TRZY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ
Daphne
- A więc jak uczcimy moje siedemdziesiąte urodziny? - odezwała się Daphne do Jacka. Było to, oczywiście, absurdalne, Jack bowiem już od piętnastu lat nie był w stanie jej odpowiedzieć.
Daphne regularnie rozmawiała nie tylko z Jackiem; przemawiała również do roślin doniczkowych oraz do osób na fotografiach porozstawianych w mieszkaniu, często też krzyczała do aktorów i prezenterów w telewizji. Nie rozmawiała za to z sąsiadami. Nigdy. Chyba że pojawiła się jakaś pilna sprawa administracyjna, tak jak niedawny remont "części wspólnych" budynku.
- Części wspólne? - wykrzykiwała wzburzona do Jacka, wymachując w powietrzu listem od administracji. - A cóż to za określenie? Brzmi raczej jak coś z podrzędnego burdelu!
Jednak choć Daphne unikała wszelkich interakcji z innymi mieszkańcami - a właściwie z kimkolwiek - wiedziała o nich wszystko. Gdyby ją o to zapytać, stwierdziłaby zapewne, że cieszy ją poczucie więzi z tą społecznością. Tymczasem cieszyło ją raczej poczucie, że przewaga pod względem wiedzy daje jej władzę. Kiedy wiesz o kimś więcej, niż ten ktoś wie o tobie, zyskujesz nad nim kontrolę. Co zapewnia też bezpieczeństwo.
Ową wiedzę Daphne czerpała ze strony internetowej OurNeighbours.com, na którą trafiła jakiś rok wcześniej. Do grupy obejmującej ich część dzielnicy Hammersmith najwyraźniej zapisało się wyjątkowo dużo mieszkańców, a Daphne odkryła, że po dołączeniu do niej może skrycie śledzić rozmowy, w których często stanowczo broniono różnych poglądów, i nie musi przy tym ujawniać się z własnym zdaniem.
Co rano, jedząc tosta z marmoladą, Daphne przeglądała najnowsze wpisy i filmiki z kamer monitoringu, na których ktoś kradł przesyłki zostawione pod drzwiami, czytała zajadłe dyskusje na temat systemów uspokajania ruchu samochodowego oraz miejsc parkingowych albo też oglądała iście okropne, niegustowne i często popsute przedmioty, które ludzie wystawiali na sprzedaż, licząc na frajera.
Wczoraj rano na forum doszło do kłótni na temat żyjących w mieście lisów. Czy to miłe zwierzęta, którym powinno się wystawiać w ogrodzie jedzenie, czy też zarażone świerzbem szkodniki, które tylko roznoszą choroby i niszczą różne rzeczy? Jak zwykle dyskusja z całkiem rozsądnej i umiarkowanej szybko przeszła w obrzucanie się wyzwiskami. W efekcie jeden z mieszkańców zaczął grozić, że wezwie policję i towarzystwo opieki nad zwierzętami, a drugi proponował sąsiadce, że rozsypie w jej ogrodzie lisie kupy, żeby sama się przekonała, czy to takie fajne. W końcu, gdy wiele osób nie wiadomo dlaczego zaczęło zwracać się do innych "Karen", admin usunął cały wątek, po czym wrócono do rozmowy na temat odbioru śmieci.
Daphne odpaliła stronę, starając się nie kruszyć tostem na klawiaturę. Ciekawe, co czeka tam na nią dziś, w jej urodziny.
Atmosfera na forum okazała się zaskakująco i irytująco sympatyczna. Sprzątaczka szuka pracy, jakaś pani potrzebuje porady, jak wydostać obrączkę z syfonu pod zlewem, ktoś sprzedaje komplet mebli do jadalni ludziom, którzy prawie na pewno nie mają jadalni. Ponieważ drugą w kolejności ulubioną stroną Daphne był serwis o nieruchomościach, wiedziała, że wszystkie jadalnie w okolicy zostały już dawno przerobione na domowe biura, siłownie albo "centra multimedialne". Ciekawe, co się robi w takim centrum. Mediuje? Medytuje? Kto to wie?
Daphne dalej przeglądała posty, nie mogła jednak się skupić. "Siedemdziesiąt lat" - myślała. Siedemdziesiąt. Czy naprawdę jest aż tak stara? Wcale się tak nie czuła i wciąż trudno jej było w to uwierzyć. Jakim cudem to się stało? Gdzie się podziały te wszystkie lata?
Daphne nie spodziewała się, że tak będzie wyglądało jej życie na tym etapie. Wyobrażała sobie, że jako starsza pani będzie otoczona kochającymi przyjaciółmi i rodziną. No dobrze, jeśli nie kochającymi przyjaciółmi i rodziną, to przynajmniej grupą znajomych ludzi związanych wspólną historią, genami albo wspólnym majątkiem i nieruchomościami. A teraz proszę, jest sama jak palec, podgląda rozmowy sąsiadów i rozmawia z roślinami w doniczkach. Poza juką, bo nigdy do końca jej nie ufała.
Miała wprawdzie wspaniałe mieszkanie z widokiem na majestatyczną, wijącą się Tamizę oraz Hammersmith Bridge po prawej, Putney Bridge po lewej i imponujący, obłożony terakotą, łososiowej barwy budynek sklepu meblowego Harrodsa na przeciwległym brzegu rzeki. Z początku wydawało jej się bezpieczną przystanią, kokonem, stopniowo jednak stało się więzieniem, luksusowym, ale jednak. Odkąd piętnaście lat temu się tu wprowadziła, wychodziła zaledwie raz czy dwa razy w tygodniu po zakupy, a ostatnio miała wrażenie, że ściany mieszkania coraz bardziej ją przytłaczają, aż w końcu ją sprasują, razem z meblami, na małą kostkę.
Może, niezależnie od konsekwencji, przyszła pora, by jednak wrócić do świata, znaleźć jakichś przyjaciół? Albo przynajmniej znajomych. Czy może być na to lepszy moment niż jej urodziny?
Problem w tym, że Daphne właściwie nie bardzo lubiła ludzi, a na dodatek nie miała pojęcia, jak w dojrzałym wieku znajduje się przyjaciół. Nie da się przecież zaczepić przypadkowej osoby i zapytać, czy zagra z nią w klasy albo czy chce dropsa. Jeszcze ktoś poszedłby na policję albo obgadał ją na forum sąsiedzkim.
Musiała więc ułożyć jakiś plan, co nie powinno być problemem, była w końcu jednym z najlepszych strategów, jakich znała. Niegdyś razem z Jackiem całymi godzinami stali z długopisami w ręku przed skomplikowanymi schematami i analizowali je pod każdym możliwym kątem, dodając opcje, warianty, osłony, zapory. Przeprowadzali testy wykrywające luki, a potem wprowadzali poprawki, tak długo, aż nazwiska, miejsca, godziny, hasła, strzałki i symbole zaczynały się pojawiać w jej snach, wirując i układając się w alternatywne rozwiązania, które czasem okazywały się przełomowe.
Wtedy chyba kochała Jacka najbardziej, w te długie wieczory, kiedy rzucała mu pomysł, a on go podchwytywał, nieco modyfikował i odrzucał do niej, a ten ping-pong trwał dopóty, dopóki wspólnie nie stworzyli czegoś spektakularnego.
Czy potrafiłaby zrobić to bez niego?
Oczywiście, że tak! To ona zawsze była prawdziwym mózgiem operacji. Choć ani Jack, ani nikt inny nigdy by tego nie przyznał. Poza tym cóż w tym skomplikowanego? Znaleźć przyjaciół! Pięciolatek by sobie poradził.
Daphne wzięła płaszcz i torebkę z wieszaka przy drzwiach wejściowych. Musi sobie sprawić białą tablicę i flamastry. Potem ułoży plan.
Art
Art Andrews zawsze dzwonił do swojego agenta w pierwszy poniedziałek miesiąca. Jednak przez ostatnie kilka miesięcy agent był dziwnie nieuchwytny. Jak utrzymywał jego nieprzejednany asystent, albo miał ważne spotkanie, albo musiał jechać na plan, albo grał w golfa, i mimo zapewnień nigdy do Arta nie oddzwonił. Już łatwiej dodzwonić się do internisty.
Art zaczynał podejrzewać, że agent celowo go unika. Teraz chyba mówiło się na to "ghosting". Czterdzieści lat temu został jednym z pierwszych klientów Jaspara, ale większość swojej kariery spędził na czekaniu zamiast na graniu, więc na pewno nigdy nie znajdował się wysoko na liście jego priorytetów. Teraz wyglądało na to, że w ogóle z niej wypadł.
Na jakiś czas znalazł sobie niszę w postaci ról zrzędliwych staruszków na wózku albo pacjentów z zawałem czy udarem w telewizyjnych tasiemcach medycznych. Zyskał sobie nawet pewną renomę, ponieważ potrafił wyjątkowo przekonująco zagrać zaawansowanego alzheimera. Ilu aktorów umiałoby realistycznie ślinić się na zawołanie?
Jeśli proponowano mu rolę, bardzo rzadko zdarzało się, żeby jego postać dożyła do końca odcinka. Więcej niż raz zginął uduszony poduszką przez kogoś z bliskich krewnych. Czasem nie żył już na początku. Przez wiele godzin odgrywał zwłoki, nad którymi filmowe rodzeństwo kłóci się o spadek, podczas gdy on rozpaczliwie stara się nie kichnąć. Jego ostatni film to był spin-off Gry o tron: grał jednego z Białych Wędrowców, czyli szedł przed siebie, powłócząc nogami, razem z bandą zombie, aż spalił ich wszystkich smok dodany w postprodukcji.
Ale ostatnio skończyły się nawet te średnio atrakcyjne propozycje.
Art wziął telefon. Nie zamierzał poddać się bez walki. Wybrał numer agenta.
- Tu Agencja Talentów Shelbourne - zaszczebiotał asystent Jaspara.
- Dzień dobry - powiedział Art. - Jestem lekarzem pana Shelbourne'a. Dzwonię w sprawie wyników jego ostatnich badań. Czy mogę z nim rozmawiać?
- Nie wspominał o żadnych badaniach. - Asystent zawahał się, już nieco podejrzliwie. - Czy mogę prosić o pana numer, to do pana oddzwoni?
- Obawiam się, że to dość pilna i... delikatna sprawa - odparł Art. - Poza tym mam na stole pacjenta czekającego na bardzo skomplikowaną plastykę prącia. - Na szczęście Art zdążył przez lata zagrać w wielu odcinkach Na sygnale i Szpitala w Holby City, podczas których badało go wielu aroganckich i apodyktycznych lekarzy, więc bardzo naturalnie wszedł w rolę. Powinien to dodać do swojego CV.
- Yyy, no dobrze, połączę pana, panie...
- Clooney. - To było pierwsze nazwisko, jakie przyszło mu do głowy.
Po chwili w słuchawce odezwał się Jaspar:
- Panie doktorze?
- Cześć, Jaspar. Tu Art - odparł aktor.
- Na miłość boską - powiedział jego agent. - Po co ta maskarada? I czy nie mogłeś wymyślić czegoś lepszego niż Clooney?
- Przepraszam, mój drogi - odrzekł Art. - Po prostu ostatnio dość trudno było cię złapać.
Jaspar westchnął, co zabrzmiało złowróżbnie.
- No cóż, ostatnio nie było dla ciebie lawiny propozycji. Ale masz przecież - Art wyobraził sobie, jak Jaspar sprawdza jego zakurzone nieco CV - siedemdziesiąt pięć lat. Powinieneś już wrzucić na luz! Nauczyć się grać w golfa! Spędzać więcej czasu z wnukami!
Art w rzeczywistości nigdy nie widział swoich wnuków na oczy, ale to raczej nie był dobry moment, by rozdrapywać tę starą ranę.
- Ale Jaspar, ja nie chcę iść na emeryturę - powiedział. - Wciąż mam mnóstwo wigoru! - "Za to prawie nic na koncie", mógłby dodać. - Poza tym siedemdziesiąt pięć lat to jeszcze nie starość, prawda? Prezydent Stanów Zjednoczonych jest starszy ode mnie. Królowa, świeć Panie nad jej duszą, pracowała aż do śmierci, a zmarła w wieku dziewięćdziesięciu sześciu lat. Stonesi są w moim wieku i wciąż zapełniają stadiony!
- Założę się, że płacą gigantyczną składkę na ubezpieczenie - powiedział Jaspar, chociaż przecież zupełnie nie o to chodziło.
- Czy miałbyś dla mnie cokolwiek? - Art starał się, żeby nie zabrzmiało to jak żebranina. Chociaż w istocie nią było.
- Poczekaj moment - odparł Jaspar, znów wzdychając ciężko, ale przynajmniej tym razem towarzyszył temu szelest papieru. - Nic z tego. Jedyne, co mogłoby się nadawać, to talent show, nazywa się Ja i mój pies. Szukają uczestników i zastanawiali się, czy ktoś z naszych aktorów ma równie utalentowanego psa, z którym mógłby wystąpić. Ty chyba nie...?
- Nie - odparł Art. - Niestety.
- Szkoda. Można wygrać sto tysięcy funtów. No i oczywiście dać się zauważyć. Obawiam się, że w tej chwili to wszystko - powiedział Jaspar tonem, który Art rozpoznawał już jako sygnał "skończmy ten temat". - Ale jeśli tylko znajdę coś odpowiedniego, na pewno od razu do ciebie zadzwonię.
Art wiedział, że to mało prawdopodobne.
- Jasne - odparł. - Dzięki, Jaspar. Do usłyszenia niebawem.
Odłożył słuchawkę i poszedł do szafki, gdzie trzymał whisky na czarną godzinę, po czym przypomniał sobie, że wypił ją w przypływie rozpaczy podczas kolejnej kryzysowej nocy spędzonej na podglądaniu Kerry na Facebooku. Włożył więc płaszcz i poszedł do sklepu.
Kiedy wyszedł na King Street, spostrzegł uroczą starszą panią o siwych włosach spiętych w nieporządny koczek i filigranowej sylwetce emerytowanej baletnicy. Dźwigała zadziwiająco wielką białą tablicę. Co chwilę przekładała ją z ręki do ręki, cudem unikając walnięcia nią któregoś z przechodniów.
Art był zdania, że należy pomagać ludziom w trudniejszej sytuacji niż nasza własna. Uważał, że tak trzeba, i dawało mu to poczucie, że jest dobrym człowiekiem. Problem w tym, że ostatnio raczej nie trafiał na nikogo, kto miałby gorzej niż on. Ale oto tuż przed sobą miał damę niemal w jego wieku, na dodatek wyraźnie drobniejszą.
- Czy mógłbym może pani pomóc? - zapytał swoim najbardziej szarmanckim tonem.
- Czy wyglądam na taką, co nie da sobie rady sama? - odparła ona, wcale nie uroczo.
- Właściwie to tak - powiedział.
- Uważa pan, że sobie nie poradzę, bo jestem stara? Czy dlatego, że jestem kobietą? - Siwa pani wbiła w niego stalowe spojrzenie.
Art był już prawie gotów odpuścić i zostawić tę zrzędę jej własnemu losowi. Ale skoro postanowił zarobić trochę karmicznych punktów, chciał się przekonać, co będzie dalej.
- Wcale nie uważam, że sobie pani nie poradzi - powiedział. - Po prostu widzę, że ta tablica jest sporo większa od pani. Jeśli pani sobie życzy, mogę pani pomóc zanieść ją do domu.
- Żeby się dowiedzieć, gdzie mieszkam? - odparła, patrząc na niego wilkiem jak na jakiegoś kryminalistę. Którym nie był. W każdym razie niezupełnie. - Czy ma mnie pan za idiotkę? Poza tym gdybym potrzebowała pomocy, nie prosiłabym nikogo tak... - urwała, zmierzyła go wzrokiem, po czym dokończyła: - ...niemodnie ubranego.
Niemodnie ubranego?!
- Proszę pani, ja tylko próbuję pomóc - rzekł Art. - To jest stanowczo za duże, żeby przeniosła to pani samodzielnie. - Po czym złapał za skraj tablicy opartej o chodnik.
- Ręce precz od mojej własności!!! - wrzasnęła starsza pani, aż wszyscy przechodnie w promieniu dziesięciu metrów przystanęli i wlepili wzrok w Arta.
- Przywal mu, przywal! - zawołało dwóch chłopców przejeżdżających na rowerach, pokładając się z chichotem na kierownicach.
- A teraz proszę zejść mi z drogi albo wezwę policję - oświadczyła staruszka.
- Wedle życzenia. - Art zgiął się w głębokim ukłonie, wyćwiczonym przy okazji niemej rólki anonimowego dworzanina w jednym z odcinków Czarnej Żmii, po czym tyłem zszedł z chodnika na ulicę, gdzie zbluzgał go i prawie przejechał dostawca na skuterze. Wielka torba na plecach upodabniała go do niewiarygodnie szybkiego żółwia.
Art patrzył, jak starsza pani idzie dalej wśród rozstępujących się w popłochu przechodniów. Zatrzymywała się co kilka metrów, żeby odstawić tablicę, po czym chwycić ją nieco inaczej.
Gdyby tylko był odrobinę mniej wyrozumiały, życzyłby jej, żeby upuściła ją sobie na stopę.
Daphne
Daphne ustawiła nową tablicę kilka metrów przed swoim łóżkiem. W ten sposób to będzie pierwsza rzecz, jaką zobaczy zaraz po obudzeniu, dzięki czemu łatwiej jej będzie pamiętać o obranym celu. Zdjęła zatyczkę z grubego czarnego markera i powąchała czubek: pachniał planowaniem, możliwościami, przyszłością.
"Znaleźć przyjaciół" - napisała, a pisk markera na tablicy wzbudził w niej lekki dreszcz niecierpliwości. Brakowało jej wyzwań, a zarazem zdawała sobie sprawę, że to będzie spore wyzwanie, o czym przypomniała jej ta krótka interakcja z irytującym, natrętnym i aroganckim starszym panem na King Street. Przez większość życia nie ufała ludziom i zakładała, że za każdą czyjąś decyzją musi stać ukryty motyw. W końcu tak zwykle było w jej przypadku. Przypuszczała jednak, że żeby się z kimś zaprzyjaźnić, trzeba w jakimś stopniu mu zaufać. Założyć dobrą wolę i nie grozić od razu policją.
"Bardziej ufać ludziom" - napisała niebieskim markerem. Potem, przypomniawszy sobie, jak nakrzyczała na swojego dobrego samarytanina, dodała w nawiasie: "Nie krzyczeć na nikogo ani nie patrzeć wilkiem". Przyjrzała się temu, przechylając głowę, po czym dodała gwiazdkę po "wilkiem" i dopisała na dole tablicy: "Chyba że ktoś naprawdę sam się prosi".
No tak, ale gdzie ma znaleźć tych nieznajomych, którym powinna zaufać i na których nie powinna krzyczeć ani patrzeć wilkiem?
"Wolontariat?" - napisała na czerwono. Ale przecież chodziło jej o to, żeby znaleźć ludzi, z którymi miałaby choć trochę wspólnego. Była stanowczo zbyt samolubna, żeby poświęcać czas na pomoc potrzebującym, poza tym z zasady nie lubiła wolontariuszy. Wzięła gąbkę i starła to słowo.
"Jakiś klub?" - dodała do listy, po czym prychnęła, przypominając sobie słowa Groucho Marxa: "Nie wstąpiłbym do żadnego klubu, który byłby gotów mnie przyjąć". Czyż to nie było trafne?
"Skorzystać z internetu?" - napisała z zawijasem, a następnie odłożyła markery na dole tablicy. Odeszła kilka kroków i spojrzała na swoje wielokolorowe dzieło.
- Skorzystać z internetu - odczytała na głos. To mogła przecież zrobić od razu.
Daphne była wielką fanką internetu. Współcześni młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy, jakimi są szczęściarzami, mając tę całą wiedzę na wyciągnięcie ręki. Wiele lat temu, gdy zaczynała karierę, jej zadanie polegało na gromadzeniu informacji. Przesiadywała w bibliotece, przeglądając mikrofiszki, albo podążała każdym możliwym tropem, przyciskała do muru informatorów i flirtowała z policjantami. Teraz większość potrzebnych informacji mogła po prostu znaleźć w internecie. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. A ona zawsze wiedziała, gdzie szukać. Chyba da się w tę sieć złapać jakichś znajomych?
Podeszła do swojego ogromnego biurka o blacie obitym skórą. Biurko było kwadratowe i dwustronne, tak by mogli pracować przy nim dwaj wspólnicy. Tylko że, jak na ironię, ona nie miała wspólnika. Podniosła klapę laptopa, na ekranie wciąż wyświetlało się forum sąsiedzkie. Przesunęła kursor na okienko wyszukiwarki i wpisała: "znaleźć przyjaciół".
Niemal natychmiast pokazała się cała masa postów zawierających wytłuszczone teraz słowa "znaleźć" i "przyjaciół". Przewijała w dół strony, aż jej wzrok padł na tekst: "Masz ponad siedemdziesiąt lat?". Choć ani trochę się tak nie czuła, istotnie miała. "Chcesz zawrzeć nowe przyjaźnie?" Na widok tak wprost zadanego pytania Daphne się zawahała. Postanowiła jednak, że chociaż spróbuje, więc czytała dalej.
"Wstąp do Klubu Seniora przy Ośrodku Kultury Mandel! Napisz lub zadzwoń: Lydia, tel. 07980 344562" - przeczytała Daphne. Spojrzała znów na tablicę, gdzie widniały słowa: "Jakiś klub?". Potem przez kilka minut wpatrywała się w post, bębniąc palcami o blat. Może powinna spróbować z tym klubem. Ośrodek Mandel był tuż za rogiem: przysadzisty, obdrapany budyneczek tkwiący niczym wrzód wśród ładniejszych wiktoriańskich domów stojących między King Street a ekspresówką. Pójdzie tam raz, a jeśli, jak się spodziewała, będzie okropnie, jej noga więcej tam nie postanie.
Daphne spojrzała na telefon stojący na konsoli w stylu art déco przy drzwiach wejściowych. Od ponad dziesięciu lat nie dzwoniła do nikogo poza dostawcami. Na myśl o tym, że miałaby zadzwonić do obcej kobiety i starać się zrobić na niej wrażenie kogoś towarzyskiego i otwartego, kogo ta zechciałaby przyjąć do klubu, aż ją skręcało. To upokarzające.
Nie, wolałaby móc zachować większy dystans. Wtedy wszystko będzie proste i konkretne. Ale z jej telefonu nie można było wysłać esemesa. Daphne nie chciała jednak polec na pierwszej przeszkodzie. Nie w jej wieku - mogłaby złamać sobie biodro.
Oczywiście Daphne miała kiedyś komórkę. Nowiutkiego Blackberry, z którego można było wysyłać nie tylko esemesy, ale nawet maile! Ale musiała się go pozbyć, kiedy 26 kwietnia 2008 roku przeprowadziła się tutaj. Zatrzymała furgonetkę wiozącą ocalone pozostałości jej dawnego życia i wrzuciła swój ukochany telefon w ciemne, zimne głębiny Tamizy.
Nie kupiła sobie nowego. Po co jej komórka, skoro nigdzie nie wychodziła ani nie odzywała się do nikogo?
Ale przecież miała urodziny. I to nie byle jakie - wyjątkowe. Jutro więc kupi sobie spóźniony prezent: nowiutki telefon komórkowy. A potem wstąpi do klubu.
Mężczyzna w sklepie z telefonami właściwie nie był mężczyzną. Raczej chłopcem. Miał nawet pryszcze, w tym jednego dorodnego i bliskiego eksplozji. Daphne zastanawiała się, czy nie zaproponować, że pomoże mu się go pozbyć, uznała jednak, że byłoby to przekroczenie granic. Nie byłoby rozsądnie przejść za jednym zamachem od unikania kontaktów z ludźmi do zajmowania się cudzymi problemami dermatologicznymi. Powolutku, Daphne.
Gdy podeszła do lady, pryszczaty podniósł głowę. Czyżby uśmiechał się drwiąco? Podejrzewała, że tak.
- Chciałabym kupić telefon komórkowy - oświadczyła Daphne. - Chyba trafiłam we właściwe miejsce?
- Totalnie - odparł chłopak. Oczywiście, że uśmiechał się drwiąco. - Jakiego typu telefon pani sobie życzy?
Pytanie nieco zbiło Daphne z tropu, ale żeby nie dać po sobie poznać całkowitej ignorancji przy tym młokosie, szybko obrzuciła wzrokiem poustawiane wokół aparaty. Nie widziała niczego, co choćby trochę przypominało jej starego Blackberry. Ostatnio wszędzie były same produkty Apple. Czy urządzenia muszą się nazywać jak składniki na placek?
- Chciałabym ten czerwony - powiedziała, wskazując smukły, nowocześnie wyglądający telefon na stojaku. Zawsze lubiła czerwień. To był jej kolor.
- To iPhone Czternaście Plus, z podwójną kamerą i systemem rozpoznawania twarzy. Ma pięćset dwanaście gigabajtów pamięci - objaśnił sprzedawca. - Nie jestem pewien, czy potrzebne pani aż tyle. Do czego zamierza go pani używać?
Co za impertynenckie pytanie. To była wyłącznie sprawa Daphne, do czego chce używać swojego nowego telefonu. Na szczęście przypomniała sobie słowa wypisane poprzedniego dnia na tablicy: "Nie patrzeć wilkiem", i przywołała na twarz coś w rodzaju dobrotliwego uśmiechu. Sądząc po nieco przerażonej minie pryszczatego, nie całkiem jej się to udało.
- Jest idealny - odparła. - Proszę go zapakować, zapłacę gotówką.
- Momencik! Nie tak szybko. - Chłopak wyciągnął ręce, jakby Daphne była narowistym koniem, który może ugryźć. Właściwie to bardzo chętnie by to zrobiła. Ale potrzebowała telefonu. - Musi pani zawrzeć umowę - ciągnął chłopak. Otworzył okienko na ekranie laptopa i odwrócił go w jej stronę. - Potrzebuję pani nazwiska, adresu, numeru konta, daty urodzenia, historii kredytowej i tak dalej, i tak dalej.
- Przepraszam, niewiarygodnie młody człowieku, ale dopiero co się poznaliśmy. Nie ma mowy, żebym podała ci wszystkie te prywatne i wrażliwe dane. To jest standardowa transakcja handlowa. Pan mi podaje cenę, ja daję panu gotówkę, wkłada pan telefon do torby, a ja idę do domu. Capisce? - oświadczyła, kończąc małym nawiązaniem do Rodziny Soprano.
Chłopak westchnął.
- No dobrze, może pani mieć telefon na kartę. To by było dziewięćset czterdzieści dziewięć funtów, plus koszt karty SIM.
Daphne bardzo się starała nie pokazać po sobie szoku, a jednocześnie obliczała w myślach, ile właściwie wyjęła pieniędzy ze swojego sejfu tego ranka.
- Czy wie pani, jak używać tego telefonu? - zapytał sprzedawca.
- Dlaczego zawsze na widok osoby w moim wieku ludzie zakładają, że nie ma pojęcia o technologii? - odpowiedziała. - Okropne jest takie szufladkowanie, a na dodatek bardzo nieuprzejme i protekcjonalne.
- A więc umie pani się nim posługiwać? - zapytał chłopak.
- Nie - odparła Daphne.
Dwie godziny później sprzedawca poczuł, że ma atak migreny, i musiał na resztę dnia wziąć wolne.
Tymczasem Daphne została dumną posiadaczką smartfona, z którego umiała korzystać, wysłała swojego pierwszego od 2008 roku esemesa - do kogoś o imieniu Lydia - i była na najlepszej drodze, by stworzyć sobie życie towarzyskie.
Art
Art dotarł do sklepu spożywczego i zwolnił kroku. Tuż przed nim, na chodniku, stały wielkie kosze pełne świeżych owoców i warzyw. Błyszczące zielone jabłka, kiście bananów, marchewki i piramida pękatych dyń, gotowych na Halloween. Art poczuł, że palce go świerzbią. Tak łatwo byłoby sięgnąć, wziąć jedną z tych starannie poukładanych brzoskwiń i wsunąć ją do rękawa. Już prawie czuł dotyk delikatnej, mechatej skórki.
Na tym właśnie polegał problem z nadmiarem wolnego czasu. Nie mógł sobie ufać. Zaciskał i rozluźniał dłonie, aż w końcu wpakował je głęboko w kieszenie płaszcza, gdzie nie mogły zrobić nic nielegalnego.
Po raz kolejny przeklął swojego agenta. A wraz z nim cały przemysł filmowy i telewizyjny. Jak to możliwe, biorąc pod uwagę, że jedna czwarta ludności Wielkiej Brytanii to osoby po sześćdziesiątce, że wśród dostępnych ról zaledwie promil nadawał się dla kogoś w jego wieku? Wyglądało na to, że producenci, reżyserzy i scenarzyści chcą za wszelką cenę wymazać wszelkie zmarszczki ze swoich lśniących, iluzorycznych światów. Chyba że akurat ktoś starszy jest potrzebny, by popchnąć fabułę do przodu czy wystąpić w retrospekcji albo jako schematyczny drugoplanowy złoczyńca.
Art szedł dalej, ze wzrokiem wbitym w chodnik, nie podnosząc głowy, dopóki nie minął ciągu sklepów i nie znalazł się przed ośrodkiem kultury. Przystanął przed tablicą ogłoszeń. Pośród rozmaitych ulotek i reklam wisiał plakat, na którym wytłuszczonym drukiem wypisano pytanie: MASZ PONAD SIEDEMDZIESIĄT LAT?
W istocie, miał więcej niż siedemdziesiąt lat. Najwyraźniej ktoś chciał zwrócić uwagę osób w jego wieku. Pewnie próbują komuś wcisnąć ubezpieczenie na życie albo miejsce w domu opieki. Czytał dalej.
CHCESZ ZAWRZEĆ NOWE PRZYJAŹNIE?
WSTĄP DO KLUBU SENIORA
PRZY OŚRODKU KULTURY MANDEL!
NAPISZ LUB ZADZWOŃ: LYDIA, TEL. 07980 344562
Może powinien wstąpić do tego klubu. Pewnie dają tam darmowy poczęstunek i napoje! Może nawet ciasto. A gdyby mógł spędzić kilka godzin dziennie w cieple, zaoszczędziłby na ogrzewaniu. Teraz, pod koniec października, w jego mieszkaniu było lodowato.
Art wyjął telefon i sfotografował plakat, żeby móc zadzwonić do tej Lydii. Dobrze mu zrobi, jeśli będzie miał jakieś zajęcie. Nadmiar wolnego czasu był niebezpieczny, biorąc pod uwagę jego zdradzieckie ręce. Namówi Williama, żeby poszedł razem z nim: będzie mu raźniej, a poza tym nie będzie wyglądał na kogoś, kto nie ma żadnych przyjaciół.
William, jego najstarszy przyjaciel, stawiał opór znacznie dłużej, niż Art się spodziewał. W końcu Art musiał mu zrelacjonować całą upokarzającą rozmowę z Jasparem, żeby wzbudzić jego współczucie, a potem znosić huragan śmiechu w reakcji na "doktora Clooneya" i "plastykę prącia".
Teraz, dwa dni później, stali naprzeciwko ośrodka, gotowi na spotkanie inauguracyjne klubu. Mieli spędzić całe popołudnie z podobnymi do siebie ludźmi, robiąc... właściwie co? Na pewno będzie to coś ciekawego.
Art już miał niemal w podskokach przemierzyć ulicę, radosny jak przedszkolak z balonikiem, kiedy zobaczył coś - a właściwie kogoś - i zeszło z niego całe powietrze.
William ruszył przed siebie, ale Art powstrzymał go, wystawiając ramię jak szlaban.
- Czekaj - powiedział. - To jednak nie jest dobry pomysł.
- Co ty wygadujesz? - zdziwił się William. - Przecież sam chciałeś tu przyjść. No więc jesteśmy. Chodźmy do środka.
- Nie z nią - powiedział Art, wskazując kobietę, która otwierała drzwi wejściowe. - Nie wstąpię do klubu, do którego należy też ona. Jest niebezpieczna.
- Niebezpieczna? - William wyciągnął szyję, próbując przyjrzeć się starszej pani po drugiej stronie ulicy. - Nie gadaj głupstw. Nie jest dużo młodsza od nas. To drobna kobietka. Wygląda całkiem miło. Może trochę za bardzo się wystroiła.
William już chciał zejść z chodnika na ulicę, jednak Art znów szarpnął go w tył.
- Może takie sprawia wrażenie. Ale jest groźna - odparł stanowczo. - Być może jest też złym człowiekiem. Zachowała się wobec mnie okropnie, gdy kłóciliśmy się o tablicę.
- Gdzie to było? W szkole? - zapytał William.
- Nie! Szedłem sobie King Street, kiedy zobaczyłem kogoś, kto potrzebował pomocy. Wiesz przecież, że lubię pomagać ludziom - powiedział Art.
William tylko przewrócił oczami. Szczerze mówiąc, Art oczekiwałby od niego więcej wsparcia.
- W każdym razie kiedy zaproponowałem, że pomogę jej z tą tablicą, była wobec mnie okropnie nieuprzejma. Żadnej wdzięczności. Zagroziła nawet, że wezwie policję. - Na to wspomnienie Art aż cały się spiął. - I jeszcze powiedziała, że niemodnie się ubieram!
William prychnął i spojrzał znacząco na marynarkę Arta: miała wielką dziurę pod pachą, a na klapie starą tłustą plamę.
- Nie marudź - odezwał się pojednawczym tonem. - To mi wygląda na jakąś pomyłkę i nieporozumienie. Jestem pewien, że jak tylko ta pani cię zobaczy, od razu cię przeprosi. Chodźmy. Obiecałeś, że będzie ciasto.
- No dobra - zgodził się niechętnie Art. - Ale jeśli nie będzie ciasta, wychodzimy.
Prolog
Posterunkowa Penny Rogers przez dobre kilka kilometrów jechała niemal na zderzaku minibusa, błyskała światłami i wyła syreną, zanim ten wreszcie zjechał na pobocze autostrady. Czy ci ludzie są kompletnie ślepi i głusi? Gdy podeszła do pojazdu i zobaczyła dość osobliwie dobraną grupkę pasażerów spoglądających na nią przez brudne szyby, zorientowała się, że tak faktycznie może być. Co najmniej połowa z nich wyglądała na osoby dobrze po siedemdziesiątce. Za to kilkoro - co dziwne - było raczej w wieku przedszkolnym.
Drzwi pojazdu drgnęły i otworzyły się z niechętnym łupnięciem. Za nimi posterunkowa zobaczyła na fotelu kierowcy zaczerwienioną i nieco spoconą kobietę w średnim wieku.
- Dlaczego nie zatrzymała się pani wcześniej? - zapytała Penny, nie starając się ukryć irytacji.
- Ogromnie przepraszam. Szukałam stacji benzynowej, bo bardzo potrzebujemy przerwy na toaletę. Nie ma pani pojęcia, jak często to towarzystwo potrzebuje postojów. - Kobieta skinęła głową w stronę pasażerów, którzy wpatrywali się w Penny w milczeniu, pełnym napięcia, nieruchomym wzrokiem.
Widok zdawał się tym bardziej surrealistyczny, że trójka obecnych tam dzieci była przebrana za policjantów. Czy to one musiały siusiu?
- Szczerze mówiąc, to będzie cud, jeśli uda nam się dokądkolwiek dojechać - ciągnęła kobieta za kierownicą. - Więc z początku, kiedy włączyła pani te światła, a samochody zaczęły zjeżdżać nam z drogi, myślałam, że chce nam pani pomóc i nas eskortuje. Ale potem dotarło do mnie, że przecież nie może pani wiedzieć o pampersie Kylie ani o tym, że Ruby ma problemy z trzymaniem moczu, poza tym jechała pani za nami i jechała, więc w końcu uznałam, że najlepiej będzie, jeśli się zatrzymam.
- Lydio, moim zdaniem nie wolno ci ujawniać tak osobistych informacji o czyimś stanie zdrowia bez wyraźnej zgody. Albo nakazu. Czy ona ma nakaz? - zapytała drobna, lecz bojowa z wyglądu kobieta, która, jak domyśliła się Penny, musiała mieć na imię Ruby.
- Czy przekroczyłam prędkość? - zapytała kierowczyni.
- Nie. Jechała pani wręcz niebezpiecznie wolno. Ale dostaliśmy polecenie, żeby zatrzymać tego busa. Z tego, co wiem, londyńska policja chciałaby przesłuchać jednego z pasażerów - odparła Penny.
Kierowczyni zbladła i wytarła ręce w uda, zostawiając ślady potu na jasnoniebieskich dżinsach, po czym objęła mocno swoje kolana i głośno przełknęła ślinę.
- Ojejku - wykrztusiła. - Czy on wniósł zarzuty? Spodziewałam się, że tak będzie. Widzi pani, po prostu puściły mi nerwy. Przez dwadzieścia lat nic, tylko mnie lekceważył, krytykował albo, co gorsza, kompletnie ignorował i pomijał. Miałam tego dość. Choć przyznaję, że to była po części moja wina.
- Lydio, to nie była twoja wina - odezwało się znużonym chórem kilkoro pasażerów, jakby powtarzali to już tysiąc razy.
Kobieta za kierownicą zignorowała ten chór, wydobyła z rękawa chusteczkę i otarła pot z czoła.
- Tamten pokaz zdjęć to była kropla, która przelała czarę, jeśli można tak powiedzieć - ciągnęła zdławionym głosem. - Czy teraz mnie pani aresztuje? Co sobie pomyślą moje córki? Ich własna matka, zwykła kryminalistka...
Penny spojrzała na trzymane w ręku skserowane zdjęcie, a potem znów na kierowczynię, która teraz zalewała łzami obitą skajem kierownicę, kompletnie rujnując sobie makijaż. Zastanawiała się, co też ta straszliwa kryminalistka mogła zmalować, ale nie miała ani czasu, ani siły, żeby się tego dowiadywać. Przeszła kilka kroków pomiędzy fotelami, przyglądając się twarzom siedzących po obu stronach pasażerów.
- Lydio, skarbie - odezwał się do łkającej kierowczyni leciwy mężczyzna, który siedział w rzędzie w połowie busa. - Nie wydaje mi się, żeby to ciebie szukali. Raczej chodzi im o mnie. I wiesz, po tych wszystkich latach właściwie czuję ulgę. Bo myślę, że to już był nałóg. Ale żeby mieć z tego frajdę, wciąż musiałem podnosić stawkę. A powinienem był grać w bingo, jak zwykły emeryt. Chyba musieli mnie zgarnąć, żebym w końcu przestał, nie było innego sposobu. A teraz, jak widać, przyszła na mnie pora. Już się nie wywinę.
Starszy pan zaczął się podnosić, wyciągając ręce w oczekiwaniu, że Penny założy mu kajdanki. Na siedzeniu obok niego spał jak aniołek mały blondynek, za duży kask policyjny zsunął mu się na buzię. W objęciach ściskał bardzo starego psa nieokreślonej rasy. Tak jakby wyczuwając rozgrywający się wokół niego dramat, chłopiec otworzył oczy i utkwił w Penny wzrok pełen zgrozy.
- Chować wszystko!!! Kurna, to jest nalot!!! - wrzasnął.
Wyrwany ze snu pies zaczął szczekać, dużo głośniej, niż można by się było spodziewać po jego posturze. Zdumiona Penny cofnęła się odruchowo. W busie wybuchł ogólny aplauz.
- Zamknij się żeż, Maggie Thatcher! - odezwała się siedząca z tyłu starsza pani, najwyraźniej z demencją, bo chyba nie miała pojęcia ani kto jest teraz premierem, ani że pani Thatcher nie ma w busie.
- Brawo, Lucky! Wiedzieliśmy, że potrafisz! - pochwalił chłopca starszy pan, którego aresztowanie zostało przerwane. Gdy zauważył minę Penny, dodał: - Przepraszam, ale to pierwsze słowa, jakie przy nas wypowiedział, a ma już prawie pięć lat. Oczywiście niezbyt fortunny dobór słownictwa. Lepiej byłoby, gdyby zaczął od "dzień dobry" albo "dziękuję", ale nie przesadzajmy. Trzeba się cieszyć tym, co jest.
- Dlaczego powiedział "chować wszystko"? - zapytała Penny, pocierając czoło. Czuła narastający ból głowy, do którego z pewnością przyczyniły się drinki z tequilą wypite podczas zabawy w kalambury w pubie zeszłego wieczoru. Następnym razem ci z Londynu niech sami odwalają czarną robotę.
- A któż to wie, moja droga. Przeszłość Lucky'ego to bardzo tajemnicza sprawa. Trudno sobie wyobrazić dziecko o mniej trafnie wybranym imieniu - odparł starszy pan. - W każdym razie nie ma na myśli mnie. W tym pojeździe nie ma żadnych moich nielegalnych łupów. A przynajmniej niewiele.
- Proszę posłuchać - powiedziała Penny, wzdychając. - Nie mam pojęcia, o czym pan mówi, i w gruncie rzeczy chyba nie chcę wiedzieć. Ale to nie pana szukam. Ani też nie tej pani. - Wskazała kobietę, która wciąż łkała nad kierownicą.
- Czy wysłała panią opieka społeczna? - odezwał się z tyłu busa głos należący do nastolatka, który trzymał na kolanach podobną do niego śliczną dziewczynkę, jak można było sądzić, swoją siostrę. - Ja naprawdę nie miałem wyboru i przysięgam, że już nigdy, absolutnie nigdy tego nie zrobię.
- Jeśli wysłał panią urząd gminy, proszę im powiedzieć, że to nie było zniszczenie mienia, tylko sztuka. To banda ignorantów, którzy nie są w stanie odróżnić jednego od drugiego - odezwała się kobieta, którą Penny uznała za Ruby. Niemal całkowicie przykrywały ją fałdy ogromnej, wielokolorowej robótki.
Pulsowanie w skroniach narastało. Penny poczuła, jak ból się nasila i naciska na jej czaszkę.
- Nie dam się znów zabrać na przesłuchanie - odezwała się z kolei inna staruszka o jaskrawoniebieskich włosach, co dziwnie upodabniało jej głowę do policyjnego koguta. - Ile razy mam wam powtarzać, że oni wszyscy zmarli z przyczyn naturalnych? Po prostu mam wyjątkowego pecha do mężów.
- Nie takiego jak oni - mruknął starszy pan.
- Czy mogliby państwo z łaski swojej przestać przyznawać się do winy?! - wrzasnęła Penny. Uniosła zdjęcie i pomachała nim przed nosami pasażerów. - Szukam tej osoby.
W busie zapadła cisza. Jak jeden mąż pasażerowie obrócili głowy i wpatrzyli się w miejsce tuż za fotelem kierowcy. Puste miejsce. Potem wszyscy spojrzeli na otwarte drzwi busa i widoczną za nimi autostradę.
Penny też się odwróciła. Samochody toczyły się wolniutko, jak zawsze, kiedy kierowcy zauważają wóz policyjny. Czy naprawdę myślą, że ona nie ma pojęcia, z jaką szybkością jadą zazwyczaj?
Zaryczał klakson, długo i wściekle. Już wiedziała dlaczego.
Kto by pomyślał, że ktoś tak stary jest w stanie tak rączo przeskoczyć przez barierę między pasami?