Sobotni poranek, druga z kolei kawa, krzyżówka w gazecie telewizyjnej - jednym słowem pora na relaks. Na biurku leżały w równych stosikach wypracowania, które zostały mi do sprawdzenia. Cztery razy po pięć prac. Klasa ósma. Forma: rozprawka, temat: Czy w dzisiejszych czasach ludzie potrzebują przyjaźni? Moja metoda była bardzo prosta: sprawdzałem jedno wypracowanie, machałem parę razy hantlami, żeby rozładować frustrację, sprawdzałem drugie, robiłem parę pompek - i tak dalej. Kiedy uporałem się z całą kupką, pozwalałem sobie na przerwę, którą przeznaczałem zazwyczaj na jakieś drobne przyjemności. Na przykład na krzyżówkę. W ten sposób mogłem odfajkować zarówno trening ciała, jak i umysłu. A przy okazji odwalałem najczarniejszą, najbardziej znienawidzoną robotę: sprawdzanie prac pisemnych.
Z łamania głowy nad krzyżówkowym hasłem "imię z wigorem" wyrwał mnie dzwonek telefonu. To musiała być mama albo siostra. W grę wchodził jeszcze Adam, mój przyjaciel, ale wiedziałem doskonale, że on w soboty o tej porze śpi. Zwłaszcza że był szary, ponury, deszczowy koniec listopada, a nie spodziewałem się, żeby w Dublinie, gdzie mieszkał od kilku lat, panowała dużo lepsza pogoda. W takie dni, jak przypuszczałem, Adam w ogóle nie wstawał z łóżka. O żadnej porze.
Jak się okazało, dzwoniła moja siostra Judyta. Poszczęściło jej się w życiu, poznała fantastycznego faceta, który całkiem przypadkiem był diabelnie bogatym Szwajcarem, posiadającym dom z widokiem na Alpy. Odkąd z nim zamieszkała, z każdym dniem odkrywała, jak cudowne staje się życie, kiedy człowiek nie musi myśleć o pieniądzach, ma u boku dobrego towarzysza i generalnie wyznaje zasadę carpe diem.
Na swój sposób poszczęściło się także mnie. Wprawdzie zarabiałem marnie, nie miałem nikogo u boku, a carpe diem niezupełnie mi wychodziło, ale dzięki zamążpójściu Judyty dostałem w prezencie jej mieszkanie, a to dla nauczyciela, który chciał się wyrwać spod skrzydeł nadopiekuńczej mamusi, naprawdę nie lada gratka.
- Hej! Mama mówi, że nie odbierasz - zagaiła Judyta i zawiesiła głos w oczekiwaniu, że podejmę temat. Ponieważ jednak tego nie zrobiłem, ciągnęła: - Martwi się, że od tej samotności wpadłeś w depresję.
- Ależ odbieram - zaprotestowałem. - Tyle że nie zawsze. Mama potrafi zadzwonić trzy razy w ciągu godziny.
- Ma jakieś problemy? Coś jej dolega? - zaniepokoiła się.
Przyszło mi do głowy, że mieszkając tak daleko, łatwo jest być troskliwym dzieckiem. Staje się to trochę trudniejsze, gdy człowiek zdołał uciec tylko do sąsiedniej dzielnicy.
- Nie, skądże, nie martw się - uspokoiłem ją. - Dzwoni w różnych sprawach, ale żadnej z nich nie nazwałbym problemem. Na przykład wczoraj chciała się upewnić, czy pamiętam, że niebieską koszulę trzeba prać osobno, bo chyba farbuje. To nowa koszula, mama kupiła ją na ryneczku. Właściwie wzięła dwie jednakowe, ponieważ uznała, że są niedrogie i dobre gatunkowo.
- Nie podobają ci się? - zapytała domyślnie Judyta.
- Nie w tym rzecz. Po prostu dwie takie same... Ale nie, w zasadzie nie mam nic przeciwko. W każdym razie pamiętałem, żeby wyprać osobno. Potem zadzwoniła ponownie, tym razem z zapewnieniem, że gdyby mi nie szło prasowanie rękawów, to ona może mi wyprasować.
- Nie umiesz prasować koszul?!
- Umiem. Robię to, odkąd wyprowadziłem się od mamy. Mimo to ona przynajmniej raz w tygodniu dzwoni, by mi powiedzieć, że jakby co, to może mi pomóc z tymi rękawami.
- Chce się czuć potrzebna - rozczuliła się moja siostra. - Dobrze wiesz, że byłeś dla niej całym światem. Została sama i nie może sobie znaleźć celu w życiu. Gdybyś chociaż miał dzieci...
- Sama ich nie masz - uciąłem. - Więc odczep się ode mnie. A poza tym nie przesadzajmy, mama skończyła raptem pięćdziesiąt dziewięć lat. Mam w pracy starsze koleżanki. Chodzą na zumbę, jeżdżą w góry, uczą się hiszpańskiego i w ogóle zachowują się tak, jakby były młodsze ode mnie.
- Bo ty żyjesz jak staruszek. Nigdzie nie wychodzisz, nikogo nie spotykasz...
Poczułem, jak kiełkuje we mnie bunt. Tylko nie to! Nie mogłem pozwolić, żeby Judyta, która w gruncie rzeczy nic nie wiedziała o moim obecnym życiu, wymądrzała się i pouczała mnie niczym jakiegoś smarkacza.
- Słuchaj, przepraszam cię, ale ktoś właśnie do mnie dzwoni. - Kłamstwo gładko przeszło mi przez gardło. - Odezwę się za parę dni. Pozdrów Christiana. Pa!
Rozłączyłem się, nie czekając na jej "pa", i z ulgą spojrzałem sobie w oczy w wielkim lustrze wiszącym nad komodą w przedpokoju. Mimowolnie wciągnąłem brzuch i wypiąłem klatkę piersiową. "Nigdzie nie wychodzisz, nikogo nie spotykasz". No i co z tego? Zacząłem ćwiczyć, co drugi dzień zawzięcie pedałowałem na rowerze stacjonarnym, wykupiłem karnet na basen. Postanowiłem też mniej jeździć, a więcej chodzić. Jeśli to nie był krok w dobrym kierunku, to co miałoby nim być? Obiecałem sobie, że pewnego dnia zrobię także drugi krok: zaproszę Sarę na kolację do eleganckiej restauracji. A wówczas nasza znajomość wreszcie skręci w tę stronę, w którą powinna zmierzać od początku.
Sara była najpiękniejszą kobietą, jaką znałem. Piękniejszą niż gwiazdy filmowe i modelki, piękniejszą niż moja jedyna młodzieńcza miłość, ba, piękniejszą nawet niż moje wyobrażenia o pięknie! Miała leciutko skośne brązowe oczy, okolone firankami bardzo długich czarnych rzęs. Jej kości policzkowe były odrobinę wystające, usta pełne, włosy złociste, cera aksamitna niczym skórka moreli. Ale najpiękniejszą miała sylwetkę. Wąska talia, krągła pupa, smukłe uda, piersi niczym mandarynki (nigdy nie gustowałem w obfitych biustach), szczupłe ramiona. Mógłbym patrzeć na nią godzinami i wyobrażać sobie, że jest moja, że wolno mi tego wszystkiego dotknąć. Nie byłem w niej zakochany, Boże broń! Żadnej miłości, żadnych ckliwych, romantycznych głupot! Zwłaszcza że Sara miała faceta, a ja byłem wtajemniczony we wszystkie szczegóły tego związku. Więc nie, zakochany absolutnie nie. Byłem tylko (albo aż) kompletnie zafiksowany na jej punkcie. W sensie cielesnym. Sprawy erotyczne interesowały mnie ogromnie, jako że byłem zdrowym trzydziestolatkiem, a szczególnego doświadczenia w sprawach seksu dotąd nie nabyłem. Jakoś się nie złożyło.
Wyszedłem na balkon, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza i sprawdzić temperaturę. Rześko! Trzeba będzie odwiedzić mamę, bo dawno u niej nie byłem, pomyślałem. W soboty pracuje tylko do czternastej, więc wpadnę do niej do sklepu i potem pomogę jej zrobić zakupy. Przynajmniej do końca weekendu nie będzie dzwonić, by się upewnić, czy nie mam depresji.
Przekręcając klucz w drzwiach, doznałem olśnienia. Imię z wigorem: oczywiście Igor! Kto wymyśla te zagadki?! Nie chciało mi się zdejmować butów, więc wszedłem na palcach, bo przyjemność z wpisania trudnego hasła do krzyżówki przewyższała przykrość związaną z koniecznością późniejszego sprzątania. Taki już byłem. Nie znosiłem nierozwiązanych spraw, nawet jeśli chodziło jedynie o krzyżówkę.