Klucz na złotej tacy
Jestem pewien, że gdyby nie Jasio Domarski, nie byłoby Szarmacha, Laty, Tomaszewskiego, Deyny, Gadochy, a później Bońka, Buncola i innych. A także medali mistrzostw świata... Oczywiście zasługi pana Kazimierza Górskiego dla naszej drużyny są niepodważalne, ale to Jasio swoim golem na Wembley podał nam na złotej tacy klucz do wielkiego świata.
O tym meczu napisano już wszystko. Rozebrano go na czynniki pierwsze. Mnie w pamięci został wspaniały Janek Tomaszewski i jeszcze pięciu innych "Tomków" - naszych obrońców, wybijających piłkę z bramki po strzałach Anglików. Bramkę Jasia powinno się pokazywać młodym piłkarzom. Te wszystkie teksty, że mu naszła i zeszła, to bzdury. Domarski doskonale wiedział, co robi. Walnął tak, jak należało. Dostał ode mnie piłkę i lutnął bez przyjęcia, w pełnym biegu. Gdyby przyjmował, byłoby po ptokach, bo Anglicy zdążyliby wrócić i skasować akcję. A wszystko zaczęło się od tego, że jeden z rywali chciał mi przepuścić piłkę między nogami. Złączyłem piszczele, przejąłem gałę i pomyślałem: "Teraz to możesz sobie mnie gonić". Ściąłem do środka, przed sobą miałem Roberta Gadochę, który próbował urwać się McFarlandowi, a z prawej wbiegał nieobstawiony Jasio Domarski. Podanie do starego druha ze Stali Mielec było najlepszym rozwiązaniem. Przeprowadzaliśmy już podobne akcje w klubie.
Kiedy Jasio trafił, Jacek Gmoch z tej szalonej, spontanicznej radości walnął w przedramię pana Kazimierza. Trener po meczu miał na ręku potężnego siniaka w kolorze dojrzałej śliwki. Ale nie miał pretensji do Jacka. Doskonale rozumiał, jak wielkie były wtedy emocje. Sam przecież nie wytrzymał na ławce do końca spotkania. Nerwy zjadały go do tego stopnia, że gdzieś tak na pięć minut przed gwizdkiem kończącym mecz pan Górski ruszył w kierunku tunelu i tego, co się działo w ostatnich sekundach, nasłuchiwał z naszej szatni.
Prowadziliśmy! Tam, w ich świątyni! Tyle że do końca meczu było jeszcze ponad pół godziny, a Anglicy cisnęli nas niemiłosiernie. W 61. minucie Adaś Musiał przypadkowo sfaulował w naszej szesnastce Martina Petersa i belgijski sędzia Vital Loraux podyktował karnego dla Anglików. Oni musieli wykorzystać "jedenastkę", a potem szukać drugiego gola. Skompromitowali się wcześniej, remisując z Walią, i żeby jechać na mundial, musieli z nami wygrać. Wiele lat później ktoś mi powiedział, że Peters w swojej biografii przyznał, że symulował, a żadnego przewinienia Adasia nie było. Nie wiem, czy to prawda, czy kolejna legenda, bo narosło ich wokół tego meczu wiele, ale potrafię w to uwierzyć. Gospodarze napierali, przeprowadzali na naszą bramkę szturm za szturmem, lecz wynik się nie zmieniał, więc z tej frustracji mogli posunąć się i do symulki.
To nie był jednak nasz wielki mecz. Głównie się broniliśmy, często szczęśliwie, ale i tak powinniśmy wygrać. W końcówce wychodziłem sam na sam z Peterem Shiltonem, kiedy Roy McFarland złapał mnie wpół. Po meczu angielska prasa nie zostawiła na swoich piłkarzach suchej nitki, a najbardziej oberwało się właśnie McFarlandowi. Jego atak na mnie stał się według mediów na Wyspach symbolem upadku moralnego tamtejszej reprezentacji. Dziennikarze jak to dziennikarze... przesadzili. Ja nie mam do obrońcy pretensji. Ba, jestem mu wdzięczny, że skoro już musiał mnie faulować, to zrobił to tak, zamiast próbować połamać mi nogi. W ogóle lubiłem grać z Anglikami, bo zachowywali się fair. Nawet jeśli już musieli złamać przepisy, to robili to w taki sposób, żeby skasować akcję, a nie rywala. I tym różnili się na przykład od Włochów, którzy mieli cały repertuar brudnych zagrywek. Tu ci niby Włoch po faulu podawał rękę i cię podnosił, a kiedy uścisnąłeś mu dłoń, to cię szczypał, a przy tym, niby przypadkowo, stawał ci jeszcze na stopie. A gdy w odpowiedzi podostrzyłeś, to od razu lecieli na skargę do sędziego. Za to Angole grali twardo, po męsku, ale bez chamstwa. Podejmowali rękawicę. W końcu walka to walka.
Po meczu na Wembley zabrakło im jednak odwagi, żeby spojrzeć nam w oczy, i nie przyszli na zaplanowaną wcześniej kolację obu drużyn. Przysłali jednego pracownika federacji. Mieliśmy siedzieć naprzeciwko siebie, po obu stronach sali. U nas było gwarno, wesoło, a tam jak na stypie.
A przecież przed spotkaniem tak się puszyli... Jeszcze raz buta została ukarana. Obie drużyny przed starciem w Londynie rozgrywały mecze towarzyskie. Anglicy rozwalili Austriaków 7:0, a my na wyjeździe zremisowaliśmy z Holandią 1:1. Przekonani o własnej sile wyspiarze byli pewni, że pukną nas równie wysoko jak rodaków Hitlera. A przecież trener Holendrów po meczu z nami ich ostrzegał: "Jeszcze nie pakujcie bagaży na mistrzostwa świata. Najpierw pokonajcie Polaków, a zapewniam, że to nie będzie prosta sprawa".
Jeśli Anglicy przed starciem na Wembley mówili o naszej drużynie, to z lekceważeniem. Ich trener, Alf Ramsey, któremu po zdobyciu przez Anglię w 1966 roku mistrzostwa świata królowa Elżbieta nadała tytuł szlachecki, w telewizyjnym wywiadzie zapowiadał: "Nie ma kwestii wyniku, jest tylko sprawa tego, ile goli strzelimy Polakom". No to strzelili, tyle że... focha, po tym jak odpadli.
W gazetach Janka Tomaszewskiego wyzywano od klaunów, a o nas pisano, że na mecz wypuszczono nas z zoo. Kiedy wyszliśmy na rozgrzewkę, 70 tysięcy ludzi na stadionie w Londynie krzyczało: "Animals, animals!" (zwierzęta, zwierzęta). Jeśli to miało nas zdeprymować i przestraszyć, to bardzo się pomylili. Tylko nas wkur... A wkurzyć Polaka to jak wydać na siebie wyrok.
Media w Anglii wpadły w jakiś amok, ale my podeszliśmy do tego na spokojnie... Ten spokój udzielił nam się od trenera. Pan Górski na odprawie, trochę flegmatycznie, jak to on, powiedział: "Gramy swoje. Z kontry. I pamiętajcie: to tacy sami ludzie, tacy sami piłkarze jak wy". Czuliśmy, że pan Kazimierz w nas wierzy. W przeciwieństwie do działaczy PZPN. Bo kiedy wcześniej usiedliśmy do negocjacji wysokości premii za przejście Anglii i awans na mundial, ci bez szemrania zgodzili się na naszą propozycję. W imieniu związku negocjował z nami Witold Dłużnik, ówczesny wiceprezes PZPN. I choć nie zażądaliśmy wcale mało, w ogóle się z nami nie targował. Najwidoczniej uznał, że może zaakceptować każdą rzuconą przez nas kwotę, bo i tak nie mamy szans na awans. Dopiero po meczu, kiedy upomnieliśmy się o to, co nam się należało, próbował się migać, zmieniać ustalenia, obciąć ustalone premie. Byliśmy nieugięci i, chcąc nie chcąc, PZPN musiał nam wypłacić premie co do grosza.
W Londynie nocowaliśmy w małym polskim pensjonacie. Z oszczędności, bo działaczom szkoda było kasy na hotel z prawdziwego zdarzenia. Ale nie narzekaliśmy, gdyż właściciele, ludzie, którzy trafili na Wyspy Brytyjskie w czasie drugiej wojny światowej, stawali na głowie, żeby niczego nam nie brakowało. A po meczu tacy byli szczęśliwi, że chcieli nas z autokaru do pensjonatu wnosić na rękach. Wieczór i noc po spotkaniu spędziliśmy w dyskotece - zabawa była naprawdę fest. Myśleliśmy o wszystkim, tylko nie o piłce. Całkowicie zszedł z nas stres... Popiliśmy ostro, ale nikt z kierownictwa ekipy nie miał do nas pretensji. Historyczny sukces po prostu należało solidnie uczcić!
Zamiast wracać do Polski, z Londynu polecieliśmy prosto do Irlandii, na mecz towarzyski. Nie przywiązywaliśmy do niego żadnej wagi, ale gospodarze musieli chyba nieźle zapłacić PZPN za pojedynek z nami, bo nie było zmiłuj - musieliśmy zagrać i koniec. Przegraliśmy 0:1, ale czy to spotkanie, którego organizacja tuż po bitwie na Wembley wydawała się kompletnie bez sensu, mogło skończyć się innym wynikiem? Głowy mieliśmy jeszcze ciężkie, a myślami byliśmy wszędzie, tylko nie na boisku...