Gwóźdź do trumny - Monika Wawrzyńska

Kup ebooka

39.99 zł
31.49 zł (33,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

W któ­rym Miko­łaj decy­duje się nie umie­rać

Miko­łaj Górecki posta­no­wił nie umie­rać. Przez ostat­nie kil­ka­na­ście godzin zaj­mo­wał się głów­nie roz­wa­ża­niem, czy powi­nien tar­gnąć się na życie. Został porzu­cony i upo­ko­rzony na oczach tłu­mów, jego god­ność została pode­ptana, a honor spla­miony. Gdyby żył dwie­ście lat temu, nie pozo­sta­wa­łoby mu nic innego, jak strze­lić sobie w łeb z ban­do­letu. Nie, ban­do­let to chyba była strzelba, nie uda­łoby się jej więc przy­sta­wić do głowy. No to co tam było innego? Pisto­let skał­kowy? Wszystko jedno. Obec­nie nie dys­po­no­wał ani jed­nym, ani dru­gim. Gdyby fak­tycz­nie chciał się tar­gnąć, to nawet nie miałby jak. Ta myśl zde­ner­wo­wała go nie­bo­tycz­nie. Żeby w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku nie można było roman­tycz­nie zejść z tego świata? Skok z wie­żowca i roz­dyź­da­nie się na chod­niku nie speł­niały jego poglą­dów este­tycz­nych. Takoż samo rzu­ce­nie się pod pociąg.

- Brrrrr - Miko­łaj aż się otrzą­snął, wyobra­ziw­szy sobie, że pociąg wle­cze go godzi­nami po torach, a jego roz­człon­ko­wane ciało gubi po dro­dze różne ele­menty. A to nogę, a to wątrobę... Nie. Roman­tyczne to nie było z całą pew­no­ścią. Mógłby ewen­tu­al­nie zażyć fiolkę table­tek i usnąć na wieki, ale w apteczce zna­lazł jedy­nie opa­ko­wa­nie wita­miny C oraz kro­ple żołąd­kowe. Samo­bój­stwo za pomocą kro­pli żołąd­ko­wych wyda­wało mu się jakoś nie­wy­star­cza­jąco poważne.

Wes­tchnął głę­boko. Wszystko sprzy­się­gło się prze­ciwko niemu. Cały świat, a w szcze­gól­no­ści Iza Bor­kow­ska, która zro­biła z niego pośmie­wi­sko na całą uczel­nię, War­szawę oraz świat. Moż­liwe nawet, że także w odle­głych galak­ty­kach będą się z niego naigra­wać.

Miko­łaj Górecki zro­bił z sie­bie bowiem kon­kur­so­wego idiotę, oświad­cza­jąc się publicz­nie na otrzę­si­nach, na głów­nej sce­nie, tuż po kon­cer­cie Luxtor­pedy, w obli­czu setek tysięcy ludzi, kilku kamer tele­wi­zyj­nych i setek smart­fo­nów, z któ­rych więk­szość zare­je­stro­wała jego porażkę tylko po to, aby ją natych­miast umie­ścić na YouTu­bie. Te naj­bar­dziej popu­larne fil­miki miały około ośmiu­set try­liar­dów wejść.

Przy­go­to­wy­wał się do tego kroku bar­dzo pro­fe­sjo­nal­nie, szarp­nął się na wielki bukiet i nieco mniej­szy pier­ścio­nek, na lekko drżą­cych nogach wstą­pił na scenę i wziął mikro­fon do ręki. Nor­mal­nie powi­nien zapo­wie­dzieć następny występ, ale miał inny plan.

- Izo! - zapisz­czał mikro­fon, bo się sprzągł. Miko­łaj stuk­nął w niego dwa razy i powtó­rzył głę­bo­kim, choć nieco wzru­szo­nym gło­sem:

- Izo! Moje serce należy do cie­bie! - i buch­nął na kolana. - Czy zechcesz zostać moją żoną? - bukiet tro­chę mu prze­szka­dzał w się­gnię­ciu po czer­wone pude­łeczko, mikro­fon znowu zapisz­czał, Miko­łaj siło­wał się z kwia­tami, ale w końcu udało mu się wyjąć pier­ścio­nek. Jak przy­pusz­czał, wiele zoo­mów zro­biło na niego najazd.

Tłum zaczął skan­do­wać: "I-za, I-za, I-za!!!", a Iza pode­szła do niego, wyda­wało mu się, że ze wzru­sze­niem wyjęła mu mikro­fon z ręki, i gło­śno, i wyraź­nie powie­działa:

- Nie.

A następ­nie wrę­czyła osłu­pia­łemu i wciąż klę­czą­cemu Miko­ła­jowi mikro­fon i zeszła ze sceny.

W tym momen­cie powinna zapaść kur­tyna i ukryć zszo­ko­wa­nego chło­paka przed tłu­mem, ale nie­stety kur­tyny nie dowieźli, więc Miko­łaj klę­czał, mru­ga­jąc gęsto, łzy cie­kły mu po policz­kach, a wszyst­kie zoomy najeż­dżały na jego mokre rzęsy. W końcu Kocio wpadł na scenę, zasło­nił go nieco, pró­bo­wał pod­nieść z kolan, co wyglą­dało, jakby pró­bo­wał go wlec, bo bez­władny Miko­łaj nie współ­pra­co­wał.

- Wsta­waj, kurde, no Miko­łaj, wsta­waj - syczał Kocio, zasła­nia­jąc go przed główną kamerą TPN-u. - Czyś ty zwa­rio­wał? Co ci przy­szło do głowy, wsta­waj, kurde - sapał, szar­piąc się z Miko­łajem i bukie­tem. - Wyrzuć to ziel­sko, po co to trzy­masz, wywal to, kurde, Miko­łaj, wstań, no pro­szę cię...

W końcu ścią­gnął przy­ja­ciela ze sceny i, osła­nia­jąc wła­snym cia­łem przez bla­skiem tysiąca fle­szy ze smart­fo­nów, prze­bi­jał się do wyj­ścia. Miko­ła­jowi wyda­wało się, że po mniej wię­cej dwóch latach zatrzy­mali tak­sówkę, która zawio­zła ich do miesz­ka­nia Kocia.

Kocio, jak praw­dziwy przy­ja­ciel, nie komen­to­wał ani nie zada­wał pytań, tylko zaj­rzał do lodówki. Wyjął butelkę wódki i roz­lał do kie­lisz­ków. Miko­łaj ski­nął głową z apro­batą, wychy­lił pierw­szy, a potem następne. A kiedy obu­dził się następ­nego dnia - chciał umrzeć.

Rozdział 2

W któ­rym Kocio dowia­duje się, że umrze, a jego matka bez­pow­rot­nie zrywa kon­takty z rodziną

Kocio Ban­dur­ski nie tyle chciał umrzeć, ile wie­dział, że go to z całą pew­no­ścią nie omi­nie. Dowie­dział się o tym, będąc w wieku przed­szkol­nym, na pogrze­bie pra­dziadka Aloj­zego, który to pogrzeb został w pamięci rodziny na zawsze. Dzięki Kociowi, a można nawet uznać, że przez Kocia.

Chłopca fascy­no­wało bowiem wszystko, co miało zwią­zek ze śmier­cią. Naj­więk­szym marze­niem Kocia było posia­da­nie wła­snego zakładu pogrze­bo­wego oraz spa­nie w trum­nie. Jego mama byłaby się może już i zła­mała, oba­wiała się jed­nak reak­cji kole­gów z klasy Kocia i ich rodzi­ców. Co prawda kole­dzy nie odwie­dzali chłopca tłum­nie, gdyż jego dziwne, mroczne fascy­na­cje nie sprzy­jały zawie­ra­niu dłu­gich przy­jaźni.

Kocio miał cztery lata, kiedy sto­sunki z rodziną zostały nie­odwo­łal­nie zerwane.

Pogrzeb nestora rodu, pra­dziadka Aloj­zego odby­wał się z pełną pompą. Dębowa trumna wyście­łana bia­łym aksa­mi­tem stała na kata­falku, oto­czona nie­zli­czo­nymi bukie­tami kwia­tów i świec. Gdyby pra­dzia­dek Alojzy żył - nie­wąt­pli­wie zszedłby od samego cięż­kiego zapa­chu powie­trza. W małym pomiesz­cze­niu, gdzie stała trumna, znaj­do­wało się kilka pła­czek, które fał­szo­wały na cały głos "już idę do grobu ciem­nego, smut­nego".

Kocio mało nie wysko­czył ze skóry, kiedy wszedł do pomiesz­cze­nia z otwartą trumną. Pra­dzia­dek Alojzy, nie­zbyt dokład­nie ogo­lony, był ubrany w ciemny gar­ni­tur i świe­cące z daleka lakierki. W zło­żo­nych rękach trzy­mał róża­niec i wyglą­dał, jakby spał.

- Poże­gnamy się teraz - poin­for­mo­wała mama Kocia i pode­szła do pra­dziadka, pogła­skała go po ręku i poca­ło­wała. Kocio był zachwy­cony. Zacze­kał, aż mama zagada się z jedną z cio­tek, po czym wspiął się po kata­falku, wła­do­wał do trumny i po pro­stu przy­tu­lił do Aloj­zego.

Mamę Kocia zaalar­mo­wał potworny wrzask i w pierw­szej chwili pomy­ślała, że pra­dzia­dek zmar­twych­wstał, a wra­że­nie to potę­go­wał ruch w trum­nie. Chło­piec pró­bo­wał unik­nąć wycią­gnię­cia z trumny, zapie­ra­jąc się ze wszyst­kich sił, wuj Ste­fan pró­bo­wał go wyszar­pać, ciotki wrzesz­czały, tylko pra­dzia­dek Alojzy mil­czał.

- Chcę się poże­gnać - ryk­nął ze wszyst­kich sił Kocio, cho­wa­jąc się dziad­kowi pod ramię.

- Zabierz go! - wrzesz­czały ciotki.

Wuj Ste­fan sapał, mama Kocia roz­wa­żała przez chwilę, czy po pro­stu nie zemdleć, tylko pra­dzia­dek Alojzy mil­czał.

Kiedy w końcu wycią­gnięto chłopca z trumny i odcze­piono jego drobne paluszki, zaci­śnięte na różańcu, mamie Kocia nie pozo­stało nic innego, jak zapaść się pod zie­mię i zabrać ze sobą syna.

To, co zostało powie­dziane przez człon­ków rodziny, nie nadaje się do druku, cho­ciaż trzeba uczci­wie przy­znać, że pra­dzia­dek Alojzy na­dal mil­czał.

Od tego momentu Kocio marzył, żeby mieć wła­sną trumnę, w któ­rej mógłby sypiać. Koniecz­nie z bia­łym aksa­mi­tem.

- Dla­czego pra­dzia­dek był zimny?

- Bo umarł.

- Jak się umrze, to się robi zimno?

- No tak. Poza tym dziadka trzy­mali w lodówce...

- W lodówce? - zachły­snął się Kocio. - Takiej na jogurty i mleko?

- No, nie w takiej zwy­kłej lodówce. W takiej lodówce dla... dla... no... dla... nie­ży­wych ludzi.

- Są spe­cjalne lodówki dla mar­twych ludzi? Mógł­bym taką mieć? - roz­ma­rzył się chło­piec.

- Nie mógł­byś mieć. Takie lodówki są w szpi­ta­lach albo w zakła­dach pogrze­bo­wych. Tam się przez kilka dni prze­cho­wuje ciała przed pogrze­bem.

- Ach! - jęk­nął z zachwy­tem Kocio. - Chciał­bym mieć zakład pogrze­bowy - wyszep­tał naboż­nie i od tej pory czuł, że zna­lazł swoją życiową drogę i powo­ła­nie.

Mama chłopca, Marta Ban­dur­ska, nie umiała wytłu­ma­czyć fascy­na­cji syna śmier­cią.

Kocio chwilę waha­nia co do wła­snej przy­szło­ści prze­żył tylko raz. W momen­cie, kiedy dowie­dział się, że ist­nieje taki zawód jak pato­log, nie potra­fił zde­cy­do­wać, czy wolałby golić, malo­wać i upięk­szać zmar­łych, czy może jed­nak zaglą­dać do ich wnę­trza. Kiedy jed­nak dowie­dział się, że jed­nym z pierw­szych dzia­łań pod­czas sek­cji jest prze­pi­ło­wa­nie czaszki i wycią­gnię­cie mózgu, doszedł do wnio­sku, że to nie jest zawód dla niego. Nie prze­ko­nał go nawet fakt, iż po sek­cji nie trzeba jakoś ana­to­micz­nie ukła­dać narzą­dów, tylko się je wrzuca byle jak do brzu­cha, przy­kle­pu­jąc tro­chę, żeby nic nie odsta­wało.

Marta, usły­szaw­szy infor­ma­cję, że po sek­cji zwłok mózg zostaje zaszyty w oko­licy nerek, sta­now­czo naka­zała synowi kre­ma­cję wła­snej osoby. Oczy­wi­ście nie omiesz­kała wyraź­nie zazna­czyć, że dopiero po śmierci. Kocio posta­no­wił więc na wszelki wypa­dek nie infor­mo­wać matki o praw­dzi­wych szcze­gó­łach tech­nicz­nych towa­rzy­szą­cych kre­ma­cji, uzna­jąc, słusz­nie ponie­kąd, że jak przyj­dzie co do czego, to jej będzie wszystko jedno.

O tym, że sam umrze, Kocio dowie­dział się także, kiedy skoń­czył cztery lata. Poin­for­mo­wał go o tym kuzyn Olek. Kuzyni i kuzynki sie­dzieli w ogro­dzie pod­czas przy­go­to­wań do pogrzebu pra­dziadka Aloj­zego i opo­wia­dali sobie straszne histo­rie.

- A co się sta­nie z pra­dziad­kiem, jak go już zako­piemy? - pró­bo­wał dociec jeden z kuzy­nów.

- Pój­dzie do nieba - poin­for­mo­wała go któ­raś kuzynka.

- Ale na pie­chotę?

- To po co go zako­py­wać? Żeby poszedł do nieba, musi się naj­pierw roz­ko­pać.

- Widzia­łeś kie­dyś, żeby ktoś się roz­ko­pał z grobu?

- Może nikt nie tra­fia do nieba...

- A gdzie? Wszy­scy do pie­kła?

- Nie, to chyba nie­moż­liwe, nawet papież się nie roz­ko­puje, a on na pewno tra­fia do nieba.

- No to jak do tego nieba tra­fiają? Pociąg jakiś jeź­dzi pod zie­mią?

- Głupi jesteś! Ciało zja­dają robaki, a tylko dusza idzie do nieba. Prze­zro­czy­sta jest, to nie widać, jak leci.

- Jakie robaki?

- No gli­sty takie. Wyja­dają oczy i wcho­dzą do środka.

- Błeee!

- No co! Każdy umrze. Nawet Kocio.

Chło­piec drgnął.

- Ja też? - zdzi­wił się nie­bo­tycz­nie.

- Tak - z cał­ko­witą pew­no­ścią potwier­dził kuzyn Olek.

Kocio zasta­na­wiał się przez chwilę, czy ryk­nąć, bo nie za bar­dzo mu się uśmie­chało umie­rać, a tym bar­dziej zostać zje­dzo­nym przez robaki, ale po chwili doszedł do wnio­sku, że może da się to jakoś odwlec w cza­sie.

- A kiedy?

- No jak będziesz stary. Jak będziesz miał około... no... jakieś trzy­dzie­ści kilka lat.

Kocio uznał, że zanim będzie miał trzy­dzie­ści kilka lat, minie jakieś... no... co naj­mniej sto lat, i uspo­koił się.

- Ale naprawdę każdy umrze? - prze­stra­szyła się kuzynka Ela.

- Każdy - potwier­dził gro­bo­wym gło­sem Olek.

- Ty też?

- Ja też - odpo­wie­dział kuzyn.

Dzie­cięce grono zamil­kło oszo­ło­mione. Kocio po głęb­szym namy­śle doszedł do wnio­sku, że skoro każdy umrze, no to chyba nie ma co robić z tego wyda­rze­nia. Umiera, leci do tego nieba i tam spo­tyka się z resztą umar­la­ków.

- A gdzie oni tam miesz­kają? W tym nie­bie?

- No mają takie budki jak dla ptasz­ków - zaczęła kuzynka Ela, bo miała już tro­chę prze­my­ślaną tę sprawę.

- Jakie budki? - obu­rzył się Olek.

- No, a po co takiej duszy miesz­ka­nie?

- Jakby mój ojciec miał przez całą wiecz­ność miesz­kać w budce dla ptaszka, to chy­baby zabił tego, co to ustala.

- Tam są same umar­laki, to nie mógłby nikogo zabić.

- Co to byłby za raj, gdyby trzeba było miesz­kać w budce dla ptaszka - popu­kał się w czoło Olek. - Każdy ma tam dom, i to dobrze urzą­dzony. Idą naj­pierw ojciec, potem matka, a potem dzieci i cała rodzina znowu jest razem, tyle że po śmierci...

- Doro­słe dzieci też? Ze swo­imi dziećmi? Jaki to musiałby być wielki dom...

- A mój tata to wcale nie chciałby miesz­kać z bab­cią. Mówi, że za każdy dzień miesz­ka­nia z nią teraz powi­nien żyw­cem tra­fić do nieba.

- A moja ciotka ma trze­ciego męża, to w nie­bie będzie miesz­kać ze wszyst­kimi trzema mężami?

- I z ich żonami? I dziećmi? - dodała rze­czowo kuzynka.

Olek poczuł się nieco ogłu­szony stop­niem skom­pli­ko­wa­nia ziem­skich związ­ków rodzin­nych i uznał, że po śmierci muszą chyba rzą­dzić się jaki­miś innymi pra­wami. Prze­su­wać się w cza­sie czy jak?

Zaś Kocio zro­zu­miał z tych wywo­dów nie­wiele. To zna­czy uznał, że kiedy umrze, to jego ciało zje­dzą robaki, ale on sam trafi do nowego domu w nie­bie, gdzie będą już cze­kali tata z mamą. Ewen­tu­alną kwe­stią wła­snej żony i dzieci nie zaprzą­tał sobie na razie głowy. Czło­wiek umiera i się prze­pro­wa­dza do nieba, gdzie podobno bez ogra­ni­czeń można jeść lody i bato­niki. Pozaz­dro­ścił pra­dziad­kowi Aloj­zemu, że mu się tak dobrze tra­fiło.

***

- Kocha­nie, co byś chciał dostać na uro­dziny? - nie­opatrz­nie zapy­tała mama Kocia.

- Trumnę - odpo­wie­dział Kocio bez chwili waha­nia.

- Trumny ci nie kupię, kotek, bo mi cię opieka spo­łeczna zabie­rze i będziesz miesz­kał w rodzi­nie zastęp­czej - wes­tchnęła jego mama.

- Może u nich będę mógł spać w trum­nie? - zain­te­re­so­wał się chło­piec.

- Na pewno nie. Ni­gdzie nie można spać w trum­nie.

- Można na cmen­ta­rzu. I w kaplicy. I w zakła­dzie pogrze­bo­wym... - zaczął wyli­czać Kocio.

- Ale wtedy nie śpi się w trum­nie, tylko jest się mar­twym.

Wes­tchnął głę­boko i ze szcze­rym smut­kiem. Dla­czego nie można sobie kupić trumny i trzy­mać w domu? Komu to prze­szka­dza? Kocio widział w inter­ne­cie łóżka dla chłop­ców w kształ­cie samo­cho­dów, moto­ró­wek i samo­lo­tów.

Dla­czego nie mógł sobie spra­wić drew­nia­nej, wyście­ła­nej atła­sem skrzyni?

Mama może i by się zła­mała, i kupiła dziecku wyma­rzony pre­zent, ale prze­śla­do­wała ją myśl, że codzien­nie rano, wcho­dząc do pokoju syna, będzie go oglą­dać w trum­nie i to może być jed­nak ponad jej siły.

- Wymyśl coś innego. Zgo­dzę się na wszystko inne, ale nie na trumnę.

Kocio popro­sił więc o makietę cmen­ta­rza.

Z pomocą przy­szła firma Param-Para, pra­cow­nia arty­styczna, dla któ­rej nie było rze­czy nie­moż­li­wych. Krok po kroku stwo­rzyła piękną makietę, z minia­tur­kami gro­bów, dwiema kryp­tami i dom­kiem stróża.

Chło­piec osza­lał z zachwytu i gdyby tylko mógł, nie roz­sta­wałby się ze swoją makietą.

Rozdział 3

W któ­rym pozna­jemy kulisy począt­ków dozgon­nej przy­jaźni synów i matek

- Wydaje nam się, że pani syn prze­ja­wia objawy nie­zdro­wej fascy­na­cji śmier­cią i jej sym­bo­liką - poin­for­mo­wała mamę Kocia dyrek­torka szkoły.

- Nie wydaje się wam - wes­tchnęła smutno mama chłopca. - Prze­ja­wia.

- I co pani z tym zro­biła? - dyrek­torka mru­gała skon­ster­no­wana.

- A co mia­łam zro­bić? Poszli­śmy do psy­cho­loga, Kocio roz­wija się nor­mal­nie, ma tylko jedną pasję, którą wszyst­kim trudno zaak­cep­to­wać, a prze­cież wszy­scy kie­dyś umrzemy...

- Ależ, pro­szę panią!

- Pro­szę pani - machi­nal­nie popra­wiła ją mama Kocia.

- No mówię, pro­szę panią! To... to... to... co to w ogóle jest? - zapiała dyrek­cja.

Mama chłopca wzru­szyła ramio­nami.

- Czy pani wie, że Kon­stanty opo­wiada histo­rie mro­żące krew w żyłach kole­żan­kom z klasy? Ja już mia­łam cztery inter­wen­cje!

- Jakie inter­wen­cje? - zdzi­wiła się mama Kocia, oczami wyobraźni widząc zbrojną akcję poli­cyjną.

- Mat­czyne! - dyrek­cja zła­pała się za bujną pierś. Mama chłopca nie bar­dzo mogła dojść, czy ten gest ozna­czał, że dyrek­cja jest bli­ska zawału, czy że cho­dzi jej o pod­kre­śle­nie mat­czy­nej miło­ści.

- Kocio je stra­szy!

- W jaki spo­sób?

- Że umrą!

- Bo umrą.

- Ależ!

Mama Kocia sie­działa spo­koj­nie na krze­sełku i cze­kała na kolejne zarzuty.

- Ależ! - dyrek­cja potarła szyję i skrzy­wiła się.

- Ależ co? - zain­te­re­so­wała się uprzej­mie kobieta.

- Ależ to nie jest infor­ma­cja dla małych dziew­czy­nek.

- Dla­czego? - zdzi­wiła się mama Kocia.

- Bo nie.

- A kiedy czło­wiek powi­nien się dowie­dzieć, że umrze?

- Jak umrze.

- To chyba jed­nak tro­chę za późno...

- No to może chwilę przed, ale nie w taki spo­sób. To gwałt na mło­dych duszach - roz­pę­dziła się dyrek­cja.

- A pani wie, że pani umrze? - upew­niła się mama Kocia.

- Wiem, no jasne, że wiem.

- Wszy­scy umrzemy i taka jest prawda. Mam karać syna za to, że powie­dział prawdę?

- Nie! Tak! - nie mogła się zde­cy­do­wać dyrek­cja. - To nie cho­dzi o to, że to jest nie­prawda, tylko żeby przed tą prawdą chro­nić nasze dzieci.

- Ale dla­czego?

- A dla­czego pre­zenty przy­nosi Miko­łaj? Chro­nimy dzieci przed prawdą, że nie ma żad­nego Miko­łaja, tak długo, jak się da.

- No to widocz­nie dłu­żej się nie da.

Puka­nie do drzwi prze­rwało wymianę zdań. Do gabi­netu zaj­rzała kobieta w ele­ganc­kiej gar­sonce.

- Dzień dobry. Umó­wiona byłam. Górecka Jagna. Mama Miko­łaja.

- Miko­łaja nie ma - poin­for­mo­wała ją życz­li­wie mama Kocia.

- Słu­cham? - zdzi­wiła się Górecka. - Ja wiem, że nie ma. Poje­chał do ojca.

- Miko­łaj ma ojca?

- No tak. Dla­czego miałby nie mieć ojca?

- No bo... Nikt chyba nie zna ojca Miko­łaja? - odparła nieco bez­rad­nie Marta Ban­dur­ska.

- Ja znam - odparła sucho Jagna. - Miko­łaj ma ojca. Co prawda teraz pra­cuje w Skan­dy­na­wii, ale...

- Czyli w Fin­lan­dii? Rodzina Miko­łaja pocho­dzi chyba z Fin­lan­dii...

- No ja chyba wiem naj­le­piej, skąd pocho­dzi moja rodzina!

- Pani jest rodziną?

- Na miłość boską! - jęk­nęła Jagna. - Jestem matką. Matką Miko­łaja.

Marta patrzyła na nią z bez­gra­nicz­nym zdu­mie­niem.

- Miko­łaja Górec­kiego - dodała Jagna.

- Pro­szę jesz­cze chwilkę pocze­kać - sta­now­czo popro­siła pani dyrek­torka. - Mam jesz­cze inter­wen­cję.

W oczach Marty mignęło wresz­cie zro­zu­mie­nie.

- Aaaa! Pani też?

- Ano też. Tro­chę się spie­szę, a mój syn podobno stra­szy dziew­czynki.

- A wła­śnie! - ucie­szyła się pani dyrek­tor. - To może niech pani jed­nak wej­dzie. Miko­łaj wła­śnie też stra­szy dziew­czynki.

- Że umrą? - zdzi­wiła się mama Kocia. - Marta Ban­dur­ska - przed­sta­wiła się. - Mama Kocia.

- A! - ucie­szyła się Jagna. - Miko­łaj wspo­mi­nał mi o Kociu. Czy pani naprawdę pozwala synowi spać w trum­nie?

- O matko prze­naj­święt­sza! - jęk­nęła pani dyrek­tor, łapiąc się za lewą pierś, co chyba miało imi­to­wać chwyt za serce.

- Hmmm - mruk­nęła Marta i wska­zała oczami dyrek­cję. - Oczy­wi­ście, że nie. Co też pani - dodała bez prze­ko­na­nia.

Dyrek­cja popa­trzyła na nią podejrz­li­wie.

Mama Miko­łaja szybko się poła­pała, że popeł­niła błąd, zada­jąc takie pyta­nie w obec­no­ści prze­ło­żo­nej grona peda­go­gicz­nego, i mach­nęła lek­ce­wa­żąco ręką.

- Nie no, oczy­wi­ście, wiem, że to żart. Ha, ha! - zaskrze­czała nawet, imi­tu­jąc śmiech, odchrząk­nęła i zapy­tała ofi­cjal­nym gło­sem: - To dla­czego mnie pani tu zapro­siła?

- Wezwa­łam - spro­sto­wała dyrek­cja z naci­skiem. - Wezwa­łam obie panie, bo Miko­łaj i Kocio opo­wia­dają straszne histo­rie dzie­ciom w kla­sie. Zapew­niają je, że umrą. Miko­łaj do tego opo­wiada, że pro­wa­dzi pani zakład pogrze­bowy i że kie­dyś zamknęła go pani w trum­nie za karę.

Mama Miko­łaja ponow­nie odchrząk­nęła.

- Ależ to wszystko bzdury - powie­działa bez prze­ko­na­nia. - To zna­czy, ow­szem, pro­wa­dzę zakład pogrze­bowy, ale nie zamknę­łam syna w trum­nie. A już na pewno nie za karę - wyrwało jej się.

- Matko kochana - jęk­nęła ponow­nie dyrek­cja. - A więc to prawda?

- No prze­cież to nie jest nic zdroż­nego? Ani zabro­nio­nego? Zakład jak zakład. Ja mam aku­rat pogrze­bowy, ale rów­nie dobrze mógłby to być zakład repa­sa­cji poń­czoch albo... - urwała, zoba­czyw­szy minę dyrek­torki.

- No, krótko mówiąc: tak. Mam zakład. Pogrze­bowy.

- Czy to prawda, że ma pani rów­nież kre­ma­to­rium? - dyrek­cja zaczy­nała jakby omdle­wać.

Marta nato­miast zro­zu­miała, że oto Kocio zna­lazł naj­lep­szego przy­ja­ciela i że będzie to przy­jaźń na zawsze.

- Nie, kre­ma­to­rium mam zaprzy­jaź­nione, to zna­czy... - plą­tała się, widząc wzrok dyrek­cji. - O ile kre­ma­to­rium może być zaprzy­jaź­nione, ha, ha, wie pani, co chcę powie­dzieć... No nie. Nie mam kre­ma­to­rium - Jagna doszła do wnio­sku, że ta roz­mowa od początku jakoś dziw­nie wygląda.

- Pro­szę pań - dyrek­cja pod­jęła boha­ter­ską walkę o upo­rząd­ko­wa­nie spo­tka­nia. - Chłopcy prze­ja­wiają nie­zdrową fascy­na­cję śmier­cią. Stra­szą inne dzieci. Pro­szę wpły­nąć na synów. Uwa­żam inter­wen­cję za zakoń­czoną - wstała i wycią­gnęła rękę na poże­gna­nie. Roz­mowa z tymi mat­kami była ponad jej siły.

- Może wpad­nie pani do mnie na kawę? - zapro­po­no­wała mama Kocia po wyj­ściu ze szkoły.

- A bar­dzo chęt­nie - otrzą­snęła się mama Miko­łaja.

Wra­ca­jąc, mama Kocia zasta­na­wiała się, czy udu­sze­nie gołymi rękami wła­snego syna będzie można pod­cią­gnąć pod afekt.

Rozdział 4

W któ­rym w lodówce zakładu pogrze­bo­wego zaczyna bra­ko­wać miej­sca

Każ­dego ostat­niego dnia paź­dzier­nika od szes­na­stu lat urzą­dzały sabat cza­row­nic. Trzeba przy­znać, że ento­urage miał zawsze nie­na­ganny, ponie­waż odby­wał się na tyłach zakładu pogrze­bo­wego. Od kiedy w Pol­sce przy­jęło się ame­ry­kań­skie święto Hal­lo­ween, zakład pogrze­bowy o uro­czej nazwie Było - Minęło w oko­li­cach początku listo­pada prze­cho­dził praw­dziwą meta­mor­fozę. Trzeba przy­znać, że naj­więk­sze zmiany były widoczne na zaple­czu. Poja­wiały się tam wiel­kie pająki, kościo­trup i zom­bie wyła­żące z tru­mien, a paję­czyny zasnu­wały okna. Trzy­dzie­stego pierw­szego paź­dzier­nika ciche na co dzień i pełne zadumy zaple­cze zakładu zapeł­niało się gośćmi.

Tego dnia Jagna Górecka, wła­ści­cielka zakładu i pomy­sło­daw­czyni sabatu, usia­dła na trum­nie z jasnego drewna i wes­tchnęła głę­boko. Trzy­mała w ręku pozew roz­wo­dowy, dostar­czony dwie godziny wcze­śniej. Arka­diusz Górecki, jej pra­wo­wity dotych­czas mał­żo­nek, który pra­co­wał głów­nie za gra­nicą, zde­cy­do­wał się for­mal­nie zakoń­czyć ich nie­ist­nie­jące od dawna poży­cie.

Jagna, choć dosko­nale wie­działa, że jej mał­żeń­stwo od mie­sięcy ist­nieje jedy­nie na papie­rze, poczuła się nie­swojo. Po pierw­sze, mógł ją prze­cież zawia­do­mić, że zamie­rza się roz­wieść. Po dru­gie, zostać roz­wódką w wieku pięć­dzie­się­ciu lat to jakoś tak głu­pio. Wdową, to zro­zu­miałe, ale roz­wódką? A po trze­cie, to w ogóle jest jedno wiel­kie świń­stwo, żeby się po tylu latach roz­wo­dzić i porzu­cać ją, matkę dziecka, bez środ­ków do życia... Po chwili Jagna przy­po­mniała sobie, że Miko­łaj, ich syn, ma już dwa­dzie­ścia sześć lat, wła­śnie skoń­czył stu­dia, a wypro­wa­dził się pięć lat temu. Ponadto zakład Było - Minęło nale­żał jedy­nie do niej i przy­no­sił bar­dzo dobre dochody. Przy­po­mniała sobie też, że ma na kon­cie rów­nież cał­kiem przy­zwo­itą sumkę, którą uzbie­rała z dość regu­lar­nych prze­le­wów męża. Co prawda od kilku mie­sięcy nie prze­sy­łał już żad­nych pie­nię­dzy... Nie odzy­wał się też w zasa­dzie. Na ostat­nie uro­dziny prze­słał jej ese­mesa... No może i powinno jej to dać do myśle­nia.

- Eeeee - mruk­nęła do sie­bie i rzu­ciła papiery na trumnę.

Usły­szała dzwo­nek do drzwi, więc pod­ka­sała suk­nię cza­ro­dziejki i poszła otwo­rzyć.

- Cześć, co masz taką minę? Umarł ktoś? - bły­snęła dow­ci­pem Marta, wcho­dząc do środka i strze­pu­jąc kro­ple z para­sola. - Pada okrut­nie, tiara mi zmo­kła - dodała, odkła­da­jąc para­solkę do sto­jaka. - No co jest?

- Arek przy­słał mi pozew...

- O Jezu! A o co cię skarży?

- Skarży? A o co miałby mnie skar­żyć?

- No wła­śnie o to cię pytam. Pozywa cię o co?

- O roz­wód.

- A! No i tym się mar­twisz? W ciągu ostat­nich trzech lat widzia­łaś go chyba dwa razy?

- No niby tak, ale wiesz.

Marta wie­działa. Róż­nica mię­dzy cza­sow­ni­kiem doko­na­nym a niedoko­na­nym była ogromna.

Jagna poznała Arka w Aka­de­mii Wycho­wa­nia Fizycz­nego w War­sza­wie. Stu­dio­wali na jed­nym roku, oboje byli w pierw­szej eks­pe­ry­men­tal­nej, koedu­ka­cyj­nej gru­pie. Jagna tre­no­wała koszy­kówkę, jak to się mówi, po warun­kach, Arek grał w squ­asha. Przez długi czas Jagna uwa­żała, że chło­pak to debil, zwłasz­cza po tym, jak sko­czył z naj­wyż­szej wieży na base­nie, ścią­ga­jąc w locie kąpie­lówki. Coś tam zaczęło drgać mię­dzy nimi na obo­zie let­nim, gdzie wylo­so­wała Arka jako part­nera pod­czas zajęć ratow­nic­twa wod­nego. Na obóz zimowy poje­chali już jako para.

- Trzeba ci zna­leźć praw­nika.

- Po co? Dzieci nie mamy, majątku nie mamy... - Jagna wzru­szyła ramio­nami.

- Jak to? A Miko­łaj? A zakład?

- Miko­łaj nie jest naszym dziec­kiem...

- Jak to!??? - Marta zba­ra­niała.

- To zna­czy jest naszym dziec­kiem, ale nie jest już dziec­kiem, a zakład jest mój.

- A może on ma jakiś mają­tek w tej Fin­lan­dii?

- No to jak ma, to to jest jego mają­tek, niech sobie go pomnaża na chwałę Aho­nena.

- Dla­czego Aho­nena, na miłość boską?

- A znasz jakie­goś innego zna­nego Fina?

- Marit Bj?rgen.

- Ale jej nie lubimy, bo wygrywa z naszą Justyną. I jesz­cze udaje, że ma astmę. Sły­sza­łaś kie­dyś, żeby ktoś miał astmę i dymał po trzy­dzie­ści kilo­me­trów na nar­tach?

- Aha. No tak. Nie lubimy zde­cy­do­wa­nie. A tak w ogóle to ona jest Nor­weżką - przy­po­mniała sobie Marta.

- No to tym bar­dziej! Nawet nie jest Finką! Zna­czy, chyba Fin­landką? Jezu, jaka jest pra­wi­dłowa forma?

- O matko, nie wiem - spło­szyła się Marta. - Finka to chyba taki nóż, ale co ty głowę zawra­casz, skup się! Bo jeśli on nie ma tam majątku i będzie chciał zabrać ci zakład? Może jed­nak weź tego praw­nika - kobieta nie wyda­wała się prze­ko­nana.

- Jakby nie miał majątku, toby się ze mną nie roz­wo­dził. Widocz­nie zara­bia coraz wię­cej i boi się, że mu to zabiorę. Nie ruszy mi zakładu, bo będzie miał pie­tra, że mu się dobiorę do skóry i pie­nię­dzy. Co ty, nie będę wyda­wała na praw­nika.

- No nie wiem. Na praw­nika ci szkoda, a szkoda może być ogromna...

- Nie szkoda, tylko to byłyby pie­nią­dze wydane bez sensu. Roz­wie­dziemy się z klasą.

- O ile to nie jest oksy­mo­ron - mruk­nęła pro­ro­czo Marta.

Kilka minut póź­niej zaczęli się poja­wiać goście sabatu, wszy­scy odpo­wied­nio ubrani.

- Cześć, cio­ciu - Miko­łaj poca­ło­wał ją w szyję, jak na praw­dzi­wego wam­pira przy­stało.

- Cześć, kocha­nie. Jesteś wam­pi­rem ener­ge­tycz­nym?

- Jesz­cze nie. Dopiero będę, jak spró­buję two­jego pon­czu, cio­teczko - mru­gnął do niej.

Po chwili poja­wił się jej wła­sny syn, Kocio, który co roku prze­ista­czał się w ary­sto­kra­tycz­nego Dra­kulę, żeby prze­spać się choć jedną noc w trum­nie.

- Kocio! - zawo­łała Jagna. - Przy­go­to­wa­łam ci bor­dową trumnę z aksa­mi­tem, ale jak mi to pognie­ciesz...

- Cio­ciu złota, gdzież­bym śmiał - bły­snął ku niej dłu­gimi zębami i pogła­skał czule aksa­mit.

Dzwo­nek obwie­ścił nowych gości. Wiedźma Mag­da­lena przy­była z cate­rin­giem, jej kel­ner Adam szybko roz­sta­wił pół­mi­ski. Adam, obecny stu­dent AWF-u, w stroju mar­twego i lekko zjeł­cza­łego pana mło­dego robił fan­ta­styczne, odra­ża­jące wra­że­nie. Pół­mi­ski pach­niały obłęd­nie, choć trzeba im oddać, że wyglą­dały naprawdę paskud­nie. Palu­chy wiedźmy w krwi­stym sosie, zupa z dyni z pły­wa­ją­cymi oczami, tar­ta­letki z móżdżku, upiorne cia­steczka, spa­lony Dżon i wiele innych paskud­nych dań zaspo­ka­jało kuli­narne potrzeby uczest­ni­ków sabatu.

- Rany, Magda! - jęk­nęła z zachwytu Marta, wpy­cha­jąc do ust muf­finkę z pają­kiem.

- Pyszne, nie? - Magda usia­dła na ciem­no­zie­lo­nej trum­nie, wyło­żo­nej białą koronką.

- Co tam sły­chać? Co u cie­bie?

- Jagna dostała dziś pozew roz­wo­dowy - poin­for­mo­wała ją, prze­ły­ka­jąc cze­ko­la­dowe dodatki.

- Od Arka?

- No a od kogo? Ma chyba jed­nego męża?

- O, qźwa. I co? Jak się trzyma?

- Nie chce praw­nika.

- Jak to nie chce praw­nika? A jak on coś odstawi w sądzie? Musi mieć praw­nika! - zde­ner­wo­wała się Magda. - Jagna! Jagna! Marta mówi, że nie chcesz praw­nika. Osza­la­łaś? - zapy­tała szep­tem, bo coraz wię­cej ludzi poja­wiało się na impre­zie.

- Może i osza­la­łam. Nie wiem na pewno, bo jesz­cze ni­gdy się nie roz­wo­dzi­łam - prych­nęła Jagna. - Nie chcę teraz o tym gadać. Po saba­cie poroz­ma­wiamy, OK?

Magda kiw­nęła głową i wielce nie­za­do­wo­lona wró­ciła na swoją zie­loną trumnę.

We trzy two­rzyły pogrze­bowe trio, może nie był to szczyt matry­mo­nial­nego mar­ke­tingu, ale taka była rze­czy­wi­stość. Jagna, wła­ści­cielka zakładu pogrze­bowego, Marta - posia­daczka kwia­ciarni, oraz Magda - sze­fowa cate­ringu. Wszyst­kie trzy kon­tra­stowo uczest­ni­czyły rów­nież w uro­czy­sto­ściach ślub­nych i zarę­czy­no­wych. O ile łatwo to sobie wyobra­zić w kon­tek­ście pracy i dzia­łal­no­ści Marty i Magdy, o tyle ciężko było, jeśli cho­dzi o Jagnę, ale Miko­łaj wpadł na pomysł, że ele­gancko ubrani kie­rowcy przy­dają się rów­nież na ślu­bach. Wzięli zatem w leasing piękną białą limu­zynę, którą wynaj­mo­wali do ślu­bów, a którą - mając na uwa­dze mar­ke­tin­gowy punkt widze­nia - zapar­ko­wali na stałe przed kwia­ciarnią Marty. Marta ubie­rała auto kwia­tami, rekla­mu­jąc swoje usługi, a oba inte­resy, fune­ralny i ślubny, kwi­tły.

- Iro­nia losu, co? - mruk­nęła Jagna do przy­ja­ció­łek, nale­wa­jąc im pon­czu z wiel­kiej wazy, w któ­rej pły­wały różne czę­ści ciała. Marta zauwa­żyła oczy, obcięte palce oraz nosy.

- Jaka iro­nia? - zapy­tała czuj­nie Magda.

- No, że to takie święto fune­ralne, a u mnie teraz prze­stój.

- Ale ludzie chyba umie­rają jak co dzień?

- No tak, ale nikt nie chce robić teraz pogrze­bów, w tych tłu­mach na cmen­ta­rzu. Każdy chce prze­cze­kać - nie­chcący łyp­nęła okiem w kie­runku chłodni.

- Jagna! - jęk­nęła Magda i odsta­wiła tale­rzyk.

- No co ja ci pora­dzę? - Jagna wzru­szyła ramio­nami. Marta, dzięki fascy­na­cji Kocia, nie miała pro­blemu z zaak­cep­to­wa­niem, że za ścianą w chłodni kilka osób czeka na pogrzeb. Magda była nieco bar­dziej wraż­liwa.

- Mag­du­sia, będziemy przy­ja­ciół­kami aż do śmierci. A potem będziemy przy­ja­ciół­kami duchami. Będziemy prze­ła­zić przez ściany i stra­szyć innych - obie­cała Jagna, a Magda prych­nęła pon­czem na białą koronkę.

- O qźwa, sorry, cze­kaj, wytrę...

- Dobra, zostaw, wiem, jak to scho­wać. Jak żadne dziecko nie wle­zie mi do trumny, to nikt nie zauważy - mruk­nęła Jagna, a Marta tylko poki­wała głową, patrząc w kie­runku swo­jego uko­cha­nego syna.

- A gdzie twój mąż? - zapy­tała Magda.

- Pew­nie tam, gdzie twój - odcięła się Marta.

- Czyli w dupie.

- Wypijmy za to - uśmiech­nęła się Jagna. - Bo mój już dawno tam sie­dzi...

- Słu­chaj, a gdyby tak ktoś teraz zadzwo­nił? - zain­te­re­so­wała się nagle Magda, patrząc z nie­po­ko­jem na Jagnę.

- Kto niby?

- No rodzina zmar­łego. Że zmarł. To co wtedy?

- Jak to co? - Jagna wzru­szyła ramio­nami. - Pan Wło­dek czuwa.

Pan Wło­dek był już nie­pi­ją­cym kawa­le­rem, który od samego początku pra­co­wał u Jagny. Na początku tro­chę pił, nawet bar­dziej niż tro­chę, ale jak dwa razy zabrali mu prawo jazdy, to prze­stał. Po praw­dzie to nie tyle zabra­nie prawa jazdy, ile wymsknię­cie się klienta spo­wo­do­wało abs­ty­nen­cję pana Włodka.

Wybie­rali się do domu po ciało, lekko wcięty pan Wło­dek i pomoc­nik Dio­nizy. Dio­nizy miał trzy­dzie­ści sie­dem lat i autyzm, ale dosko­nale odnaj­do­wał się w świe­cie mar­twych. Two­rzyli team dosko­nały, choć nieco pod­pity pan Wło­dek sta­no­wił pewną nie­wia­domą. Dio­nizy nie odzy­wał się do nikogo. Stał w progu tak długo, aż skoń­czyli się żegnać. Wtedy z ogrom­nym pie­ty­zmem prze­kła­dał ciało do trumny i cze­kał, aż pan Wło­dek da mu znak, że może zamy­kać wieko. Następ­nie obaj brali trumnę na barki i powoli wyno­sili ją z pomiesz­cze­nia. Naj­czę­ściej scho­dzili po scho­dach, bo krewni zmar­łego nie mieli zwy­kle głowy do tego, żeby posta­rać się o klu­cze do czę­ści towa­ro­wej windy. Raz jeden, na zakrę­cie mię­dzy czwar­tym a trze­cim pię­trem, trumna wymknęła im się z rąk i zaczęła sama zjeż­dżać po scho­dach. Nie­stety, z impe­tem wal­nęła w okno klatki scho­do­wej i wyfru­nęła na zewnątrz. Całe szczę­ście, że - spa­da­jąc z nie­bosz­czy­kiem - nie zabiła nikogo innego. Zle­ciała na traw­nik przed domem, oczy­wi­ście się otwo­rzyła, bo nie była to kor­weta pan­cerna, nie­bosz­czyk mąż dłu­gim śli­zgiem pofru­nął pod polo­neza sąsiada i zakli­no­wał się na amen. Przez następne kilka godzin trwały deli­be­ra­cje nad tym, czy roz­bie­rać polo­neza, czy odciąć tatu­siowi rękę. Dio­nizy i pan Wło­dek sta­rali się prze­ko­nać zebra­nych do dru­giego roz­wią­za­nia, ale kon­sen­susu wciąż nie było. Jagna, prze­ra­żona zaist­niałą sytu­acją, wyrwała ze snu zna­jo­mego chi­rurga, roz­sta­wiła nad polo­ne­zem namiot i osta­tecz­nie mąż i ojciec tra­fił z powro­tem do trumny. Cała ta sytu­acja miała jeden plus. Pan Wło­dek zde­cy­do­wał, że nie tknie już wię­cej alko­holu, podej­rze­wa­jąc (ponie­kąd słusz­nie), że mógł on mieć wpływ na zaist­niałe wyda­rze­nia. Dla­tego teraz, kiedy fune­ralno-ślubne trio piło poncz - pan Wło­dek czu­wał. Miał odbie­rać tele­fony i ewen­tu­al­nie jechać po ciało. Jagna zaś miała mu tylko przy­po­mnieć, że ze względu na prze­cze­ki­wa­nie pierw­szego listo­pada mają tylko dwa miej­sca w chłodni, jed­nak w fer­wo­rze zajęć oraz z powodu pozwu Arka zapo­mniała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki