Rozdział 1
"Cokolwiek oznacza miłość"
Narzeczona dla księcia
15 września 1984 roku z Londynu w świat
popłynęła radosna wieść: Karol, brytyjski następca tronu, książę Walii,
doczekał się drugiego syna. Jego żona, piękna i niebywale popularna
księżna Diana, powiła go o godzinie 16.20. Podobnie jak w przypadku
starszego syna książęcej pary, Williama, poród odbył się w skrzydle
Lindo szpitala St. Mary's Hospital, w Paddington w Londynie. Wspomniana
placówka od 1971 roku, gdy księżniczka Anna, drugie dziecko królowej
Elżbiety, urodziła tam syna Petera, nazywana jest dumnie porodówką
rodziny królewskiej. Dziesięć lat później na świat przyszła tam również
jej młodsza córka Zara, a 21 czerwca 1982 roku obecny następca tronu.
Prywatny oddział położniczy szpitala, noszący nazwę na cześć
portugalsko-żydowskiej rodziny filantropów, zajmuje całe piętro budynku
i zapewnia zarówno rodzącym, jak i noworodkom doskonałe, wręcz luksusowe
warunki pobytu.
Wprawdzie Harry był drugim dzieckiem Diany, ale poród małżonki następcy
tronu był wyjątkowo długi, trwał bowiem aż dziewięć godzin, a rodzącej
nie podano żadnych środków znieczulających. Na szczęście wszystko dobrze
się skończyło i księżna wydała na świat zdrowego chłopca. Mały książę
ważył 3,118 kg, a więc troszkę mniej niż jego brat, i jak to bywa w królewskich rodach, otrzymał kilka imion, w tym przypadku cztery, z których żadne nie było wybrane przypadkowo: Henryk Karol Albert Dawid
(ang. Henry Charles Albert David). Pierwsze imię nosiło wielu królów
angielskich, z których znaczącą rolę w historii Anglii odegrali dwaj
kolejni władcy z dynastii Tudorów, Henryk VII i jego syn Henryk VIII.
Drugie imię chłopiec otrzymał po ojcu, ale na imię Charles miał także
jedyny brat Diany, trzecie zaś jest tradycyjnym imieniem w brytyjskiej
rodzinie królewskiej, upamiętniającym księcia Alberta, męża królowej
Wiktorii. Ponadto imię to nosił pradziadek Harry'ego, który po objęciu
tronu przybrał imię Jerzego VI, pod którym przeszedł do historii.
Czwarte imię noworodek otrzymał na cześć św. Dawida z Menevii, patrona
Walii, której tytularnym władcą w momencie urodzin dziecka był Karol,
jego ojciec. Imię Dawid nosił również Bowes-Lyon, brat Elżbiety,
królowej matki, prababci małego księcia.
Nazwisko chłopiec otrzymał po ojcu: Mountbatten-Windsor, chociaż w wojsku figurował jako Henry Wales, ale jeśli nie było konieczności
używania formalnego nazwiska, tytułowany był po prostu Henryk Karol
Albert Dawid z Walii (ang. Henry Charles Albert David of Wales), ale
media ochrzciły go księciem Harrym i tak jest nazywany do dzisiaj,
również w Polsce. Obecny tytuł naszego bohatera brzmi: Henryk Karol
Albert Dawid (ang. Henry Charles Albert David), książę Zjednoczonego
Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej z dynastii Windsorów,
książę Sussexu. Do 2018 roku Harry nosił tytuł "książę z Walii" (ang.
prince Harry of Wales), który nie jest tożsamy z tytułem "książę Walii",
przysługującym wyłącznie następcy tronu. Z woli panującej wówczas
Elżbiety II po ślubie z Meghan Markle został zastąpiony tytułem księcia
Sussexu (ang. Duke of Sussex).
Diana i Karol, podobnie jak w przypadku narodzin Williama, małego
Harry'ego zaprezentowali opinii publicznej na szpitalnych schodach,
kiedy wraz z matką opuszczał oddział położniczy. Książęca para dwa lata
wcześniej zapoczątkowała w ten sposób nowy królewski obyczaj, który był
kontynuowany przez Williama i zapewne będzie przez kolejne pokolenia
rodziny, przyjmując oczywiście, że monarchia w Wielkiej Brytanii będzie
nadal trwać. Narodziny dziecka w rodzinie królewskiej, podobnie jak
ślub, stanowią bowiem bardzo ważne wydarzenie, cementujące przywiązanie
i sympatię poddanych do swoich monarchów, nawet jeżeli ich władza jest
iluzoryczna. Jak tłumaczą to historycy konstytucjonalizmu, jest to swego
rodzaju paradoks: "Współczesna demokracja może się wzmocnić dzięki
elitarystycznym i niedemokratycznym tradycjom dawnego ustroju. Nic
jednak nie ma takiej siły oddziaływania jak widok śpiącego noworodka w beciku, nowego życia, które daje wszystkim nadzieję"1. I właśnie tak było w przypadku prezentacji małego Harry'ego, kiedy miliony
telewidzów na całym świecie z zachwytem przyglądały się parze książęcej
dumnie prezentującej w blasku fleszy swojego młodszego syna na schodach
londyńskiego szpitala. Nikt z obecnych wówczas przed szpitalem
dziennikarzy, a tym bardziej nikt z oglądających to wydarzenie na
ekranach telewizorów, nie przypuszczał, że wraz z narodzinami księcia
umarł związek pięknej Diany i księcia Karola.
Małżonkowie wywodzili się niemalże z tej samej warstwy społecznej, bo
wbrew pozorom panna Spencer nie wchodziła w związek małżeński jako
Kopciuszek. Wręcz przeciwnie: korzenie szlacheckiego rodu Spencerów
sięgają XI wieku, gdyż ich protoplasta miał wylądować w Anglii w 1066
roku wraz z Wilhelmem Zdobywcą. A przynajmniej tak głosi rodzinna
legenda. Z całą pewnością natomiast Spencerowie zapisali się na trwałe w historii Wielkiej Brytanii, gdyż przodkowie Diany ze strony ojca
należeli do grupy brytyjskich arystokratów, którzy w 1714 roku osadzili
na tronie dynastię Hanowerską, co, jak wówczas uważano, ocaliło Wielką
Brytanię od rządów katolickich Stuartów. Swoją fortunę zbudowali
natomiast na handlu owcami, tytuł hrabiowski i rodowy herb wraz z mottem
Boże, broń racji nadał im Karol I.
Spencerowie zaczęli odtąd obracać się w królewskich kręgach, powierzano
im różnego rodzaju urzędy - byli paziami, rycerzami Orderu Podwiązki,
doradcami monarchów. Jeden z przodków Diany, Georg John Spencer 2.
hrabia Spencer, był pierwszym lordem admiralicji, zaś 3. hrabia Spencer
John Charles Spencer był ministrem, ale miał nawet szansę zostać
premierem. Kobiety z rodu Spencerów były na ogół damami dworu, pełniły
nawet zaszczytną funkcję Lady of the Bedchamber, polegającą na
nadzorowaniu sypialni monarchini lub małżonki władcy. Co ciekawe, jedna
z nich była nawet kandydatką na żonę następcy tronu. Chodzi o żyjącą w XVIII wieku, nomen omen, lady Dianę Spencer, która o mały włos nie
poślubiła księcia Walii Fryderyka Ludwika, najstarszego syna króla
Jerzego II Hanowerskiego. Z planów matrymonialnych nic nie wyszło, bo
książę ostatecznie pojął za żonę niemiecką księżniczkę, Diana zaś
poślubiła innego arystokratę, ale małżeństwo nie przyniosło jej
szczęścia. Zmarła młodo, przeżywszy zaledwie dwadzieścia pięć lat. A jej
niedoszły narzeczony, Fryderyk Ludwik, nigdy nie objął tronu, zmarł
bowiem w 1731 roku na skutek wypadku podczas meczu krykieta.
Z dworem królewskim blisko związany był także ojciec matki księcia
Harry'ego, Edward John Spencer, przez krewnych i przyjaciół zwany
Johnny, który swego czasu był koniuszym królowej, jak również
towarzyszył Elżbiecie i jej mężowi w trakcie ich pierwszej po koronacji
podróży po krajach Wspólnoty Narodów. 1 czerwca 1954 Johnny Spencer
poślubił Frances Ruth Roche, również mogącą poszczycić się znakomitym
pochodzeniem. Ród Fermoyów, z którego się wywodziła, pochodził z Irlandii, a jej ojciec nosił tytuł 4. barona Fermoy.
Pomijając niewielką domieszkę amerykańskiej krwi, która płynęła w żyłach
przyszłej księżnej Walii za sprawą prababci ze strony matki, Frances
Ellen Work, córki amerykańskiego bankiera, którą w 1880 roku wydano za
barona Fermoya, Jamesa Rocha, Diana wywodziła się z rodziny od stuleci
związanej z Anglią. Tego samego nie można powiedzieć natomiast o rodzinie jej męża - Windsorach, którzy są dynastią niejako "importowaną"
z Niemiec. Mało tego, biorąc pod uwagę historyczne kryteria, należałoby
uznać Windsorów za... nieistniejącą dynastię. Wszak ich członkowie powinni
używać rodowego nazwiska Sachsen-Coburg-Gotha lub w skrócie Koburgowie.
Od 1714 roku na tronie Anglii zasiadali bowiem władcy niemieccy, gdyż po
bezpotomnej śmierci Anny Stuart korona Plantagentów, Tudorów i Stuartów
spoczęła na skroniach Jerzego I Hanowerskiego, po kądzieli
spokrewnionego ze Stuartami. Nie znaczy to jednak, że dynastia Stuartów
zniknęła z kart historii, wręcz przeciwnie - problemem była jednak
przynależność jej członków do Kościoła rzymskokatolickiego, gdyż
protestanccy mieszkańcy Albionu woleli mieć na tronie Niemca niż
papistę. I to właśnie przedstawiciele tej nacji panowali na Wyspach
przez kolejne pokolenia. Niemiecka krew płynęła w żyłach królowej
Wiktorii, która poślubiła niemieckiego księcia, a kolejni władcy -
potomkowie tej słynnej pary - nosili nazwisko jej małżonka, księcia
Alberta Sachsen-Coburg-Gotha. I dopiero ich wnuk, król Jerzy V, na fali
nasilających się nastrojów antyniemieckich podczas I wojny światowej, w 1917 roku zmienił nazwę dynastii na Windsor, od zamku mającego dla
Anglików tak samo duże znaczenie jak dla Polaków Wawel. Nawiasem mówiąc,
Diana, już po rozpadzie jej związku z Karolem, w rozmowie ze swoim
prawnikiem nazwała krewnych księcia wprost "rodziną Niemców", co nie do
końca było zgodne z prawdą, bo babcia przyszłego króla, Elżbieta
Bowes-Lyon, wywodziła się ze szkockiej, a nie z niemieckiej szlachty.
Johnny Spencer wkrótce po ślubie porzucił dworską służbę i osiadł wraz z rodziną w Park House w posiadłości Sandringham, bardzo blisko od
rezydencji Windsorów, w której rodzina królewska tradycyjnie spędzała
Boże Narodzenie. Trudno się zatem dziwić, że Diana Spencer w oczach
wielu wydawała się wręcz idealną kandydatką na żonę następcy tronu: była
arystokratką, wywodziła się z zacnej rodziny, od wieków związanej z królewskim dworem, w dodatku wychowywała się w sąsiedztwie jednej z najsłynniejszych rezydencji Windsorów. Wydawało się, że stanowi to
gwarancję, iż jako małżonka przyszłego króla bez problemu poradzi sobie
z obowiązkami wynikającymi z racji przynależności do rodziny
królewskiej. Ponadto była młoda, zdrowa, piękna i miała doskonałą
prezencję, w dodatku była dziewicą. Dzisiaj ten wymóg stawiany
kandydatce na przyszłą żonę następcy brytyjskiego tronu wydaje się
śmieszny, ale w czasach, gdy rozpatrywano matrymonialne plany dotyczące
Karola, kwestia dziewictwa jego przyszłej żony miała wręcz kluczowe
znaczenie. Wszystkie dziewczyny, z którymi się wcześniej spotykał, były
automatycznie skreślane z listy potencjalnych kandydatek, jeżeli
pojawiły się jakiekolwiek wątpliwości co do ich cnoty.
A tymczasem książę Walii stanowczo zbyt długo ociągał się ze zmianą
stanu cywilnego - 14 listopada 1978 roku obchodził trzydzieste urodziny
i ani myślał się żenić. Wprawdzie widywano go z rozmaitymi pięknościami,
a prasa interesująca się jego kolejnymi podbojami pisała o "aniołkach
Charliego", nawiązując do bijącego rekordy popularności telewizyjnego
serialu, ale żadnej nie poprosił o rękę. Wśród rzeszy owych mniej lub
bardziej urodziwych dziewcząt znajdowała się jednak jedna bratnia dusza,
z którą Karol najchętniej spędziłby resztę życia. Chodzi oczywiście o Camillę Shand, szerzej znaną jako Parker-Bowles, bo właśnie takie
nazwisko nosiła po ślubie. Panna Shand, która prowadziła swobodny tryb
życia, mało elegancka, w dodatku klnąca jak szewc i często zmieniająca
partnerów, nie była nigdy brana pod uwagę jako kandydatka na narzeczoną
księcia Walii. A kiedy wyszła za Andrew Parkera-Bowlesa, jej kandydatura
ostatecznie odpadła, ku wielkiej uldze rodziny królewskiej i królewskich
doradców, a zmartwieniu Karola.
Wydaje się, że z szerokiego grona panien, z którymi spotykał się książę
Walii, największe szanse na zostanie jego żoną miała rudowłosa, szczupła
i wysoka jak trzcina Sarah, a właściwie Elizabeth Sarah Lavinia Spencer.
Zbliżyli się do siebie w 1977 roku podczas meczu polo, ukochanej
dyscypliny księcia Karola, a potem coraz częściej widywano ich razem. A kiedy dziewczyna przyjęła jego zaproszenie i w lutym następnego roku
towarzyszyła mu w wyjeździe na narty do Klosters w Szwajcarii, media
mówiły o niej jako o przyszłej królowej. Wkrótce okazało się, że były to
przedwczesne rokowania, Sarah bowiem nie pokochała Karola, a perspektywa
bycia żoną następcy tronu i życia na świeczniku wcale jej nie pociągała.
Swoje uczucia jasno określiła w jednym z wywiadów. "Nasza relacja jest
absolutnie platoniczna. Uważam go za swego starszego brata, którego
nigdy nie miałam. [...] Nie poślubiłabym nigdy mężczyzny, którego nie
kocham, wszystko jedno czy byłby to książę, czy król Anglii. Jeżeli
poprosi mnie o rękę - odmówię"2. Tym szczerym wyznaniem nie
tylko zraziła do siebie całą rodzinę królewską, ale i ubodła Karola,
który od lat budował swój wizerunek wytrawnego uwodziciela.
Kiedy kolejny związek albo właściwie potencjalny związek Karola legł w gruzach, do akcji wkroczyła babcia następcy tronu, Elżbieta, kobieta
energiczna i zdecydowana, która postanowiła ożenić swojego ukochanego
wnuka. A ponieważ wcześniej realizowała każde powzięte postanowienie,
była pewna, że uda jej się znaleźć odpowiednią kandydatkę na żonę dla
następcy tronu. I faktycznie, jej poszukiwania zostały uwieńczone
sukcesem, w dodatku idealną dziewczynę znalazła w domu Spencerów, była
nią młodsza siostra Sarah - Diana. Karol poznał ją w 1977 roku, podczas
polowania na pardwy, ale szesnastoletnia wówczas panna Spencer nie
wzbudziła jego zainteresowania. Zauważył wprawdzie, że jest ładna i pełna uroku, ale w jego oczach wciąż była dzieckiem, z którym nie ma o czym rozmawiać. Na Dianie książę wywarł jednak wręcz oszałamiające
wrażenie. Co więcej, dziewczyna oznajmiła swoim koleżankom, że zostanie
jego żoną. Wydaje się, iż nie znała porzekadła głoszącego, że kiedy Bóg
chce kogoś ukarać, spełnia jego marzenia, które w jej przypadku okazało
się aż nadto prawdziwe.
Chociaż Diana nie miała o tym pojęcia, znalazła sojuszniczkę w osobie
babci księcia, która zainteresowała się jej osobą. Diana, trzecie
dziecko Johna Spencera i Frances Ruth Shand, oprócz wspomnianej Sarah
miała jeszcze jedną starszą siostrę, Cynthię Jane, na co dzień używającą
drugiego imienia, oraz młodszego brata, Charlesa. Przyszłą księżną Walii
od reszty rudowłosego rodzeństwa odróżniały jasne włosy, odziedziczone
po babci ze strony ojca, Cynthii. Nie bez znaczenia było też to, że
królowa matka dobrze znała rodzinę Spencerów - babcia Diany ze strony
matki, lady Fermoy, była damą dworu królowej, ojciec dziewczyny, jak
wspomniano wcześniej, przed ślubem był koniuszym Elżbiety II, zaś mąż
Jane, Robert Fellows, sprawował zaszczytną i odpowiedzialną funkcję
prywatnego sekretarza monarchini i spisywał się na tym stanowisku bardzo
dobrze.
Babcia Karola uznała zatem, że urodzona 1 lipca 1961 roku Diana jest
wymarzoną kandydatką na żonę ukochanego wnuczka. W jej oczach zaletą
była nawet dość spora różnica wieku dzieląca narzeczonych, prawie
trzynaście lat. Starsza pani zdążyła się zorientować, że Diana nigdy nie
miała chłopaka i była dziewicą, co dodatkowo podniosło akcje dziewczyny
w oczach królowej matki. Zaletą było też wyznanie przyszłej narzeczonej,
Spencerowie bowiem od wieków byli członkami Kościoła anglikańskiego. W oczach babci Karola Diana była chodzącym wcieleniem cnót niewieścich, w dodatku mocno ugruntowanych. Poza tym była arystokratką, wychowaną w poszanowaniu tradycyjnych wartości, jak również świadomą misji
spoczywającej na niej z racji urodzenia: poślubienia odpowiedniego
mężczyzny i urodzenia mu gromadki dzieci.
Ani Karol, ani jego przyszła żona nie mieli pojęcia, że królowa matka
snuje wokół nich misterną sieć, w którą wkrótce oboje wpadną. Naiwna i zaczytująca się w romansach Barbary Cartland Diana byłaby zapewne tym
faktem zachwycona, ale książę Walii niekoniecznie. Jego babcia jednak
wiedziała, co robi, i z uporem konsekwentnie przedstawiała wnukowi uroki
najmłodszej Spencerówny, wykorzystując każdą okazję, by chociaż
wspomnieć o urodzie, wdzięku i skromności Diany. Za każdym razem
zapewniała wnuka, że z pewnością polubi tę wspaniałą i nietuzinkową
dziewczynę, kiedy tylko ją lepiej pozna. Ale Karol nie miał na to
ochoty, bo od 1979 roku odnowił romans z Camillą, tkwiącą w nieszczęśliwym małżeństwie z niepoprawnym kobieciarzem, jakim był Andrew
Parker-Bowles. Kochankowie byli wprawdzie ze sobą bardzo szczęśliwi, ale
oboje zdawali sobie sprawę, że ich związek nie ma przyszłości, a książę
w końcu będzie musiał się ożenić. Twardo stąpająca po ziemi Camilla
powtarzała ukochanemu: "Musisz znaleźć sobie żonę, która nie będzie zbyt
męcząca"3. To przyzwolenie na ślub być może wynikało z przekonania, że ożenek księcia niekoniecznie oznaczałby koniec ich
romansu. Wszak jej praprababcia przez wiele lat była kochanką księcia
Walii Edwarda, mimo że oboje oficjalnie byli w związkach małżeńskich.
Jednak nawet największe zachwyty w ustach jego babci nie wystarczyłyby
do tego, by w sercu Karola zatliło się uczucie do panny Spencer, gdyby
ona sama nie wkroczyła do akcji. Latem 1980 roku dziewczyna została
zaproszona na weekend do rezydencji New Grove w hrabstwie Sussex,
należącej do rodziny jednego z przyjaciół księcia Walii, Philipa de
Passa. Na miejscu okazało się, że przebywa tam także następca tronu.
Książę przygotowywał się właśnie do prestiżowego turnieju z udziałem
swojej drużyny, Niebieskich Diabłów, który miał zostać rozegrany w Cowdray Park, nieopodal posiadłości. Był to tragiczny czas w życiu
księcia, gdyż niedawno stracił swojego ukochanego wujka Dickiego, jak w rodzinie zwano lorda Louisa Mountbattena. 27 sierpnia 1979 roku Dickie
zginął w zamachu zorganizowanym przez IRA, której członkowie podłożyli
bombę na jego jachcie. Zgon lorda i jednego z jego wnuków, który także
padł ofiarą zamachowców, pogrążył w żałobie cały kraj, ale najbardziej
dotknął Karola. Strata była tym boleśniejsza, że książę traktował wuja
jak ojca, bo z własnym nie miał zbyt dobrych relacji.
Diana, osoba niebywale empatyczna, doskonale zdawała sobie sprawę z uczuć, które targały wówczas następcą tronu, dlatego widząc go
siedzącego samotnie na beli siana i pogrążonego w niewesołych
rozmyślaniach, podeszła do niego i powiedziała: "Wyglądałeś na smutnego,
kiedy podczas ceremonii pogrzebowej szedłeś nawą opactwa. To był
najtragiczniejszy widok, jaki w życiu ujrzałam. Serce mi krwawiło, kiedy
na ciebie patrzyłam. Pomyślałam: tak nie powinno być. Jesteś taki
samotny. Powinieneś mieć kogoś, kto się tobą zaopiekuje"4. A wówczas Karol spojrzał na nią innymi oczyma, ku swemu zaskoczeniu
odkrywając w tej młodej, ładnej dziewczynie piękną, mądrą i współczującą
kobietę. Zupełnie nieświadomie wpadł więc w sidła zastawione wcześniej
przez sprytną babcię, bo to właśnie ona sprawiła, że Philip de Pass
zaprosił pannę Spencer do swojej posiadłości i namówił dziewczynę na
rozmowę z księciem. A ona ochoczo się do tego dostosowała, rozpoczynając
tym samym lawinę wydarzeń, które doprowadziły do jej ślubu z Karolem, a w konsekwencji uczyniły jedną z najsławniejszych i najbardziej
podziwianych kobiet swoich czasów. Ciekawe, czy gdyby mogła zajrzeć w przyszłość i dowiedzieć się, że związek z następcą tronu uczyni ją też
jedną z najnieszczęśliwszych kobiet na świecie, poszłaby tą samą drogą?
Bolesne wspomnienia, czyli czas nie leczy ran
Zanim doszło do zaręczyn, Karol rozmawiał z Dianą o wizji rodzinnego
życia, chcąc zorientować się, czy ma świadomość zmian i odpowiedzialności, jakie niesie ze sobą małżeństwo z następcą tronu i związane z tym wejście do rodziny królewskiej. A to, co usłyszał z ust
młodziutkiej dziewczyny, mile go zaskoczyło i jak twierdzi jeden z przyjaciół księcia, sprawiło, że uznał, iż panna Spencer "znacznie
przewyższa dojrzałością swoje rówieśniczki"5. O dojrzałości Diany miało świadczyć jej przekonanie, że miejsce żony jest
u boku męża, oraz chęć posiadania gromadki dzieci. Najwyraźniej
zdeklarowana feministka nie mogłaby liczyć na przychylność Karola,
przynajmniej w owym czasie. To szczere wyznanie, bo Diana rzeczywiście
miała takie poglądy, zapewne w pewnym stopniu przekonało księcia do
małżeństwa z panną Spencer, ale było też wyrazem rozpaczliwego
pragnienia dziewczyny, by mieć szczęśliwy dom. Przyszła księżna nie
zdawała sobie sprawy, że Karol nie jest w stanie jej tego ofiarować, a przynajmniej nie w takiej formie, o jakiej marzyła, i że to nie z nim
powinna budować swoją przyszłość. Oboje wnosili do małżeństwa bagaż
trudnych doświadczeń z dzieciństwa, które pozostawiło na ich osobowości
niezatarte piętno, a Diana dodatkowo zmagała się z poważnymi problemami
natury psychicznej.
Małżeństwo jej rodziców zostało wprawdzie zawarte z miłości, ale nie
było szczęśliwe. Frances rodziła same dziewczynki, natomiast mąż pragnął
syna, który zgodnie z prawem mógłby odziedziczyć tytuł i majątek
Spencerów. A kiedy w końcu wywiązała się ze swojego obowiązku i powiła
chłopca, okazało się, że dziecko cierpi na poważną wadę rozwojową płuc i zmarło zaledwie kilka godzin po przyjściu na świat. Gdy wkrótce zaszła w czwartą ciążę, w sercu jej małżonka rozbłysła nadzieja, że tym razem
będzie to upragniony dziedzic, Johnny, lecz czekało go czarowanie, bo na
świat przyszła trzecia córka, Diana. Ponieważ spodziewano się narodzin
chłopca, wybrano dla dziecka męskie imiona, dlatego o imionach dla córki
zdecydowano dopiero tydzień po porodzie. Rodzice postanowili ochrzcić w gruncie rzeczy niechcianą dziewczynkę imionami Diana Frances i tak też
zrobiono 30 sierpnia 1961 roku w kościele św. Marii Magdaleny w Sandrigham.
Spencer topił swoje niezadowolenie w alkoholu, a za brak męskiego
potomka obwiniał oczywiście swoją małżonkę. Nie dość, że obwoził ją po
różnych placówkach medycznych, zmuszając do upokarzających, a często
również bolesnych badań, to w stanie upojenia alkoholowego wylewał na
niej swoje frustracje, posuwając się nawet do rękoczynów. A ponieważ
często sięgał po butelkę, przemoc na dobre zagościła w stadle Spencerów.
Być może Johnny opamiętałby się w końcu, bo 20 maja 1964 roku Frances
powiła zdrowego chłopca i wymodlonego dziedzica, Charlesa Edwarda
Maurice'a Spencera. Jak można się domyślić, Spencer szalał ze szczęścia,
czego wyrazem był uroczysty chrzest malca zorganizowany w opactwie
westminsterskim, z królową Elżbietą II w roli matki chrzestnej.
Narodziny dziecka nie poprawiły bynajmniej relacji Spencerów, a niekochana, wiecznie upokarzana i przeraźliwie samotna, nieszczęśliwa
Frances postanowiła odejść od męża. Tym bardziej że znalazła szczęście u boku innego mężczyzny - Petera Shanad Kydda, zapalonego żeglarza i zamożnego biznesmena, a zarazem spadkobiercy prężnie działającego
przedsiębiorstwa produkującego tapety. Wprawdzie nowy wybranek Frances
nie wywodził się z arystokracji, ale był właścicielem dużego majątku, w którego skład wchodziły posiadłości w Anglii, Szkocji i Australii.
Początkowo dzieci znalazły się pod opieką matki, ale na skutek knowań
lady Fermoy, która niespodziewanie stanęła po stronie zięcia, Frances
straciła prawo do opieki nad całą czwórką. Starsza pani zeznała bowiem
przed sądem, że nigdy nie widziała, jak zięć podnosi rękę na swoją żonę
- była to prawda, bo nie bił jej w obecności teściowej. Nie znaczyło to
jednak, że nie robił tego w ogóle. W efekcie Sarah, Jane, Diana i Charles wychowywali się w domu ojca, ale z matką i jej nowym mężem
spędzali wakacje. Wydaje się, że z całej czwórki potomstwa Spencerów to
właśnie przyszła księżna Walii najciężej zniosła odejście matki, które
po latach uzna za największe trzęsienie ziemi swego dzieciństwa.
Najboleśniejszym wspomnieniem był widok Frances pakującej walizki do
bagażnika swego auta, co sześcioletnia wówczas Diana obserwowała,
siedząc na schodkach prowadzących do domu. Jedyne, co wówczas z tego
pojęła, to poczucie, że matka ją porzuca. Jej starsze siostry, nieco
lepiej zorientowane w relacjach między rodzicami, nie były świadkami tej
rozdzierającej sceny, jaką ze schodków domu widziała przyszła księżna
Walii, gdyż przebywały wówczas w szkole z internatem, a trzyletni
wówczas Charles nic nie pamiętał z owych wydarzeń.
Tymczasem Diana czuła się winna rozpadowi związku Frances i Johna,
niejednokrotnie myślała o tym, że gdyby była chłopcem, sprawy
przybrałyby zupełnie inny obrót. Wiele razy schowana za drzwiami była
świadkiem gwałtownych kłótni rodziców, kiedy zarówno ojciec, jak i matka
nie przebierali w słowach, a Johnny wyrzucał żonie, że nie obdarzyła go
upragnionym synem. "Rodzice bardziej niż nami byli zajęci kłóceniem się
ze sobą. Mama ciągle płakała, tata nigdy nie chciał nam wyjaśniać
dlaczego, a my nie mieliśmy odwagi zapytać. [...] Pamiętam wielkie
poczucie braku stabilizacji. Zabawki były moją rodziną"6 -
zwierzała się po latach księżna Walii.
Wprawdzie Spencer kochał swoje dzieci, a niechciana trzecia córka z czasem stała się jego oczkiem w głowie, ale miał poważny problem z okazywaniem uczuć. Jedyną formą wyrażania miłości było obdarowanie
kochanych osób prezentami, na które był w stanie wydawać fortunę, ale
przecież prezenty w relacjach z dziećmi nie są najważniejsze. W dodatku
nie miał zbyt wiele czasu dla swojego potomstwa. Jak wspominał Charles,
brat Diany, ich ojciec całymi dniami przesiadywał "w swoim gabinecie.
Pamiętam, że czasem, bardzo rzadko, grywał ze mną w krykieta. Sprawiał
mi tym ogromną radość"7. Opiekunki, które zatrudniał, niezbyt
dobrze radziły sobie z wychowaniem jego dzieci, zwłaszcza Diany, która
pomimo wyglądu słodkiego aniołka była niesforną, żywiołową dziewczynką i niejeden raz dała się im mocno we znaki. Z tego powodu żadna z opiekunek
nie zagrzała zbyt długo miejsca w domu Spencerów i żadnej nie udało się
nawiązać emocjonalnej więzi z podopieczną, co jeszcze bardziej wzmagało
w Dianie poczucie osamotnienia i rozpaczliwy głód bycia kochaną.
Dziewięcioletnia Diana trafiła do szkoły z internatem Riddlesworth Hall
Preparatory School w hrabstwie Norfolk, w której niezbyt dobrze radziła
sobie z nauką. Realizowała się za to w balecie, który okazał się wielką
pasją dziewczynki. Godzinami ćwiczyła przy drążku, a kiedy przyjeżdżała
do rodzinnego domu, tańczyła w swoim pokoju. Miała też świetne rezultaty
w sporcie: doskonale pływała, grała w tenisa i siatkówkę. Jej piętą
achillesową była jazda konna, gdyż po upadku z konia i kontuzji ręki,
która była tego wynikiem, skutecznie zraziła się do jeździectwa, jak
również do koni.
W 1972 roku w życiu dziewczynki doszło do dwóch znaczących wydarzeń:
zmarła jej ukochana babcia, hrabina Spencer, a ją wysłano do renomowanej
West Heath School, do której uczęszczały jej siostry. Gdy Diana
dołączyła do grona uczniów, najstarszej, Sarah już nie było w placówce,
ponieważ jakiś czas wcześniej została ze szkoły relegowana. Powodem było
dość bezczelne oświadczenie dyrektorce szkoły, że jest niesubordynowana,
bo atmosfera szkoły ją nudzi. Średnia z sióstr Spencer, Jane, nadal
przebywała w szkole i nie zanosiło się, żeby podzieliła los Sarah, gdyż
w przeciwieństwie do niej była pilną i zdyscyplinowaną uczennicą, czego
nie można było powiedzieć o Dianie. Najmłodsza z panien Spencer
przypominała raczej Sarah, chociaż była nieśmiała i nieco wycofana.
Wrodzona nieśmiałość najwyraźniej nie przeszkadzała jej jednak w dokazywaniu, skoro nauczyciele uznali ją za niesforną.
W West Heath School okazało się jednak, że cechuje ją wielka empatia i ma niezwykłą łatwość w nawiązywaniu kontaktów z chorymi, upośledzonymi i bezradnymi osobami. Przekonała się o tym podczas prac społecznych,
należących do obowiązków uczennic. Dziewczęta odwiedzały wówczas
szpitale, również psychiatryczne, domy starców, ale większość z nich, w przeciwieństwie do Diany, uważała to za mało przyjemny obowiązek. Jak
wiadomo, kiedy została księżną, żoną następcy tronu, ta umiejętność
przysporzyła jej wielu wielbicieli. Gdy okazało się, że nie miała obaw
przed przytuleniem dziecka chorego na AIDS czy innych obłożnie chorych i nieszczęśliwych, została okrzyknięta królową serc. Takie zachowanie i wrażliwość na ludzką krzywdę i cierpienia starała się potem wpoić swoim
dzieciom - Williamowi i Harry'emu. A młodszy książę, podobnie jak jego
zmarła matka, słynie z empatii i wrażliwości na los cierpiących, czemu
niejednokrotnie dawał wyraz.
W 1975 roku, po śmierci dziadka Spencera, ojciec Diany, noszący dotąd
tytuł wicehrabiego Althorp (ang. Viscount Althorp), zyskał prawo do
tytułu 8. hrabiego Spencer (8th Earl Spencer), Dianie zaś od tej pory
przysługiwał tytuł "lady".
W 1976 roku, po bez mała dziewięciu latach samotnego życia, Johnny
postanowił się ożenić. Jego, wydaje się, niezbyt fortunny wybór padł na
Raine McCorquodale, wdowę po hrabim Darthmouth, córkę wziętej pisarki
specjalizującej się w łzawych romansach, Barbary Cartland.
Żadne z czworga dzieci Spencera nie było z tego powodu szczęśliwe, bo
macocha nie budziła w ich sercach ciepłych uczuć, do czego sama walnie
się przyczyniła. Poważyła się bowiem na wprowadzenie pewnych zmian w rodowej rezydencji rodziny, zmieniając ją w muzeum, atrakcję
turystyczną, która miała przynosić konkretne zyski. Rodzeństwo Spencerów
potraktowało to jako świętokradztwo, zwłaszcza że ich macocha swoje
rządy zaczęła od zwolnienia większości służby oraz zlikwidowania stajni,
którą przekształciła w herbaciarnię połączoną ze sklepem z pamiątkami.
Ponadto wystawiła na sprzedaż część obrazów, należących do rodziny od
pokoleń. Wprawdzie zrobiła to w dobrej wierze, aby uregulować długi
swego męża, ale zdaniem jego dzieci sprzedała cenne dzieła sztuki
znacznie poniżej ich wartości.
Raine również nie wspomina dobrze początków jej małżeństwa z Johnnym:
"Sarah mnie nie znosiła, nie mogła nawet ścierpieć, że zajmuję miejsce u szczytu stołu i za moimi plecami wydawała rozkazy służbie. Jane przez
dwa lata nie odzywała się do mnie, nawet gdy wpadłyśmy na siebie w korytarzu. Diana była słodka, zawsze robiła, co do niej należało, a Charles... Charles był po prostu okropny"8. Zacytowana wypowiedź
pochodzi z późniejszego okresu, kiedy Raine ułożyła sobie relacje z najmłodszą pasierbicą, bo początkowo Diana dokuczała jej tak samo jak
reszta rodzeństwa. Nie dość, że otwarcie z niej kpiła, naśmiewając się
ze stylu ubierania się macochy, która z dość żałosnym skutkiem
naśladowała hollywoodzkie gwiazdy, i w ramach zemsty wyrzuciła ze swojej
biblioteczki wszystkie książki Barbary Cartland, to jeszcze uwielbiała
snuć się po korytarzu, głośno śpiewając refren piosenki zaczynający się
od słów: Odejdź, deszczu, odejdź (imię Raine wymawia się po angielsku
tak samo jak rain - deszcz). Przyszła księżna pozbyła się wprawdzie
dzieł brytyjskiej królowej romansów, co nie oznacza, że przerzuciła się
na ambitniejszą lekturę: uzupełniła swój księgozbiór o powieści Danielle
Steel.
Ponieważ Diana fatalnie zdała egzaminy końcowe, nie mogła marzyć o studiach. Po ukończeniu West Heath School poszła w ślady Sarah, która po
relegowaniu z tej samej szkoły uczyła się w Institut Alpin Videmanette w Szwajcarii. Była to prestiżowa i bardzo droga szkoła, którą można by
nazwać "szkołą żon" lub "szkołą ekskluzywnych gospodyń domowych",
ponieważ placówka ta przygotowywała swoje uczennice do życia w wyższych
sferach i prowadzenia domu na najwyższym poziomie. Jej program obejmował
naukę szycia, gotowania, konwersacji w języku francuskim oraz jazdy na
nartach. Dianę pociągało nie tyle samo szycie czy pichcenie obiadków w eleganckim fartuszku, ile szansa na opanowanie mowy Moliera. Lecz
szkolna rzeczywistość rozczarowała ją tak bardzo, że uznała pobyt w tej
renomowanej placówce za stratę czasu i pieniędzy, dlatego ostatecznie
zrezygnowała z nauki i wróciła do domu.
Przez jakiś czas szukała swojego miejsca w życiu, realizując się jako
opiekunka do dzieci i pracując w tym charakterze, a także jako
nauczycielka tańca w szkółce dla dzieci, ale z tej posady musiała
zrezygnować na skutek kontuzji na nartach. Zatrudnienie znalazła
ostatecznie w przedszkolu Young England, prowadzonym przez Victorię
Wilson i Kay Seth-Smith przy parafii kościoła Zbawiciela w Pimlico. W niedalekiej przyszłości owa placówka miała stać się bodaj
najsłynniejszym przedszkolem na świecie, właśnie za sprawą zatrudnionej
tam panny Spencer. A ponieważ nie była to praca na cały etat, Diana
dorabiała sobie jako opiekunka Patricka Robinsona, syna amerykańskiego
potentata naftowego, oraz... sprzątając w domu swojej starszej siostry
Sarah. Nie narzekała, ponieważ wszystkie zajęcia sprawiały jej
przyjemność: z dziećmi dogadywała się bardzo dobrze, znajdowała także
dziwną satysfakcję we wprowadzaniu porządku w otoczeniu swoim i swoich
najbliższych, dlatego godzinami potrafiła układać rzeczy w szafach,
polerować srebra, zmywać czy odkurzać. Podobnie jak inne dziewczęta w jej wieku spotykała się oczywiście z chłopcami, ale z żadnym z nich nie
udało się jej stworzyć trwałej relacji.
Jej pierwszym poważnym partnerem był książę Walii, w którym od jakiegoś
czasu skrycie się podkochiwała - jej współlokatorki ze szkolnego
internatu twierdziły nawet, że nad swoim łóżkiem powiesiła portret
Karola. Najwyraźniej była to tylko fascynacja, jaką dziewczęta w pewnym
wieku przeżywają w stosunku do gwiazd kina czy estrady, a nie prawdziwe,
dojrzałe uczucie. Jest to normalny etap rozwoju emocjonalnego dziewcząt,
który mija wraz z pojawieniem się chłopców, z którymi chadzają na randki
i budują prawdziwe, coraz dojrzalsze relacje. W życiu Diany, która
emocjonalnie wciąż była naiwną, bujającą w obłokach i czytającą ckliwe
romanse nastolatką, ten etap nigdy nie nastąpił.
Na domiar złego przed ślubem nie miała okazji lepiej poznać swojego
przyszłego męża. Siostrom żaliła się, że prawie w ogóle nie widuje
Karola, ma za to bezustannie do czynienia z całym sztabem pałacowej
służby, która na różne sposoby usprawiedliwia przed nią nieobecność
księcia, tłumacząc to nawałem obowiązków następcy tronu. Jej narzeczony
też niewiele wiedział o dziewczynie, którą miał poślubić, i nawet nie
zadał sobie trudu, żeby ją dobrze poznać. A to źle wróżyło przyszłości
tego związku, zwłaszcza że Karol, podobnie jak Diana, wnosił w małżeństwo bagaż nieszczęśliwego dzieciństwa.
"Głęboka samotność dzieciństwa"
Pierworodny syn Elżbiety II był owocem małżeństwa zawartego z miłości i uszczęśliwił swoich rodziców, przychodząc na świat niespełna rok po ich
ślubie. Jego narodziny wywołały też istną euforię w całym imperium
brytyjskim. Jego mama wciąż była następczynią tronu, na tronie zasiadał
bowiem dziadek Karola, Jerzy VI, i nikt się nie spodziewał, że jego
panowanie potrwa jeszcze tylko trzy lata. Narodziny Windsora płci
męskiej, następcy tronu, ucieszyły rodzinę królewską, podobnie jak
polityków oraz poddanych. Pewnym zgrzytem, a zarazem złą wróżbą na
przyszłość był dość niefortunny wybór pierwszego imienia, bo imię Karol
jest uważane za wyjątkowo pechowe dla władców Anglii, czego dowodzi
historia dwóch Stuartów, Karola I i Karola II. Pocieszano się jednak, że
kiedy książę dorośnie i obejmie tron, zmieni je na imię znacznie
szczęśliwsze dla Korony, Jerzy, do czego, jak wiemy, nie doszło. Malec
był zdrowy i dobrze się rozwijał, a jego wychowaniem zajmował się sztab
nianiek, bo mama nie miała dla niego czasu. Nie dość, że całym sercem
oddawała się obowiązkom następczyni tronu, to gdy jej pierworodny miał
zaledwie jedenaście miesięcy, pozostawiła go pod opieką uszczęśliwionych
tym faktem dziadków oraz sztabu nianiek i opiekunek i wyjechała na
Maltę. Dołączyła tam do księcia Filipa, wówczas pierwszego oficera na
HMS "Magpie".
Na Malcie przyszła królowa po raz pierwszy, i jak się miało okazać
ostatni, wiodła życie zwyczajnej kobiety, żony oficera Royal Navy, ale
jej synek wychowywał się bez niej. Podobnie postąpiła w przypadku
swojego drugiego dziecka, księżniczki Anny, urodzonej 15 sierpnia 1950
roku, która także dorastała pod okiem nianiek i opiekunek. Dla
wychowywanego właściwie bez rodziców Karola, widującego ich wyłącznie na
zdjęciach, Elżbieta i Filip byli obcymi ludźmi, z którymi nie udało mu
się wytworzyć żadnej więzi. Znacznie bardziej był przywiązany do swoich
dziadków, których widywał codziennie, oraz do nianiek, zresztą pierwszym
słowem, jakie wypowiedział, było właśnie nanny - niania.
Co prawda jego matka na wieść o chorobie króla wraz z mężem wróciła do
kraju, ale nie oznaczało to zmian w życiu jej syna i córki. Wręcz
przeciwnie - schorowany monarcha scedował na nią większość oficjalnych
obowiązków, z których Elżbieta, od dziecka niebywale obowiązkowa,
wywiązywała się bardzo sumiennie. A kiedy została królową, obowiązków
jej jeszcze przybyło, co boleśnie odczuły jej dzieci. Wprawdzie media,
pracujące pod dyktando pałacu, przedstawiały ją jako wzór matczynych
cnót, ale Karol i jego siostra widywali ją jeszcze rzadziej niż
przedtem. I chociaż zmieniła godziny cotygodniowych spotkań z premierem
po to, by móc regularnie spotykać się z dziećmi, to widywała je zaledwie
na pół godziny. Po upływie tego czasu nianie zabierały je do ich
apartamentów, bo królową drażniło ich zachowanie, jak również
rozpierająca, trudna do okiełzania energia malców.
Z czasem było tylko gorzej, bo Anna i Karol, chcąc widzieć się z matką,
musieli umawiać się z nią... za pośrednictwem sekretarki. W królewskiej
rodzinie nie do pomyślenia było, aby którekolwiek z nich wpadło tak po
prostu do mamy, zapytać, co u niej słychać, porozmawiać o szkolnych
problemach czy zwyczajnie dać jej buziaka. Zdaniem wtajemniczonych
królowa znaczenie więcej serca miała dla swoich ukochanych piesków rasy
corgi oraz koni, bo ich hodowla była prawdziwą pasją monarchini. "Gdyby
poświęciła wychowaniu dzieci choć połowę tego czasu, który poświęcała
hodowli, w rodzinie królewskiej nie byłoby takich problemów
emocjonalnych - zżymał się jeden z jej sekretarzy, udzielając wywiadu
już po przejściu na zasłużoną emeryturę. - Gdyby nie czytała tych
wszystkich dokumentów - bo co jej to dawało? - a poważniej potraktowała
swoje obowiązki matki i żony, wszyscy o wiele lepiej na tym by wyszli.
Owszem, świetnie radzi sobie z premierami, ale czy umiała poradzić sobie
z najstarszym synem? A co było ważniejsze?"9.
Być może Elżbieta była zbyt młoda na macierzyństwo, a może faktycznie
chcąc sprostać roli monarchini, którą została stanowczo w zbyt młodym
wieku, przedkładała powinności wobec Korony nad obowiązki wobec dzieci.
Bo przecież w stosunku do swoich młodszych synów, Andrzeja i Edwarda,
była zupełnie inna. Nie bez przyczyny obaj uchodzą za najszczęśliwsze
dzieci Elżbiety i Filipa.
W dodatku tak się niefortunnie dla Karola złożyło, że królowa, zajęta
sprawami państwa, kierowanie jego wychowaniem powierzyła Filipowi,
któremu najwyraźniej doskwierało odgrywanie drugoplanowej roli w ich
małżeńskim stadle. Nie dość, że w trakcie ceremonii koronacyjnej musiał
przyklęknąć przed swoją żoną i ślubować jej posłuszeństwo, to w tym
samym dniu jego syn awansował w królewskiej hierarchii wyżej od niego.
To wszystko ubodło ambitnego Filipa, któremu już wcześniej nie podobało
się, że ich dzieci nie noszą jego nazwiska. Mawiał, że jest tylko
"amebą" w królewskiej rodzinie. I po części tak było, bo zgodnie z wielowiekową tradycją, dworskim protokołem i etykietą książę musiał
podążać "dwa kroki za królową" i zawsze znajdować się w jej cieniu,
chociaż jego niespożyta energia i temperament sprawiały, że od czasu do
czasu udawało mu się jednak z tego cienia wychodzić.
Elżbieta, dla której Filip był miłością życia, zdawała sobie sprawę, że
pozycja, jaką zajmuje jej energiczny z natury małżonek, jak również
przymusowa bezczynność, bo książę po koronacji musiał zrezygnować z czynnej służby, bardzo mu doskwierają. I zapewne dlatego powierzyła mu
wychowanie dzieci, co w przypadku jej pierworodnego syna okazało się
niezbyt dobrym pomysłem. Filip początkowo niezbyt przykładał się do
ojcowskich obowiązków, skoro przez pierwsze pięć lat był wielkim
nieobecnym w życiu chłopca. Nie pojawiał się nawet na urodzinach
pierworodnego, ograniczając się do wysyłania mu bilecików z życzeniami.
A potem narzekał, że wychowaniem jego syna zajmują się wyłącznie kobiety
i zniewieściali dworacy, na skutek czego przyszły król wyrasta na ofermę
i ciamajdę.
W rzeczywistości Karol nie był żadną ofermą, tylko zamkniętym w sobie
introwertykiem, w dodatku bardzo nieśmiałym. Dręczyły go również
kompleksy dotyczące odstających uszu, które jego ukochany wujek Dickie
nazywał "płetwami Windsorów" i które fotografowie wykonujący zdjęcia
rodziny królewskiej, dbając o wizerunek następcy tronu, przyklejali
taśmą do skóry. Na koniu mały książę czuł się niepewnie, z nerwów
obgryzał paznokcie, panicznie bał się ciemności, do tego cierpiał na
chorobę morską, a przecież był synem admirała! Te kompromitujące zdaniem
jego ojca cechy charakteru Karola rzucały się w oczy, zwłaszcza gdy
porównywano go z młodszą siostrą, dziewczynką śmiałą, odważną i pyskatą,
która w końskim siodle czuła się tak, jakby się w nim urodziła.
Filip, człowiek ulepiony z zupełnie innej gliny niż Karol, który wdał
się w równie nieśmiałego i zakompleksionego dziadka po kądzieli, króla
Jerzego VI, postanowił uczynić z pierworodnego prawdziwego twardziela.
"Filip starał się wychować syna, który potrafi być królem w brutalnym
świecie - zauważał jeden z przyjaciół księcia. - Z pewnością Karol nie
był beksą, miał jednak ogromną wrażliwość. Książę Filip nie całkiem
zdawał sobie z tego sprawę. Inne dziecko mogłoby nawet nie zwrócić na to
uwagi, ale Karol zwijał usta w podkówkę. Po prostu wycofywał
się"10. A takie zachowanie jeszcze bardziej irytowało jego ojca,
który zdecydował, że następcę tronu należy wyrwać spod opieki nianiek i dworaków, wśród których się wychowywał. Dlatego nie zgodził się, aby
jego syn uczył się w domu pod okiem prywatnych nauczycieli, ale wysłał
go do publicznej szkoły Hill House, po roku zaś Karol trafił do tej
samej placówki, w której przed laty uczył się Filip - Cheam School.
Filip wspominał tę szkołę bardzo dobrze, ale jego pierworodny wyniósł z placówki jak najgorsze wspomnienia, gdyż wobec uczących się tam dzieci
stosowano bardzo surowe metody wychowawcze. Karol poza tym stał się
ofiarą przemocy w szkole: bezustannie się z niego naśmiewano i z powodu
nadwagi przezywano tłuściochem. A kiedy wspólnie z nielubiącymi go
kolegami oglądał w telewizji Elżbietę II, obwieszczającą światu, że
nadaje synowi tytuł księcia Walii, poczuł się jeszcze bardziej
wyobcowany. Dla zamkniętego w sobie chłopca prześladowania i bezustanne
drwiny rówieśników stały się niemal traumatycznymi doświadczeniami,
które z pewnością wpłynęły negatywnie na jego wyniki w nauce. Bo Karol,
mówiąc oględnie, nie należał do najlepszych uczniów i ledwo przebrnął
przez egzaminy końcowe.
W przypadku chłopców z wyższych sfer kolejnym etapem edukacji była nauka
w Eton, ale z woli ojca książę trafił do Gordonstoun na północy Szkocji.
Pobyt w tej placówce, w której stosuje się dość nieszablonowe metody
kształcenia, stał się dla następcy tronu kolejnym traumatycznym
przeżyciem, Karol określił ten okres swojego życia "piekłem". Jak łatwo
się domyślić, chłopak miał poważne problemy z adaptacją w nowym
środowisku, a jego koledzy nie dość, że go nie zaakceptowali, to jeszcze
traktowali jak obiekt okrutnych żartów i znęcali się nad nim. "Czy można
traktować kogoś jak normalnego faceta, jeśli portret jego matki jest na
monetach, które wydajesz w szkolnym sklepie, i na znaczkach, które
przyklejasz na listy do domu; jeśli gdziekolwiek on się poruszy, krok w krok za nim chodzi detektyw?"11 - pytał retorycznie jego kolega
ze szkoły w rozmowie z dziennikarzem związanej z pobytem następcy tronu
w Gordonstoun. Harry w autobiografii napisał, że gdy ojciec opowiadał
synom o nauce w tej szkole, przyznał, że "ledwo przeżył" pobyt w tej
placówce. Jeżeli wierzyć relacji księcia Sussexu, Karol, opowiadając im
tę historię, trzymał w rękach pluszowego misia, swoją ukochaną
przytulankę z dziecięcych lat. "Miś wszędzie tacie towarzyszył. Wyglądał
żałośnie, z połamanymi ramionami i zwisającymi wyprutymi nitkami,
pokryty częściowo załatanymi dziurami. Wyglądał, tak sobie wyobrażałem,
jak tata, kiedy łobuzy się z nim rozprawiły. Miś wymownie ukazywał,
bardziej niż tacie kiedykolwiek udało się to wyrazić, głęboką samotność
dzieciństwa taty"12.
Szczęściem w nieszczęściu to właśnie tam Karol odkrył swoją wielką
pasję, którą był teatr, a szkolne występy dowiodły, że ma spore
zdolności aktorskie. Nie zaimponował tym ojcu, którego irytowały mierne
wyniki syna w sporcie. Trzeba jednak przyznać, że to właśnie Filipowi
następca tronu zawdzięcza przełamanie lęku przed wodą, umiejętność jazdy
konnej i gry w polo, jak również pasję do myślistwa. Po ojcu Karol
odziedziczył też zamiłowanie do służby na morzu, dlatego po ukończeniu
studiów wstąpił do marynarki wojennej, a służbę zakończył po ślubie z Dianą. Chęć zaimponowania ojcu sprawiła też, że nauczył się pilotażu i ku swemu zdziwieniu odkrył, iż bardzo dobrze czuje się zarówno za
sterami samolotu odrzutowego, jak i śmigłowca. Książę Walii jest więc
posiadaczem licencji pilota. Jest też jedynym królem Wielkiej Brytanii
legitymującym się dyplomem uniwersyteckim: 2 sierpnia 1975 roku ukończył
studia w Trinity College w Cambridge, z wykształcenia jest archeologiem,
specjalizującym się w historii wypraw krzyżowych.
To ostatnie osiągnięcie pierworodnego niezbyt obeszło Filipa, któremu
wprawdzie trudno odmówić wrodzonej inteligencji, ale z pewnością nie
można go nazwać intelektualistą. Małżonek Elżbiety nad uczone dysputy
zawsze przedkładał aktywność fizyczną, podobnie jak jego jedyna córka
Anna, która wprawdzie w szkole miała opinię bystrej i inteligentnej, ale
nie poszła w ślady starszego brata. Zamiast ślęczeć nad książkami,
wolała galopować na koniu bądź towarzyszyć ojcu w górskich wspinaczkach
czy żeglowaniu po morzu. Anna nie ma złego zdania o rodzicach i w przeciwieństwie do Karola bardzo ciepło wspomina swoje dzieciństwo.
Karol natomiast bardzo surowo oceniał zarówno ojca, jak i matkę.
Smutny koniec baśni, w którą uwierzył świat
Ku radości królowej matki, która po cichu odgrywała rolę swatki swego
wnuka, wydawało się, że wszystko zmierza do szczęśliwego finału, bo
Diana coraz częściej pojawiała się u boku następcy tronu, wzbudzając
zupełnie zrozumiałe zainteresowanie mediów. Parę widywano na premierach
w teatrze i operze, jak również na pokładzie jachtu Karola - w tym
przypadku towarzyszyły im przyzwoitki. Ale kiedy Diana otrzymała
zaproszenie do królewskiej rezydencji w szkockim Balmoral, dla
wszystkich było oczywiste, że kawalerski okres w życiu następcy tronu
nieuchronnie zbliża się do końca. Niewielu bowiem mogło liczyć na wizytę
w ukochanej rezydencji królowej Elżbiety, a tym bardziej monarchini nie
kwapiła się do przyjmowania tam każdej dziewczyny, z którą spotykał się
jej najstarszy syn. Diana została zatem wyróżniona, a dla zorientowanych
w sprawach dworu było oczywiste, że zaakceptowano ją jako kandydatkę na
narzeczoną następcy tronu.
I rzeczywiście skromna, nieśmiała, ale ładna i pełna uroku dziewczyna z miejsca podbiła serca krewnych Karola. Spodobała się zwłaszcza swojemu
teściowi, księciu Edynburga, który gustował w długonogich, szczupłych i wysokich blondynkach, co nie przeszkodziło mu pojąć za żonę Elżbiety,
odbiegającej wyglądem od tego wizerunku. Filip podczas partyjki golfa
miał nawet wyznać jednemu ze swoich przyjaciół, że wybór syna go cieszy,
bo wcześniej obawiał się, iż Karol ożeni się z jakimś "szkaradztwem",
tak to określił. Także Harry w swojej książce Ten drugi nadmienia, że
jego dziadek od początku był zagorzałym zwolennikiem przyszłej księżnej
Walii i jej "najbardziej zdeklarowanym sprzymierzeńcem. Niektórzy
twierdzą, że to on wyswatał moich rodziców"13.
Karolowi z pewnością pochlebiało zainteresowanie urodziwej Diany, która
pokochała go pierwszym, silnym uczuciem. Dziewczyna chodziła za nim
"wszędzie niczym wierny zapatrzony w swojego pana szczeniak, śmiała się
ze wszystkich jego dowcipów, interesowała każdym poruszonym przez niego
tematem, zachwycała wiejskim krajobrazem i trybem życia, które on
uwielbiał"14. Nie wszyscy jednak podzielali entuzjazm i zachwyty nad panną Spencer. Do grona sceptyków zaliczał się chociażby
jeden z przyjaciół księcia, Nicholas Soames, notabene wnuk Winstona
Churchilla, który uznał potencjalną narzeczoną Karola za "dziecinną i nieuformowaną", dodając, że ona i Karol "nie mogliby się bardziej
różnić"15. Podobne zdanie miała Penny Romsey, żona wnuka
nieodżałowanego wuja Dickiego, Nortona Knatchbulla, która wprawdzie
dostrzegła, że Diana darzy Karola uczuciem, ale jej uwadze nie uszło, iż
młoda i naiwna dziewczyna "zakochała się w wyobrażeniu, a nie w człowieku"16. A to, jak wiadomo, źle wróży związkowi. Z czasem
nawet lady Fermoy, początkowo wielka zwolenniczka małżeństwa wnuczki z następcą tronu, uznała to za niefortunny pomysł i nawet starała się
zniechęcić do tego Dianę. Nie kierowała się przy tym bynajmniej dobrem
dziewczyny, ale księcia. Podobnie jak wszystkie damy dworu królowej
matki obdarzała bowiem Karola prawie nabożną czcią i uważała go za
jednego z najwspanialszych przedstawicieli płci męskiej, jaki
kiedykolwiek stąpał po ziemi. Starsza pani uznała więc, że Diana nie
jest go godna, a ponadto nie poradzi sobie z obowiązkami, jakie nałoży
na nią małżeństwo.
Pomimo obiekcji osób z otoczenia Karola, a po części także obaw samego
księcia, 6 lutego 1981 roku sprawa dobrnęła do szczęśliwego finału -
Karol oświadczył się Dianie na zamku Windsor i ofiarował pierścionek
zaręczynowy. Z oficjalnym komunikatem czekano jednak aż do 24 lutego, ze
względu na przypadające na dzień 19 lutego urodziny średniego syna
Elżbiety, księcia Andrzeja. Radosną informację o zaręczynach podano do
wiadomości opinii publicznej o godzinie 11.00, a poddani Elżbiety
przyjęli ją z entuzjazmem. Z gratulacjami młodej parze pospieszyła
ówczesna premier Margaret Thatcher, a gazety prześcigały się w zachwytach nad przyszłą królową. Zwracano uwagę, że Diana Spencer
wniesie do rodziny królewskiej krew Stuartów, gdyż wśród jej przodków
znajdowali się nieślubni potomkowie królów z tej dynastii - Karola II i Jakuba II. Pisano, że "Dla narodu, bardziej niż kiedykolwiek
spragnionego symboli nadziei i dobra w publicznym życiu, tym ważniejszy
staje się królewski przykład, daleki utraty blasku. Najlepsze uczucia
osobiste są inspiracją dla największych publicznych czynów. Dzięki
monarchii naród brytyjski ma na swoim szczycie instytucję, która budzi
takie uczucia, i rodzinę, która je urzeczywistnia. Wobec tak wielu
zwykłych ludzi, którzy nienawidzą, tym większej wagi nabiera
perspektywa, że pewnego dnia na tronie Anglii zasiądzie książę, który
kocha"17.
I niewielu zastanowiła zagadkowa odpowiedź księcia, udzielona w wywiadzie przeprowadzonym przez brytyjską BBC. Kiedy dziennikarz zapytał
narzeczonych, czy są w sobie zakochani, Diana z entuzjazmem przytaknęła,
dodając, że jest "strasznie, rozkosznie szczęśliwa", jej partner
przytaknął, by zaraz dodać zagadkowo: "Cokolwiek oznacza
miłość"18. A przecież nie takiej deklaracji spodziewamy się ze
strony szczęśliwego narzeczonego, którego czeka ślub z młodą i piękną
dziewczyną. Bardziej realistycznie na związek brata patrzył książę
Andrzej, który bodaj jako jedyny w rodzinie poważył się głośno wyrazić
swoje zdanie na ten temat. "Przecież wiemy, że on jej nie kocha -
powiedział. - Możemy jedynie trzymać kciuki, żeby zapałał do niej
uczuciem lub choćby nauczył się z nią żyć, zachowując pozory
szczęśliwego małżeństwa"19. Młodszy brat pana młodego był
chyba jedynym członkiem rodziny królewskiej nastawionym sceptycznie do
małżeństwa następcy tronu z Dianą Spencer. Reszta rodziny wprawdzie
zdawała sobie sprawę, że Diana nie jest wielką miłością księcia, ale
łudzono się, że po ślubie wszystko się ułoży. Zwłaszcza Filipowi nie
mieściło się w głowie, że można nie pokochać tak ślicznej i słodkiej
dziewczyny jak panna Spencer.
Opinia publiczna, a przynajmniej jej przeważająca większość, także
naiwnie wierzyła w piękną baśń, jaką wydawała się miłość następcy tronu
i jego pięknej żony. Bo przecież wszystkie baśniowe historie kończą się
ślubem i zdaniem: "i żyli długo i szczęśliwie". A transmisja ze ślubu,
którą 29 lipca 1981 roku oglądało 750 milionów telewidzów, stała się
wielkim wydarzeniem medialnym, ceremonię okrzyknięto zaś "ślubem
stulecia". Ze względu na liczbę gości na miejsce uroczystości wybrano
katedrę św. Pawła, nie zaś szacowne opactwo westminsterskie. Poza tym
droga do katedry jest dłuższa, co przedłużało czas przejścia
tradycyjnego orszaku ślubnego, który na ulicach Londynu oglądało aż dwa
miliony osób.
Panna młoda kroczyła do ołtarza u boku swego dumnego ojca, odziana w suknię o kroju bezy, projektu Davida i Elizabeth Emanuelów, w którą
sprytnie wkomponowano panele z koronki należącej do prababki księcia
Karola, królowej Marii, żony króla Jerzego V. Najbardziej spektakularnym
elementem kreacji Diany był bez wątpienia długi na ponad siedem metrów
tren, sprawiający niemało kłopotu pannie młodej, podobnie zdobiąca jej
głowę ciężka tiara, od pokoleń należąca do rodu Spencerów, której ciężar
przyprawił dziewczynę o migrenę. Nikt tego jednak nie dostrzegał,
podobnie jak plam po perfumach, którymi Diana spryskała swoją kreację.
Cały świat widział tylko zakochaną parę, która odtąd będzie dzielić
życie. Zdanie to najwyraźniej podzielał ówczesny arcybiskup Canterbury
Robert Runcie, który powiedział w kazaniu: "Oto materiał, z którego
snuje się baśnie"20.
Przyszłość miała pokazać, że nie był to materiał na baśń, ale na
małżeńską katastrofę, ponury dramat, który miał rozegrać się na oczach
całego świata. Diana i Karol doskonale prezentowali się na zdjęciach,
oczywiście pod warunkiem, że fotografowano ich na siedząco, albo gdy
pozowali na stojąco i księżna miała buty na płaskim obcasie. Nawiasem
mówiąc, jako żona Karola nigdy innych nie nosiła, a wszystko po to, aby
stojąc obok księcia, nie być od niego wyższa. Byli równego wzrostu,
mierzyli bowiem 1,78 m, ale wysokie obcasy zaburzały te proporcje i, co
było znacznie gorsze, drażniły ego następcy tronu.
Nieszczęśliwe dzieciństwo, które zaważyło na psychice obojga małżonków,
skomplikowało także ich wzajemne relacje. Gdyby było im dane bliżej się
poznać, zapewne szybko zrozumieliby, że nie pasują do siebie, i zakończyliby związek, ale tak się nie stało. Nieporozumienia między
księciem Walii i jego młodą żoną zaczęły się krótko po ślubie, kiedy
okazało się, że parę więcej różni, niż łączy. Dianę i Karola
rzeczywiście dzieliła istna przepaść, i to nie tylko z powodu różnicy
wieku. Książę mentalnie tkwił w zupełnie innej epoce i nawet w porównaniu do swoich rówieśników był bardzo staroświecki. Miał zupełnie
inne poczucie humoru i zainteresowania niż jego żona, po matce
odziedziczył zaś poczucie obowiązku i etos pracy. Diana natomiast była
typową współczesną dziewczyną, kochała popkulturę lat osiemdziesiątych,
a tej fascynacji Karol nie podzielał. Był zdumiony i zaskoczony, że jego
piękna, fotogeniczna i bardzo kontaktowa żona zyskiwała coraz większą
sympatię opinii publicznej, spychając go na drugi plan.
Lecz Dianie wdzięcznie pozującej do zdjęć, z nieodłącznym uśmiechem na
twarzy, także nie było łatwo. Od początku małżeństwa borykała się z poczuciem odrzucenia i walczyła o uwagę i miłość swego męża, w czym z pewnością nie pomagały jej problemy psychiczne, z którymi się borykała,
w tym bulimia. Jak się okazuje, ta podstępna choroba dopadła ją też
krótko przed ślubem, wywołując drastyczny spadek wagi, a w konsekwencji
- konieczność przeróbki kreacji. Nawracające ataki komplikowały także
życie intymne książęcej pary podczas podróży poślubnej, na którą
popłynęli jachtem. Załoga jachtu była zdumiona, że szczuplutka Diana
pochłania olbrzymie ilości jedzenia i mimo to nie tyje. Jak się okazuje,
nie przybierała na wadze, bo dręczona poczuciem winy wszystko zwracała w toalecie, celowo wywołując torsje. A potem, żeby ukryć ten fakt przed
Karolem, starannie i długo myła zęby. Jej zabiegi na nic się jednak nie
zdały. "Przez cały miesiąc miodowy czułem zapach wymiotów, od którego
skręcał mi się żołądek - skarżył się potem Camilli, którą traktował jak
zaufaną przyjaciółkę i powiernicę. - Oczywiście nie uszło mej uwagi, co
ona robi. Wystarczy spędzić z nią kilka dni, by o wszystkim wiedzieć.
Musi być niemądra, sądząc, że trwam w nieświadomości"21.
Potem do problemów z bulimią doszła też huśtawka nastrojów, a Karol nie
potrafił pomóc żonie, zresztą wychowany w emocjonalnym chłodzie zabierał
się do tego wyjątkowo nieumiejętnie, sprawiając wrażenie człowieka
zupełnie pozbawionego empatii. Jego zachowanie jeszcze bardziej
pogarszało stan Diany i koło się zamykało.
Samopoczucia księżnej Walii nie poprawiało to, że czuła wciąż na plecach
oddech Camilli, byłej partnerki Karola. Wprawdzie kochankowie zakończyli
swój związek przed ślubem, ale uczynili to w dość osobliwy sposób:
spędzając ze sobą noc przed ślubem Karola z Dianą. Parker-Bowles nie
zniknęła z życia księcia, przedzierzgnęła się bowiem w przyjaciółkę
byłego kochanka. Co więcej, taką samą rolę grała przed Dianą, chciała
służyć radą w przypadku ewentualnych małżeńskich kłopotów, w końcu znała
Karola znacznie dłużej i lepiej niż jego żona, ale Diana nie wierzyła w szczerość jej intencji. A znalezione przypadkiem prezenty, które jej
małżonek miał zamiar ofiarować swojej byłej kochance, wzbudzały u niej
ataki zazdrości, na które książę reagował wzruszeniem ramion.
Karola z kolei irytowały brak obycia Diany i jej luki w wykształceniu.
Szybko zorientował się także, że jego żona ma zupełnie inne poczucie
humoru, a żarty, z których jeszcze tak niedawno zaśmiewał się razem z Camillą, zupełnie nie bawią Diany. W efekcie zaczął tęsknić za swoją
dawną kochanką, coraz częściej więc do niej telefonował i rozmawiali
całymi godzinami, co oczywiście doprowadzało jego żonę do rozpaczy.
Nieszczęsna księżna, nie mogąc sobie poradzić z tą sytuacją, uznała, że
to ona ponosi winę za chłód opanowujący jej małżeństwo. Poczucie winy
nasiliło jej problemy psychiczne i wywoływało ataki bulimii. Z czasem
księżna straciła także sympatię rodziny królewskiej, bo sztywna dworska
etykieta i reguły dworskiego życia, które dla arystokratki nie powinny
być żadną nowością, były dla niej nie do przyjęcia. Niejednokrotnie
łamała etykietę, zdarzało się jej także okazywać brak szacunku
teściowej, która była przecież królową, a to niewybaczalne. W dodatku
bała się koni i (o zgrozo!) gardziła polowaniami, które od wieków były
ulubioną rozrywką arystokracji i koronowanych głów.
Sytuacji Diany nie poprawiło nawet zajście w ciążę, którą księżna
znosiła niezbyt dobrze. Męczyły ją mdłości, a mimo to oczekiwano od
niej, że będzie nadal wypełniać swoje obowiązki. Z uśmiechem i bez
zarzutu. A tymczasem ona się buntowała. "Nie mogłam spać, nie jadłam,
cały świat zwalił mi się na głowę. Cały czas wymioty, bulimia i poranne
mdłości z powodu ciąży - wyznała po latach Andrew Mortonowi. - Ludzie
próbowali dawać mi jakieś tabletki, żebym przestała wymiotować, ale
odmówiłam. Chora, chora, chora, chora, chora. A że w tej rodzinie nie
było przedtem nikogo, kto cierpiałby z powodu porannych mdłości, więc za
każdym razem, kiedy musiałam uczestniczyć w jakiejś eleganckiej okazji w Balmoral, Sandringham czy Windsorze, albo mdlałam, albo wychodziłam,
żeby zwymiotować. To było takie ambarasujące, bo niczego wtedy nie
wiedziałam, nie czytałam stosownych książek, ale wiedziałam, że to
poranne mdłości, ponieważ je miałam. Tak więc stałam się dla nich
"problemem" [dla Windsorów - I.K.] i oni zakwalifikowali Dianę jako
"problem""22.
Czytając te słowa, możemy wprawdzie współczuć księżnej, ale trzeba
zauważyć, że nieco mija się z prawdą, bo kiedy Elżbieta była po raz
pierwszy w ciąży, także cierpiała na poranne mdłości. Na dodatek
odbywała wówczas swoją pierwszą oficjalną wizytę w Paryżu, ale
dolegliwości ciążowe nie powodowały zaniechania związanych z tym
obowiązków ani rezygnacji z uczestnictwa w spotkaniach i przyjęciach.
Książę Walii najwidoczniej uznał, że żona powinna naśladować w tym
względzie jego matkę, mimo że Elżbieta nie uznała za stosowne podzielić
się swoimi doświadczeniami z synową. Dlatego zmuszał ciężarną żonę do
spotykania się z poddanymi królowej czy uczestniczenia w oficjalnych
spotkaniach. Na szczęście Diana świetnie radziła sobie z tym niełatwym
zadaniem, ale pozbawione empatii zachowanie jej męża z pewnością
dodatkowo pogorszyło ich relację.
Wydaje się jednak, że para mimo wszystko doszła do porozumienia, skoro w lutym 1982 roku udała się na ostatnie wakacje przed powiększeniem się
rodziny. Spędziła je na Bahamach, z dala od rodziny, nadętych dworaków i Camilli, ale nie bez paparazzich. Jeden z nich wykonał z ukrycia zdjęcia
ciężarnej Diany pluskającej się w morzu, które potem opublikowała
brytyjska gazeta. Ale był to jeden niemiły zgrzyt, bo Karol i jego żona
cieszyli się swoim towarzystwem: godzinami pływali w morzu, urządzali
grilla i nie szczędzili sobie czułości.
Po porodzie, kiedy świeżo upieczoną mamą księcia Williama, czyli
Wilhelma, bo tak właśnie otrzymał na pierwsze imię pierworodny syn
Karola, znowu ze zdwojoną siłą zainteresowały się media, wróciły jej
problemy psychiczne. Wprawdzie chwilowo relacje w książęcym małżeństwie
znacząco się poprawiły, zwłaszcza że następca tronu doskonale sprawdzał
się w roli ojca, jednak z czasem, wraz z pogorszeniem się zdrowia Diany,
znowu zaczęły się nieporozumienia. A Karol nie miał pojęcia, jak jej
pomóc, ale tym razem przynajmniej próbował, i to właśnie dzięki niemu
Diana trafiła pod opiekę najlepszych specjalistów, którzy pomogli jej
uporać się z depresją poporodową.
Wkrótce księżna ponownie zaszła w ciążę, ale tym razem znosiła odmienny
stan znacznie lepiej niż za pierwszym, a poranne mdłości dokuczały jej w mniejszym stopniu. Co więcej, Diana czuła się na tyle dobrze, by udać
się samotnie z oficjalną wizytą do Norwegii. Lepsze samopoczucie
sprawiło, że księżna sądziła, iż tym razem urodzi dziewczynkę. Byłoby to
zgodne z oczekiwaniami Karola, który niejednokrotnie wspominał, że
chciałby powitać na świecie córeczkę. Kiedy można już było określić
pleć, okazało się jednak, że wyda na świat drugiego chłopca. Bojąc się
reakcji Karola, aż do porodu przezornie ukrywała przed nim płeć dziecka.
Po latach, będąc już rozwódką, księżna wspominała, że druga ciąża bardzo
ich do siebie zbliżyła, a kryzys w małżeństwie wydawał się ostatecznie
zażegnany: "Podczas sześciu tygodni, które poprzedzały [...] poczęcie,
Karol i ja bardzo zbliżyliśmy się do siebie. Nigdy tak nie było między
nami - ani wcześniej, ani później. Potem nagle, z narodzinami, wszystko
się skończyło"23. Tymczasem z relacji przyjaciół Karola
wyłania się zupełnie inny obraz książęcego stadła w tym okresie. Według
nich dla następcy tronu czas z konieczności spędzany u boku ciężarnej
żony był nie tylko wielkim wyrzeczeniem, ale także stanowił istną
"mękę". "Gdy Diana chodziła w drugiej ciąży z Harrym, telefonował do
Camilli pięć, sześć razy dziennie i widywał ją przy każdej okazji.
Koniec baśniowego małżeństwa zdawał się nieubłagalnie
nadciągać"24.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki