Do czasu, kiedy Althea Proserpine (urodzona jako Anna Parks) zmarła samotnie w wielkim majątku, który nazwała Hazel Wood, życiem moim i mojej matki rządził pech. Przeprowadzałyśmy się co najmniej dwa razy w roku, czasami częściej, ale pech i tak nas dopadał.
W Providence, gdzie mama prowadziła zajęcia plastyczne dla seniorów, cały wynajmowany przez nas parter w bezdeszczowy sierpniowy wieczór zalała woda. W Tacomie do naszej przyczepy zakradł się dziki kot, który oznaczył wszystkie nasze rzeczy i zjadł resztki mojego urodzinowego tortu.
Próbowałyśmy przeczekać cały rok szkolny w Los Angeles, gdzie Ella wynajęła mieszkanie od uczciwej hipiski z funduszem powierniczym, ale po czterech miesiącach u męża tej kobiety pojawiły się oznaki zespołu chronicznego zmęczenia. Po tym, jak Ella przeprowadziła się do głównego mieszkania, żeby jej pomóc, w sypialni zawalił się sufit, a hipiska w lunatycznym transie weszła do basenu. Nie chciałyśmy zaczynać liczenia trupów, więc pojechałyśmy dalej.
Kiedy jechałyśmy, obserwowałam bacznie samochody za nami, jakby pech mógł przybrać postać minivana. Okazał się on jednak jeszcze sprytniejszy. Trudno go było przechytrzyć, można tylko było jechać dalej, kiedy się pojawiał.
Po śmierci Althei przestałyśmy jeździć. Ku mojemu zaskoczeniu Ella pokazała mi klucz do mieszkania na Brooklynie, gdzie przeprowadziłyśmy się z naszymi nędznymi bagażami. Mijały tygodnie, potem miesiące. Wciąż byłam czujna, ale walizki leżały pod łóżkiem. W naszym mieszkaniu miałyśmy światło we wszystkich kolorach metalu: od oślepiającej platyny, po złoto po południu i brąz ulicznych latarń w nocy. Mogłam godzinami śledzić to, jak zmienia się światło na ścianach. To był mój widok.
Wciąż jednak widziałam cienie pecha: kobieta, która szła za mną przez antykwariat, szepnęła mi do ucha coś nieprzyzwoitego, wyjmując jednocześnie komórkę z mojej kieszeni. Światła uliczne migały jedno po drugim, kiedy szłam ulicą po północy. Ten sam uliczny grajek pojawiał się przez tydzień we wszystkich pociągach metra, którymi jeździłam, i śpiewał upiornym tenorem Zapytaj Alice.
- Phi - mruknęła Ella. - To żaden pech, tylko Nowy Jork.
Zmieniła się po śmierci matki. Mniej paliła, przybrała na wadze. Kupiła kilka T-shirtów w innym kolorze niż czarny.
A potem, kiedy wróciłyśmy wieczorem do mieszkania, okazało się, że ktoś się do niego włamał. Ella zacisnęła wargi i popatrzyła na mnie. Czekałam na sygnał do wymarszu, ale ona potrząsnęła głową.
- To Nowy Jork - powiedziała bez cienia wątpliwości. - Nie ściga nas już pech, Alice. Słyszysz? Już się skończył.
Poszłam więc do szkoły państwowej. Wieszałam gwiazdkowe światełka na gipsowym gzymsie nad naszym łóżkiem i zaczęłam pracować w kafejce, która po zachodzie stawała się barem. Ella zaczęła mówić o rzeczach, o których wcześniej nigdy nie wspominała: malowaniu ścian, nowej kanapie. Podaniu o przyjęcie na studia.
Kłopoty pojawiły się z powodu tej ostatniej rzeczy. To było marzenie Elli o normalnym życiu dla mnie, o mojej przyszłości. Bo kiedy przez całe życie uciekasz, jak możesz nagle się zatrzymać? Jak znaleźć sposób na to, by nasza chatka ze słomy stała się nagle murowana?
Ella zrobiła to według wzorów zaczerpniętych ze wszystkich tych czarno-białych łże-filmów z AMC, które oglądałyśmy w motelach, wynajętych domkach, przerobionych na mieszkalne altanach, hostelach czy nawet raz w akademiku.
Wyszła za mąż.
Ostre październikowe słońce zaświeciło mi prosto w oczy, kiedy pociąg wjechał na most prowadzący na Brooklyn. Miałam głowę nabitą rozpadającym się małżeństwem matki i czymś, co wydawało się pięcioma ukruszonymi zębami. Przez całe życie miałam problemy z gniewem, które Ella leczyła za pomocą nagrań medytacyjnych, taniej terapii reiki, której nauczyła się z książki, i ochraniacza na zęby, którego nie znosiłam. W ciągu dnia zagryzałam zęby przy każdej złej myśli o ojczymie. W nocy wyjmowałam to z ust.
Facet, za którego wyszła niecałe cztery miesiące po tym, jak go poznała na imprezie, gdzie zajmowała się podawaniem koktajli, mieszkał na przedostatnim piętrze budynku przy Piątej Alei. Miał na imię Harold, był bogaty jak krezus i wydawało mu się, że Lorrie Moore to marka farby. Nic więcej nie trzeba o nim wiedzieć.
Jechałam do kawiarni Salty Dog, gdzie mieściła się moja pierwsza praca, którą mogłam podjąć dzięki temu, że mieszkałam dłużej w jednym miejscu. Jej właścicielami było małżeństwo z Reykjaviku, które zafundowało mi sześciogodzinny kurs profesjonalnego parzenia kawy, zanim w ogóle pozwolono mi wyczyścić ekspres. To była praca w sam raz dla mnie, mogłam się jej poświęcać tyle, ile chciałam. Mogłam się starać robić świetną kawę i być miła dla wszystkich klientów. Albo mogłam wszystko robić automatycznie i z nikim nie rozmawiać, a napiwki prawie się nie zmieniały.
Tego dnia zagubiłam się w niosącym pociechę rytmie, robiąc espresso albo dripy, podając rożki srebrnymi szczypcami i wdychając zapach palonego karmelu zmielonych ziaren.
- Nie patrz, ale jest tu ten Facet w Kapeluszu. - Poczułam w uchu gorący oddech mojej koleżanki Lany. Była ona na drugim roku ceramiki w Pratt Institute, a wyglądała jak jeszcze bardziej seksowna siostra Davida Bowiego i nosiła okropne ubrania, które i tak dobrze na niej wyglądały. Tego dnia miała na sobie workowaty, pomarańczowy kombinezon w stylu Sojuszu Rebeliantów. Pachniała tak, jak musiał pachnieć Michał Anioł: gipsowym pyłem i potem. Jednak to też do niej pasowało.
Facet w Kapeluszu należał do najmniej lubianych przez nas klientów. Lana udawała, że zajęła się czyszczeniem spieniacza do mleka, więc oczywiście to ja musiałam się nim zająć.
- Cześć, Alice - powiedział, odczytując moje imię z plakietki, chociaż przychodził tu codziennie. Zakołysał głową w takt muzyki T. Rex z komórki Lany. - Fajna muza. Czy to Stone Roses?
- O Boże - dobiegł do mnie sceniczny szept Lany.
Przez dobre dwie minuty wpatrywał się w menu i bębnił palcami o kontuar. Poczułam gniew, gdy tak czekałam, włoski na skórze zaczęły mi się jeżyć. W końcu zamówił to, co zwykle. Włożyłam jego biscotti do torby, podałam mu butelkę wody Pellegrino i przeszłam za kasę, żeby nie mógł mnie zmusić do skomplikowanego przywitania, którego uczył mnie w czasie paru poprzednich wizyt.
Ruszył do wyjścia. Patrzyłam z niechęcią na jego krótką szyję, blond włoski na ramionach i to, jak nerwowo strzelał palcami, starając się oddać rytm muzyki. Aż skoczyło mi ciśnienie, kiedy otarł się o siedzącą kobietę, a potem położył dłoń na jej barku, przepraszając ją w ten przyciężkawy sposób.
- Boże, co za palant - powiedziała głośno Lana, patrząc, jak Facet w Kapeluszu mocuje się z drzwiami. Szturchnęła mnie biodrem. - Alice, wyluzuj. Wyglądasz, jakbyś chciała go udusić. Daj spokój, to ten jego kapelusz.
Gniew opadł, pozostało zawstydzenie.
- Nie, ja nic... - zaczęłam, ale Lana mi przerwała. Zawsze świetnie jej to wychodziło.
- Mówiłam ci, że widziałam gołego Christiana? - Oparła brodę o dłoń.
Christian był naszym szefem. Miał piękną, filigranową żonę i wielkie dziecko z czerwoną twarzą, które wyglądało jak demon z książki z drzeworytami. Szukałam jakiegoś niewinnego wyjaśnienia tego, o czym mi powiedziała, ale nie mogłam znaleźć.
- Czy to... Czy uprawiałaś z nim seks?
Zaśmiała się, jakby miała do czynienia z wieśniaczką, co było prawdą, ale niech się wali.
- Wyobrażasz to sobie? Luisa poszczułaby mnie swoim straszliwym dzieckiem. Nie, zamówił u mnie rzeźbę całej rodziny.
- Nago?
- Tak - odparła, tracąc zainteresowanie całą historią.
- O, czy on... Czy to było obrzydliwe?
Wzruszyła ramionami, wpatrując się w ekran swojej komórki.
Kiedy Ella zaczęła chodzić z Haroldem, wpadłam na pomysł, by zaprzyjaźnić się z Laną, żeby mieć kogoś dla siebie, ale wyszło zupełnie inaczej. Lana potrzebowała raczej publiczności niż kumpelki.
Chwyciłam szmatę i ruszyłam, żeby powycierać stoliki - niech teraz ona podaje kawę. Kiedy tak mijałam stoliki, ciarki zaczęły mi przechodzić po plecach, bo poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Nie jestem Laną, zwykle nikt nie zwraca na mnie uwagi, dlatego poruszyłam się niezręcznie, strąciłam filiżankę, zaklęłam głośno i zaczęłam sprzątać. W trakcie przyglądałam się klientom.
Przy jednym stoliku siedziały same panie z lśniącymi pierścionkami zaręczynowymi. Piły zieloną herbatę i jadły jednego kokosowego donuta czterema widelczykami. Dwóch facetów z identycznym zarostem w plisowanych koszulach siedziało pochylonych przy oddzielnych stolikach nad podobnymi laptopami, przy czym jeden nie zdawał sobie sprawy z istnienia drugiego. Kobieta, która próbowała czytać Jane Eyre, zerkała na okratkowaną matkę i dziecko, które waliło łyżką w blat sąsiedniego stolika. I na faceta w kurtce firmy Carhartt i w okularach przeciwsłonecznych, siedzącego przy drzwiach. Mimo zaduchu miał on na głowie czapkę i trzymał w dłoniach szklankę wody.
Następnie wydarzyły się trzy rzeczy: Lana upuściła talerzyk, który rozbił się z trzaskiem na terakocie w szachownicę, facet w kurtce spojrzał znad okularów, nagły dreszcz przebiegł po moim ciele i cała zaczęłam drżeć, kiedy go poznałam.
Patrzyliśmy na siebie, on i ja, i dotarło do niego, że go sobie przypominam. Kiedy popatrzyliśmy sobie w oczy, wróciło do mnie to, co już zapomniałam: że dziesięć lat temu jego samochód pachniał świątecznymi choinkami. Że zamówił naleśniki i jajka, kiedy zatrzymaliśmy się na śniadanie. Że miałam na sobie sztruksowy pulower, założony na T-shirt w paski, rajstopy i białe buciki ze srebrnymi klamerkami, z których byłam szczególnie dumna. Że opowiadał mi historie i że niektóre znałam. Później nie mogłam sobie przypomnieć, o czym były, ale pamiętałam, co czułam, gdy ich słuchałam - to, co czuje się przy dobrej poezji, naprawdę dobrej, kiedy włoski stają nam na szyi i łzy pojawiają w oczach.
To właśnie ten mężczyzna porwał mnie swoim niebieskim buickiem, to był ten, którego uznałam za ojca. Włosy miał schowane pod czapką, ale poznałam jego oczy. Byłam wtedy mała i wiedziałam tylko, że jest dorosły. Teraz zrozumiałam, że musiał być młody - sądząc po wyglądzie, miał dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat. Minęło dziesięć, ale nic się nie zmienił i był niemożliwie młody. To w ogóle było niemożliwe. Ale wiedziałam z całą pewnością, że to on i że przyszedł tutaj z mojego powodu.
Kiedy to wszystko do mnie dotarło, on już wstawał, brał swoją książkę i wychodził z kawiarni. Skoczyłam do drzwi, zanim jeszcze umilkł ich dzwonek. Po drodze potknęłam się o kabel od czyjegoś laptopa i niemal go zwaliłam, a kiedy skończyłam przepraszać i otworzyłam drzwi, faceta w kurtce już nie było. Szukałam po jednej i po drugiej stronie cichej ulicy, a ręce mnie świerzbiły, żeby wziąć papierosa - rzuciłyśmy z mamą palenie, kiedy przeniosłyśmy się do Harolda.
Nigdzie go jednak nie znalazłam, więc po paru minutach wróciłam do środka.
Na jego stoliku znalazłam pustą filiżankę. Zmiętą w kulę serwetkę. A także pióro, grzebień i kość. Pióro było ciemnozłote z koronkowym końcem w kolorze szklanej zieleni. Grzebień był z czerwonego plastiku. Kość musiała pochodzić z kurczaka, ale kształtem przypominała kość z ludzkiego palca. Poza tym była wybielona do czysta. Te trzy rzeczy ułożył jak hieroglif, mniej więcej w kształcie litery pi, która odcisnęła się na moim mózgu, kiedy zgarnęłam to wszystko do kieszeni fartuszka.
- Dobra, co to było? - Nigdy wcześniej Lana nie interesowała się mną do tego stopnia. - Hej, masz... masz zupełnie białe usta. Czy on ci coś zrobił?
Porwał mnie, gdy miałam sześć lat, i wydaje mi się, że może być Władcą Czasu.
- Nie, to nikt ważny. Naprawdę nikt. Coś mi się pomyliło. Wydawało mi się, że go poznałam.
- Nie. Nie mówisz prawdy. Ale dobrze, usiądź tu sobie, a ja ci przyniosę coś do jedzenia. Nie wrócisz do pracy, dopóki będziesz tak wyglądać. Tyle że muszę wyjść za dwadzieścia minut, więc mam nadzieję, że zaraz ci przejdzie.
Usiadłam ciężko, bo nogi się pode mną ugięły. Jedna z kobiet z pierścionkami zaręczynowymi popatrzyła na mnie i postukała w filiżankę, jakby można u nas było dostać darmową dolewkę. "No, spróbuj jeszcze" - pomyślałam, ale byłam zbyt słaba, żeby się na nią wściec.
Zbyt przerażona. Nazywaj rzeczy po imieniu, Alice. Może zdołałabym siebie przekonać do tego, w co bardzo chciałam wierzyć - że nigdy wcześniej nie widziałam tego faceta i że tylko trochę przypomina on kogoś sprzed dziesięciu lat. I może w ogóle zdołałabym o nim zapomnieć, gdyby nie książka, którą dostrzegłam w jego dłoniach, kiedy pospiesznie wychodził.
Od lat jej nie widziałam, ale poznałam ją natychmiast, jak tylko zobaczyłam zieloną okładkę.
Czytał oczywiście Opowieści z Uroczyska. To przecież jasne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki