Gwiazda 111 - Lutz Seiler

Reflow text when sidebars are open.
Pociąg Carla wyhamował daleko przed wjazdem na stację, wśród metalicznych stękań i drżeń, jakby serce jego biegu nagle przestało bić tuż przed celem podróży. Na zewnątrz morze krzyżujących się szyn, a za nimi ściana płaczu. Tą ścianą płaczu był długi na kilometr ceglany mur odgradzający teren lipskiego dworca od miasta, z dziwnymi, przypominającymi plastry miodu otworami, przez które można było zobaczyć ulicę i domy, a czasem nawet ludzi. Z jakiegoś powodu zdarzało się nieraz, że na minuty lub godziny pociągi zatrzymywały się tutaj, poza stacją, miejsce przeznaczenia w zasięgu wzroku, powtarzało się to niczym odwieczna plaga, od dawna znane cierpienie. Spojrzenia podróżnych padały wtedy nieuchronnie na ten mur - i w taki oto sposób zyskał on swoją nazwę.
Rano po otrzymaniu telegramu Carl natychmiast wyruszył do Gery. Włożył czyste dżinsy i starą czarną ramoneskę ze skośnymi suwakami na piersi, a pod nią świeżo wypraną koszulę. Miał trzy takie jednakowe koszule robocze, bez kołnierzyka i w cienkie bladoniebieskie paski, jeszcze z czasów sprzed studiów, kiedy uczył się w budowlance. Przyciął sobie nawet włosy, z mozołem, tępymi nożyczkami do paznokci - do ramion, tyle musiało wystarczyć. Wracał do domu jak ktoś dawno zaginiony, tak to widział na tę chwilę. Większość rozbitków ponosiła porażkę dopiero po powrocie do domu - oto smutny finał tych historii. Nie potrafili się już odnaleźć na lądzie. Wszelkie rafy, sztormy, lata - cała ta samotność, która, jak się miało okazać, była przecież najlepszą rzeczą w ich życiu. Często nie tolerowali kontynentalnego jedzenia i umierali z powodu swoich przydługich kołtunów, które za marny grosz pokazywali na jarmarkach, aż pewnego razu, w nocy, we śnie, włosy zaciskały się im jak pętla wokół szyi...
Kierownik pociągu biegł wzdłuż wagonów, klął i uderzał prętem w szyby: "Wysiadać, wszyscy wysiadać!".
Stali na starym ślepym torze z prowizorycznym drewnianym peronem. A właściwie była to raczej rampa niż peron, zarosła trawą i z kilkoma sterczącymi po bokach młodymi brzózkami, które najwidoczniej uodporniły się na zużyty olej i ludzkie odchody. Listki na drzewkach lśniły na żółto. Carl dostrzegł to lśnienie i usłyszał stukot swoich kroków na drewnie rampy, gdy maszerowali jeden za drugim jak więźniowie po wąskiej kładce między torami w stronę hali dworca.
Pogrążona w półmroku hala pękała w szwach, rozkołysane mrowie ludzkie, wrzaski i piski. Z głośników, które wszystkie słowa przekształcały w przytłumioną, głuchą mowę snów, dobiegał pojedynczy, całkowicie niezrozumiały okrzyk, powtarzany raz za razem, w nieskończoność: "Od-suunąć się!".
Legiony ludzi oblegały pociąg pośpieszny do Berlina, sznur ośmiu czy dziewięciu pokrytych skorupą brudu landar z pożółkłymi od nikotyny szybami. Poprzedniego dnia w wieczornych wiadomościach mówiono o specjalnych pociągach i kolejnych prowizorycznych przejściach granicznych, zarazem powtarzając niczym mantrę formułkę zawierającą apel o rozwagę. Kilku podróżującym do Berlina udało się wdrapać na dach oślizgłych wagonów i przez świetliki zanurkować na główkę do przepełnionych przedziałów. Scena rodem z Bombaju czy Kalkuty - na dworcu w Lipsku wydawała się jednak grubo przesadzona, wyglądała jak fragment manierycznej choreografii, chybionej, ale spektakularnej.
Carl z trudem przepychał się przez tłum. Torba ciągle więzła mu gdzieś w tym ścisku. Rzemień wrzynał się w ramię i groził urwaniem. Natychmiast pożałował, że zabrał książki i notatki - co za głupota, co za lekkomyślność! Wtem usłyszał wiązankę wyzwisk, ktoś wcisnął jego twarz w szorstki filc czyjejś kurtki, która momentalnie wydała z siebie dziki odgłos - a potem coś walnęło mu w pierś. Upadł, pociągnięty do tyłu i przewrócony ciężarem swojej torby. Ktoś, kto zapewne chciał go tylko podtrzymać, z rozmachem plasnął go otwartą dłonią w twarz; Carl poczuł smak potu, stracił orientację.
- Od-suunąć się! Od-suunąć się!
Okrzyk dobiegł go teraz z samej góry. Głos pijanego olbrzyma, który z wysokości czarnej od sadzy dworcowej katedry bełkotał rozkazy do swoich lilipucich poddanych, ci jednak przestali go słuchać.
- Moja torba! - zawołał Carl, gdy doszedł do siebie.
- Jaka torba, młody człowieku? Mówi pan o tej tu?
Torba była tu jeszcze, a dokładnie - leżał na niej. Przez chwilę nie widział nic prócz pochylających się nad nim twarzy, na których malowało się napięcie i zarazem opanowanie. To radość, pomyślał Carl, czysta radość. Ale tak naprawdę nie potrafił rozpoznać, jakie uczucie nimi owładnęło, czy była to jeszcze radość, czy już nienawiść.
- Potrzebuje pan pomocy?
Dziewczyna, najwyżej szesnastolatka, wyciągnęła do niego rękę z chusteczką. Carla jak zawsze zaskoczyła jaskrawa czerwień, ta świeża, tłustawa substancja, która w gruncie rzeczy nie musiała przecież być jego - krew.
- Lepiej już panu? - Dziewczyna dotknęła jego ramienia.
Zobaczył jej okrągłą twarz i parę bardzo jasnych, przejrzystych jak woda oczu, jakby ślepych.
"Nie, musisz ze mną zostać, na zawsze".
- Dzięki, już dobrze.
Ruszył dalej, wyszedł na pusty peron. Usiłował nie zwracać szczególnej uwagi na niewidomą dziewczynę (nie była niewidoma), ale ona została przy nim, trzymała go za ramię, stanowili parę, dopóki Carl nie osunął się wreszcie na ławkę.
- Pan też chce jechać do Berlina?
Carl odchylił głowę do tyłu i poczuł w gardle ciepłą nitkę, która odwijała się ze szpulki gdzieś na podniebieniu, i co dziwne, trochę piekła, co rusz musiał przełykać, ale połknąć jej nie mógł. Już od wczesnej młodości krew często ciekła mu z nosa. Kiedy takie rzeczy miały jeszcze znaczenie, imponował kolegom, gdy jednym uderzeniem pięścią w czoło potrafił zatamować upływ krwi. Taki bokserski trik. Z impetem trzeba było walnąć poduszką dłoni w czoło, a ściśle mówiąc, przesunąć nią po czole. Cios musiał być mocny; głowę odrzucało wtedy gwałtownie do tyłu, i właśnie o ten gwałtowny ruch chodziło. Niezdecydowane pacnięcie nie przynosiło skutku.
- Nie, chcę... - Ostrożnie potrząsnął głową, żeby zatrzymać wirowanie w oczach. Dziewczyna postała przy nim jeszcze przez chwilę. Carl zastanawiał się, o co mógłby ją zapytać, ale ona nagle ulotniła się gdzieś, a wtedy on wymamrotał odpowiedź:
- Do domu. Chcę do domu.
Pośpieszny do Berlina odrywał się centymetr po centymetrze od peronu, sznur zatłoczonych wagonów przesuwał się Carlowi powoli przed oczami. Ktoś wrzasnął: "Arrivederci, fujaro!", a zebrany spontanicznie chór zaintonował piosenkę, którą Carl znał tylko w melancholijnej tonacji, w jakiej śpiewała ją jego babcia: "Jeszcze chwilę pobyć tu...". Popatrzył za oddalającym się pociągiem. Odjeżdżający chór mijał właśnie rampę z lśniącymi liśćmi brzózek, które nieśmiało machały drżącymi gałązkami.
Słowo "fujara" dźwięczało mu jeszcze w czaszce. Fujara to ktoś, kto z krwawiącym nosem stoi na peronie, z którego nie odjeżdża żaden pociąg. Ktoś, kto nie wie, dokąd wyrusza w podróż, pomyślał Carl.
Wyjął z torby telegram. Była to zwykła kartka, napisana odręcznie, poniżej stempel, w prawym dolnym rogu posłaniec zanotował datę i godzinę: 10 listopada, godz. 9.20. "potrzebna pomoc przyjedźże zaraz rodzice". Żadnych wymówek, ani słowa o jego milczeniu od miesięcy, tylko to - wołanie o pomoc. Tylko mała słaba cząstka "-że" - Carl potrafił usłyszeć to ciche, wypowiedziane przez matkę: "przyjedźże". Zobaczył ją oczami wyobraźni, jak z pośpiechem schodzi po zboczu góry do miejscowości, drobnymi, mocnymi krokami, zobaczył, jak dyktuje adres, jak wypełnia blankiet telegramu, starannie, ale jest też spięta, zdenerwowana, dlatego zapomina zwrócić się do Carla w nagłówku, i zobaczył, jak pani Bethmann, urzędniczka w okienku, liczy sylaby. Nawet w tych dniach, w których wydarzały się rzeczy niewyobrażalne, działało przesyłanie wiadomości po drucie, jak mówiło się na poczcie.
Carl musiał przyznać, że dotychczas nie martwił się szczególnie - rodzice to był pewny grunt, nienaruszalne, najbardziej własne terytorium, gdzie można było schronić się w potrzebie. Tęsknił, o tak, tęsknił za rodzicami, to dziwne, ale nie tylko w zeszłym roku, kiedy widział ich jeden jedyny raz, nie, już wcześniej, a właściwie zawsze, zawsze za nimi tęsknił.
Szukał toru, z którego zwykle odjeżdżały pociągi na południe, w okolice na pograniczu Turyngii i Saksonii, skąd pochodziła jego rodzina, "tam, gdzie lis z zającem mówią sobie dobranoc" - to ulubione powiedzonko ojca. W dzieciństwie Carl co wieczór widział te lisy i zające, jak powoli schodziły się na skraju lasu, żeby powiedzieć sobie dobranoc. Niekiedy pojawiały się wśród nich również inne stworzenia, najróżniejsze zwierzaki, a czasem nawet kilkoro zaprzyjaźnionych z nimi ludzi. Wszystkie te łagodne, mądre istoty na koniec dnia gromadziły się jeszcze raz w miejscu rozjaśnionym blaskiem księżyca - cienie podniesionych pysków, uniesionych głów, i jeden chór: "Dobranoc wam, zajączki z Gery, i wam liski z Altenburga, i wam kruki z Meuselwitz, dobranoc!".
Carl nie pamiętał, kto - ojciec czy matka - zaproponował, żeby "najpierw trochę się przejść", nie było w tym nic nadzwyczajnego. Szedł z tyłu, rodzice z przodu, jak zawsze. Ojciec właśnie skończył pięćdziesiąt lat, matka czterdzieści dziewięć. Ojciec wychudł, brązowa skórzana kurtka, zgarbione plecy, z tyłu głowy rzadkie siwe włosy - w takim stanie Carl go jeszcze nie widział. Szli nadbrzeżem Elstery, od Gery-Langenbergu do Mostu Francuzów, swoją dawną trasą spacerową wzdłuż rzeki. Setki zdjęć z niej w rodzinnym albumie, starannie wklejonych i podpisanych przez matkę: sześciolatek w koszuli z muszką, szczerzący duże zęby w ochoczym uśmiechu - tak wyglądał Carl pierwszego dnia szkoły. Potem czternastolatek, z fryzurą na pazia i z poważnym, wzgardliwym spojrzeniem. Obok matka uczesana w kok, w lakierowanym płaszczu skórzanym, jesienią 1977 roku. I tak dalej na osi czasu, poprzez te wszystkie lata i pory roku, aż do tego dnia, którego nikt nie sfotografował. Po prawej leniwie płynąca Elstera, zbutwiały brzeg i wierzby langenberskie. Ojciec raptem odwrócił się i stanął:
- Carl.
Aż chciałoby się opowiedzieć, że raptem w dolinie Elstery zerwał się wiatr, powiał w górę rzeki, albo że dało się usłyszeć dziwny odgłos, może coś w rodzaju pogwizdywania, delikatny, dobiegający z wierzbiny cichy gwizd, który rozbrzmiewa tylko raz na pięćdziesiąt lub sto lat:
- Carl...
Rodzice chcieli wyjechać. Krótko mówiąc, opuścić kraj.
Cichy gwizd, na przykład. Carl rozejrzał się dokoła i naraz poczuł, jakby ten (ich) świat z rzeką i drogą został wzniesiony tylko na pewien czas (a nie na zawsze) i jakby należało go teraz (jak wszystko inne) (oczywiście) rozebrać i usunąć, jakby (z sekundy na sekundę) stawał się on nieważny i bezwartościowy. "Nie to chcieliśmy powiedzieć" - wtrąciłaby matka Carla, gdyby miała do tego sposobność, ale w biegu rzeczy nie było ani chwili przerwy, tylko zdziwienie. Jedyne zdanie Carla, jakby wyjąkało je, wybąkało bezradne przerażone dziecko, którego rodzice ni stąd, ni zowąd przestali być dorośli:
- Wydaje mi się, że nie doceniacie tego, no, tego - kraju rodzinnego - to mam na myśli.
Czuł się nieswojo, gdy to mówił, nie zwykł rozmawiać z własnymi rodzicami w ten sposób, coś tu poszło na opak. W milczeniu posuwali się dalej w górę rzeki - matka, ojciec, dziecko wśród tych wszystkich imitacji ich życia, z nagła wysłużonego, odgwizdanego.
Nawet przy kolacji rozmowa się nie kleiła. Panowała napięta atmosfera, a Carl zaczynał brać całość za efekt złowrogiej hipnozy, w którą nie chciał zostać wciągnięty głębiej. Najpierw trzeba było zjeść, potem sprzątnąć stół i odwieźć naczynia do kuchni na wózku serwisowym, dwupiętrowym wózeczku z chromowanym stelażem. Niski odgłos toczących się po dywanie kółek, dobrze znany, ciche szczękanie naczyń jak zwykle i jakby już mogło pozostać tak na zawsze - w końcu przecież tylko w tym celu urządzono to wszystko. Wózek przenosiło się przez próg do korytarza, robił to ojciec, ale teraz Carl pośpieszył na pomoc, ostrożnie, żeby żaden talerz się nie przesunął. "Oto ktoś, kto widzi pracę" - największa pochwała, na którą ojciec mógł się zdobyć.
Potem jak dwoje dzieci wieźli razem wózeczek przez korytarz do kuchni. Carl pomógł ojcu, choć sam czuł się bezradny, i momentalnie owładnęła nim tęsknota za domem, za schronieniem, odpoczynkiem, snem, powrotem syna marnotrawnego, za którąś z tych rzeczy. Tęsknota za tym napadowym znużeniem, jakie nawiedzało go tylko tutaj, w domu, na kanapie z czasów dzieciństwa: "O! Carl, no wyciągnij się porządnie. Tu masz, weź jeszcze poduszkę, a chcesz koc? Weź jeszcze koc...". Najpierw poduszka, potem koc, a to oznaczało obronę przed każdą zgryzotą, uciszenie wszelkiej udręki.
Gdy Carl z ojcem wrócili z kuchni, matka siedziała na tapczanie. Wydawała się nerwowa i raptownie założyła nogę na nogę. Włosy miała teraz ostrzyżone na chłopaka, przez co sprawiała wrażenie jeszcze drobniejszej. A jednak można było łatwo dostrzec, ile tkwiło w niej sił, ile w sobie miała determinacji; ojciec trzymał go za ramię.
Przez chwilę wyglądało to tak, jakby tylko odgrywali tę scenę: nagły wyjazd, pożegnanie, ucieczka - i papiery na blacie sekretarzyka, ułożone równolegle do krawędzi biurka. Odbijały światło małej, ukrytej za osłoną jarzeniówki, tak że Carl na chwilę musiał zamknąć oczy - wyciągi z ksiąg hipotecznych, przeniesienie własności, formularz umowy darowizny, według której to wszystko miało teraz do niego należeć. Carl Bischoff, jedyne dziecko Inge i Waltera Bischoffów, urodzony w 1963 roku w Gerze w Turyngii, "obecnie student"; wyraz student wpisano cienkim ołówkiem.
- Dobrze byłoby, gdybyś mógł się tym zająć, to znaczy, prosimy cię o to. - Albo: - Czy mógłbyś się tym zająć, to znaczy, chcielibyśmy cię o to prosić.
Dosłownego sformułowania Carl nie mógł sobie później przypomnieć, zapamiętał tylko "proszę" i "zająć się" oraz to, że przekazanie własności, które w tamtym momencie miało coś uroczystego, przyjął bez oporu, w każdym razie nie wspomniał o własnych planach. Siła uderzenia tego, co niepojęte, odjęła mu mowę i usunęła wszystko inne w cień.
Niepozorne słówko "dlaczego?" cisnęło mu się na usta, ale nie miał prawa go wypowiedzieć, wręcz przeciwnie: "dlaczego?" i każda odpowiedź - Carl to przeczuwał - pogrążyłaby go tylko głębiej w tym stanie nierzeczywistości, który opanował go całkowicie, gdy się okazało, że rodzice zamierzali wyjść (tak to określali) z kraju i osobno wyruszyć z Gießen. Z centralnego obozu przejściowego każdy miał najpierw spróbować szczęścia na własną rękę, aby "podwoić szanse". W ten sposób wyraziła to matka, i jeszcze ta nazwa: "Centralny Obóz Przejściowy". Starała się utrzymać stanowczy ton, ale Carl wyczuł w jej głosie, że osobno z Gießen to nie był jej pomysł.
- Dobrze to sobie przemyśleliśmy. - A po chwili: - Twoja matka zawsze chciała wyjechać.
Carl nie miał najmniejszej wątpliwości co do tego, że Inge i Walter (od młodości miał nawyk mówienia do swoich rodziców po imieniu) tu mieli swoje miejsce, w tym domu, w tym życiu, a nie żadnym innym, dlatego zaczął rozprawiać o niebezpieczeństwach i ryzyku, o czym miał tak naprawdę mgliste wyobrażenie. Matka popatrzyła mu w oczy.
- No dobrze, a ty, Carl? Gdzieś ty się podziewał tyle czasu? Tak długo nic, ani słowa. Czy ty wiesz, jak bardzo się martwiliśmy...
Potem przekazanie majątku.
Obeszli wszystkie pokoje, właściwości nowego pieca, instalacja elektryczna i bezpieczniki, pożegnanie ze wszystkim. Na sekretarzyku leżała koperta.
- Pięćset marek - wyjaśnił ojciec. - Masz jeszcze jakieś pytania?
Był już późny wieczór, kiedy poszli znowu do garażu położonego w dolinie przy nasypie kolejowym. Chwilę stali obok siebie, snop światła warsztatowej lampy padał na ich dłonie, a Walter wyjaśniał mu, jak ułożone są narzędzia. Latem ich zbiór powiększył się o kilka ważnych, rzadko spotykanych przyrządów, wśród nich czujnik zegarowy do regulacji zapłonu i miernik odległości z dwudziestoma wskaźnikami na podziałce (od 0,01 do 0,1 milimetra) - przedmioty wielkiej wartości. Większe, masywniejsze narzędzia leżały na żelaznych regałach, ale te najdrogocenniejsze wisiały na ścianie nad stołem warsztatowym, wsunięte w pętelki z gumy bieliźnianej i gumowych uszczelek do weków albo w uchwyty samodzielnie zrobione z wąskich listew pociągniętych zużytym olejem: narzędzia najrozmaitszej wielkości, uporządkowane we wznoszące się i opadające linie, które komponowały rodzaj krajobrazu (rodzinnych stron), błyszczącego i chłodnego.
Ojciec nie miał na sobie swojego niebieskiego kombinezonu, który w warsztacie nakładał zwykle na ubranie, tylko kitel, szary kitel do kolan, zarezerwowany do prac domowych. Wziął do ręki jeden z kluczy nasadowych i zademonstrował, jak go używać. Podniesionym głosem, robiąc przerwy, to "tak" i "potem", ten ton drobiazgowych objaśnień i przesłanie, które nie zmieniło się od dzieciństwa: Świat wymagał skupienia - i cierpliwości. Był chwiejny, zawodny, niepewnej natury, ale do naprawienia.
- Wiesz chyba, ile potrzeba czasu, żeby to wszystko zgromadzić?
- Ładnych parę lat - odparł Carl.
- Całe życie.
Na znak, że zrozumiał, Carl dotknął wskaźników nowego miernika odległości. Cieniutka stal była giętka i tłustawa, a tłuszcz wydawał słodkawy, jadalny zapach... Tutaj, w półmroku garażu, z narzędziem w ręku, mógłby zacząć mówić, zwierzyć się ojcu, nagle wydało się to możliwe, tu była luka, tylko na to przeznaczona. Mógłby opowiedzieć, co się z nim działo w zeszłym roku (dawne słowo przydarzyć się wyrażało rzecz dokładniej). Rozstanie z H., dlaczego przerwał studia i schował się przed światem.
Nie opowiedziałby, rzecz jasna, wszystkiego. O próbie z tabletkami. O klinice w Kröllwitz. O dniach wypełnionych pustką.
Oczami wyobraźni widział zmartwioną twarz ojca, ale żadnych wyrzutów; skinienie głową, pauza...
- Na koniec jeszcze jedna rzecz w samochodzie.
Carl odłożył narzędzie. Ojciec poprosił go, żeby usiadł w Żiguli za kierownicą. Włączył zapłon i wskazał na kontrolkę poniżej prędkościomierza, która zapalała się lub nie, chodziło o olej silnikowy, ale Carl nie słuchał już wyjaśnień ojca.
Przez chwilę siedzieli jeszcze obok siebie w milczeniu, w półmroku wąskiego garażu z betonowych prefabrykatów, bez którego Carl nie mógł sobie wyobrazić życia swojego ojca. Dłoń Waltera leżała na czarnej desce rozdzielczej oklejonej imitacją skóry, tuż przed oczami Carla. Jakby ojciec chciał mu jeszcze raz pokazać nawet swoją rękę, na pożegnanie. Jakże bliźniaczo podobną do ręki syna, nie tylko z kształtu, także linie na wewnętrznej stronie dłoni wyglądały identycznie, była w nich zapisana ta sama historia.
- Podejrzewam, że pod bramę obozu dla uchodźców nie podjeżdża się własnym samochodem - odezwał się ojciec, po czym zamilkł.
W lusterku wstecznym migotał krajobraz pełen narzędzi. Carl uzmysłowił sobie, że oto właśnie zniknął dystans, który zwykle między nimi istniał.
- Nie, ja... Wiem - wyjąkał Carl, to było wszystko.
Ojciec jakby jeszcze się nad czymś zastanawiał, ale w końcu wysiadł z samochodu, a Carl objął rękami kierownicę.
Już jako dziecko godzinami przesiadywał za kierownicą Żiguli i mruczał pod nosem "brum, brum"; sprzęgło, zmiana biegu, gaz. W bloku naprzeciwko zapaliło się światło. Tam mieszkała Effi - Effi Kalász, w której kochał się od ósmej klasy, ale nigdy jej o tym nie powiedział.
Carl spał w pokoju dziecinnym, na tak zwanej młodzieżowej leżance - rozsuwanym tapczanie w pomarańczowe i zielone paski. Wtedy, na krótko przed jego czternastymi urodzinami, rodzice urządzili jego pokój na nowo. Zaskakująco szybko i bez komentarza zniknęło składane łóżko, które kilkoma ruchami dawało się przekształcić w szafę. Matka przy każdej okazji mówiła, że jest "bardzo praktyczne, a przede wszystkim zajmuje mało miejsca". Rzeczywiście, od drzwi do okna, przy którym stało biurko Carla, prowadziła jedynie wąska ścieżka między meblami. Zniknięcie składanego łóżka i pojawienie się młodzieżowej leżanki przypieczętowują (w dalszym ciągu) koniec jego dzieciństwa.
Carl rozejrzał się po pokoju. Jedyne książki, które rodzice mieli w domu (pomijając specjalistyczne publikacje ojca na temat maszyn liczących i języków programowania), stały teraz na półce nad leżanką: encyklopedia Meyera w dziewięciu tomach plus suplement, słownik Dudena, słownik wyrazów obcych oraz dwa małe leksykony (przyrodniczy i historyczny). Wszystko inne pozostało bez zmian. Również nocna gra świateł i cieni na suficie, odgłosy ulicy i gwar w wejściach do domów. "Rewolucja zwycięży!" - ktoś napisał czerwonym sprayem na podmurówce bloku naprzeciwko.
Przed zaśnięciem Carl usłyszał jeszcze nad sobą kroki, ciężkie kroki, na pewno nie dziewczynki: Kerstin Schenkendorff, córka sąsiada z góry, który prowadził księgę budynku. Kerstin była parę ładnych lat starsza od Carla, kim też mogła zostać? Nagle przypomniała mu się noc zbawiennej bajki. Inge i Walter wyszli gdzieś wieczorem, co zdarzało się rzadko. Carl rzeczywiście był dzieckiem, o którym rodzice mówili z dumą, że "śpi jak suseł", ale tym razem pojawił się potwór, nieubłagany smok, który prześladował go z niepohamowaną żarłocznością. Carluś obudził się z krzykiem, oblany potem. Popędził do sypialni, a tam pusto. Obiegł wszystkie pokoje - nikoguśko. Tylko ten smok, który wciąż gdzieś na niego czyhał, dlatego dziecko musiało uciekać, ale mieszkanie było zamknięte na klucz. Walił w drzwi i wołał, możliwe, że nawet ryczał, a potem, w pewnej chwili, z klatki schodowej doleciał go głos Kerstin Schenkendorff. Ciepłymi słowami dodawała mu otuchy, uspokajała go i zapytała, "czy nie chciałby posłuchać ładnej bajki". Carl w piżamce usiadł w kucki, szlochając żałośnie, przycisnął ucho do drzwi, przytulił się do nich (kochane drzwi) i wsłuchiwał się w cichy szum domu, a potem, po drugiej stronie, w bajkę, którą zaczęła mu opowiadać Kerstin, opowiadała i opowiadała, tak długo, aż zasnął.
Nazajutrz rano Carl odwiózł rodziców do granicy. Jeszcze przed wschodem słońca ojciec wyprowadził samochód z garażu i położył mu kluczyki obok talerza. Patrząc na nie, Carl odczuwał pewną dumę, chociaż miał pewność, że to, co tu się wyrabia, może być tylko błędem. Bo czyż nie są to jego rodzice? Wiodący cichy, w każdym calu uładzony tryb życia, zorganizowany z najdrobniejszymi detalami i ze szczególnym zamiłowaniem do porządku i regularności? Kilka pustych frazesów z czasów szkolnych przeleciało mu koło ucha: "historyczna sytuacja, historyczna chwila...". Ta historyczna chwila przewróciła wam w głowie, tak myślał Carl, ale tego nie powiedział. Czuł nie tyle przewagę, ile bezradność.
Jedno wyjście widział w tym, żeby nadal uważać siebie za ich dziecko. Rodzice wiedzą, co robią, a o mądrości ich decyzji wcześniej czy później się przekona. Ujawni się ona, tak jak zawsze się ujawniała. I koniec końców można spojrzeć na ich decyzję zupełnie inaczej: Inge i Walter na swój sposób przyczynili się do ogarniającego cały kraj przewrotu. Nie pojawili się w pracy, porzucili swoje posady i zaczęli szykować ucieczkę, jeśli chce się tak to określić. Jego rodzice! Najbardziej nieprawdopodobni uchodźcy, jakich Carl mógł sobie wyobrazić.
Niepokój budziła kwestia akordeonu. Ojciec przyniósł go z piwnicy w starym czarnym futerale. Dopasował skórzane rzemyki, by móc taszczyć tego grzmota na plecach; chciał go ze sobą zabrać, to jasne, ale po co? Carl wiedział, że instrument należał do ojca, ale nigdy nie widział, żeby na nim grał. Tak jak wiele rzeczy przechowywanych w piwnicy akordeon pochodził z dawnych czasów, które tonęły w mroku zamierzchłej przeszłości.
- Czemu chcesz to ze sobą dźwigać, Walterze?
Konieczność postawienia tego pytania sprawiła, że Carl odczuł zażenowanie. To tak, jakby pokazał dziecku lustro, ryzykując, że za jednym zamachem uczyni je nieszczęśliwym.
- Żeby na nim od czasu do czasu pograć - odrzekł ojciec. - Myślę, że wrócę do grania.
Śniadanie jak zwykle: masło śmietankowe, ser w plastrach i odświeżone w piekarniku bułki z kombinatu piekarniczego w Gerze, gdzie (do wczoraj) w małym czteroosobowym zespole odpowiedzialnym za nowe receptury pracowała jego matka. Było to czterech smakoszy, jak podkreślała, wśród nich dwóch cukierników (gdy wymawiała słowo cukiernicy, brzmiało to jak technicy), mistrzów w swoim fachu, z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem. Ich zadanie polegało na zaoszczędzeniu kosztownych surowców i zastąpieniu ich w kalkulacji "namiastką". Na przykład: pestki jabłek zamiast migdałów. Zielone pomidory zamiast cykaty, i tak dalej. W zeszłym roku zastąpiono nawet samą "namiastkę", teraz mówiono o "zamianie". Kiedy niewielki kolektyw głowił się, co by tu zamienić na co, Inge robiła notatki. Matka Carla była protokolantką, zapisywała wszystko, nawet każdą niedorzeczną propozycję. Często dyskutowano bardzo długo i na poważnie, aż w końcu sporządzano "kalkulację zamienników". Spotykano się ponownie w dniu degustacji. Nikt oczywiście nie miał za wielkich oczekiwań (tak to wyraziła matka), ale każdy miał pewną nadzieję (utopijną, niezbyt zasadną, może taką, jaką żywią alchemicy, gdy po skończonym eksperymencie podnoszą pokrywkę), bądź co bądź wszyscy się starali, długo główkowali i odważnie podjęli ryzyko.
- Patrzymy gdzieś w przestrzeń i przeżuwamy - opowiadała Inge. - Przeżuwamy i nie potrafimy spojrzeć sobie w oczy, nikt nie pali się, by coś powiedzieć.
Matka Carla cierpiała z tego powodu. Nauczyła się rzemiosła na wsi, od własnej matki. Już jako mała dziewczynka dużo i chętnie piekła - dwadzieścia rodzajów ciast na każdą uroczystość. Wypieki znoszono potem do piwnicy, gdzie stał tak zwany regał na ciasta, i układano je tam na deskach dużych jak koła wozu. Carl pamiętał to dobrze: dziwnie wyboisty placek Huckelkuchen (nazywany również wielbłądem), owiany legendą sernik (o tym mitycznym cieście zawsze wszyscy opowiadali przy stole) i szukanie półki z czekoladowym ciastem z kruszonką, które dla małego Carlusia było najważniejsze.
Według ojca najpierw należało jak najszybciej przekroczyć granicę. Mówił o wystąpieniu Willy'ego Brandta przed ratuszem w berlińskiej dzielnicy Schöneberg, pokazano je we wszystkich dziennikach. Z tego przemówienia wyłowił informację, że otwarcie granicy potrwa tylko krótko. Wyjaśnił to Carlowi zasadami mechaniki płynów, "potrzeba jedynie trochę fizyki, prostego triku, żeby zmniejszyć ciśnienie". I w końcu Ruski wciąż jeszcze są tutaj. To był jego najmocniejszy argument.
Wybrał przejście graniczne w Herleshausen. Stamtąd kursują autobusy, w pobliżu był również dworzec kolejowy. W nocy zaczęło padać, a teraz lało już jak z cebra.
- Niebo płacze - powiedziała matka Carla. Zobaczyła w tym znak - czego dokładnie, to pozostało jej tajemnicą.
Podczas jazdy rozmawiali niewiele, ucieczka wymagała zachowania dyscypliny, więc skupili się na tym, co istotne. Carl prowadził samochód - narzędzie ucieczki, siedziało w nim dwoje uchodźców, których trzeba było przerzucić przez granicę na Zachód. Dziwne: pasażer na siedzeniu obok kierowcy to jego ojciec. A ta kobieta na tylnej kanapie to jego matka, która teraz jeszcze raz sprawdzała wszystkie dokumenty, zapakowane w plastikowy i obwiązany gumką woreczek.
"Za bardzo zjeżdżasz w prawo, Carl. Znowu jedziesz środkiem jezdni. Nie tak szybko, zwolnij proszę..." Nic, ani jednej takiej uwagi. Carl na nią czekał, a za węzłem drogowym Hermsdorfer Kreuz zapragnął ją usłyszeć.
Łagodnie ciągnące się turyńskie wzgórza po lewej i po prawej stronie autostrady. Wzrok utkwiony w jezdnię, załatane smołą pęknięcia w betonie, na kształt pająków. Żiguli toczył się po tych dużych czarnych pająkach, po złączeniach betonowych płyt, o które rytmicznie uderzały opony - odgłos pierwotnej puszczy i dziwna myśl: może jednak to, co dotychczas zrobił w życiu, wcale nie było takie złe ani daremne. To tylko właściwy dla mnie styl jazdy, pomyślał Carl, mówiąc z grubsza i w dużym uproszczeniu.
W ramach mentalnej rozgrzewki, jak to nazwała matka Carla, należało na Sorge (głównym bulwarze w Gerze) zamówić u pani optyk o nazwisku Wunderlich nowe, lepsze okulary, aby móc odczytać drobny druk urzędowych blankietów, których całe sterty będą musieli, jak sądziła, wypełniać po tamtej stronie. "Bärbel, dostałam sanatorium i potrzebuję nowych okularów", poprosiła Inge i jej życzenie zostało spełnione praktycznie z dnia na dzień. Poza tym kupiła dwa mocne, tak zwane myśliwskie plecaki, "najważniejsze to zawsze mieć w drodze jedną rękę wolną, rozumiesz, Carl?". Cała w nerwach powtarzała wielokrotnie: "Zawsze trzeba mieć jedną rękę wolną". Spisała rzeczy przydatne w różnych sytuacjach, które sobie wyobraziła. Na przykład taką, że "w obozie", tak to określiła, będzie spała w piżamie, a nie jak zwykle w koszuli nocnej; toalety znajdują się na pewno w sieni, gdzieś na końcu korytarza, może nawet na podwórzu, które trzeba przemierzyć nocą, niewykluczone, że na oczach strażników obozowych albo innych uchodźców, którzy już choćby ze zdenerwowania biegają do ubikacji masami, no i te kolejki, w których trzeba będzie stać po wszystko, po jedzenie, po paszporty, po każdy stempelek i każde zaświadczenie. "Ale musimy przez to przejść, wóz albo przewóz, rozumiesz, Carl?"
Dar wyrażania swoich myśli i pewność siebie matki. Carl wiedział, że nie szczędziła wysiłków, by dopiąć celu. Sąsiedzi ją lubili, nawet ta Schenkendorff. Ach, wszyscy przyjaciele, koledzy, sąsiedzi - jak tu zostawić tę wspólnotę sprawdzoną przez kilkadziesiąt lat, jak odejść bez słowa pożegnania, pozdrowienia, bez upieczonych własnoręcznie ciasteczek z liścikiem, zawiniętych w serwetkę, które zawsze tak chętnie kładła pod drzwiami mieszkań i na biurka, "jako drobny upominek", jak to nazywała.
Porzucić wszystko i odejść.
Mimo że działy się rzeczy ważne i przełomowe, Carl jak przez mgłę przypominał sobie później te rozmowy; widocznie jednak doznał wstrząsu. Akceptował ich decyzję, respektował ją, co pozostało mu innego. Któż mógł w końcu przewidzieć, co kiedyś okaże się słuszne, a co błędne?
Poprzedniego wieczoru tłumaczyli mu to i owo, ale nic nie trafiło Carlowi do przekonania. Rodzice mieli do dyspozycji kilka przydatnych powiedzeń, takich jak "uwięzieni przez całe życie", co ogólnie odpowiadało rzeczywistości, ale nie tym argumentem się posłużyli, nie to było przyczyną. Carl zrozumiał, że musi istnieć jeszcze coś więcej, jakaś bomba, która może wybuchnąć (i wybuchła) i jeszcze raz wstrząsnąć posadami życia, mimo że oboje już dawno przecież ułożyli sobie na przyszłość plan, który zapewne leżał gdzieś bezpiecznie schowany, może w sekretarzyku na dnie kasetki z dokumentami czy gdzie indziej.
Carl uświadamiał sobie coraz wyraźniej, że w gruncie rzeczy mało wie o swoich rodzicach, nosił w sobie zaledwie kilka dziecięcych wyblakłych obrazów z albumu z czasów szkolnych i młodzieńczych. Czy kiedykolwiek tak naprawdę o nich myślał? Czy zadaniem dorosłych dzieci jest refleksja nad życiem swoich rodziców? A jeśli tak, wobec tego w jakim wieku trzeba ją zacząć? Czy po dwudziestce jest już na to za późno?
Carl jechał ze wzrokiem utkwionym w jezdnię. Po lewej i po prawej pasma turyńskich wzgórz. Rodzice żegnają rodzinny dom - cóż za dziwne i smutne stwierdzenie w tym momencie! Przyszło mu po pierwsze na myśl, że dawniej to dzieci miały wyłączne prawo opuszczania domu rodzinnego. One wyruszały w świat, a nie rodzice. A po drugie, to rodzice martwili się o dzieci, a nie na odwrót i tak dalej.
Na przejściu granicznym kłębił się tłum spacerowiczów i gapiów, przepływały potoki aut i pieszych - cały kraj zdawał się rozpływać w jednej jedynej wędrówce ludów. Wśród nich widział sporo ludzi z plecakami i walizkami, nieprzebraną rzeszę młodych i silnych wędrowców ściągających tu jakby na umówione spotkanie, pomagających sobie nawzajem - ale nie dostrzegł nikogo w wieku swoich rodziców. Ojciec z akordeonem w dużym czarnym futerale na plecach wyglądał jak uchodźca wojenny, który usiłuje ocalić choćby ułamek swojego dobytku. Do tego obrazu pasowały sterczące nad doliną ruiny niedokończonego wiaduktu autostrady.
- Teraz mogą sobie budować dalej - wymamrotał pod nosem ojciec. Dziwna uwaga, przecież zakładał, że wkrótce znów zamkną granicę. W głębi, u stóp wieży strażniczej, stali żołnierze w niedbałych pozach i trzymali przed sobą karabiny maszynowe, a Carl w duchu przyznał swojemu ojcu rację: w każdej chwili ten cały aparat władzy mógł ruszyć pełną parą.
Carl ponownie się zaofiarował, że zawiezie ich do samego Gießen, do centralnego obozu przejściowego. Ale ojciec tylko spojrzał na niego jak z głębi jakiegoś tunelu. Spontaniczne zmiany planu nie wchodziły w grę - chociaż pod tym względem wszystko toczyło się utartym torem. Bez dwóch zdań, życie rodziców przemieni się raz na zawsze, ale ta przemiana miała się dokonać według starych zasad. A czy kiedykolwiek się jeszcze zobaczą? Nie wiadomo.
Potem rozstanie. Prowizoryczny parking, raczej spłacheć łąki, błotniste pastwisko, ciemna, smętna ziemia. Rodzice ubrali swoje nieprzemakalne zielone peleryny, nieodzowny ekwipunek podczas wakacji w Tatrach Wysokich; długie okrycia otulały ich razem z plecakami i nadawały im wygląd kosmonautów, którzy mimo nieprzyjaznych okoliczności wybierają się w podróż na nową, nieznaną planetę. "Ale mieliśmy wspaniałe wycieczki! " - to ich okrzyk po każdym urlopie. Matka włożyła również buty górskie z szorstkiego brązowego zamszu (na grubej podeszwie z zygzakowatymi żłobieniami) oraz - Carl zauważył to dopiero w tej chwili - pod szarym bezrękawnikiem kraciastą koszulę kupioną kiedyś na Słowacji w Tatrzańskiej Łomnicy, niedaleko schroniska, gdzie co lato wynajmowali kwaterę i do którego przyjeżdżali z bagażem pełnym zup w proszku, puszek z serem i z wątrobianką domowego wyrobu. Rodzice zawsze żyli bardzo oszczędnie. A teraz to wszystko zostawiają. I wybierają się na Zachód. Jak na jedną ze swoich wędrówek w góry.
Na koniec wzięli go w objęcia, sztywno i trochę obco, wilgotne, chłodne peleryny niby ostateczne odtrącenie, zupełnie niezamierzone, i chyba dlatego Carl dławił w sobie łzy. Zapuścił silnik, a wtedy rozpoczęła się ceremonia wymachiwania rękami - rodzice machali mu na pożegnanie, cały czas machali mu i machali, gdy Carl coraz bardziej się oddalał, widział w lusterku, że nadal machają, więc i on im machał z okna wyprostowanym ramieniem, aż rękaw swetra przesiąkł deszczem. Rodzinnym zwyczajem machali na pożegnanie, dopóki nie zniknęli sobie z oczu, a nawet jeszcze trochę dłużej. Później Carl zobaczył we śnie wszystkich po raz drugi: rodzice wymachujący rękami na swoim miejscu i on na swoim, oddaleni od siebie, każde żyje własnym życiem - tu jestem, to byłem ja, do widzenia, moi kochani.
"Nasi rodzice powinni mieć kiedyś w życiu lepiej". Coś się w tym zdaniu nie zgadzało.