Rozdział drugi
Qi'ra miała cztery różne plany, gotowe do
realizacji w zależności od tego, czy transakcja Hana się powiedzie, czy
nie. W mgnieniu oka postanowiła wprowadzić w życie nowy, piąty.
Han wyglądał przystojnie i czarująco nawet z brudną i zakrwawioną
twarzą, która puchła teraz jak Lady Proxima w słoneczny dzień. Otworzył
usta, by rzucić jakąś kąśliwą uwagę, lecz nie było na to czasu. Szczury
już zaczęły rozpowiadać o tym, że wrócił, więc goryle Lady Proximy
wkrótce zaczną ich szukać.
Złapała go za rękę i zaczęła biec, wiedząc, że Han pójdzie za nią.
Zbudowali między sobą taki poziom zaufania, że nie musieli sobie nawet
zadawać już pytań. Serce podczas biegu zabiło jej mocniej i szybciej i czuła, że tym razem w końcu nadarzyła się okazja do uzyskania wolności.
Qi'ra ominęła jeden z tuneli, w którym mieszkało jeszcze więcej
szczurołapów. Z pewnością sprzedaliby ich Proximie za dodatkowe ćwierć
porcji. Skręciła w mało używany tunel, który niegdyś znalazła w poszukiwaniu szybkich dróg ucieczki.
Nie było to miejsce, w którym ludzie chcieliby spędzać wiele czasu. Nie
miała pewności, czy zrobiono to umyślne, czy też Grinalidów po prostu to
nie obchodziło. W tunelu brakowało ciepłego światła pieca i panował
specyficzny, intensywny odór zgnilizny, krwi i słonej wody. Wilgotna
ziemia nieprzyjemnie mlaskała pod ich stopami, kiedy parli naprzód.
Starali się nie myśleć o tym, po czym biegli.
Qi'ra odwróciła głowę, żeby poinformować Hana, dlaczego poruszali się
akurat tę odludną ścieżką, gdy zauważyła, że jego twarz przestała
wyrażać ekscytację, a zamiast tego ukazała się na niej rozpacz.
Zatrzymała się nagle, a chłopak natychmiast wpadł na jej plecy,
uderzając twarzą w tył jej głowy. Cofnął się, przeklinając i pocierając
spuchnięte oko.
Kształt, przez który się zatrzymali, wydał z siebie gardłowy śmiech.
Qi'ra jęknęła, gdy zdała sobie sprawę, na kogo trafili. Moloch był
potężnym brutalem i prawa ręką Lady Proximy. W przeciwieństwie do
większości Robaków był ubrany w kombinezon ochronny. Jego białe,
pomarszczone ciało okrywał brązowy płaszcz, który był wybielony w wielu
miejscach przez toksyny, które zalegały w siedzibie gangu. Maskę miał
ściągniętą do tyłu, przez co jego biała twarz i pomarszczony dziób były
bardzo dobrze widoczne. Osłona na twarz miała skraplacz wilgoci, który
nieustannie nawadniał jego twarz i chronił przed słońcem. Dziób obcego
zwrócony był w ich stronę.
Obok Molocha stał Rebolt, chłopak, który dorastał u boku Hana i Qi'ry.
Liczył kiedyś na to, że zostanie Głównym Chłopcem szczurołapów, ale jego
ambicje były rozwiewane raz za razem przez Hana i Qi'rę, która została
nawet Główną Dziewczyną i ulubienicą Lady Proximy. Było to
błogosławieństwo, z którego nie mogła dzisiaj skorzystać. Grindalidka
była na to zbyt cwana.
Niestety, Rebolt był ulubieńcem Molocha, zapewne z tych samych powodów,
dla których nie mógł zapunktować u Lady Proximy. Nie był zbyt mądry, nie
wykazywał inicjatywy oraz ślepo wykonywał polecenia Molocha. Nigdy nie
zdradziłby swojego szefa i był ku temu prosty powód: nigdy nie wpadłby
na to, jak to zrobić. Ostatnio jego rola polegała na znęcaniu się nad
wszystkimi szczurołapami, którzy "wymagali naprostowania", jak to miał w zwyczaju mówić Moloch. Chłopak uwielbiał zwłaszcza znęcać się nad Hanem
i Qi'rą.
- Han! Szczurołap, którego akurat szukałem - powiedział Moloch. Jego
usta wykrzywiły się w przerażającej imitacji uśmiechu.
Han nonszalancko stanął przed Qi'rą, a na jego twarzy pojawił się
charakterystyczny uśmiech.
- Moloch! Cześć! Co u ciebie? Właśnie szedłem do Lady Proximy. Właśnie
do niej... w tej właśnie chwili. - Zrobił krok do tyłu, do miejsca,
gdzie wpadł na plecy Qi'ry. Musnął jej dłoń, a zręczne palce przekazały
jej fiolkę. Przesunęła się, by dopasować się do jego ruchów, i schowała
przedmiot do kieszeni.
- Masz nasze kredyty? - Moloch nie należał do tych, co cenią sobie
uprzejmości.
Han skrzywił się i wskazał na swoją posiniaczoną twarz. Qi'ra uważała,
że próba wzbudzenia współczucia u Grindalida była stratą czasu. Nic by
to nie dało, ale Han jak zawsze musiał spróbować.
- Poczekaj, aż ci opowiem, jaką miałem noc. Nigdy nie uwierzysz. To
znaczy uwierzysz, ale...
Moloch usłyszał już dość i odwrócił się do Rebolta.
- Przeszukaj go.
Rebolt miał bladą twarz pokrytą bliznami po trądziku i wiecznie
zmarszczone czoło, co sprawiało, że nawet kiedy się uśmiechał, wyglądał
na wściekłego. Warknął na Hana, żeby się nie ruszał.
W momencie, kiedy zbir zaczął bezlitośnie przeszukiwać Hana, Qi'ra
odsunęła się od nich o krok. Rebolt zaczął ciągnąć chłopaka za ubranie i macać obszycia w poszukiwaniu ukrytych kieszeni. Han próbował mu w tym
nie przeszkadzać, spokojnie pozwolił przeszukać zarówno kurtkę, jak i spodnie. W ogóle nie protestował, gdy Rebolt rzucał nim na wszystkie
strony. Znalazł jedynie narzędzia Hana, które miotał na ziemię.
Qi'ra wsunęła otrzymaną fiolkę głębiej do kieszeni i postarała się
wyglądać na zatroskaną, ale nie współwinną. Na szczęście większość
Grindalidów nigdy nie nauczyło się dobrze odczytywać ludzkiej mowy
ciała. Przeszukujący Hana Rebolt miał większe szanse, że zwróci uwagę na
jej zachowanie, więc wycofała się cicho w cień. Miała nadzieję, że jej
nie zauważyli.
Pomagier Molocha zakończył w końcu przeszukanie i zmarszczył brwi,
zdezorientowany. Nie znalazł ani fiolek, ani kredytów, a był pewien, że
znajdzie jedno albo drugie. Spojrzał na swojego szefa, oczekując
kolejnych instrukcji.
- Lady Proxima będzie wiedziała co z nim zrobić - powiedział Grindalid,
wskazując na Hana, którego Rebolt momentalnie złapał za ramiona.
Qi'ra naprężyła mięśnie, gotowa biec przez tunel. Oczy Molocha bez trudu
znalazły ją w ciemności i przez chwilę badały. "W końcu dranie spędzali
całe życie w tych warunkach!", pomyślała. Po chwili Moloch chrząknął i odwrócił się. Najwidoczniej uznał, że nie jest warta szczególnej uwagi.
Dziewczyna uśmiechnęła się w ciemności. Nareszcie była wolna! Miała w kieszeni coś wartego setki kredytów, a Moloch i Lady Proxima byli zajęci
Hanem!
Mogła uciec. Mogła wziąć fiolkę, opuścić planetę i nigdy więcej nie
oglądać się za siebie. Ale...Han jej nie zostawił. Wrócił po nią, pomimo
tego, że miał śmigacz i coaxium. Mógł w tej chwili być już gdzieś hen
poza planetą! Przeklęła pod nosem. Ten cholerny szlachetny głupiec
wrócił po nią i dał się złapać. Teraz Lady Proxima go sprzeda, zje albo
zrobi coś jeszcze gorszego.
Coaxium było jej biletem do wolności. Pogłaskała delikatnie chłodny
metal leżący w jej kieszeni. Westchnęła i ruszyła za nimi. Była mu
dłużna, a nienawidziła mieć długów.
"Cóż, przynajmniej Qi'rze udało się zwiać", pomyślał Han. Uciekła wraz z jego skarbem. Może i nie było tego w planie, ale wolał już, żeby coaxium
miała ona, a nie Lady Proxima. Skupił się na popychającym go zbirze i spróbował zignorować ból i pustkę, które czuł w klatce piersiowej po
tym, jak przyjaciółka go zostawiła.
Rebolt ścisnął ramiona Hana o wiele mocniej niż musiał.
- Zamierzam się tym delektować - wyszeptał chłopakowi w twarz.
- Twój oddech, Rebolt. Jest po prostu legendarny - odpowiedział,
krzywiąc nos od odoru.
Zbir splunął na niego, upewniając się że gdziekolwiek Han się nie uda,
ten zapach będzie mu już towarzyszył.
Nora została wybudowana z porzuconych i przestarzałych kubików
mieszkalnych, zebranych z opuszczonego koreliańskiego projektu
budowlanego. Były połączone ogromnymi, zardzewiałymi rurami
odsalającymi. Cała śmierdziała nieoczyszczonymi ściekami. Był to zapach
okropny, który wżerał się w nosy. Nie można było się do niego
przyzwyczaić. Nasilał się w centralnej części kompleksu, gdzie Lady
Proxima przebywała w swoim legowisku. Zarówno Grindalidowie, jak i wychowywani przez nich ludzie chodzili cały czas brudni.
Legowisko Proximy było śmierdzącą dziurą pośrodku nieużywanego magazynu.
Maszyny i narzędzia wciąż się tu znajdowały. Szczurołapy przesunęły je
jedynie na bok, żeby zrobić miejsce na sadzawkę, w której żyła Proxima i jej młode. Jej zbiry dawno temu przyciemniły wszystkie okna i do pewnego
stopnia oczyściły okolicę, tworząc przyjemne gniazdko dla swojej
królowej. Hanowi przypomniało się, jak musiał kiedyś pomagać w oczyszczeniu sadzawki, w której żyła Grindalidka. Cysterna sięgała
głęboko pod ziemię, a rozgałęziające się tunele i komory pod miastem.
Wszelkie wysiłki, jakie podejmował, by usunąć brud z wody, były
natychmiast niweczone, gdy tylko Lady Proxima ponownie pojawiała się w mętnym basenie.
Woda była wiecznie słonawa i mulista, z cienką oleistą warstwą, która
lśniła w świetle słabych żarówek oświetlających legowisko. Prąd
potrzebny do ich zasilenia pobierano z jednej z pobliskich sieci
energetycznych. Dzięki oświetleniu legowisko stało się chociaż trochę
przyjaźniejsze dla ludzi. Woda w sadzawce pozostawała jednak ciemna jak
noc i śmierdząca od zanieczyszczeń. Gryzący nos zapach rozchodził się po
tunelach siedziby Grindalidki. Najgorszą zniewagą wśród szczurołapów
było kazać komuś wypić wodę z sadzawki Proximy.
Oczywiście, nikt tak nie mówił w jej obecności.
Rebolt popchnął Hana, przez co ten wpadł w kałużę wody ściekowej, tuż
obok sadzawki Lady. Inne szczury zebrały się, żeby obejrzeć
przedstawienie, a Han rozejrzał się pośród zebranych, licząc, że
znajdzie wśród nich jakąś znajomą twarz. Nie znalazł jednak żadnej.
Poczuł, jak zbir rozluźnia chwyt, skupiając wzrok na ich liderce, która
wynurzyła się z wody niczym mityczny wąż morski.
Była ohydna, ale mimo to była ich królową. Lady Proxima była grubym,
pomarszczonym robakiem, o bladej, lśniącej, białej skórze i dziobatej
twarzy. Miała dwanaście ramion, z których część była chuda i patykowata,
a część silna i potężna; wszystkie kończyły się pazurami. Była obleczona
w metal i łańcuchy niczym robak, który obtoczył się w metalowych
wiórach, a potem uznał, że wygląda jak członek królewskiego rodu i zaczął się tak zachowywać.
Zapach w pomieszczeniu pogorszył się, gdy otworzyła dziób. Han
zmarszczył nos. Nawet lata praktyki nie mogły oduczyć naturalnych
odruchów na niektóre bodźce. Jedna z młodszych dziewczynek również się
skrzywiła, czując ten odór, ale szybko została spoliczkowana przez
jednego ze starszych chłopców.
Słudzy królowej pokornie pokłonili głowy, a wkrótce dołączyły do nich
niektóre ze szczurołapów. Han po prostu stał i czekał.
Lady Proxima nie zwracała uwagi na składających jej pokłony poddanych.
Patrzyła jedynie na Hana. Przyjrzała mu się od stóp do głów i w końcu
przemówiła.
- Wyglądasz gorzej niż zwykle, chłopcze. Co się stało?
Han otworzył szerzej oczy, starając się wyglądać na oburzonego jej
pytaniem.
- Powiem ci, co się stało! Wyrolowali cię i próbowali mnie zabić!
Lady Proxima wydała z siebie sycząco-chrapliwy dźwięk, który oznaczał
śmiech. Nie uwierzyła w ani jedno jego słowo.
- Naprawdę? A co z kredytami?
Han bardzo się starał sprawiać wrażenie bardziej opanowanego, niż się
czuł.
- Zatrzymali je.
Lady Proxima kiwnęła głową.
- A moje fiolki z coaxium? - zapytała, a w jej głosie pojawił się ton
zwiastujący wybuch wściekłości. Pytanie było retoryczne; wiedziała, że
jej zbiry od razu przyniosłyby jej jakiekolwiek hiperpaliwo, które mógł
mieć Han. Ten tylko wzruszył ramionami.
- Je też zatrzymali, ale... - dodał, widząc jak Proxima nadyma się ze
wściekłości. Musiał chwilę się zastanowić, jak dokończyć zdanie, ale
wpadł na pewien pomysł. - ...dostaliśmy cenną lekcję. Tym gościom nie
wolno ufać. - Uśmiechnął się, zadowolony, że cała wina spadnie na
członków gangu, którzy go zaatakowali.
Lady Proxima podniosła głos, a wściekłość zaczęła z niej wypływać, tak
jak ona sama chwilę wcześniej wypłynęła z sadzawki.
- Oczekujesz, że uwierzę ci, że udało ci się uciec z niczym?
- Cóż... udało mi się uciec z życiem. Myślę, że to całkiem sporo -
powiedział, rozpościerając ręce na znak, że sam jest skarbem. Jej małym
wojowniczym szczurołapem. - To znaczy, przynajmniej dla mnie to sporo.
Lady Proxima w końcu odwróciła od niego wzrok, który teraz spoczął na
Molochu. Potrzebowała potwierdzenia, że Han wrócił z pustymi rękoma.
Znienawidzony przez chłopaka Grindalid zrobił krok do przodu i odchrząknął.
- Nie miał nic przy sobie - powiedział i jeszcze raz poklepał kieszenie
Hana, udowadniając, że są puste.
Cierpliwość Lady Proximy była na wyczerpaniu. Władczyni wyprostowała się
i ponownie przemówiła.
- Powierzyłam ci jedno proste zadanie, a wszystko, co słyszę, to
wymówki!
W śródpiersiu Hana eksplodował niesamowity ból, gdy Rebolt uderzył go w żołądek pałką. Pochylił się do przodu i spróbował zwalczyć nagły atak
mdłości. Jego skręcona z bólu przepona zakomunikowała, że nie podoba się
jej obrywanie dwa razy z taką siłą w ciągu godziny. Han nawet nie
widział, żeby Proxima dawała rozkaz uderzenia go. Wszystko wskazywało na
to, że Rebolt sam zdecydował się wymierzyć cios. "Rebolt po raz pierwszy
w życiu wykazał się inicjatywą. Trzeba mu pogratulować", pomyślał Han.
Najpierw padł na kolana, a chwilę potem na wszystkie cztery kończyny, w kałużę szlamu. Jeden z jego palców zaklinował się pomiędzy dwoma
kamieniami, dzięki czemu na chwilę zapomniał o bólu. Wyciągnął go i postarał się odzyskać oddech.
Lady Proxima mówiła dalej, zwracając się do zebranego tłumu.
- Patrzcie uważnie, dzieci. Daję wam wszystkim moją miłość i ochronę. To
samo dostawał Han od chwili, w której przekroczył próg mojego domu.
Muszą być jednak jakieś konsekwencje nieposłuszeństwa. W przeciwnym
wypadku nie wyciągniecie żadnej lekcji i nigdy się niczego nie
nauczycie.
Han dostrzegł w tłumie Qi'rę. Stała z tyłu i obserwowała go z kamienną
twarzą. Nie mógł nic odczytać z jej oczu, lecz została. Nie opuściła go
i tyle mu wystarczyło.
Rebolt uderzył go ponownie, tym razem w plecy, przez co prawie wpadł
twarzą do wody. Z trudem udało mu się podnieść głowę i spojrzeć na Lady
Proximę, która z satysfakcją przyglądała się, jak jest okładany przez
jej zbira.
Han miał dość obrywania jak na jeden dzień. Splunął krwią w śmierdzącą
kałużę.
- Wiesz co? - zapytał. - Nie sądzę, bym kiedykolwiek się nauczył.
Szkaradna twarz Lady Proximy wykręciła się jak blada pięść.
- Coś ty powiedział?
Han podniósł się z kolan, w końcu odzyskując oddech.
- Powiedziałem...
Rebolt zdecydował się wtedy wykazać jeszcze większą inicjatywą niż
kiedykolwiek wcześniej i zamachnął się na niego po raz trzeci, tym razem
celując w jego głowę. Han jednak złapał pałkę w swoje mokre dłonie i wyrwał ją z rąk zbira. Odwrócił się i podniósł na nogi. Teraz to on miał
broń. Cudowny widok niedowierzania na twarzy chłopaka, tuż przed tym,
jak Han uderzył go pałką, pozostanie z nim na długi czas.
- ... że następnym razem, kiedy ktoś mnie uderzy, to mu oddam -
powiedział. Skończył z wszelkimi pozorami płaszczenia się i bycia
biernym wobec agresji. Miał wszystkiego serdecznie dość.
Lady Proxima ryknęła z wściekłości i zanim Hanowi udało się zadać kilka
zasłużonych ciosów Reboltowi, znalazł się na celowniku blastera Molocha.
- Ciekawe, co zrobisz, gdy cię zastrzelę - powiedział, a Hanowi pierwszy
raz zabrakło ciętej riposty. Palec Molocha zacisnął się na spuście, a chłopak przygotował się na przyjęcie gorącego ognia z blastera. Nagle na
lufie spoczęła delikatna dłoń i odsunęła ją ostrożnie od poobijanej
twarzy Hana. Dłoń należała do Qi'ry.
- Poczekaj. Nie rób tego - poprosiła dziewczyna. Mówiła do Molocha, lecz
jej oczy były zwrócone na Lady Proximę.
Wśród szczurołapów rozszedł się stłumiony okrzyk zaskoczenia. Nie
zdarzało się, żeby ktoś otwarcie przeciwstawiał się ich królowej. Nawet
Moloch nie był pewien, co robić. Wszyscy spojrzeli z oczekiwaniem na
Lady Proximę.
Przywódczyni Białych Robaków spojrzała w dół, na kolejną irytującą
istotę, z uśmiechem. Nie było jednak w tym grymasie niczego dobrego, ale
Han wiedział, że Proxima miała słabość do dziewczyny.
- Qi'ra, ty biedna, zagubiona istoto. Pamiętasz jeszcze silos?
Wyciągnęliśmy cię z tego piekła i daliśmy dom. Nie odrzucaj tego dla
Hana. Nie jest tego wart.
Han już chciał się wtrącić, że jest przecież sporo wart, ale uznał, że
to sprawa pomiędzy Qi'rą i Proximą. Uznał, że rozsądniej będzie trzymać
z dala od tej rozmowy.
Qi'ra położyła mu rękę na ramieniu, pokazując wszystkim, że stoi po jego
stronie.
- Jest na pewno wart więcej żywy niż martwy. Odpracuje wszystko, co
stracił na tej transakcji. I to z nawiązką! Wynagrodzimy ci to.
Moloch się roześmiał. Qi'ra wciąż trzymała rękę na lufie jego blastera.
- Coaxium jest może i cenne, ale szczurołapy tanie.
Zebrane wokół nich dzieci zaczęły przytakiwać. Od małego wbijano im
pałkami do głów, że dla ich opiekunów ich życia nie mają najmniejszej
wartości. Jedynie kilkoro z nich wyraźnie spochmurniało albo się
rozzłościło. To te dzieci miały szansę kiedyś się wyrwać z tego świata.
Lady Proxima przytaknęła Molochowi.
- Jest już za późno na targowanie się. Nie mam wyboru, muszę go zabić. -
Spojrzała na Qi'rę i dodała z zastanowieniem. - A ciebie może sprzedam.
Możesz wciąż być warta kilka kredytów.
Qi'ra już otworzyła usta, by powiedzieć coś, czego nie będzie mogła
cofnąć, lecz Han wykorzystał okazję, żeby unieść coś nad głowę.
- Dobra, wszyscy mają się cofnąć! - krzyknął.
Potrząsnął czymś, co trzymał w dłoni.
Wszyscy wokół wycofali się, zdając sobie sprawę z tego, jak wiele
różnorodnych broni można było z łatwością ukryć. Jednakże wszyscy
powinni byli też pamiętać, że Han został dokładnie przeszukany.
Niestety, Lady Proxima o tym pamiętała. Nawet nie drgnęła.
- Co to ma niby być?
- Detonator termiczny - odpowiedział pewnym i silnym głosem. Przesunął
kciuk i wydał z siebie ledwie słyszalny odgłos kliknięcia. - Właśnie go
uzbroiłem.
Lady Proxima w ogóle nie kupiła fortelu i skrzyżowała swoje
niedominujące ramiona.
- To kamień.
Han mocniej ścisnął swój kamień.
- Wcale że nie.
Lady Proxima zadrżała ze złości w swojej sadzawce, tracąc cierpliwość.
- Właśnie, że tak! Cmoknąłeś ustami! Tylko na tyle cię stać, dziecko?
- Proszę, powiedz, że to nie jest twój plan - powiedziała cicho Qi'ra.
Han zrobił jedyną rzecz, jaka mu przyszła do głowy.
- Nie - odpowiedział - ale to jest! - Rzucił kamieniem w jedno z przyciemnionych okien.
Kawałek skały poszybował wysoko w górę i przebił się przez okno z miłym
dla ucha brzdękiem. Czarne odłamki posypały się na kilkoro szczurołapów
poniżej. Rozpierzchli się, krzycząc z zaskoczenia i bólu, ale ich krzyki
nie mogły się jednak równać z rykiem, jaki wydała z siebie Lady Proxima.
Od czasu, kiedy Han wszedł do tuneli, słońce zdążyło wzejść wysoko i oświetlało już w pełni szare miasto. Promienie dotarły także do slumsów.
Bez osłony w postaci przyciemnionych szyb światło wlało się też do
pomieszczenia, które nie widziało go od lat, i oświetliło Lady Proximę
niczym aureola.
Jej biała grindalidzka skóra natychmiast pokryła się pęcherzami, które
zaczęły skwierczeć, pękać i sączyć ropę. Ten sam los spotkał pobratymców
władczyni, z wyjątkiem tych, którzy mieli na sobie kombinezony ochronne.
Proxima ryknęła z bólu głośniej, niż Han kiedykolwiek słyszał, wiła się
i próbowała znaleźć ochronę przed światłem parzącym jej skórę. W końcu
zanurkowała w rdzawej wodzie, szukając ratunku w ciemności sadzawki.
Pozostawiła za sobą jedynie białą krew, która wciąż świeciła na
powierzchni ciemnej wody.
Smród pieczonych Grindalidów był czymś, czego Han miał nadzieję nigdy
więcej nie poczuć. Zapach drażnił jego nos, ale zakaszlał tylko raz i złapał Qi'rę za rękę. Nie interesowało go, kto jeszcze jest ranny. Po
prostu zaczęli biec.
Rozdział trzeci
Z początku Qi'ra pomyślała, że poszczęściło
się im i nikt ich nie śledził. Szczury były zbyt przestraszone, a Grindalidowie, którzy uniknęli poparzeń, zbyt zajęci opatrywaniem ran
swojej pani i towarzyszy. Pomieszczenie wypełniło światło, które zraniło
większość fotofobicznych stworzeń.
Z wyjątkiem Rebolta, który był człowiekiem, oraz Molocha, który w mgnieniu oka aktywował swoją maskę ochronną i zasłonił twarz. Obaj
chcieli dopaść i zabić Hana i Qi'rę. Jeżeli zdradziłeś Białe Robaki, tak
jak oni to zrobili, to nie mogłeś oczekiwać litości. Nikt, kto
kiedykolwiek zranił ich Lady, nie uszedł z życiem.
- Zostałaś - stwierdził Han i spojrzał na Qi'rę z uśmiechem.
Przepchnęli się obok młodego szczura, który szedł przez tunele i liczył
swój zarobek. Był kompletnie nieświadomy chaosu, który zaistniał wokół
Lady Proximy. Posłał za nimi wiązkę przekleństw, kiedy go potrącili i upuścił wszystkie rzeczy, które ukradł tej nocy.
- Tak - odpowiedziała Qi'ra. - i zaczynam się zastanawiać, czy to było
rozsądne. Masz jakiś plan ucieczki?
- Oczywiście, że mam.
- Coś konkretnego czy po prostu pobiegniemy do skradzionego śmigacza,
który nas stąd zabierze?
- Jak ty mnie dobrze znasz - odpowiedział i puścił do niej oko.
Tym razem nie mieli czasu iść okrężną drogą albo skradać się przez
tunele. Skierowali się prosto do zewnętrznych drzwi, przy których stał
strażnik Syke, i odepchnęli go na bok. Syke wraz z Reboltem opiekowali
się masywnymi, białymi ogarami, które atakowały często z taką
zawziętością, że niekiedy traciły przy tym zęby. A te bez problemu
odrastały, tak jakby zwierzęta te same w sobie nie były wystarczająco
przerażające.
Ogar Syke'a, który spał na ziemi obok niego, przebudził się i zaczął za
nimi szczekać, ale Qi'ra zatrzasnęła drzwi, nim któryś z nich mógł
zareagować, i, żeby spowolnić pościg, zablokowała je beczką. Cokolwiek w niej było, wylało się na ziemię. Dziewczyna miała nadzieję, że okropny
zapach wystarczy, by zmylić nosy ogarów.
Han wskazał palcem na śmigacz, który był ewidentnie kradziony. Nikt
nigdy nie widział nic tak ładnego w tej okolicy. Miał intensywnie
fioletowy, niemal niebieski lakier, i był nieoznakowany. Qi'ra chciała
zapytać, jak Hanowi udało się zwinąć takie cacko sprzed nosa Kilmo, lecz
usłyszała za sobą warczenie ogarów. Zdecydowała, że zostawi pytania na
później, i wskoczyła do środka.
Musnęła ręką deskę rozdzielczą, prawie ją głaszcząc.
- M-68. Nieźle.
- Klasa, nie?
- Podoba mi się, ale wiesz, że prawdopodobnie będziemy musieli go
sprzedać, prawda?
Han włączył silnik i skrzywił się, jakby trafiła go prosto w serce, ale
nie zaprotestował. Dwa miejsca na statku poza planetę będą wystarczająco
drogie, a dodatkowy koszt transportu pojazdu nie wchodził w grę, jeżeli
pieniądze miały im starczyć na przeżycie w miejscu, w którym wylądują,
gdziekolwiek to będzie.
Qi'ra zobaczyła złote kości zwisające z przedniej szyby i uśmiechnęła
się.
- Cieszmy się nim, póki możemy - powiedziała, a Han wcisnął pedał gazu.
Śmigacz obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i wystrzelił do przodu,
wgniatając ich w siedzenia. Krzyki i ujadanie ogarów za nimi powoli
znikały, aż w końcu ucichły na dobre. Zaczęli krzyczeć z radości, czując
już zwycięstwo, lecz ich okrzyki niknęły na wietrze.
- Z kosmodromu Coronetu odlatuje gwiezdny liniowiec, polecimy nim -
powiedział Han, próbując przekrzyczeć harmider silników. - Na bramce
damy w łapę komu trzeba.
Dobrze. Mieli teraz cel. Qi'ra była szczerze zdziwiona tym, jak bardzo
Han myślał z wyprzedzeniem.
Wyciągnęła fiolkę z kieszeni i zbadała ją, obracając w palcach. Trudno
było uwierzyć, że coś tak małego było warte tyle pieniędzy.
- Będzie musiało wystarczyć na przejście imperialnego punktu kontrolnego
bez czipów identyfikacyjnych - powiedziała, zaczynając wątpić w pomyślność planu.
Han prychnął śmiechem.
- Żartujesz sobie? To przetworzone coaxium kategorii "A". Jest warte
przynajmniej siedemset kredytów. - Uśmiechnął się, znów zarozumiały i pewny siebie.
Zerknęła na niego z boku.
- Mówiłeś, że pięćset lub sześćset - przypomniała mu. - Ile jest w końcu
warte?
Han wzruszył ramionami. Nigdy nie miał głowy do dokładnych pomiarów. W duszy był już daleko stąd, nawet gdy wymijał śmigaczem śmieci, inne
pojazdy i droidy stojące im na drodze.
- Gdy tylko przejdziemy na drugą stronę, będziemy wolni. - Wypowiadał te
słowa takim tonem, jakby były cennymi klejnotami na końcu jego języka. -
Zostanę pilotem.
Qi'ra przytaknęła, podejmując wątek.
- Zdobędziemy własny statek i polecimy, dokądkolwiek tylko zechcemy.
Nikt nie będzie nam rozkazywał ani nami pomiatał. Nigdy...
- Nigdy więcej! - dokończył Han, po czym skręcił ostro w lewo. Ledwie
minął droida protokolarnego, który krzyczał coś z dezaprobatą, gdy
zostawiali go w tumanach kurzu.
- Nigdy więcej - powtórzyła Qi'ra i uśmiechnęła się do swojego
towarzysza. Pocałunek w tunelach wziął się z impulsu. Zawsze żyli
chwilą, lecz teraz może w końcu będą mogli wraz z Hanem zacząć myśleć o przyszłości. Jego zawadiacki uśmiech zrobił się szerszy i przez chwilę
wyglądał na naprawdę szczęśliwego.
Wtedy nagle w tył ich pojazdu uderzyła śmigociężarówka Molocha.
- Cholera! - wymamrotał Han przez zaciśnięte zęby. - Myślałem, że
będziemy mieli trochę więcej przewagi.
Śmigacz zakołysał się od uderzenia, nim udało się wyrównać lot.
Qi'ra odwróciła się w swoim fotelu. Jej ciemne włosy powiewały na
wietrze, zasłaniając jej twarz.
- To Moloch! - zawołała. - Gazu!
Moloch, Rebolt i Syke siedzieli w zmodyfikowanej śmigociężarówce, która
często wymagała napraw. Pojazd może i nie miał najlepszego
przyspieszenia, ale jego generator antygrawitacyjny był o wiele
mocniejszy od tego montowanego w fabrycznych śmigaczach. Z pewnością
potrafił nieźle dać popalić, gdy osiągnął pełną prędkość.
Han docisnął pedał gazu, ale droga rozszerzyła się i Moloch szybko
znalazł się na wysokości ich śmigacza. Oprócz zmodyfikowania silnika
gangster wzbogacił też pojazd o klatki dla ogarów, które w tej chwili
znalazły się na wysokości głowy Hana. Bestie szczekały i skakały na
kraty, próbując go dorwać. Moloch krzyczał coś do uciekinierów, ale
wiatr i ujadanie ogarów go zagłuszały. Grindalid stuknął ich pojazd
jeszcze raz, przez co M-68 przesunął się na bok. Han zaklął i mocniej
chwycił za stery. Jego pojazd był przeznaczony do wyścigów ulicznych, a nie zawodów w rozbijaniu pojazdów. Rozejrzał się za miejscem, gdzie
mógłby zgubić Molocha.
Skręcił w ciasną uliczkę pełną skrzyń i maszyn. Pomyślał, że będzie to
idealna droga, by zgubić wielką ciężarówkę, która ledwie mogła się tam
zmieścić. Zaczynali zwiększać odległość od ścigającego ich pojazdu,
dopóki nie zainteresował się nimi imperialny żołnierz miejskiego zwiadu,
którego minęli z ogromną prędkością.
Fart Hana był już u kresu wyczerpania, ale na szczęście wiedział, jak
poradzić sobie z żołnierzami zwiadu. Imperialni chcieli cię tylko
aresztować, z kolei zbiry pokroju Molocha i Kilma - woleli zabić.
Nic im nie będzie.
Obejrzał się za siebie, zaraz po tym, jak minęli żołnierza. Miał
nadzieję, że bandyci go nie zauważą. Niestety, nic z tego i od teraz
wraz z Qi'rą mieli już dwa ogony. Han był całkowicie pewien, że uda mu
się zgubić śmigociężarówkę, jednak zwinny skuter patrolowy był już
zupełnie inną historią.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Prolog
Han zebrał siły, jednak nie mógł już
szybciej przebierać nogami.
Miał zamiar zjawiać się o czasie, ale akurat odbywała się partyjka
sabaka. Niemal wszyscy szanowali dobrą partyjkę w karty, a przynajmniej
szanowali, jeśli warto było z tobą zagrać.
Poza tym był na czas, no jeżeli bycie spóźnionym o pół godziny można
było uznać za bycie o czasie... Kto w ogóle liczył te trzydzieści minut,
jeżeli w ciemnym zaułku spotykasz się z szemranym dilerem, o szarej
godzinie poranka?
Na nieszczęście dla Hana, Kilmo, ten szemrany diler, już czekał.
Najwyraźniej dla niego te trzydzieści minut miało ogromne znaczenie.
Han zatrzymał się tuż przed jego nosem, po tym, jak jego robocze buty
poślizgnęły się na jakiejś przemysłowej mazi. Uśmiechnął się na
powitanie. Miał nadzieję, że dzięki urokowi osobistemu zapunktuje u dilera.
- Hej, Kilmo, świetnie wyglądasz - powiedział, ledwie rozpoznając
wysokiego chudzielca czającego się w półmroku. Za jego plecami poruszyło
się kilka większych cieni. - Widzę, że przyprowadziłeś przyjaciół. Jak
się macie?
Przyjaciół... Lady Proxima nic nie wspominała, że oprócz dilera zjawi
się ktoś jeszcze.
- Spóźniłeś się - zagrzmiał Kilmo. Brzmiał na jeszcze wyższego, niż był.
Han nigdy nie sądził, że ktoś może brzmieć jak osoba wysoka, jednak tak
właśnie było z tym podejrzanym gościem. Kilmo wszedł z cienia w światło
lampy, ujawniając twarz pokrytą bliznami po trądziku, ledwie widoczną
zza przetłuszczonych blond włosów.
- Tylko troszeczkę - zgodził się uprzejmie Han. - Najważniejsze, że już
jestem i mam to, czego potrzebujesz. - Puścił im oczko, mając nadzieję,
że widzą, że nie stanowi zagrożenia.
Jeden z wysokich kształtów stojących za Kilmo wystąpił do przodu.
Wyglądał jak Sabetue, chudy, kościsty, o skórze w kolorze rzadko
spotykanej czystej bieli, wskazującej na to, że był bezpłciowy. Han
nigdy wcześniej nie widział białego Sabetue'a. Pomyślał jednak, że
nieważne, jaki kolor ma obcy, dobrze będzie mieć na oku jego pazury.
Naprawdę nie chciałeś mieć do czynienia z pazurami na ich dłoniach i stopach. Naprawdę nigdy, przenigdy i w żadnym wypadku.
- Mniej gadania - powiedziało Sabetue- więcej pokazywania.
Han zanurzył rękę w prawej kieszeni, wyciągnął pięć metalowych fiolek i pokazał je Kilmowi.
- Najlepsze hiperpaliwo, jakie możesz kupić za kredyty - powiedział, a diler już zaczął wyciągać ochoczo rękę, kiedy Han zabrał swoją. -
Oczywiście, jeśli zabrałeś pieniądze.
Sabetue musiało być mózgiem tej operacji. Podczas gdy oczy Kilma płonęły
z chciwości, jego brzydka twarz zmarszczyła się, co dodało jej jeszcze
co najmniej dwa stopnie brzydoty.
- Umówiliśmy się na siedem fiolek oczyszczonego coaxium.
Oczy Hana otworzyły się szeroko.
- Siedem? - Spojrzał na swoje dłonie i ostentacyjnie zaczął liczyć
fiolki. - Trzy, cztery, pięć. Mógłbym przysiąc, że dała mi siedem.
Sabetue zrobiło kolejny krok do przodu, wyciągając pazury, a Han wykonał
szybki krok do tyłu.
- Chwila, chwila. Dajcie mi rzucić okiem, czy ich gdzieś nie zapodziałem
- powiedział, jedną rękę podnosząc w geście próby zatrzymania
zbliżających się gangsterów, a drugą ściskając coaxium.
Zaczął starannie grzebać w jednej kieszeni spodni, potem drugiej. Na
końcu niezdarnie poklepywał się już po całym ciele, podczas gdy prawa
ręka mocno trzymała skarb, którego tak bardzo pragnął Kilmo. Palce Hana
otarły się o kolejną fiolkę. Wyciągnął ją, wzdychając z ulgą.
- Była w innej kieszeni! - zawołał triumfująco. - Proszę bardzo.
- To wciąż tylko sześć - powiedział Kilmo, który w końcu połapał się w próbie oszustwa. - Gdzie jest ostatnia?
- Cóż, jestem pewien, że Lady Proxima zaakceptuje mniejszą ilość
pieniędzy za mniejszą liczbę fiolek - powiedział. - Mieliście zapłacić
czterdzieści jeden tysięcy za siedem? Co powiecie na dwadzieścia tysięcy
za sześć?
Wszyscy członkowie gangu ruszyli na niego niczym jedna istota. Han
wycofał się, wymieniając kolejne propozycje.
- Osiemnaście? Szesnaście! Podajcie jakąś kwotę! Potrafię być rozsądny!
O-o... - Cofając się, wpadł na coś, co nie było ścianą. Było prawie tak
samo twarde, lecz o wiele bardziej wściekłe.
Myślał, że Kilmo i jego towarzysze byli wielcy, ale byli niczym w porównaniu do tej osoby. Był to mężczyzna, jeszcze jeden człowiek, ale
największy, jakiego Han widział w życiu. Mimo, że spowijał go cień, Han
wyczuwał mięśnie poruszające się pod jego skórą. Przypominały w dotyku
skały, które zaraz miały runąć w lawinie. Ręce potężnego mężczyzny
opadły mocno na ramiona Hana, tak że chłopak aż zachwiał się pod ich
ciężarem.
- Jeszcze jeden przyjaciel? - zapytał, uśmiechając się niepewnie i patrząc do góry. Wtedy nagle został uderzony przez Kilmo.
Pierwszy cios wylądował prosto na jego lewym oku. Głowa poleciała mu do
tyłu tak daleko, że aż zobaczył gwiazdy na pochmurnym niebie. Drugi cios
okazał się dla niego o wiele szczęśliwszy. Było to uderzenie dwa w jednym, które odbiło się od jego nosa i trafiło w brzuch. Był to
szczęśliwszy cios nie dlatego, że nie bolał - oczy wypełniły się łzami.
Był to szczęśliwszy cios, ponieważ Han został popchnięty w tył ku
wielkiemu mężczyźnie, który go trzymał.
Kilmo był niezwykle pomocny i nadał Hanowi dodatkowego impetu, który ten
wykorzystał, wbijając łokcie w osobnika stojącego za nim. Zastanowił się
też przez chwilę, czy nie odrzucić mu głowy do góry i nie złamać nosa,
ale przeciwnik był na to zdecydowanie za wysoki. Zresztą Han był z kolei
zbyt obolały i wciąż wygięty od siły uderzenia w żołądek. Na szczęście
udało mu się trafić wysokiego mężczyznę tak mocno, by też mógł poczuć,
jak to przyjemnie dostać w brzuch.
Tak jak Han miał nadzieję, mężczyzna zatoczył się do tyłu, gnąc się z bólu, i rozluźnił chwyt. Fiolki z coaxium wypadły mu z ręki i potoczyły
się po ziemi. Chłopak zmusił się do ucieczki, wciąż skulony. Trzymał się
za brzuch od ostatniego uderzenia. Ta przygarbiona pozycja pozwoliła mu
przynajmniej uniknąć próby schwytania przez Sabetue'a. Czym prędzej
ulotnił się z miejsca spotkania.
Pozwolił sobie na ostatnie smętne spojrzenie na coaxium, które już było
pospiesznie zbierane przez chciwe dłonie Kilmo.
- Cholera - mruknął pod nosem, łapiąc oddech. Brzmiało to bardziej jak
skrzek, ponieważ wciąż nie mógł normalnie oddychać. Nie chciał odchodzić
bez zapłaty; brak kredytów będzie problemem, gdy powróci do Lady
Proximy. Z drugiej strony, jeśli Han nauczył się czegoś przez lata życia
na Korelii, to tego, że najpierw trzeba ujść z życiem, a dopiero potem
martwić się wszystkimi problemami, które się z tym wiązały.
Jego klatka piersiowa przestała drgać. Wziął wielki haust powietrza.
Wyprostował się, rozprostował nogi i zaczął biec.
Rozdział pierwszy
Światło przedświtu zaczęło nieśmiało muskać
kapsuły Coronet City, sprawiając, że połączone mostami ciemnoszare wyspy
zrobiły się jasnoszare. Słońce wkrótce wzejdzie i zamieni je w cóż...
jeszcze jaśniejszą szarość. Miasto zawsze było w takim czy innym
odcieniu szarości.
Pośród tego ponurego otoczenia Han szukał odpowiedzi na pytanie, które
zbyt często pojawiało się w jego krótkim życiu w ostatnich latach: "Jak
mam wyjść z cało tej sytuacji?". Kilmo nie był zadowolony z tego, że
Hanowi udało się wymknąć. Wszyscy ruszyli za nim zaraz po tym, jak wraz
z resztą gangu pozbierali z ziemi metalowe fiolki.
Tak właściwie, dla Hana ten szaleńczy bieg w celu ratowania skóry nie
różnił się niczym od innych ucieczek, którymi musiał się posiłkować w celu ocalenia życia. Adrenalina wypełniała mu żyły, gdy biegł wzdłuż
wąskiej alejki. Uskakiwał przed koszami, pudłami i kanistrami, z których
wyciekało coś, o czym nawet nie chciał wiedzieć. Słyszał, jak tuż za
plecami o ulicę uderzały stopy ludzi i obcego.
Przed uciekinierem rozciągał się bulwar Narro Sienara, jeden z mostów
łączących kapsułowe wyspy Coronetu. Miał zamiar przebiec na drugą
stronę, wskoczyć w jedną z alejek i zgubić pościg w labiryncie
generatorów mocy oraz jednostek odsalających. Był to dobry plan, który
już wielokrotnie ratował go w przeszłości. Z pewnością nie chciał jednak
wychodzić z cienia na ulicę, która dopiero co zaczynała budzić się do
życia. Zauważył droidy L-1g, które po kolei włączały się i przygotowywały do pracy, kiedy nagle coś przykuło jego uwagę.
Kilmo poruszał się śmigaczem M-68, który stał sobie tam tak po prostu
lśniący i całkowicie nowy. "Nie musisz się martwić o zostawianie
śmigacza w złej dzielnicy, jeżeli to właśnie dzięki tobie dzielnica
schodzi na psy", pomyślał Han. Ale też Kilmo powinien był wiedzieć, że
nie zostawia się sportowego śmigacza (zwłaszcza kabrioletu!) tak po
prostu, zabezpieczonego jedynie systemem ochronnym.
Ten pojazd był skarbem, który mógł poprowadzić Hana ku wolności, a także
opcją ucieczki od tego ponurego życia i poniewierki.
Wyskoczył na ulicę i przez chwilę lawirował pomiędzy wysokimi droidami.
Niektóre głośno protestowały, że przeszkadza im w pracy, ale Han miał
jedynie nadzieję, że osłonią go przed ścigającymi. Niestety, o tej porze
na zewnątrz nie było jeszcze wielu droidów i ludzi. Gdy tylko dotarł do
śmigacza, padł na ziemię i przetoczył się pod pojazd. Zaczął obserwować
okolicę, jednocześnie próbując uspokoić oddech.
Obok jego kryjówki przemknęło kilka par stóp. W większości były to stopy
ludzkie, w butach roboczych, albo metalowe stopy droidów. Nie była to
żadna niespodzianka, jako że najlepszą pracę za pensję minimalną można
było dostać w fabrykach. Korelianie słynęli z projektowania i budowy
statków kosmicznych, dlatego większość zajęć na planecie było związanych
z budową, testowaniem oraz projektowaniem części mechanicznych i elektronicznych. Takie stanowiska były jedynie trochę lepsze niż inne
możliwości zarobku na planecie, ale przynajmniej nie trzeba było
patroszyć ryb.
Miejscowe zajęcia, za które płacono mniej niż w fabryce, to były bowiem
właśnie między innymi: handlarz ryb, żeglarz czy złodziej. Han, jak
większość sierot, wyrzutków i uciekinierów z Coronet City, wykonywał ten
ostatni zawód.
Duża część innych szanowanych miejsc pracy zniknęła, odkąd Imperium
uznało planetę za swoją, a jej obywateli zatrudniło przy budowie
imperialnych statków. W kolejnych latach pojawiły się gangi, a przestępczość wzrosła. Coraz więcej ludzi szukało alternatywnych
sposobów na zarobek, byle tylko nie umrzeć z głodu. Pojawiły się też
szczurze gangi, które przygarniały na swoje łono osierocone i biedne
dzieci. Oferowały jedzenie i kredyty za skradzione towary. Dołączenie do
Białych Robaków wydawało się swego czasu świetnym pomysłem. Han miał
szansę nową rodziną zastąpić tę, którą kiedyś miał. Albo przynajmniej
mógł liczyć na miejsce do spania nie na ulicy.
Niestety, należenie do tej "rodziny" wiązało się z niebezpieczeństwem na
ulicach, biciem, życiem w ponurej norze i ciągłym wypominaniem, że był
wart mniej niż ubrania, które dostał, oraz porcje, którymi niechętnie go
karmiono. Jeżeli władze złapały cię na wykonywaniu jednej z robót dla
Robaków, to byłeś skazany sam na siebie. Nikt nie przybyłby ci z pomocą.
Han żył w tym brutalnym świecie, odkąd był małym chłopcem, i nie widział
końca tej drogi.
Obok śmigacza przemknęły imperialne nogi w białych butach, które
kroczyły z zarozumiałością i wyższością. Miał nadzieję, że żołnierz
Imperium chociaż na chwilę zatrzyma pościg, lecz niestety. Kilmo i jego
gang wkrótce znaleźli się w zasięgu wzroku Hana. Ich tempo nieco spadło
z powodu imperialnych, lecz wciąż się zbliżali. Obok śmigacza przeszły
ludzkie stopy, sabetyjskie pazury, trzy nogi należące do nieokreślonej
istoty, a na końcu ogon sunący po ulicy. Han nie wiedział nawet, do kogo
należały te ostatnie nogi, lecz domyślił się, że ten ktoś był wsparciem
dla Kilma. Chłopak wstrzymał oddech. Wiedział, że jeśli go złapią, to
nie uda mu się ponownie uciec. Zapewne zabiją go od razu na ulicy i stwierdzą po prostu, że złapali złodzieja.
Nie było to do końca kłamstwo, lecz praktycznie rzecz biorąc, to oni tym
razem byli złodziejami.
Nogi gangsterów zatrzymały się. Byli tak blisko Hana, że ten mógł
zauważyć, iż Sabetue'owi przydałby się pedicure. Miało rozdwojony pazur,
z którego ciekła ropa, i który, sądząc po odorze, został niedawno
naderwany. Wyglądało to boleśnie, jednak Han nie mógł wykrzesać z siebie
zbyt wiele współczucia, gdyż zastanawiał się jedynie, kogo obce
rozerwało, że doprowadziło pazur do takiego stanu.
Przełknął nerwowo ślinę, ale leżał kompletnie nieruchomo i czekał.
Jeżeli Kilmo zdecydowałby się szukać Hana we swoim własnym śmigaczu, to
bardzo szybko chłopak znajdzie się w całkowicie nowych kłopotach.
Nogi poszukiwaczy na szczęście poruszyły się i ruszyły dalej, znikając w zaułku.
Horyzont powinien być czysty, Han wyczołgał się więc spod śmigacza i rozejrzał wokoło. Imperialni zniknęli, tak samo jak zbiry. Chłopak
rzucił okiem na konsolę pojazdu, po czym uśmiechnął się i wskoczył do
środka.
Metaliczny smak wypełnił mu usta, kiedy włożył sobie latarkę między
zęby, żeby lepiej widzieć wnętrze pojazdu w słabym świetle poranka.
Wziął narzędzia do ręki i uśmiechnął się do siebie. To była dla niego
naprawdę bułka z masłem. Zwłaszcza, że kradł takie śmigacze, odkąd był
małym chłopcem.
- Dawaj - mruknął.
Obszedł alarm, nim system mógł nawet spróbować się uaktywnić, i włamał
się do układów bezpieczeństwa pojazdu. Pokręcił głową, żeby się
rozejrzeć, a światło padało to na jedną, to na drugą część konsoli.
Nieważne, ile Kilmo zapłacił za zabezpieczenia, tak czy inaczej przekona
się, że sporo przepłacił. Wkrótce dostanie cenną nauczkę.
Gdy tylko system bezpieczeństwa został wyłączony, Han sięgnął pod
kierownicę. Jego dłonie instynktownie wiedziały co robić; poruszały się
niemal bez jego ingerencji. Przełączyć to, odsunąć tamto, a na koniec
rozebrać mechanizm aż do przewodów. Z chirurgiczną precyzją połączył dwa
kable i je skręcił.
- Dawaj - ponaglił.
Przewody zaskwierczały, ale nic się nie stało. Podniósł głowę i rozejrzał się wokół. Zobaczył plecy Kilma, oddalone od niego jedynie o kilka metrów.
- No dawaj! - powiedział po raz trzeci i ponownie przekręcił przewody,
aż wbiły mu się w palce, strzelając iskrami. Lekkie kopnięcie prądu go
podekscytowało. Śmigacz obudził się do życia z łagodnym pomrukiem, który
nikogo nawet nie zaalarmował o mającej nastąpić kradzieży.
Han szybko zaznajomił się z konsolą. Jego palce tańczyły po przyciskach
i przełącznikach. Szarpnął dźwignią, sprawiając, że pod pojazdem
zapłonął silnik repulsorowy, który podniósł śmigacz z ulicy. Pojazdem
kilka razy zakołysało, nim się ustabilizował. Han sięgnął do kieszeni
kurtki i wyciągnął dwie złote kości połączone łańcuszkiem; amulet, który
przynosił mu szczęście. Nie czuł, żeby chwila, którą poświęcił na
zawieszenie ich na przedniej szybie, była czasem straconym.
Odpalił silniki ciągu i ruszył. Śmigacz należał od teraz do niego.
Kradzież była szybka i czysta. Mistrzowska robota.
Buchnięcie śmigacza może i było szybkie i czyste, ale nie można było
tego samego powiedzieć o nim samym. Twarz Hana była umorusana pyłem
przylepionym do skóry przez pot, oraz zaschniętą krwią z nosa i wargi.
Jego lewe oko spuchło od niedawnego uderzenia przez Kilma. Nic jednak
nie mogło umniejszyć uniesienia, które czuł, kiedy śmigacz zabierał go z dala od członków gangu, wciąż szukających go z nadzieją dokończenia
tego, co zaczęli.
Pojechał w stronę świtu. Rozpędził silnik i zignorował krzyki i protesty, które zostały za nim. Głosy szybko się rozproszyły, a Han
wjechał na most, rozkoszując się wiatrem na twarzy, zapachem soli w powietrzu i karkołomną prędkością. To właśnie było życie, jakiego
szukał. Nie dla niego było skradanie się tunelami i bycie chłopcem na
posyłki dla szefów przestępczego półświatka.
Pomyślał o jedynym miejscu, które mógł nazwać "domem", nieważne, jak
bardzo to słowo nie pasowało do tego miejsca. Han wychował się w norze
Białych Robaków, faweli położonej pod Coronet City.
Całe miasto było szare od kadłubów statków oraz pokryte smarem
pochodzącym z przeróżnych obszarów przemysłowych i produkcyjnych.
Fawela, w której mieszkał, była również szara, ale od brudu i rozpaczy,
z domieszką metalicznego posmaku krwi, który przypominał mu o ciągłym
niebezpieczeństwie. Było to miejsce, z którego od lat desperacko chciał
uciec.
Była tam jednak również Qi'ra. Uśmiechnął się zawadiacko i od razu
poczuł, jak zaschnięta rana na jego wardze pęka. Wyobraził sobie minę
dziewczyny, kiedy usłyszy, że w końcu będą wolni. Nie mógł jej tutaj
zostawić. Po prostu nie mógł. Gdyby znalazła się w podobnej sytuacji,
też by go nie zostawiła.
Nie chciał słuchać cichego głosu zwątpienia w swojej głowie, który mówił
mu, że nie jest stuprocentowo pewien, czy to prawda. Qi'ra była jak
wszystkie inne dzieci wychowane przez Białe Robaki. Była twardzielką,
która mogła sobie poradzić w każdych warunkach. Wszyscy oni musieli tacy
być. Han nie potrafiłby spojrzeć na siebie w lustrze, gdyby ją porzucił.
Westchnął i zmienił kierunek. Ruszył w stronę faweli.
Zwolnił trochę i spróbował wyglądać mniej jak złodziej, który próbował
uciec w najlepszej furze swojego życia, a bardziej jak szanowany
obywatel jadącego do fabryk i, by budować szanowane gwiezdne
niszczyciele dla szanowanego Imperium.
Co z tego, że w niczym nie przypominał szanowanego obywatela?! Wytarł
nos rękawem, próbując chociaż trochę oczyścić się z krwi. Nie mógł
jednak nawet stwierdzić, czy teraz krew była na rękawie, czy tylko
rozmazał sobie brud po twarzy.
Bycie szanowanym było nudne. Silnik ponownie zaryczał, a pojazd nabrał
prędkości. Wyminął zaspanych handlarzy niosących beczki z rybami i bele
tkanin. Lawirował między pojazdami, zostawiając za sobą wolniejsze z nich, jakby stały nieruchomo. Nie mógł się powstrzymać od wydania
okrzyku radości. Czuł, że żyje. Prędkość była dla niego wszystkim.
Im dalej na przedmieściach się znajdował, tym bardziej miasto wyglądało
na podniszczone. Zobaczył uszkodzone budynki, zawalone dachy oraz slumsy
zbudowane jedynie z metalowych podpórek i płóciennych ścian. Wydawało mu
się, że zauważył nogi wystające z pojemnika na śmieci, lecz tylko pognał
dalej, marszcząc czoło. Kimkolwiek była ta osoba, to nie był jego
problem. Nawet nie rozpoznał tych nóg, więc nie należały do nikogo, kogo
znał.
Im bliżej był Nory, tym okolica stawała się brudniejsza i biedniejsza.
"Będę tam ostatni raz", pomyślał. Może będzie miał szczęście. Może
członkowie gangu już położyli się spać? Nocne istoty w końcu tak robiły
o brzasku. Białe Robaki nienawidziły słońca bardziej niż bycia
oszukiwanym na wymianie coaxium. Przypomniał sobie, że wciąż musiał
jakoś rozwiązać problem zapłaty.
Han w końcu zatrzymał skradziony śmigacz i z niego wyskoczył, po czym
przyjrzał się przez chwilę pojazdowi. Uszkodził już zainstalowany system
bezpieczeństwa, więc w tej chwili każdy mógł mu go ukraść. Mógł na
szybko złożyć do kupy nowe zabezpieczenie, ale nie w tej chwili. Jeśli
ktoś z gangu by to zauważył, to od razu zwinąłby jego nową maszynę. Nic
nie należało do ciebie, dopóki pracowałeś dla Białych Robaków.
Wszystkie łupy należały do Lady Proximy.
Grupa szczurołapów, dzieciaków równie brudnych jak Han, choć nie tak
zakrwawionych, przebiegła obok niego, ściskając w rękach zdobycze za
dzisiejszy wieczór.
- Szybciej! - krzyknął jeden ze starszych dzieciaków. - Pośpieszcie się
albo Proxima dobierze się wam do skóry!
Dwóch nastolatków o kilka lat młodszych od Hana weszło w zasięg jego
wzroku, zaganiając inne dzieci. Popychali je i grozili im, w towarzystwie warczącego sibiańskiego ogara.
Han gardził tymi stworzeniami. Były masywne i wielkie oraz białe niczym
grindalidzka liderka Robaków, tyle że miały mniej nóg i bardziej się
śliniły. Nienawidził ich niezwykłego przywiązania do swego pana, lecz
jeszcze bardziej - ich skłonności do agresji. Zakradł się do Nory za
dziećmi, nie chcąc, by ktokolwiek go zauważył. Szczurołapy skręciły w jeden z tuneli, szukając bezpiecznego miejsca z odrobiną światła, żeby
przyjrzeć się swoim skarbom, coś zjeść albo przywitać się z przyjaciółmi.
Większość tuneli prowadzących do jamy spowijała całkowita ciemność.
Ludzie nie byli dominującym gatunkiem w tej okolicy, a fotofobiczni
yrindalidowie nienawidzili naturalnego światła. Dzięki temu miejscu Han
nauczył się poruszać w kompletnych ciemnościach. Nie był dumny z posiadania tej umiejętności, ale była niezbędna do przeżycia w tych
trudnych warunkach. Minął młodsze szczury, mając nadzieję, że nie zwrócą
na niego uwagi.
Chłopiec, może ośmioletni, wyciągnął coś błyszczącego ze swojej torby.
Pokazał to starszej dziewczynce, która z nim siedziała. Han przypomniał
sobie, że miała na imię Lex.
- Patrz, co ukradłem. Założę się, że Lady Proxima odpali mi dodatkową
rację! - powiedział.
Lex natychmiast wyrwała znalezisko z ręki chłopca i się mu przyjrzała.
- A ja myślę, że da tę dodatkową rację mnie! - zawołała i roześmiała
się.
Chłopiec rzucił się po swój skarb, jednak dziewczynka trzymała
znalezisko już poza jego zasięgiem.
- To nie fair. Oddawaj!
Han zostawił dzieci. Zdawał sobie sprawę z tego, że dzisiejszy obiad
chłopca wisiał na włosku w tej okrutnej zabawie w kotka i myszkę. Młodzi
musieli jednak sami nauczyć się, jak dbać o siebie tu na dole; Han też
musiał się niegdyś tego nauczyć.
Mijał piec, który jako jedyny świecił na złoto w ponurych głębinach
tuneli, gdy nagle ktoś złapał go za koszulę i pociągnął za gorące
palenisko. Jedna z rąk chłopaka powędrowała do kieszeni, by chronić to,
co tam miał, podczas gdy druga zacisnęła się w pięść. Han był gotowy do
odparcia ataku, ale cios nie nadszedł. Zamiast tego na jego wargach
znalazły się usta, które pocałowały go z całej siły.
Qi'ra, jedyna osoba, schwytanie przez którą przyjmował z radością.
Jego wolna ręka powędrowała do jej brązowych włosów, obciętych tuż
poniżej ucha. Przyciągnął ją bliżej do siebie i na chwilę zapomniał o dzisiejszych wydarzeniach, pulsującym bólu na twarzy i nieokiełznanej
potrzebie wydostania się z mrocznych tuneli raz na zawsze. To po nią
tutaj wrócił. Qi'ra i wolność były jedynymi rzeczami cokolwiek wartymi
na tym świecie.
Odsunęła się od niego, łapiąc powietrze. Jej twarz była zmartwiona i smutna.
- Tak długo cię nie było. Czułam, że coś poszło nie tak - powiedziała.
Jej niebieskie oczy błyszczały w świetle pieca. Zaczęła dotykać jego
zakrwawionej i opuchniętej twarzy. Przy skórze wokół jego lewego oka
zmarszczyła brwi.
Han uśmiechnął się chytrze i wypiął pierś.
- To? To nic. Trzeba było zobaczyć ich. - Przyciągnął ją bliżej, ale
widząc jej sceptyczne spojrzenie, zaraz się popra-wił. - Tak właściwie,
to nic im nie jest.
Uśmiechnęła się. Jego spokojny ton uspokoił ją tak, jak miał nadzieję.
- Posłuchaj, Kilmo wykiwał mnie w samym środku wymiany. Daję mu fiolki z coaxium, kiedy nagle jego goryle mnie atakują. - Uśmiechnął się
ponownie. - Ale pokazałem im, na co mnie stać.
- Tak? W jaki sposób? - zapytała. Stała tylko kilka centymetrów od jego
twarzy. Zaczynało jej udzielać jego podekscytowanie i poczucie nagłości.
Han uśmiechnął się. Czyż odpowiedź nie była oczywista?
- Zwiałem i rąbnąłem im śmigacz.
Qi'ra parsknęła śmiechem, jakby usłyszała świetny dowcip.
- A co, wybieramy się gdzieś?
Han przyciągnął ją jeszcze bliżej.
- Dokąd tylko zechcemy. - Wyciągnął rękę z kieszeni i pokazał jej
metalowy cylinder, który chronił szklaną fiolkę ze świecącym niebieskim
płynem. Był to siódmy pojemnik, o który wcześniej wypytywał Kilmo.
Coaxium było rzadkim i drogocennym hiperpaliwem, które zasilało statki
kosmiczne w całej galaktyce. Ilość, w posiadaniu której znalazła się ta
dwójka szczurołapów, mogła pozwolić im na zawsze opuścić ten rynsztok.
Qi'ra głośno wciągnęła powietrze w płuca.
- Skitrałeś jedną fiolkę!
Kolejna grupa dzieci przebiegła tuż obok. Do uszu chłopaka dotarł głos
jednego ze szczurołapów.
- Han wrócił!
Jęknął, uzmysławiając sobie, że teraz wieść się rozniesie i reszta
Robaków zacznie go szukać. Musiał działać szybko. Qi'ra wciągnęła go
głębiej do wnęki i podniosła jego rękę na wysokość światła
wydobywającego się z pieca, żeby lepiej przyjrzeć się zdobyczy.
- Ostrożnie - powiedział.
- To jest warte... - zaczęła mówić, lecz to Han dokończył myśl.
Dokańczali swoje zdania jak przystało na starych przyjaciół.
- ...Pięćset, sześćset kredytów. Więcej niż nam trzeba...
- Na łapówkę dla celników na granicy!
Han przytaknął.
- Możemy w końcu uwolnić się od Proximy.
- I prysnąć z Korelii! Han, to się może udać!
Jej twarz nigdy wcześniej nie była taka radosna. Han czuł, że w tej
chwili mogą dokonać wszystkiego.
- Uda się. Zawsze mówiłaś, że się kiedyś stąd wyrwiemy. To kiedyś jest
dzisiaj.
Spojrzała mu głęboko w oczy.
- Na co czekamy?
Pocałował ją ponownie i szybko zaczęli się zbierać.