział Marsjanin. - Utrzymuj kurs.
- Sabez sa. Twardzi jak kamień, prosto jak pocisk, my.
Grupa Filipa dotarła do krawędzi krateru, patrząc w dół na tereny wokół
marsjańskiej stoczni wojskowej. Wyglądała tak, jak się spodziewał:
skupisko magazynów i pomniejszych budynków. Zdjął z pleców laser
celowniczy, ustawił jego podstawę na brudnym lodzie i włączył go.
Pozostali, rozproszeni w linii na tyle luźnej, że razem cały czas mieli
na oku wszystkich strażników, zrobili to samo. Lasery były stare, a zamontowane w nich systemy śledzenia pozyskano z licznych, niezależnych
źródeł. Zanim maleńka czerwona dioda na podstawie urządzenia zaświeciła
na zielono, pierwszy z pomocniczych zegarów odliczania dotarł do zera.
Na kanale cywilnym rozbrzmiał trójtonowy sygnał alarmu, a zaraz po nim
rozległ się przejęty kobiecy głos.
- Mamy w terenie niekontrolowanego mecha załadunkowego. On... o cholera.
Idzie w stronę systemów przeciwmeteorytowych.
Filip rozmieszczał swoją grupę wzdłuż krawędzi krateru, słysząc dźwięki
paniki i alarmów. Wokół nich unosiły się maleńkie chmurki pyłu, nie
opadały, rozpraszały się jak mgła. Mech załadunkowy nie reagował na
polecenia blokad i toczył się przez ziemię niczyją w stronę szerokich
oczu dział obrony przeciwmeteorytowej, oślepiając je, nawet jeśli tylko
na kilka minut. Zgodnie z procedurą z bunkra wyłoniło się czterech
marsjańskich marines. Pancerze wspomagane pozwalały im sunąć nad
powierzchnią, jakby ślizgali się po lodzie. Każdy z nich mógł zabić całą
jego grupę i nie poczuć nic gorszego od chwili pogardy. Filip dla zasady
nienawidził ich wszystkich razem i każdego z osobna. Ekipy naprawcze
ruszały już w stronę uszkodzonego zestawu. Wszystko zostanie przywrócone
do porządku w ciągu godziny.
Dwanaście minut, czterdzieści pięć sekund.
Rozejrzał się po swojej grupie. Dziesięciu ochotników, najlepszych
żołnierzy, jakich mógł zaoferować Pas. Oprócz niego nikt nie wiedział,
dlaczego misja rajdu na marsjański magazyn była ważna ani do czego miała
prowadzić. Wszyscy byli gotowi zginąć, jeśli im każe, z powodu tego, kim
był. Z powodu tego, kim był jego ojciec. Filip czuł to w brzuchu i gardle. Nie strach, dumę. To była duma.
Dwanaście minut, trzydzieści pięć sekund. Trzydzieści cztery.
Trzydzieści trzy. Rozstawione lasery obudziły się do życia, celując w czterech marines, bunkier ze wsparciem, płoty, warsztaty i koszary.
Marsjanie odwrócili się dzięki pancerzom tak czułym, że zauważyły nawet
delikatne dotknięcia niewidzialnych wiązek światła. Równocześnie unieśli
broń. Filip zauważył, że jeden z nich dostrzegł grupę, przesuwając broń
w ich stronę. Ku niemu.
Zaparło mu dech w piersiach.
Osiemnaście dni temu lecący od strony Jowisza statek - Filip nie
wiedział nawet jaki - gwałtownie przyśpieszył, osiągając dziesięć, może
nawet piętnaście g. W nanosekundzie precyzyjnie określonej przez
komputery statek wypuścił kilkadziesiąt prętów wolframowych z czterema
jednorazowego użytku rakietami w środku masy i połączonymi z nimi tanimi
czujnikami na jedną długość fali. Były tak proste, że trudno byłoby je
nazwać maszynami. Nawet sześciolatki codziennie budowały coś bardziej
złożonego, ale przyśpieszone do stu pięćdziesięciu kilometrów na sekundę
nie musiały być skomplikowane. Wystarczyło im pokazać, gdzie mają
lecieć.
Było po wszystkim w czasie, którego sygnał potrzebował na przemknięcie z oka przez nerw wzrokowy do kory mózgowej. Stał się świadom uderzenia,
chmur wzbitego materiału w miejscach, gdzie przed chwilą stali marines,
i dwóch krótko żyjących gwiazd na niebie w miejscu marsjańskich okrętów
już po tym, gdy wróg zginął. Włączył funkcję nadawczą radia skafandra.
- Ichiban - powiedział dumny, że jego głos brzmiał tak spokojnie.
Razem ruszyli w głąb krateru. Marsjańska stocznia przypominała coś ze
snu, z chmurami unoszącymi się ze strzaskanych warsztatów uwalniających
różnorodne gazy. Nad koszarami kłębił się łagodnie śnieg z atmosfery
marznącej w prawie próżni. Marsjanie zniknęli, ich ciała zostały
rozerwane i rozrzucone na dużej powierzchni. Krater wypełniała chmura
pyłu i lodu i tylko wyświetlacz przezierny wskazywał mu lokalizację
celów.
Dziesięć minut, trzynaście sekund.
Grupa Filipa podzieliła się. Trzech ruszyło przez środek otwartej
przestrzeni, szukając miejsca dość dużego, by rozpocząć rozkładanie
cienkiej, czarnej jak węgiel struktury rusztowania ewakuacyjnego. Dwójka
odpięła bezodrzutowe pistolety maszynowe, gotowa strzelać do każdego,
kto wyłoni się z gruzów. Kolejna dwójka pobiegła w stronę zbrojowni, a trzech ruszyło z nim do szop magazynowych. Budynek przebijał się przez
chmury pyłu, surowy i groźny. Drzwi prowadzące do środka były zamknięte.
Na boku leżał przewrócony mech załadunkowy, kierowca był martwy lub
umierający. Jego specjalista od techniki podszedł do panelu sterowania
drzwi i wydłubał go z obudowy mechanicznymi szczypcami.
Dziewięć minut, siedem sekund.
- Josie - rzucił Filip.
- Trabajan, sa sa? - Josie odpowiedział uprzejmie.
- Wiem, że pracujesz - powiedział Filip. - Ale jeśli nie dasz rady tego
otworzyć...
Wielkie drzwi szarpnęły się, zadrżały i podniosły. Josie odwrócił się i włączył światła w hełmie skafandra, żeby Filip zobaczył wyraz jego
pobrużdżonej twarzy. Weszli do magazynu. Wieże z zakrzywionej ceramiki i stali tworzyły wielkie sterty, gęstsze od gór. Na plastikowych szpulach
wyższych od Filipa spoczywały zwoje setek kilometrów drutów grubości
włosa. Olbrzymie drukarki czekały, gotowe wypluwać płyty obejmujące
pustkę, definiując objętość i tworząc bańkę powietrza, wody i złożonych
związków organicznych składających się na środowisko umożliwiające życie
ludziom. Migotały światła awaryjne, nadając wielkiej przestrzeni upiorny
wygląd katastrofy. Ruszył przed siebie. Nie pamiętał wyciągania broni,
ale miał ją w ręku. Do mecha przypinał się Miral, nie Josie.
Siedem minut.
W chaosie stoczni pojawiły się biało-czerwone błyski pierwszych pojazdów
reagowania kryzysowego, ich światła dochodziły zewsząd i znikąd. Filip
sunął wzdłuż rzędów zestawów spawalniczych, drukarek do metalu.
Zbiorników pyłu stalowego i ceramicznego, drobniejszego od talku.
Spiralnych mocowań. Warstwy kevlaru i pianki przeciwuderzeniowej
wznosiły się jak największe łóżko w Układzie Słonecznym. W jednym z rogów otwartej przestrzeni leżał rozłożony cały silnik Epsteina,
wyglądał jak najbardziej skomplikowana układanka wszechświata. Filip to
wszystko ignorował.
Powietrze nie było dość gęste, by przenosić dźwięki wystrzałów. Jego
wyświetlacz błysnął ostrzeżeniem o szybkich obiektach w tej samej
chwili, gdy na stalowej belce z prawej pojawiła się jasna plama. Filip
padł, choć jego ciało przesuwało się ku powierzchni znacznie wolniej,
niż robiłoby to w ciągu. Marsjanin skoczył w głębi przejścia. Nie
pancerz wspomagany wartowników, a zewnętrzny szkielet techniczny. Filip
wycelował w środek masy i wystrzelił pół magazynka. Pociski błyskały,
opuszczając lufę, spalając własne paliwo i ciągnąc linie ognia i szaroczerwonego gazu przez rzadkie powietrze Kallisto. Cztery trafiły
Marsjanina, a tryskające z niego fontanny krwi zmieniły się w czerwony,
dryfujący śnieg. Egzoszkielet zabitego przełączył się w stan zagrożenia,
świecąc bursztynowymi lampami. Na jakiejś częstotliwości zgłaszał
służbom reagowania kryzysowego stoczni, że stało się coś strasznego.
Jego bezmyślna służalczość była w tym kontekście prawie zabawna.
W jego uchu zabrzmiał cichy głos Mirala.
- Hoy, Filipito. Sa boîte sa palla?
Filip potrzebował chwili na znalezienie go. Był w swoim mechu
załadunkowym, z zaczernionym skafandrem stapiającym się z wielką
maszyną, jakby zostali dla siebie stworzeni. Tylko ciemny symbol
rozerwanego kręgu Sojuszu Planet Zewnętrznych wciąż widoczny pod brudem
zdradzał, że Miral nie jest zaniedbanym marsjańskim operatorem mecha.
Beczki, o których mówił, wciąż były zamocowane do palet. Cztery, po
tysiąc litrów każda. Na ich zakrzywionej powierzchni napis: wysokiej
gęstości powłoka rezonansowa. Powłoka pochłaniająca energię pomagała
marsjańskim okrętom unikać wykrycia. Powłoka niewykrywalności. Znalazł
ją. Zniknął lęk, z którego dotąd nawet nie zdawał sobie sprawy.
- Tak - potwierdził Filip. - To to.
Cztery minuty, trzydzieści siedem sekund.
Odgłosy silników mecha załadunkowego były odległe, ich dźwięk bardziej
przenoszony przez wibrację podłogi budynku niż rzadką atmosferę. Filip i Josie ruszyli w stronę drzwi. Błyskające światła zrobiły się jaśniejsze
i jakby nabrały kierunku. Radio skafandra Filipa przesiewało
częstotliwości pełne krzyków i alarmów bezpieczeństwa. Marsjańska flota
wojenna nakazywała cofnięcie się pojazdom z pomocą ze stoczni cywilnej,
bojąc się, że ratownicy mogą być tak naprawdę zamaskowanymi terrorystami
i wrogami. Całkiem słusznie. W innych okolicznościach mogłoby tak być.
Wyświetlacz przezierny Filipa wskazywał obrysy budynków, częściowo
wzniesione rusztowanie ewakuacyjne oraz przypuszczenia dotyczące
lokalizacji pojazdów na podstawie ich emisji podczerwieni i świateł zbyt
słabych, by zarejestrowały je oczy Filipa. Miał wrażenie, jakby szedł
przez wielki schematyczny rysunek, pełen wyraźnych krawędzi, ale prawie
pozbawiony powierzchni. Poczuł przez stopy głęboki drżenie przenoszone
przez grunt. Może jakiś wybuch. Albo któryś budynek wreszcie ukończył
długi, powolny upadek. W otwartych drzwiach pojawił się mech załadunkowy
Mirala, podświetlony światłami magazynu. Beczki w jego szponach były
anonimowe i czarne. Filip ruszył w stronę rusztowania, po drodze
przełączając się na ich szyfrowany kanał.
- Status?
- Drobny problem - odpowiedział Aaman.
Był w grupie rusztowania. Filip poczuł w ustach metaliczny smak strachu.
- Nie ma tu nic takiego, coyo - odpowiedział, starając się zachować
spokój. - Co się dzieje?
- Śmieci wyrzucone przez wybuchy przeszkadzają w montażu. Mam brud w złączach.
Trzy minuty, czterdzieści sekund. Trzydzieści dziewięć.
- Idę - powiedział Filip.
Rozległ się głos Andrew.
- Strzelają do nas w zbrojowni, szefuńciu.
Filip zignorował zdrobnienie.
- Mocno?
- W cholerę - potwierdził Andrew. - Chuchu załatwiony, a ja nie dam rady
się ruszyć. Mogę potrzebować pomocy.
- Trzymaj się - rzucił Filip, jego umysł pracował na najwyższych
obrotach.
Jego dwaj strażnicy stali przy rusztowaniu ewakuacyjnym, gotowi strzelać
do każdego obcego. Trzech budowniczych zmagało się z klamrą. Filip
skoczył do nich, chwytając się czarnego rusztowania. Andrew sapnął na
linii.
Gdy tylko zobaczył zablokowane złącze pełne czarnego brudu, problem stał
się jasny. W atmosferze wystarczyłoby dmuchnąć, żeby je oczyścić, ale
tutaj nie było takiej możliwości. Aaman gorączkowo wydłubywał
zanieczyszczenia nożem, usuwając je po kawałku i próbując oczyścić
wąskie, złożone prowadnice łączące metal.
Trzy minuty.
Aaman dociągnął klamrę na miejsce i spróbował na siłę ją zablokować.
Było blisko, bardzo blisko, ale gdy puścił, złącze się otworzyło. Filip
zobaczył, że mężczyzna przeklina, a na wewnętrznej powierzchni jego
wizjera pojawiły się kropelki śliny. Gdyby tylko zabrali ze sobą puszkę
z powietrzem...
Ale przecież je mieli.
Wyjął nóż z ręki Aamana i wbił go w swój skafander przy nadgarstku,
gdzie z powodu wymaganej elastyczności izolacja była najcieńsza. Ostry
ból powiedział mu, że zrobił to trochę za mocno. Nic nie szkodzi. Na
wyświetlaczu pojawił się alarm skafandra, ale go zignorował. Nachylił
się do przodu, przystawiając mały otwór w skafandrze do zabrudzonego
złącza, zdmuchując uciekającym powietrzem brud i lód. Wyleciała
pojedyncza kropla krwi, zamarzając w idealną karmazynową kulę i odbijając się od materiału. Cofnął się, a Aaman wsunął złącze. Tym
razem, gdy pociągnął, wytrzymało. Uszkodzony skafander zasklepił otwór,
gdy tylko wyjął z niego ostrze noża.
Filip się odwrócił. Miral i Josie odcięli beczki od palet i przymocowali
jedną z nich do rusztowania. Błyski świateł awaryjnych przygasły, a pojazdy ratunkowe przejeżdżały obok nich w mgle i zamieszaniu,
prawdopodobnie kierując się w stronę strzelaniny w zbrojowni. Gdyby nie
wiedział lepiej, sam też tam właśnie widziałby największe zagrożenie.
- Szefuńciu - odezwał się Andrew cienkim i przejętym głosem. - Robi się
ciężko.
- No preoccupes - odparł Filip. - Ge gut.
Kobieta pilnująca rusztowania położyła mu rękę na ramieniu.
- Mam to załatwić? - zapytała. "Mam ich uratować?".
Filip uniósł pięść i lekko nią potrząsnął. Nie. Zesztywniała, gdy
dotarło do niej, co mówi, i przez chwilę sądził, że nie posłucha. Jej
wybór. Bunt w tej chwili niósł ze sobą własną karę. Josie wsunął na
miejsce ostatnią beczkę i dociągnął taśmy. Aaman i jego ludzie
zamocowali ostatnią klamrę.
Jedna minuta, dwadzieścia sekund.
- Szefuńciu! - wrzasnął Andrew.
- Przykro mi, Andrew - odpowiedział Filip.
Przez chwilę panowała wstrząsająca cisza, a potem rozległ się strumień
przekleństw i obelg. Filip zmienił częstotliwość. Służby ratunkowe
stoczni wojskowej robiły teraz mniej hałasu. Kobiecy głos mówił
wyraźnym, kontrolowanym niemieckim, wydając polecenia z niemal znudzoną
skutecznością kogoś przywykłego do sytuacji kryzysowych, a odpowiadające
jej głosy starały się dopasować do tego poziomu profesjonalizmu. Filip
wskazał na rusztowanie. Chuchu i Andrew polegli. A nawet jeśli jeszcze
żyli, to i tak byli martwi. Filip podciągnął się na swoje miejsce na
rusztowaniu, przypiął taśmy wokół pasa, w kroczu i przez klatkę
piersiową, a potem oparł głowę na grubej wyściółce.
Pięćdziesiąt siedem sekund.
- Niban - powiedział.
Nic się nie stało. Przełączył radio z powrotem na szyfrowany kanał.
Adrew teraz łkał. Wył.
- Niban! Andale! - krzyknął Filip.
Rusztowane ewakuacyjne szarpnęło i nagle zrobił się ciężki. Ziemię pod
nim rozjarzyły cztery rakiety chemiczne, rozrzucając gazami puste palety
i przewracając na plecy porzuconego mecha załadunkowego Mirala.
Przyśpieszenie przepchnęło krew do nóg Filipa i zwęziło się jego pole
widzenia. Dźwięki w radiu przycichły, zrobiły się odleglejsze, a jego
świadomość na chwilę zgasła i zamigotała. Skafander ścisnął mu nogi,
jakby zgniatała go jakaś olbrzymia dłoń, wyciskając z nich z powrotem
krew. Częściowo wróciła mu świadomość.
Krater w dole był owalnym pęcherzem pyłu na twarzy księżyca. Błyskały w nim światła. Wieże na krawędzi krateru zgasły, ale zaczęły błyskać, w miarę jak system próbował się zrestartować. Stocznie Kallisto zataczały
się jak pijak albo człowiek uderzony w głowę.
Zegar odliczania pokazał dwie sekundy, potem jedną.
Przy zerze nastąpiło drugie uderzenie. Filip nie widział walnięcia
skały. Tak jak wolframowe pręty, leciała zbyt szybko dla ludzkiego
wzroku, ale zobaczył, jak chmura pyłu podskakuje, jakby ktoś ją
zaskoczył, a potem olbrzymia fala uderzeniowa wykwitła tak potężnie, że
była widoczna nawet w prawie nieistniejącej atmosferze księżyca.
- Trzymać się - rzucił Filip, choć nie było to potrzebne.
Wszyscy na rusztowaniu byli bezpiecznie przypięci. Gdyby atmosfera była
gęstsza, wszyscy by zginęli, ale tutaj było to niewiele gorsze od silnej
burzy. Aaman jęknął.
- Jakiś problem? - zapytał Filip.
- Pinché kamyk przebił mi stopę - wyjaśnił Aaman. - Boli.
Odpowiedział mu Josie.
- Gratia sa, że nie urwał ci fiuta, coyo.
- Nie narzekam - rzucił Aaman. - Żadnych skarg.
Rakiety rusztowania zgasły i ustało ciążenie przyśpieszenia. Stocznie w dole pochłonęła śmierć. Teraz nie było już żadnych świateł, nie płonęły
nawet ognie. Filip przeniósł wzrok na jasną smugę gwiazd, na
oświetlający wszystko dysk galaktyki. Jedno z tych świateł nie było
gwiazdą, a dyszą wylotową Pelli, lecącej po swoją załogę. Oprócz
Chuchu. Oprócz Andrew. Filip zaczął się zastanawiać, dlaczego nie ma
wyrzutów sumienia z powodu straty dwóch ludzi pod jego rozkazami. Jego
pierwszego oddziału. Dowodu, że potrafił sobie poradzić z trudną misją,
z wysokimi stawkami, i wyjść z niej zwycięsko.
Wcale nie chciał niczego mówić. Może tego nie zrobił. Może to tylko
westchnięcie na jego ustach. Miral się roześmiał.
- Bez jak, Filipito - skomentował starszy mężczyzna. A po chwili dodał:
- Feliz cumplea?os, sabez?
Filip Inaros uniósł ręce w podzięce. To były jego piętnaste urodziny.
Rozdział pierwszy
Holden
Rok po ataku na Kallisto i prawie trzy lata po tym, jak razem z załogą
wyruszyli na Ilusa oraz około sześciu dni po powrocie, James Holden
unosił się obok swojego statku i patrzył, jak mech rozbiórkowy rozrywa
go na kawałki. Osiem napiętych cum kotwiczyło Rosynanta do ścian doku.
Było to tylko jedno z licznych stanowisk remontowych Tycho, ta zaś
sekcja remontowa była tylko jedną z wielu w olbrzymiej sferze
konstrukcyjnej. Wszędzie wokół nich w szerokiej na kilometr sferze
trwała aktywność przy tysiącu innych projektów, ale Holden zwracał uwagę
tylko na swój statek.
Mech skończył cięcie i odsunął duży fragment zewnętrznego kadłuba. Pod
spodem mieścił się szkielet statku: solidne wręgi otoczone plątaniną
przewodów i rur, a pod tym wszystkim druga powłoka wewnętrznego kadłuba.
- Owszem - powiedział unoszący się obok niego Fred Johnson - solidnie go
obiłeś.
Słowa Freda, spłaszczone i zniekształcone przez system łączności ich
skafandrów próżniowych, były jak kopniak w brzuch. Fakt, że Fred,
formalny przywódca Sojuszu Planet Zewnętrznych i jeden z najpotężniejszych ludzi w Układzie Słonecznym osobiście interesował się
stanem jego statku, powinien poprawić mu nastrój, ale zamiast tego
Holden czuł się, jakby ojciec sprawdzał jego zadanie domowe, żeby się
upewnić, że niczego zbytnio nie popsuł.
- Wygięte wewnętrzne mocowanie. - W głośniczkach zabrzmiał trzeci głos.
Należał do Sakai, mężczyzny o wciąż skwaszonej minie, nowego głównego
inżyniera Tycho po śmierci Samanty Rosenberg podczas tego, co wszyscy
nazywali teraz Incydentem Powolnej Strefy. Sakai monitorował naprawy ze
swojego pobliskiego biura przez zestaw kamer i skanerów rentgenowskich
mecha.
- Jak wam się to udało? - Fred wskazał obudowę działa szynowego wzdłuż
stępki statku.
Lufa broni biegła przez prawie całą długość jednostki, a rozpory
mocujące ją do ramy były miejscami wyraźnie poodginane.
- Mówiłem wam - odpowiedział Holden - jak kiedyś użyliśmy Rosa do
holowania ciężkiego frachtowca na wyższą orbitę planetarną za pomocą
działa szynowego jako napędu odrzutowego?
- Tak, to dobra historia - odpowiedział Sakai bez rozbawienia. -
Niektóre z tych rozpór może da się naprawić, ale założę się, że
znajdziemy w stopach tyle mikropęknięć, że bezpieczniej będzie je
wymienić.
Fred zagwizdał.
- To nie będzie tanie.
Szef SPZ bywał patronem i sponsorem załogi Rosynanta. Holden miał
nadzieję, że chwilowo byli w korzystniejszej fazie ich chwiejnego
związku. Bez zniżki dla preferowanych klientów naprawa statku będzie
wyraźnie droższa. Choć i tak było ich na nią stać.
- Mnóstwo kiepsko załatanych dziur w zewnętrznym pancerzu - wyliczał
dalej Sakai. - Wewnętrzny stąd wygląda w porządku, ale uważnie mu się
przyjrzymy i upewnimy się, że jest szczelny.
Holden chciał przypomnieć, że gdyby w kadłubie znajdowały się jakieś
otwory, podróż powrotna z Ilusa skończyłaby się uduszeniem i śmiercią,
ale się pohamował. Nie miało sensu irytować człowieka, który odpowiadał
teraz za utrzymanie jego statku w dobrym stanie. Przypomniał sobie
kpiarski uśmieszek Sam, jej zwyczaj łagodzenia krytyki żartami i poczuł,
jak coś ściska go za serce. Minęły już lata, ale czasami żal dopadał go
zupełnie niespodziewanie.
- Dziękuję - odpowiedział zamiast tego.
- To trochę potrwa - zwrócił uwagę Sakai.
Mech przeleciał do innej części statku, zaczepił się magnetycznymi
stopami i z jasnym błyskiem zaczął rozcinać inną część zewnętrznego
kadłuba.
- Chodźmy do mojego biura - zasugerował Fred. - W moim wieku skafandra
nie można nosić zbyt długo.
Wiele rzeczy w naprawianiu statku robiło się dużo prostsze przy braku
ciążenia i atmosfery. Z drugiej strony technicy musieli przez to
pracować w skafandrach próżniowych. Holden uznał słowa Freda za
wyznanie, że starszy mężczyzna chce się wysikać, a nie zadał sobie
wysiłku podłączenia cewnika.
- Dobra, wracajmy.
***
Biuro Freda było bardzo duże jak na pomieszczenie na stacji kosmicznej i pachniało starą skórą oraz dobrą kawą. Sejf kapitański w ścianie
zrobiono z tytanu i szczotkowanej stali, nadając mu wygląd rekwizytu ze
starego filmu. Ekran ścienny za biurkiem wyświetlał obraz trzech
budowanych właśnie statków. Były duże, masywne i funkcjonalne. Jak młoty
dwuręczne. Stanowiły początki budowanej dla SPZ floty wojennej. Holden
wiedział, dlaczego sojusz uważa, że potrzebuje własnych sił zbrojnych,
choć biorąc pod uwagę wszystko, co zaszło w ciągu ostatnich kilku lat,
nie potrafił przestać myśleć o tym, że ludzkość chyba ciągle uczyła się
niewłaściwych rzeczy.
- Kawy? - zapytał Fred.
Widząc skinięcie głową Holdena, zaczął się krzątać przy ekspresie do
kawy stojącym na stoliku obok, szykując dwa kubki napoju. Ten, który
podał Holdenowi, miał na sobie wytarte logo. Starty prawie do zera
rozerwany krąg SPZ.
- Jak długo? - zapytał Holden po przyjęciu kawy i machnięciu w stronę
ekranu.
- Według bieżących prognoz, sześć miesięcy - odpowiedział Fred, a potem
z sapnięciem rozsiadł się w fotelu. - Równie dobrze mogłaby to być cała
wieczność. Za półtora roku nie da się już rozpoznać ludzkich struktur
społecznych w tej galaktyce.
- Diaspora.
- Jeśli tak chcesz to nazywać. - Potwierdził Fred skinięciem. - Ja
nazywam to grabieniem ziemi. Całe mnóstwo wozów jadących ku ziemi
obiecanej.
Ponad tysiąc światów do wzięcia. Ludzie z każdej planety, stacji i kamienia w Układzie Słonecznym pędzili, żeby zapewnić sobie kawałek tych
skarbów. A w układzie macierzystym trzy rządy starały się zbudować dość
okrętów, żeby to wszystko kontrolować.
Na powierzchni jednego ze statków zestaw spawalniczy rozbłysnął tak
jasno, że monitor automatycznie przyciemnił obraz.
- Jeśli Ilus był czymkolwiek, to właśnie ostrzeżeniem, że zginie całe
mnóstwo ludzi - stwierdził Holden. - Czy ktoś tego słuchał?
- Nie bardzo. Znasz historię przejmowania ziemi w Ameryce Północnej?
- Tak - potwierdził Holden, a potem napił się kawy. Była wyśmienita.
Bogata, hodowana na Ziemi. Przywileje rangi. - Zrozumiałem twoją aluzję
do wozów. Wiesz, dorastałam w Montanie. Ludzie wciąż opowiadają tam
sobie te historie o zajmowaniu granic.
- Czyli wiesz, że mity o przeznaczeniu kryją mnóstwo ludzkich tragedii.
Wiele z tych wozów nigdy nie dotarło na miejsce. A całkiem spory procent
ludzi, którzy tam dotarli, stało się tanią siłą roboczą budującą koleje,
kopalnie i pracującą dla bogatych farmerów.
Holden, popijając kawę, przyglądał się budowie statków.
- Nie wspominając już o ludziach, którzy tam mieszkali, zanim dotarły
tam te wszystkie wozy, przynosząc ze sobą nowe, wspaniałe choroby.
Przynajmniej nasza wersja galaktycznego przeznaczenia nie niszczy
niczego bardziej zaawansowanego od jaszczurki papuziej.
Fred kiwnął głową.
- Może. Przynajmniej na razie tak to wygląda. Ale nie każda z tysiąca
trzystu planet została już dobrze zbadana. Kto wie, co tam znajdziemy.
- Zabójcze roboty i reaktory fuzyjne wielkości kontynentów, czekające
tylko na kogoś, kto je włączy, żeby mogły wysadzić pół planety w kosmos,
jeśli dobrze pamiętam.
- Sądzisz tak na podstawie swojego pojedynczego doświadczenia. Tymczasem
może być dużo dziwniej.
Holden wzruszył ramionami i dopił kawę. Fred miał rację. Nie dało się
przewidzieć, co mogło ich spotkać na wszystkich tych planetach. Nie
wiadomo, jakie niebezpieczeństwa czekają na potencjalnych kolonistów
pragnących je przejąć.
- Avasarala nie jest ze mnie zadowolona - odezwał się Holden.
- Owszem, nie jest - przyznał Fred. - Ale ja tak.
- Możesz powtórzyć?
- Słuchaj, staruszka chciała, żebyś poleciał tam i pokazał wszystkim w Układzie Słonecznym, jak źle tam jest. Przestraszył ich na tyle, żeby
poczekali, aż rząd pozwoli im lecieć. Żeby stery z powrotem trafiły w jej ręce.
- To było dość przerażające - zauważył Holden. - Nie mówiłem tego dość
wyraźnie?
- Jasne. Ale też dało się przeżyć. A teraz Ilus jest gotów do wysłania
na tutejszy rynek frachtowców pełnych rudy litu. Staną się bogaci.
Możliwe, że będzie to wyjątek, ale zanim ktokolwiek na to wpadnie,
ludzie będą już na tych wszystkich planetach, szukając następnej kopalni
złota.
- Nie jestem pewien, co mogłem zrobić inaczej.
- Nic - zgodził się Fred. - Ale Avasarala i premier Smith na Marsie oraz
reszta polityków chcą móc to kontrolować. A ty dopilnowałeś, żeby było
to niemożliwe.
- To dlaczego ty jesteś zadowolony?
- Ponieważ - odpowiedział Fred z szerokim uśmiechem - ja nie próbuję
tego kontrolować. I dlatego właśnie w końcu będę to robił. Gram w długiej perspektywie czasowej.
Holden wstał i nalał sobie kolejny kubek doskonałej kawy Freda.
- Hm, chyba będziesz musiał mi to dokładniej wytłumaczyć - stwierdził,
opierając się o ścianę obok ekspresu.
- Mam stację Medyna, czyli samowystarczalną jednostkę, obok której muszą
przelecieć wszyscy przelatujący przez pierścienie, która rozdaje paczki
z nasionami i namioty każdemu statkowi, jaki ich potrzebuje. Sprzedajemy
ziemię doniczkową i filtry do wody po kosztach. Każda kolonia, która
przetrwa, zrobi to przynajmniej w części dzięki naszej pomocy. Kiedy
więc przyjdzie do zorganizowania jakiegoś typu galaktycznego ciała
zarządzającego, do kogo się zwrócą? Do ludzi, którzy chcą pod bronią
wymusić hegemonię, czy do gości, którzy byli tam i pomagali w potrzebie?
- Zwrócą się do ciebie - potwierdził Holden. - I dlatego budujesz
statki. Musisz wyglądać pomocnie na początku, gdy wszyscy będą
potrzebować pomocy, ale mieć realną siłę, gdy zaczną rozglądać się za
rządem.
- Dokładnie - potwierdził Fred, odchylając się na oparcie fotela. -
Sojusz Planet Zewnętrznych zawsze oznaczał wszystko za Pasem. I to nadal
prawda. Po prostu... trochę się rozrósł.
- To nie może być takie proste. Nie ma mowy, żeby Ziemia i Mars po
prostu się wycofały i pozwoliły ci rządzić galaktyką, bo rozdawałeś
namioty i torebki ze śniadaniem.
- Nic nigdy nie jest proste - przyznał Fred. - Ale od tego zaczniemy. I jak długo będę miał stację Medyna, będę kontrolował środek planszy.
- Czy ty w ogóle przeczytałeś mój raport? - zapytał Holden niezdolny
ukryć niedowierzania w głosie.
- Doceniam zagrożenia pozostawione na tych planetach...
- Zapomnij o tym, co tam zostało - wciął się Holden. Odstawił kubek z częściowo wypitą kawą i przeszedł przez gabinet, opierając się o biurko
Freda. Starszy mężczyzna patrzył na niego spod zmarszczonych brwi. -
Zapomnij o robotach i systemach transportu, które działają po wyłączeniu
na miliard lat. O wybuchających reaktorach. Zapomnij o zabójczych
ślimakach i mikrobach wchodzących do oczu, żeby cię oślepić.
- Długą masz tę listę?
Holden go zignorował.
- To, o czym powinieneś pamiętać, to magiczny pocisk, który to wszystko
zatrzymał.
- Ten artefakt był dla ciebie szczęśliwym znaleziskiem, biorąc pod
uwagę...
- Nie, wcale nie był. To była najbardziej kurewsko przerażająca
odpowiedź na paradoks Fermiego, jaka przychodzi mi do głowy. Wiesz,
dlaczego w twojej analogii ze starym Zachodem nie ma żadnych Indian? Bo
już nie żyją. Cokolwiek zbudowało to wszystko, miało olbrzymią przewagę
i użyło swoich protomolekularnych budowniczych wrót do zabicia
wszystkich innych. Ale nawet nie to jest tak naprawdę straszne. Naprawdę
przerażające jest to, że potem przyszło coś jeszcze, strzeliło tym
pierwszym gościom w tył głowy i zostawiło ich trupy rozrzucone po całej
galaktyce. Tak naprawdę powinieneś zadawać sobie pytanie, kto wystrzelił
magiczny pocisk? I czy nie będzie im przeszkadzać, że zabierzemy rzeczy
ofiary?
***
Fred przydzielił załodze dwa apartamenty na poziomie kierowniczym
pierścienia mieszkalnego stacji Tycho. Holden z Naomi zajęli jeden z nich, podczas gdy Aleks i Amos zamieszkali w drugim, choć tak naprawdę w praktyce znaczyło to, że tylko tam sypiali. Kiedy mężczyźni nie
korzystali z rozlicznych opcji rozrywkowych dostępnych na Tycho, cały
pozostały czas spędzali w apartamencie Holdena i Naomi.
Holden zastał Naomi w jadalni, przeglądała coś skomplikowanego na swoim
terminalu ręcznym. Uśmiechnęła się do niego, nie podnosząc wzroku. Aleks
rozparł się na kanapie w salonie. Ekran ścienny był włączony, wyświetlał
obrazy i gadające głowy kanału wiadomości, ale dźwięk wyciszono. Pilot
leżał z odchyloną głową i zamkniętymi oczami. Pochrapywał cicho.
- Teraz już nawet tu śpią? - zapytał Holden, siadając przy stole
naprzeciw Naomi.
- Amos poszedł po kolację. Jak poszło twoje spotkanie?
- Chcesz złą wiadomość czy gorszą?
Naomi w końcu oderwała się od pracy. Przekrzywiła głowę na bok i zmrużyła oczy, patrząc na niego.
- Znowu nas wyrzucił?
- Nie tym razem. Ros jest dość poobijany. Sakai mówi...
- Dwadzieścia osiem tygodni - wtrąciła się Naomi.
- Właśnie. Podsłuchiwałaś mój terminal?
- Patrzę na arkusze - wyjaśniła, wskazując na ekran. - Dostałam je przed
godziną. On... Sakai jest całkiem niezły.
"Nie tak dobry, jak Sam", w powietrzu zawisły niewypowiedziane słowa.
Naomi spuściła wzrok na stół, ukrywając się za włosami.
- No tak, to jest zła wiadomość - potwierdził Holden. - Pół roku bez
pracy, a wciąż czekam, żeby Fred powiedział, że za to zapłaci. Albo
chociaż za część. Jakąkolwiek.
- Wciąż mamy dość dużo pieniędzy. Wczoraj przyszedł przelew z ONZ.
Holden przytaknął nieprzekonany.
- Ale odkładając na chwilę kwestie finansowe, wciąż nie mogę nikogo
przekonać do wysłuchania mnie w sprawie artefaktu.
Naomi posłała mu pasiarski gest oznaczający wzruszenie ramion.
- Ponieważ tym razem miałoby być inaczej? Nigdy dotąd nie słuchali.
- Choć raz chciałbym zostać wynagrodzony za moją optymistyczną wizję
ludzkości.
- Zrobiłam kawę - powiedziała, kiwnięciem głowy wskazując kuchnię.
- Fred poczęstował mnie swoją, na tyle dobrą, że chwilowo nie mam ochoty
na nic mniej smacznego. Kolejny powód, dla którego spotkanie z nim było
niezadowalające.
Rozsunęły się drzwi do mieszkania i do środka wkroczył Amos, niosąc dwie
duże torby. Powietrze wypełnił aromat curry i cebuli.
- Żarcie - rzucił, a potem głośno postawił torby na stole przed
Holdenem. - Hej, kapitanie, kiedy oddadzą mi statek?
- Czy to jedzenie? - Z salonu rozległ się rozespany głos Aleksa.
Amos nie odpowiedział, wyciągał już z toreb piankowe kartony i rozstawiał je wokół stołu. Holden sądził, że jest zbyt zirytowany, żeby
jeść, ale aromaty indyjskiej kuchni miały wiele wspólnego ze zmianą
zdania.
- Minie jeszcze mnóstwo czasu. - Naomi odpowiedziała Amosowi z ustami
pełnymi jedzenia. - Wygięliśmy mocowanie.
- Szlag - rzucił Amos, siadając i biorąc pałeczki. - Wystarczyło
zostawić was samych na parę tygodni, a popsuliście mi moje cacko.
- Używano tam superbroni obcych - przepraszająco rzucił Aleks, wchodząc
do jadalni z włosami sterczącymi na wszystkie strony. - Zostały
zmienione prawa fizyki, popełniono pewne błędy.
- Nic nowego pod słońcem - odpowiedział Amos i podał pilotowi karton z ryżem i curry. - I włączcie dźwięk, to wygląda jak Ilus.
Naomi włączyła głos strumienia wideo i apartament wypełnił głos
prezentera.
- ...częściowo przywrócono zasilanie, ale źródła na planecie twierdzą,
że ta porażka...
- To prawdziwy kurczak? - zapytał Aleks, chwytając jeden z kartonów. -
Trochę sobie folgujemy, co?
- Cicho - rzucił Amos. - Mówią o kolonii.
Aleks przewrócił oczami, ale nic nie powiedział, nakładając sobie na
talerz pikantne paski kurczaka.
- ...z innych tematów, dotarliśmy do wstępnej wersji raportu
podsumowującego śledztwo w sprawie zeszłorocznego ataku na stocznie
Kallisto. Choć nie jest to jeszcze ostateczna wersja tekstu, wstępne
raporty sugerują, że w ataku uczestniczyła jedna z frakcji Sojuszu
Planet Zewnętrznych, obwiniając za wysoką liczbę ofiar...
Amos wyłączył głos gniewnym dźgnięciem w przyciski wbudowane w stół.
- Cholera, chciałem usłyszeć więcej o tym, co dzieje się na Ilusie, a nie o jakichś durnych kowbojach z SPZ wysadzających się w powietrze.
- Zastanawiam się, czy Fred wie, kto za tym stoi - odezwał się Holden. -
Twardogłowi działacze SPZ mają problem z rezygnacją ze swojej teologii
"my przeciwko Układowi Słonecznemu".
- Czego właściwie tam szukali? - zapytał Aleks. - Na Kallisto nie było
żadnej ciężkiej broni, żadnych atomówek. Nic, co byłoby warte takiej
wyprawy.
- Och, teraz oczekujemy od nich jakiegoś sensu? - rzucił Amos. - Daj mi
ten naan.
Holden westchnął i odchylił się na krześle.
- Wiem, że robi to ze mnie naiwnego durnia, ale po Ilusie naprawdę
sądziłem, że możemy mieć chwilę pokoju. Że nikt nie będzie musiał nikogo
wysadzać.
- Tak to właśnie wygląda - odpowiedziała Naomi, stłumiła beknięcie i odłożyła pałeczki. - Ziemia i Mars są w stanie ostrożnego odprężenia, a usankcjonowane skrzydło SPZ rządzi zamiast walczyć. Koloniści na Ilusie
współpracują z ONZ zamiast strzelać do siebie nawzajem. Jest tak dobrze,
jak tylko może być. Nie możesz oczekiwać, że wszyscy staną po tej samej
stronie. W końcu wciąż jesteśmy ludźmi. Jakiś odsetek zawsze będzie
dupkami.
- Nigdy nie powiedziano nic prawdziwszego, szefowo - zgodził się Amos.
Dokończyli jedzenie i przez kilka minut siedzieli w przyjaznej ciszy.
Amos wyciągnął piwa z małej lodówki i rozdał je wszystkim. Aleks dłubał
w zębach paznokciem małego palca. Naomi wróciła do analizowania
przewidywanych napraw.
- No dobrze - odezwała się po kilku minutach przeglądania arkuszy z liczbami. - Dobra wiadomość jest taka, że nawet jeśli ONZ i SPZ uznają,
że sami musimy sobie opłacić rachunki za naprawy, będziemy mogli je
pokryć, korzystając tylko z tego, co mamy w funduszu awaryjnym statku.
- Mnóstwo pracy z lataniem na zlecenia kolonistów kierujących się przez
pierścienie - skomentował Aleks. - Gdy tylko będziemy mogli znowu latać.
- Tak, bo możemy upchać całe mnóstwo kompostu do naszej maleńkiej
ładowni - prychnął Amos. - Tylko że ludzie spłukani do ostatniego centa
i cholernie zdesperowani, to niekoniecznie nasza grupa docelowa.
- Powiedzmy sobie szczerze - wtrącił się Holden. - Jeśli sytuacja będzie
dalej rozwijać się tak jak teraz, znalezienie pracy dla prywatnego
okrętu bojowego może zrobić się dość trudne.
Amos się roześmiał.
- Pozwolę sobie wstawić tu wyprzedzające "a nie mówiłem". Bo kiedy okaże
się to prawdą, jak zawsze, może mnie nie być na miejscu, żeby to
powiedzieć.
Rozdział drugi
Aleks
To, co Aleks najbardziej lubił w dalekich lotach, to sposób, w jaki
zmieniały odczuwanie czasu. Tygodnie - czasami miesiące - spędzone pod
ciągiem były jak wyjście z historii w jakiś mały, odrębny wszechświat.
Wszystko kurczyło się do statku i ludzi na pokładzie. Przez długi czas
nie istniało nic poza podstawowymi pracami konserwacyjnymi, więc życie
traciło swą pilność. Wszystko działo się zgodnie z planem, a według
planu nie miało się zdarzyć nic krytycznego. Podróżowanie przez pustkę
kosmosu dawało mu irracjonalne poczucie spokoju i dobrostanu. Dlatego
właśnie mógł to robić.
Znał innych ludzi, zwykle młodych mężczyzn i kobiety, którzy odczuwali
to zupełnie inaczej. Jeszcze w czasach, gdy latał we flocie, poznał
pilota, który pracował głównie w okolicach planet wewnętrznych, latając
między Ziemią, Luną i Marsem. Przeniósł się na lot na księżyce Jowisza
pod nadzorem Aleksa. Mniej więcej w czasie, gdy kończyłby się lot między
planetami wewnętrznymi, młody człowiek zaczął się rozpadać: złościł się
z powodu drobiazgów, jadł za dużo albo za mało, chodził niespokojnie
przez cały statek - od mostka do maszynowni i z powrotem jak tygrys
krążący po klatce. Zanim dotarli na Ganimedesa, lekarz pokładowy z Aleksem zgodzili się na dodawanie mu środków uspokajających do jedzenia,
żeby zachować jakąś kontrolę nad sytuacją. Po zakończeniu lotu Aleks
napisał rekomendację, by pilot nigdy więcej nie został przydzielony do
lotu dalekiego zasięgu. Niektórych typów lotów nie dało się wyszkolić,
można było je tylko przetestować.
Nie, żeby nie nosił w sobie żadnych trosk i obaw. Od czasu zniszczenia
Canterbury Aleks miał w sobie stale pewien poziom podstawowego
niepokoju. Przy zaledwie czteroosobowej załodze Rosynant miał
zdecydowane braki personelu. Amos i Holden mieli silne, męskie
osobowości, które w razie konfliktu mogły całkowicie zniszczyć dynamikę
interakcji w załodze. Kapitan i pierwsza oficer byli kochankami, a gdyby
kiedyś się rozeszli, oznaczałoby to koniec nie tylko pracy. Tego rodzaju
sprawy wciąż nie dawały mu spokoju, niezależnie od tego, z jaką załogą
latał. W przypadku Rosa te troski trapiły go od lat, choć przez cały
ten czas w zasadzie nic się nie działo, co samo w sobie było swego
rodzaju stabilizacją. Tak naprawdę Aleks zawsze czuł ulgę, docierając do
końca lotu, i zawsze odczuwał ulgę, rozpoczynając kolejny. A przynajmniej jeśli nie zawsze, to przynajmniej przeważnie.
Dotarcie na stację Tycho powinno było przynieść mu ulgę. Ros był tym
razem wyjątkowo poobijany, a stocznie na Tycho były jednymi z najlepszych w Układzie, nie mówiąc już o tym, że jednocześnie były
najbardziej przyjazne. Ostateczny los więźnia z Nowej Ziemi stał się
teraz wreszcie cudzym problemem i pozbyli się go ze statku. Edward
Israel, druga połowa konwoju z Nowej Ziemi, bezpiecznie leciał w stronę
Słońca. Następne sześć miesięcy oznaczały wyłącznie naprawy i odpoczynek. Według wszelkich racjonalnych standardów powinien mieć mniej
powodów do niepokoju.
- To co cię gryzie? - zapytał Amos.
Aleks wzruszył ramionami, otworzył małą lodówkę apartamentu, zamknął ją
i powtórzył wzruszenie ramion.
- Bo pewne jak jasna cholera, że coś cię gryzie.
- Wiem.
Światła miały żółtoniebieski odcień, udający wczesny poranek, ale Aleks
nie spał. A przynajmniej niewiele. Amos usiadł na blacie i nalał sobie
kawę do kubka.
- Nie robimy jednej z tych rzeczy, kiedy to mam ci zadać kupę pytań,
żebyś poczuł się na tyle fajnie, żeby mówić o swoich uczuciach, prawda?
Aleks się roześmiał.
- To nigdy nie działa.
- Więc tego nie róbmy.
Podczas lotu Holden i Naomi zwykli trzymać się razem, choć chyba żadne z nich tego nie zauważało. Całkiem naturalne było, że zakochani znajdowali
więcej komfortu w swoim towarzystwie niż w otoczeniu reszty załogi. W sumie gdyby było inaczej, Aleks zacząłby się o nich martwić, ale przez
to w zasadzie on z Amosem mieli do towarzystwa tylko siebie. Aleks był
dumny z faktu, że potrafił się dogadać prawie z każdym w załodze, a Amos
nie był tu wyjątkiem. Był człowiekiem bez żadnych podtekstów. Kiedy
mówił, że potrzebuje trochę czasu w samotności, znaczyło to, że
potrzebuje trochę czasu w samotności. Kiedy Aleks pytał, czy chce
przyjść obejrzeć ściągnięte z Ziemi nowe filmy neo-noir, które
uwielbiał, odpowiedź zawsze była tylko odpowiedzią na to pytanie. Nie
miało się z nim żadnego poczucia ukrytych podtekstów, gierek czy
rozgrywek. Mówił jak jest, i to wszystko. Aleks zastanawiał się czasem,
co by się stało, gdyby to Amos zginął na Donnagerze i ostatnie kilka
lat Aleks spędziłby z ich medykiem, Shedem Garveyem, zamiast z Amosem.
Chyba nie byłoby tak różowo. A może po prostu by się dostosował. Trudno
zgadywać.
- Miałem sny, które... mnie niepokoją - wyznał Aleks.
- Jakieś koszmary?
- Nie, dobre sny. Lepsze od prawdziwego świata. Takie, że źle się czuję,
budząc się z nich.
- Hm - mruknął Amos i napił się kawy.
- Miałeś kiedyś takie sny?
- Nie.
- Problem w tym, że we wszystkich występuje Tali.
- Tali?
- Talissa.
- Twoja była żona.
- Właśnie - potwierdził Aleks. - Zawsze tam jest i wszystko zawsze
jest... miłe. To znaczy, nie, że jesteśmy razem. Czasami jestem z powrotem na Marsie, czasami ona jest na statku. Po prostu tam jest i jest nam dobrze, a potem się budzę, nie ma jej tu i wcale nie jest
fajnie. I...
Brwi Amosa opadły niżej, a jego nos się podniósł, ściskając jego twarz w coś mniejszego i emanującego zamyśleniem.
- Chcesz znowu zejść się ze swoją byłą?
- Nie, naprawdę nie chcę.
- Jesteś napalony?
- Nie, to nie są sny erotyczne.
- To musisz sobie sam radzić. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy.
- Zaczęło się tam - powiedział Aleks, mając na myśli drugą stronę
pierścieni, orbitę Nowej Ziemi. - Jej imię wyszło w rozmowie i od tamtej
pory... zawiodłem ją.
- Ano.
- Spędziła wiele lat, czekając na mnie, a ja nie okazałem się
człowiekiem, którym chciałem być.
- Zgadza się. Chcesz trochę kawy?
- Zdecydowanie tak - przyznał Aleks.
Amos napełnił kubek. Mechanik nie dodał cukru, ale pamiętał, żeby
zostawić jedną trzecią miejsca na mleczko. Jeden z objawów bliskości
życia na statku.
- Nie podoba mi się to, w jakim stanie zostawiłem naszą sytuację -
powiedział Aleks.
To był proste stwierdzenie, nie objawienie, ale miało wagę wyznania na
spowiedzi.
- Prawda - zgodził się Amos.
- Jest we mnie jakaś część, która widzi w tym szansę.
- W tym?
- W fakcie, że Ros będzie tak długo siedział w suchym doku. Mógłbym
polecieć na Marsa, spotkać się z nią. Przeprosić.
- A potem ponownie ją rzucić, żeby wrócić, zanim znowu włączymy silnik
statku?
Aleks popatrzył w głąb kubka z kawą.
- Trochę uporządkować naszą sytuację.
Amos mocno wzruszył ramionami.
- To jedź.
W jego myślach pojawiła się cała lista obiekcji. Ich czwórka nie
rozdzielała się, od kiedy stali się załogą, a rozdzielenie grupy
wydawało się nieść groźbę pecha. Ekipy naprawcze na Tycho mogły go
potrzebować albo wprowadzić w statku jakąś zmianę, o której nie dowie
się do chwili, gdy stanie się gdzieś po drodze krytycznym problemem.
Albo gorzej, odlot mógł oznaczać odejście na zawsze. Jeśli przez
ostatnie kilka lat wszechświat czegoś im dowiódł, to tego, że nic nie
jest pewne.
Uratował go dzwonek ręcznego terminala. Amos wyciągnął urządzenie z kieszeni, spojrzał na ekran, stuknął w niego i zmarszczył brwi.
- Będę potrzebował chwili prywatności.
- Jasne - odpowiedział Aleks. - Nie ma problemu.
Przed drzwiami apartamentu korytarz stacji Tycho rozciągał się w długich, łagodnych krzywiznach. Był to jeden z klejnotów koronnych
Sojuszu Planet Zewnętrznych. Ceres była większa, a Medyna kontrolowała
dziwną strefę zerową między pierścieniami, ale to właśnie stacją Tycho
SPZ pyszniło się od samego początku. Jej konstrukcja, bardziej kojarząca
się z żaglowcem niż wszelkie obsługiwane przez stację jednostki, nie
była tylko funkcjonalna. Uroda stacji miała zachwycać i wzbudzać podziw.
Tu mieszkali ludzie, którzy rozkręcili Eros i Ceres, tu mieściły się
stocznie, w których zbudowano największy pojazd w historii ludzkości.
Kobiety i mężczyźni, którzy nie tak wiele pokoleń temu po raz pierwszy
odważyli się wyjść w otchłań poza Marsem, byli dość mądrzy i potężni, by
zbudować coś takiego.
Aleks ruszył długą promenadą. Mijali go głównie Pasiarze, wyżsi, z większymi głowami niż Ziemianie. Sam Aleks dorastał w stosunkowo niskim
ciążeniu Marsa, ale nawet on nie do końca pasował wyglądem do tych,
którzy spędzili dzieciństwo w nieważkości.
Wzdłuż pustych przestrzeni szerokich korytarzy rosły rośliny, z powojami
rozchodzącymi się przy niskim ciążeniu wirowym tak samo, jak rosłyby
przy normalnej grawitacji Ziemi. Dzieci biegały, zrywając się ze szkoły
tak jak on w tym wieku, mieszkajac w Londres Nova. Popijał kawę i próbował przywołać spokój ducha odczuwany podczas lotu. Stacja Tycho
była równie sztuczna co Ros. Próżnia na zewnątrz nie była ani trochę
bardziej wybaczająca. Jednak spokój nie nadchodził. Stacja Tycho nie
była jego statkiem, nie była jego domem. Ludzie, których mijał, gdy
wszedł do obszaru komunalnego i wyjrzał przez olbrzymie, wielowarstwowe
okna z przejrzystej ceramiki na jarzące się w nocy stocznie, nie byli
jego rodziną. I wciąż się zastanawiał, co pomyślałaby o tym wszystkim
Tali. Czy gdyby przyleciała do tego miejsca, zobaczyłaby jego piękno
tak, jak potrafiła czerpać radość z życia, którego chciała na Marsie.
Zawrócił, gdy dopił kawę. Szedł nieśpiesznie pośród innych przechodniów,
ustępując miejsca wózkom elektrycznym i wymieniając drobne, cywilizowane
uprzejmości w wielonarodowej katastrofie lingwistycznej tworzącej slang
Pasiarzy. Właściwie nie zastanawiał się, gdzie idzie, aż dotarł na
miejsce.
Ros spoczywał częściowo rozebrany w próżni. Po zdjęciu zewnętrznego
kadłuba wewnętrzny lśnił świeżością w reflektorach roboczych, przez co
statek wydawał się mniejszy niż w rzeczywistości. Większość blizn
powstałych podczas ich licznych przygód została na zewnętrznym pancerzu.
Teraz zniknęły i pozostały tylko głębokie rany. Nie widział ich z tego
miejsca, ale wiedział, gdzie się znajdują. Przebywał na Rosynancie
dłużej niż na jakimkolwiek innym statku w swojej karierze i kochał go
bardziej niż pozostałe. Nawet bardziej niż swój pierwszy.
- Wrócę - powiedział do statku i jakby w odpowiedzi zestaw spawalniczy
rozjarzył się przy krzywiźnie dyszy, przez chwilę świecąc jaśniej niż
nieosłonięte słońce marsjańskiego nieba.
***
Apartament dzielony przez Holdena i Naomi mieścił się tuż obok tego, w którym spał z Amosem, z drzwiami z takiego samego sztucznego drewna i numerem osadzonym na ścianie tuż obok. Aleks wszedł do środka, trafiając
w środek prowadzonej właśnie rozmowy.
- ...jeśli uważasz, że to potrzebne. - Głos Naomi dobiegł z salonu
apartamentu. - Ale moim zdaniem są dość silne dowody na to, że pozbyłeś
się wszystkich pozostałości. Miller przecież nie wrócił, prawda?
- Owszem - potwierdził Holden, kiwając głową Aleksowi. - Ale skóra
cierpnie mi na samą myśl o tym, że mieliśmy trochę tego syfu na statku
przez tak długi czas. Ciebie to nie przeraża?
Aleks uniósł kubek po kawie, a Holden automatycznie wziął go i napełnił.
Bez cukru, z miejscem na mleko.
- Owszem - przyznała Naomi, wchodząc do kuchni. - Ale nie dostatecznie,
żeby z tego powodu ściągać wszystkie cholerne ściany. Zastępcze nigdy
nie są równie mocne jak oryginały. Wiesz o tym.
Aleks poznał Naomi Nagatę podczas latania na Canterbury. Wciąż widział
w niej kościstą, gniewną dziewczynę, którą kapitan McDowell przedstawił
jako ich nową młodszą inżynier. Przez prawie rok ukrywała się za
włosami. Teraz w czarnej burzy włosów pojawiło się kilka pierwszych
białych nitek. Stała prościej, czując się pewniej we własnej skórze.
Była pewniejsza siebie, odważniejsza i silniejsza, niż sądził. A Holden,
napuszony i zadufany w sobie pierwszy oficer, który zapadł się w cywilną
pracę, nosząc swoje zwolnienie dyscyplinarne jak powód do dumy, stał się
teraz facetem, który podawał mu mleczko do kawy i z uśmiechem przyznawał
się do irracjonalności własnych lęków. Chyba czas zmienił ich
wszystkich. Nie był tylko pewien, w jaki sposób wpłynął na niego. Pewnie
nie potrafił spojrzeć na siebie z dystansu.
No i poza Amosem. Amosa nic nie zmieniało.
- A co ty myślisz, Aleks?
Uśmiechnął się i włożył więcej emfazy w akcent z doliny Marinera.
- No wiesz, skoro nie zabiło nas, gdy jeszcze tam było, to teraz już
raczej tego nie zrobi.
- No dobrze - ustąpił Holden z westchnieniem.
- Zaoszczędzimy sporo pieniędzy - podsunęła Naomi - i lepiej na tym
wyjdziemy.
- Wiem - potwierdził Holden. - Ale i tak będę się z tym dziwnie czuł.
- Gdzie jest Amos? - zainteresowała się Naomi. - Wciąż spuszcza parę?
- Nie - zaprzeczył Aleks. - Tak intensywnie rzucił się na burdele, że
zużył gotówkę przez pierwszych kilka dni pobytu. Od tamtej pory po
prostu odpoczywamy.
- Trzeba będzie mu znaleźć jakieś zajęcie na czas remontu na Tycho -
stwierdził Holden. - Szlag, wszyscy będziemy musieli sobie coś znaleźć.
- Moglibyśmy pracować dla stacji - zasugerowała Naomi. - Choć nie wiem,
czy kogoś potrzebują.
- Mamy oferty z całego mnóstwa miejsc na płatne spotkania w celu
przedstawienia sytuacji na Nowej Ziemi - przypomniał Holden.
- Podobnie jak każdy, kto wrócił przez Pierścień - odpowiedziała Naomi
ze śmiechem w głosie. - A łączność w obie strony wciąż działa.
- Mówisz, że nie powinniśmy tego robić? - Ton Holdena sugerował lekką
urazę.
- Mówię, że mogę znaleźć całe mnóstwo innych rzeczy, które wolałabym
robić od mówienia o nas.
Holden odrobinę zapadł się w sobie.
- Słuszna uwaga. Ale będziemy tu tkwić bardzo długo, coś będziemy
musieli zrobić.
Aleks głęboko wciągnął powietrze. To teraz. Ta chwila. Jego pewność
osłabła. Wlał mleczko do kubka, rozjaśniając do brązu dotychczasową
czerń kawy. Gruda w jego gardle wydawała się wielka jak jajo.
- No więc - odezwał się. - Ja... yyy... myślałem o tym...
Otworzyły się drzwi apartamentu i do środka wszedł Amos.
- Cześć, kapitanie. Będę potrzebował trochę wolnego czasu.
Naomi przechyliła głowę i zmarszczyła brwi, ale odpowiedział mu Holden.
- Wolnego czasu?
- Tak, muszę na trochę polecieć na Ziemię.
Naomi usiadła na stołku przy blacie kuchennym.
- Coś się dzieje?
- Nie wiem - odparł Amos. - Może nic, ale tak jakby muszę polecieć, żeby
to sprawdzić. Mieć pewność. No wiesz.
- Stało się coś złego? - zapytał Holden. - Bo jeśli tak, to możemy
poczekać na naprawienie Rosa i polecieć wszyscy razem. Już od dawna
szukam wymówki, żeby zabrać Naomi na Ziemię, żeby mogła poznać całą
rodzinę.
Irytacja, która przemknęła przez twarz inżynier, znikła niemal szybciej,
niż Aleks zdążył ją zauważyć. Takie chwile sprawiały, że robił się
nerwowy. To, jak Holden potrafił wypchnąć Naomi poza jej strefę komfortu
i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Jednak zebrała się w sobie,
jeszcze zanim Amos zdążył odpowiedzieć.
- Może dalej szukaj wymówki, kapitanie. Moja sprawa nie może czekać. Nie
żyje kobieta, z którą kiedyś spędzałem czas, i muszę tam polecieć, żeby
się upewnić, że wszystko jest czyste.
- Och, tak mi przykro - powiedziała Naomi równocześnie z Holdenem: -
Zająć się jej spadkiem?
- Jasne, coś w tym stylu - potwierdził Amos. - W każdym razie
zarezerwowałem lot na Ceres, a potem w dół studni, ale muszę sprzedać
trochę moich udziałów, żeby mieć jakąś kasę na miejscu.
W pokoju przez chwilę panowała cisza.
- Ale wracasz? - upewniła się Naomi.
- Taki jest plan - potwierdził Amos.
Aleksa uderzyło, że ta odpowiedź była dużo bardziej szczera niż zwykłe
"tak". Amos tak planował, ale różnie bywa. Przez cały czas, który
spędzili razem podczas lotów na Cancie i Rosie, Aleks nigdy jeszcze
nie słyszał, żeby Amos mówił o swoim życiu na Ziemi, poza bardzo luźnymi
ogólnikami. Zastanawiał się, czy robił to dlatego, że nie miał w przeszłości niczego wartego wspominania, czy też była ona zbyt bolesna,
by o niej mówić. Choć w przypadku Amosa mogły to być obie te rzeczy
równocześnie.
- Oczywiście - powiedział Holden. - Po prostu powiedz, ile potrzebujesz.
Negocjacje były krótkie, a przelewu dokonano z użyciem terminali
ręcznych. Amos wyszczerzył zęby w uśmiechu i klepnął Aleksa w ramię.
- W porządku. Będziesz miał całe mieszkanie dla siebie.
- Kiedy wylatujesz? - zapytał Aleks.
- Za jakąś godzinę. Powinienem już iść do kolejki.
- No dobra - odpowiedział Aleks. - Uważaj na siebie, partnerze.
- Jasne - rzucił Amos i wyszedł.
Trójka pozostałych członków załogi Rosa stała w milczeniu w kuchni.
Holden wyglądał na zszokowanego, Naomi wyglądała na rozbawioną. Aleks
miał wrażenie, że emocjonalnie znajduje się gdzieś w pół drogi między
nimi.
- Cóż, to było dziwne - odezwał się w końcu Holden. - Myślisz, że nic mu
nie będzie?
- To Amos - odpowiedziała Naomi. - Bardziej martwię się o ludzi, z którymi będzie miał do czynienia na miejscu.
- Racja - zgodził się Holden, a potem usiadł na blacie twarzą w stronę
Aleksa. - Wracając do tematu. Chciałeś nam coś powiedzieć?
Aleks przytaknął. "Właśnie myślałem o tym, jak trudno jest rozdzielić
rodzinę i o rodzinie, którą rozdzieliłem wcześniej, oraz o tym, że muszę
znowu spotkać się z moją byłą żoną i spróbować w jakiś sposób wyjaśnić
naszą sytuację i to wszystko, co zrobiłem". W tej chwili wydawało się to
nie na miejscu.
- No cóż, biorąc pod uwagę, że będziemy siedzieć w doku przez bardzo
długi czas, pomyślałem, że może poleciałbym na Marsa. Zajrzeć w stare
kąty.
- Jasne - odpowiedział Holden. - Ale wrócisz, zanim skończą naprawy,
prawda?
Aleks się uśmiechnął.
- Taki jest plan.
Rozdział trzeci
Naomi
Stół do golgo przygotowano do otwierających rzutów z pierwszym i drugim
celem nietkniętym i wciąż pustym polem. Dudniące basy z głównej sali
Blauwe Blome tutaj były odczuwalne tylko jako wibrowanie pokładu i pomruk na tyle cichy, że umożliwiał rozmowę. Naomi zważyła w dłoni
stalową kulę, wyczuwając subtelne związki masy i wagi, różne w każdym
ciążeniu. Z drugiej strony stołu czekała Malikah i jej koledzy z ekipy
remontowej. Jeden z nich popijał niebieską paskudę, a jaskrawobłękitny
płyn farbował mu usta jak szminka. Minęły trzy - nie, cztery? - lata, od
kiedy Naomi ostatni raz grała w golgo, a oni grywali w to w każdy
czwartek. Jeszcze raz zważyła kulę, westchnęła i rzuciła. Natychmiast
wystrzeliły kule przeciwników, żeby zatrzymać jej rzut, dopasować obrót
i przejąć kulę dla siebie.
Tego rodzaju reakcję stosowało się, grając przeciwko nowicjuszowi. Naomi
wyszła z wprawy, ale do tej kategorii już się nie zaliczała. Stół
zarejestrował trafienie, kończąc rzut, a na wyświetlaczu pojawił się
znacznik Naomi, zdecydowanie za połową pola. Jej zespół wykrzyknął
radośnie, ludzie Malikah jęknęli. Wszyscy się uśmiechali. To była
przyjazna gra, choć nie wszystkie takie były.
- Następna, następna! - krzyknął jeden z członków nowego zespołu Naomi,
machając dużą, bladą dłonią.
Nazywał się Pere albo Paar, jakoś tak. Zdjęła stalową kulę ze stołu i rzuciła do niego. Uśmiechnął się do niej szeroko i przejechał
spojrzeniem po jej ciele. Żałosny gnojek. Naomi wyprostowała się.
Malikah podeszła i stanęła obok niej.
- Wciąż to potrafisz - skomentowała.
Miała piękny głos, z akcentem ze stacji Ceres, łagodzącym ostrzejsze
tony głębokiego Pasa.
- Dużo w to grałam, gdy byłam tu ostatnio - odpowiedziała Naomi. - Nigdy
nie zapominamy tego, co robiliśmy w młodości, prawda?
- Nawet jeśli chcemy. - Malikah się roześmiała, a Naomi wraz z nią.
Malikah mieszkała w apartamecie trzy poziomy niżej i trzydzieści stopni
zgodnie z kierunkiem obrotu stacji od klubu. Kiedy Naomi była tam
ostatni raz, ściany obklejono jedwabiem w brązowo-złote wzory, a powietrze wypełniał bogaty aromat kadzidełka sandałowego, które nie
szkodziło wymiennikom powietrza stacji. Naomi spała tam w śpiworze przez
dwie noce, usypiając przy dźwiękach harfy z odtwarzacza i pomruku głosów
Malikah i Sam. Tylko że Sam zginęła, Naomi znowu była z Jimem, a ludzkość odziedziczyła tysiąc słońc odległych o dwa lata lotu. Będąc
tutaj, śmiejąc się z Malikah i ekipami remontowymi, Naomi nie potrafiła
stwierdzić, czy bardziej zaskakuje ją, jak bardzo, czy jak mało wszystko
się zmieniło w tym czasie.
Malikah dotknęła jej ramienia, marszcząc brwi.
- Bist ajá?
- Zamyśliłam się - wyjaśniła Naomi, tylko z grubsza wpadając w rytm
slangu Pasiarzy.
Golgo nie było jedynym, w czym wyszła z wprawy.
Twarz Malikah posmutniała, choć wokół stołu do golgo wybuchły okrzyki
radości i niezadowolenia jednocześnie. Przez chwilę była z nimi Sam. Nie
rzeczywista kobieta z rudymi włosami, radośnie obscenicznym językiem i zwyczajem używania dziecinnych zdrobnień w rodzaju "kuku" do opisywania
rzeczy typu przebicie kadłuba przez meteor. Po prostu miejsce, w którym
była, i dwie kobiety dzielące świadomość, że kogoś tu brakuje.
Paar albo Pere podał kulę następnemu graczowi - Sakai, nowemu głównemu
inżynierowi, a ktoś z przeciwnej drużyny poklepał go drwiąco po plecach.
Naomi podeszła, żeby ocenić straty. Przebywanie z Pasiarzami - samymi
Pasiarzami - było dziwnie pocieszające. Kochała swoją załogę, ale było w niej dwóch Ziemian i Marsjanin. Pewnych tematów nigdy nie mogła z nimi
poruszyć.
Bez odwracania głowy zorientowała się, kiedy przyszedł Jim. Gracze po
przeciwnej stronie stołu jak jeden mąż popatrzyli za jej plecy. Szeroko
otworzyli oczy, poczuła, wyczuła przechodzącą przez nich falę
podniecenia. Nikt tego nie powiedział, ale równie dobrze mogli krzyknąć:
"Hej! Patrzcie! To James Holden!".
Łatwo było zapomnieć, że Jim był tym, kim był. Zaczął dwie wojny i odegrał pewną rolę w zakończeniu obu. Dowodził pierwszym statkiem, który
przeleciał przez Pierścień, a przynajmniej pierwszym, który to przeżył.
Odwiedził bazę obcych na środku powolnej strefy i wrócił z życiem.
Przeżył stację Eros i śmierć Agathy King. Był na Nowej Ziemi,
pierwszej ludzkiej kolonii na planecie poza Układem Słonecznym, i doprowadził tam do zawarcia dziwnego, niezręcznego pokoju. Obserwowanie
ludzi reagujących na tego Holdena, tego na ekranach i w wiadomościach,
było prawie zawstydzające. Wiedziała, że Jim wcale nie przypomina
tamtego Jamesa Holdena, ale nie miało sensu tego tłumaczyć. Niektóre
rzeczy zostawały tajemnicą, nawet jeśli się je powiedziało.
- Witaj, ukochana - powiedział Jim, obejmując ją.
W drugiej ręce trzymał grapefruitowe martini.
- Dla mnie? - zapytała, biorąc koktajl.
- Mam nadzieję, ja za nic bym tego nie wypił.
- Hoy, coyo! - wykrzyknął Paar czy Pere, unosząc stalową kulę. - Chcesz
rzucić?
Śmiechy wokół stołu miały różne zabarwienie. Część z nich sugerowała
zachwyt - "James Holden będzie z nami grał w golgo!" - część zdradzała
okrucieństwo - "Patrzcie, jak ważniak się zbłaźni". Nic z tego nie miało
żadnego związku z rzeczywistym człowiekiem. Zaciekawiło ją, czy zdawał
sobie sprawę, jak bardzo zmieniał naturę pomieszczenia, po prostu do
niego wchodząc. Pewnie nie.
- Nie - podziękował Jim z uśmiechem. - Jestem w tym straszny. Nawet nie
wiedziałbym, od czego zacząć.
Naomi nachyliła się w stronę Malikah.
- Powinnam już iść. Dzięki za przygarnięcie.
Co znaczyło "dziękuję, że pozwoliłaś mi być tu z innymi Pasiarzami,
jakby to było moje miejsce".
- Jesteś todamas dobrze widziana, coya-mis - odpowiedziała Malikah.
Co znaczyło "śmierć Sam nie była twoją winą, a nawet jeśli, to ci
wybaczam".
Naomi ujęła Jima pod rękę i wyprowadziła go z sali do głównego baru. Po
przejściu przez drzwi znacząco nasiliła się muzyka, atakując wspólnie ze
światłami ich zmysły. Na parkiecie ludzie ruszali się w parach i grupach. Był taki czas, na długo przed poznaniem Jima, gdy pomysł
urżnięcia się i rzucenia w gęstwę ciał bywał bardzo atrakcyjny. Z rozczuleniem przypomniała sobie dziewczynę, którą kiedyś była, ale nie
miała ochoty odtwarzać tamtych wrażeń. Dopiła swoje martini, stojąc przy
barze. Było zbyt głośno na rozmowę, więc bawiła się, obserwując ludzi
rozpoznających Jima i malującą się na ich twarzach niepewność, czy to
faktycznie on. Ze swej strony Jim był uroczo znudzony. Idea, że może
znajdować się w centrum uwagi, była mu kompletnie obca. Było to częścią
tego, co w nim kochała.
Kiedy jej kieliszek zrobił się pusty, położyła dłoń na jego dłoni i razem przecisnęli się na korytarz przed klubem. Czekający tam na
wejście, kobiety i mężczyźni - niemal wyłącznie Pasiarze - przyglądali
się, jak odchodzą. Na stacji Tycho była noc, co nie znaczyło wiele.
Stację urządzono z myślą o trzech wymiennych ośmiogodzinnych zmianach:
rozrywce, pracy i śnie. Krąg znajomych determinowała zmiana, w której
się pracowało, jakby tę samą przestrzeń zajmowały równocześnie trzy
różne miasta. Świat zawsze składający się w dwóch trzecich z nieznajomych. Objęła Jima w talii i przyciągnęła go do siebie tak mocno,
aż poczuła jego udo poruszające się przy swoim.
- Musimy porozmawiać - oznajmiła.
Trochę się spiął, ale utrzymał lekki i swobodny ton.
- Coś jak kobieta z mężczyzną?
- Gorzej - odparła. - Jak pierwsza oficer z kapitanem.
- Co jest?
Weszli do windy i wcisnęła przycisk ich pokładu. Rozległ się brzęk
dzwonka i drzwi zaczęły się zasuwać, a ona spróbowała zebrać myśli.
Właściwie nie chodziło o to, że nie wiedziała, co musi zostać
powiedziane. Nie będzie mu się to podobało ani trochę bardziej niż jej.
- Musimy pomyśleć o powiększeniu załogi.
Znała rodzaje ciszy Jamesa Holdena dość dobrze, by rozpoznać i tę.
Podniosła wzrok na jego neutralny wyraz twarzy i oczy mrugające odrobinę
szybciej niż zwykle.
- Naprawdę? - zapytał. - Wydawało mi się, że radzimy sobie całkiem
dobrze.
- Owszem. Radziliśmy sobie. Rosa zaprojektowano dla wojska, jest
inteligentny. Mnóstwo automatyki, mnóstwo redundancji. Dlatego byliśmy w stanie latać nim tak długo, mając jedną trzecią standardowej załogi.
- Nie szkodzi też, że to najlepsza cholerna załoga w przestrzeni.
- Nie szkodzi. Patrząc na umiejętności i przebieg pracy, mamy bardzo
silną grupę, ale jesteśmy wrażliwi.
Winda się przesunęła, poddawana złożonym siłom obrotu stacji i przyśpieszenia ruchu, sprawiając, że jej wnętrze wydało się rozchwiane.
Była pewna, że to tylko efekt ruchu.
- Nie jestem pewien, co masz na myśli, mówiąc "wrażliwi" - powiedział
Jim.
- Latamy Rosynantem, od kiedy tylko wydobyliśmy go z Donnagera. Nie
mieliśmy żadnych zmian personelu. Żadnej wymiany. Podaj mi nazwę choć
jednego statku, na którym wygląda to tak samo. Na Canterbury były
takie loty, gdzie jedna czwarta załogi leciała razem po raz pierwszy.
I...
Rozsunęły się drzwi kabiny. Wyszli na zewnątrz, usuwając się na bok,
żeby wpuścić inną parę. Gdy zamykały się drzwi, Naomi usłyszała, że
tamci mówią coś do siebie cicho. Jim milczał, gdy szli w stronę swojego
apartamentu. Kiedy w końcu się odezwał, mówił cicho i z namysłem.
- Myślisz, że któryś z nich może nie wrócić? Amos? Aleks?
- Myślę, że wiele może się zdarzyć. Przy locie z dużym ciągiem czasami
zdarzają się udary. Koktajl pomaga, ale niczego nie gwarantuje. Zdarzało
się też, że do nas strzelali. Albo lądowaliśmy z uszkodzonym statkiem na
spadającej orbicie. Pamiętasz takie sytuacje, prawda?
- Jasne, ale...
- Jeśli kogoś stracimy, zamiast latania na jednej trzeciej standardowej
załogi będziemy mieć jedną czwartą. Dodaj do tego utratę unikalnych
umiejętności.
Holden znieruchomiał z ręką na drzwiach ich mieszkania.
- Chwila, moment. Jeśli kogoś stracimy?
- Tak.
Miał szeroko otwarte oczy wyrażające szok. W ich kącikach pojawiły się
drobne zmarszczki niepokoju. Sięgnęła, by je wygładzić, ale nie
ustąpiły.
- Czy ty próbujesz mnie przygotować na śmierć członka mojej załogi?
- Z perspektywy historycznej ludzie w zasadzie w stu procentach
umierają.
Jim zaczął coś mówić, zrezygnował, otworzył drzwi mieszkania i wszedł do
środka. Poszła za nim, zamykając za sobą drzwi. Chciała odpuścić, ale
nie wiedziała, kiedy uda im się wrócić do tematu.
- Gdybyśmy mieli tradycyjną załogę, byłyby dwie osoby na każde
stanowisko. W razie śmierci lub utraty zdolności do pracy, w każdej
chwili dana osoba mogłaby zostać zastąpiona.
- Nie zamierzam wprowadzić na statek kolejnych czterech osób, nie mówiąc
już o ośmiu - oświadczył Jim, wchodząc do sypialni. Uciekając przed
rozmową. Tak naprawdę by nie wyszedł. Czekała, aż cisza, niepokój i obawa, że ją rozzłościł, sprowadzą go z powrotem. Trwało to jakieś
piętnaście sekund. - Nie postępujemy jak zwykła załoga, bo nie jesteśmy
zwyczajni. Dostaliśmy Rosa, gdy strzelali do nas wszyscy w całym
Układzie. Niewykrywalne statki rozwaliły nam pod tyłkiem pancernik.
Straciliśmy Canta, a potem straciliśmy Sheda. Nie można przejść przez
coś takiego i być normalnym.
- Co to właściwie znaczy?
- Ten statek to nie jest załoga. Nie postępujemy jak załoga.
Zachowujemy się jak rodzina.
- Racja - zgodziła się. - I na tym polega problem.
Popatrzyli na siebie przez pokój. Jim poruszał szczęką, zatrzymując
cisnące się na usta protesty i argumenty. Wiedział, że miała rację, choć
chciał, żeby się myliła. Zobaczyła, jak zrozumiał, że nie ma wyjścia.
- Dobrze - rzucił. - Kiedy pozostali wrócą, możemy się zastanowić nad
jakimiś rozmowami. Zabrać parę osób na misję czy dwie. Jeśli się dobrze
wpasują, będziemy mogli zastanowić się nad zatrzymaniem ich na stałe.
- Brzmi nieźle - powiedziała Naomi.
- To zmieni równowagę na statku - zauważył Holden.
- Wszystko się zmienia - odpowiedziała, obejmując go.
Zamówili jedzenie z indyjskiej restauracji fusion, curry ze
zmodyfikowanym genetycznie ryżem i białkami z grzybów o teksturze prawie
nieodróżnialnej od wołowiny. Przez resztę wieczoru Holden próbował być
radosny i ukryć przed nią niepokój. Niezbyt mu się to udawało, ale
doceniała wysiłek.
Po kolacji oglądali kanały rozrywkowe, aż przyszedł czas w znajomym
rytmie dnia, gdy wyłączyła ekran i zaprowadziła go z powrotem do łóżka.
Seks z Holdenem zaczął się jako coś podniecającego, lata temu, gdy
pierwszy raz docierało do nich, jak głupie są bliskie stosunki pierwszej
oficer i kapitana. Teraz był bogatszy, spokojniejszy i bardziej radosny.
Dawał też więcej komfortu.
Później, gdy Naomi leżała na dużym żelowym materacu z pościelą splątaną
u stóp, jej umysł zaczął dryfować. Myślała o Rosie i Sam, o tomiku
poezji, który czytała, będąc nastolatką, i grupie muzycznej, którą
zaraził ją jeden ze starszych inżynierów na Canterbury. Jej
wspomnienia zaczęły nabierać odrealnionego kształtu snów, gdy głos Jima
ściągnął ją z powrotem do niemal pełnej przytomności.
- Nie podoba mi się, że ich nie ma.
- Hm?
- Aleksa i Amosa. Nie podoba mi się, że ich nie ma. Jeśli będą mieli
jakieś kłopoty, my będziemy tutaj. Nie mogę nawet odpalić Rosa, żeby
po nich polecieć.
- Nic im nie będzie - odpowiedziała.
- Wiem. Tak jakby. - Uniósł się na łokciu. - Naprawdę się nie martwisz?
- Może troszkę.
- No wiesz, rozumiem, że są dorośli, ale gdyby coś się stało. Gdyby nie
wrócili...
- Byłoby trudno - zgodziła się Naomi. - Od lata polegamy wzajemnie
właśnie na naszej czwórce.
- Właśnie - potwierdził Jim. A po chwili dodał: - Wiesz, kim była ta
kobieta, w sprawie której Amos tam poleciał?
- Nie, nie wiem.
- Myślisz, że ją kochał?
- Nie wiem - powtórzyła Naomi. - Ale odniosłam raczej wrażenie, że to
ktoś w rodzaju zastępczej matki.
- Hm. Może. Nie wiem, dlaczego pomyślałem o ukochanej. - Jego głos
zaczął się robić niewyraźny, jak na skraju snu. - Hej, mogę cię zapytać
o coś niewłaściwego?
- Jeśli będę znać odpowiedź.
- Dlaczego nigdy się nie zeszliście z Amosem? To znaczy, jeszcze na
Cancie?
Naomi roześmiała się, przeturlała i objęła go przez pierś. Nawet po
lataniu z nim przez cały ten czas wciąż lubiła zapach jego skóry.
- Poważnie? Czy ty w ogóle zwracałeś uwagę na jego seksualność?
- Nie wydaje mi się, żebyśmy powinni robić coś takiego z Amosem.
- To nie jest miejsce, w którym chciałbyś się znaleźć - zapewniła Naomi.
- Hm. Dobra. Wiesz, tak tylko myślałem. Jak bardzo się przy tobie kręcił
na Cancie. I nigdy dotąd nie mówił o opuszczaniu Rosa.
- Nie zostaje na Rosie dla mnie - zauważyła Naomi. - Robi to dla
ciebie.
- Dla mnie?
- Używa cię jako swojego zewnętrznego sumienia z drugiej ręki.
- Wcale nie.
- Dokładnie tak. Znajduje kogoś, kto ma poczucie etyki, i postępuje tak
jak ta osoba - wyjaśniła. - W ten sposób próbuje nie być potworem.
- Dlaczego miałby próbować nie być potworem?
Nieco rozespane słowa były jak ciepły koc.
- Bo nim jest - oświadczyła Naomi, czując, jak jej świadomość przekracza
granicę. To dlatego się dogadujemy.
***
Wiadomość nadeszła dwa dni później, bez żadnego ostrzeżenia. Tkwiła w skafandrze próżniowym, kontrolując postęp robót z głównym inżynierem
Sakai. Właśnie wyjaśniał jej, dlaczego szukali innego typu stopu
ceramicznego na złącza między kadłubem zewnętrznym i wewnętrznym, gdy na
jej wyświetlaczu przeziernym pojawiło się powiadomienie o priorytetowej
wiadomości. Poczuła uderzenie strachu, skutek rozmowy z Holdenem. Coś
stało się Aleksowi. Albo Amosowi.
- Chwileczkę - powiedziała, a Sakai odpowiedział uniesieniem pięści.
Włączyła wiadomość. Pojawił się płaski ekran z rozerwanym kręgiem SPZ, a kiedy zniknął, zobaczyła Marco. Upływ lat nieco poszerzył jego twarz i lekko złagodził krzywiznę szczęki. Barwa skóry była dokładnie tak samo
głęboka i bogata, jak pamiętała, a jego dłonie złożone na stole w miejscu nagrywania były równie delikatne. Uśmiechnął się z mieszaniną
smutku i rozbawienia, co pociągnęło ją z powrotem w czasie.
Wiadomość została wstrzymana, odcięta przez systemy medyczne skafandra.
Pojawiły się ostrzeżenia o podwyższonym tętnie i ciśnieniu krwi.
Podbródkiem włączyła obejście i w uszach zabrzmiał jego głos, zacinając
się w pierwszej chwili po wznowieniu.
- Przepraszam. Wiem, że nie chcesz żadnych wiadomości ode mnie. Jeśli to
w czymś pomoże, przypomnę, że dotąd tego nie robiłem. I teraz też nie
przychodzi mi to lekko.
Wyłącz to, pomyślała. Zatrzymaj nagranie. Skasuj je. To i tak będą same
kłamstwa. Kłamstwa lub tylko te części prawdy, które mu pasują. Zapomnij
o tym, że to odebrałaś.
Marco spojrzał poza kamerę, jakby odczytał jej myśli albo wiedział,
czego się spodziewać.
- Naomi, nie zgadzam się z twoją decyzją o odejściu, ale zawsze ją
szanowałem. Nawet kiedy pokazałaś się w wiadomościach i wszyscy
wiedzieli, gdzie jesteś, nie odzywałem się do ciebie. I nie robię tego
teraz we własnym imieniu.
Jego słowa były wyraźne, ciepłe i ostrożne: bezbłędna gramatyka kogoś
mówiącego w drugim języku tak dobrze, że wręcz nieprzyzwoicie. Nie
słyszała ani śladu gwary Pasiarzy. Czyli mijające lata zmieniły go na
jeszcze jeden sposób.
- Cyn i Karal przesyłają pozdrowienia i wyrazy miłości, ale tylko oni
wiedzą, że się z tobą kontaktuję. I znają powód. Są teraz na stacji
Ceres, ale nie mogą tam zostać długo. Musisz się tam spotkać z ich grupą
i... Nie. Przepraszam. To nie tak. Nie powinienem był tego tak
formułować. Chodzi o to, że zaczynam się gubić. Nie wiem, co robić, a ty
jesteś jedyną osobą, do której mogę się zwrócić. Chodzi o Filipa. Ma
kłopoty.
Rozdział czwarty
Amos
Bolało go gardło.
Przełknął ślinę, próbując pozbyć się guli jej porcji, ale poczuł tylko
nowe dźgnięcie bólu, jakby połykał piach. Trzy miesiące temu, zgodnie z harmonogramem, ambulatorium Rosa wstrzyknęło mu pełną porcję
szczepionek wzmacniających i profilaktyki przeciwbakteryjnej. Nie
sądził, że może zachorować, a jednak. Czuł coś w gardle, jakby połknął
piłeczkę golfową, która utknęła w pół drogi.
Wszędzie wokół niego mieszkańcy i podróżujący w porcie kosmicznym stacji
Ceres kręcili się jak mrówki w mrowisku, nakładającymi się głosami
generując ryk równie dobry, jak kompletna cisza. Amosa bawiło, że nikt
na Ceres nie zrozumiałby tej metafory. On sam nie widział mrowiska od
dwudziestu lat, ale wciąż doskonale pamiętał obserwowanie, jak mrówki
rozprawiają się z karaluchem lub uprzątają truchło szczura. Tak jak
karaluchy i szczury, mrówki nauczyły się żyć z ludzkimi sąsiadami, nie
sprawiając za dużo problemów. Kiedy ludzkie miasta z betonu rozpełzły
się po całej planecie i połowa zwierząt na Ziemi trafiła na listę
zagrożonych gatunków, nikt nie martwił się o mrówki. Radziły sobie
doskonale, a upuszczone jedzenie z barów szybkiej obsługi było równie
pożywne i obfite, jak kiedyś martwe leśne zwierzęta.
Dostosuj się lub giń.
Gdyby można było powiedzieć, że Amos ma jakąś filozofię, brzmiałaby
właśnie tak. Beton zastępuje las, więc jeśli wejdziesz mu w drogę,
zaleją cię. Jeśli znajdziesz sposób na życie w szczelinach, możesz
rozkwitać, gdzie chcesz. Zawsze znajdą się jakieś szczeliny.
Wokół niego buzowało mrowisko Ceres. Ludzie na szczycie łańcucha
pokarmowego kupowali w budkach przekąski lub bilety na promy i opuszczające stację statki dalekiego zasięgu. Byli tam też ludzie
mieszkający w szczelinach. Dziewczynka mająca najwyżej dziesięć lat z brudnymi włosami i w różowym kombinezonie o dwa rozmiary za dużym
przyglądała się podróżnym, nie gapiąc się na nich. Czekała, aż ktoś
odłoży bagaż lub ręczny terminal na tyle długo, by mogła go porwać.
Zobaczyła, że Amos się jej przygląda i umknęła do włazu technicznego
osadzonego nisko w ścianie.
Życie w szczelinach, ale życie. Dostosowywanie się, nieumieranie.
Znowu przełknął, krzywiąc się z powodu bólu. Zabrzęczał jego ręczny
terminal, więc spojrzał na tablicę odlotów, która zdominowała przestrzeń
publiczną stacji. Jaskrawożółte litery na czarnym tle, czcionka
zaprojektowaną z myślą o czytelności. Właśnie potwierdzono jego lot
dalekiego zasięgu na Lunę - powinien wystartować za trzy godziny.
Stuknął w ekran swojego terminala, informując automatyczne systemy, że
będzie na pokładzie, i ruszył poszukać sposobu na spędzenie trzech
godzin.
Przy bramce był bar. Łatwo poszło.
Nie chciał się upić i przegapić lotu, więc został przy piwie. Pił wolno
i metodycznie, machając na barmana, gdy w szklance pokazywało się dno,
dzięki czemu zaraz po skończeniu czekała na niego następna. Celował w odprężenie i lekki szum, a doskonale wiedział, jak osiągnąć ten stan w najkrótszym możliwym czasie.
Bar nie oferował wiele w zakresie rozrywek czy sposobów na odwrócenie
uwagi, więc mógł się skupić na szklance, barmanie i następnym drinku.
Gruda w gardle robiła się większa przy każdym przełknięciu. Ignorował
ją. Pozostali klienci baru byli cicho, czytali z ręcznych terminali lub
szeptali do siebie w małych grupach, popijając. Wszyscy byli w drodze.
To miejsce nie było celem, było czymś, na co wpadało się w podróży, było
przypadkowe i do zapomnienia.
Lydia nie żyje.
Spędził dwadzieścia lat, myśląc o niej. Oczywiście w pewnym stopniu było
to związane z jej twarzą wytatuowaną nad jego sercem. Widział ją za
każdym razem, gdy stanął przed lustrem bez koszuli. Ale oprócz tego
każdy dzień wymagał dokonywania wyborów, a każda podjęta decyzja
zaczynała się od cichego głosu w głębi głowy pytającego, co powinien
zrobić zdaniem Lydii. Kiedy dostał wiadomość od Ericha, zrozumiał, że
nie widział się z nią ani nie rozmawiał od ponad dwudziestu lat. A to
znaczyło, że była dwadzieścia lat starsza, niż gdy odszedł. Ile wtedy
miała lat? Pamiętał siwe kosmyki w jej włosach, zmarszczki wokół oczu i ust. Była starsza od niego. Tylko że on miał piętnaście lat, więc
"starsza od niego" było bardzo szeroką definicją.
A teraz nie żyła.
Może ktoś dwadzieścia lat starszy od pamiętanej przez niego kobiety był
dość stary, by umrzeć z przyczyn naturalnych. Może umarła w szpitalu lub
we własnym łóżku, w cieple i komforcie, otoczona przez przyjaciół. Może
przy jej nogach spał kot. Amos miał nadzieję, że to prawda. Bo jeśli tak
nie było - jeśli było to coś innego niż śmierć z przyczyn naturalnych
- zamierzał zabić każdego, kto miał z tym choćby odległy związek. Zbadał
tę myśl w głowie, obracając ją na wszystkie strony i czekając, czy Lydia
go powstrzyma. Wypił kolejny długi łyk piwa i poczuł ogień w gardle.
Naprawdę miał nadzieję, że nie zaczyna chorować.
"Nie jesteś chory", powiedział w jego głowie głos Lydii, "jesteś smutny.
W żałobie. To ściśnięte gardło, puste miejsce za mostkiem. Wrażenie
pustki w żołądku, niezależnie od tego, ile wlejesz w niego piw. To
żałoba".
- Hm. - Amos odezwał się na głos.
- Czegoś ci trzeba? - zapytał barman z profesjonalnym brakiem
zainteresowania.
- Jeszcze jedno - odpowiedział Amos, wskazując na w połowie pełną
szklanicę w dłoni.
"Nie radzisz sobie dobrze z żałobą", zabrzmiał kolejny głos. Tym razem
Holden. Co było prawdą. Dlatego właśnie Amos ufał kapitanowi. Kiedy coś
mówił, to dlatego, że w to wierzył. Nie trzeba było analizować jego słów
ani zastanawiać się, co naprawdę miał na myśli. Nawet gdy kapitan coś
spieprzył, to działał w dobrej wierze. Amos nie spotkał wielu takich
ludzi.
Od kiedy sięgał pamięcią, jedynym naprawdę silnym uczuciem, jakiego
doznawał, był gniew. Zawsze tam był, czekając na niego. Podejście do
żałoby w ten sposób było proste i bezpośrednie. Mógł ją zrozumieć.
Mężczyzna siedzący kilka stołków dalej przy barze miał surowy, twardy
wygląd skoczka skalnego. Od godziny siedział nad jednym piwem i za
każdym razem, gdy Amos zamawiał kolejne, posyłał mu spojrzenie
świadczące równocześnie o irytacji i zawiści. Zazdrościł mu jego
najwyraźniej bezdennego konta. Byłoby tak łatwo. Coś mu powiedzieć, coś
ostrego i głośnego, postawić go w sytuacji, w której wycofanie się
zawstydziłoby go przed wszystkimi. Biedny skurwiel poczułby się
zobowiązany złapać przynętę, a potem Amos mógłby swobodnie wyładować na
nim swoją żałobę. Bójka mogłaby być nawet miłym sposobem na rozładowanie
emocji.
"Ten facet nie zabił Lydii", zabrzmiał głos Holdena. Ale może zrobił to
ktoś inny, pomyślał Amos. Muszę się tego dowiedzieć.
- Pora zapłacić, amigo - zwrócił się Amos do barmana, machając w jego
stronę swoim ręcznym terminalem. Wskazał na skoczka skalnego. - I dopisz
do rachunku dwa następne piwa tego gościa.
Skoczek zmarszczył brwi, doszukując się obelgi, ale kiedy jej nie
znalazł, powiedział tylko:
- Dzięki, bracie.
- Nie ma problemu, hermano. Trzymaj się bezpiecznie.
- Sa sa - odpowiedział skoczek, dopijając piwo i sięgając po jedno z dwóch opłaconych przez Amosa. - Ty też, sabe dui?
***
Amosowi brakowało jego koi na Rosie.
Transportowiec pasażerski dalekiego zasięgu nazywał się Leniwy
ptaszek, ale jego związki z ptakami zaczynały się i kończyły na
literach na burcie. Od zewnątrz przypominał olbrzymi kosz na śmieci z dyszą napędu na jednym końcu i maleńkim mostkiem na drugim. Za to od
środka wyglądał jak wnętrze olbrzymiego kosza na śmieci, tylko że
podzielono go na dwanaście pokładów, po pięćdziesiąt osób na pokład.
Jedyną prywatność zapewniały cienkie zasłonki w kabinach prysznicowych,
a pasażerowie zdawali się korzystać z łazienek tylko wtedy, gdy w okolicy kręcili się umundurowani członkowie załogi.
Ach, pomyślał Amos, zasady więzienne.
Wybrał sobie koję, tak naprawdę pryczę przeciążeniową z małą szafką pod
spodem i jeszcze mniejszym ekranem rozrywkowym na ścianie obok, jak
najdalej od łazienki i kantyny. Próbował się trzymać z dala od miejsc z większym ruchem. Przestrzeń dzieliła z nim trzyosobowa rodzina z jednej
strony i bardzo wiekowa starucha z drugiej.
Starucha spędziła lot naćpana białym tabletkami, całymi dniami wpatrując
się w sufit, w nocy rzucając się i pocąc w gorączkowych snach. Amos się
jej przedstawił. Zaoferowała mu trochę tabletek. Odmówił. Na tym
skończyły się ich interakcje.
Rodzina po drugiej stronie była dużo milsza. Dwóch mężczyzn krótko po
trzydziestce z mniej więcej siedmioletnią córką. Jeden z nich był
inżynierem budowlanym imieniem Rico, drugi, Jianguo, tatą siedzącym w domu. Dziewczynka miała na imię Wendy. Kiedy Amos zajął swoje miejsce,
zerkali na niego z niepokojem, ale uśmiechnął się do nich, uścisnął ręce
na powitanie i kupił Wendy loda z automatu w kantynie, a potem się nie
narzucał, żeby nie być nieprzyjemnym. Wiedział, jak wyglądają faceci za
bardzo interesujący się małymi dziećmi, dzięki czemu potrafił
dopilnować, by nigdy nie zostać uznanym za jednego z nich.
Rico leciał na Lunę przyjąć pracę w stoczniach orbitalnych Bush.
- Mnóstwo coyos leci w dół studni. Beaucoup pracy teraz, wszyscy próbują
zgarnąć dla siebie pierścień. Nowe kolonie, nowe światy.
- To wyschnie, gdy pierwszy rzut się wyczerpie - odpowiedział Amos.
Leżał w swojej pryczy, jednym uchem słuchając Rico, częściowo oglądając
strumień wideo na ekranie ściennym, z wyłączonym dźwiękiem.
Rico zrobił pasiarski gest wzruszenia ramionami i kiwnął głową w stronę
śpiącej na pryczy córki.
- Dla niej, sabe? Później będzie później, na razie muszę odłożyć trochę
juanów. Szkoła, wycieczki, czego będzie potrzebować.
- Rozumiem. Później będzie później.
- Och, patrz, czyszczą kible. Idę pod prysznic.
- O co z tym chodzi, stary? - zapytał Amos. - O co ten raban?
Rico przekrzywił głowę, jakby Amos zapytał, dlaczego w kosmosie jest
próżnia. Szczerze mówiąc, Amos znał odpowiedź, ale ciekawe było
zobaczyć, czy Rico też.
- Gangi dalekich lotów, coyo. Cena tanich tras. Biedni nie mają dobrze.
- Załoga pilnuje takich spraw, prawda? Jeśli zrobi się zamieszanie,
usypiają wszystkich, a potem wiążą sprawców. Żadnych problemów.
- Nie pilnują pryszniców. Tam nie ma kamer. Jeśli nie zapłacisz, kiedy
przyjdzie ekipa, tam cię dopadną. Lepiej iść, kiedy jest tam załoga.
- Bez jaj - skomentował Amos, udając zaskoczenie. - Jeszcze nie
widziałem nikogo z wymuszeniem.
- Zobaczysz, hombre. Przypilnuj Jian i Wendy, gdy mnie nie będzie,
dobra?
- Nie ma sprawy, będą bezpieczni, bracie.
***
Rico miał rację. Po początkowym zamieszaniu lotu, gdy ludzie przestali
już sobie szukać prycz i zmieniać miejsca, uznając, że nie zniosą
sąsiada i skończyło się szukanie nowych, większość pasażerów trzymała
się swoich miejsc. Pasiarze na pokładach Pasiarzy, wewnętrzni na
pokładach podzielonych między Ziemię i Marsa. Amos był na pokładzie
Pasiarzy, ale wyglądało na to, że jest tu jedyny.
Zdecydowanie więzienne zasady.
Szóstego dnia z windy wyszła mała grupa zbirów z pokładu wyżej i rozproszyła się między pryczami. Przy pięćdziesięciu ludziach na
pokładzie obejście wszystkich chwilę im zajęło. Amos udawał, że śpi w swojej pryczy przeciążeniowej, i obserwował ich kątem oka. To była
bardzo prosta operacja. Osiłek podchodził do pasażera, przedstawiał mu
zasady ubezpieczenia na czas lotu, a potem przyjmował transfer pieniędzy
tanim, jednorazowym terminalem. Wszelkie groźby były tylko sugerowane.
Wszyscy płacili. Wymuszenie było bardzo głupie, ale dostatecznie proste,
by mimo wszystko działało.
W ich stronę skierował się jeden z członków grupy wymuszającej, chłopak
o wyglądzie czternastolatka. Rico zaczął sięgać po swój ręczny terminal,
ale Amos usiadł na łóżku i gestem kazał go schować.
- Jesteśmy na czysto - powiedział do młodego zbira. - W tym rogu nikt
nie płaci.
Chłopaczek popatrzył na niego bez słowa. Amos uśmiechnął się do niego.
Nie miał szczególnej ochoty zostać uśpiony gazem i związany, ale jeśli
będzie trzeba, jakoś to przeżyje.
- Jesteś trupem - rzucił zbir.
Włożył w te słowa tyle przekonania i arogancji macho, ile zdołał, a Amos
musiał poczuć szacunek dla jego próby, jednak próbowali go przestraszyć
ludzie dużo groźniejsi od chudego pasiarskiego nastolatka. Amos kiwnął
głową, jakby rozważał groźbę.
- Wiesz, kiedyś zdarzyło mi się utknąć w szybie za reaktorem, gdy
wybuchła rura z chłodziwem - powiedział.
- Co? - zapytał zaskoczony chłopak.
Nawet Rico i Jianguo patrzyli na Amosa, jakby stracił rozum. Amos się
przesunął, a zawiasy pryczy zaskrzypiały, zmieniając położenie.
- Widzisz, chłodziwo jest radioaktywne jak cholera. Gdy trafi w powietrze, natychmiast paruje. Jak ci trafi na skórę, to nie jest zbyt
zdrowe, ale można to przeżyć. Większość da się zmyć. Ale bardzo nie
chcesz tego wdychać. Jak wciągniesz trochę radioaktywnych cząstek do
płuc, skąd nie da się ich wyciągnąć, to w zasadzie potem topisz się od
środka.
Dzieciak obejrzał się przez ramię, szukając wsparcia w poradzeniu sobie
z szalonym gawędziarzem. Reszta ekipy od wymuszeń wciąż była zajęta.
- Musiałem wtedy - kontynuował Amos - dostać się do śluzy technicznej,
otworzyć szafkę awaryjną i założyć aparat tlenowy bez wciągania do płuc
tego syfu.
- I co z tego? I tak mu...
- Puentą tej krótkiej historyjki jest fakt, że dowiedziałem się o sobie
kilku rzeczy.
- Tak? - Sytuacja zrobiła się na tyle dziwna, że dzieciak zainteresował
się wyjaśnieniami.
- Dowiedziałem się, że potrafię wstrzymać oddech na prawie dwie minuty,
wykonując przy tym ciężką aktywność fizyczną.
- I co...
- I musisz zadać sobie pytanie, jak bardzo mogę ci zaszkodzić w ciągu
dwóch minut, zanim powali mnie gaz usypiający. Bo założę się, że całkiem
solidnie.
Dzieciak nie odpowiedział. Rico i Jianguo zdawali się wstrzymywać
oddech. Wendy patrzyła na Amosa z szeroko otwartymi oczami i uśmiechem.
- Jakiś problem? - W końcu pojawił się jeden z kumpli młodego zbira,
sprawdzając jego postępy.
- Tak, on...
- Żadnego problemu - uciął mu Amos. - Właśnie wyjaśniam twojemu
kumplowi, że ten kąt sali nie płaci ubezpieczenia.
- Ty tak twierdzisz?
- Właśnie. Ja tak twierdzę.
Starszy zbir przyjrzał się Amosowi, oceniając go. Byli mniej więcej tego
samego wzrostu, ale Amos miał nad nim przewagę przynajmniej dwudziestu
pięciu kilogramów. Amos wstał i naprężył się lekko, podkreślając swoje
słowa.
- Z jaką załogą latasz? - zapytał starszy zbir, biorąc go za członka
rywalizującego gangu.
- Rosynant - odpowiedział Amos.
- Nigdy o nich nie słyszałem.
- Owszem, słyszałeś, ale kontekst jest wszystkim, prawda?
- Może coś spieprzyłeś, coyo - skomentował zbir.
Amos zamaszyście po pasiarsku wzruszył rękami.
- Pewnie prędzej czy później się przekonamy.
- Prędzej czy później - zgodził się zbir, a potem zgarnął chłopaka i ruszył do reszty bandy. Zjeżdżając windą na kolejny poziom, zostawili
juniora na warcie. Nastolatek otwarcie gapił się na Amosa przez całą
salę, niczego nie próbując ukrywać.
Amos westchnął i wyjął z torby ręcznik.
- Pójdę pod prysznic.
- Oszalałeś - rzucił Jianguo. - Tam nie ma załogi. Napadną cię.
- Tak.
- To dlaczego...?
- Ponieważ - odpowiedział Amos, wstając i zarzucając sobie ręcznik na
ramię - nie lubię czekania.
Gdy tylko ruszył w stronę łazienki z wyraźnie widocznym ręcznikiem,
młody wartownik zaczął rozmawiać przez ręczny terminal. Wzywał posiłki.
W łazience pod jedną ze ścian ustawiono pięć kabin prysznicowych z cienkiego plastiku, a pod drugą - dziesięć podciśnieniowych muszli
klozetowych. Na ścianie naprzeciw drzwi zamocowano umywalki. W otwartej
przestrzeni na środku stały ławki przeznaczone dla czekających na
prysznic i ułatwiające ubranie się po myciu. Nie było to najlepsze
miejsce do walki wręcz. Mnóstwo twardych kantów, na które można się
nadziać, a ławki groziły potknięciem.
Amos rzucił ręcznik na umywalkę i oparł się o nią z założonymi rękami.
Nie musiał długo czekać. Kilka minut po telefonie juniora do łazienki
wszedł młodzik z pięcioma zbirami z grupy wymuszającej.
- Tylko sześciu? Czuję się trochę dotknięty.
- Mały nie jesteś - odezwał się najstarszy. Czyli dowódca, skoro mówił
pierwszy. - Ale duzi też giną.
- Prawda. To jak będzie? Jestem na waszym terenie, szanuję zasady
gospodarzy.
Dowódca się roześmiał.
- Zabawny jesteś, chłopie. Zaraz zginiesz, ale zabawny. Twoje mięso,
coyo - zwrócił się do nastolatka.
Młodzik wyciągnął z kieszeni kosę. Ochrona nie przepuszczała żadnej
broni na pokłady pasażerskie, ale to był poszarpany kawałek metalu
oderwany od czegoś i zaostrzony. Znowu więzienne zasady.
- Nie chcę okazać braku szacunku - odezwał się do niego Amos. -
Pierwszego gościa zabiłem mniej więcej w twoim wieku. Właściwie to nawet
kilku, ale nie w tym rzecz. Wiem, że muszę poważnie traktować ciebie i ten nóż.
- Dobrze.
- Nie - odpowiedział bezbarwnie Amos. - Wcale nie.
Zanim ktokolwiek zdążył się ruszyć, Amos pokonał dzielącą ich przestrzeń
i chwycił rękę młodzika z nożem. Statek leciał z ciągiem około jednej
trzeciej g, więc zerwał chłopaka z podłogi i zawirował, uderzając ręką
nastolatka w kabinę prysznicową. Jego ciało sunęło dalej, a Amos nie
puszczał, więc ręka zgięła się w miejscu uderzenia. Dźwięk zrywanych
ścięgien i pękającej kości przypominał odgłos uderzenia młotkiem w mokrą
sklejkę. Nóż wyleciał z pozbawionych czucia palców w stronę podłogi, a Amos puścił rękę.
Przez długą sekundę pięciu zbirów patrzyło na nóż u stóp Amosa, a on
patrzył na nich. Zniknęła pustka w jego brzuchu. Znikło puste miejsce za
mostkiem. Przestało go boleć gardło.
- Kto następny? - zapytał, rozciągając ręce z uśmiechem, o którego
istnieniu nie wiedział chwilę wcześniej.
Rzucili się na niego wszyscy jednocześnie. Amos rozłożył ręce i powitał
ich jak utraconych kochanków.
***
- Wszystko z tobą w porządku? - zapytał Rico.
Przecierał rozcięcie na głowie Amosa gazikiem nasączonym alkoholem.
- Przeważnie.
- A z nimi?
- Trochę mniej - odpowiedział Amos - ale też raczej tak. Wszyscy wyjdą
stamtąd o własnych siłach, kiedy się obudzą.
- Nie musiałeś tego dla mnie robić. Zapłaciłbym.
- Wcale nie - rzucił Amos. Widząc pytające spojrzenie Rico, wyjaśnił: -
Nie zrobiłem tego dla ciebie. I Rico? Te pieniądze mają trafić na
fundusz Wendy albo przyjdę też po ciebie.
Rozdział piąty
Holden
Jeden z dziadków Holdena za młodu brał udział w rodeo. Na wszystkich
zdjęciach z tamtych czasów był wysokim, muskularnym, dobrze wyglądającym
mężczyzną z dużą klamrą pasa i w kowbojskim kapeluszu. Ale mężczyzna,
którego Holden poznał jako dziecko, był chudy, blady i przygarbiony.
Jakby lata odarły go ze wszystkiego nadmiarowego i przerysowały
młodzieńca w szkieletową postać.
Uderzyło go, że Fred Johnson też został przerysowany.
Wciąż był wysoki, ale zniknęły jego wcześniej rozbudowane mięśnie,
zostawiając po sobie luźną skórę na rękach i karku. Jego włosy zmieniły
kolor z przeważnie czarnych na prawie siwe, albo też na prawie ich
brak. Fakt, że wciąż emanował aurą bezwzględnego autorytetu, oznaczał,
że od samego początku nie miała ona prawie nic wspólnego z jego wyglądem
fizycznym.
Kiedy Holden usiadł, Fred miał na biurku dwie szklaneczki i butelkę
czegoś ciemnego. Ruchem głowy zaoferował drinka, a Holden potwierdził
skinieniem.
- Dziękuję - powiedział, gdy Fred nalewał, i z westchnieniem odchylił
się na oparcie fotela.
- Potrzebowałem okazji - wyjaśnił Fred, wzruszając ramionami.
- Nie za drinka, choć za to też. Dziękuję za pomoc z Rosem. Przyszły
pieniądze od Avasarali, ale mamy uszkodzenia, o których nie wiedziałem,
gdy wystawiałem rachunek. Bez zniżki dla preferowanych klientów
mielibyśmy kłopoty.
- Kto powiedział, że dostajesz zniżkę? - zapytał Fred, podając Holdenowi
drinka, choć uśmiechał się przy tym.
Ze stęknięciem opadł na własny fotel. Holden nie zdawał sobie sprawy,
jak bardzo obawiał się tej rozmowy. Nawet mając świadomość, że był to
tylko element uczciwych negocjacji biznesowych, i tak miał wrażenie, że
prosi o jałmużnę. Bardzo się cieszył, że odpowiedź była pozytywna, a jeszcze większą radość sprawił mu fakt, że Fred go przy tym nie
wymęczył. Poczuł się dzięki temu bardziej jak podczas rozmowy z przyjacielem.
- Wyglądasz starzej, Fred.
- Czuję się staro. Ale to lepsze od alternatywy.
Holden uniósł szklaneczkę.
- Za tych, których już z nami nie ma.
- Za tych, których już z nami nie ma - powtórzył Fred i obaj wypili. -
Ta lista robi się dłuższa przy każdym naszym spotkaniu.
- Przykro mi z powodu Byka, ale sądzę, że uratował Układ Słoneczny. Na
tyle, na ile go znałem, mogę sądzić, że uważałby to za świetne
osiągnięcie.
- Za Byka - powiedział Fred, ponownie unosząc szklaneczkę.
- I Sam - dodał Holden, unosząc swoją.
- Wkrótce odchodzę, więc chciałem jeszcze z tobą porozmawiać.
- Chwila. Odchodzisz? To znaczy odlatujesz czy odchodzisz jak Byk i Sam?
- Jeszcze się mnie nie pozbędziesz. Muszę wrócić na Medynę - wyjaśnił
Fred. Nalał sobie jeszcze trochę bourbona, marszcząc się nad
szklaneczką, jakby wykonywał jakąś precyzyjną operację. - Tam teraz
wszystko się dzieje.
- Naprawdę? Wydawało mi się, że słyszałem coś o spotkaniu sekretarz
generalnej ONZ i premiera Marsa. Sądziłem, że właśnie tam się
wybierzesz.
- Mogą rozmawiać, ile chcą, ale prawdziwą władzę daje geografia. Medyna
jest w centrali, gdzie spotykają się wszystkie pierścienie. Tam właśnie
przez bardzo długi czas będzie władza.
- Jak sądzisz, jak długo ONZ i Mars pozwolą ci kierować tym
przedstawieniem? Masz przewagę, ale jeśli uznają, że chcą twoich
zabawek, mogą rzucić na ciebie mnóstwo naprawdę groźnych statków.
- Sporo z tego załatwiamy pod stołem z Avasaralą. Dopilnujemy, żeby
sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. - Fred urwał i wypił większy
łyk. - Ale mamy dwa duże problemy.
Holden odstawił swoją szklaneczkę. Zaczynał mieć wrażenie, że jego
prośba o zniżkę i jej otrzymanie tak naprawdę wcale nie były końcem
negocjacji.
- Mars - powiedział Holden.
- Tak, Mars umiera - potwierdził Fred, przytakując. - Tego nie da się
zatrzymać. Ale mamy też bandę ekstremistów z SPZ, którzy potrząsają
szabelką. Zeszłoroczny atak na Kallisto to ich dzieło. Zamieszki wodne
na stacji Pallas. Były też inne zdarzenia. Nasiliły się napady pirackie
i wcale nie podoba mi się to, ile z tych statków ma na burtach
namalowane rozerwane kręgi.
- Można by pomyśleć, że wszystkie ich problemy rozwiązałoby posiadanie
własnej niezależnej planety.
Zanim odpowiedział, Fred pociągnął kolejny łyczek alkoholu.
- Ich zdaniem kultura Pasiarzy jest dostosowana do życia w przestrzeni.
Perspektywa nowych kolonii z powietrzem i ciążeniem ogranicza podstawy
ekonomiczne bytu Pasiarzy. Zmuszenie wszystkich do zejścia do studni
grawitacyjnych jest moralnym odpowiednikiem ludobójstwa.
Holden zamrugał.
- Niezależne planety to ludobójstwo?
- Twierdzą, że dostosowanie do niskiego ciążenia nie jest kalectwem,
tyko ich istotą. Nie chcą przenieść się do życia na planetach, więc ich
zabijamy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki