Rozdział I
Miasto
Hellonia to miasto-państwo położone w odległej krainie, na samym południu Amicji, u stóp pięciu najwyższych wzniesień, w ujściu pięciu potężnych rzek. Panuje w nim klimat zmienny, co oznacza tyle, że lato jest tu upalne i krótkie, a zima mroźna i śnieżna. Po niej przychodzi słoneczna wiosna, a po lecie jesień deszczowa i mroczna.
Miasto otaczają bagna i skalista pustynia, a szlak łączący je ze światem jesienią zalewa woda, zimą zaś zasypuje śnieg. Ten odległy zakątek pochłania wtedy siarczysty mróz, a z okien widać tylko gęstą, burą, śnieżną mgłę spowijającą wszystko, co istnieje. Latem kamienna droga jest tak rozgrzana, że tylko nieliczni decydują się nią przejść.
Kontaktom ze światem sprzyja wiosna, która budzi wszystko do życia i powoduje, że kraj ten staje się rajem tryskającym zielenią. Jest on domem dla wielu zwierząt i schronieniem dla wszelkich stworzeń. Gatunki są tu tak liczne, jak nigdzie na świecie. Co ciekawe, o każdej porze roku jest ich wszędzie pełno. Żyją one pośród bujnej roślinności i kwiatów, których cudowna woń dociera wszędzie, wabiąc okrągłe, pasiaste, bzyczące owady oraz małe wszędobylskie ilije. Powietrze jest tu czyste, rześkie, zawsze wilgotne i przez większość roku chłodne.
Miejsce to rządzi się swoimi prawami, a jeśli coś wykracza poza to, co znane ludzkości, to nikogo to nie dziwi, bo niewielu wie, że gdzieś indziej może być inaczej.
Nikt nie zapuszcza się w to ustronie bez wyraźnej potrzeby, nikt też nie wyprawia się w podróż bez konkretnego powodu. Czasami mieszkańcy widują przejeżdżający pociąg, ale nie wiedzą, kto nim podróżuje ani jak kupić bilet. Wydaje się, że to pociąg-widmo niesiony parą lub wiatrem. Lekko przemyka nad polami oddzielającymi tę krainę od innych ziem.
Wieczorami w całym mieście gasną światła i Hellonia chowa się przed tymi, którzy chcieliby wypatrzeć ją w ciemnościach. Noc jest tu gęstsza i czarniejsza niż gdziekolwiek, a gwiazdy świecą tak mocno i wydają się wisieć tak nisko, że niejeden pomyślał, że można zaczerpnąć je ręką, zdjąć z nieba i schować do kieszeni.
Żyją tutaj różni ludzie, jak wszędzie. Wymieszały się wszystkie rasy i kolory skóry. Jedni nigdy nie próbowali wyściubiać stąd nosa, inni, na pozór obojętni, pilnie strzegą tajemnic Hellonii. Trudne to zadanie, bo w mieście, jak w ulu, aż huczy od plotek i domysłów.
***
Najwyższe wzniesienie w masywie północnym to Sękowa Góra. Wieść niesie, że dawno, dawno temu w tym miejscu właśnie, na jej szczycie, odbywały się spotkania czarownic. Dlatego ludzie czasami z niepokojem zadzierają głowy i spoglądają w tamtą stronę, gdy wydaje im się, że dostrzegli tam coś niezwykłego. Dla miejscowych góra jest niedostępna, tak samo jak i inne szczyty. Nikt bowiem nie zdobył jeszcze żadnego z pięciu wysokich wierzchołków, a przynajmniej tak się mówi w mieście. Choć są tacy, którzy może i mieliby inne zdanie, ale milczą, bo nikt ich nie pyta.
Wokół Sękowej Góry wije się aż pięć rozległych rzek. Jedna z nich ma mętny, brudny kolor, stąd zwą ją Brudną Rzeką lub Wodą Śmierci. Zdaje się, że nikt nigdy nie włożył do niej nawet palca. Inną zwą Rzeką Czerwoną od krwawego koloru jej wód. Pozostałe trzy zapuszczają w tę okolicę tylko cienkie stróżki. Najczystszą, smaczną wodę pitną ma Kryształowa Rzeka. Wszystko to otaczają bagna, trzęsawiska i błotnista ziemia.
Za górami, na północnym obrzeżu Hellonii, mieści się szkoła panny Amelii Pomperlon. Jest to niezwykle okazały zespół budynków, rozsianych po dużej, ogrodzonej przestrzeni. Główny gmach jest ogromny i zdobny. Składa się z pięciu kondygnacji, trzech skrzydeł i dużego dziedzińca. Na tyłach szkoły znajduje się kompleks rekreacyjno-sportowy, w tym kilka boisk, basenów - krytych i otwartych - kortów i zjeżdżalni. Jest też park, brzozowy lasek oraz jezioro z łódkami.
Jak każde miasto w okolicy, Hellonia podzielona jest na pół szeroką utwardzoną drogą, po której przechadzają się ludzie i zwierzęta. Rzadko wjeżdżają na nią pojazdy inne niż rower czy hulajnoga. Ulica przeznaczona dla zaprzęgów konnych i automobili okala miasto, lecz w większości wznosi się ponad nim. Przebiega nad niezbyt bezpiecznymi rejonami, takimi jak Trójkąt Zaginionych czy - często występującymi tu - trzęsawiskami, omija też ciernistą łąkę i ciemny, mroczny Zawichrzony Las.
Kiedy dzieci wychodzą ze szkoły, kierują się na południe, w stronę centrum miasta. Większość udaje się od razu do domu, ale wiele z nich skręca w prawo, do zagajnika. Na jego środku jest olbrzymia polana zwana Placem Starego Dębu. Nazwa ta może pochodzić od wiekowego drzewa, stojącego w samym sercu tego placu. W przypadkowym porządku ułożono tam pnie i sterty drewna; są tam paleniska i metalowe drążki ustawione nie wiadomo przez kogo i po co. Pośród zaniedbanych ruin małych zabudowań stoi kilka ławek. Atrakcję stanowi grota - olbrzymia jama - w której zawsze jest ciepło, nawet zimą. Jej wejście sąsiaduje z urwiskiem. Rośnie na nim duże drzewo, którego korzenie wrastają w skarpę i wystają z piachu. Są ogromne, suche i spalone słońcem, a piasek wygląda tak, jakby jego warstwy ktoś ułożył równo i starannie, jak na pysznym torcie z czekoladą, wiśniami i białą, słodką masą. Niejednemu przyszło do głowy siedzieć tam samotnie i wpatrywać w to drzewo - tak bez celu.
Na zachód od Placu Starego Dębu ciągną się rzędy pięknych kamienic - uroczych, starych budynków pochodzących sprzed wojen. Mieszkania są tam wyjątkowo okazałe, mają wysokie stropy i duże okna. Wiem, bo mieszkałem w takim. Dostałem je od redakcji, w której pracowałem, zanim zdarzyło się to, o czym tu opowiem.
Jeszcze dalej na zachód, za kamienicami, wybudowano blokowiska. Są to podobne do siebie, wielorodzinne, proste bryły, gdzie w ciasnych mieszkaniach żyją mniej zamożni mieszkańcy Hellonii.
Ze szkoły można też udać się prosto na południe. Idąc wzdłuż głównej drogi, minąwszy ów często odwiedzany przez dzieci zagajnik, przechodzi się pod arkadami odrapanych kamienic, skrywających sklepy i lokale usługowe. Najciekawszą witrynę ma sklep Abadambra, którego wystawa raz przyciąga ciekawskich, to znów straszy przechodniów. Lalki, marionetki, klauni i dziwne przebrania nie są dla każdego. Mówi się, że w sklepie jest drogo, a obsługa niemiła. Za kamienicami stoją ruiny Błękitnego Pałacu. Ogrodzenie jest wysokie, ale w niektórych miejscach trochę rozwalone, więc można przez nie wejść, lecz przyznam, że rzadko kto tam bywa. Majaczy tam także stara, rozsypująca się kaplica o dużym uroku - bardzo zaniedbana. Nie jest używana. Potem są już tylko bloki, błota, lasy. Pod jednym z nich stoi samotny, drewniany dom. Mieszka w nim Postet Rowest - nauczyciel historii w szkole panny Pomperlon.
Na końcu głównego traktu Hellonii, na południu miasta, rozciąga się centrum ze skwerem. Wspomnę o nim później, bo to właśnie miejsce stało się - na długo - moim nowym domem. Za nim giną w zieleni lasów zabudowania miejskie: muzeum, biblioteka, ratusz, siedziby służb i instytucje. Dalej jeszcze, w głębokiej dolinie, wije się Brudna Rzeka. Na całe szczęście ta skażona woda przepływa głęboko pod miastem i wypływa na powierzchnię już na peryferiach i tylko jedna cienka odnoga wysącza się z podziemi w okolicach Mrocznego Lasu. Na jej brzegu siedzą Furfut i Sophen, czekając na kolejny przejazd. Smętne to towarzystwo, ponure. Jest też tam małe jezioro Topło o falujących wodach, o którym chodzą nieprzyjemne słuchy. Obok niego zaczyna się cmentarzysko i ciągnie daleko aż na zachód.
Po przeciwnej stronie głównej miejskiej drogi rozciąga się ogromny park i zieleniec, a w pewnej odległości za nimi widać mury domu Wolfonenów, o którym jeszcze tu opowiem. Obok niego są jeszcze inne niezwykle okazałe budowle jak na przykład cudowny pałacyk państwa Mao. Za nim, w parkowej scenerii, tonie w zieleni sierociniec pani Felicji Mordygi, tak wielki i stary jak szkoła panny Pomperlon, z całym kompleksem rekreacyjno-sportowym i odkrytym basenem łącznie. To tam spędziłem pierwsze lata mojego życia, więc wiem o czym mówię.
Za tymi zabudowaniami, daleko na wschód, położony jest Malinowy Ogród o swoistym klimacie, dalej zaś płyną rzeki, bulgoczą bagna i rozciągają się cierniste łąki, które rosną szybciej, niż człowiek jest w stanie biec, więc trudno przed nimi zdążyć - bardzo niebezpieczne.
Na samym południu, wśród czarnych i gęstych jak smoła lasów, leży Czarna Góra - stroma i niebezpieczna jak żadna. Ludzie powiadają, że to sam koniec nie tylko Hellonii, ale i całej Amicji, że w oddali jest już tylko wielka woda, zimna, bezkresna i nieznana. Podobno unosi się nad nią swoisty opar stworzony z kropel mgły i rosy - to chłodna, rześka, lekko słona bryza. Wpadają do niej wszystkie rzeki, a Brudna zawija się tam jak jadowity wąż.
***
Dom zwany przez miejscowych Kryształowym Pałacem - od lodowych zdobień widocznych zimą - otoczony jest niezwykle wysokim murem. Przechodnie nie zastanawiają się, co kryje się za ogrodzeniem, wdzięczni za cień, który daje latem oraz osłonę przed wiatrem jesienią i zimą. Zwykle przemykają szybko obok niego ciasną uliczką, obsadzoną z obu stron drzewami.
Takich zamków i pałaców skrytych za murami jest tu znacznie więcej. Ten dom jest szczególny. Tym, którzy coś o nim wiedzą, kojarzy się z miejscem magicznym, pełnym zagadek i czarów.
Jako dziecko uwielbiałem opowieści o nim. Jest obiektem mojego pożądania, ucieleśnieniem tęsknoty i marzeń, wspomnieniem z dzieciństwa. Odkąd pamiętam, coś mnie do niego ciągnęło, pchało i kazało mi codziennie podchodzić, zaglądać, szperać - od dziecka, od zawsze. Dorastałem zachłyśnięty legendą tego domu. Przysięgam, że była tam magia!
Historia powielana przez miejscowe plotki stała się niezwykłą opowieścią, ciekawszą od wszystkich bajek, wciągającą, jak bagna u stóp Sękowej Góry. Chłonąłem każde wypowiedziane słowo. Ilekroć ktoś mówił o Kryształowym Pałacu lub jego mieszkańcach, uszy wyciągały mi się jak u zająca. Codziennie znajdowałem powód, by dotrzeć pod zachodnią bramę, będącą jedynym punktem, z którego można cokolwiek podejrzeć. Przez stalowe, ażurowe ogrodzenie widać było długi podjazd, któremu kłaniały się rzędy drzew prawie zupełnie przysłaniające to, co było dalej.
Gdy podrosłem, zacząłem się bać, że moja obecność pod ową żelazną bramą może wywołać czyjeś podejrzenia. Mógłbym zostać wzięty na przykład za złodzieja! Ale moje wyprawy wcale nie były przez to rzadsze; stawały się tylko coraz dyskretniejsze. Zacząłem udawać, że przechadzam się w pobliżu albo że coś mi upadło - akurat, gdy stałem przed bramą. W istocie wkładałem głowę przez przestrzenie między metalowymi prętami, próbując skraść szczątki życia mieszkańców tego domu, w szczególności wtedy, gdy z drzew opadały liście i widok był lepszy niż latem.
Przez kilka lat nikt w pałacu nie mieszkał i wtedy udało mi się o posiadłości dowiedzieć najwięcej. Pozwalałem sobie bowiem wskakiwać przez mur i zwiedzać starannie wypielęgnowane ogrody. Biegały po nich dzikie zwierzęta, a w stawie pływały ryby, romsy i rozmary. Bez trudu oswoiłem całe towarzystwo - wszystkie stworzenia były niezwykle łagodne.
Ilijków latało tu tyle, że nie sposób ich zliczyć. Bałem się, że mogą komuś o mnie powiedzieć, choć wiedziałem, że są niezwykle delikatne, a do tego małomówne, bardzo dyskretne. To cudowne, malutkie, skrzydlate stworzenia ubrane z taką starannością i kunsztem, jakby te stroje szył sam mistrz krawiectwa Horacjusz Honohor. Ilije wyglądają prawie jak ludzie. Różnią się od nich tym, że uszy mają powyginane do góry, a oczy duże i okrągłe. Ich ogonki są zakończone pędzelkami, a głowy wydają się nieproporcjonalnie duże w stosunku do reszty tułowia. Istoty te są zjawiskowe. Ich spojrzenia, głosy... Ach, wszystko składa się na niebywałą całość! Wymyśliłem sobie, że w tym właśnie ogrodzie mieszka ich królowa.
Mimo że wchodziłem tam nie raz, nigdy nie odważyłem się zapuścić tak daleko, jak bym tego chciał. Domu strzegł stary człowiek - Humol - który przechadzał się po posesji całymi dniami. Wyrastał jak spod ziemi zawsze, gdy tylko zbliżałem się tam, gdzie nie trzeba. Przemieszczał się szybko, niepostrzeżenie i pojawiał w miejscach, w których zgodnie z prawami fizyki nie powinien się znajdować. Wydawało się, że strzegł domu w pojedynkę, lecz starczał za całą armię.
Poza nim w Kryształowym Pałacu pracowało wiele osób, których nie znałem, ale wiedziałem, że byli to zwykli mieszkańcy Hellonii, których spotykałem potem w barze czy u fryzjera. Niektórzy przebywali w tych zabudowaniach na stałe i nigdy nie pojawiali się w mieście.
W czasie moich eskapad przekonałem się, że dom jest w istocie wielkim zamczyskiem, z basztami, wieżami, a nawet fosą. Ma kształt podkowy i spory dziedziniec. Nie wiem, ile mieści pokoi - chyba ze sto! Kiedyś próbowałem policzyć okna, ale nie udało mi się podejść od wschodu, gdyż powstrzymała mnie fosa. Ta część domu i ogrodu pozostawała dla mnie zupełną zagadką. Bo tak naprawdę wszystko, co dotyczyło Kryształowego Pałacu, to dla ludzi tajemnica schowana za ażurową bramą.
Ze szkoły wiedziałem jedynie, że za ogrodzeniem, jeszcze dalej na wschodzie, leży straszny Malinowy Ogród, za którym płynie smętna Rzeka Zapomnień.
Muszę przyznać, iż oszalałem na tyle, aby prowadzić zapiski ze swoich odwiedzin posesji, zdając sobie sprawę, że wchodzenie do cudzych domów jest karalne, a moje notatki mogą być uznane za dowód popełnienia przestępstwa. Mimo to notowałem dokładnie.
Najgorszym przewinieniem, które tu wymienię, jest to, że ta dziecięca fascynacja pochłonęła mnie do tego stopnia, że nigdy nie minęła.
***
Moje baraszkowanie w pałacowych ogrodach skończyło się, gdy do domu powrócili jego mieszkańcy. Znałbym ich jedynie ze słyszenia, gdyby nie to, że stale ich widywałem. Wspominałem już, że regularnie gubiłem coś przed wejściem do domu? Zdarzało się, że potem moje rzeczy wisiały przyczepione do bramy wjazdowej, nikt jednak nigdy nie zaprosił mnie po ich odbiór do środka, na co - przyznam - liczyłem. Nikt też nie zwrócił mi uwagi, że codziennie tam stoję, za co byłem wdzięczny.
Moneta Mocy
Kryształowy Pałac zamieszkiwała niewielka rodzina: małżeństwo z dzieckiem oraz dziadek - bardzo stary człowiek, który zajmował pokoje w północno-wschodniej części lewego skrzydła domu. To tam ciągle paliło się światło po tym, jak rodzina Wolfonenów opuściła posiadłość, by wyruszyć na tajemniczą wyprawę.
Miasto aż huczało od plotek, gdy zniknęli. Nic dziwnego, że nieobecność Merlona Wolfonena wzbudziła tak duże zainteresowanie, skoro był jednym z dwóch tutejszych wybitnych medyków.
Merlon Wolfonen - pan tego domu - prowadzi praktykę lekarską w jednej z kamienic przy rynku razem ze starym Zakiem Kadoszem. Ich gabinety znajdują się na piętrze, nad apteką. Bywałem u nich jako pacjent. Może nawet zbyt często, bo pewnego dnia doktor Wolfonen zastanawiał się, czy moją przypadłością nie jest przypadkiem przesadna dbałość o zdrowie i wymyślanie sobie chorób. Skłonność taka znana jest powszechnie jako hipochondria. Ocenił, że często towarzyszy mi niewytłumaczalne zdenerwowanie, więc przepisał mi na to leki. Nie brałem ich, bo wiedziałem, że nie są mi potrzebne. Objawy pojawiały się u mnie tylko w czasie wizyt u doktora. Jakże nie denerwować się w kontakcie z takim człowiekiem - nie wiem. Państwo Wolfonen wywoływali we mnie bardzo dziwne emocje. Gdy ich razem widywałem, serce podchodziło mi do gardła, a w brzuchu rósł wielki balon. Nie rozumiałem tych dziwnych emocji.
On był mężczyzną postawnym, przystojnym i bardzo eleganckim. Sprawiał wrażenie niezwykle silnego, choć zdaje się, że większość czasu spędzał za biurkiem, w gabinecie na piętrze, co nie powinno przysparzać tężyzny fizycznej. Miejscowa ludność poważała go ze względu na praktykę, którą prowadził. Rzadki to fach w naszej okolicy.
Alicja, jego żona, była niezwykle wysoką kobietą, a do tego bardzo piękną, choć przyznam, że jakiegoś szczególnego gustu do kobiet nie miałem i wszystkie wydawały mi się urocze, każda na swój sposób. Pani Alicja nosiła się jak dama. Zawsze otaczały ją małe ilije, które czuły w stosunku do niej jakieś szczególne upodobanie.
Co ciekawe, ostatnio znów przestano widywać Merlona w mieście. Mówią, że przepadł bez wieści. Miałem więc powód ku temu, by zjawić się ponownie tam, pod tym domem, i patrzeć. Pragnąłem zdementować pogłoski.
Nieraz obiecywałem sobie, że więcej nie przyjdę w to miejsce, i tysiące razy łamałem tę obietnicę. Łamałem ją, gdy byłem dzieckiem, gdy dorastałem, i wtedy, tego pamiętnego dnia także, choć byłem już dorosłym, poważnym człowiekiem z teczką w ręku, wracającym z niemniej poważnej pracy. Głód tego domu był silniejszy ode mnie.
Po raz kolejny nie dotrzymałem danego sobie samemu słowa i zajrzałem przez żelazną bramę, jak złodziej, który szykuje skok na cudzą posesję.
- Dlaczego pan tu stoi? - Z zamyślenia wyrwał mnie głos chłopca, którego wcześniej nie zauważyłem.
Musiał mi się przyglądać już od dłuższego czasu. Nogi się pode mną ugięły. To był John, syn państwa Wolfonenów. Chciałem uciec.
- W zasadzie nie wiem - odpowiedziałem najrozsądniej, jak tylko umiałem w tej sytuacji, i już chciałem się oddalić, gdy młody człowiek odezwał się ponownie.
- Widziałem już tu pana.
- Dobrze - poddałem się. - Ciekawi mnie ten dom. Podoba mi się. Nie mam złych zamiarów - zapewniłem go.
- Mieszkam tu - wymamrotał. - Znam pana doskonale. Ciągle pan tu przychodzi.
Trudno określić słowami, jaki poczułem się wtedy mały i żałosny. Zamarzyłem, by jak ślimak schować się w skorupie na plecach, lecz nie posiadałem takiej. Stałem jak uczniak przed tym chłopcem, zawstydzony, jakby przyłapano mnie na kłamstwie lub innej niegodziwości.
Też go znałem. Przychodziłem tu przecież co dzień.
John był dzieckiem drobnym i szczupłym. Miał niebieskie oczy, na które niedbale opadała przydługa grzywka w kolorze słomy.
Nagle spojrzał na mnie i nasze oczy się spotkały. Miałem wrażenie, że doszło między nami do dziwnego, niewytłumaczalnego porozumienia. Nie pojmowałem tego. Poczułem wówczas coś na miarę tego balona w brzuchu, który tak dobrze znałem z kontaktów z rodzicami chłopca.
- To pan! - zawołał w tej samej chwili, cokolwiek to miało znaczyć.
Zatrwożyłem się, bo nie wiedziałem, czy zostałem uznany za lokalnego złodziejaszka, domokrążcę, czy też innego intruza, prześladującego ludzi w ich domach. Obawiałem się posądzenia o czyn, którego nie popełniłem, ale z racji moich - bez wątpienia - zbyt częstych wizyt w tym miejscu, można było mi go przypisać. Na twarzy syna Wolfonenów dostrzegłem cień radości.
- To pan! - powtórzył.
- Otóż ja już sobie pójdę. Do widzenia - odparłem szybko.
Przedłużanie dyskusji w tak niekorzystnym położeniu, w jakim się znajdowałem, mogło mieć ujemne skutki dla mnie. Odczuwałem jednak żal, ponieważ niewątpliwie miałem ochotę poznać bliżej tego chłopaka.
- Pan zaczeka! - krzyknął dzieciak, gdy zrobiłem już pierwszy krok w tył. - Wiedziałem, że kogoś tu dzisiaj spotkam, a spotkałem pana! Mam coś do przekazania - powiedział.
Wyciągnął rękę w moją stronę, a ja machinalnie odwzajemniłem gest. Na mojej dłoni wylądowała stara, złota moneta.
- Pilnuj jej i szanuj. Daję ci moc wiedzy. Nie dziel się nią z nikim. Słowa powtarzane przez kolejne osoby tracą pierwotny sens. Nie podpowiadaj mi, jak mam postępować, nie przestrzegaj, bo stracisz dar - powiedział, jakby recytując wyuczoną formułę. - Musisz spisać wszystko, co się wydarzy, i zachować to w tajemnicy.
Skończywszy, odetchnął z ulgą. Milczałem, musiałem mieć dziwną minę. Na jego twarzy pojawił się wyraz rozczarowania. Czyżby mną? Czy moim zaskoczeniem? Nie rozumiałem sytuacji ani wypowiedzianych przez niego słów.
- Chce ją pan? - spytał w końcu zmienionym tonem.
Spojrzałem na podarek. Na rewersie był kwiat - piękny, jak świecąca gwiazdka, ukryty pośród gęstych liści paproci. Po drugiej stronie widniał napis w języku, którego nie znałem. Miałem wrażenie, że moneta parzy mi skórę, ale nie miałem żadnych śladów oparzeń.
Naraz poczułem, że to jest to, po co tu sterczałem tyle lat.
- Tak, dziękuję - odparłem. - Czekałem na to już za długo - dodałem, choć to wcale nie były moje słowa. Jakby ktoś podpowiedział mi, żebym tak właśnie odezwał się do chłopca.
- Uff... - westchnął mieszkaniec pałacu. - Już się bałem, że to nie pan. Kiedyś mi pan to odda, gdy nadejdzie właściwy moment - dodał. - Nie zmarnuje pan tego czasu!
Chłopiec uśmiechnął się wesoło i, jak gdyby nigdy nic, odszedł w swoją stronę - w stronę szkoły.
***
I wtedy wydarzyło się coś dziwnego.
Moje myśli mknęły jak błyskawica. John zniknął już w gąszczu drzew, ale ja doganiałem go myślami. Kręciło mi się od tego w głowie. Widziałem obrazy, zdarzenia, jeden wielki mętlik i chaos. Byłem przekonany, że się przewrócę. O mało nie wpadłem pod wielką furę, która z niewiadomych przyczyn wjechała tutaj. Następnie oparłem się o czarny powóz i spojrzałem w zdenerwowane oczy woźnicy, który, mamrocząc coś pod nosem, pukał się w głowę. Przed oczami stanęło mi całe jego życie. Zobaczyłem nawet jego żonę i dzieci - jakbym przejrzał go na wylot. Przysiadłem pod ceglanym murem, żeby ochłonąć. W jednym momencie dotarło do mnie mnóstwo nietypowych wrażeń. Poczułem, jak mi ciążą. Próbowałem powoli uspokoić zamęt w mojej głowie.
W natłoku myśli zobaczyłem szkołę, a w niej Johna. Siedział w ławce i przekazywał mi pewną radę, która, w gęstwinie zdarzeń, obrazów i cudzych żyć, jak torpeda zmierzała prosto w moją stronę: "Nie martw się, za chwilę się uspokoi. To tylko ta moneta, pilnuj jej".
Powoli podniosłem się z chodnika i ruszyłem w stronę domu. Faktycznie z każdym krokiem czułem się coraz lepiej. Widziałem coraz mniej zdarzeń, mniej ludzi. Udało mi się nawet przytomnie pomyśleć o tym, co powiedział mi John. Gdzie ja mam znaleźć czas na wszystko i jeszcze na prowadzenie jakichś pamiętników? Ale przecież kilka dni temu postanowiłem napisać książkę o Hellonii... zacząłem nawet, może więc zamiast tego?
Otóż na co dzień pracowałem w redakcji i całymi godzinami czytałem i korygowałem cudze teksty. Pracę zabierałem też do domu, na wieczór. Teczka ciążyła mi i teraz, gdyż była pełna papierów do przejrzenia po południu. Jedyny czas, którego nie poświęcałem pracy, to wyprawy pod dom Johna i wykonywanie codziennych czynności, w tym spacery z Mono, moim psem i jedynym towarzyszem, przyjacielem, rzekłbym.
Rozważając te sprawy, przebrnąłem przez zatłoczone o tej porze ulice Hellonii. W sklepach, barach i kawiarniach było pełno ludzi. Minąłem Plac Starego Dębu i skierowałem się na zachód, w stronę pięknych kamienic. Czułem się ociężały, wlokłem się do domu. Czy to wynik spotkania z chłopcem, czy też spowodowała to ta dziwna moneta, którą niosłem we wciąż zaciśniętej pięści? Doszedłem do mojej kamienicy i wspiąłem się po schodach na trzecie piętro. Już na drugim usłyszałem radosne popiskiwania Mono. Spostrzegłem kopertę leżącą na wycieraczce. Podniosłem ją. List. Widać nie był to koniec atrakcji dnia dzisiejszego.
Rozdarłem papier, ale zanim zajrzałem do środka, wiedziałem, co tam jest napisane.
Drogi Panie Elfrodzie,
w odpowiedzi na nadesłaną korespondencję serdecznie zapraszam do pracy w mojej księgarni. Można zacząć w każdej chwili.
Oczekuję przybycia w dogodnej dla Pana porze.
Z wyrazami szacunku
Frantz Schultz
Autorem grzecznego listu był stary księgarz, do którego rzeczywiście jakiś czas temu napisałem. Księgarnia Frantza była - jak dom Wolfonenów - moją tęsknotą i wspomnieniem z dzieciństwa. Kiedy byłem mały, przesiadywałem w niej godzinami. Kręciłem się między półkami pełnymi książek i czytałem te, których nie mogłem sobie kupić. Stary Frantz, który - od kiedy go pamiętam - był tak samo stary, nigdy mnie nie przeganiał. Mogłem czytać do woli. Cierpliwie znosił uczniaka, zachłyśniętego wygrzebaną lekturą. Do tego częstował mnie landrynkami o cudownych smakach. Zazwyczaj wybierałem żółte. Białe smakowały dziwnie. Gdy zaczytywałem się w książkach od starego księgarza, odnosiłem wrażenie, że przenoszę się do odległego świata, jakiego my, mieszkańcy Hellonii, nigdy nie doświadczymy. Nieraz wolałem czytać, niż spędzać czas z kolegami, do których nie miałem szczęścia. Uważałem, że zwykle jest ich wszędzie zbyt pełno. Rosłem zatem na samotnika, ale nic nie mogłem na to poradzić.
Trzymając w rękach list, zorientowałem się, że moja telepatia natychmiast pomknęła do księgarni, w której stary Frantz siedział przy małej lampce i przeglądał rachunki. Nagle jego myśli dogoniły moje. Starzec lekko się uśmiechnął - jakby do siebie, a trochę jakby do mnie. Odwzajemniłem uśmiech. Postanowiłem, że pójdę tam następnego dnia.
Otworzyłem drzwi mieszkania. Mono skoczył tak wysoko, że udało mu się polizać mnie po twarzy.
- No i dlaczego tak stoisz na tej wycieraczce, zamiast wejść? Przecież ja na ciebie czekam - powiedział z wyrzutem.
Mono rzadko się odzywał. Był bardzo małomównym psem.
***
Od ostatnio opisywanych zdarzeń minęło kilka dni. Zacząłem pracę w księgarni Frantza. Gdy wszedłem tam pierwszy raz, w celu podjęcia zatrudnienia, wydało mi się, że bardzo dobrze znam to miejsce. W końcu często tam bywałem. Dostałem mały stolik w rogu z lampką i maszynę do pisania. Mogłem swobodnie zająć się obowiązkami. Miałem czas, by pisać pamiętnik dla Johna, nadal niezbyt dobrze wiedząc, po co w ogóle to robię.
Zastanawiałem się, dlaczego stary Frantz mnie zatrudnił. Moim zdaniem doskonale radził sobie sam. Sklep z książkami odwiedzali głównie pasjonaci, tacy jak ja w przeszłości, dopóki mojej pasji nie zabił nadmiar pracy i brak poczucia spełnienia.
Poznawałem to miejsce od nowa. Nie byłem już przecież klientem, więc patrzyłem na nie zupełnie innymi oczami. Mijały dni, a ja coraz bardziej czułem się jak w domu. Miałem wrażenie, że w końcu doszedłem tam, dokąd przez całe życie zmierzałem.
Siłą rzeczy księgarnia musiała odsłonić przede mną swoje tajemnice. Okazało się, że jest w niej o wiele więcej pomieszczeń, nie tylko główna sala z książkami, którą odwiedzali klienci. Na pierwszym piętrze znajdowały się dwa bliźniacze pokoje gościnne, a na drugim wielka, pusta przestrzeń i kilka gratów na środku: zamknięta skrzynia, mała półka z książkami, stare fotele. Piwnica już dawno zamieniła się w pełne kurzu i zakamarków zaplecze, a strych był przede mną zamknięty.
Nie wszystko poznałem od razu, ale nie zadawałem zbyt dużo pytań i nie naciskałem, bo wydawało mi się, że stary Frantz tłumaczył mi tyle, ile uważał za słuszne.
Schultz był człowiekiem spokojnym i opanowanym. Nie było w nim ani krztyny gwałtowności. Mówił powoli, jakby ważył każde słowo. Przemieszczał się niespiesznie lub tak szybko, że trudno było dogonić go wzrokiem. Jak Humol. W pewien sposób byli do siebie podobni. Białe włosy sterczały mu na wszystkie strony, a jego biała broda zamiatała drewnianą podłogę lepiej od niejednego mopa. Nosił kolorowe, jedwabne, cudownie haftowane szaty. Podwinięte do góry długie noski butów z pomponami na czubku wciąż nieodmiennie wywoływały uśmiech na mojej twarzy.
Któregoś dnia Frantz zawołał mnie do siebie, a potem poprowadził długim korytarzem i dalej, krętymi schodami, aż na strych. Muszę przyznać, że w trakcie tej wyprawy obleciał mnie strach. Droga była ciemna, a on wydał mi się taki mały, chudy i skurczony, jakby miał z tysiąc lat. Szedł przede mną posępny i odległy. Nic nie mówił. Wyglądał przerażająco, z tą małą lampką w dłoni, niedostatecznie rozganiającą ciężki mrok.
Gdy doszliśmy do wielkich, drewnianych wrót, Frantz wyjął z kieszeni stary, mosiężny klucz i przekręcił go w zamku. Rygle puściły z nieprzyjemnym hukiem. Stanęliśmy w niskim pomieszczeniu, w którym znajdowało się trochę zakurzonych książek, ułożonych na jednej tylko półce.
Wtedy on odezwał się swoim niskim, cichym, ale nośmym głosem:
- W wolnej chwili je uporządkujesz i odtąd zawsze będziesz odkurzał to miejsce. To bardzo stare zbiory, są niezwykle cenne, dlatego znajdują się tutaj. Nie są na sprzedaż. Nikt nie może tu wchodzić poza mną i tobą. Nie szukaj zastępcy. Nikomu nie dawaj klucza. Nikomu! - podkreślił surowo. - Nie wolno wynieść stąd żadnej książki, tobie też. Jeśli chcesz je przeczytać, możesz to zrobić na miejscu. Strzeż ich jak własnego życia, chłopcze.
Zbaraniałem.
- Zwróć szczególną uwagę na tę grubą księgę. - Wskazał na jedną z książek, stojącą na półce okładką do przodu, jakby specjalnie wystawioną, by na nią patrzeć. - Jest najcenniejsza ze wszystkich. Tej strzeż z narażeniem życia.
Spojrzałem na grzbiet okazałego tomu. Pięcioksiąg, Księga czarów, tom czwarty.
- Prawdziwa Księga czarów - odezwał się Frantz z satysfakcją w głosie.
- Dobrze - zgodziłem się, nie do końca wiedząc na co.
- Wręczam ci ten klucz i księgę. Od teraz są pod twoją opieką. To tyle - oznajmił dość uroczyście, po czym podał mi stary, mosiężny klucz. - Nie zlekceważ tego.
Było to kolejne dziwne zadanie, które dostałem w tak krótkim czasie. Od Johna niemal telepatyczną moc, wiedzę większą, niż miał ktokolwiek w Hellonii, a od starca misję, której wagi jeszcze wtedy nie pojmowałem.
- Nie ufaj nikomu, bo w innym przypadku możemy to obaj przypłacić życiem. I nie tylko my - powiedział, a potem powędrował z powrotem w dół. A może zniknął, bo rozejrzałem się, lecz nigdzie go już nie było.
Przestraszyłem się. Wszystko to wydawało mi się interesujące, ale nie chciałem na to poświęcać cennego życia.
- Zamknij drzwi, gdy będziesz wychodził - powiedział starzec głosem, który dobiegł nie wiadomo skąd. - Klucz schowaj najgłębiej, jak tylko potrafisz, i nikomu, nikomu, ale to nikomu go nie oddawaj. Jak skończysz pracę u mnie, weźmiesz go na własność.
Ze strachu ciarki przeszły mi po plecach.
***
W wolnych chwilach obserwowałem życie Johna. Nie musiałem już w tym celu podchodzić pod furtkę jego domu. Miałem okazję śledzić każdy krok tego dziwnego chłopca. Poznałem jego kolegów z klasy - chyba lepiej niż on sam - a jego - jak mi się zdawało - doskonale. Uczyłem się panować nad mocą, którą posiadłem dzięki niezwykłej monecie. Odtąd towarzyszyłem mu w jego życiu, gdy tylko chciałem. Mogłem zobaczyć niemal wszystko, co go dotyczyło. Niemal - bo jednak nie wszystko - o czym powiem dalej. Zacząłem pisać, tak jak mi zalecił. Miałem teraz idealne do tego warunki, więc pisałem...
John uczył się w starej szkole, którą ja też niegdyś skończyłem. Panujące w niej zasady były jasne i surowe.
Na początku roku sroga pani dyrektor - panna Amelia Pomperlon - niezmiennie od lat, klarownie wykładała nowym uczniom ich odwieczne, nienaruszalne prawa i obowiązki. Nauczycielka miała bowiem ideę, by tę instytucję publiczną uczynić najwybitniejszą placówką edukacyjną w całej okolicy. Śmiałbym się z jej głupich zasad, gdyby nie fakt, że uczniowie kończący szkołę zawsze otrzymywali najwyższe noty z egzaminów końcowych. Mogliby robić w życiu cokolwiek zechcieli, gdyby nie to, że rzadko kto decydował się opuścić Hellonię na zawsze. Nieliczni, którzy się na to odważyli, często wracali rozczarowani poznanym światem.
Dla lepszego zilustrowania zasad panujących w szkole zacytuję kilka pierwszych, odczytywanych przez pannę Pomperlon na początku każdego nowego roku szkolnego.
Każdy uczeń przychodzi na lekcje w stroju skromnym, stosownym do okoliczności, który musi zakupić na koszt własny. Wzory dopuszczalnej odzieży prezentuje załącznik nr 1.
Zabrania się wnoszenia na teren szkoły przedmiotów i zwierząt opisanych w załączniku nr 2 do regulaminu, w tym peleryn, kapeluszy i lin, a do zakazanych zwierząt zaliczane są wszelkiego rodzaju gady, płazy, froty, gryzonie i owady, a w szczególności węże i pająki. Na terenie szkoły nie mogą przebywać ilije, chyba że uzyska się zgodę dyrekcji. Do budynku nie można wnosić zwierząt futerkowych ani służących do przemieszczania. Fumki i lostki są kategorycznie zakazane. Zwierzęta odprowadzające dzieci do szkoły, w tym froty, psy, koty lub inne, mają czekać przed bramą główną lub w specjalnie przygotowanym dla nich pomieszczeniu.
Nakazuje się przychodzenia na lekcje punktualnie z odpowiednio przygotowanymi przyborami, książkami oraz zeszytami zgodnie z planem lekcji na dany dzień podawanym przez wychowawcę dnia poprzedniego.
Osoby przyjeżdżające pojazdami kołowymi parkują na parkingu przed szkołą, a korzystające ze zwierząt transportowych zostawiają je za szkołą w specjalnie wyznaczonym zadaszonym miejscu.
Zakazuje się korzystania ze zwierząt kłótliwych i aspołecznych, które nie są w stanie przeczekać lekcji bez wszczynania sporów w miejscu wspólnego oczekiwania.
Hulajnogi i rowery parkuje się tylko na wyznaczonych, przypisanych do konkretnego ucznia stanowiskach. Każdy otrzymuje miejsce na jeden rower i jedną hulajnogę.
Panuje kategoryczny zakaz przeszkadzania nauczycielom w prowadzeniu zajęć, a kolegom w słuchaniu. Mile widziany jest aktywny udział ucznia w zajęciach oraz myślenie w czasie lekcji o przedmiocie zajęć.
Takich punktów było trzydzieści jeden. Szczegółowo normowały życie ucznia w szkole, dodatkowo informując o tym, o czym uczeń powinien, a o czym nie powinien, w szkole myśleć. Uwagę dzieci zawsze zwracały zasady dotyczące ubioru. Zarówno w przypadku chłopców, jak i dziewcząt, wierzchnie okrycie szkolne stanowiła zapinana na guziki, dopasowanana w ramionach i pasie, rozszerzana ku dołowi tunika, sięgajaca poniżej linii bioder. Wszyscy zobowiązani byli nosić do szkoły trzewiki z wysoką cholewką.
Zazwyczaj zdarzało się, że przy punkcie trzydziestym pierwszym dzieci zaczynały spoglądać na siebie ukradkiem, ale panna Pomperlon uparcie nie zmieniała jego brzmienia.
Punkt trzydziesty pierwszy brzmiał bowiem następująco:
Za naruszenie powyższych zasad można dostać punkty ujemne, ale też i inne kary, w tym karę upomnienia, odebrania praw ucznia, wydalenia ze szkoły lub przeniesienia do jednostki karnej oraz inne konsekwencje określone przez wychowawcę lub dyrekcję szkoły, łącznie z karą wygnania lub uwięzienia.
W tym momencie młody człowiek zaczynał myśleć, że jest trochę strasznie i szkoła, do której jeszcze przed chwilą szedł z radością, zaczynała wydawać mu się okrutna. Jestem absolwentem tej placówki, więc miałem podobne wrażenia, lecz teraz wspominam czas spędzony w tym miejscu jako pasmo niekończącej się zabawy, która niestety potem dobiegła końca wraz z rozpoczęciem dorosłego życia.
Od moich czasów w szkole nic się nie zmieniło, więc szybko zorientowałem się w sytuacji Johna. Jak już wspomniałem, dyrektorem wciąż była panna Amelia Pomperlon, która dysponowała całym wachlarzem kar, nagród, pomocy naukowych i metod wychowawczych. Interesowała się wszystkimi uczniami i znała każdego z osobna. Żaden z wychowanków nie umykał jej wnikliwemu spojrzeniu. Nikogo nie pomijała w rozmyślaniach na temat odpowiedniego wychowania.
Co roku każdy uczeń miał rozwiązać test kwalifikujący do poszczególnych klas. Podział na klasy nie miał nic wspólnego z wiekiem. Mówiono, że o przydziale decydują zdolności, predyspozycje i postępy w nauce oraz wynik testu.
Klasa A, do której uczęszczał John, uchodziła za najzdolniejszą, bo wszyscy jej uczniowie mieli talent do przedmiotów ścisłych. Każdy zdradzał przy tym inne cechy charakteru i inne zainteresowania. Było w niej dwadzieścia osób, w tym dziesięć dziewczynek i dziesięciu chłopców. Zdawało się, że wszyscy byli rówieśnikami, a skład grupy nie zmieniał się od początku jej uformowania. Zapewne podobnie wypadali na testach.
Głównym wychowawcą w klasie Johna była pani Margaret Soleston. Uczyła języka ojczystego, wykładała również mowę ptaków i zwierząt, chociaż w Hellonii nie było to za bardzo potrzebne, gdyż wiele zwierząt nauczyło się miejscowego dialektu. W większości były one jednak małomówne, a niektóre miały kłopoty z wymową. Froty, na przykład, rzadko się odzywały, więc głos miały ochrypły i skrzeczący, bo ich aparat mowy był zupełnie niewyrobiony. Zdarzały się oczywiście wyjątki i można było spotkać egzemplarze niezwykle gadatliwe, i to w każdym gatunku. Wracając jednak do pani Margaret, jako wychowawca przebywała z dziećmi podczas każdej lekcji i wszystkich wycieczek, bo odpowiadała za ich wychowanie, dobre maniery i porządek w klasie. Zazwyczaj siadywała na końcu sali za wszystkimi uczniami i rozmyślała o tym i owym.
***
Wydarzyło się jednego z pierwszych dni po tym, jak dostałem od chłopca dziwną monetę. Spodziewałem się, że spotkam Johna, bo wiedziałem, co zaplanował. On natomiast był pewien, że zastanie mnie w księgarni. Po lekcjach wyruszył do mnie w towarzystwie Pusza Derwisza. Pusz był kolegą, z którym widywałem go najczęściej. Wydawało mi się, że chłopcy się przyjaźnią, bo bardzo często przebywali razem.
I gdy tak rozmyślałem o Johnie i jego kolegach, zobaczyłem Riffa Losta. Biegł za nimi, ale kiedy był jeszcze na tyle daleko, że go nie widzieli, wskoczył w pobliskie krzaki i przemknął bardzo szybko schowany za drzewami. Gdy już przegonił kolegów, wyskoczył im naprzeciw i zagadnął wesoło:
- Cześć, chłopaki. Co za przypadek. Mogę z wami iść?
- No, tak... - zająknął się John.
Chłopiec wybierał się do mnie. Towarzystwo większej liczby osób nie było mu na rękę, bo chciał zamienić ze mną kilka słów na osobności.
- Szedłeś za nami! Jak zwykle! Nie możesz z nami iść! - wypalił nerwowo Pusz. - Czy my nie możemy spędzić chwili bez ciebie?
- Ty możesz! - odgryzł się Riff. - A poza tym nie szedłem za wami. Jak mogłem za wami iść, skoro to ja jestem z przodu przed wami. Pomyśl trochę. No, mogę? - Chłopiec spojrzał błagalnie na Johna.
- O nie, trzymajcie mnie, bo go walnę! - rozgniewał się Pusz.
- Dajcie spokój, chłopaki. Pusz, no co ty. Przecież może z nami iść - powiedział John.
Nie wtajemniczył Pusza w swoje sprawy. Riffa też nie zamierzał.
- Tylko się nie wychylaj! - przestrzegł Pusz kolegę.
- No dobra - odparł radośnie Riff - to dokąd idziemy?
- Do księgarni. Obejrzeć książki - poinformował go John. Gdy to mówił, podleciała do niego mała, fioletowa ilijka i usiadła mu na ramieniu. Była śliczna, jak każdy ilijek.
- O, super! Uwielbiam książki! - wykrzyknął Riff, obserwując stworzenie.
Pusz rzucił mu niezbyt przychylne spojrzenie, ale już nie oponował.
***
Gdy John wszedł do księgarni, nasze myśli złączyły się, a oczy spotkały, ale gdy się zbliżył, w mojej głowie pojawił się chaos tak duży jak wtedy, gdy wręczył mi tę monetę.
Nagle straciłem z nim kontakt. Zupełnie. Przysiadłem, by się pozbierać, i chłodnym wzrokiem przyglądałem się chłopcom. Łazili pomiędzy półkami. Riff usiadł na podłodze. Pusz błąkał się, niecierpliwie zerkając na witrynę i drzwi, jakby chciał stąd wyjść jak najprędzej, lecz nie znajdował ku temu wymówki. Jak spod ziemi wyrósł przed nim sędziwy starzec, czyli Frantz Schultz.
- O, nowy klient! - powiedział księgarz do chłopca. - Czym mogę panu służyć? - spytał, bacznie obserwując Pusza.
Otóż Frantz Schultz znał wszystkich miłośników książek w okolicy i jeśli kogoś widział po raz pierwszy lub nie pamiętał, to znaczyło, że zainteresowanie delikwenta literaturą nie było zbyt trwałe. Na południowo-wschodnim krańcu miasta, za muzeum, była wprawdzie ogromna biblioteka i czytelnia, ale miłośnicy książek nigdy nie omijali małej księgarni na rynku, bo można tu było trafić na prawdziwe białe kruki.
- Ja, ja... ja tylko... - jąkał się chłopiec.
- Tak, wiem - odpowiedział księgarz, cokolwiek to miało znaczyć. - Pooglądaj sobie.
Frantz udał się do swojego stolika, ale ciągle z uwagą przyglądał się pulchnemu dziecku. Też na nie zerkałem. Pusz natomiast nie zawracał sobie nami głowy i niecierpliwie błądził wzrokiem po witrynie sklepowej. W końcu wypatrzył na zewnątrz dziewczynki z klasy biegające po skwerku. To było jak komenda do wyjścia, jakby tylko na to czekał. Od tej pory już tylko przebierał nogami, aby wybiec z księgarni i popędzić do koleżanek.
Tymczasem Riff zaczytywał się w jakiejś lekturze. Co to? Musiałem się odchylić, by dojrzeć okładkę. A! To historia muzyki. Już ją przeczytałem.
John chciał ze mną porozmawiać na osobności. Podszedł do Riffa i przeniósł na jego rękę ubraną na fioletowo ilijkę, którą już od dawna próbował posadzić na półce, ale ona nie chciała zejść z jego ramienia. Trzymała się kurczowo tuniki i przeszkadzała w przekładaniu książek. Riff zamarł ze strachu. Bał się, że ją zgniecie. Do tej pory nie miał w ogóle do czynienia z ilijami. Często je mijał, jak każdy, ale nigdy z nimi nie rozmawiał, żaden też na nim nie przysiadł. Dziewczynka, którą teraz trzymał na ręku, była malutka i delikatnie łaskotała bucikami jego skórę. Uśmiechnął się do niej ciepło. Odwzajemniła uśmiech. To dobrze, bo bał się tej małej istotki tak, jakby była co najmniej Gastonem - strasznym, wielkim, białym kotem panny Pomperlon.
Obserwując starego księgarza i coraz bardziej zniecierpliwionego Pusza, przegapiłem moment, w którym do mojego stolika podszedł John.
- I co? - spytał.
Podskoczyłem.
- Jak to "co"? - odpowiedziałem pytaniem.
John może i był tylko małym chłopcem, ale raczej świadomym tego, jaki prezent mi podarował. To dzięki niemu zdobyłem tę świetną posadę i dziwny dar. Nie byłem na niego zły, chociaż zastanawiałem się wielokrotnie, dokąd mnie los doprowadzi. Jak może skończyć się historia, która zaczęła się w taki sposób?
- Ty mi powiedz, co? - naciskałem.
- Ja nie wiem - szepnął John. - Mnie ta moneta nic nie dawała. Miałem ją wręczyć przyjacielowi.
- "Przyjacielowi"? - spytałem i rozejrzałem się, bo nagle przestałem się orientować, gdzie jest stary Frantz. Często znikał nagle i zaraz pojawiał się w innym miejscu. - I nic nie wiesz? Nie wiesz, co nas czeka potem?
- Nie.
- A skąd ją miałeś?
- Od taty.
- Dlaczego dałeś ją mi, skoro była przeznaczona dla przyjaciela? - drążyłem. - Nie chcę umniejszyć naszej sympatii, ale raczej - nie wiedziałem, jak to ująć, aby nie urazić chłopca - nie przyjaźniliśmy się - wydusiłem wreszcie.
- Zaraz mam trzynaste urodziny. Musiałem kogoś wybrać i ją oddać. Miałem oddać ją przed urodzinami. Chciałem dać ją Puszowi, ale gdy wychodziłem, zaczepił mnie Humol, wie pan, nasz służący. Zauważył, że ją zabrałem. Poradził, żebym wręczył panu, nie koledze. Powiedział, że pan tu stoi. I... nie wiem, sam nie wiem, gdy wyszedłem z tą monetą w ręku i jak zwykle zobaczyłem pana pod bramą, poczułem, że tak właśnie powinienem zrobić. Że to pan na nią czeka. Więc oddałem i wyrecytowałem te wszystkie formułki, których nauczył mnie tata, jak byłem jeszcze mały. I co?
- I nic.
Byłem nieco skonsternowany.
- Szkoda, że nic. Liczyłem na coś. Na jakieś wieści o tacie... - mówił, a mi otwierały się w głowie kolejne kanały i już wiedziałem...
Zarejestrowałem wlepione w nas oczy Pusza. Zachowywał się, jakby chciał usłyszeć naszą rozmowę, ale stał za daleko, by podsłuchać choć słowo. Podniosłem leżącą przed sobą książkę, udając, że ją omawiam.
- Powie pan chociaż, że coś widzi - prosił mnie John.
- Widzę. Oczywiście jest dużo zmian. Ta moneta... To dużo zmieniło. Tylko... nie wiem, co z tym dalej zrobić - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - Sądzę, że spiszę wszystko i nie powiem nic tobie i nikomu innemu, póki nie zrozumiem, na co to wszystko.
- Dobrze - zgodził się John. - Wie pan, zabrałem ją tego dnia z domu, bo pomyślałem, że jak ją komuś dam, to dowiem się czegoś o tacie.
- Tak, już wspomniałeś, zrozumiałem, masz pytania. Może więc dobrze się złożyło, że tam stałem - powiedziałem zadowolony, bo uważałem, że Pusz nie byłby najwłaściwszą osobą, by otrzymać taki prezent.
- Nie wiem, co zrobić - przyznał smutno John i spuścił głowę.
- Jak się nie wie, co zrobić, to trzeba czekać, aż się będzie wiedziało. Czas potrafi odpowiedzieć na pytania i pomaga pozamykać pewne sprawy.
Jak spod ziemi wyrósł przed nami stary Frantz. W ciemnym kącie jego biała broda lśniła złowrogo. Wyglądał... mgliście. Na małym Johnie nie zrobił jednak wrażenia.
- Jak się nic nie robi, to się stoi w miejscu - powiedział chłopiec. - Tak mówi panna Pomperlon.
- Tak uczą was w szkole, a w szczególności ta Pomperlon. Ona ma takie poglądy, że ho, ho! Ja ci mówię, chłopcze, że czasami lepiej trochę postać w miejscu, niż zrobić coś głupiego. W trudnych sytuacjach zaleca się raczej spokój, rozwagę i opanowanie - pouczył Johna Frantz.
- Ej, chłopaki, chodźcie już! - krzyknął Pusz na całą księgarnię. - Dziewczyny w pobliżu!
- Dobra, dobra - rzucił mój rozmówca prawie szeptem w stronę Pusza, a potem odwrócił się do mnie. - Do zobaczenia. Myślę, że jeszcze przyjdę.
- Do zobaczenia - odpowiedziałem.
- Idziemy już? - zreflektował się Riff.
- Tak, chodź.
Riff delikatnie podstawił palec małej ilijce, która ochoczo skorzystała z pomocy i dała się unieść.
- To już rozumiesz? - spytał ją Riff.
- Tak myślę - pisnęła dziewczynka o imieniu Lui.
- Łatwe?
- Bardzo łatwe - odparła.
- Co jest łatwe? - zainteresował się John.
- Nuty. Zadziwiająco szybko ogarnęła gamę. Ma ładny głos - ocenił Riff, a mała Lui uśmiechnęła się szeroko. - Czy wszystkie ilije są takie muzykalne jak ona?
- A skąd ja to mogę wiedzieć? - westchnął John. - Ilije mają wiele artystycznych uzdolnień.
- Podobno masz ich pełno w ogrodzie.
- Ale nie ćwiczę z nimi gamy, choć mama mi mówiła, że mają dużo talentów - odparł chłopiec.
Za witryną sklepową przystanęły dziewczynki, które wcześniej biegały po skwerku. Już je rozpoznawałem. Były to koleżanki z klasy Johna: Linyf Altman, Hannah Mietelson i Margot Ostern.
Pierwszej z nich przyglądałem się już wcześniej ze szczególna uwagą. Linyf Altman była bowiem wyjątkową dziewczynką o silnych cechach przywódczych. Otaczała ją grupa zapatrzonych w nią koleżanek. Jej towarzyszki starały się ubierać tak jak ona, powtarzały jej słowa i każda, lub prawie każda, chciała się z nią przyjaźnić. Gdy tylko okazywała komuś względy, ów delikwent gotów był dla niej wykonać nawet najgłupszy uczynek, by tylko się jej przypodobać. Do tego potrafiła skłócić całe towarzystwo. Jedynie najsilniejsze jednostki opierały się nieodpartemu urokowi Linyf. Trudne wyzwanie stało przed tą dziewczynką. Klasa składała się z samych indywidualności, a wśród takich trudno o wiernych pochlebców.
Tak. Może i przyprawiłem gębę temu dziecku, ale fenomen podobnych dziewczynek analizowałem już w podstawówce, będąc wpierw zakochanym, jak i inni, bez wzajemności, w Bercie Majer - Linyf Altman naszej klasy. Bo Linyf powielała ten wzorzec bez odstępstw. Prawie... Bo miała jedno małe dziwactwo, ukrywane przed światem, o czym wspomnę potem.
Wracając do biegu zdarzeń, zobaczyłem, że Pusz wyleciał z księgarni jak torpeda i pobiegł w stronę dziewczyn. John i Riff ruszyli za nim. Dziewczynki zaczęły uciekać, chować się między krzakami, za ławkami i fontanną, a chłopcy ganiali je uradowani. I tylko tyle było im potrzebne do szczęścia. Tak to jest, gdy człowiek ma kilkanaście lat.
Kolejną korzyścią z pracy w księgarni był widok z okna, którym mogłem sycić się do woli. Księgarnia znajduje się w centrum miasta. Jest tam plac ze skwerem - napomknąłem już o nim, obiecując, że o tym opowiem - otoczony kamienicami, z usługami na parterach. Naprzeciw mam widok na aptekę i gabinety lekarskie, ale tylko jesienią i zimą, gdy z gęstych drzew opadną liście. Za nimi jest targ spożywczy, lecz stąd go nie widać. Obok mnie znajduje się kilka sklepów z woniami, świecami, ziołami, herbatami, z kawą, pralinami, przyprawami i innymi rarytasami. Sprzedają też mydła i perfumy. Mieszczą się tu liczne restauracje, a także miejsca życia nocnego, do których nigdy dotąd nie było mi po drodze. W dzień powszedni kręci się tu wiele osób załatwiających codzienne sprawunki. To miejsce można uznać za centrum Hellonii, bo tu przychodzą wszyscy. Dla odpoczynku przysiadają na ławkach w cieniu drzew, gdyż na środku znajduje się duży skwer z fontannami i piekarnia, z której zawsze pachnie chlebem.
Chociaż mój stoliczek stał w kącie pokoju, to dla wytchnienia dość często podchodziłem do witryny i wyglądałem przez ogromną szybę. Przed nią miał zwyczaj siadywać Mono, którego teraz już zawsze zabierałem ze sobą do pracy. Zmieniłem nieco wcześniejsze nawyki i zamiast przynosić, jak niegdyś, pracę do domu, zacząłem notorycznie w niej zostawać. Lubiłem to miejsce, a dom traktowałem jak sypialnię. Nie miałem zatem innego wyjścia, niż przychodzić tu z psem, który większość dnia spędza przed lokalem, wylegując się na słońcu, chowając przed deszczem lub spacerując samotnie po pobliskim skwerku. Mono jest bardzo uważny. Próbuje nie zasypiać na zbyt długo, by nie stracić dnia, ale natura często bierze górę, a stworzyła go chyba głównie do spania.
Ze swojego okna widziałem właśnie ów skwerek, po którym zwykle spacerował Mono, a teraz biegały dzieci. To miejski zieleniec, nie za duży, ale też niemały, gęsto zarośnięty średnio zadbaną zielenią. Jest uroczy i tajemniczy, bo pełen małych, kamiennych fontann o dziwnych, wyszukanych kształtach. Na samym środku znajduje się największa z nich, wyglądająca tak, jakby zgięte wpół ryby wypluwały wodę wysoko w górę. Rybie głowy zapełniają duży zbiornik wodą. Kąpią się tam ryby, romsy, rozmary, wici, sopy i nie wiem co jeszcze, a czasami także małe dzieci, które wskakują tam dla ochłody.
Skwerek otoczony jest brukowaną drogą, na której zwykle jest dość tłoczno. Kręci się tutaj wiele osób: handlarze ciągną swoje wozy, jeżdżą dorożki, powozy, furmanki i automobile - kolorowe nioby, masse, froby i inne pojazdy. Ruchliwy trakt okalają kamieniczki, takie jak ta, w której znajduje się księgarnia. Od świata oddziela mnie dodatkowo przejście pod arkadami, które zdobią prawie każdą kamieniczkę, tworząc zadaszone tunele, pod którym przechodnie mogą się skryć przed niespodziewanym deszczem lub upałem.
Ale dlaczego w ogóle tyle o tym opowiadam...
Otóż, od kiedy John powiedział mi o braku wieści od swojego taty, moje niespokojne myśli pomknęły w okolicę apteki, znajdującej się naprzeciwko księgarni, i coraz częściej błądziły w tamtym rejonie. Apteka należała do starego Alberta Brachta. Nad nią ojciec Johna oraz Zak Kadosz prowadzili praktykę lekarską. Ze swojego okna nie wszystko widziałem, bo obraz przysłaniał mi zarośnięty drzewami skwerek. Musiałem udać się na spacer, by przyjrzeć się tamtym budynkom z bliska. Na dole pracowali dwaj synowie aptekarza, Fritz i Joel Bracht. Prowadzili jedyną w mieście liczącą się aptekę, gdzie przygotowywano leki recepturowe przepisane przez Kadosza i Merlona Wolfonena. Leki te w mig likwidowały wszelkie schorzenia, z którymi do medyków zgłaszali się Hellończycy. Trudno powiedzieć, który z nich był lepszym lekarzem. Od długiego jednak czasu gabinet Wolfonena świecił pustkami, a na jego drzwiach wisiała znacznych rozmiarów tabliczka z napisem "przepraszam". To "przepraszam" skierowane było do pacjentów, których przez swoją nieobecność lekarz nie mógł przyjąć, podczas gdy stary Zak dwoił się i troił, by obsłużyć wszystkich.
Nieobecność Merlona Wolfonena owiana była tajemnicą, tak samo jak i jednego z trzech synów Alberta Brachta - Leonnina. Nie odziedziczył po ojcu talentu do chemii i medycyny, daleko było mu również do jego starszych braci. Gdybym miał coś o nim powiedzieć, pierwszą rzeczą, jaka przychodziła mi do głowy, było stwierdzenie, że to silny człowiek. W rodzinnym interesie zajmował się transportem pacjentów oraz dostawami do apteki. Był jedyną osobą, której panna Pomperlon wypożyczyła kiedyś szkolny, bardzo ciekawy pojazd - torpedującą poduszkę - aby mógł szybko dotrzeć i uratować życie umierającej Zenobii Bastet, czego nauczycielka natychmiast pożałowała, bo niestety poduszka posłużyła Leoninowi do tłumienia pożaru, z którego wyniesiono panią Zenobię. Pojazd został przez to całkowicie zniszczony. Panna Amelia oczywiście też ratowałaby życie umierającej staruszki, niekoniecznie jednak poświęciłaby do tego celu jedną z bezcennych torpedujących poduszek, które przez wiele pokoleń służyły uczniom do dalekich podróży podczas wycieczek szkolnych.
Legendy
Pewnego dnia wybrałem się z Mono na spacer wokół skweru, ale skryłem się przed słońcem pod arkadami. Stanąłem w pobliżu apteki i nagle coś mi się przyśniło, zamajaczyło, wydało - w każdym razie - wiedziałem! Poznałem tajemnicę, choć nikt mi jej nie zdradził.
Początkowo zastanawiałem się, czy obrazy, które widywałem w półsnach i rojeniach, od kiedy dostałem tę starą monetę, były prawdziwe. Później przekonałem się, że w ten sposób dowiadywałem się o rzeczach, które było mi przeznaczone wiedzieć. Tak wyjaśniły się na przykład pewne nurtujące mnie kwestie dotyczące Merlona Wolfonena...
Nieobecność ojca Johna wzbudzała w mieście wiele emocji, a przypuszczeń było więcej niż włosów na głowie, a może tylko tak wiele jak opowieści o jego dziwnym domu.
Muszę wspomnieć, że w tym roku w Hellonii zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Pojawiły się przypadki choroby, która już dawno została uznana za wygasłą. Najgorsze było to, że nosiła znamiona epidemii, i nawet tacy specjaliści jak Zak Kadosz czy Merlon Wolfonen nie potrafili znaleźć na nią lekarstwa. W dodatku jej istnienie powiązane było z prastarą legendą o klątwie nałożonej na mieszkańców miasta. Gdy więc objawy opisywane przez pacjentów zaczęły wskazywać na memezję, wstrząśnięty swoim odkryciem Zak Kadosz poprosił swojego kolegę po fachu, Merlona Wolfonena, o spotkanie, by sprawę omówić.
Chciał skonsultować trzy przypadki, które mogły na to prawie zapomniane schorzenie wskazywać. Miał nadzieję, że się myli, ale niestety drugi lekarz potwierdził, nie zgłaszając żadnych wątpliwości, że do miasta powróciła memezja - choroba, która w dawnych czasach zdziesiątkowała mieszkańców i wyludniła sąsiednie okolice. O chorobie można było teraz przeczytać jedynie w podręcznikach medycyny lub dowiedzieć się czegoś ciekawego na lekcjach w szkole panny Pomperlon, niemniej podania nie były pełne, bo chociaż memezja stanowiła przedmiot badań wielu lekarzy i naukowców, nikt nie doszukał się najważniejszej informacji - odpowiedzi na pytanie, co uśpiło epidemię oraz jak ją leczyć. Lekarstwa na nią nigdy nie wynaleziono. Choroba trafiła więc do doskonałego laboratorium chemicznego, gdzie poddano ją wielu badaniom. Doszukano się w niej - i słusznie - wpływów magicznych, dlatego potem przeniesiono ją do laboratorium w Muzeum Magii, gdzie spoczęła uśpiona w probówkach na wieki.
Bezsilność lekarzy wobec zarazy i chęć uratowania miasta przed zagładą spowodowały, że współcześni medycy zmuszeni byli sięgnąć po zupełnie niecodzienne środki.
Wszyscy w Hellonii znają legendę o wszechmocnym starcu zamieszkującym szczyt Czarnej Góry. Takie opowieści krążą w każdym mieście, a wiara w nie ubarwia życie małych społeczności. Nikt ich jednak nie traktuje poważnie i nikt tak do końca nie daje im wiary, dopóki nie staną się ostatnią deską ratunku. Szczyt Czarnej Góry to miejsce na tyle odległe, że żaden człowiek nigdy się tam nie wdrapał. Wielu śmiałków podejmowało próbę, ale żadna osoba nie stanęła jeszcze na jej wierzchołku. Wędrowcy najczęściej nie wracali w ogóle, jeśli zaś powracali, nie byli skłonni do jakichkolwiek opowieści, bo to, co przeżyli, zazwyczaj odbierało im mowę i umysł. Czasami niektórzy zawracali wpół drogi lub może i jeszcze dalej, przed dotarciem na szczyt, ale im nie przytrafiało się nic interesującego.
Legenda głosiła, że szczyt Czarnej Góry jako pierwszy zdobędzie tylko potomek Archetów.
Dlatego też grono medyków, ludzi bądź co bądź wykształconych i twardo stąpających po ziemi, mogły zadziwić takie słowa, jakie padły tamtego dnia w gabinecie doktora Zaka Kadosza.
- Nie pozostaje nam nic innego, jak wyprawić się na szczyt Czarnej Góry - oznajmił z poważną miną Merlon Wolfonen.
- Nic nam nie pozostaje, kolego, zgadzam się - potwierdził Kadosz. - Musimy się wyprawić, i to jak najszybciej.
- Memezja, jak pan pamięta, w początkowym stadium nie rozprzestrzeniała się zbyt szybko. Potrzeba było sporo czasu, zanim dotknęła kolejne osoby. Obecnie wystarczyłoby, gdybyśmy na czas odizolowali chorych. Wtedy tego nie zrobiono. Jednak tych ludzi trzeba jakoś wyleczyć! Nie możemy skazać tych kilku niewinnych osób na śmierć przez zapomnienie, niezdarność, nieumiejętność. Musimy im pomóc! - trapił się Merlon.
- Całkowicie się z panem zgadzam, panie kolego - powiedział Zak. - Śmiem zauważyć jednak, że ta choroba zabiła setki ludzi! Trzeba się liczyć z mutacjami. Nie mamy pewności, że komukolwiek uda się osiągnąć szczyt Czarnej Góry, a tym bardziej szybko. I nie wiemy na pewno, co naprawdę znajduje się na jej wierzchołku. Może nic.
- Trzeba mieć nadzieję. Ja to zrobię, wyprawię się - zdecydował lekarz.
- Pan? - Doktor Zak Kadosz nie był pewien, czy to przypadkiem nie jest jedynie chwilowy przejaw brawurowej odwagi kolegi po fachu. - Całe życie spędził pan z nosem w książkach, w pozycji siedzącej, i nie ma pan sprawnych mięśni i mocnych kości. Nie da pan rady tam wejść, tym bardziej stamtąd wrócić. Hellonia straci tylko jednego z dwóch lekarzy, którzy są tu teraz bardzo potrzebni - z przekonaniem podsumował doktor.
- Powiem panu, panie kolego, w tajemnicy, że przebywając w tej nieprzyjemnej pozycji siedzącej, zgłębiałem wiedzę medyczną i niemedyczną, i ustaliłem, a właściwie jestem o tym przekonany, że zaliczam się do potomków rodu Archetów, i... dodam jeszcze... że należę też do starego bractwa rycerzy Hellonii. Jeśli więc komuś ma się udać, to ja... nie przechwalając się bynajmniej, mam duże szanse na powodzenie.
Zak Kadosz spoglądał na kolegę ze zdumieniem i niedowierzaniem.
- A! - zająknął się. - To zmienia postać rzeczy. Dużo zmienia.
Stary doktor zamyślił się głęboko.
- To jak to zrobić? - spytał, bo nie miał pomysłu.
- Nie pójdę sam. Zorganizujemy wyprawę. Wezmę dwóch silnych ludzi, którzy będą mnie wspierać. Nie jestem w tak złej kondycji, jak sądzisz, panie kolego. Otóż od dawna już pobieram nauki u mistrza sztuk wojennych, Zao Yong Tinga. Dodam, że od bardzo dawna, może i od dziecka. Codziennie, panie kolego, przed pracą. - Oczy Kadosza zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. - Na pewno dam radę, dojdę tam - zapewnił doktor Wolfonen z takim przekonaniem, że Zak w wyobraźni ujrzał Merlona już na górze, na samiuteńkim szczycie, odbierającego od magicznej postaci flakon tajemnej mikstury, leku na memezję, i udającego się raźnym krokiem w drogę powrotną wprost do ich gabinetów.
- Wierzę w ciebie. Weź syna Brachta za towarzysza, tego młodego Leonnina, jest silny i odporny.
Naraz w drzwiach gabinetu pojawiła się jakaś postać, a potem wparowała do niego z impetem.
- Podsłuchiwałem! - oznajmił Albert Bracht. - Podsłuchiwałem! Przepraszam! Zaklinam się, że nie miałem takiego zamiaru! Przyszedłem, gdy zaczęliście rozmawiać, i zostałem pod tymi drzwiami. Dam wam syna w drogę! To dobry chłopak i silny.
- Dobrze go znam - powiedział Merlon, lekko zdziwiony wtargnięciem aptekarza. - Pójdzie ze mną. Tylko mam do was obu prośbę. Nie wspominajcie nikomu o moim dziedzictwie. Może to wzbudzić niepotrzebne plotki i narazić mojego syna na zbędne komentarze. Dużo już o nas mówią w naszym mieście z powodu domu, więcej nam nie potrzeba. Dlatego wiadomość o dziedzictwie Archetów wolałbym utrzymać w tajemnicy.
- Masz to u nas jak w banku - zaklęli się koledzy.
- Sądzę, że sprawę trzeba w ogóle objąć całkowitą tajemnicą, by nie straszyć mieszkańców i zapewnić bezpieczeństwo chorym oraz wyprawie. Któż to wie, jakie zło może się zbudzić? - zapytawszy, Zak ugryzł się w język, ale słowa już padły.
Wszyscy patrzyli na siebie przenikliwie, szeroko otwartymi oczami, ale nikt już się nie odezwał.
***
Pewnego dnia, zgodnie z ustalonym wcześniej planem, owianym tajemnicą, trzech mężczyzn wyruszyło na wyprawę na szczyt Czarnej Góry, by spotkać mędrca - starego czarodzieja - który osiedlił się tam po jednej z wielu wojen. Nikt nie wiedział, czy starzec naprawdę istnieje, ale tak właśnie głosiły legendy. A jeśli trwał tam, to tylko on jeden mógł znać odpowiedzi na pytania wędrowców.
W drogę przyszło im wyruszyć we trzech: lekarz Merlon Wolfonen, syn doktora Alberta Brachta, Leonnin Bracht, oraz Matt Derwisz, ojciec Pusza, kolegi z klasy Johna. W zasadzie nikt nie zastanawiał się, skąd Matt Derwisz dowiedział się o ekspedycji i jak to się stało, że do niej dołączył. Nie wiadomo też było, ile wie o celu misji. Zdawało się, że prawdziwe przeznaczenie tej wyprawy znane było jedynie lekarzom i staremu aptekarzowi, a młody Leonin został po prostu wysłany przez ojca z zadaniem ochrony i obrony Wolfonena. W efekcie wyruszyli we trzech, przygotowani na wielodniowy marsz w górach. Żaden z nich nie wiedział, ile będzie trwała ta podróż, i nie byli pewni, czy powrócą z niej żywi.
Niewielu zatem mieszkańców słyszało o wyprawie, a mimo to po Hellonii rozeszły się plotki, które miały nawet jakieś oparcie w faktach.
***
W nocy od razu po tym dziwnym onirycznym zdarzeniu, którego doświadczyłem, stojąc sobie spokojnie w słoneczny dzień na rynku, miałem sen, który tu opowiem. A mianowicie...
Matt Derwisz potknął się na skalnej półce i zachwiał. Spadłby, gdyby nie złapał ręki Merlona. Zawisł nad otchłanią tak głęboką, że wcale nie było widać jej dna. W dole kłębiły się chmury. Spojrzawszy tam, przeraził się. Jego mięśnie zastygły w paraliżującym bezruchu.
- Pomóż mi - wystękał z wysiłkiem, patrząc błagalnie w twarz doktora.
Merlon z całej siły próbował podciągnąć ciężkie ciało towarzysza. Był silny, bardzo silny, ale czy aż tak?
Za nimi stał Leonnin.
- Puść go. Oboje wiemy, że nie da rady wejść na szczyt ani z niego zejść. Dawno skręcił nogę, ale się nie przyznaje. Zginiemy przez niego, a on i tak już nie żyje! Nie ma co się z nim męczyć. Przecież nie będziemy go nieśli! Tym, co robi po drodze, nie zasłużył sobie na choć odrobinę litości. Na nic! Niech ktoś to w końcu powie! Przecież to samolub i oszust. Zjadł całe nasze zapasy, sam, a w nocy podpija wodę bez kolejki! - wykrzykiwał Leonnin.
- To jeszcze nie wystarcza, żeby go zabić - wystękał Merlon z wysiłkiem.
W obawie, że Leonnin we wzburzeniu zepchnie w przepaść ich obu, doktor odpowiadał zdawkowo. Nadal dokładał wszelkich starań, by wciągnąć choć trochę Matta. Wtedy Derwisz mógłby złapać się drugą ręką wystającej w pobliżu skały i podciągnąć o własnych siłach; udałoby się.
- Po co my tam w ogóle idziemy? No, po co? Ja wiem! Wierzycie w te legendy! Wierzycie?! Co to za bzdura, to wszystko bzdura! Puść go lepiej. On nas zabije! Specjalnie powoduje kłopoty. Ciągle ma jakieś wypadki, a my też przez niego. Jakby przyciągał zły los. Nie widzisz tego? A jak nas oszczędzi lub nie uda mu się nas pozbyć, to zginiemy tu przez niego, bo będziemy go holować, głodni i bez picia, a najgorzej, że on nie jest tego wart! - wykrzykiwał nerwowo Leonnin.
- Pomóż mi... Miałeś mi pomagać - upomniał go Wolfonen resztką sił.
- Miałem chronić ciebie, nie jego! - warknął Leonnin.
- To mi pomóż, bo spadnę wraz z nim - wydyszał ciężko Merlon.
Młodzieniec zawahał się.
- Nie widzisz, co on robi od początku, od kiedy wyruszyliśmy? - wymamrotał chłopak pod nosem, ale schylił się i schwycił swoimi silnymi ramionami zaciśnięte na przegubach Merlona ręce Derwisza.
Podciągnęli Matta, ten złapał skalną półkę i, korzystając po trosze z siły Merlona, po trosze z Leonnina, wciągnął się na górę. Nie zdążył jeszcze postawić drugiej stopy na twardym gruncie, gdy rzucił się na młodego chłopaka.
- Chciałeś mojej śmierci! - wykrzyknął, napadając na Leonnina jak rozwścieczone zwierzę.
To go zgubiło. Wpierw obsunęła mu się noga, a potem cały blok skalny, na którym stał. Mężczyzna runął wraz z kamieniami w przepaść ciemną i głęboką. Merlon przypadł do skały i patrzył za spadającym kompanem.
- Dobrze mu tak - fuknął Leonnin.
Po policzkach Wolfonena płynęły łzy.
- Co ja powiem jego synowi - jęknął Merlon. - Chodzi z moim Johnem do klasy... - spojrzał na Leonnina, który był wyraźnie niezadowolony z rozpaczy towarzysza.
- Co cię opętało? - spytał chłopca spokojnie.
- Co mnie opętało? Ja się dziwię, że ciebie nic nie opętało po tak długim czasie spędzonym z tym okropnym człowiekiem. Czy ty tego nie widzisz? Czy udajesz? To podły, straszny, bezduszny typ. I on by ciebie nie ratował, zapewniam cię. Palcem by nie kiwnął. Gdyby przeżył, pozbyłby się nas. Jakby tylko po to wyruszył. Dlaczego on z nami poszedł?
- To tylko twoje przypuszczenia. W istocie nic nam nie zrobił - odparł Merlon. - Faktem jest, że był łapczywy, ale tylko tyle. Jestem lekarzem. Moim zadaniem jest ratowanie ludzi, a nie spuszczanie ich w ciemną otchłań, niezależnie od tego, jak ich oceniam. Ty jesteś młody i porywczy. Uspokój się. Jesteś mi potrzebny. Mogę sam nie dać rady wrócić do Hellonii. Wiem, że mierził cię Derwisz, ale człowiek powinien być przede wszystkim spokojny, a ty reagujesz nerwowo. Wtedy popełniasz błędy. Nieodwracalne. Nic nie przywróci mu życia.
- Nie dawał rady iść dalej i szykowały się duże kłopoty. Może dlatego nas oszczędził, bo zaczęliśmy być mu potrzebni. Wiedział, że bez nas nie da rady. Skręcił nogę, tylko się ukrywał - powiedział chłopak. - Ostatecznie przecież mu pomogłem. Nie moja wina, że spadł.
- Możesz oceniać to niewłaściwie - odparł doktor i wtedy usłyszał spokojny głos, który nie należał do Leonnina:
- Nie bój się. Już po wszystkim, wszystko będzie dobrze.
Obaj wędrowcy odwrócili się i zobaczyli starca, który według legendy powinien mieć z tysiąc lat. Przyodziany był w świetliste szaty, a jego biała broda ścieliła się na zabawnych butach ze sterczącymi nosami, przyozdobionymi małymi pontonikami. Wyglądał trochę jak z bajki, a trochę, tak jakby go nie było. Zdawało się, że jest przezroczysty. Bił od niego nadnaturalny blask.
- Przepraszam - wyszeptał starzec, zwracając się do Leonnina, i machnął delikatnie przed jego nosem ręką, z której posypał się gwiezdny pył.
W tej samej chwili, w miejscu, w którym stał syn aptekarza, pojawił się lodowy posąg. Było chłodno, ale mimo wszystko nie aż tak bardzo, by mógł stać tak w nieskończoność.
- Co mu zrobiłeś?! - wykrzyknął Merlon. - To po to szliśmy do ciebie?!
- Teraz ty się uspokój, strach wywołuje burzę - upomniał go starzec. - Oboje widzieliśmy to przed chwilą. Wiem, po co szliście. Dostaniesz to. Zwrócę ci też tego drugiego łobuza, który spadł. Dobre wróżki złapały go w locie, uśpiły i przyniosą tutaj. Zdążyły przed zetknięciem z ziemią, hi, hi, hi - zachichotał. - Chodź ze mną. Potem to załatwimy.
W oddali Merlon zobaczył delikatne, fioletowe, małe wróżki z cienkimi skrzydełkami, które na fioletowym, lśniącym, jedwabnym kocyku, z niebywałą łatwością i lekkością, kołysały ciężkie, brudne, śpiące ciało Matta Derwisza.
Starzec poprowadził Merlona krętymi schodami na sam szczyt góry.
- To tu - powiedział, gdy znaleźli się dokładnie na środku nieosiągalnego wierzchołka.
Nad nimi i pod nimi były chmury. Stała tam drewniana, rozklekotana chatka. Usiedli obok na ławce. Było chłodno, a widok nie należał do najlepszych. Trochę skał, a to, co dalej, przysłaniała biała piana z chmur.
Merlon zaufał temu dziwnemu człowiekowi lub temu, co z niego zostało. Biły od niego spokój i dobro. Według legendy Merlon miał do czynienia z najstarszym i najpotężniejszym z ludzi. Powierzchowność starca tego nie potwierdzała, gdyż sprawiał wrażenie sympatycznego, ale był tak przezroczysty, że mógłby go rozdmuchnąć lekki powiew wiatru. Nie wyglądał na najpotężniejszego czarownika we wszechświecie.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu i patrzyli na kłębiące się w dole chmury jak w spienioną morską toń.
- Znalazłeś mnie. W końcu. Widzisz, co starość robi z człowieka? Znikam... powoli. Czekałem na ciebie i myślałem, że już nie zdążysz - rzekł w końcu starzec.
- Na mnie? - spytał przytomnie Merlon.
- Tak. Nazywam się Hugo. Hugo Schultz. Żyję już tak długo, że sam już nie wiem, ile dokładnie. Widzę, że jesteś zaskoczony moim wyglądem, ale jak inaczej można wyglądać po tylu tysiącach lat? Jak mgła i światło, i nic więcej. Kiedyś będę już tylko powietrzem. Nadszedł mój czas. Wkrótce wybije moja godzina - przedstawiła się mglista postać.
- Schultz? Tak jak ten księgarz z naprzeciwka. Lubię do niego wpadać.
- Tak, z tych Schultzów. Szybko myślisz. Stary Frantz to mój pra... pra... pra... pra... i sam nie wiem, ile jeszcze tych pra... wnuk. Jestem już tak stary, że chciałbym odejść, ale ciągle się boję, że nikt nie zostanie na straży. Oddam ci twoich towarzyszy. Dam ci lek, po który przyszedłeś... Jesteś niespokojny.
- Przepraszam - skruszył się Merlon, bo zrozumiał, że stary czuje jego rozbiegane myśli.
- Znam twojego ojca. Znałem twojego dziadka i wszystkich twoich pradziadków.
- Czy możesz mi zatem powiedzieć, czy należę do rodu Archetów? - niepewnie zagaił Merlon.
Starzec chwilę milczał, więc Merlon też nic nie mówił, choć w jego oczach było wiele pytań.
- Archeci to jedno z bractw rycerskich, bractwo krwi. Nie są krewnymi, nie ma żadnego rodu Archetów. Istnieją połączeni przysięgą rycerze Hellonii i kilka bractw, w tym nasze, szczególne, Archeci. Chyba że historycznie, taka nazwa, kiedyś tak się mówiło. Widzę, że legendy mogły ulec zniekształceniu.
- Nie wiem, czy mam dużo czasu... - zaczął Merlon.
- Bardzo mało. Czas ucieka - powiedział starzec. - Mówiłem, nie wiedziałem, czy zdążysz. Przybyłeś w ostatniej chwili.
- A strażnicy ksiąg? Księgi? Ta legenda... czy ona jest prawdziwa?
- Zależy, co słyszałeś. Teraz to już tylko poprzekręcane i pozmieniane opowiadania, wedle uznania mówcy. Prawdziwe legendy spisane są w Pięcioksięgu. To drugi tom, Księga legend i wspomnień.
- A więc Pięcioksiąg to prawda? Mam jeden tom u siebie - przyznał Merlon - piątą księgę, Księgę przepowiedni.
- Pamiętaj, że wszystkie części Pięcioksięgu złączone w jednych rękach mają magiczną siłę, energię potężniejszą od wszystkich mocy na świecie. Ten, kto posiada pięć ksiąg, może nim rządzić. Trzeba dbać o to, by tomy nigdy nie znalazły się w jednych rękach, bo ta ogromna moc jest bardzo groźna we władaniu złego człowieka.
- A więc to prawda? Kto zatem ma te księgi? Poza tą, która jest u mnie? - spytał Merlon.
- Otóż powiem ci, że moim zdaniem księgi nie są zbyt dobrze pilnowane. Wszyscy wiedzą, że jedna jest tutaj, na szczycie Czarnej Góry, i bez niej nic się nie wydarzy, więc strażnicy podchodzą do swoich obowiązków lekceważąco. To niedobrze, bo mój tom dzisiaj wróci do Hellonii. Muszę ci go ofiarować. To pierwsza księga, Księga całkowitej mocy magicznej. Zniesiesz ją ze szczytu i przechowasz u siebie.
- Nie może tutaj zostać?
- Muszę oddać ją jej strażnikowi - odparł starzec.
- Ja jestem strażnikiem? - wyszeptał Merlon z niedowierzaniem.
- Strażnicy ksiąg to słudzy. Pamiętaj o tym. To oni mają odpowiednią moc, by je chronić. Foliały są w posiadaniu bractwa Archetów, odkąd zdobyli je, gdy toczyli wojny. W czasie konfliktów przechowywali je w swoich skarbcach, a przekonani o swojej wyższości ponad sługi nie oddali im ksiąg do ochrony. To był błąd. Tylko strażnik będzie ich strzegł najpilniej. Z tego powodu się urodził i dlatego zginie, a życie też straci, gdy księgi nie upilnuje. Spoczywa na nich prawdziwa odpowiedzialność.
- Czy czeka nas coś złego? - spytał Merlon, próbując wykorzystać dany mu czas.
- Ostatnie lata były spokojne. Jednakże powrót memezji... Sam nie wiem. Do tego księgi zbliżają się do siebie na niebezpieczną odległość. To może uruchomić pewne zdarzenia - westchnął starzec.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Pojawienie się mojego tomu w Hellonii może nie przejść bez echa. Może już pewne siły rozpoczęły swoje złowieszcze harce. Księgi magiczne ciągną do siebie. Dążą do połączenia.
- Jak to? - zdziwił się Merlon.
- Póki ta jedna była daleko od innych, były uśpione. Teraz możesz czuć, że wszystkie wydarzenia układają się tak, jakby one same chciały się połączyć. A ta może chcieć ci się wymknąć. Wszystkie mogą tego chcieć... Trzeba na nie uważać. Być może nastąpią dziwne zdarzenia i nikt nawet nie zauważy, że maczały w tym palce siły magiczne. Ale ty bądź czujny. Bo gdy zejdziesz z góry, przybliżysz księgi do siebie. Pierwszy raz od dawna wszystkie znów znajdą się blisko miejsca połączenia. Kto wie, co się zdarzy?
- Dajesz mi ten skarb, bo jestem strażnikiem?
- Już pytałeś i nie zrozumiałeś. Nie jesteś sługą. Jesteś Archetem, rycerzem Hellonii. Nie jesteś strażnikiem. Każda księga ma swojego opiekuna i to nie ty, ale tobie ufam, więc powierzę ci mój tom. Pamiętaj, że spod twojej pieczy łatwo mu uciec. Magiczny przedmiot potrzebuje specjalnej ochrony, a ty będziesz go pilnował, póki nie odnajdziesz właściwej osoby. Wyczujesz, kiedy ten moment nadejdzie... będziesz wiedział.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, a Merlon próbował zrozumieć wszystko to, co do niego mówiono.
- Uważaj, bo los ludzi jest w twoich rękach! Nad światem mogą zapanować radość i słońce lub ciemność i zniszczenie - powiedział starzec, a w jego dłoni zjawiła się nagle wielka, stara księga, którą podał doktorowi.
- Nie wiem, co powiedzieć. Nie byłem przygotowany na taką odpowiedzialność - wydukał Melron, sięgając po opasłe tomisko - Będę miał u siebie aż dwa tomy Pięcioksięgu.
- Odpowiedzialność jest większa, niż myślisz - zapewnił Schultz - ale nie możesz odmówić. Jesteś rycerzem Hellonii i obowiązuje cię kodeks honorowy.
- Tak jest, wiem, nie odmawiam - pokornie przyznał Merlon i skłonił się starcowi. - Ale dlaczego to trudne zadanie spoczywa właśnie na mnie?
- Jest ku temu przyczyna, której na razie nie mogę ci wyjawić. Ukryj dobrze tę księgę. Ten, kto połączy wszystkie tomy, zdobędzie całą wiedzę i stanie się panem świata, a w złych rękach ten dar uczyni największe spustoszenie. Oddaję ci moją różdżkę - najsilniejszą z silnych - lustro, berło, koronę, miecz i wraz z tym tomem związuję nićmi nieistnienia.
Wtem, nie wiadomo skąd, nadleciały złote nici i oplotły magiczne przedmioty, po czym wraz z nimi zniknęły.
- A co będzie z tobą? - spytał Wolfonen.
- Nie mam już siły dalej istnieć, bo czuję jak się rozpływam, znikam - wyjaśnił Hugo. - Nie martw się. Moje podarki dotrą wraz z tobą do Hellonii, tam znów je zobaczysz. Twoi towarzysze nie dostrzegą ich w trakcie drogi, a tobie nie będzie ciężko, póki nie dotrzesz do domu. Daję ci najsilniejszą różdżkę, z jaką świat miał do czynienia.
- Tylko czy będę umiał jej użyć?
- Magia zna swoje miejsce.
- A memezja? O tym zapomniałeś. Z tym do ciebie przybyłem.
- Na memezję nie ma lekarstwa. Choroby tej nie wyleczysz cudownym eliksirem ani żadną miksturą. To przecież klątwa. Ostatnie, co zrobię, to dam ci moc leczenia memezji, to mój dar dla ciebie. Dam ci również moje wróżki, bo tu nie mają już co robić. Im też dam moc leczenia memezji, bo może ty jeden nie wystarczysz. Pamiętaj! Alina, Olena i Iliana, bo tak się nazywają, wspólnie mają ogromną moc i możesz z niej korzystać. Podarki ukryjesz, wkładając im je w ręce, a koronę na głowę.
W trakcie wypowiadania tych słów, a mówił coraz szybciej i coraz bardziej chaotycznie, jakby czas faktycznie go gonił, zobaczyli tęczowy, mglisty zaprzęg zbliżający się w ich stronę. Gdy podjechał i konie stanęły, Merlon wszystko zrozumiał. Starzec wstał i udał się do powozu. Jego sylwetka ginęła w tęczowej mgle.
- Wszystko pojmiesz, nie potrzebujesz wskazówek - wyszeptała mglista postać, a echo rozniosło te słowa na cztery strony świata.
Wokół wzgórza zebrały się tysiące nimf, które cichutko śpiewały żałobną melodię. Pojazd ruszył w drogę powrotną, a nimfy sunęły za nim. Nagle wszystko zniknęło: zaprzęg, nimfy i ta melodia. W ten sposób odszedł ostatni znany Merlonowi czarodziej. Teraz on został nim w zastępstwie, choć nie był pewien, czy tego chciał.
I wtedy Merlon zasnął lub się obudził, sam już nie wiedział. Jakaś część rzeczywistości mu umknęła - tego był pewien. Gdy poczuł się orzeźwiony i rozejrzał się wokół, zobaczył, że siedzą we trzech na szczycie góry: Merlon Wolfonen, Matt Derwisz i Leonnin Bracht.
Wszyscy byli zdrowi, a niektórzy pewni, że na szczycie Czarnej Góry nie ma żadnego starca, bo zarówno Matt, jak i Leonnin niewiele pamiętali z poprzednich zdarzeń. Leonninowi wydawało się, że słyszał jakiś głos i widział przez chwilę starca, ale nikt tego nie potwierdził, więc nie chciał wyjść na zbyt łatwo ulegającego imaginacjom. Tym bardziej że przecież widział na własne oczy upadek Matta ze skalnej półki. Pomyślał, że najwidoczniej zmęczenie zlewało dzień z dniem i zacierało wspomnienia.
Wędrowcy śmiali się więc i cieszyli, bo jedno było prawdą: udało im się zdobyć szczyt, na którym dotąd nie stanęła jeszcze ludzka stopa. Czekała ich droga powrotna, ale wiedzieli, że zejście będzie o wiele łatwiejsze niż wspinaczka, więc mogli tylko cieszyć się, że niedługo spotkają bliskich. Do tego noga Matta szybko się zagoiła i przestał na nią utykać.
Zobaczyłem tę historię i zrozumiałem jak istotna rola przypadła mi w udziale. Bo czymże mogła być Księga czarów ze strychu, której stary Schultz nakazał mi pilnować z poświęceniem życia, jak nie czwartą księgą Pięcioksięgu? Też jej strzegłem. Czy byłem strażnikiem?
przygotowania
Majak zrodził wiele pytań. Po odpowiedzi sięgnąłem do książek. W głównej sali naszej księgarni odkryłem pewną oddaloną półkę. Kilka z lektur, które się na niej znajdywały, wspominało o tajemnicach, którymi dotąd mało się zajmowałem, traktując je raczej jak baśnie, zupełnie bez wiary.
Tymczasem w Hellonii nastał wieczór. John i jego mama spędzali go w domu. Byli w wielkiej jadalni. Stał w niej masywny drewniany stół, który mógłby zmieścić z pięćdziesiąt osób. Sklepienie sufitu było tak wysokie, że trudno było dosięgnąć go wzrokiem. Domownicy właśnie zjedli kolację. Merlona nie było.
Wokół wesoło podskakiwały dwa psy. Ich usposobienie zdawało się miłe i radosne. Arti miał czarne plamy o bardzo regularnym kształcie. Smukłe, małe ciało Loni pokryte było biało-brązowymi nieregularnymi plamami, w tym wokół oczu. Pies wyglądał - żeby nikogo nie urazić - jak mała krowa, wesoło merdająca ogonem.
Psy nie odstępowały Johna na krok. Zawsze, zgodnie z wytycznymi panny Pomperlon, oczekiwały na niego pod szkołą, podczas gdy inne zwierzęta udawały się na wygodniejszy odpoczynek do własnych domów lub stodoły, którą dyrektorka specjalnie dla nich zbudowała obok. Niech nikogo nazwa nie zmyli - był to iście królewski budynek, w którym panował całkowity zakaz kłótni i sporów. Nawet węże umiały się tam zachować, choć nikt nie lubił ich spotykać.
Psy Johna nie korzystały ze schronienia. Lonia bała się, że John wyjdzie ze szkoły wcześniej i gdyby wtedy odpoczywali w domu lub w stodole, mogliby przegapić ten ważny moment i nie poszliby z chłopcem powłóczyć się po lekcjach, dlatego też zwykle nakazywała Artiemu, by stał i czekał w bramie, podczas gdy ona wylegiwała się w trawie nieopodal.
- Mamo, chłopaki w szkole zastanawiali się dzisiaj, po co nam taki duży dom. Jest naprawdę ogromny - zagaił John.
- Ja też czasami się nad tym zastanawiam - przyznała Alicja i roześmiała się wesoło.
- A tak naprawdę? Wiesz, skąd go mamy? Kupiliście go?
- Nie. Żyjemy tu od pokoleń.
Po kolacji posprzątali i przeszli do wypisywania zaproszeń na urodziny chłopca. Miały się odbyć za dwa tygodnie i był to ostatni moment, by je rozdać.
- Bo od kiedy zaczęli mówić o moich urodzinach, to opowiadają też przedziwne historie o naszym domu. Słyszeli je od rodziców. Ja też je przecież znam. I wszyscy chcieliby zobaczyć nasz dom w środku - relacjonował John. - Myślę, że oni nie chcą przyjść do mnie na urodziny, tylko do naszego domu. Ich mamy też by chętnie przyszły.
- Dlatego zapraszamy całą klasę, żeby nikt nie miał do ciebie pretensji, że został pominięty. Bez mam, to podkreślaj!
- Może mogłem zaprosić tylko tych, których najbardziej lubię, na przykład Pusza i Mię, a nie wszystkich? Teraz już nie wiem.
- Możesz jeszcze zmienić zdanie. Wtedy nie rozdamy zaproszeń i zrobimy małe urodziny. Ale może się zdarzyć, że gdy się spotkacie w większym gronie i lepiej poznacie, to polubisz kogoś jeszcze innego, kogo dotychczas nie dostrzegałeś.
- No nie wiem... Chcę mieć wielkie urodziny!
- To się zdecyduj - poleciła mama. - Mnie się wydaje, że jeśli ktoś cię nie lubi, to nie przyjdzie. Mamy dużo miejsca. Możemy ugościć każdego. Wszystko jest naszykowane, ale jeszcze jest czas, żeby się wycofać z zapraszania gości.
- Oni wszyscy przyjdą z ciekawości, żeby zobaczyć nasz dom - jęknął John. - I dlatego, że wszyscy inni idą.
- To i dobrze, będziesz miał wielu gości. Pamiętaj, że człowiek poznaje w życiu wiele osób, ale tylko nieliczni stają się jego przyjaciółmi. Na to miano trzeba sobie solidnie zasłużyć. Dobrze jest przebywać wśród ludzi, więc to nic złego, że zaprosiłeś wszystkich kolegów. Ale najlepiej by było, żebyś wśród nich potrafił wskazać choć jedną osobę, którą możesz nazwać przyjacielem. Jeśli znajdziesz ich więcej, będziesz szczęśliwym dzieckiem - skwitowała mama.
- Wy z tatą często wspominacie, że mieliście wielu przyjaciół, ale ja nigdy ich nie poznałem. Co to za przyjaźń? Gdzie oni są? - zarzucił John swojej mamie.
- Prawdziwa przyjaźń jest wieczna. Ona drzemie w sercach. Potrafi przeczekać długie lata, by o sobie przypomnieć i któregoś dnia na nowo się zbudzić.
John wypisywał nazwiska na kartkach. Mama popatrzyła na chłopca ze smutkiem i dodała:
- Pewnie lepiej będzie, jeśli to ja ci opowiem, co ludzie mówią o naszym domu, niż gdybyś miał się dowiedzieć od kogoś obcego - stwierdziła. - Opowiadają sobie w mieście pewną historię, jakby była prawdziwa, bo podobno znajdowała się kiedyś w podręcznikach historii.
***
Opowieść pochodzi z prastarych czasów. W Hellonii panował wtedy król Orez I. Król zorganizował loterię. Gra powtarzała się co tydzień i polegała na tym, że trzeba było odgadnąć liczbę, którą poprzedniego dnia władca wypisał złotym piórem w złotej księdze. Za wykupienie losu trzeba było zapłacić sztukę złota. Giermkowie odczytywali liczby wrzucane przez poddanych do złotej urny wystawionej w królewskim pałacu. Rzadko kto zgadywał szczęśliwą liczbę. Tysiące osób podejrzanych o oszustwo ścięto gilotyną. Ale czasami ktoś wygrywał, co zachęcało do dalszych prób.
Dwóch najlepszych rycerzy króla - jeden ze sławnego bractwa Turytów, a drugi Archetów - postanowiło, że będą grać regularnie, ale żeby nie stracić zbyt wiele złota, postanowili grać razem. Umówili się, że w jednym tygodniu jeden z nich złoży do królewskiej kasy sztukę złota i wrzuci do urny wspólny los, a w drugim tygodniu zrobi to drugi. W przypadku wygranej podzielą się otrzymanym złotem na pół, a było go tak dużo, że starczyłoby na czterech.
Pewnego dnia Turyt wytypował liczby, a one zgodziły się z tymi w królewskiej księdze. Ale szczęśliwiec nie powiedział o tym Archetowi, a gdy doszło do wypłaty złota z królewskiej kasy, ukrył to przed wspólnikiem. Wziął sobie wygraną i to przemilczał. Tym samym próbowali dalej, bo, jak się umówili, grać mieli do pierwszej wygranej.
Po jakimś czasie okazało się, że obaj rycerze starają się o rękę pięknej księżniczki Redy. Chciwy kompan z rodu Turytów, który wygrał i zatrzymał dla siebie złoto, pochwalił się swoim bogactwem przed rodziną panny. Przyznał się do wygranej w loterii, by poszczycić się większym niż inni majątkiem i zwiększyć swoje szanse. O wyborze panny w owych czasach decydowały konkretne sumy, dlatego też nie zdziwiło nikogo, że jego majętność przesądziła o przeznaczeniu młodego Turyta na męża damy z królewskiego rodu. Zaloty Archeta zostały odrzucone.
Wieść szybko się niesie. Tym sposobem Archet dowiedział się o złocie kompana i wywnioskował, że został oszukany. Upewnił się co do swoich przypuszczeń w pobliskiej karczmie u Plotki, starej kobiety, która znała wszystkie historie - prawdziwe i wymyślone - które gdziekolwiek opowiadano, i za ciężką monetę chętnie się nimi dzieliła. Rycerz postanowił się zemścić. Udając ciągle oddanego przyjaciela, podstępem, korzystając z przyjaznej gościny w posiadłości Turyta, upił kompana i jego dworzan, a potem z pomocą wynajętych drabów skradł mu całe złoto. Okradziony zwrócił się do króla po pomoc, a ten nakazał szukać winowajcy w całym królestwie. Nie znaleziono go jednak. Nikt nie podejrzewał bowiem, że sprawcą tego występku mógłby być przyjaciel pana młodego. Jego domu nigdy nie zrewidowano.
Biorąc pod uwagę, że kradzież dotknęła jednego z najlepszych królewskich wojowników, władca postanowił zrekompensować rycerzowi szkodę w złocie i diamentach. Kazał wypłacić mu tyle sztuk złota, ile skradziono. Chciwy Turyt odzyskał więc cały majątek.
Lecz to nie starczyło. Zły człowiek łaknął zemsty. Udał się więc do karczmy i za dwie złote monety dowiedział się od Plotki, kto dopytywał o niego i jego dobra. Gdy usłyszał nazwisko Archeta, wpadł we wściekłość. Zapowiedział wojnę.
John słuchał z zapartym tchem. Bajka była ładna, ale co ona miała wspólnego z nim, mamą, tatą, a w szczególności z ich domem?
- Ta historia ma swój straszny koniec, lecz nie czas na nią teraz - powiedziała mama.
- Ale co było dalej? Musisz mi powiedzieć - nalegał chłopiec.
Mama zerknęła na zegar ustawiony daleko w kącie komnaty, zmrużyła oczy i pomyślała, że jest bardzo późno, a potem rzuciła okiem na wpatrzonego w nią syna.
- Błagam, powiedz - zachęcał John.
- Dobrze. To słuchaj. Otóż odtąd rycerze pozostali skłóceni. Turyt poprzysiągł zemstę. Zakupili ogromne posiadłości daleko od siebie, a miasto podzielili zgodnie ze swoimi wpływami na pół. Znajdujemy się w jednej z tych posiadłości. Ten dom należał do mojej rodziny. To dziedzictwo Archetów. Z tego, co wiem, mieszkamy tu od pokoleń. Ja się tu wychowałam, mój ojciec i ojciec mojego ojca, czyli twój pradziadek, i wiele przeszłych pokoleń. Możesz im pomachać, gdy idziesz korytarzem. Każdy jest uwieczniony na jakimś portrecie.
- Czyli jeden z tych rycerzy był twoim przodkiem? Ten dobry czy ten zły?
- Na to wygląda. Tylko żaden z nich nie był do końca dobry. Jeden oszukał przyjaciela i przywłaszczył całe złoto, a ten drugi je ukradł. Może tego drugiego da się jakoś wytłumaczyć, ale żaden z występków nie przystoi takim panom. Byli przecież rycerzami i obowiązywał ich rycerski kodeks honorowy.
- Więc gdzie jest dom Turytów?
- Pewnie to jeden z okazalszych domów w okolicy, ale sama nie wiem, który to dokładnie.
- No tak, jestem więc potomkiem złego człowieka - podsumował John. - Mamo, a próbowałaś kiedyś obejść cały nasz dom?
- Tak. Gdy byliśmy jeszcze dziećmi, ja i twój tata biegaliśmy po nim i bawiliśmy się, w co się dało. Myślę, że znałam każdy zakamarek. Teraz zna go już chyba tylko Martha, Zaharda, Aghata, służba i może jacyś nasi przyjaciele z dzieciństwa...
- Czyli kto? Z kim się przyjaźniliście?
- Rozpierzchli się trochę, na przykład... Nie wiem, czy kogoś znasz... - Mama zamilkła.
- Właśnie! Nigdy ani o nich nie opowiadacie, ani do nas nie przychodzą.
- Oj, bo jakoś tak to się wszystko rozlazło... Każdy zajął się swoimi sprawami, dziećmi i przeszłość została gdzieś za nami - wytłumaczyła mama.
John uznał, że brzmiało to logicznie.
- Wiesz, ja przez te wszystkie opowieści trochę się go boję, naszego domu - wyznał John. - Jak zapuszczę się gdzieś za daleko, w szczególności do prawego skrzydła, zawsze zawracam, bo coś mnie straszy.
- Lęk zawsze towarzyszy małym dzieciom. Gdy byłam mała, też się trochę bałam, przekraczając kolejne i kolejne drzwi. Pamiętam, że niejednokrotnie stawałam przed nimi, popychałam je i chwilę czekałam, nim weszłam dalej. Zapewniam cię, że po przekroczeniu progu pokoju nigdy nic złego mi się nie przydarzyło. To wyobraźnia podsuwa nam różne pomysły. Nie znasz wszystkich pokoi, więc się boisz. Musisz po prostu oswoić ten strach, a stanie się twoim sprzymierzeńcem.
- A ty lubisz nasz dom?
- To dobry dom. Nie licząc dziadka, jesteśmy tu teraz tylko we dwoje. Pamiętam czasy, kiedy ten dom tętnił życiem. Moja rodzina była bardzo liczna, więc mieszkało tu mnóstwo osób. Miałam trzech braci i trzy siostry. Żyli tu też rodzice i babcia. Zawsze ganiało tu pełno dzieci z sąsiedztwa. W tym i twój tata. - Mama uśmiechnęła się na to wspomnienie. Ciągle bardzo ładnie wyglądała. - I psy. Naprawdę było tu czasami bardzo głośno. Wtedy moja babcia stawała przy balustradzie, tam na górze. - Mama wskazała palcem na górną balustradę, a ja od razu zobaczyłem tam cień jakiejś starej kobiety, majaczący w półmroku. - Mówiła: "Drogie dzieci, czy ja mogę prosić o ciszę? Jestem już stara. Nie na moje uszy te wasze wrzaski". Na te słowa milkliśmy, ale nie na długo.
Mama znów się uśmiechnęła do swoich wspomnień. Chyba bardzo lubiła tamte czasy.
- Zawsze mi się przypominają te dni - kontynuowała - gdy patrzę, jak biegacie tutaj z Mią Mao. Chciałabym, żeby ten dom znów nabrał blasku.
- Ja i tak mam wrażenie, że tętni życiem - powiedział John. - W dzień kręci się tu mnóstwo ludzi, zwierząt i ilijów.
Na te słowa dwa małe stworzenia poderwały się ze stołu i usiadły mu na ramieniu.
- Uwierz mi, że nie jest tu tak jak dawniej - podsumowała z nostalgią mama.