Gwiazdka pod psem - Agnieszka Olejnik

Kup ebooka

37.90 zł
29.56 zł (37,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Olgierd Krystyna Tylna okładka

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 7 8 9 10 11 12 13 14 15

Olgierd

Sobotni poranek, druga z kolei kawa, krzyżówka w gazecie telewizyjnej - jednym słowem pora na relaks. Na biurku leżały w równych stosikach wypracowania, które zostały mi do sprawdzenia. Cztery razy po pięć prac. Klasa ósma. Forma: rozprawka, temat: Czy w dzisiejszych czasach ludzie potrzebują przyjaźni? Moja metoda była bardzo prosta: sprawdzałem jedno wypracowanie, machałem parę razy hantlami, żeby rozładować frustrację, sprawdzałem drugie, robiłem parę pompek - i tak dalej. Kiedy uporałem się z całą kupką, pozwalałem sobie na przerwę, którą przeznaczałem zazwyczaj na jakieś drobne przyjemności. Na przykład na krzyżówkę. W ten sposób mogłem odfajkować zarówno trening ciała, jak i umysłu. A przy okazji odwalałem najczarniejszą, najbardziej znienawidzoną robotę: sprawdzanie prac pisemnych.

Z łamania głowy nad krzyżówkowym hasłem "imię z wigorem" wyrwał mnie dzwonek telefonu. To musiała być mama albo siostra. W grę wchodził jeszcze Adam, mój przyjaciel, ale wiedziałem doskonale, że on w soboty o tej porze śpi. Zwłaszcza że był szary, ponury, deszczowy koniec listopada, a nie spodziewałem się, żeby w Dublinie, gdzie mieszkał od kilku lat, panowała dużo lepsza pogoda. W takie dni, jak przypuszczałem, Adam w ogóle nie wstawał z łóżka. O żadnej porze.

Jak się okazało, dzwoniła moja siostra Judyta. Poszczęściło jej się w życiu, poznała fantastycznego faceta, który całkiem przypadkiem był diabelnie bogatym Szwajcarem, posiadającym dom z widokiem na Alpy. Odkąd z nim zamieszkała, z każdym dniem odkrywała, jak cudowne staje się życie, kiedy człowiek nie musi myśleć o pieniądzach, ma u boku dobrego towarzysza i generalnie wyznaje zasadę carpe diem.

Na swój sposób poszczęściło się także mnie. Wprawdzie zarabiałem marnie, nie miałem nikogo u boku, a carpe diem niezupełnie mi wychodziło, ale dzięki zamążpójściu Judyty dostałem w prezencie jej mieszkanie, a to dla nauczyciela, który chciał się wyrwać spod skrzydeł nadopiekuńczej mamusi, naprawdę nie lada gratka.

- Hej! Mama mówi, że nie odbierasz - zagaiła Judyta i zawiesiła głos w oczekiwaniu, że podejmę temat. Ponieważ jednak tego nie zrobiłem, ciągnęła: - Martwi się, że od tej samotności wpadłeś w depresję.

- Ależ odbieram - zaprotestowałem. - Tyle że nie zawsze. Mama potrafi zadzwonić trzy razy w ciągu godziny.

- Ma jakieś problemy? Coś jej dolega? - zaniepokoiła się.

Przyszło mi do głowy, że mieszkając tak daleko, łatwo jest być troskliwym dzieckiem. Staje się to trochę trudniejsze, gdy człowiek zdołał uciec tylko do sąsiedniej dzielnicy.

- Nie, skądże, nie martw się - uspokoiłem ją. - Dzwoni w różnych sprawach, ale żadnej z nich nie nazwałbym problemem. Na przykład wczoraj chciała się upewnić, czy pamiętam, że niebieską koszulę trzeba prać osobno, bo chyba farbuje. To nowa koszula, mama kupiła ją na ryneczku. Właściwie wzięła dwie jednakowe, ponieważ uznała, że są niedrogie i dobre gatunkowo.

- Nie podobają ci się? - zapytała domyślnie Judyta.

- Nie w tym rzecz. Po prostu dwie takie same... Ale nie, w zasadzie nie mam nic przeciwko. W każdym razie pamiętałem, żeby wyprać osobno. Potem zadzwoniła ponownie, tym razem z zapewnieniem, że gdyby mi nie szło prasowanie rękawów, to ona może mi wyprasować.

- Nie umiesz prasować koszul?!

- Umiem. Robię to, odkąd wyprowadziłem się od mamy. Mimo to ona przynajmniej raz w tygodniu dzwoni, by mi powiedzieć, że jakby co, to może mi pomóc z tymi rękawami.

- Chce się czuć potrzebna - rozczuliła się moja siostra. - Dobrze wiesz, że byłeś dla niej całym światem. Została sama i nie może sobie znaleźć celu w życiu. Gdybyś chociaż miał dzieci...

- Sama ich nie masz - uciąłem. - Więc odczep się ode mnie. A poza tym nie przesadzajmy, mama skończyła raptem pięćdziesiąt dziewięć lat. Mam w pracy starsze koleżanki. Chodzą na zumbę, jeżdżą w góry, uczą się hiszpańskiego i w ogóle zachowują się tak, jakby były młodsze ode mnie.

- Bo ty żyjesz jak staruszek. Nigdzie nie wychodzisz, nikogo nie spotykasz...

Poczułem, jak kiełkuje we mnie bunt. Tylko nie to! Nie mogłem pozwolić, żeby Judyta, która w gruncie rzeczy nic nie wiedziała o moim obecnym życiu, wymądrzała się i pouczała mnie niczym jakiegoś smarkacza.

- Słuchaj, przepraszam cię, ale ktoś właśnie do mnie dzwoni. - Kłamstwo gładko przeszło mi przez gardło. - Odezwę się za parę dni. Pozdrów Christiana. Pa!

Rozłączyłem się, nie czekając na jej "pa", i z ulgą spojrzałem sobie w oczy w wielkim lustrze wiszącym nad komodą w przedpokoju. Mimowolnie wciągnąłem brzuch i wypiąłem klatkę piersiową. "Nigdzie nie wychodzisz, nikogo nie spotykasz". No i co z tego? Zacząłem ćwiczyć, co drugi dzień zawzięcie pedałowałem na rowerze stacjonarnym, wykupiłem karnet na basen. Postanowiłem też mniej jeździć, a więcej chodzić. Jeśli to nie był krok w dobrym kierunku, to co miałoby nim być? Obiecałem sobie, że pewnego dnia zrobię także drugi krok: zaproszę Sarę na kolację do eleganckiej restauracji. A wówczas nasza znajomość wreszcie skręci w tę stronę, w którą powinna zmierzać od początku.

Sara była najpiękniejszą kobietą, jaką znałem. Piękniejszą niż gwiazdy filmowe i modelki, piękniejszą niż moja jedyna młodzieńcza miłość, ba, piękniejszą nawet niż moje wyobrażenia o pięknie! Miała leciutko skośne brązowe oczy, okolone firankami bardzo długich czarnych rzęs. Jej kości policzkowe były odrobinę wystające, usta pełne, włosy złociste, cera aksamitna niczym skórka moreli. Ale najpiękniejszą miała sylwetkę. Wąska talia, krągła pupa, smukłe uda, piersi niczym mandarynki (nigdy nie gustowałem w obfitych biustach), szczupłe ramiona. Mógłbym patrzeć na nią godzinami i wyobrażać sobie, że jest moja, że wolno mi tego wszystkiego dotknąć. Nie byłem w niej zakochany, Boże broń! Żadnej miłości, żadnych ckliwych, romantycznych głupot! Zwłaszcza że Sara miała faceta, a ja byłem wtajemniczony we wszystkie szczegóły tego związku. Więc nie, zakochany absolutnie nie. Byłem tylko (albo aż) kompletnie zafiksowany na jej punkcie. W sensie cielesnym. Sprawy erotyczne interesowały mnie ogromnie, jako że byłem zdrowym trzydziestolatkiem, a szczególnego doświadczenia w sprawach seksu dotąd nie nabyłem. Jakoś się nie złożyło.

Wyszedłem na balkon, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza i sprawdzić temperaturę. Rześko! Trzeba będzie odwiedzić mamę, bo dawno u niej nie byłem, pomyślałem. W soboty pracuje tylko do czternastej, więc wpadnę do niej do sklepu i potem pomogę jej zrobić zakupy. Przynajmniej do końca weekendu nie będzie dzwonić, by się upewnić, czy nie mam depresji.

Przekręcając klucz w drzwiach, doznałem olśnienia. Imię z wigorem: oczywiście Igor! Kto wymyśla te zagadki?! Nie chciało mi się zdejmować butów, więc wszedłem na palcach, bo przyjemność z wpisania trudnego hasła do krzyżówki przewyższała przykrość związaną z koniecznością późniejszego sprzątania. Taki już byłem. Nie znosiłem nierozwiązanych spraw, nawet jeśli chodziło jedynie o krzyżówkę.

Krystyna

Westchnęłam, spoglądając na zegar. Oluś na pewno jeszcze śpi. Sobotnie poranki spędzał w takim rozmemłaniu, że aż serce bolało, gdy człowiek na to patrzył. Dopóki mieszkał ze mną, siłą rzeczy jakoś się organizował. O tej porze miałby już dawno uprzątnięty pokój, skoczyłby na zakupy, a więc zażyłby i świeżego powietrza, i trochę ruchu. A potem przygotowałabym mu śniadanie. Pewnie nic nie je do południa.

Matczyne serce ściskało się z żalu za każdym razem, gdy uświadamiałam sobie, że on jest w wolne dni zupełnie sam. Co mu z takiego weekendu? Weekend człowiek powinien spędzać z rodziną, zabrać żonę do kina, pobawić się z dziećmi, uczyć jazdy na rowerku albo pływania. Chociaż teraz, na przełomie listopada i grudnia, to ani jedno, ani drugie, jeszcze by się przeziębiły. Wracając z basenu, łatwo przecież złapać zapalenie ucha.

Że też Judytka nie miała dzieci... Gdyby urodziła córkę, mogłaby dać jej na imię Zuzia. Takie ładne i uniwersalne: w dzieciństwie można zdrabniać, z kolei dorosła Zuzanna brzmi bardzo elegancko i dostojnie. Natomiast na starość - babcia Zuzia, znów miękko i ciepło. Tak samo jak moje imię: babcia Krysia. Pasuje idealnie, tylko wnuków jakoś ani widu, ani słychu. Ale pojawią się. A wtedy znowu w moim życiu zapanuje radość. Będę im dziergała czapki i szaliki, nauczę się robić na szydełku kolorowe maskotki, może nawet wyciągnę z dna szafy maszynę do szycia i czasem coś uszyję.

I żeby Oluś sobie kogoś znalazł. Samotne życie jest takie jałowe... Człowiek tylko trwa niczym roślina, odlicza dni, chodzi do pracy i wraca do domu, bez żadnego celu. Bo przecież cały ten kołowrotek, pośpiech, gonitwa, zarabianie pieniędzy - nie dają szczęścia, są jedynie środkiem do jego osiągniecia. W życiu naprawdę liczą się drugi człowiek, miłość i rodzina. Mój syn nie ma żadnej z tych rzeczy. Odkąd Judytka zamieszkała za granicą, tylko ja mu zostałam.

Postanowiłam, że zadzwonię do niego z pracy, może zaproszę go na obiad, bo pewnie sam nic sobie nie ugotuje. Od dawna jadał na mieście, ale kiedyś przynajmniej zachodził do pani Janeczki na pierogi. Teraz pierogarnia została zamknięta, bo obok wybudowali McDonald's, i oczywiście, jak znam życie, mój Oluś je te wszystkie fast foody. Na szczęście ma jeszcze matkę, która o niego zadba. Wyciągnę z zamrażarki bigos, ugotuję łazanki - on uwielbia to połączenie. Proste, domowe jedzenie jest najlepsze.

Spojrzałam na zegar - pora szykować się do pracy. Czekał mnie kolejny nudny dzień wśród torebek, pasków i portfeli. Cztery godziny odpowiadania na pytania o cenę, słuchania narzekań, że tak drogo, a te tańsze to z byle jakiego tworzywa, nie ze skóry.

Kiedy wyszłam z domu, w twarz uderzył mnie podmuch wilgotnego wiatru. Nie sądziłam, że jest tak zimno. Schowałam szyję w kołnierz płaszcza. Należałoby kupić sobie ciepłą kurtkę, ale w sklepach nie było nic w odpowiednim fasonie - same młodzieżowe, w dodatku w okropnie krzykliwych kolorach. Ja nosiłam stonowane beże, brązy, szarości, no i elegancką czerń. Choć w moim przypadku niezupełnie pasowało tu słowo "elegancka", bo już od dawna nie dbałam o elegancję, raczej o wygodę.

Wchodząc do sklepu, przywitałam się z Małgosią, chudziną z obuwniczego, która jak zwykle rano myła okno. Biedactwo. Dokładnie przed ich witryną znajdowało się wgłębienie w asfalcie i ilekroć spadł deszcz, przejeżdżające auta chlapały błotem prosto w szybę. Szefowa była wymagająca, by nie rzec złośliwa; zauważyłaby każdą plamkę, każdy zaciek.

W sklepie przywitał mnie zapach skóry i tworzywa sztucznego. Wiedziałam, że po kilkunastu minutach przestanę go czuć, ale pierwsze chwile były zawsze nieprzyjemne. Przez tyle lat nie zdołałam się przyzwyczaić. Kiedyś sprzedawałam w księgarni i tamten aromat bardzo mi odpowiadał. Jednak właścicielka była nieznośną plotkarą i intrygantką, wszyscy pracownicy uciekali, gdy tylko pojawiła się taka możliwość. Wreszcie i ja zrobiłam to samo. Teraz było mi znacznie lepiej. Moim szefem był pan Stanisław - spokojny człowiek, konkretny i uczciwy. Właściwie niewiele miałam z nim dotąd do czynienia, bo wszystkim zajmowała się jego żona. Dopiero od jakiegoś miesiąca on sam pojawiał się w sklepie. Niewiele mówił, nie miewał pretensji, po prostu odbierał raport, przeliczał pieniądze, raz w tygodniu przywoził nowy towar i nawet pomagał przy jego rozpakowywaniu. Wydawał się przygnębiony, jakby zatroskany. Pewnie powinnam go zapytać, co się stało, czy żona zachorowała... Tylko nie wiedziałam, czy nie potraktowałby tego jako wtrącanie się w prywatne sprawy. Zresztą może wyjechała do jakiegoś sanatorium, bo czasem narzekała na kręgosłup.

Postanowiłam zmienić dekoracje na witrynie. W większości sklepów pojawiły się już ozdoby świąteczne, choć był dopiero ostatni dzień listopada. Zastanawiałam się, czy to nie odbierze Bożemu Narodzeniu odrobiny czaru. Zanim nadejdzie Gwiazdka, mikołajki i reniferki zdążą się już nam wszystkim opatrzyć. Jednak z drugiej strony, skoro sąsiednie sklepy przystroiły się w złoto, zieleń i czerwień, mój nie mógł być gorszy, bo to zniechęciłoby klientów.

Wpadłam na pomysł, aby wystawić na witrynie torebki w tradycyjnych kolorach Bożego Narodzenia. Przez chwilę rozglądałam się po półkach i w końcu znalazłam kilka naprawdę pięknych toreb w odcieniach ciemnej czerwieni. Problem był tylko z zielonymi, bo rzadko ktoś je kupował, więc nie miałam zbyt wielu na stanie. Jednak w końcu wybrałam dwie skórzane listonoszki i zgrabny plecak z ekoskóry. Teraz pozostało mi to ładnie skomponować i dobrać jakieś skromne ozdoby. Miałam już nawet na oku bombki z kremowej koronki, sprzedawała je na ryneczku sympatyczna staruszka. Pomyślałam, że kupię kilka i ułożę między torebkami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki