1
Bosch miał już tabletki ułożone w rządku na blacie. Nalewał wodę do szklanki, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Siedział przy stole i zastanawiał się, czy tego nie zignorować. Córka miała klucz, więc nie musiała dzwonić, a nikogo innego się nie spodziewał. To na pewno prawnik albo sąsiad, a tych drugich już w ogóle nie znał. Sąsiedztwo zmieniało się co kilka lat, a po ponad trzech dekadach dał sobie spokój z witaniem i poznawaniem nowych mieszkańców. Podobała mu się rola marudnego emerytowanego gliniarza, do którego nikt nie miał ochoty się zbliżać.
Dzwonek odezwał się jednak ponownie, towarzyszył mu również głos wołający go po imieniu. Znał ten głos.
- Harry, wiem, że tam jesteś. Twoje auto stoi przed domem.
Otworzył szufladę pod blatem - znajdowały się w niej plastikowe przybory kuchenne, serwetki i jednorazowe pałeczki dodawane do zamawianego azjatyckiego jedzenia. Zgarnął wszystkie tabletki do szuflady i zamknął ją szybkim ruchem, po czym wstał i ruszył do drzwi.
Renée Ballard stała w progu. Bosch nie widział jej od niemal roku. Wyglądała na szczuplejszą, niż pamiętał. Jej marynarkę wyraźnie wypychał kształt pistoletu przypiętego do biodra.
- Cześć, Harry - powiedziała.
- Obcięłaś włosy.
- Tak, jakiś czas temu.
- Co tutaj robisz, Renée?
Zmarszczyła brwi, jakby spodziewała się cieplejszego powitania. Bosch nie miał pojęcia, na co liczyła, biorąc pod uwagę, jak potoczyły się sprawy w ubiegłym roku.
- Finbar - odparła.
- Co?
- Wiesz co. Finbar McShane.
- Co z nim?
- Nadal jest na wolności. Chcesz ze mną pracować czy będziesz się tu kisił ze swoją wściekłością?
- O czym ty mówisz?
- Jeśli mnie wpuścisz, to ci wyjaśnię.
Zawahał się, ale po chwili zrobił krok w tył i niechętnie dał jej znak ręką, by weszła.
Ballard wkroczyła do środka i zatrzymała się przy stole.
- Żadnej muzyki? - spytała.
- Nie dzisiaj. Więc co z tym McShane'em?
Pokiwała głową na znak, że już przechodzi do sedna.
- Dowodzę Zespołem do spraw Niewykrytych Zabójstw.
- Z tego, co słyszałem, zespół zamknięto. Rozwiązali go, bo ważniejsze było zwiększenie liczby patroli.
- To prawda, ale sytuacja się zmieniła. Wydział jest pod presją, by pozamykać stare sprawy. Wiesz, kim jest Jake Pearlman, prawda?
- Radnym miejskim.
- W zasadzie to twój radny. Jego siostrę zamordowano przed laty i nigdy nie wykryto sprawcy. Kiedy został wybrany, odkrył, że po cichu zlikwidowali zespół i nikt nie zajmuje się nierozwiązanymi sprawami.
- No i?
- Usłyszałam o tym i poszłam do kapitana z propozycją: przejdę z WRZ i na nowo otworzę Zespół do spraw Niewykrytych Zabójstw.
- Sama?
- Nie. Dlatego tutaj jestem. Dziesiąte piętro dało zielone światło: jeden oficer, czyli ja, a reszta to rezerwiści, ochotnicy i pracownicy kontraktowi. To nie był mój pomysł. Inne departamenty stosują taki model od kilku lat i się sprawdza. Szczerze mówiąc, twoja robota w San Fernando podsunęła mi ten plan.
- I chcesz mnie w tym... zespole, czy jakkolwiek to nazywasz. Nie mogę być rezerwistą. Nie przeszedłbym testów sprawnościowych. Przebiec półtora kilometra w mniej niż dziesięć minut? Bez szans.
- Dobra, więc zostaniesz ochotnikiem albo podpiszemy umowę. Wyciągnęłam akta sprawy Gallagherów. Sześć segregatorów do czterech morderstw - z pewnością więcej, niż zabrałeś ze sobą. Mógłbyś oficjalnie wrócić do sprawy McShane'a.
Bosch zastanawiał się nad tym przez chwilę. W dwa tysiące trzynastym McShane zamordował rodzinę Gallagherów i pochował ich na pustyni. Harry'emu nigdy nie udało się tego udowodnić, a potem przeszedł na emeryturę. Nie rozwiązał wszystkich spraw przydzielonych w ciągu niemal trzydziestu lat służby. Żaden detektyw z wydziału zabójstw tego nie dokonał. Ale tutaj chodziło o całą rodzinę. Tej jednej sprawy najbardziej nie chciał zostawiać otwartej.
- Dobrze wiesz, że nie rozstałem się z nimi w zgodzie - powiedział w końcu. - Odszedłem, zanim zdążyli mnie wywalić. A potem ich pozwałem. W życiu nie pozwolą mi wejść na komendę.
- Jeśli tylko chcesz, to masz tę robotę. Załatwiłam to przed przyjściem tutaj. Teraz jest inny kapitan i inni ludzie. Szczerze mówiąc, niewielu cię kojarzy. Nie ma cię od ilu, pięciu lat? Sześciu? To zupełnie inny wydział.
- Na dziesiątym piętrze na pewno mnie pamiętają.
Na dziesiątym piętrze Budynku Administracji Policji mieściły się biura komendanta i większości kadry dowódczej.
- No to się zdziwisz, ale już nie pracujemy w BAP - odparła Ballard. - Siedzimy w Westchester w nowym archiwum. Znacznie mniej polityki i wścibskich spojrzeń.
To go zaintrygowało.
- Sześć segregatorów - dumał na głos.
- Stoją równiutko na pustym biurku, razem z plakietką z twoim nazwiskiem.
Odchodząc na emeryturę, zabrał ze sobą kopie mnóstwa dokumentów. Chronologię wydarzeń i wszystkie raporty, które uznał za istotne. Od tamtej pory bezustannie pracował nad tą sprawą, ale musiał przyznać, że nic nie wskórał, a Finbar McShane nadal przebywał na wolności i cieszył się życiem. Bosch nie znalazł żadnych dowodów, ale był pewny, że to on. On zamordował tę rodzinę. Oferta Ballard naprawdę go kusiła.
- Czyli pracuję z tobą i zajmuję się sprawą Gallagherów? - spytał.
- Tak, zajmujesz się tą sprawą. Ale innymi też.
- Zawsze jest jakiś haczyk.
- Muszę wykazywać wyniki. Udowodnić, że rozwiązanie tej jednostki było błędem. Sprawa Gallagherów to masa roboty: sześć segregatorów do przejrzenia, żadnych śladów DNA ani odcisków palców. Trzeba się do tego zabrać w starym stylu, bez wsparcia techniki, i mnie to nie przeszkadza, ale musimy rozwiązać parę innych, by usprawiedliwić istnienie zespołu. Czy to dla ciebie problem?
Nie odpowiedział od razu. Doskonale pamiętał, jak Ballard załatwiła go rok wcześniej. Odeszła ze służby, bo miała dosyć polityki, biurokracji, mizoginii - tego wszystkiego. Dogadali się, że będą pracować razem na własny rachunek. A potem nagle powiedziała, że z ich planu nici, bo komendant skusił ją obietnicą możliwości wyboru jednostki. Zdecydowała się na Wydział Rozbojów i Zabójstw w centrum, a ich spółkę szlag trafił.
- Wiesz, zacząłem się rozglądać za biurami - odparł w końcu. - W budynku za Hollywood Athletic Club jest fajne, dwupokojowe.
- Słuchaj, Harry. Przeprosiłam już za to, jak to załatwiłam. Ale ty też jesteś częściowo winny.
- Ja? Gówno prawda.
- To ty mi powiedziałeś, że mam większą szansę coś zmienić od wewnątrz, a nie od zewnątrz. I dokładnie to postanowiłam zrobić. Zatem jeśli chcesz, możesz wszystko zwalić na mnie, ale tak naprawdę postąpiłam zgodnie z twoją radą.
Bosch pokręcił głową. Nie pamiętał, żeby coś takiego mówił, ale zgadzał się z tym stwierdzeniem. Tak właśnie radził córce, kiedy na fali protestów i nienawiści wymierzonych w policję zastanawiała się nad wstąpieniem w jej szeregi.
- Dobra, w porządku. Wchodzę w to. Dostanę odznakę?
- Ani odznaki, ani spluwy. Ale dostaniesz biurko i sześć segregatorów. Kiedy możesz zacząć?
Harry pomyślał o tabletkach, które chwilę wcześniej równiutko ułożył na stole.
- Kiedy tylko chcesz - odparł.
- Świetnie. Widzimy się w poniedziałek. W recepcji będzie na ciebie czekała przepustka, potem wyrobimy identyfikator. Zrobią ci zdjęcie i pobiorą odciski palców.
- Dostanę biurko przy oknie?
Mówiąc to, Bosch się uśmiechnął. Ballard nie odwzajemniła uśmiechu.
- Nie przeginaj - mruknęła.
2
Ballard siedziała przy biurku i pisała projekt budżetu na badania DNA, kiedy zadzwonił jej telefon. Spojrzała na wyświetlacz: recepcja.
- Jest tutaj jakiś facet, podobno miała na niego czekać przepustka. Heron... Her... nie dam rady. Na nazwisko ma Bosch.
- Przepraszam, zapomniałam to załatwić. Daj mu przepustkę dla gości. Będzie tutaj pracował, więc później wyrobimy mu identyfikator. Ma na imię Hieronim. Rymuje się z anonim.
- Dobra, wpuszczam go.
Renée odłożyła słuchawkę i ruszyła w stronę wejścia do archiwum. Wiedziała, że Bosch będzie rozdrażniony recepcyjną biurokracją. Gdy otworzyła drzwi, stał dwa metry dalej i wpatrywał się w ścianę. Uśmiechnęła się.
- Co o tym myślisz? - zapytała. - Kazałam im to namalować.
Odsunęła się i sama spojrzała na napis:
Zespół do spraw Niewykrytych Zabójstw
Każdy się liczy albo nikt się nie liczy.
Bosch pokręcił głową. Każdy się liczy albo nikt się nie liczy odzwierciedlało jego filozofię, którą kierował się zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. To nie byle slogan, a już na pewno nie taki, który chciałby zobaczyć namalowany na ścianie. To coś, co należy czuć i rozumieć. Nie coś, co trzeba reklamować albo czego można nauczyć.
- Daj spokój, potrzebne nam porządne motto. Hasło. Chcę zaszczepić ducha wspólnoty w tej jednostce. Będziemy wymiatać - powiedziała.
Nie skomentował jej słów.
- Chodź do środka, znajdziemy ci miejsce - zaproponowała.
Poprowadziła go wzdłuż rzędu regałów, na których stały akta posegregowane według dat i numerów spraw. Skręcili w lewo i doszli do oficjalnej części roboczej nowo powstałego zespołu. Znajdowało się tam siedem biurek oddzielonych ściankami działowymi, ustawionych w dwóch rzędach po trzy i ostatnie na końcu.
Dwa były teraz zajęte, głowy śledczych ledwie wystawały nad ściankami. Ballard zatrzymała się przy ostatnim biurku.
- Tutaj jest moje miejsce, a dla ciebie przygotowałam to - powiedziała, wskazując na blat sąsiadujący z jej.
Harry podszedł do swojego krzesła, a ona oparła łokcie na szczycie ścianki działowej i spojrzała na jego biurko. Ułożyła już na nim akta w dwie kupki: większą i mniejszą.
- Ta duża to sprawa Gallagherów - oznajmiła. - Zapewne rozpoznałeś akta.
- A ta?
Bosch otworzył segregator z mniejszego stosu.
- To jest haczyk. Sprawa Sarah Pearlman. Zacznij od niej - wyjaśniła Renée.
- Siostra radnego. Ty się nią jeszcze nie zajęłaś?
- Owszem, zajęłam i moim zdaniem nic tu nie wskóramy. Ale złe wieści przekażę mu, dopiero gdy poznam twoją opinię.
Harry skinął głową.
- W porządku, zobaczę, co da się zrobić.
- Zanim rzucisz się w wir pracy, pozwól, że przedstawię ci Lilię i Thomasa.
Ballard podeszła do końca rzędu, gdzie przy biurkach siedziało dwoje pięćdziesięcioparolatków - mężczyzna i kobieta. Położyła Thomasowi dłoń na ramieniu, gdy go przedstawiała. Oboje sprawiali wrażenie profesjonalistów. Mężczyzna nosił ciasno zawiązany krawat, marynarkę garnituru powiesił na oparciu fotela. Miał ciemne włosy i wąsy, nosił okulary do czytania. Kobieta miała ciemne włosy i ciemną karnację. Ubierała się w takim samym stylu jak Ballard: damski garnitur i biała koszula. W klapie marynarki nosiła przypinkę z amerykańską flagą. Bosch zastanawiał się, czy dzięki temu unikała pytań o narodowość.
- To jest Thomas Laffont, dołączył do nas w zeszłym tygodniu - oznajmiła Renée. - Jest emerytowanym agentem FBI, pracuje razem z Lilią Aghzafi, która przepracowała dwadzieścia lat w Vegas Metro, zanim zapragnęła zobaczyć ocean i spędzić emeryturę na wybrzeżu. Wyszukują nam kandydatów do genealogicznych badań genetycznych, co jak być może wiesz, jest ostatnim krzykiem mody w środowisku zajmującym się niewyjaśnionymi sprawami.
Bosch skinął im głową. Wymienili uściski dłoni.
- A to jest Harry Bosch - ciągnęła Ballard. - Emerytowany policjant. Sam nie będzie się chwalił, więc go wyręczę: jest jednym z założycieli poprzedniego Zespołu do spraw Niewykrytych Zabójstw i może się poszczycić najdłuższym stażem w wydziale zabójstw spośród wszystkich gliniarzy.
Po oficjalnej prezentacji obserwowała jego niezręczne próby prowadzenia luźnej pogawędki z nowymi współpracownikami. Nie potrafił ukrywać swojej wieloletniej niechęci do FBI. W końcu postanowiła go ratować i odprowadzić do jego biurka. Powiedziała Thomasowi i Lilii, że musi ustalić jeszcze kilka rzeczy ze "świeżakiem".
Gdy wrócili do siebie, Ballard ponownie stanęła oparta o ściankę działową.
- Wow - rzuciła. - Widzę, że pozbyłeś się tego porno wąsa. Zrobiłeś to po naszej rozmowie?
Miała pewność, że tak, inaczej od razu by to zauważyła. Harry zaczerwienił się i błyskawicznie zerknął, czy pozostali usłyszeli ten komentarz. Potem przesunął palcami po górnej wardze, upewniając się, że wąs zniknął.
- Robił się biały.
Nie zaoferował żadnego więcej wyjaśnienia. Ballard jednak wiedziała, że jego wąsy musiały siwieć na długo przed tym, jak go poznała.
- Maddie na pewno się z tego cieszy - ciągnęła.
- Jeszcze nic o tym nie wie.
- A w ogóle co u niej słychać?
- Wszystko w porządku. Dużo pracuje.
- Podobno świeżo po ukończeniu Akademii przydzielili ją do Hollywood? Szczęściara.
- Ta, jest na dziennej zmianie. Ta cała genealogia, jak to działa?
Było jasne, że nie ma ochoty na osobiste pytania i rozpaczliwie próbuje zmienić temat.
- Nie musisz się tym przejmować - odparła Renée. - To dobre i skuteczne narzędzie, ale jak wszystko związane z nauką jest również drogie. Dlatego też starannie muszę wybierać cele. Dostaliśmy grant od Fundacji Ahmansona, która zresztą podarowała nam budynek, ale pełne badanie genetyczne kosztuje około osiemnastu tysięcy dolarów, jeśli wykonamy je na zewnątrz. Tom i Lilia zajmują się typowaniem spraw razem z jeszcze jednym śledczym, którego pewnie poznasz jutro. Mamy carte blanche na zwykłe badania DNA, ponieważ robimy je wewnętrznie. Ustawiamy się po prostu w kolejce i czekamy. Komendant sprezentował mi również specjalną kartę "idź na początek kolejki", z której mogę skorzystać raz w miesiącu. Przydzielił także laboranta zajmującego się naszymi sprawami.
- Miło z jego strony.
- Ta, ale wróćmy do meritum. Od rezerwistów i ochotników wymagam obecności w pracy przynajmniej jeden dzień, ale większość i tak jest częściej. Staram się ich rozdzielać, aby od poniedziałku do czwartku była chociaż jedna osoba. Ja przychodzę codziennie. Tom i Lilia są w poniedziałki, Paul Masser i Colleen Hatteras we wtorki, Lou Rawls w środy, a ty... Zakładałabym czwartki, ale jak cię znam, to i tak będziesz tu spędzał znacznie więcej czasu. Podobnie jak reszta, jeśli mam być szczera.
- Lou Rawls1... serio?
- Nie. Nawet nie jest czarny. Naprawdę nazywa się Ted Rawls, ale po kilku latach w policji musiał się doczekać najbardziej oczywistej ksywki. Niektórzy nadal mówią do niego Lou i chyba nawet to lubi.
Bosch pokiwał głową.
Ballard nachyliła się i ściszyła głos:
- Powinieneś jednak wiedzieć, że to nie ja wybrałam Rawlsa.
Harry przysunął się na krześle, aby lepiej ją słyszeć.
- Co masz na myśli? - spytał niemal szeptem.
- Jest więcej chętnych niż miejsc w naszym zespole. Komendant dał mi zielone światło w kwestii wyboru kandydatów i chętnie z tego korzystam. Jednak Lou Rawls został tu umieszczony przez Pearlmana.
- Radnego?
- On i szef jego sztabu są bardzo zaborczy. Chodzi zarówno o jego siostrę, jak i o politykę. Jego ambicje sięgają znacznie dalej niż rada miasta, a sukces tego zespołu może mu pomóc je spełnić. Dlatego wpakował tu Rawlsa i muszę się z tym pogodzić.
- Nigdy o nim nie słyszałem, a z taką ksywką to raczej niemożliwe. Nie jest zatem z Los Angeles, prawda?
- Nie, pracował w Santa Monica, ale to było piętnaście lat temu, więc niewiele z niego pożytku. Trzeba go trzymać za rączkę, a na domiar złego szepcze o wszystkim na ucho Pearlmanowi i Hastingsowi.
- Hastingsowi?
- Nelson Hastings jest szefem sztabu naszego radnego. Ci trzej to chyba najlepsi kumple. Rawls odszedł z policji Santa Monica po dziesięciu latach służby i rozkręcił własny interes. Dla niego to dodatkowa fucha.
- Jaki interes? Jest prywatnym detektywem?
- Nie, chodzi o prawdziwe interesy. Ma kilka punktów kurierskich. Jak UPS, Fedex Box i tym podobne. Są rozsiane po całym mieście i najwyraźniej nieźle na nich zarabia. Jeździ drogim autem i ma dom w Santa Monica w okolicy kampusu. Zakładam, że należy do głównych sponsorów kampanii Pearlmana.
Harry znowu pokiwał głową. Doskonale to rozumiał: coś za coś.
Ballard zorientowała się, że pozostali zauważyli ich szeptaninę, więc usiadła wyprostowana na swoim krześle, by dalej patrzeć w oczy Boschowi, i normalnym już tonem ciągnęła:
- Jutro poznasz Paula i Colleen, to solidna dwójka. Masser jest emerytowanym zastępcą prokuratora okręgowego, zajmował się najcięższymi przestępstwami, więc jego pomoc jest nieoceniona przy nakazach, prawnych zagwozdkach oraz opracowywaniu strategii. Znacznie łatwiej się tak pracuje, zamiast co chwilę wydzwaniać do prokuratury z pytaniami.
- Chyba go kojarzę. A Hatteras?
- Nie pracowała wcześniej w wymiarze sprawiedliwości. To nasza genealożka i, jak to mówią, "domorosły detektyw".
- Amatorka? Poważnie?
- Poważnie. Jest świetna w znajdywaniu informacji w Internecie, a to podstawa w genealogii. Wiesz co to jest GGS, prawda?
- Eee...
- Genetyczna genealogia sądowa. Wrzucasz DNA podejrzanego do GEDmatch, która ma dostęp do wielu różnych baz danych, potem siadasz i czekasz na wynik. Musiałeś o tym słyszeć. Było bardzo często wykorzystywane podczas badania niewyjaśnionych spraw, dopóki nie przyczepili się do ochrony danych osobowych. Teraz jest znacznie bardziej ograniczone, ale i tak warto wyszukiwać.
- Tak dorwali Golden State Killera2, co nie?
- Zgadza się. Wrzucasz DNA i jak masz fart, wyskoczy ci jakiś krewny. Kuzyn z czwartej linii albo zaginiony brat, o którym nikt nie wiedział. Wtedy zaczyna się inżynieria społeczna. Nawiązujesz kontakt w sieci i tworzysz drzewo genealogiczne z nadzieją, że jedna z gałęzi doprowadzi cię do osoby, której poszukujesz.
- I w twoim zespole zajmuje się tym cywil.
- Ona jest ekspertką. Daj jej szansę. Lubię ją i moim zdaniem zrobi dla nas wiele dobrego.
Doskonale widziała sceptycyzm w jego spojrzeniu, mimo że odwrócił wzrok.
- Co? - spytała.
- Tworzymy tu jakieś podcasty czy będziemy rozwiązywać sprawy?
Ballard pokręciła głową. Wiedziała, że będzie się w ten sposób zachowywał.
- Nie musisz z nią pracować, ale idę o zakład, że w końcu zmienisz zdanie. Jestem tego pewna. W porządku?
- W porządku. Nie zamierzam robić problemów. Cieszę się, że tutaj jestem. Ty tu rządzisz, a ja z przełożonymi nie dyskutuję.
- Ta, jasne. Takich bajek to już dawno nie słyszałam.
Bosch się rozejrzał.
- Czyli jestem ostatnim członkiem zespołu.
- Ale pierwszym, którego chciałam zrekrutować. Musiałam wszystko dopiąć, zanim się do ciebie wybrałam.
- I musiałaś się upewnić, że góra nie ma nic przeciwko.
- To też.
Były detektyw pokiwał głową.
- Gdzie tutaj można zdobyć kubek kawy? - zapytał.
- Mamy kuchnię z ekspresem i lodówką. Idź przez...
- Ja go zaprowadzę - wszedł jej w słowo Laffont. - Sam potrzebuję zastrzyku energii.
- Dzięki, Tom - powiedziała Ballard.
Laffont wstał i spytał, czy komuś jeszcze przynieść kawy. Ballard i Aghzafi odmówiły, więc razem z Boschem ruszyli do kuchni.
Przełożona patrzyła na nich i modliła się w duchu, by pierwszego dnia pracy Harry nie wszczął awantury z byłym agentem FBI.