Gry Nemezis. Cykl Expanse. Tom 5 - James S.A. Corey

Kup ebooka

35.00 zł
29.75 zł (27,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Filip

Podwójne stocz­nie Kal­li­sto wzno­siły się obok sie­bie na pół­kuli księ­życa trwale odwró­co­nej od Jowi­sza. Słońce było tu tylko naj­ja­śniej­szą gwiazdą w wiecz­nej nocy, a dużo wię­cej świa­tła dawała sze­roka smuga Drogi Mlecz­nej. Wszę­dzie wzdłuż kra­wę­dzi kra­te­rów ostre białe świa­tła prze­my­słowe oświe­tlały budynki, podaj­niki i rusz­to­wa­nia. Z rego­litu kamien­nego pyłu i lodu ster­czały wręgi budo­wa­nego wła­śnie statku. Dwie stocz­nie: cywilna i woj­skowa, jedna kie­ro­wana przez Zie­mian, druga nale­żąca do Marsa. Obie chro­nione przez ten sam sys­tem prze­ciw­me­te­ory­to­wych dział szy­no­wych, obie spe­cja­li­zu­jące się w budo­wa­niu i napra­wia­niu jed­no­stek, które miały zabrać ludz­kość do nowych świa­tów poza pier­ście­niami, gdy i jeśli wyja­śni się sytu­acja na Ilu­sie.

I obie miały dużo więk­sze pro­blemy, niż przy­pusz­czano.

Filip prze­su­nął się do przodu, mając resztę zespołu bli­sko za sobą. Diody LED jego ska­fan­dra zostały wyrwane, a cera­miczny pan­cerz dra­pano tak długo, aż nie został żaden kawa­łek na tyle gładki, by odbi­jać świa­tło. Nawet jasność wyświe­tla­cza prze­zier­nego zmniej­szono na mini­mum tak, że był pra­wie nie­wi­doczny. Głosy w uszach Filipa - ruch stat­ków, kanały ochrony, roz­mowy cywi­lów - były odbie­rane wyłącz­nie w try­bie bier­nym. Słu­chał, niczego nie nada­jąc. Laser celow­ni­czy, który dźwi­gał na ple­chach, był wyłą­czony. Razem z zespo­łem byli tylko cie­niami wśród cieni. Led­wie widoczny zegar odli­cza­nia z lewej czę­ści wyświe­tla­cza zszedł poni­żej pięt­na­stu minut. Filip pokle­pał otwartą dło­nią powie­trze nie­wiele gęst­sze od próżni, co było pasiar­skim odpo­wied­ni­kiem pole­ce­nia powol­nego rusze­nia do przodu. Jego ludzie posłu­chali.

Wysoko w pustce nad nimi, zbyt daleko, by je zoba­czyć, mar­sjań­skie okręty wojenne pil­nu­jące stoczni roz­ma­wiały ze sobą krót­kimi, pro­fe­sjo­nal­nymi fra­zami. Ich flota została prze­trze­biona, więc na orbi­cie znaj­do­wały się tylko dwie jed­nostki. Praw­do­po­dob­nie jedyne dwie. Ist­niała moż­li­wość, że gdzieś dalej kryło się ich wię­cej, zama­sko­wa­nych przed rada­rem i gro­ma­dzą­cych cie­pło, choć nie było to zbyt praw­do­po­dobne. A jak mawiał ojciec Filipa, życie to ryzyko.

Czter­na­ście minut, trzy­dzie­ści sekund. Obok poja­wiły się dwa dodat­kowe zegary, jeden odli­cza­jący czter­dzie­ści pięć sekund, drugi dwie minuty.

- Trans­por­to­wiec Frank Aiken, masz zgodę na podej­ście.

- Wia­do­mość przy­jęta, Car­son Lei - zabrzmiał zna­jomy głos Cyna. Filip sły­szał uśmiech w gło­sie sta­rego Pasia­rza. - Coyos sabe best ai sus bebe come na dół?

Gdzieś tam Frank Aiken oświe­tlał mar­sjań­skie okręty nie­win­nymi lase­rami dal­mie­rzy usta­wio­nymi na tę samą dłu­gość fali, co laser celow­ni­czy dźwi­gany przez Filipa. Kiedy ode­zwał się mar­sjań­ski ofi­cer łącz­no­ści, w jego gło­sie nie było ani śladu stra­chu.

- Nie potwier­dzam, Frank Aiken. Pro­szę powtó­rzyć.

- Prze­pra­szam, prze­pra­szam. - Cyn się roze­śmiał. - Czy sza­nowni jaśnie­pań­stwo znają jakieś dobre bary, gdzie biedna pasiar­ska załoga może się napić po zej­ściu na powierzch­nię?

- Nie pomo­żemy, Frank Aiken - odpo­wie­dział Mar­sja­nin. - Utrzy­muj kurs.

- Sabez sa. Twar­dzi jak kamień, pro­sto jak pocisk, my.

Grupa Filipa dotarła do kra­wę­dzi kra­teru, patrząc w dół na tereny wokół mar­sjań­skiej stoczni woj­sko­wej. Wyglą­dała tak, jak się spo­dzie­wał: sku­pi­sko maga­zy­nów i pomniej­szych budyn­ków. Zdjął z ple­ców laser celow­ni­czy, usta­wił jego pod­stawę na brud­nym lodzie i włą­czył go. Pozo­stali, roz­pro­szeni w linii na tyle luź­nej, że razem cały czas mieli na oku wszyst­kich straż­ni­ków, zro­bili to samo. Lasery były stare, a zamon­to­wane w nich sys­temy śle­dze­nia pozy­skano z licz­nych, nie­za­leż­nych źró­deł. Zanim maleńka czer­wona dioda na pod­sta­wie urzą­dze­nia zaświe­ciła na zie­lono, pierw­szy z pomoc­ni­czych zega­rów odli­cza­nia dotarł do zera.

Na kanale cywil­nym roz­brzmiał trój­to­nowy sygnał alarmu, a zaraz po nim roz­legł się prze­jęty kobiecy głos.

- Mamy w tere­nie nie­kon­tro­lo­wa­nego mecha zała­dun­ko­wego. On... o cho­lera. Idzie w stronę sys­te­mów prze­ciw­me­te­ory­to­wych.

Filip roz­miesz­czał swoją grupę wzdłuż kra­wę­dzi kra­teru, sły­sząc dźwięki paniki i alar­mów. Wokół nich uno­siły się maleń­kie chmurki pyłu, nie opa­dały, roz­pra­szały się jak mgła. Mech zała­dun­kowy nie reago­wał na pole­ce­nia blo­kad i toczył się przez zie­mię niczyją w stronę sze­ro­kich oczu dział obrony prze­ciw­me­te­ory­to­wej, ośle­pia­jąc je, nawet jeśli tylko na kilka minut. Zgod­nie z pro­ce­durą z bun­kra wyło­niło się czte­rech mar­sjań­skich mari­nes. Pan­ce­rze wspo­ma­gane pozwa­lały im sunąć nad powierzch­nią, jakby śli­zgali się po lodzie. Każdy z nich mógł zabić całą jego grupę i nie poczuć nic gor­szego od chwili pogardy. Filip dla zasady nie­na­wi­dził ich wszyst­kich razem i każ­dego z osobna. Ekipy napraw­cze ruszały już w stronę uszko­dzo­nego zestawu. Wszystko zosta­nie przy­wró­cone do porządku w ciągu godziny.

Dwa­na­ście minut, czter­dzie­ści pięć sekund.

Rozej­rzał się po swo­jej gru­pie. Dzie­się­ciu ochot­ni­ków, naj­lep­szych żoł­nie­rzy, jakich mógł zaofe­ro­wać Pas. Oprócz niego nikt nie wie­dział, dla­czego misja rajdu na mar­sjań­ski maga­zyn była ważna ani do czego miała pro­wa­dzić. Wszy­scy byli gotowi zgi­nąć, jeśli im każe, z powodu tego, kim był. Z powodu tego, kim był jego ojciec. Filip czuł to w brzu­chu i gar­dle. Nie strach, dumę. To była duma.

Dwa­na­ście minut, trzy­dzie­ści pięć sekund. Trzy­dzie­ści cztery. Trzy­dzie­ści trzy. Roz­sta­wione lasery obu­dziły się do życia, celu­jąc w czte­rech mari­nes, bun­kier ze wspar­ciem, płoty, warsz­taty i koszary. Mar­sja­nie odwró­cili się dzięki pan­ce­rzom tak czu­łym, że zauwa­żyły nawet deli­katne dotknię­cia nie­wi­dzial­nych wią­zek świa­tła. Rów­no­cze­śnie unie­śli broń. Filip zauwa­żył, że jeden z nich dostrzegł grupę, prze­su­wa­jąc broń w ich stronę. Ku niemu.

Zaparło mu dech w pier­siach.

Osiem­na­ście dni temu lecący od strony Jowi­sza sta­tek - Filip nie wie­dział nawet jaki - gwał­tow­nie przy­śpie­szył, osią­ga­jąc dzie­sięć, może nawet pięt­na­ście g. W nano­se­kun­dzie pre­cy­zyj­nie okre­ślo­nej przez kom­pu­tery sta­tek wypu­ścił kil­ka­dzie­siąt prę­tów wol­fra­mo­wych z czte­rema jed­no­ra­zo­wego użytku rakie­tami w środku masy i połą­czo­nymi z nimi tanimi czuj­ni­kami na jedną dłu­gość fali. Były tak pro­ste, że trudno byłoby je nazwać maszy­nami. Nawet sze­ścio­latki codzien­nie budo­wały coś bar­dziej zło­żo­nego, ale przy­śpie­szone do stu pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów na sekundę nie musiały być skom­pli­ko­wane. Wystar­czyło im poka­zać, gdzie mają lecieć.

Było po wszyst­kim w cza­sie, któ­rego sygnał potrze­bo­wał na prze­mknię­cie z oka przez nerw wzro­kowy do kory mózgo­wej. Stał się świa­dom ude­rze­nia, chmur wzbi­tego mate­riału w miej­scach, gdzie przed chwilą stali mari­nes, i dwóch krótko żyją­cych gwiazd na nie­bie w miej­scu mar­sjań­skich okrę­tów już po tym, gdy wróg zgi­nął. Włą­czył funk­cję nadaw­czą radia ska­fan­dra.

- Ichi­ban - powie­dział dumny, że jego głos brzmiał tak spo­koj­nie.

Razem ruszyli w głąb kra­teru. Mar­sjań­ska stocz­nia przy­po­mi­nała coś ze snu, z chmu­rami uno­szą­cymi się ze strza­ska­nych warsz­ta­tów uwal­nia­ją­cych róż­no­rodne gazy. Nad kosza­rami kłę­bił się łagod­nie śnieg z atmos­fery mar­z­ną­cej w pra­wie próżni. Mar­sja­nie znik­nęli, ich ciała zostały roze­rwane i roz­rzu­cone na dużej powierzchni. Kra­ter wypeł­niała chmura pyłu i lodu i tylko wyświe­tlacz prze­zierny wska­zy­wał mu loka­li­za­cję celów.

Dzie­sięć minut, trzy­na­ście sekund.

Grupa Filipa podzie­liła się. Trzech ruszyło przez śro­dek otwar­tej prze­strzeni, szu­ka­jąc miej­sca dość dużego, by roz­po­cząć roz­kła­da­nie cien­kiej, czar­nej jak węgiel struk­tury rusz­to­wa­nia ewa­ku­acyj­nego. Dwójka odpięła bez­odrzu­towe pisto­lety maszy­nowe, gotowa strze­lać do każ­dego, kto wyłoni się z gru­zów. Kolejna dwójka pobie­gła w stronę zbro­jowni, a trzech ruszyło z nim do szop maga­zy­no­wych. Budy­nek prze­bi­jał się przez chmury pyłu, surowy i groźny. Drzwi pro­wa­dzące do środka były zamknięte. Na boku leżał prze­wró­cony mech zała­dun­kowy, kie­rowca był mar­twy lub umie­ra­jący. Jego spe­cja­li­sta od tech­niki pod­szedł do panelu ste­ro­wa­nia drzwi i wydłu­bał go z obu­dowy mecha­nicz­nymi szczyp­cami.

Dzie­więć minut, sie­dem sekund.

- Josie - rzu­cił Filip.

- Tra­ba­jan, sa sa? - Josie odpo­wie­dział uprzej­mie.

- Wiem, że pra­cu­jesz - powie­dział Filip. - Ale jeśli nie dasz rady tego otwo­rzyć...

Wiel­kie drzwi szarp­nęły się, zadrżały i pod­nio­sły. Josie odwró­cił się i włą­czył świa­tła w heł­mie ska­fan­dra, żeby Filip zoba­czył wyraz jego pobruż­dżo­nej twa­rzy. Weszli do maga­zynu. Wieże z zakrzy­wio­nej cera­miki i stali two­rzyły wiel­kie sterty, gęst­sze od gór. Na pla­sti­ko­wych szpu­lach wyż­szych od Filipa spo­czy­wały zwoje setek kilo­me­trów dru­tów gru­bo­ści włosa. Olbrzy­mie dru­karki cze­kały, gotowe wyplu­wać płyty obej­mu­jące pustkę, defi­niu­jąc obję­tość i two­rząc bańkę powie­trza, wody i zło­żo­nych związ­ków orga­nicz­nych skła­da­ją­cych się na śro­do­wi­sko umoż­li­wia­jące życie ludziom. Migo­tały świa­tła awa­ryjne, nada­jąc wiel­kiej prze­strzeni upiorny wygląd kata­strofy. Ruszył przed sie­bie. Nie pamię­tał wycią­ga­nia broni, ale miał ją w ręku. Do mecha przy­pi­nał się Miral, nie Josie.

Sie­dem minut.

W cha­osie stoczni poja­wiły się biało-czer­wone bły­ski pierw­szych pojaz­dów reago­wa­nia kry­zy­so­wego, ich świa­tła docho­dziły zewsząd i zni­kąd. Filip sunął wzdłuż rzę­dów zesta­wów spa­wal­ni­czych, dru­ka­rek do metalu. Zbior­ni­ków pyłu sta­lo­wego i cera­micz­nego, drob­niej­szego od talku. Spi­ral­nych moco­wań. War­stwy kevlaru i pianki prze­ciw­u­de­rze­nio­wej wzno­siły się jak naj­więk­sze łóżko w Ukła­dzie Sło­necz­nym. W jed­nym z rogów otwar­tej prze­strzeni leżał roz­ło­żony cały sil­nik Epste­ina, wyglą­dał jak naj­bar­dziej skom­pli­ko­wana ukła­danka wszech­świata. Filip to wszystko igno­ro­wał.

Powie­trze nie było dość gęste, by prze­no­sić dźwięki wystrza­łów. Jego wyświe­tlacz bły­snął ostrze­że­niem o szyb­kich obiek­tach w tej samej chwili, gdy na sta­lo­wej belce z pra­wej poja­wiła się jasna plama. Filip padł, choć jego ciało prze­su­wało się ku powierzchni znacz­nie wol­niej, niż robi­łoby to w ciągu. Mar­sja­nin sko­czył w głębi przej­ścia. Nie pan­cerz wspo­ma­gany war­tow­ni­ków, a zewnętrzny szkie­let tech­niczny. Filip wyce­lo­wał w śro­dek masy i wystrze­lił pół maga­zynka. Poci­ski bły­skały, opusz­cza­jąc lufę, spa­la­jąc wła­sne paliwo i cią­gnąc linie ognia i sza­ro­czer­wo­nego gazu przez rzad­kie powie­trze Kal­li­sto. Cztery tra­fiły Mar­sja­nina, a try­ska­jące z niego fon­tanny krwi zmie­niły się w czer­wony, dry­fu­jący śnieg. Egzoszkie­let zabi­tego prze­łą­czył się w stan zagro­że­nia, świe­cąc bursz­ty­no­wymi lam­pami. Na jakiejś czę­sto­tli­wo­ści zgła­szał służ­bom reago­wa­nia kry­zy­so­wego stoczni, że stało się coś strasz­nego. Jego bez­myślna słu­żal­czość była w tym kon­tek­ście pra­wie zabawna.

W jego uchu zabrzmiał cichy głos Mirala.

- Hoy, Fili­pito. Sa boîte sa palla?

Filip potrze­bo­wał chwili na zna­le­zie­nie go. Był w swoim mechu zała­dun­ko­wym, z zaczer­nio­nym ska­fan­drem sta­pia­ją­cym się z wielką maszyną, jakby zostali dla sie­bie stwo­rzeni. Tylko ciemny sym­bol roze­rwa­nego kręgu Soju­szu Pla­net Zewnętrz­nych wciąż widoczny pod bru­dem zdra­dzał, że Miral nie jest zanie­dba­nym mar­sjań­skim ope­ra­to­rem mecha. Beczki, o któ­rych mówił, wciąż były zamo­co­wane do palet. Cztery, po tysiąc litrów każda. Na ich zakrzy­wio­nej powierzchni napis: wyso­kiej gęsto­ści powłoka rezo­nan­sowa. Powłoka pochła­nia­jąca ener­gię poma­gała mar­sjań­skim okrę­tom uni­kać wykry­cia. Powłoka nie­wy­kry­wal­no­ści. Zna­lazł ją. Znik­nął lęk, z któ­rego dotąd nawet nie zda­wał sobie sprawy.

- Tak - potwier­dził Filip. - To to.

Cztery minuty, trzy­dzie­ści sie­dem sekund.

Odgłosy sil­ni­ków mecha zała­dun­ko­wego były odle­głe, ich dźwięk bar­dziej prze­no­szony przez wibra­cję pod­łogi budynku niż rzadką atmos­ferę. Filip i Josie ruszyli w stronę drzwi. Bły­ska­jące świa­tła zro­biły się jaśniej­sze i jakby nabrały kie­runku. Radio ska­fan­dra Filipa prze­sie­wało czę­sto­tli­wo­ści pełne krzy­ków i alar­mów bez­pie­czeń­stwa. Mar­sjań­ska flota wojenna naka­zy­wała cof­nię­cie się pojaz­dom z pomocą ze stoczni cywil­nej, bojąc się, że ratow­nicy mogą być tak naprawdę zama­sko­wa­nymi ter­ro­ry­stami i wro­gami. Cał­kiem słusz­nie. W innych oko­licz­no­ściach mogłoby tak być. Wyświe­tlacz prze­zierny Filipa wska­zy­wał obrysy budyn­ków, czę­ściowo wznie­sione rusz­to­wa­nie ewa­ku­acyjne oraz przy­pusz­cze­nia doty­czące loka­li­za­cji pojaz­dów na pod­sta­wie ich emi­sji pod­czer­wieni i świa­teł zbyt sła­bych, by zare­je­stro­wały je oczy Filipa. Miał wra­że­nie, jakby szedł przez wielki sche­ma­tyczny rysu­nek, pełen wyraź­nych kra­wę­dzi, ale pra­wie pozba­wiony powierzchni. Poczuł przez stopy głę­boki drże­nie prze­no­szone przez grunt. Może jakiś wybuch. Albo któ­ryś budy­nek wresz­cie ukoń­czył długi, powolny upa­dek. W otwar­tych drzwiach poja­wił się mech zała­dun­kowy Mirala, pod­świe­tlony świa­tłami maga­zynu. Beczki w jego szpo­nach były ano­ni­mowe i czarne. Filip ruszył w stronę rusz­to­wa­nia, po dro­dze prze­łą­cza­jąc się na ich szy­fro­wany kanał.

- Sta­tus?

- Drobny pro­blem - odpo­wie­dział Aaman.

Był w gru­pie rusz­to­wa­nia. Filip poczuł w ustach meta­liczny smak stra­chu.

- Nie ma tu nic takiego, coyo - odpo­wie­dział, sta­ra­jąc się zacho­wać spo­kój. - Co się dzieje?

- Śmieci wyrzu­cone przez wybu­chy prze­szka­dzają w mon­tażu. Mam brud w złą­czach.

Trzy minuty, czter­dzie­ści sekund. Trzy­dzie­ści dzie­więć.

- Idę - powie­dział Filip.

Roz­legł się głos Andrew.

- Strze­lają do nas w zbro­jowni, sze­fuń­ciu.

Filip zigno­ro­wał zdrob­nie­nie.

- Mocno?

- W cho­lerę - potwier­dził Andrew. - Chu­chu zała­twiony, a ja nie dam rady się ruszyć. Mogę potrze­bo­wać pomocy.

- Trzy­maj się - rzu­cił Filip, jego umysł pra­co­wał na naj­wyż­szych obro­tach.

Jego dwaj straż­nicy stali przy rusz­to­wa­niu ewa­ku­acyj­nym, gotowi strze­lać do każ­dego obcego. Trzech budow­ni­czych zma­gało się z klamrą. Filip sko­czył do nich, chwy­ta­jąc się czar­nego rusz­to­wa­nia. Andrew sap­nął na linii.

Gdy tylko zoba­czył zablo­ko­wane złą­cze pełne czar­nego brudu, pro­blem stał się jasny. W atmos­fe­rze wystar­czy­łoby dmuch­nąć, żeby je oczy­ścić, ale tutaj nie było takiej moż­li­wo­ści. Aaman gorącz­kowo wydłu­by­wał zanie­czysz­cze­nia nożem, usu­wa­jąc je po kawałku i pró­bu­jąc oczy­ścić wąskie, zło­żone pro­wad­nice łączące metal.

Trzy minuty.

Aaman docią­gnął klamrę na miej­sce i spró­bo­wał na siłę ją zablo­ko­wać. Było bli­sko, bar­dzo bli­sko, ale gdy puścił, złą­cze się otwo­rzyło. Filip zoba­czył, że męż­czy­zna prze­klina, a na wewnętrz­nej powierzchni jego wizjera poja­wiły się kro­pelki śliny. Gdyby tylko zabrali ze sobą puszkę z powie­trzem...

Ale prze­cież je mieli.

Wyjął nóż z ręki Aamana i wbił go w swój ska­fan­der przy nad­garstku, gdzie z powodu wyma­ga­nej ela­stycz­no­ści izo­la­cja była naj­cień­sza. Ostry ból powie­dział mu, że zro­bił to tro­chę za mocno. Nic nie szko­dzi. Na wyświe­tla­czu poja­wił się alarm ska­fan­dra, ale go zigno­ro­wał. Nachy­lił się do przodu, przy­sta­wia­jąc mały otwór w ska­fan­drze do zabru­dzo­nego złą­cza, zdmu­chu­jąc ucie­ka­ją­cym powie­trzem brud i lód. Wyle­ciała poje­dyn­cza kro­pla krwi, zama­rza­jąc w ide­alną kar­ma­zy­nową kulę i odbi­ja­jąc się od mate­riału. Cof­nął się, a Aaman wsu­nął złą­cze. Tym razem, gdy pocią­gnął, wytrzy­mało. Uszko­dzony ska­fan­der zaskle­pił otwór, gdy tylko wyjął z niego ostrze noża.

Filip się odwró­cił. Miral i Josie odcięli beczki od palet i przy­mo­co­wali jedną z nich do rusz­to­wa­nia. Bły­ski świa­teł awa­ryj­nych przy­ga­sły, a pojazdy ratun­kowe prze­jeż­dżały obok nich w mgle i zamie­sza­niu, praw­do­po­dob­nie kie­ru­jąc się w stronę strze­la­niny w zbro­jowni. Gdyby nie wie­dział lepiej, sam też tam wła­śnie widziałby naj­więk­sze zagro­że­nie.

- Sze­fuń­ciu - ode­zwał się Andrew cien­kim i prze­ję­tym gło­sem. - Robi się ciężko.

- No pre­oc­cu­pes - odparł Filip. - Ge gut.

Kobieta pil­nu­jąca rusz­to­wa­nia poło­żyła mu rękę na ramie­niu.

- Mam to zała­twić? - zapy­tała. "Mam ich ura­to­wać?".

Filip uniósł pięść i lekko nią potrzą­snął. Nie. Zesztyw­niała, gdy dotarło do niej, co mówi, i przez chwilę sądził, że nie posłu­cha. Jej wybór. Bunt w tej chwili niósł ze sobą wła­sną karę. Josie wsu­nął na miej­sce ostat­nią beczkę i docią­gnął taśmy. Aaman i jego ludzie zamo­co­wali ostat­nią klamrę.

Jedna minuta, dwa­dzie­ścia sekund.

- Sze­fuń­ciu! - wrza­snął Andrew.

- Przy­kro mi, Andrew - odpo­wie­dział Filip.

Przez chwilę pano­wała wstrzą­sa­jąca cisza, a potem roz­legł się stru­mień prze­kleństw i obelg. Filip zmie­nił czę­sto­tli­wość. Służby ratun­kowe stoczni woj­sko­wej robiły teraz mniej hałasu. Kobiecy głos mówił wyraź­nym, kon­tro­lo­wa­nym nie­miec­kim, wyda­jąc pole­ce­nia z nie­mal znu­dzoną sku­tecz­no­ścią kogoś przy­wy­kłego do sytu­acji kry­zy­so­wych, a odpo­wia­da­jące jej głosy sta­rały się dopa­so­wać do tego poziomu pro­fe­sjo­na­li­zmu. Filip wska­zał na rusz­to­wa­nie. Chu­chu i Andrew pole­gli. A nawet jeśli jesz­cze żyli, to i tak byli mar­twi. Filip pod­cią­gnął się na swoje miej­sce na rusz­to­wa­niu, przy­piął taśmy wokół pasa, w kro­czu i przez klatkę pier­siową, a potem oparł głowę na gru­bej wyściółce.

Pięć­dzie­siąt sie­dem sekund.

- Niban - powie­dział.

Nic się nie stało. Prze­łą­czył radio z powro­tem na szy­fro­wany kanał. Adrew teraz łkał. Wył.

- Niban! Andale! - krzyk­nął Filip.

Rusz­to­wane ewa­ku­acyjne szarp­nęło i nagle zro­bił się ciężki. Zie­mię pod nim roz­ja­rzyły cztery rakiety che­miczne, roz­rzu­ca­jąc gazami puste palety i prze­wra­ca­jąc na plecy porzu­co­nego mecha zała­dun­ko­wego Mirala. Przy­śpie­sze­nie prze­pchnęło krew do nóg Filipa i zwę­ziło się jego pole widze­nia. Dźwięki w radiu przy­ci­chły, zro­biły się odle­glej­sze, a jego świa­do­mość na chwilę zga­sła i zami­go­tała. Ska­fan­der ści­snął mu nogi, jakby zgnia­tała go jakaś olbrzy­mia dłoń, wyci­ska­jąc z nich z powro­tem krew. Czę­ściowo wró­ciła mu świa­do­mość.

Kra­ter w dole był owal­nym pęche­rzem pyłu na twa­rzy księ­życa. Bły­skały w nim świa­tła. Wieże na kra­wę­dzi kra­teru zga­sły, ale zaczęły bły­skać, w miarę jak sys­tem pró­bo­wał się zre­star­to­wać. Stocz­nie Kal­li­sto zata­czały się jak pijak albo czło­wiek ude­rzony w głowę.

Zegar odli­cza­nia poka­zał dwie sekundy, potem jedną.

Przy zerze nastą­piło dru­gie ude­rze­nie. Filip nie widział wal­nię­cia skały. Tak jak wol­fra­mowe pręty, leciała zbyt szybko dla ludz­kiego wzroku, ale zoba­czył, jak chmura pyłu pod­ska­kuje, jakby ktoś ją zasko­czył, a potem olbrzy­mia fala ude­rze­niowa wykwi­tła tak potęż­nie, że była widoczna nawet w pra­wie nie­ist­nie­ją­cej atmos­fe­rze księ­życa.

- Trzy­mać się - rzu­cił Filip, choć nie było to potrzebne.

Wszy­scy na rusz­to­wa­niu byli bez­piecz­nie przy­pięci. Gdyby atmos­fera była gęst­sza, wszy­scy by zgi­nęli, ale tutaj było to nie­wiele gor­sze od sil­nej burzy. Aaman jęk­nął.

- Jakiś pro­blem? - zapy­tał Filip.

- Pinché kamyk prze­bił mi stopę - wyja­śnił Aaman. - Boli.

Odpo­wie­dział mu Josie.

- Gra­tia sa, że nie urwał ci fiuta, coyo.

- Nie narze­kam - rzu­cił Aaman. - Żad­nych skarg.

Rakiety rusz­to­wa­nia zga­sły i ustało cią­że­nie przy­śpie­sze­nia. Stocz­nie w dole pochło­nęła śmierć. Teraz nie było już żad­nych świa­teł, nie pło­nęły nawet ognie. Filip prze­niósł wzrok na jasną smugę gwiazd, na oświe­tla­jący wszystko dysk galak­tyki. Jedno z tych świa­teł nie było gwiazdą, a dyszą wylo­tową Pelli, lecą­cej po swoją załogę. Oprócz Chu­chu. Oprócz Andrew. Filip zaczął się zasta­na­wiać, dla­czego nie ma wyrzu­tów sumie­nia z powodu straty dwóch ludzi pod jego roz­ka­zami. Jego pierw­szego oddziału. Dowodu, że potra­fił sobie pora­dzić z trudną misją, z wyso­kimi staw­kami, i wyjść z niej zwy­cię­sko.

Wcale nie chciał niczego mówić. Może tego nie zro­bił. Może to tylko wes­tchnię­cie na jego ustach. Miral się roze­śmiał.

- Bez jak, Fili­pito - sko­men­to­wał star­szy męż­czy­zna. A po chwili dodał: - Feliz cumplea?os, sabez?

Filip Ina­ros uniósł ręce w podzięce. To były jego pięt­na­ste uro­dziny.

Rozdział pierwszy

Hol­den

Rok po ataku na Kal­li­sto i pra­wie trzy lata po tym, jak razem z załogą wyru­szyli na Ilusa oraz około sze­ściu dni po powro­cie, James Hol­den uno­sił się obok swo­jego statku i patrzył, jak mech roz­biór­kowy roz­rywa go na kawałki. Osiem napię­tych cum kotwi­czyło Rosy­nanta do ścian doku. Było to tylko jedno z licz­nych sta­no­wisk remon­to­wych Tycho, ta zaś sek­cja remon­towa była tylko jedną z wielu w olbrzy­miej sfe­rze kon­struk­cyj­nej. Wszę­dzie wokół nich w sze­ro­kiej na kilo­metr sfe­rze trwała aktyw­ność przy tysiącu innych pro­jek­tów, ale Hol­den zwra­cał uwagę tylko na swój sta­tek.

Mech skoń­czył cię­cie i odsu­nął duży frag­ment zewnętrz­nego kadłuba. Pod spodem mie­ścił się szkie­let statku: solidne wręgi oto­czone plą­ta­niną prze­wo­dów i rur, a pod tym wszyst­kim druga powłoka wewnętrz­nego kadłuba.

- Ow­szem - powie­dział uno­szący się obok niego Fred John­son - solid­nie go obi­łeś.

Słowa Freda, spłasz­czone i znie­kształ­cone przez sys­tem łącz­no­ści ich ska­fan­drów próż­nio­wych, były jak kop­niak w brzuch. Fakt, że Fred, for­malny przy­wódca Soju­szu Pla­net Zewnętrz­nych i jeden z naj­po­tęż­niej­szych ludzi w Ukła­dzie Sło­necz­nym oso­bi­ście inte­re­so­wał się sta­nem jego statku, powi­nien popra­wić mu nastrój, ale zamiast tego Hol­den czuł się, jakby ojciec spraw­dzał jego zada­nie domowe, żeby się upew­nić, że niczego zbyt­nio nie popsuł.

- Wygięte wewnętrzne moco­wa­nie. - W gło­śnicz­kach zabrzmiał trzeci głos.

Nale­żał do Sakai, męż­czy­zny o wciąż skwa­szo­nej minie, nowego głów­nego inży­niera Tycho po śmierci Samanty Rosen­berg pod­czas tego, co wszy­scy nazy­wali teraz Incy­den­tem Powol­nej Strefy. Sakai moni­to­ro­wał naprawy ze swo­jego pobli­skiego biura przez zestaw kamer i ska­ne­rów rent­ge­now­skich mecha.

- Jak wam się to udało? - Fred wska­zał obu­dowę działa szy­no­wego wzdłuż stępki statku.

Lufa broni bie­gła przez pra­wie całą dłu­gość jed­nostki, a roz­pory mocu­jące ją do ramy były miej­scami wyraź­nie pood­gi­nane.

- Mówi­łem wam - odpo­wie­dział Hol­den - jak kie­dyś uży­li­śmy Rosa do holo­wa­nia cięż­kiego frach­towca na wyż­szą orbitę pla­ne­tarną za pomocą działa szy­no­wego jako napędu odrzu­to­wego?

- Tak, to dobra histo­ria - odpo­wie­dział Sakai bez roz­ba­wie­nia. - Nie­które z tych roz­pór może da się napra­wić, ale założę się, że znaj­dziemy w sto­pach tyle mikro­pęk­nięć, że bez­piecz­niej będzie je wymie­nić.

Fred zagwiz­dał.

- To nie będzie tanie.

Szef SPZ bywał patro­nem i spon­so­rem załogi Rosy­nanta. Hol­den miał nadzieję, że chwi­lowo byli w korzyst­niej­szej fazie ich chwiej­nego związku. Bez zniżki dla pre­fe­ro­wa­nych klien­tów naprawa statku będzie wyraź­nie droż­sza. Choć i tak było ich na nią stać.

- Mnó­stwo kiep­sko zała­ta­nych dziur w zewnętrz­nym pan­ce­rzu - wyli­czał dalej Sakai. - Wewnętrzny stąd wygląda w porządku, ale uważ­nie mu się przyj­rzymy i upew­nimy się, że jest szczelny.

Hol­den chciał przy­po­mnieć, że gdyby w kadłu­bie znaj­do­wały się jakieś otwory, podróż powrotna z Ilusa skoń­czy­łaby się udu­sze­niem i śmier­cią, ale się poha­mo­wał. Nie miało sensu iry­to­wać czło­wieka, który odpo­wia­dał teraz za utrzy­ma­nie jego statku w dobrym sta­nie. Przy­po­mniał sobie kpiar­ski uśmie­szek Sam, jej zwy­czaj łago­dze­nia kry­tyki żar­tami i poczuł, jak coś ści­ska go za serce. Minęły już lata, ale cza­sami żal dopa­dał go zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie.

- Dzię­kuję - odpo­wie­dział zamiast tego.

- To tro­chę potrwa - zwró­cił uwagę Sakai.

Mech prze­le­ciał do innej czę­ści statku, zacze­pił się magne­tycz­nymi sto­pami i z jasnym bły­skiem zaczął roz­ci­nać inną część zewnętrz­nego kadłuba.

- Chodźmy do mojego biura - zasu­ge­ro­wał Fred. - W moim wieku ska­fan­dra nie można nosić zbyt długo.

Wiele rze­czy w napra­wia­niu statku robiło się dużo prost­sze przy braku cią­że­nia i atmos­fery. Z dru­giej strony tech­nicy musieli przez to pra­co­wać w ska­fan­drach próż­nio­wych. Hol­den uznał słowa Freda za wyzna­nie, że star­szy męż­czy­zna chce się wysi­kać, a nie zadał sobie wysiłku pod­łą­cze­nia cew­nika.

- Dobra, wra­cajmy.

***

Biuro Freda było bar­dzo duże jak na pomiesz­cze­nie na sta­cji kosmicz­nej i pach­niało starą skórą oraz dobrą kawą. Sejf kapi­tań­ski w ścia­nie zro­biono z tytanu i szczot­ko­wa­nej stali, nada­jąc mu wygląd rekwi­zytu ze sta­rego filmu. Ekran ścienny za biur­kiem wyświe­tlał obraz trzech budo­wa­nych wła­śnie stat­ków. Były duże, masywne i funk­cjo­nalne. Jak młoty dwu­ręczne. Sta­no­wiły początki budo­wa­nej dla SPZ floty wojen­nej. Hol­den wie­dział, dla­czego sojusz uważa, że potrze­buje wła­snych sił zbroj­nych, choć bio­rąc pod uwagę wszystko, co zaszło w ciągu ostat­nich kilku lat, nie potra­fił prze­stać myśleć o tym, że ludz­kość chyba cią­gle uczyła się nie­wła­ści­wych rze­czy.

- Kawy? - zapy­tał Fred.

Widząc ski­nię­cie głową Hol­dena, zaczął się krzą­tać przy eks­pre­sie do kawy sto­ją­cym na sto­liku obok, szy­ku­jąc dwa kubki napoju. Ten, który podał Hol­de­nowi, miał na sobie wytarte logo. Starty pra­wie do zera roze­rwany krąg SPZ.

- Jak długo? - zapy­tał Hol­den po przy­ję­ciu kawy i mach­nię­ciu w stronę ekranu.

- Według bie­żą­cych pro­gnoz, sześć mie­sięcy - odpo­wie­dział Fred, a potem z sap­nię­ciem roz­siadł się w fotelu. - Rów­nie dobrze mogłaby to być cała wiecz­ność. Za pół­tora roku nie da się już roz­po­znać ludz­kich struk­tur spo­łecz­nych w tej galak­tyce.

- Dia­spora.

- Jeśli tak chcesz to nazy­wać. - Potwier­dził Fred ski­nię­ciem. - Ja nazy­wam to gra­bie­niem ziemi. Całe mnó­stwo wozów jadą­cych ku ziemi obie­ca­nej.

Ponad tysiąc świa­tów do wzię­cia. Ludzie z każ­dej pla­nety, sta­cji i kamie­nia w Ukła­dzie Sło­necz­nym pędzili, żeby zapew­nić sobie kawa­łek tych skar­bów. A w ukła­dzie macie­rzy­stym trzy rządy sta­rały się zbu­do­wać dość okrę­tów, żeby to wszystko kon­tro­lo­wać.

Na powierzchni jed­nego ze stat­ków zestaw spa­wal­ni­czy roz­bły­snął tak jasno, że moni­tor auto­ma­tycz­nie przy­ciem­nił obraz.

- Jeśli Ilus był czym­kol­wiek, to wła­śnie ostrze­że­niem, że zgi­nie całe mnó­stwo ludzi - stwier­dził Hol­den. - Czy ktoś tego słu­chał?

- Nie bar­dzo. Znasz histo­rię przej­mo­wa­nia ziemi w Ame­ryce Pół­noc­nej?

- Tak - potwier­dził Hol­den, a potem napił się kawy. Była wyśmie­nita. Bogata, hodo­wana na Ziemi. Przy­wi­leje rangi. - Zro­zu­mia­łem twoją alu­zję do wozów. Wiesz, dora­sta­łam w Mon­ta­nie. Ludzie wciąż opo­wia­dają tam sobie te histo­rie o zaj­mo­wa­niu gra­nic.

- Czyli wiesz, że mity o prze­zna­cze­niu kryją mnó­stwo ludz­kich tra­ge­dii. Wiele z tych wozów ni­gdy nie dotarło na miej­sce. A cał­kiem spory pro­cent ludzi, któ­rzy tam dotarli, stało się tanią siłą robo­czą budu­jącą koleje, kopal­nie i pra­cu­jącą dla boga­tych far­me­rów.

Hol­den, popi­ja­jąc kawę, przy­glą­dał się budo­wie stat­ków.

- Nie wspo­mi­na­jąc już o ludziach, któ­rzy tam miesz­kali, zanim dotarły tam te wszyst­kie wozy, przy­no­sząc ze sobą nowe, wspa­niałe cho­roby. Przy­naj­mniej nasza wer­sja galak­tycz­nego prze­zna­cze­nia nie nisz­czy niczego bar­dziej zaawan­so­wa­nego od jasz­czurki papu­ziej.

Fred kiw­nął głową.

- Może. Przy­naj­mniej na razie tak to wygląda. Ale nie każda z tysiąca trzy­stu pla­net została już dobrze zba­dana. Kto wie, co tam znaj­dziemy.

- Zabój­cze roboty i reak­tory fuzyjne wiel­ko­ści kon­ty­nen­tów, cze­ka­jące tylko na kogoś, kto je włą­czy, żeby mogły wysa­dzić pół pla­nety w kosmos, jeśli dobrze pamię­tam.

- Sądzisz tak na pod­sta­wie swo­jego poje­dyn­czego doświad­cze­nia. Tym­cza­sem może być dużo dziw­niej.

Hol­den wzru­szył ramio­nami i dopił kawę. Fred miał rację. Nie dało się prze­wi­dzieć, co mogło ich spo­tkać na wszyst­kich tych pla­ne­tach. Nie wia­domo, jakie nie­bez­pie­czeń­stwa cze­kają na poten­cjal­nych kolo­ni­stów pra­gną­cych je prze­jąć.

- Ava­sa­rala nie jest ze mnie zado­wo­lona - ode­zwał się Hol­den.

- Ow­szem, nie jest - przy­znał Fred. - Ale ja tak.

- Możesz powtó­rzyć?

- Słu­chaj, sta­ruszka chciała, żebyś pole­ciał tam i poka­zał wszyst­kim w Ukła­dzie Sło­necz­nym, jak źle tam jest. Prze­stra­szył ich na tyle, żeby pocze­kali, aż rząd pozwoli im lecieć. Żeby stery z powro­tem tra­fiły w jej ręce.

- To było dość prze­ra­ża­jące - zauwa­żył Hol­den. - Nie mówi­łem tego dość wyraź­nie?

- Jasne. Ale też dało się prze­żyć. A teraz Ilus jest gotów do wysła­nia na tutej­szy rynek frach­tow­ców peł­nych rudy litu. Staną się bogaci. Moż­liwe, że będzie to wyją­tek, ale zanim kto­kol­wiek na to wpad­nie, ludzie będą już na tych wszyst­kich pla­ne­tach, szu­ka­jąc następ­nej kopalni złota.

- Nie jestem pewien, co mogłem zro­bić ina­czej.

- Nic - zgo­dził się Fred. - Ale Ava­sa­rala i pre­mier Smith na Mar­sie oraz reszta poli­ty­ków chcą móc to kon­tro­lo­wać. A ty dopil­no­wa­łeś, żeby było to nie­moż­liwe.

- To dla­czego ty jesteś zado­wo­lony?

- Ponie­waż - odpo­wie­dział Fred z sze­ro­kim uśmie­chem - ja nie pró­buję tego kon­tro­lo­wać. I dla­tego wła­śnie w końcu będę to robił. Gram w dłu­giej per­spek­ty­wie cza­so­wej.

Hol­den wstał i nalał sobie kolejny kubek dosko­na­łej kawy Freda.

- Hm, chyba będziesz musiał mi to dokład­niej wytłu­ma­czyć - stwier­dził, opie­ra­jąc się o ścianę obok eks­presu.

- Mam sta­cję Medyna, czyli samo­wy­star­czalną jed­nostkę, obok któ­rej muszą prze­le­cieć wszy­scy prze­la­tu­jący przez pier­ście­nie, która roz­daje paczki z nasio­nami i namioty każ­demu stat­kowi, jaki ich potrze­buje. Sprze­da­jemy zie­mię donicz­kową i fil­try do wody po kosz­tach. Każda kolo­nia, która prze­trwa, zrobi to przy­naj­mniej w czę­ści dzięki naszej pomocy. Kiedy więc przyj­dzie do zor­ga­ni­zo­wa­nia jakie­goś typu galak­tycz­nego ciała zarzą­dza­ją­cego, do kogo się zwrócą? Do ludzi, któ­rzy chcą pod bro­nią wymu­sić hege­mo­nię, czy do gości, któ­rzy byli tam i poma­gali w potrze­bie?

- Zwrócą się do cie­bie - potwier­dził Hol­den. - I dla­tego budu­jesz statki. Musisz wyglą­dać pomoc­nie na początku, gdy wszy­scy będą potrze­bo­wać pomocy, ale mieć realną siłę, gdy zaczną roz­glą­dać się za rzą­dem.

- Dokład­nie - potwier­dził Fred, odchy­la­jąc się na opar­cie fotela. - Sojusz Pla­net Zewnętrz­nych zawsze ozna­czał wszystko za Pasem. I to na­dal prawda. Po pro­stu... tro­chę się roz­rósł.

- To nie może być takie pro­ste. Nie ma mowy, żeby Zie­mia i Mars po pro­stu się wyco­fały i pozwo­liły ci rzą­dzić galak­tyką, bo roz­da­wa­łeś namioty i torebki ze śnia­da­niem.

- Nic ni­gdy nie jest pro­ste - przy­znał Fred. - Ale od tego zaczniemy. I jak długo będę miał sta­cję Medyna, będę kon­tro­lo­wał śro­dek plan­szy.

- Czy ty w ogóle prze­czy­ta­łeś mój raport? - zapy­tał Hol­den nie­zdolny ukryć nie­do­wie­rza­nia w gło­sie.

- Doce­niam zagro­że­nia pozo­sta­wione na tych pla­ne­tach...

- Zapo­mnij o tym, co tam zostało - wciął się Hol­den. Odsta­wił kubek z czę­ściowo wypitą kawą i prze­szedł przez gabi­net, opie­ra­jąc się o biurko Freda. Star­szy męż­czy­zna patrzył na niego spod zmarsz­czo­nych brwi. - Zapo­mnij o robo­tach i sys­te­mach trans­portu, które dzia­łają po wyłą­cze­niu na miliard lat. O wybu­cha­ją­cych reak­to­rach. Zapo­mnij o zabój­czych śli­ma­kach i mikro­bach wcho­dzą­cych do oczu, żeby cię ośle­pić.

- Długą masz tę listę?

Hol­den go zigno­ro­wał.

- To, o czym powi­nie­neś pamię­tać, to magiczny pocisk, który to wszystko zatrzy­mał.

- Ten arte­fakt był dla cie­bie szczę­śli­wym zna­le­zi­skiem, bio­rąc pod uwagę...

- Nie, wcale nie był. To była naj­bar­dziej kurew­sko prze­ra­ża­jąca odpo­wiedź na para­doks Fer­miego, jaka przy­cho­dzi mi do głowy. Wiesz, dla­czego w two­jej ana­lo­gii ze sta­rym Zacho­dem nie ma żad­nych Indian? Bo już nie żyją. Cokol­wiek zbu­do­wało to wszystko, miało olbrzy­mią prze­wagę i użyło swo­ich pro­to­mo­le­ku­lar­nych budow­ni­czych wrót do zabi­cia wszyst­kich innych. Ale nawet nie to jest tak naprawdę straszne. Naprawdę prze­ra­ża­jące jest to, że potem przy­szło coś jesz­cze, strze­liło tym pierw­szym gościom w tył głowy i zosta­wiło ich trupy roz­rzu­cone po całej galak­tyce. Tak naprawdę powi­nie­neś zada­wać sobie pyta­nie, kto wystrze­lił magiczny pocisk? I czy nie będzie im prze­szka­dzać, że zabie­rzemy rze­czy ofiary?

***

Fred przy­dzie­lił zało­dze dwa apar­ta­menty na pozio­mie kie­row­ni­czym pier­ście­nia miesz­kal­nego sta­cji Tycho. Hol­den z Naomi zajęli jeden z nich, pod­czas gdy Aleks i Amos zamiesz­kali w dru­gim, choć tak naprawdę w prak­tyce zna­czyło to, że tylko tam sypiali. Kiedy męż­czyźni nie korzy­stali z roz­licz­nych opcji roz­ryw­ko­wych dostęp­nych na Tycho, cały pozo­stały czas spę­dzali w apar­ta­men­cie Hol­dena i Naomi.

Hol­den zastał Naomi w jadalni, prze­glą­dała coś skom­pli­ko­wa­nego na swoim ter­mi­nalu ręcz­nym. Uśmiech­nęła się do niego, nie pod­no­sząc wzroku. Aleks roz­parł się na kana­pie w salo­nie. Ekran ścienny był włą­czony, wyświe­tlał obrazy i gada­jące głowy kanału wia­do­mo­ści, ale dźwięk wyci­szono. Pilot leżał z odchy­loną głową i zamknię­tymi oczami. Pochra­py­wał cicho.

- Teraz już nawet tu śpią? - zapy­tał Hol­den, sia­da­jąc przy stole naprze­ciw Naomi.

- Amos poszedł po kola­cję. Jak poszło twoje spo­tka­nie?

- Chcesz złą wia­do­mość czy gor­szą?

Naomi w końcu ode­rwała się od pracy. Prze­krzy­wiła głowę na bok i zmru­żyła oczy, patrząc na niego.

- Znowu nas wyrzu­cił?

- Nie tym razem. Ros jest dość poobi­jany. Sakai mówi...

- Dwa­dzie­ścia osiem tygo­dni - wtrą­ciła się Naomi.

- Wła­śnie. Pod­słu­chi­wa­łaś mój ter­mi­nal?

- Patrzę na arku­sze - wyja­śniła, wska­zu­jąc na ekran. - Dosta­łam je przed godziną. On... Sakai jest cał­kiem nie­zły.

"Nie tak dobry, jak Sam", w powie­trzu zawi­sły nie­wy­po­wie­dziane słowa.

Naomi spu­ściła wzrok na stół, ukry­wa­jąc się za wło­sami.

- No tak, to jest zła wia­do­mość - potwier­dził Hol­den. - Pół roku bez pracy, a wciąż cze­kam, żeby Fred powie­dział, że za to zapłaci. Albo cho­ciaż za część. Jaką­kol­wiek.

- Wciąż mamy dość dużo pie­nię­dzy. Wczo­raj przy­szedł prze­lew z ONZ.

Hol­den przy­tak­nął nie­prze­ko­nany.

- Ale odkła­da­jąc na chwilę kwe­stie finan­sowe, wciąż nie mogę nikogo prze­ko­nać do wysłu­cha­nia mnie w spra­wie arte­faktu.

Naomi posłała mu pasiar­ski gest ozna­cza­jący wzru­sze­nie ramion.

- Ponie­waż tym razem mia­łoby być ina­czej? Ni­gdy dotąd nie słu­chali.

- Choć raz chciał­bym zostać wyna­gro­dzony za moją opty­mi­styczną wizję ludz­ko­ści.

- Zro­bi­łam kawę - powie­działa, kiw­nię­ciem głowy wska­zu­jąc kuch­nię.

- Fred poczę­sto­wał mnie swoją, na tyle dobrą, że chwi­lowo nie mam ochoty na nic mniej smacz­nego. Kolejny powód, dla któ­rego spo­tka­nie z nim było nie­za­do­wa­la­jące.

Roz­su­nęły się drzwi do miesz­ka­nia i do środka wkro­czył Amos, nio­sąc dwie duże torby. Powie­trze wypeł­nił aro­mat curry i cebuli.

- Żar­cie - rzu­cił, a potem gło­śno posta­wił torby na stole przed Hol­de­nem. - Hej, kapi­ta­nie, kiedy odda­dzą mi sta­tek?

- Czy to jedze­nie? - Z salonu roz­legł się roze­spany głos Aleksa.

Amos nie odpo­wie­dział, wycią­gał już z toreb pian­kowe kar­tony i roz­sta­wiał je wokół stołu. Hol­den sądził, że jest zbyt ziry­to­wany, żeby jeść, ale aro­maty indyj­skiej kuchni miały wiele wspól­nego ze zmianą zda­nia.

- Minie jesz­cze mnó­stwo czasu. - Naomi odpo­wie­działa Amo­sowi z ustami peł­nymi jedze­nia. - Wygię­li­śmy moco­wa­nie.

- Szlag - rzu­cił Amos, sia­da­jąc i bio­rąc pałeczki. - Wystar­czyło zosta­wić was samych na parę tygo­dni, a popsu­li­ście mi moje cacko.

- Uży­wano tam super­broni obcych - prze­pra­sza­jąco rzu­cił Aleks, wcho­dząc do jadalni z wło­sami ster­czą­cymi na wszyst­kie strony. - Zostały zmie­nione prawa fizyki, popeł­niono pewne błędy.

- Nic nowego pod słoń­cem - odpo­wie­dział Amos i podał pilo­towi kar­ton z ryżem i curry. - I włącz­cie dźwięk, to wygląda jak Ilus.

Naomi włą­czyła głos stru­mie­nia wideo i apar­ta­ment wypeł­nił głos pre­zen­tera.

- ...czę­ściowo przy­wró­cono zasi­la­nie, ale źró­dła na pla­ne­cie twier­dzą, że ta porażka...

- To praw­dziwy kur­czak? - zapy­tał Aleks, chwy­ta­jąc jeden z kar­to­nów. - Tro­chę sobie fol­gu­jemy, co?

- Cicho - rzu­cił Amos. - Mówią o kolo­nii.

Aleks prze­wró­cił oczami, ale nic nie powie­dział, nakła­da­jąc sobie na talerz pikantne paski kur­czaka.

- ...z innych tema­tów, dotar­li­śmy do wstęp­nej wer­sji raportu pod­su­mo­wu­ją­cego śledz­two w spra­wie zeszło­rocz­nego ataku na stocz­nie Kal­li­sto. Choć nie jest to jesz­cze osta­teczna wer­sja tek­stu, wstępne raporty suge­rują, że w ataku uczest­ni­czyła jedna z frak­cji Soju­szu Pla­net Zewnętrz­nych, obwi­nia­jąc za wysoką liczbę ofiar...

Amos wyłą­czył głos gniew­nym dźgnię­ciem w przy­ci­ski wbu­do­wane w stół.

- Cho­lera, chcia­łem usły­szeć wię­cej o tym, co dzieje się na Ilu­sie, a nie o jakichś dur­nych kow­bo­jach z SPZ wysa­dza­ją­cych się w powie­trze.

- Zasta­na­wiam się, czy Fred wie, kto za tym stoi - ode­zwał się Hol­den. - Twar­do­głowi dzia­ła­cze SPZ mają pro­blem z rezy­gna­cją ze swo­jej teo­lo­gii "my prze­ciwko Ukła­dowi Sło­necz­nemu".

- Czego wła­ści­wie tam szu­kali? - zapy­tał Aleks. - Na Kal­li­sto nie było żad­nej cięż­kiej broni, żad­nych ato­mó­wek. Nic, co byłoby warte takiej wyprawy.

- Och, teraz ocze­ku­jemy od nich jakie­goś sensu? - rzu­cił Amos. - Daj mi ten naan.

Hol­den wes­tchnął i odchy­lił się na krze­śle.

- Wiem, że robi to ze mnie naiw­nego dur­nia, ale po Ilu­sie naprawdę sądzi­łem, że możemy mieć chwilę pokoju. Że nikt nie będzie musiał nikogo wysa­dzać.

- Tak to wła­śnie wygląda - odpo­wie­działa Naomi, stłu­miła bek­nię­cie i odło­żyła pałeczki. - Zie­mia i Mars są w sta­nie ostroż­nego odprę­że­nia, a usank­cjo­no­wane skrzy­dło SPZ rzą­dzi zamiast wal­czyć. Kolo­ni­ści na Ilu­sie współ­pra­cują z ONZ zamiast strze­lać do sie­bie nawza­jem. Jest tak dobrze, jak tylko może być. Nie możesz ocze­ki­wać, że wszy­scy staną po tej samej stro­nie. W końcu wciąż jeste­śmy ludźmi. Jakiś odse­tek zawsze będzie dup­kami.

- Ni­gdy nie powie­dziano nic praw­dziw­szego, sze­fowo - zgo­dził się Amos.

Dokoń­czyli jedze­nie i przez kilka minut sie­dzieli w przy­ja­znej ciszy. Amos wycią­gnął piwa z małej lodówki i roz­dał je wszyst­kim. Aleks dłu­bał w zębach paznok­ciem małego palca. Naomi wró­ciła do ana­li­zo­wa­nia prze­wi­dy­wa­nych napraw.

- No dobrze - ode­zwała się po kilku minu­tach prze­glą­da­nia arku­szy z licz­bami. - Dobra wia­do­mość jest taka, że nawet jeśli ONZ i SPZ uznają, że sami musimy sobie opła­cić rachunki za naprawy, będziemy mogli je pokryć, korzy­sta­jąc tylko z tego, co mamy w fun­du­szu awa­ryj­nym statku.

- Mnó­stwo pracy z lata­niem na zle­ce­nia kolo­ni­stów kie­ru­ją­cych się przez pier­ście­nie - sko­men­to­wał Aleks. - Gdy tylko będziemy mogli znowu latać.

- Tak, bo możemy upchać całe mnó­stwo kom­po­stu do naszej maleń­kiej ładowni - prych­nął Amos. - Tylko że ludzie spłu­kani do ostat­niego centa i cho­ler­nie zde­spe­ro­wani, to nie­ko­niecz­nie nasza grupa doce­lowa.

- Powiedzmy sobie szcze­rze - wtrą­cił się Hol­den. - Jeśli sytu­acja będzie dalej roz­wi­jać się tak jak teraz, zna­le­zie­nie pracy dla pry­wat­nego okrętu bojo­wego może zro­bić się dość trudne.

Amos się roze­śmiał.

- Pozwolę sobie wsta­wić tu wyprze­dza­jące "a nie mówi­łem". Bo kiedy okaże się to prawdą, jak zawsze, może mnie nie być na miej­scu, żeby to powie­dzieć.

Rozdział drugi

Aleks

To, co Aleks naj­bar­dziej lubił w dale­kich lotach, to spo­sób, w jaki zmie­niały odczu­wa­nie czasu. Tygo­dnie - cza­sami mie­siące - spę­dzone pod cią­giem były jak wyj­ście z histo­rii w jakiś mały, odrębny wszech­świat. Wszystko kur­czyło się do statku i ludzi na pokła­dzie. Przez długi czas nie ist­niało nic poza pod­sta­wo­wymi pra­cami kon­ser­wa­cyj­nymi, więc życie tra­ciło swą pil­ność. Wszystko działo się zgod­nie z pla­nem, a według planu nie miało się zda­rzyć nic kry­tycz­nego. Podró­żo­wa­nie przez pustkę kosmosu dawało mu irra­cjo­nalne poczu­cie spo­koju i dobro­stanu. Dla­tego wła­śnie mógł to robić.

Znał innych ludzi, zwy­kle mło­dych męż­czyzn i kobiety, któ­rzy odczu­wali to zupeł­nie ina­czej. Jesz­cze w cza­sach, gdy latał we flo­cie, poznał pilota, który pra­co­wał głów­nie w oko­li­cach pla­net wewnętrz­nych, lata­jąc mię­dzy Zie­mią, Luną i Mar­sem. Prze­niósł się na lot na księ­życe Jowi­sza pod nad­zo­rem Aleksa. Mniej wię­cej w cza­sie, gdy koń­czyłby się lot mię­dzy pla­netami wewnętrz­nymi, młody czło­wiek zaczął się roz­pa­dać: zło­ścił się z powodu dro­bia­zgów, jadł za dużo albo za mało, cho­dził nie­spo­koj­nie przez cały sta­tek - od mostka do maszy­nowni i z powro­tem jak tygrys krą­żący po klatce. Zanim dotarli na Gani­me­desa, lekarz pokła­dowy z Alek­sem zgo­dzili się na doda­wa­nie mu środ­ków uspo­ka­ja­ją­cych do jedze­nia, żeby zacho­wać jakąś kon­trolę nad sytu­acją. Po zakoń­cze­niu lotu Aleks napi­sał reko­men­da­cję, by pilot ni­gdy wię­cej nie został przy­dzie­lony do lotu dale­kiego zasięgu. Nie­któ­rych typów lotów nie dało się wyszko­lić, można było je tylko prze­te­sto­wać.

Nie, żeby nie nosił w sobie żad­nych trosk i obaw. Od czasu znisz­cze­nia Can­ter­bury Aleks miał w sobie stale pewien poziom pod­sta­wo­wego nie­po­koju. Przy zale­d­wie czte­ro­oso­bo­wej zało­dze Rosy­nant miał zde­cy­do­wane braki per­so­nelu. Amos i Hol­den mieli silne, męskie oso­bo­wo­ści, które w razie kon­fliktu mogły cał­ko­wi­cie znisz­czyć dyna­mikę inte­rak­cji w zało­dze. Kapi­tan i pierw­sza ofi­cer byli kochan­kami, a gdyby kie­dyś się roze­szli, ozna­cza­łoby to koniec nie tylko pracy. Tego rodzaju sprawy wciąż nie dawały mu spo­koju, nie­za­leż­nie od tego, z jaką załogą latał. W przy­padku Rosa te tro­ski tra­piły go od lat, choć przez cały ten czas w zasa­dzie nic się nie działo, co samo w sobie było swego rodzaju sta­bi­li­za­cją. Tak naprawdę Aleks zawsze czuł ulgę, docie­ra­jąc do końca lotu, i zawsze odczu­wał ulgę, roz­po­czy­na­jąc kolejny. A przy­naj­mniej jeśli nie zawsze, to przy­naj­mniej prze­waż­nie.

Dotar­cie na sta­cję Tycho powinno było przy­nieść mu ulgę. Ros był tym razem wyjąt­kowo poobi­jany, a stocz­nie na Tycho były jed­nymi z naj­lep­szych w Ukła­dzie, nie mówiąc już o tym, że jed­no­cze­śnie były naj­bar­dziej przy­ja­zne. Osta­teczny los więź­nia z Nowej Ziemi stał się teraz wresz­cie cudzym pro­ble­mem i pozbyli się go ze statku. Edward Israel, druga połowa kon­woju z Nowej Ziemi, bez­piecz­nie leciał w stronę Słońca. Następne sześć mie­sięcy ozna­czały wyłącz­nie naprawy i odpo­czy­nek. Według wszel­kich racjo­nal­nych stan­dar­dów powi­nien mieć mniej powo­dów do nie­po­koju.

- To co cię gry­zie? - zapy­tał Amos.

Aleks wzru­szył ramio­nami, otwo­rzył małą lodówkę apar­ta­mentu, zamknął ją i powtó­rzył wzru­sze­nie ramion.

- Bo pewne jak jasna cho­lera, że coś cię gry­zie.

- Wiem.

Świa­tła miały żół­to­nie­bie­ski odcień, uda­jący wcze­sny pora­nek, ale Aleks nie spał. A przy­naj­mniej nie­wiele. Amos usiadł na bla­cie i nalał sobie kawę do kubka.

- Nie robimy jed­nej z tych rze­czy, kiedy to mam ci zadać kupę pytań, żebyś poczuł się na tyle faj­nie, żeby mówić o swo­ich uczu­ciach, prawda?

Aleks się roze­śmiał.

- To ni­gdy nie działa.

- Więc tego nie róbmy.

Pod­czas lotu Hol­den i Naomi zwy­kli trzy­mać się razem, choć chyba żadne z nich tego nie zauwa­żało. Cał­kiem natu­ralne było, że zako­chani znaj­do­wali wię­cej kom­fortu w swoim towa­rzy­stwie niż w oto­cze­niu reszty załogi. W sumie gdyby było ina­czej, Aleks zacząłby się o nich mar­twić, ale przez to w zasa­dzie on z Amo­sem mieli do towa­rzy­stwa tylko sie­bie. Aleks był dumny z faktu, że potra­fił się doga­dać pra­wie z każ­dym w zało­dze, a Amos nie był tu wyjąt­kiem. Był czło­wie­kiem bez żad­nych pod­tek­stów. Kiedy mówił, że potrze­buje tro­chę czasu w samot­no­ści, zna­czyło to, że potrze­buje tro­chę czasu w samot­no­ści. Kiedy Aleks pytał, czy chce przyjść obej­rzeć ścią­gnięte z Ziemi nowe filmy neo-noir, które uwiel­biał, odpo­wiedź zawsze była tylko odpo­wie­dzią na to pyta­nie. Nie miało się z nim żad­nego poczu­cia ukry­tych pod­tek­stów, gie­rek czy roz­gry­wek. Mówił jak jest, i to wszystko. Aleks zasta­na­wiał się cza­sem, co by się stało, gdyby to Amos zgi­nął na Don­na­ge­rze i ostat­nie kilka lat Aleks spę­dziłby z ich medy­kiem, She­dem Garveyem, zamiast z Amo­sem.

Chyba nie byłoby tak różowo. A może po pro­stu by się dosto­so­wał. Trudno zga­dy­wać.

- Mia­łem sny, które... mnie nie­po­koją - wyznał Aleks.

- Jakieś kosz­mary?

- Nie, dobre sny. Lep­sze od praw­dzi­wego świata. Takie, że źle się czuję, budząc się z nich.

- Hm - mruk­nął Amos i napił się kawy.

- Mia­łeś kie­dyś takie sny?

- Nie.

- Pro­blem w tym, że we wszyst­kich wystę­puje Tali.

- Tali?

- Talissa.

- Twoja była żona.

- Wła­śnie - potwier­dził Aleks. - Zawsze tam jest i wszystko zawsze jest... miłe. To zna­czy, nie, że jeste­śmy razem. Cza­sami jestem z powro­tem na Mar­sie, cza­sami ona jest na statku. Po pro­stu tam jest i jest nam dobrze, a potem się budzę, nie ma jej tu i wcale nie jest faj­nie. I...

Brwi Amosa opa­dły niżej, a jego nos się pod­niósł, ści­ska­jąc jego twarz w coś mniej­szego i ema­nu­ją­cego zamy­śle­niem.

- Chcesz znowu zejść się ze swoją byłą?

- Nie, naprawdę nie chcę.

- Jesteś napa­lony?

- Nie, to nie są sny ero­tyczne.

- To musisz sobie sam radzić. Nic wię­cej nie przy­cho­dzi mi do głowy.

- Zaczęło się tam - powie­dział Aleks, mając na myśli drugą stronę pier­ścieni, orbitę Nowej Ziemi. - Jej imię wyszło w roz­mo­wie i od tam­tej pory... zawio­dłem ją.

- Ano.

- Spę­dziła wiele lat, cze­ka­jąc na mnie, a ja nie oka­za­łem się czło­wie­kiem, któ­rym chcia­łem być.

- Zga­dza się. Chcesz tro­chę kawy?

- Zde­cy­do­wa­nie tak - przy­znał Aleks.

Amos napeł­nił kubek. Mecha­nik nie dodał cukru, ale pamię­tał, żeby zosta­wić jedną trze­cią miej­sca na mleczko. Jeden z obja­wów bli­sko­ści życia na statku.

- Nie podoba mi się to, w jakim sta­nie zosta­wi­łem naszą sytu­ację - powie­dział Aleks.

To był pro­ste stwier­dze­nie, nie obja­wie­nie, ale miało wagę wyzna­nia na spo­wie­dzi.

- Prawda - zgo­dził się Amos.

- Jest we mnie jakaś część, która widzi w tym szansę.

- W tym?

- W fak­cie, że Ros będzie tak długo sie­dział w suchym doku. Mógł­bym pole­cieć na Marsa, spo­tkać się z nią. Prze­pro­sić.

- A potem ponow­nie ją rzu­cić, żeby wró­cić, zanim znowu włą­czymy sil­nik statku?

Aleks popa­trzył w głąb kubka z kawą.

- Tro­chę upo­rząd­ko­wać naszą sytu­ację.

Amos mocno wzru­szył ramio­nami.

- To jedź.

W jego myślach poja­wiła się cała lista obiek­cji. Ich czwórka nie roz­dzie­lała się, od kiedy stali się załogą, a roz­dzie­le­nie grupy wyda­wało się nieść groźbę pecha. Ekipy napraw­cze na Tycho mogły go potrze­bo­wać albo wpro­wa­dzić w statku jakąś zmianę, o któ­rej nie dowie się do chwili, gdy sta­nie się gdzieś po dro­dze kry­tycz­nym pro­ble­mem. Albo gorzej, odlot mógł ozna­czać odej­ście na zawsze. Jeśli przez ostat­nie kilka lat wszech­świat cze­goś im dowiódł, to tego, że nic nie jest pewne.

Ura­to­wał go dzwo­nek ręcz­nego ter­mi­nala. Amos wycią­gnął urzą­dze­nie z kie­szeni, spoj­rzał na ekran, stuk­nął w niego i zmarsz­czył brwi.

- Będę potrze­bo­wał chwili pry­wat­no­ści.

- Jasne - odpo­wie­dział Aleks. - Nie ma pro­blemu.

Przed drzwiami apar­ta­mentu kory­tarz sta­cji Tycho roz­cią­gał się w dłu­gich, łagod­nych krzy­wi­znach. Był to jeden z klej­no­tów koron­nych Soju­szu Pla­net Zewnętrz­nych. Ceres była więk­sza, a Medyna kon­tro­lo­wała dziwną strefę zerową mię­dzy pier­ście­niami, ale to wła­śnie sta­cją Tycho SPZ pysz­niło się od samego początku. Jej kon­struk­cja, bar­dziej koja­rząca się z żaglow­cem niż wszel­kie obsłu­gi­wane przez sta­cję jed­nostki, nie była tylko funk­cjo­nalna. Uroda sta­cji miała zachwy­cać i wzbu­dzać podziw. Tu miesz­kali ludzie, któ­rzy roz­krę­cili Eros i Ceres, tu mie­ściły się stocz­nie, w któ­rych zbu­do­wano naj­więk­szy pojazd w histo­rii ludz­ko­ści. Kobiety i męż­czyźni, któ­rzy nie tak wiele poko­leń temu po raz pierw­szy odwa­żyli się wyjść w otchłań poza Mar­sem, byli dość mądrzy i potężni, by zbu­do­wać coś takiego.

Aleks ruszył długą pro­me­nadą. Mijali go głów­nie Pasia­rze, wyżsi, z więk­szymi gło­wami niż Zie­mia­nie. Sam Aleks dora­stał w sto­sun­kowo niskim cią­że­niu Marsa, ale nawet on nie do końca paso­wał wyglą­dem do tych, któ­rzy spę­dzili dzie­ciń­stwo w nie­waż­ko­ści.

Wzdłuż pustych prze­strzeni sze­ro­kich kory­ta­rzy rosły rośliny, z powo­jami roz­cho­dzą­cymi się przy niskim cią­że­niu wiro­wym tak samo, jak rosłyby przy nor­mal­nej gra­wi­ta­cji Ziemi. Dzieci bie­gały, zry­wa­jąc się ze szkoły tak jak on w tym wieku, miesz­ka­jac w Lon­dres Nova. Popi­jał kawę i pró­bo­wał przy­wo­łać spo­kój ducha odczu­wany pod­czas lotu. Sta­cja Tycho była rów­nie sztuczna co Ros. Próż­nia na zewnątrz nie była ani tro­chę bar­dziej wyba­cza­jąca. Jed­nak spo­kój nie nad­cho­dził. Sta­cja Tycho nie była jego stat­kiem, nie była jego domem. Ludzie, któ­rych mijał, gdy wszedł do obszaru komu­nal­nego i wyj­rzał przez olbrzy­mie, wie­lo­war­stwowe okna z przej­rzy­stej cera­miki na jarzące się w nocy stocz­nie, nie byli jego rodziną. I wciąż się zasta­na­wiał, co pomy­śla­łaby o tym wszyst­kim Tali. Czy gdyby przy­le­ciała do tego miej­sca, zoba­czy­łaby jego piękno tak, jak potra­fiła czer­pać radość z życia, któ­rego chciała na Mar­sie.

Zawró­cił, gdy dopił kawę. Szedł nie­śpiesz­nie pośród innych prze­chod­niów, ustę­pu­jąc miej­sca wóz­kom elek­trycz­nym i wymie­nia­jąc drobne, cywi­li­zo­wane uprzej­mo­ści w wie­lo­na­ro­do­wej kata­stro­fie lin­gwi­stycz­nej two­rzą­cej slang Pasia­rzy. Wła­ści­wie nie zasta­na­wiał się, gdzie idzie, aż dotarł na miej­sce.

Ros spo­czy­wał czę­ściowo roze­brany w próżni. Po zdję­ciu zewnętrz­nego kadłuba wewnętrzny lśnił świe­żo­ścią w reflek­to­rach robo­czych, przez co sta­tek wyda­wał się mniej­szy niż w rze­czy­wi­sto­ści. Więk­szość blizn powsta­łych pod­czas ich licz­nych przy­gód została na zewnętrz­nym pan­ce­rzu. Teraz znik­nęły i pozo­stały tylko głę­bo­kie rany. Nie widział ich z tego miej­sca, ale wie­dział, gdzie się znaj­dują. Prze­by­wał na Rosy­nan­cie dłu­żej niż na jakim­kol­wiek innym statku w swo­jej karie­rze i kochał go bar­dziej niż pozo­stałe. Nawet bar­dziej niż swój pierw­szy.

- Wrócę - powie­dział do statku i jakby w odpo­wie­dzi zestaw spa­wal­ni­czy roz­ja­rzył się przy krzy­wiź­nie dyszy, przez chwilę świe­cąc jaśniej niż nie­osło­nięte słońce mar­sjań­skiego nieba.

***

Apar­ta­ment dzie­lony przez Hol­dena i Naomi mie­ścił się tuż obok tego, w któ­rym spał z Amo­sem, z drzwiami z takiego samego sztucz­nego drewna i nume­rem osa­dzo­nym na ścia­nie tuż obok. Aleks wszedł do środka, tra­fia­jąc w śro­dek pro­wa­dzo­nej wła­śnie roz­mowy.

- ...jeśli uwa­żasz, że to potrzebne. - Głos Naomi dobiegł z salonu apar­ta­mentu. - Ale moim zda­niem są dość silne dowody na to, że pozby­łeś się wszyst­kich pozo­sta­ło­ści. Mil­ler prze­cież nie wró­cił, prawda?

- Ow­szem - potwier­dził Hol­den, kiwa­jąc głową Alek­sowi. - Ale skóra cierp­nie mi na samą myśl o tym, że mie­li­śmy tro­chę tego syfu na statku przez tak długi czas. Cie­bie to nie prze­raża?

Aleks uniósł kubek po kawie, a Hol­den auto­ma­tycz­nie wziął go i napeł­nił. Bez cukru, z miej­scem na mleko.

- Ow­szem - przy­znała Naomi, wcho­dząc do kuchni. - Ale nie dosta­tecz­nie, żeby z tego powodu ścią­gać wszyst­kie cho­lerne ściany. Zastęp­cze ni­gdy nie są rów­nie mocne jak ory­gi­nały. Wiesz o tym.

Aleks poznał Naomi Nagatę pod­czas lata­nia na Can­ter­bury. Wciąż widział w niej kości­stą, gniewną dziew­czynę, którą kapi­tan McDo­well przed­sta­wił jako ich nową młod­szą inży­nier. Przez pra­wie rok ukry­wała się za wło­sami. Teraz w czar­nej burzy wło­sów poja­wiło się kilka pierw­szych bia­łych nitek. Stała pro­ściej, czu­jąc się pew­niej we wła­snej skó­rze. Była pew­niejsza sie­bie, odważ­niej­sza i sil­niej­sza, niż sądził. A Hol­den, napu­szony i zadu­fany w sobie pierw­szy ofi­cer, który zapadł się w cywilną pracę, nosząc swoje zwol­nie­nie dys­cy­pli­narne jak powód do dumy, stał się teraz face­tem, który poda­wał mu mleczko do kawy i z uśmie­chem przy­zna­wał się do irra­cjo­nal­no­ści wła­snych lęków. Chyba czas zmie­nił ich wszyst­kich. Nie był tylko pewien, w jaki spo­sób wpły­nął na niego. Pew­nie nie potra­fił spoj­rzeć na sie­bie z dystansu.

No i poza Amo­sem. Amosa nic nie zmie­niało.

- A co ty myślisz, Aleks?

Uśmiech­nął się i wło­żył wię­cej emfazy w akcent z doliny Mari­nera.

- No wiesz, skoro nie zabiło nas, gdy jesz­cze tam było, to teraz już raczej tego nie zrobi.

- No dobrze - ustą­pił Hol­den z wes­tchnie­niem.

- Zaosz­czę­dzimy sporo pie­nię­dzy - pod­su­nęła Naomi - i lepiej na tym wyj­dziemy.

- Wiem - potwier­dził Hol­den. - Ale i tak będę się z tym dziw­nie czuł.

- Gdzie jest Amos? - zain­te­re­so­wała się Naomi. - Wciąż spusz­cza parę?

- Nie - zaprze­czył Aleks. - Tak inten­syw­nie rzu­cił się na bur­dele, że zużył gotówkę przez pierw­szych kilka dni pobytu. Od tam­tej pory po pro­stu odpo­czy­wamy.

- Trzeba będzie mu zna­leźć jakieś zaję­cie na czas remontu na Tycho - stwier­dził Hol­den. - Szlag, wszy­scy będziemy musieli sobie coś zna­leźć.

- Mogli­by­śmy pra­co­wać dla sta­cji - zasu­ge­ro­wała Naomi. - Choć nie wiem, czy kogoś potrze­bują.

- Mamy oferty z całego mnó­stwa miejsc na płatne spo­tka­nia w celu przed­sta­wie­nia sytu­acji na Nowej Ziemi - przy­po­mniał Hol­den.

- Podob­nie jak każdy, kto wró­cił przez Pier­ścień - odpo­wie­działa Naomi ze śmie­chem w gło­sie. - A łącz­ność w obie strony wciąż działa.

- Mówisz, że nie powin­ni­śmy tego robić? - Ton Hol­dena suge­ro­wał lekką urazę.

- Mówię, że mogę zna­leźć całe mnó­stwo innych rze­czy, które wola­ła­bym robić od mówie­nia o nas.

Hol­den odro­binę zapadł się w sobie.

- Słuszna uwaga. Ale będziemy tu tkwić bar­dzo długo, coś będziemy musieli zro­bić.

Aleks głę­boko wcią­gnął powie­trze. To teraz. Ta chwila. Jego pew­ność osła­bła. Wlał mleczko do kubka, roz­ja­śnia­jąc do brązu dotych­cza­sową czerń kawy. Gruda w jego gar­dle wyda­wała się wielka jak jajo.

- No więc - ode­zwał się. - Ja... yyy... myśla­łem o tym...

Otwo­rzyły się drzwi apar­ta­mentu i do środka wszedł Amos.

- Cześć, kapi­ta­nie. Będę potrze­bo­wał tro­chę wol­nego czasu.

Naomi prze­chy­liła głowę i zmarsz­czyła brwi, ale odpo­wie­dział mu Hol­den.

- Wol­nego czasu?

- Tak, muszę na tro­chę pole­cieć na Zie­mię.

Naomi usia­dła na stołku przy bla­cie kuchen­nym.

- Coś się dzieje?

- Nie wiem - odparł Amos. - Może nic, ale tak jakby muszę pole­cieć, żeby to spraw­dzić. Mieć pew­ność. No wiesz.

- Stało się coś złego? - zapy­tał Hol­den. - Bo jeśli tak, to możemy pocze­kać na napra­wie­nie Rosa i pole­cieć wszy­scy razem. Już od dawna szu­kam wymówki, żeby zabrać Naomi na Zie­mię, żeby mogła poznać całą rodzinę.

Iry­ta­cja, która prze­mknęła przez twarz inży­nier, zni­kła nie­mal szyb­ciej, niż Aleks zdą­żył ją zauwa­żyć. Takie chwile spra­wiały, że robił się ner­wowy. To, jak Hol­den potra­fił wypchnąć Naomi poza jej strefę kom­fortu i nawet nie zda­wać sobie z tego sprawy. Jed­nak zebrała się w sobie, jesz­cze zanim Amos zdą­żył odpo­wie­dzieć.

- Może dalej szu­kaj wymówki, kapi­ta­nie. Moja sprawa nie może cze­kać. Nie żyje kobieta, z którą kie­dyś spę­dza­łem czas, i muszę tam pole­cieć, żeby się upew­nić, że wszystko jest czy­ste.

- Och, tak mi przy­kro - powie­działa Naomi rów­no­cze­śnie z Hol­de­nem: - Zająć się jej spad­kiem?

- Jasne, coś w tym stylu - potwier­dził Amos. - W każ­dym razie zare­zer­wo­wa­łem lot na Ceres, a potem w dół studni, ale muszę sprze­dać tro­chę moich udzia­łów, żeby mieć jakąś kasę na miej­scu.

W pokoju przez chwilę pano­wała cisza.

- Ale wra­casz? - upew­niła się Naomi.

- Taki jest plan - potwier­dził Amos.

Aleksa ude­rzyło, że ta odpo­wiedź była dużo bar­dziej szczera niż zwy­kłe "tak". Amos tak pla­no­wał, ale róż­nie bywa. Przez cały czas, który spę­dzili razem pod­czas lotów na Can­cie i Rosie, Aleks ni­gdy jesz­cze nie sły­szał, żeby Amos mówił o swoim życiu na Ziemi, poza bar­dzo luź­nymi ogól­ni­kami. Zasta­na­wiał się, czy robił to dla­tego, że nie miał w prze­szło­ści niczego war­tego wspo­mi­na­nia, czy też była ona zbyt bole­sna, by o niej mówić. Choć w przy­padku Amosa mogły to być obie te rze­czy rów­no­cze­śnie.

- Oczy­wi­ście - powie­dział Hol­den. - Po pro­stu powiedz, ile potrze­bu­jesz.

Nego­cja­cje były krót­kie, a prze­lewu doko­nano z uży­ciem ter­mi­nali ręcz­nych. Amos wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu i klep­nął Aleksa w ramię.

- W porządku. Będziesz miał całe miesz­ka­nie dla sie­bie.

- Kiedy wyla­tu­jesz? - zapy­tał Aleks.

- Za jakąś godzinę. Powi­nie­nem już iść do kolejki.

- No dobra - odpo­wie­dział Aleks. - Uwa­żaj na sie­bie, part­ne­rze.

- Jasne - rzu­cił Amos i wyszedł.

Trójka pozo­sta­łych człon­ków załogi Rosa stała w mil­cze­niu w kuchni. Hol­den wyglą­dał na zszo­ko­wa­nego, Naomi wyglą­dała na roz­ba­wioną. Aleks miał wra­że­nie, że emo­cjo­nal­nie znaj­duje się gdzieś w pół drogi mię­dzy nimi.

- Cóż, to było dziwne - ode­zwał się w końcu Hol­den. - Myślisz, że nic mu nie będzie?

- To Amos - odpo­wie­działa Naomi. - Bar­dziej mar­twię się o ludzi, z któ­rymi będzie miał do czy­nie­nia na miej­scu.

- Racja - zgo­dził się Hol­den, a potem usiadł na bla­cie twa­rzą w stronę Aleksa. - Wra­ca­jąc do tematu. Chcia­łeś nam coś powie­dzieć?

Aleks przy­tak­nął. "Wła­śnie myśla­łem o tym, jak trudno jest roz­dzie­lić rodzinę i o rodzi­nie, którą roz­dzie­li­łem wcze­śniej, oraz o tym, że muszę znowu spo­tkać się z moją byłą żoną i spró­bo­wać w jakiś spo­sób wyja­śnić naszą sytu­ację i to wszystko, co zro­bi­łem". W tej chwili wyda­wało się to nie na miej­scu.

- No cóż, bio­rąc pod uwagę, że będziemy sie­dzieć w doku przez bar­dzo długi czas, pomy­śla­łem, że może pole­ciał­bym na Marsa. Zaj­rzeć w stare kąty.

- Jasne - odpo­wie­dział Hol­den. - Ale wró­cisz, zanim skoń­czą naprawy, prawda?

Aleks się uśmiech­nął.

- Taki jest plan.

Rozdział trzeci

Naomi

Stół do golgo przy­go­to­wano do otwie­ra­ją­cych rzu­tów z pierw­szym i dru­gim celem nie­tknię­tym i wciąż pustym polem. Dud­niące basy z głów­nej sali Blauwe Blome tutaj były odczu­walne tylko jako wibro­wa­nie pokładu i pomruk na tyle cichy, że umoż­li­wiał roz­mowę. Naomi zwa­żyła w dłoni sta­lową kulę, wyczu­wa­jąc sub­telne związki masy i wagi, różne w każ­dym cią­że­niu. Z dru­giej strony stołu cze­kała Mali­kah i jej kole­dzy z ekipy remon­to­wej. Jeden z nich popi­jał nie­bie­ską paskudę, a jaskra­wo­błę­kitny płyn far­bo­wał mu usta jak szminka. Minęły trzy - nie, cztery? - lata, od kiedy Naomi ostatni raz grała w golgo, a oni gry­wali w to w każdy czwar­tek. Jesz­cze raz zwa­żyła kulę, wes­tchnęła i rzu­ciła. Natych­miast wystrze­liły kule prze­ciw­ni­ków, żeby zatrzy­mać jej rzut, dopa­so­wać obrót i prze­jąć kulę dla sie­bie.

Tego rodzaju reak­cję sto­so­wało się, gra­jąc prze­ciwko nowi­cju­szowi. Naomi wyszła z wprawy, ale do tej kate­go­rii już się nie zali­czała. Stół zare­je­stro­wał tra­fie­nie, koń­cząc rzut, a na wyświe­tla­czu poja­wił się znacz­nik Naomi, zde­cy­do­wa­nie za połową pola. Jej zespół wykrzyk­nął rado­śnie, ludzie Mali­kah jęk­nęli. Wszy­scy się uśmie­chali. To była przy­ja­zna gra, choć nie wszyst­kie takie były.

- Następna, następna! - krzyk­nął jeden z człon­ków nowego zespołu Naomi, macha­jąc dużą, bladą dło­nią.

Nazy­wał się Pere albo Paar, jakoś tak. Zdjęła sta­lową kulę ze stołu i rzu­ciła do niego. Uśmiech­nął się do niej sze­roko i prze­je­chał spoj­rze­niem po jej ciele. Żało­sny gno­jek. Naomi wypro­sto­wała się. Mali­kah pode­szła i sta­nęła obok niej.

- Wciąż to potra­fisz - sko­men­to­wała.

Miała piękny głos, z akcen­tem ze sta­cji Ceres, łago­dzą­cym ostrzej­sze tony głę­bo­kiego Pasa.

- Dużo w to gra­łam, gdy byłam tu ostat­nio - odpo­wie­działa Naomi. - Ni­gdy nie zapo­mi­namy tego, co robi­li­śmy w mło­do­ści, prawda?

- Nawet jeśli chcemy. - Mali­kah się roze­śmiała, a Naomi wraz z nią.

Mali­kah miesz­kała w apar­ta­me­cie trzy poziomy niżej i trzy­dzie­ści stopni zgod­nie z kie­run­kiem obrotu sta­cji od klubu. Kiedy Naomi była tam ostatni raz, ściany obkle­jono jedwa­biem w brą­zowo-złote wzory, a powie­trze wypeł­niał bogaty aro­mat kadzi­dełka san­da­ło­wego, które nie szko­dziło wymien­ni­kom powie­trza sta­cji. Naomi spała tam w śpi­wo­rze przez dwie noce, usy­pia­jąc przy dźwię­kach harfy z odtwa­rza­cza i pomruku gło­sów Mali­kah i Sam. Tylko że Sam zgi­nęła, Naomi znowu była z Jimem, a ludz­kość odzie­dzi­czyła tysiąc słońc odle­głych o dwa lata lotu. Będąc tutaj, śmie­jąc się z Mali­kah i eki­pami remon­to­wymi, Naomi nie potra­fiła stwier­dzić, czy bar­dziej zaska­kuje ją, jak bar­dzo, czy jak mało wszystko się zmie­niło w tym cza­sie.

Mali­kah dotknęła jej ramie­nia, marsz­cząc brwi.

- Bist ajá?

- Zamy­śli­łam się - wyja­śniła Naomi, tylko z grub­sza wpa­da­jąc w rytm slangu Pasia­rzy.

Golgo nie było jedy­nym, w czym wyszła z wprawy.

Twarz Mali­kah posmut­niała, choć wokół stołu do golgo wybu­chły okrzyki rado­ści i nie­za­do­wo­le­nia jed­no­cze­śnie. Przez chwilę była z nimi Sam. Nie rze­czy­wi­sta kobieta z rudymi wło­sami, rado­śnie obsce­nicz­nym języ­kiem i zwy­cza­jem uży­wa­nia dzie­cin­nych zdrob­nień w rodzaju "kuku" do opi­sy­wa­nia rze­czy typu prze­bi­cie kadłuba przez meteor. Po pro­stu miej­sce, w któ­rym była, i dwie kobiety dzie­lące świa­do­mość, że kogoś tu bra­kuje.

Paar albo Pere podał kulę następ­nemu gra­czowi - Sakai, nowemu głów­nemu inży­nie­rowi, a ktoś z prze­ciw­nej dru­żyny pokle­pał go drwiąco po ple­cach. Naomi pode­szła, żeby oce­nić straty. Prze­by­wa­nie z Pasia­rzami - samymi Pasia­rzami - było dziw­nie pocie­sza­jące. Kochała swoją załogę, ale było w niej dwóch Zie­mian i Mar­sja­nin. Pew­nych tema­tów ni­gdy nie mogła z nimi poru­szyć.

Bez odwra­ca­nia głowy zorien­to­wała się, kiedy przy­szedł Jim. Gra­cze po prze­ciw­nej stro­nie stołu jak jeden mąż popa­trzyli za jej plecy. Sze­roko otwo­rzyli oczy, poczuła, wyczuła prze­cho­dzącą przez nich falę pod­nie­ce­nia. Nikt tego nie powie­dział, ale rów­nie dobrze mogli krzyk­nąć: "Hej! Patrz­cie! To James Hol­den!".

Łatwo było zapo­mnieć, że Jim był tym, kim był. Zaczął dwie wojny i ode­grał pewną rolę w zakoń­cze­niu obu. Dowo­dził pierw­szym stat­kiem, który prze­le­ciał przez Pier­ścień, a przy­naj­mniej pierw­szym, który to prze­żył. Odwie­dził bazę obcych na środku powol­nej strefy i wró­cił z życiem. Prze­żył sta­cję Eros i śmierć Aga­thy King. Był na Nowej Ziemi, pierw­szej ludz­kiej kolo­nii na pla­ne­cie poza Ukła­dem Sło­necz­nym, i dopro­wa­dził tam do zawar­cia dziw­nego, nie­zręcz­nego pokoju. Obser­wo­wa­nie ludzi reagu­ją­cych na tego Hol­dena, tego na ekra­nach i w wia­do­mo­ściach, było pra­wie zawsty­dza­jące. Wie­działa, że Jim wcale nie przy­po­mina tam­tego Jamesa Hol­dena, ale nie miało sensu tego tłu­ma­czyć. Nie­które rze­czy zosta­wały tajem­nicą, nawet jeśli się je powie­działo.

- Witaj, uko­chana - powie­dział Jim, obej­mu­jąc ją.

W dru­giej ręce trzy­mał gra­pe­fru­itowe mar­tini.

- Dla mnie? - zapy­tała, bio­rąc kok­tajl.

- Mam nadzieję, ja za nic bym tego nie wypił.

- Hoy, coyo! - wykrzyk­nął Paar czy Pere, uno­sząc sta­lową kulę. - Chcesz rzu­cić?

Śmie­chy wokół stołu miały różne zabar­wie­nie. Część z nich suge­ro­wała zachwyt - "James Hol­den będzie z nami grał w golgo!" - część zdra­dzała okru­cień­stwo - "Patrz­cie, jak waż­niak się zbłaźni". Nic z tego nie miało żad­nego związku z rze­czy­wi­stym czło­wie­kiem. Zacie­ka­wiło ją, czy zda­wał sobie sprawę, jak bar­dzo zmie­niał naturę pomiesz­cze­nia, po pro­stu do niego wcho­dząc. Pew­nie nie.

- Nie - podzię­ko­wał Jim z uśmie­chem. - Jestem w tym straszny. Nawet nie wie­dział­bym, od czego zacząć.

Naomi nachy­liła się w stronę Mali­kah.

- Powin­nam już iść. Dzięki za przy­gar­nię­cie.

Co zna­czyło "dzię­kuję, że pozwo­li­łaś mi być tu z innymi Pasia­rzami, jakby to było moje miej­sce".

- Jesteś toda­mas dobrze widziana, coya-mis - odpo­wie­działa Mali­kah.

Co zna­czyło "śmierć Sam nie była twoją winą, a nawet jeśli, to ci wyba­czam".

Naomi ujęła Jima pod rękę i wypro­wa­dziła go z sali do głów­nego baru. Po przej­ściu przez drzwi zna­cząco nasi­liła się muzyka, ata­ku­jąc wspól­nie ze świa­tłami ich zmy­sły. Na par­kie­cie ludzie ruszali się w parach i gru­pach. Był taki czas, na długo przed pozna­niem Jima, gdy pomysł urżnię­cia się i rzu­ce­nia w gęstwę ciał bywał bar­dzo atrak­cyjny. Z roz­czu­le­niem przy­po­mniała sobie dziew­czynę, którą kie­dyś była, ale nie miała ochoty odtwa­rzać tam­tych wra­żeń. Dopiła swoje mar­tini, sto­jąc przy barze. Było zbyt gło­śno na roz­mowę, więc bawiła się, obser­wu­jąc ludzi roz­po­zna­ją­cych Jima i malu­jącą się na ich twa­rzach nie­pew­ność, czy to fak­tycz­nie on. Ze swej strony Jim był uro­czo znu­dzony. Idea, że może znaj­do­wać się w cen­trum uwagi, była mu kom­plet­nie obca. Było to czę­ścią tego, co w nim kochała.

Kiedy jej kie­li­szek zro­bił się pusty, poło­żyła dłoń na jego dłoni i razem prze­ci­snęli się na kory­tarz przed klu­bem. Cze­ka­jący tam na wej­ście, kobiety i męż­czyźni - nie­mal wyłącz­nie Pasia­rze - przy­glą­dali się, jak odcho­dzą. Na sta­cji Tycho była noc, co nie zna­czyło wiele. Sta­cję urzą­dzono z myślą o trzech wymien­nych ośmio­go­dzin­nych zmia­nach: roz­rywce, pracy i śnie. Krąg zna­jo­mych deter­mi­no­wała zmiana, w któ­rej się pra­co­wało, jakby tę samą prze­strzeń zaj­mo­wały rów­no­cze­śnie trzy różne mia­sta. Świat zawsze skła­da­jący się w dwóch trze­cich z niezna­jo­mych. Objęła Jima w talii i przy­cią­gnęła go do sie­bie tak mocno, aż poczuła jego udo poru­sza­jące się przy swoim.

- Musimy poroz­ma­wiać - oznaj­miła.

Tro­chę się spiął, ale utrzy­mał lekki i swo­bodny ton.

- Coś jak kobieta z męż­czy­zną?

- Gorzej - odparła. - Jak pierw­sza ofi­cer z kapi­ta­nem.

- Co jest?

Weszli do windy i wci­snęła przy­cisk ich pokładu. Roz­legł się brzęk dzwonka i drzwi zaczęły się zasu­wać, a ona spró­bo­wała zebrać myśli. Wła­ści­wie nie cho­dziło o to, że nie wie­działa, co musi zostać powie­dziane. Nie będzie mu się to podo­bało ani tro­chę bar­dziej niż jej.

- Musimy pomy­śleć o powięk­sze­niu załogi.

Znała rodzaje ciszy Jamesa Hol­dena dość dobrze, by roz­po­znać i tę. Pod­nio­sła wzrok na jego neu­tralny wyraz twa­rzy i oczy mru­ga­jące odro­binę szyb­ciej niż zwy­kle.

- Naprawdę? - zapy­tał. - Wyda­wało mi się, że radzimy sobie cał­kiem dobrze.

- Ow­szem. Radzi­li­śmy sobie. Rosa zapro­jek­to­wano dla woj­ska, jest inte­li­gentny. Mnó­stwo auto­ma­tyki, mnó­stwo redun­dan­cji. Dla­tego byli­śmy w sta­nie latać nim tak długo, mając jedną trze­cią stan­dar­do­wej załogi.

- Nie szko­dzi też, że to naj­lep­sza cho­lerna załoga w prze­strzeni.

- Nie szko­dzi. Patrząc na umie­jęt­no­ści i prze­bieg pracy, mamy bar­dzo silną grupę, ale jeste­śmy wraż­liwi.

Winda się prze­su­nęła, pod­da­wana zło­żo­nym siłom obrotu sta­cji i przy­śpie­sze­nia ruchu, spra­wia­jąc, że jej wnę­trze wydało się roz­chwiane. Była pewna, że to tylko efekt ruchu.

- Nie jestem pewien, co masz na myśli, mówiąc "wraż­liwi" - powie­dział Jim.

- Latamy Rosy­nan­tem, od kiedy tylko wydo­by­li­śmy go z Don­na­gera. Nie mie­li­śmy żad­nych zmian per­so­nelu. Żad­nej wymiany. Podaj mi nazwę choć jed­nego statku, na któ­rym wygląda to tak samo. Na Can­ter­bury były takie loty, gdzie jedna czwarta załogi leciała razem po raz pierw­szy. I...

Roz­su­nęły się drzwi kabiny. Wyszli na zewnątrz, usu­wa­jąc się na bok, żeby wpu­ścić inną parę. Gdy zamy­kały się drzwi, Naomi usły­szała, że tamci mówią coś do sie­bie cicho. Jim mil­czał, gdy szli w stronę swo­jego apar­ta­mentu. Kiedy w końcu się ode­zwał, mówił cicho i z namy­słem.

- Myślisz, że któ­ryś z nich może nie wró­cić? Amos? Aleks?

- Myślę, że wiele może się zda­rzyć. Przy locie z dużym cią­giem cza­sami zda­rzają się udary. Kok­tajl pomaga, ale niczego nie gwa­ran­tuje. Zda­rzało się też, że do nas strze­lali. Albo lądo­wa­li­śmy z uszko­dzo­nym stat­kiem na spa­da­ją­cej orbi­cie. Pamię­tasz takie sytu­acje, prawda?

- Jasne, ale...

- Jeśli kogoś stra­cimy, zamiast lata­nia na jed­nej trze­ciej stan­dar­do­wej załogi będziemy mieć jedną czwartą. Dodaj do tego utratę uni­kal­nych umie­jęt­no­ści.

Hol­den znie­ru­cho­miał z ręką na drzwiach ich miesz­ka­nia.

- Chwila, moment. Jeśli kogoś stra­cimy?

- Tak.

Miał sze­roko otwarte oczy wyra­ża­jące szok. W ich kąci­kach poja­wiły się drobne zmarszczki nie­po­koju. Się­gnęła, by je wygła­dzić, ale nie ustą­piły.

- Czy ty pró­bu­jesz mnie przy­go­to­wać na śmierć członka mojej załogi?

- Z per­spek­tywy histo­rycz­nej ludzie w zasa­dzie w stu pro­cen­tach umie­rają.

Jim zaczął coś mówić, zre­zy­gno­wał, otwo­rzył drzwi miesz­ka­nia i wszedł do środka. Poszła za nim, zamy­ka­jąc za sobą drzwi. Chciała odpu­ścić, ale nie wie­działa, kiedy uda im się wró­cić do tematu.

- Gdy­by­śmy mieli tra­dy­cyjną załogę, byłyby dwie osoby na każde sta­no­wi­sko. W razie śmierci lub utraty zdol­no­ści do pracy, w każ­dej chwili dana osoba mogłaby zostać zastą­piona.

- Nie zamie­rzam wpro­wa­dzić na sta­tek kolej­nych czte­rech osób, nie mówiąc już o ośmiu - oświad­czył Jim, wcho­dząc do sypialni. Ucie­ka­jąc przed roz­mową. Tak naprawdę by nie wyszedł. Cze­kała, aż cisza, nie­po­kój i obawa, że ją roz­zło­ścił, spro­wa­dzą go z powro­tem. Trwało to jakieś pięt­na­ście sekund. - Nie postę­pu­jemy jak zwy­kła załoga, bo nie jeste­śmy zwy­czajni. Dosta­li­śmy Rosa, gdy strze­lali do nas wszy­scy w całym Ukła­dzie. Nie­wy­kry­walne statki roz­wa­liły nam pod tył­kiem pan­cer­nik. Stra­ci­li­śmy Canta, a potem stra­ci­li­śmy Sheda. Nie można przejść przez coś takiego i być nor­mal­nym.

- Co to wła­ści­wie zna­czy?

- Ten sta­tek to nie jest załoga. Nie postę­pu­jemy jak załoga. Zacho­wu­jemy się jak rodzina.

- Racja - zgo­dziła się. - I na tym polega pro­blem.

Popa­trzyli na sie­bie przez pokój. Jim poru­szał szczęką, zatrzy­mu­jąc cisnące się na usta pro­te­sty i argu­menty. Wie­dział, że miała rację, choć chciał, żeby się myliła. Zoba­czyła, jak zro­zu­miał, że nie ma wyj­ścia.

- Dobrze - rzu­cił. - Kiedy pozo­stali wrócą, możemy się zasta­no­wić nad jaki­miś roz­mo­wami. Zabrać parę osób na misję czy dwie. Jeśli się dobrze wpa­sują, będziemy mogli zasta­no­wić się nad zatrzy­ma­niem ich na stałe.

- Brzmi nie­źle - powie­działa Naomi.

- To zmieni rów­no­wagę na statku - zauwa­żył Hol­den.

- Wszystko się zmie­nia - odpo­wie­działa, obej­mu­jąc go.

Zamó­wili jedze­nie z indyj­skiej restau­ra­cji fusion, curry ze zmo­dy­fi­ko­wa­nym gene­tycz­nie ryżem i biał­kami z grzy­bów o tek­stu­rze pra­wie nie­odróż­nial­nej od woło­winy. Przez resztę wie­czoru Hol­den pró­bo­wał być rado­sny i ukryć przed nią nie­po­kój. Nie­zbyt mu się to uda­wało, ale doce­niała wysi­łek.

Po kola­cji oglą­dali kanały roz­ryw­kowe, aż przy­szedł czas w zna­jo­mym ryt­mie dnia, gdy wyłą­czyła ekran i zapro­wa­dziła go z powro­tem do łóżka. Seks z Hol­de­nem zaczął się jako coś pod­nie­ca­ją­cego, lata temu, gdy pierw­szy raz docie­rało do nich, jak głu­pie są bli­skie sto­sunki pierw­szej ofi­cer i kapi­tana. Teraz był bogat­szy, spo­koj­niej­szy i bar­dziej rado­sny. Dawał też wię­cej kom­fortu.

Póź­niej, gdy Naomi leżała na dużym żelo­wym mate­racu z pościelą splą­taną u stóp, jej umysł zaczął dry­fo­wać. Myślała o Rosie i Sam, o tomiku poezji, który czy­tała, będąc nasto­latką, i gru­pie muzycz­nej, którą zara­ził ją jeden ze star­szych inży­nie­rów na Can­ter­bury. Jej wspo­mnie­nia zaczęły nabie­rać odre­al­nio­nego kształtu snów, gdy głos Jima ścią­gnął ją z powro­tem do nie­mal peł­nej przy­tom­no­ści.

- Nie podoba mi się, że ich nie ma.

- Hm?

- Aleksa i Amosa. Nie podoba mi się, że ich nie ma. Jeśli będą mieli jakieś kło­poty, my będziemy tutaj. Nie mogę nawet odpa­lić Rosa, żeby po nich pole­cieć.

- Nic im nie będzie - odpo­wie­działa.

- Wiem. Tak jakby. - Uniósł się na łok­ciu. - Naprawdę się nie mar­twisz?

- Może troszkę.

- No wiesz, rozu­miem, że są doro­śli, ale gdyby coś się stało. Gdyby nie wró­cili...

- Byłoby trudno - zgo­dziła się Naomi. - Od lata pole­gamy wza­jem­nie wła­śnie na naszej czwórce.

- Wła­śnie - potwier­dził Jim. A po chwili dodał: - Wiesz, kim była ta kobieta, w spra­wie któ­rej Amos tam pole­ciał?

- Nie, nie wiem.

- Myślisz, że ją kochał?

- Nie wiem - powtó­rzyła Naomi. - Ale odnio­słam raczej wra­że­nie, że to ktoś w rodzaju zastęp­czej matki.

- Hm. Może. Nie wiem, dla­czego pomy­śla­łem o uko­cha­nej. - Jego głos zaczął się robić nie­wy­raźny, jak na skraju snu. - Hej, mogę cię zapy­tać o coś nie­wła­ści­wego?

- Jeśli będę znać odpo­wiedź.

- Dla­czego ni­gdy się nie zeszli­ście z Amo­sem? To zna­czy, jesz­cze na Can­cie?

Naomi roze­śmiała się, prze­tur­lała i objęła go przez pierś. Nawet po lata­niu z nim przez cały ten czas wciąż lubiła zapach jego skóry.

- Poważ­nie? Czy ty w ogóle zwra­ca­łeś uwagę na jego sek­su­al­ność?

- Nie wydaje mi się, żeby­śmy powinni robić coś takiego z Amo­sem.

- To nie jest miej­sce, w któ­rym chciał­byś się zna­leźć - zapew­niła Naomi.

- Hm. Dobra. Wiesz, tak tylko myśla­łem. Jak bar­dzo się przy tobie krę­cił na Can­cie. I ni­gdy dotąd nie mówił o opusz­cza­niu Rosa.

- Nie zostaje na Rosie dla mnie - zauwa­żyła Naomi. - Robi to dla cie­bie.

- Dla mnie?

- Używa cię jako swo­jego zewnętrz­nego sumie­nia z dru­giej ręki.

- Wcale nie.

- Dokład­nie tak. Znaj­duje kogoś, kto ma poczu­cie etyki, i postę­puje tak jak ta osoba - wyja­śniła. - W ten spo­sób pró­buje nie być potwo­rem.

- Dla­czego miałby pró­bo­wać nie być potwo­rem?

Nieco roze­spane słowa były jak cie­pły koc.

- Bo nim jest - oświad­czyła Naomi, czu­jąc, jak jej świa­do­mość prze­kra­cza gra­nicę. To dla­tego się doga­du­jemy.

***

Wia­do­mość nade­szła dwa dni póź­niej, bez żad­nego ostrze­że­nia. Tkwiła w ska­fan­drze próż­nio­wym, kon­tro­lu­jąc postęp robót z głów­nym inży­nie­rem Sakai. Wła­śnie wyja­śniał jej, dla­czego szu­kali innego typu stopu cera­micz­nego na złą­cza mię­dzy kadłu­bem zewnętrz­nym i wewnętrz­nym, gdy na jej wyświe­tla­czu prze­zier­nym poja­wiło się powia­do­mie­nie o prio­ry­te­to­wej wia­do­mo­ści. Poczuła ude­rze­nie stra­chu, sku­tek roz­mowy z Hol­de­nem. Coś stało się Alek­sowi. Albo Amo­sowi.

- Chwi­leczkę - powie­działa, a Sakai odpo­wie­dział unie­sie­niem pię­ści.

Włą­czyła wia­do­mość. Poja­wił się pła­ski ekran z roze­rwa­nym krę­giem SPZ, a kiedy znik­nął, zoba­czyła Marco. Upływ lat nieco posze­rzył jego twarz i lekko zła­go­dził krzy­wi­znę szczęki. Barwa skóry była dokład­nie tak samo głę­boka i bogata, jak pamię­tała, a jego dło­nie zło­żone na stole w miej­scu nagry­wa­nia były rów­nie deli­katne. Uśmiech­nął się z mie­sza­niną smutku i roz­ba­wie­nia, co pocią­gnęło ją z powro­tem w cza­sie.

Wia­do­mość została wstrzy­mana, odcięta przez sys­temy medyczne ska­fan­dra. Poja­wiły się ostrze­że­nia o pod­wyż­szo­nym tęt­nie i ciśnie­niu krwi. Pod­bród­kiem włą­czyła obej­ście i w uszach zabrzmiał jego głos, zaci­na­jąc się w pierw­szej chwili po wzno­wie­niu.

- Prze­pra­szam. Wiem, że nie chcesz żad­nych wia­do­mo­ści ode mnie. Jeśli to w czymś pomoże, przy­po­mnę, że dotąd tego nie robi­łem. I teraz też nie przy­cho­dzi mi to lekko.

Wyłącz to, pomy­ślała. Zatrzy­maj nagra­nie. Ska­suj je. To i tak będą same kłam­stwa. Kłam­stwa lub tylko te czę­ści prawdy, które mu pasują. Zapo­mnij o tym, że to ode­bra­łaś.

Marco spoj­rzał poza kamerę, jakby odczy­tał jej myśli albo wie­dział, czego się spo­dzie­wać.

- Naomi, nie zga­dzam się z twoją decy­zją o odej­ściu, ale zawsze ją sza­no­wa­łem. Nawet kiedy poka­za­łaś się w wia­do­mo­ściach i wszy­scy wie­dzieli, gdzie jesteś, nie odzy­wa­łem się do cie­bie. I nie robię tego teraz we wła­snym imie­niu.

Jego słowa były wyraźne, cie­płe i ostrożne: bez­błędna gra­ma­tyka kogoś mówią­cego w dru­gim języku tak dobrze, że wręcz nie­przy­zwo­icie. Nie sły­szała ani śladu gwary Pasia­rzy. Czyli mija­jące lata zmie­niły go na jesz­cze jeden spo­sób.

- Cyn i Karal prze­sy­łają pozdro­wie­nia i wyrazy miło­ści, ale tylko oni wie­dzą, że się z tobą kon­tak­tuję. I znają powód. Są teraz na sta­cji Ceres, ale nie mogą tam zostać długo. Musisz się tam spo­tkać z ich grupą i... Nie. Prze­pra­szam. To nie tak. Nie powi­nie­nem był tego tak for­mu­ło­wać. Cho­dzi o to, że zaczy­nam się gubić. Nie wiem, co robić, a ty jesteś jedyną osobą, do któ­rej mogę się zwró­cić. Cho­dzi o Filipa. Ma kło­poty.

Rozdział czwarty

Amos

Bolało go gar­dło.

Prze­łknął ślinę, pró­bu­jąc pozbyć się guli jej por­cji, ale poczuł tylko nowe dźgnię­cie bólu, jakby poły­kał piach. Trzy mie­siące temu, zgod­nie z har­mo­no­gra­mem, ambu­la­to­rium Rosa wstrzyk­nęło mu pełną por­cję szcze­pio­nek wzmac­nia­ją­cych i pro­fi­lak­tyki prze­ciw­bak­te­ryj­nej. Nie sądził, że może zacho­ro­wać, a jed­nak. Czuł coś w gar­dle, jakby połknął piłeczkę gol­fową, która utknęła w pół drogi.

Wszę­dzie wokół niego miesz­kańcy i podró­żu­jący w por­cie kosmicz­nym sta­cji Ceres krę­cili się jak mrówki w mro­wi­sku, nakła­da­ją­cymi się gło­sami gene­ru­jąc ryk rów­nie dobry, jak kom­pletna cisza. Amosa bawiło, że nikt na Ceres nie zro­zu­miałby tej meta­fory. On sam nie widział mro­wi­ska od dwu­dzie­stu lat, ale wciąż dosko­nale pamię­tał obser­wo­wa­nie, jak mrówki roz­pra­wiają się z kara­lu­chem lub uprzą­tają tru­chło szczura. Tak jak kara­lu­chy i szczury, mrówki nauczyły się żyć z ludz­kimi sąsia­dami, nie spra­wia­jąc za dużo pro­ble­mów. Kiedy ludz­kie mia­sta z betonu roz­peł­zły się po całej pla­ne­cie i połowa zwie­rząt na Ziemi tra­fiła na listę zagro­żo­nych gatun­ków, nikt nie mar­twił się o mrówki. Radziły sobie dosko­nale, a upusz­czone jedze­nie z barów szyb­kiej obsługi było rów­nie pożywne i obfite, jak kie­dyś mar­twe leśne zwie­rzęta.

Dosto­suj się lub giń.

Gdyby można było powie­dzieć, że Amos ma jakąś filo­zo­fię, brzmia­łaby wła­śnie tak. Beton zastę­puje las, więc jeśli wej­dziesz mu w drogę, zaleją cię. Jeśli znaj­dziesz spo­sób na życie w szcze­li­nach, możesz roz­kwi­tać, gdzie chcesz. Zawsze znajdą się jakieś szcze­liny.

Wokół niego buzo­wało mro­wi­sko Ceres. Ludzie na szczy­cie łań­cu­cha pokar­mo­wego kupo­wali w bud­kach prze­ką­ski lub bilety na promy i opusz­cza­jące sta­cję statki dale­kiego zasięgu. Byli tam też ludzie miesz­ka­jący w szcze­li­nach. Dziew­czynka mająca naj­wy­żej dzie­sięć lat z brud­nymi wło­sami i w różo­wym kom­bi­ne­zo­nie o dwa roz­miary za dużym przy­glą­dała się podróż­nym, nie gapiąc się na nich. Cze­kała, aż ktoś odłoży bagaż lub ręczny ter­mi­nal na tyle długo, by mogła go porwać. Zoba­czyła, że Amos się jej przy­gląda i umknęła do włazu tech­nicz­nego osa­dzo­nego nisko w ścia­nie.

Życie w szcze­li­nach, ale życie. Dosto­so­wy­wa­nie się, nie­umie­ra­nie.

Znowu prze­łknął, krzy­wiąc się z powodu bólu. Zabrzę­czał jego ręczny ter­mi­nal, więc spoj­rzał na tablicę odlo­tów, która zdo­mi­no­wała prze­strzeń publiczną sta­cji. Jaskra­wo­żółte litery na czar­nym tle, czcionka zapro­jek­to­waną z myślą o czy­tel­no­ści. Wła­śnie potwier­dzono jego lot dale­kiego zasięgu na Lunę - powi­nien wystar­to­wać za trzy godziny. Stuk­nął w ekran swo­jego ter­mi­nala, infor­mu­jąc auto­ma­tyczne sys­temy, że będzie na pokła­dzie, i ruszył poszu­kać spo­sobu na spę­dze­nie trzech godzin.

Przy bramce był bar. Łatwo poszło.

Nie chciał się upić i prze­ga­pić lotu, więc został przy piwie. Pił wolno i meto­dycz­nie, macha­jąc na bar­mana, gdy w szklance poka­zy­wało się dno, dzięki czemu zaraz po skoń­cze­niu cze­kała na niego następna. Celo­wał w odprę­że­nie i lekki szum, a dosko­nale wie­dział, jak osią­gnąć ten stan w naj­krót­szym moż­li­wym cza­sie.

Bar nie ofe­ro­wał wiele w zakre­sie roz­ry­wek czy spo­so­bów na odwró­ce­nie uwagi, więc mógł się sku­pić na szklance, bar­ma­nie i następ­nym drinku. Gruda w gar­dle robiła się więk­sza przy każ­dym prze­łknię­ciu. Igno­ro­wał ją. Pozo­stali klienci baru byli cicho, czy­tali z ręcz­nych ter­mi­nali lub szep­tali do sie­bie w małych gru­pach, popi­ja­jąc. Wszy­scy byli w dro­dze. To miej­sce nie było celem, było czymś, na co wpa­dało się w podróży, było przy­pad­kowe i do zapo­mnie­nia.

Lydia nie żyje.

Spę­dził dwa­dzie­ścia lat, myśląc o niej. Oczy­wi­ście w pew­nym stop­niu było to zwią­zane z jej twa­rzą wyta­tu­owaną nad jego ser­cem. Widział ją za każ­dym razem, gdy sta­nął przed lustrem bez koszuli. Ale oprócz tego każdy dzień wyma­gał doko­ny­wa­nia wybo­rów, a każda pod­jęta decy­zja zaczy­nała się od cichego głosu w głębi głowy pyta­ją­cego, co powi­nien zro­bić zda­niem Lydii. Kiedy dostał wia­do­mość od Eri­cha, zro­zu­miał, że nie widział się z nią ani nie roz­ma­wiał od ponad dwu­dzie­stu lat. A to zna­czyło, że była dwa­dzie­ścia lat star­sza, niż gdy odszedł. Ile wtedy miała lat? Pamię­tał siwe kosmyki w jej wło­sach, zmarszczki wokół oczu i ust. Była star­sza od niego. Tylko że on miał pięt­na­ście lat, więc "star­sza od niego" było bar­dzo sze­roką defi­ni­cją.

A teraz nie żyła.

Może ktoś dwa­dzie­ścia lat star­szy od pamię­ta­nej przez niego kobiety był dość stary, by umrzeć z przy­czyn natu­ral­nych. Może umarła w szpi­talu lub we wła­snym łóżku, w cie­ple i kom­for­cie, oto­czona przez przy­ja­ciół. Może przy jej nogach spał kot. Amos miał nadzieję, że to prawda. Bo jeśli tak nie było - jeśli było to coś innego niż śmierć z przy­czyn natu­ral­nych - zamie­rzał zabić każ­dego, kto miał z tym choćby odle­gły zwią­zek. Zba­dał tę myśl w gło­wie, obra­ca­jąc ją na wszyst­kie strony i cze­ka­jąc, czy Lydia go powstrzyma. Wypił kolejny długi łyk piwa i poczuł ogień w gar­dle. Naprawdę miał nadzieję, że nie zaczyna cho­ro­wać.

"Nie jesteś chory", powie­dział w jego gło­wie głos Lydii, "jesteś smutny. W żało­bie. To ści­śnięte gar­dło, puste miej­sce za most­kiem. Wra­że­nie pustki w żołądku, nie­za­leż­nie od tego, ile wle­jesz w niego piw. To żałoba".

- Hm. - Amos ode­zwał się na głos.

- Cze­goś ci trzeba? - zapy­tał bar­man z pro­fe­sjo­nal­nym bra­kiem zain­te­re­so­wa­nia.

- Jesz­cze jedno - odpo­wie­dział Amos, wska­zu­jąc na w poło­wie pełną szkla­nicę w dłoni.

"Nie radzisz sobie dobrze z żałobą", zabrzmiał kolejny głos. Tym razem Hol­den. Co było prawdą. Dla­tego wła­śnie Amos ufał kapi­ta­nowi. Kiedy coś mówił, to dla­tego, że w to wie­rzył. Nie trzeba było ana­li­zo­wać jego słów ani zasta­na­wiać się, co naprawdę miał na myśli. Nawet gdy kapi­tan coś spie­przył, to dzia­łał w dobrej wie­rze. Amos nie spo­tkał wielu takich ludzi.

Od kiedy się­gał pamię­cią, jedy­nym naprawdę sil­nym uczu­ciem, jakiego dozna­wał, był gniew. Zawsze tam był, cze­ka­jąc na niego. Podej­ście do żałoby w ten spo­sób było pro­ste i bez­po­śred­nie. Mógł ją zro­zu­mieć. Męż­czy­zna sie­dzący kilka stoł­ków dalej przy barze miał surowy, twardy wygląd skoczka skal­nego. Od godziny sie­dział nad jed­nym piwem i za każ­dym razem, gdy Amos zama­wiał kolejne, posy­łał mu spoj­rze­nie świad­czące rów­no­cze­śnie o iry­ta­cji i zawi­ści. Zazdro­ścił mu jego naj­wy­raź­niej bez­den­nego konta. Byłoby tak łatwo. Coś mu powie­dzieć, coś ostrego i gło­śnego, posta­wić go w sytu­acji, w któ­rej wyco­fa­nie się zawsty­dzi­łoby go przed wszyst­kimi. Biedny skur­wiel poczułby się zobo­wią­zany zła­pać przy­nętę, a potem Amos mógłby swo­bod­nie wyła­do­wać na nim swoją żałobę. Bójka mogłaby być nawet miłym spo­so­bem na roz­ła­do­wa­nie emo­cji.

"Ten facet nie zabił Lydii", zabrzmiał głos Hol­dena. Ale może zro­bił to ktoś inny, pomy­ślał Amos. Muszę się tego dowie­dzieć.

- Pora zapła­cić, amigo - zwró­cił się Amos do bar­mana, macha­jąc w jego stronę swoim ręcz­nym ter­mi­na­lem. Wska­zał na skoczka skal­nego. - I dopisz do rachunku dwa następne piwa tego gościa.

Sko­czek zmarsz­czył brwi, doszu­ku­jąc się obe­lgi, ale kiedy jej nie zna­lazł, powie­dział tylko:

- Dzięki, bra­cie.

- Nie ma pro­blemu, her­mano. Trzy­maj się bez­piecz­nie.

- Sa sa - odpo­wie­dział sko­czek, dopi­ja­jąc piwo i się­ga­jąc po jedno z dwóch opła­co­nych przez Amosa. - Ty też, sabe dui?

***

Amo­sowi bra­ko­wało jego koi na Rosie.

Trans­por­to­wiec pasa­żer­ski dale­kiego zasięgu nazy­wał się Leniwy pta­szek, ale jego związki z pta­kami zaczy­nały się i koń­czyły na lite­rach na bur­cie. Od zewnątrz przy­po­mi­nał olbrzymi kosz na śmieci z dyszą napędu na jed­nym końcu i maleń­kim most­kiem na dru­gim. Za to od środka wyglą­dał jak wnę­trze olbrzy­miego kosza na śmieci, tylko że podzie­lono go na dwa­na­ście pokła­dów, po pięć­dzie­siąt osób na pokład.

Jedyną pry­wat­ność zapew­niały cien­kie zasłonki w kabi­nach prysz­ni­co­wych, a pasa­że­ro­wie zda­wali się korzy­stać z łazie­nek tylko wtedy, gdy w oko­licy krę­cili się umun­du­ro­wani człon­ko­wie załogi.

Ach, pomy­ślał Amos, zasady wię­zienne.

Wybrał sobie koję, tak naprawdę pry­czę prze­cią­że­niową z małą szafką pod spodem i jesz­cze mniej­szym ekra­nem roz­ryw­ko­wym na ścia­nie obok, jak naj­da­lej od łazienki i kan­tyny. Pró­bo­wał się trzy­mać z dala od miejsc z więk­szym ruchem. Prze­strzeń dzie­liła z nim trzy­oso­bowa rodzina z jed­nej strony i bar­dzo wie­kowa sta­ru­cha z dru­giej.

Sta­ru­cha spę­dziła lot naćpana bia­łym tablet­kami, całymi dniami wpa­tru­jąc się w sufit, w nocy rzu­ca­jąc się i pocąc w gorącz­ko­wych snach. Amos się jej przed­sta­wił. Zaofe­ro­wała mu tro­chę table­tek. Odmó­wił. Na tym skoń­czyły się ich inte­rak­cje.

Rodzina po dru­giej stro­nie była dużo mil­sza. Dwóch męż­czyzn krótko po trzy­dzie­stce z mniej wię­cej sied­mio­let­nią córką. Jeden z nich był inży­nie­rem budow­la­nym imie­niem Rico, drugi, Jian­guo, tatą sie­dzą­cym w domu. Dziew­czynka miała na imię Wendy. Kiedy Amos zajął swoje miej­sce, zer­kali na niego z nie­po­ko­jem, ale uśmiech­nął się do nich, uści­snął ręce na powi­ta­nie i kupił Wendy loda z auto­matu w kan­ty­nie, a potem się nie narzu­cał, żeby nie być nie­przy­jem­nym. Wie­dział, jak wyglą­dają faceci za bar­dzo inte­re­su­jący się małymi dziećmi, dzięki czemu potra­fił dopil­no­wać, by ni­gdy nie zostać uzna­nym za jed­nego z nich.

Rico leciał na Lunę przy­jąć pracę w stocz­niach orbi­tal­nych Bush.

- Mnó­stwo coyos leci w dół studni. Beau­coup pracy teraz, wszy­scy pró­bują zgar­nąć dla sie­bie pier­ścień. Nowe kolo­nie, nowe światy.

- To wyschnie, gdy pierw­szy rzut się wyczer­pie - odpo­wie­dział Amos.

Leżał w swo­jej pry­czy, jed­nym uchem słu­cha­jąc Rico, czę­ściowo oglą­da­jąc stru­mień wideo na ekra­nie ścien­nym, z wyłą­czo­nym dźwię­kiem.

Rico zro­bił pasiar­ski gest wzru­sze­nia ramio­nami i kiw­nął głową w stronę śpią­cej na pry­czy córki.

- Dla niej, sabe? Póź­niej będzie póź­niej, na razie muszę odło­żyć tro­chę juanów. Szkoła, wycieczki, czego będzie potrze­bo­wać.

- Rozu­miem. Póź­niej będzie póź­niej.

- Och, patrz, czysz­czą kible. Idę pod prysz­nic.

- O co z tym cho­dzi, stary? - zapy­tał Amos. - O co ten raban?

Rico prze­krzy­wił głowę, jakby Amos zapy­tał, dla­czego w kosmo­sie jest próż­nia. Szcze­rze mówiąc, Amos znał odpo­wiedź, ale cie­kawe było zoba­czyć, czy Rico też.

- Gangi dale­kich lotów, coyo. Cena tanich tras. Biedni nie mają dobrze.

- Załoga pil­nuje takich spraw, prawda? Jeśli zrobi się zamie­sza­nie, usy­piają wszyst­kich, a potem wiążą spraw­ców. Żad­nych pro­ble­mów.

- Nie pil­nują prysz­ni­ców. Tam nie ma kamer. Jeśli nie zapła­cisz, kiedy przyj­dzie ekipa, tam cię dopadną. Lepiej iść, kiedy jest tam załoga.

- Bez jaj - sko­men­to­wał Amos, uda­jąc zasko­cze­nie. - Jesz­cze nie widzia­łem nikogo z wymu­sze­niem.

- Zoba­czysz, hom­bre. Przy­pil­nuj Jian i Wendy, gdy mnie nie będzie, dobra?

- Nie ma sprawy, będą bez­pieczni, bra­cie.

***

Rico miał rację. Po począt­ko­wym zamie­sza­niu lotu, gdy ludzie prze­stali już sobie szu­kać prycz i zmie­niać miej­sca, uzna­jąc, że nie zniosą sąsiada i skoń­czyło się szu­ka­nie nowych, więk­szość pasa­że­rów trzy­mała się swo­ich miejsc. Pasia­rze na pokła­dach Pasia­rzy, wewnętrzni na pokła­dach podzie­lo­nych mię­dzy Zie­mię i Marsa. Amos był na pokła­dzie Pasia­rzy, ale wyglą­dało na to, że jest tu jedyny.

Zde­cy­do­wa­nie wię­zienne zasady.

Szó­stego dnia z windy wyszła mała grupa zbi­rów z pokładu wyżej i roz­pro­szyła się mię­dzy pry­czami. Przy pięć­dzie­się­ciu ludziach na pokła­dzie obej­ście wszyst­kich chwilę im zajęło. Amos uda­wał, że śpi w swo­jej pry­czy prze­cią­że­nio­wej, i obser­wo­wał ich kątem oka. To była bar­dzo pro­sta ope­ra­cja. Osi­łek pod­cho­dził do pasa­żera, przed­sta­wiał mu zasady ubez­pie­cze­nia na czas lotu, a potem przyj­mo­wał trans­fer pie­nię­dzy tanim, jed­no­ra­zo­wym ter­mi­na­lem. Wszel­kie groźby były tylko suge­ro­wane. Wszy­scy pła­cili. Wymu­sze­nie było bar­dzo głu­pie, ale dosta­tecz­nie pro­ste, by mimo wszystko dzia­łało.

W ich stronę skie­ro­wał się jeden z człon­ków grupy wymu­sza­ją­cej, chło­pak o wyglą­dzie czter­na­sto­latka. Rico zaczął się­gać po swój ręczny ter­mi­nal, ale Amos usiadł na łóżku i gestem kazał go scho­wać.

- Jeste­śmy na czy­sto - powie­dział do mło­dego zbira. - W tym rogu nikt nie płaci.

Chło­pa­czek popa­trzył na niego bez słowa. Amos uśmiech­nął się do niego. Nie miał szcze­gól­nej ochoty zostać uśpiony gazem i zwią­zany, ale jeśli będzie trzeba, jakoś to prze­żyje.

- Jesteś tru­pem - rzu­cił zbir.

Wło­żył w te słowa tyle prze­ko­na­nia i aro­gan­cji macho, ile zdo­łał, a Amos musiał poczuć sza­cu­nek dla jego próby, jed­nak pró­bo­wali go prze­stra­szyć ludzie dużo groź­niejsi od chu­dego pasiar­skiego nasto­latka. Amos kiw­nął głową, jakby roz­wa­żał groźbę.

- Wiesz, kie­dyś zda­rzyło mi się utknąć w szy­bie za reak­to­rem, gdy wybu­chła rura z chło­dzi­wem - powie­dział.

- Co? - zapy­tał zasko­czony chło­pak.

Nawet Rico i Jian­guo patrzyli na Amosa, jakby stra­cił rozum. Amos się prze­su­nął, a zawiasy pry­czy zaskrzy­piały, zmie­nia­jąc poło­że­nie.

- Widzisz, chło­dziwo jest radio­ak­tywne jak cho­lera. Gdy trafi w powie­trze, natych­miast paruje. Jak ci trafi na skórę, to nie jest zbyt zdrowe, ale można to prze­żyć. Więk­szość da się zmyć. Ale bar­dzo nie chcesz tego wdy­chać. Jak wcią­gniesz tro­chę radio­ak­tyw­nych czą­stek do płuc, skąd nie da się ich wycią­gnąć, to w zasa­dzie potem topisz się od środka.

Dzie­ciak obej­rzał się przez ramię, szu­ka­jąc wspar­cia w pora­dze­niu sobie z sza­lo­nym gawę­dzia­rzem. Reszta ekipy od wymu­szeń wciąż była zajęta.

- Musia­łem wtedy - kon­ty­nu­ował Amos - dostać się do śluzy tech­nicz­nej, otwo­rzyć szafkę awa­ryjną i zało­żyć apa­rat tle­nowy bez wcią­ga­nia do płuc tego syfu.

- I co z tego? I tak mu...

- Puentą tej krót­kiej histo­ryjki jest fakt, że dowie­dzia­łem się o sobie kilku rze­czy.

- Tak? - Sytu­acja zro­biła się na tyle dziwna, że dzie­ciak zain­te­re­so­wał się wyja­śnie­niami.

- Dowie­dzia­łem się, że potra­fię wstrzy­mać oddech na pra­wie dwie minuty, wyko­nu­jąc przy tym ciężką aktyw­ność fizyczną.

- I co...

- I musisz zadać sobie pyta­nie, jak bar­dzo mogę ci zaszko­dzić w ciągu dwóch minut, zanim powali mnie gaz usy­pia­jący. Bo założę się, że cał­kiem solid­nie.

Dzie­ciak nie odpo­wie­dział. Rico i Jian­guo zda­wali się wstrzy­my­wać oddech. Wendy patrzyła na Amosa z sze­roko otwar­tymi oczami i uśmie­chem.

- Jakiś pro­blem? - W końcu poja­wił się jeden z kum­pli mło­dego zbira, spraw­dza­jąc jego postępy.

- Tak, on...

- Żad­nego pro­blemu - uciął mu Amos. - Wła­śnie wyja­śniam two­jemu kum­plowi, że ten kąt sali nie płaci ubez­pie­cze­nia.

- Ty tak twier­dzisz?

- Wła­śnie. Ja tak twier­dzę.

Star­szy zbir przyj­rzał się Amo­sowi, oce­nia­jąc go. Byli mniej wię­cej tego samego wzro­stu, ale Amos miał nad nim prze­wagę przy­naj­mniej dwu­dzie­stu pię­ciu kilo­gra­mów. Amos wstał i naprę­żył się lekko, pod­kre­śla­jąc swoje słowa.

- Z jaką załogą latasz? - zapy­tał star­szy zbir, bio­rąc go za członka rywa­li­zu­ją­cego gangu.

- Rosy­nant - odpo­wie­dział Amos.

- Ni­gdy o nich nie sły­sza­łem.

- Ow­szem, sły­sza­łeś, ale kon­tekst jest wszyst­kim, prawda?

- Może coś spie­przy­łeś, coyo - sko­men­to­wał zbir.

Amos zama­szy­ście po pasiar­sku wzru­szył rękami.

- Pew­nie prę­dzej czy póź­niej się prze­ko­namy.

- Prę­dzej czy póź­niej - zgo­dził się zbir, a potem zgar­nął chło­paka i ruszył do reszty bandy. Zjeż­dża­jąc windą na kolejny poziom, zosta­wili juniora na war­cie. Nasto­la­tek otwar­cie gapił się na Amosa przez całą salę, niczego nie pró­bu­jąc ukry­wać.

Amos wes­tchnął i wyjął z torby ręcz­nik.

- Pójdę pod prysz­nic.

- Osza­la­łeś - rzu­cił Jian­guo. - Tam nie ma załogi. Napadną cię.

- Tak.

- To dla­czego...?

- Ponie­waż - odpo­wie­dział Amos, wsta­jąc i zarzu­ca­jąc sobie ręcz­nik na ramię - nie lubię cze­ka­nia.

Gdy tylko ruszył w stronę łazienki z wyraź­nie widocz­nym ręcz­ni­kiem, młody war­tow­nik zaczął roz­ma­wiać przez ręczny ter­mi­nal. Wzy­wał posiłki.

W łazience pod jedną ze ścian usta­wiono pięć kabin prysz­ni­co­wych z cien­kiego pla­stiku, a pod drugą - dzie­sięć pod­ci­śnie­nio­wych muszli klo­ze­to­wych. Na ścia­nie naprze­ciw drzwi zamo­co­wano umy­walki. W otwar­tej prze­strzeni na środku stały ławki prze­zna­czone dla cze­ka­ją­cych na prysz­nic i uła­twia­jące ubra­nie się po myciu. Nie było to naj­lep­sze miej­sce do walki wręcz. Mnó­stwo twar­dych kan­tów, na które można się nadziać, a ławki gro­ziły potknię­ciem.

Amos rzu­cił ręcz­nik na umy­walkę i oparł się o nią z zało­żo­nymi rękami. Nie musiał długo cze­kać. Kilka minut po tele­fo­nie juniora do łazienki wszedł mło­dzik z pię­cioma zbi­rami z grupy wymu­sza­ją­cej.

- Tylko sze­ściu? Czuję się tro­chę dotknięty.

- Mały nie jesteś - ode­zwał się naj­star­szy. Czyli dowódca, skoro mówił pierw­szy. - Ale duzi też giną.

- Prawda. To jak będzie? Jestem na waszym tere­nie, sza­nuję zasady gospo­da­rzy.

Dowódca się roze­śmiał.

- Zabawny jesteś, chło­pie. Zaraz zgi­niesz, ale zabawny. Twoje mięso, coyo - zwró­cił się do nasto­latka.

Mło­dzik wycią­gnął z kie­szeni kosę. Ochrona nie prze­pusz­czała żad­nej broni na pokłady pasa­żer­skie, ale to był poszar­pany kawa­łek metalu ode­rwany od cze­goś i zaostrzony. Znowu wię­zienne zasady.

- Nie chcę oka­zać braku sza­cunku - ode­zwał się do niego Amos. - Pierw­szego gościa zabi­łem mniej wię­cej w twoim wieku. Wła­ści­wie to nawet kilku, ale nie w tym rzecz. Wiem, że muszę poważ­nie trak­to­wać cie­bie i ten nóż.

- Dobrze.

- Nie - odpo­wie­dział bez­barw­nie Amos. - Wcale nie.

Zanim kto­kol­wiek zdą­żył się ruszyć, Amos poko­nał dzie­lącą ich prze­strzeń i chwy­cił rękę mło­dzika z nożem. Sta­tek leciał z cią­giem około jed­nej trze­ciej g, więc zerwał chło­paka z pod­łogi i zawi­ro­wał, ude­rza­jąc ręką nasto­latka w kabinę prysz­ni­cową. Jego ciało sunęło dalej, a Amos nie pusz­czał, więc ręka zgięła się w miej­scu ude­rze­nia. Dźwięk zry­wa­nych ścię­gien i pęka­ją­cej kości przy­po­mi­nał odgłos ude­rze­nia młot­kiem w mokrą sklejkę. Nóż wyle­ciał z pozba­wio­nych czu­cia pal­ców w stronę pod­łogi, a Amos puścił rękę.

Przez długą sekundę pię­ciu zbi­rów patrzyło na nóż u stóp Amosa, a on patrzył na nich. Znik­nęła pustka w jego brzu­chu. Zni­kło puste miej­sce za most­kiem. Prze­stało go boleć gar­dło.

- Kto następny? - zapy­tał, roz­cią­ga­jąc ręce z uśmie­chem, o któ­rego ist­nie­niu nie wie­dział chwilę wcze­śniej.

Rzu­cili się na niego wszy­scy jed­no­cze­śnie. Amos roz­ło­żył ręce i powi­tał ich jak utra­co­nych kochan­ków.

***

- Wszystko z tobą w porządku? - zapy­tał Rico.

Prze­cie­rał roz­cię­cie na gło­wie Amosa gazi­kiem nasą­czo­nym alko­ho­lem.

- Prze­waż­nie.

- A z nimi?

- Tro­chę mniej - odpo­wie­dział Amos - ale też raczej tak. Wszy­scy wyjdą stam­tąd o wła­snych siłach, kiedy się obu­dzą.

- Nie musia­łeś tego dla mnie robić. Zapła­cił­bym.

- Wcale nie - rzu­cił Amos. Widząc pyta­jące spoj­rze­nie Rico, wyja­śnił: - Nie zro­bi­łem tego dla cie­bie. I Rico? Te pie­nią­dze mają tra­fić na fun­dusz Wendy albo przyjdę też po cie­bie.

Rozdział piąty

Hol­den

Jeden z dziad­ków Hol­dena za młodu brał udział w rodeo. Na wszyst­kich zdję­ciach z tam­tych cza­sów był wyso­kim, musku­lar­nym, dobrze wyglą­da­ją­cym męż­czy­zną z dużą klamrą pasa i w kow­boj­skim kape­lu­szu. Ale męż­czy­zna, któ­rego Hol­den poznał jako dziecko, był chudy, blady i przy­gar­biony. Jakby lata odarły go ze wszyst­kiego nad­mia­ro­wego i prze­ry­so­wały mło­dzieńca w szkie­le­tową postać.

Ude­rzyło go, że Fred John­son też został prze­ry­so­wany.

Wciąż był wysoki, ale znik­nęły jego wcze­śniej roz­bu­do­wane mię­śnie, zosta­wia­jąc po sobie luźną skórę na rękach i karku. Jego włosy zmie­niły kolor z prze­waż­nie czar­nych na pra­wie siwe, albo też na pra­wie ich brak. Fakt, że wciąż ema­no­wał aurą bez­względ­nego auto­ry­tetu, ozna­czał, że od samego początku nie miała ona pra­wie nic wspól­nego z jego wyglą­dem fizycz­nym.

Kiedy Hol­den usiadł, Fred miał na biurku dwie szkla­neczki i butelkę cze­goś ciem­nego. Ruchem głowy zaofe­ro­wał drinka, a Hol­den potwier­dził ski­nie­niem.

- Dzię­kuję - powie­dział, gdy Fred nale­wał, i z wes­tchnie­niem odchy­lił się na opar­cie fotela.

- Potrze­bo­wa­łem oka­zji - wyja­śnił Fred, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Nie za drinka, choć za to też. Dzię­kuję za pomoc z Rosem. Przy­szły pie­nią­dze od Ava­sa­rali, ale mamy uszko­dze­nia, o któ­rych nie wie­dzia­łem, gdy wysta­wia­łem rachu­nek. Bez zniżki dla pre­fe­ro­wa­nych klien­tów mie­li­by­śmy kło­poty.

- Kto powie­dział, że dosta­jesz zniżkę? - zapy­tał Fred, poda­jąc Hol­de­nowi drinka, choć uśmie­chał się przy tym.

Ze stęk­nię­ciem opadł na wła­sny fotel. Hol­den nie zda­wał sobie sprawy, jak bar­dzo oba­wiał się tej roz­mowy. Nawet mając świa­do­mość, że był to tylko ele­ment uczci­wych nego­cja­cji biz­ne­so­wych, i tak miał wra­że­nie, że prosi o jał­mużnę. Bar­dzo się cie­szył, że odpo­wiedź była pozy­tywna, a jesz­cze więk­szą radość spra­wił mu fakt, że Fred go przy tym nie wymę­czył. Poczuł się dzięki temu bar­dziej jak pod­czas roz­mowy z przy­ja­cie­lem.

- Wyglą­dasz sta­rzej, Fred.

- Czuję się staro. Ale to lep­sze od alter­na­tywy.

Hol­den uniósł szkla­neczkę.

- Za tych, któ­rych już z nami nie ma.

- Za tych, któ­rych już z nami nie ma - powtó­rzył Fred i obaj wypili. - Ta lista robi się dłuż­sza przy każ­dym naszym spo­tka­niu.

- Przy­kro mi z powodu Byka, ale sądzę, że ura­to­wał Układ Sło­neczny. Na tyle, na ile go zna­łem, mogę sądzić, że uwa­żałby to za świetne osią­gnię­cie.

- Za Byka - powie­dział Fred, ponow­nie uno­sząc szkla­neczkę.

- I Sam - dodał Hol­den, uno­sząc swoją.

- Wkrótce odcho­dzę, więc chcia­łem jesz­cze z tobą poroz­ma­wiać.

- Chwila. Odcho­dzisz? To zna­czy odla­tu­jesz czy odcho­dzisz jak Byk i Sam?

- Jesz­cze się mnie nie pozbę­dziesz. Muszę wró­cić na Medynę - wyja­śnił Fred. Nalał sobie jesz­cze tro­chę bour­bona, marsz­cząc się nad szkla­neczką, jakby wyko­ny­wał jakąś pre­cy­zyjną ope­ra­cję. - Tam teraz wszystko się dzieje.

- Naprawdę? Wyda­wało mi się, że sły­sza­łem coś o spo­tka­niu sekre­tarz gene­ral­nej ONZ i pre­miera Marsa. Sądzi­łem, że wła­śnie tam się wybie­rzesz.

- Mogą roz­ma­wiać, ile chcą, ale praw­dziwą wła­dzę daje geo­gra­fia. Medyna jest w cen­trali, gdzie spo­ty­kają się wszyst­kie pier­ście­nie. Tam wła­śnie przez bar­dzo długi czas będzie wła­dza.

- Jak sądzisz, jak długo ONZ i Mars pozwolą ci kie­ro­wać tym przed­sta­wie­niem? Masz prze­wagę, ale jeśli uznają, że chcą two­ich zaba­wek, mogą rzu­cić na cie­bie mnó­stwo naprawdę groź­nych stat­ków.

- Sporo z tego zała­twiamy pod sto­łem z Ava­sa­ralą. Dopil­nu­jemy, żeby sytu­acja nie wymknęła się spod kon­troli. - Fred urwał i wypił więk­szy łyk. - Ale mamy dwa duże pro­blemy.

Hol­den odsta­wił swoją szkla­neczkę. Zaczy­nał mieć wra­że­nie, że jego prośba o zniżkę i jej otrzy­ma­nie tak naprawdę wcale nie były koń­cem nego­cja­cji.

- Mars - powie­dział Hol­den.

- Tak, Mars umiera - potwier­dził Fred, przy­ta­ku­jąc. - Tego nie da się zatrzy­mać. Ale mamy też bandę eks­tre­mi­stów z SPZ, któ­rzy potrzą­sają sza­belką. Zeszło­roczny atak na Kal­li­sto to ich dzieło. Zamieszki wodne na sta­cji Pal­las. Były też inne zda­rze­nia. Nasi­liły się napady pirac­kie i wcale nie podoba mi się to, ile z tych stat­ków ma na bur­tach nama­lo­wane roze­rwane kręgi.

- Można by pomy­śleć, że wszyst­kie ich pro­blemy roz­wią­za­łoby posia­da­nie wła­snej nie­za­leż­nej pla­nety.

Zanim odpo­wie­dział, Fred pocią­gnął kolejny łyczek alko­holu.

- Ich zda­niem kul­tura Pasia­rzy jest dosto­so­wana do życia w prze­strzeni. Per­spek­tywa nowych kolo­nii z powie­trzem i cią­że­niem ogra­ni­cza pod­stawy eko­no­miczne bytu Pasia­rzy. Zmu­sze­nie wszyst­kich do zej­ścia do studni gra­wi­ta­cyj­nych jest moral­nym odpo­wied­ni­kiem ludo­bój­stwa.

Hol­den zamru­gał.

- Nie­za­leżne pla­nety to ludo­bój­stwo?

- Twier­dzą, że dosto­so­wa­nie do niskiego cią­że­nia nie jest kalec­twem, tyko ich istotą. Nie chcą prze­nieść się do życia na pla­ne­tach, więc ich zabi­jamy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki