4
Rae
W poniedziałkowy poranek niebo nadal było szare i padał deszcz. Wyruszyłam na uczelnię, osłaniając się czarnym parasolem, z każdym krokiem rozbryzgując wodę w kałużach, których było pełno na moim wąskim podjeździe wiodącym do głównej drogi. Gdy dotarłam do skrzynek pocztowych, zauważyłam panią Kathy, odbierała właśnie listy. Prawie czternaście lat temu, gdy była moją wychowawczynią w pierwszej klasie, jej jasne włosy były poprzetykane siwymi pasemkami - teraz stały się całkiem srebrne.
- Dzień dobry, pani Kathy! - Pomachałam do niej wesoło spod parasola. Kobieta zmrużyła oczy ukryte za wielkimi okularami w rogowej oprawie, zamrugała gwałtownie, po czym szybko odeszła w stronę własnego podjazdu.
Cholera. No tak.
Droga na kampus zajmowała zaledwie piętnaście minut, ale było tak zimno, że wydawała mi się o wiele dłuższa. Wreszcie zza drzew zaczęły się wyłaniać gotyckie szczyty i wysokie okna Uniwersytetu w Abelaum. Pokryte wijącym się dzikim winem i kępkami mchu kamienne mury kojarzyły się raczej z jakimś podupadającym miejscem niż tętniącą życiem, pełną zaopatrzonych w iPhone'y i kawę ze Starbucksa studentów. Zdecydowanie nikt się tu nie przejmował noszeniem parasola - najwyraźniej mżawka nie przeszkadzała nikomu oprócz mnie. Wszyscy mieli na sobie peleryny z niedbale zarzuconym na głowę kapturem.
W południowej Kalifornii nie było potrzeby posiadania peleryny - w mojej szafie nie wisiała ani jedna. W najbliższym czasie będę musiała wybrać się na zakupy, jeśli nie chcę zwracać na siebie uwagi.
Powoli przemierzałam szerokie kamienne korytarze w poszukiwaniu sali, w której miały się odbyć moje pierwsze zajęcia. Mrużąc oczy, przyglądałam się drobnym, złotym numerkom przymocowanym obok każdych drzwi z ciemnego drewna. Deszcz się wzmógł, po szybach wąskich okien znajdujących się z jednej strony korytarza płynęły teraz niespieszne strużki wody. Widok zasłaniały osiki i świerki, jednak zza ich liści i igieł wyglądały wysokie, ostro zakończone wieżyczki uniwersyteckich budynków. Co kilka kroków ogarniała mnie prawie nieodparta pokusa, żeby wyjąć z torebki aparat, więc kiedy udało mi się dotrzeć do właściwej sali, na dodatek punktualnie, byłam z siebie niezwykle dumna.
Zajęcia wyglądały dokładnie tak jak zawsze pierwszego dnia roku akademickiego - wykładowcy opowiadali, czym się będziemy zajmować. Ale jedna rzecz była nietypowa, obydwaj profesorowie od porannych zajęć odnieśli się do "tragicznej śmierci studenta". Zapewnili nas, że jesteśmy bezpieczni, że podjęto dodatkowe środki ostrożności, a lokalna policja "robi, co może". Nie rozumiałam, o co chodzi, dopóki nie skonsultowałam się z wujkiem Google.
Ciało studenta znalezione na terenie kampusu: śledztwo w toku.
Tuż przed rozpoczęciem semestru w jednym z budynków uniwersytetu odnaleziono ciało brutalnie zamordowanego studenta. Historie prawdziwych zbrodni niesamowicie mnie kręciły, więc próbowałam dowiedzieć się więcej, ale nie znalazłam wiele. Brak podejrzanych. Brak tropów. Lokalna policja nie wydała oświadczenia. Byłam szczerze zdumiona, że w takim spokojnym miasteczku miało miejsce morderstwo, a prasa praktycznie milczała na ten temat. Zero plotek, zero spekulacji.
Poranna mgła nadal okrywała kampus, sączyła się między stare budynki i oblepiała swoją wilgocią kamienne mury, nadając im ciemniejszy odcień szarości. Pokryte mchem korzenie drzew iglastych powoli pochłaniała mokra, biała mgła, przesuwająca się jak fala przypływu. Jednak pomimo niesprzyjającej pogody organizacje studenckie oraz liczne kluby zadbały, aby na dziedzińcu pojawiły się stoiska, na których witano nowych studentów. Podekscytowanie towarzyszące rozpoczęciu nowego semestru dziwnie nie pasowało do otulającej kampus wilgotnej mgły; całkiem jakby natura robiła wszystko, żeby uciszyć głośnych studentów.
Miałam trochę czasu przed kolejnymi zajęciami, więc postanowiłam już dłużej ze sobą nie walczyć i wyciągnęłam aparat. W moim obiektywie dosłownie wszystko - od dzwonnicy nad biblioteką aż po otaczający żywopłot niski, krzywy kamienny murek - prezentowało się rewelacyjnie. Wilgoć, zieleń, gotycka atmosfera tego miejsca - miałam wrażenie, że znalazłam się w jednej z baśni braci Grimm, że wróciłam do baśniowego królestwa mojego dzieciństwa.
Jednak do tego królestwa zakradła się śmierć i zaanonsowała swoją obecność jaskrawą żółcią policyjnej taśmy ostrzegawczej, zakazującej wstępu do jednego z położonych w północno-zachodniej części kampusu budynków.
Podeszłam bliżej. Nad starannie zamkniętymi dwuskrzydłowymi drzwiami przymocowane były przeżarte rdzą litery układające się w napis CALGARY, po którym następowałas litera H, a dalej, zdecydowanie za daleko, L. Drzewa przysunęły się tak blisko budynku, że ich konary wydawały się owijać wokół jego stromego dachu, jakby próbowały go zamknąć w żywym kokonie.
Kojarzyłam tę nazwę z artykułów, które czytałam dziś rano - to właśnie tu zostało odnalezione ciało studenta. Cyknęłam jeszcze jedno zdjęcie, próbując uchwycić kontrast między jaskrawą plastikową taśmą a starym, kruszącym się kamieniem. Widok, choć posępny i budzący grozę, był piękny.
Zgubiłaś się, do cholery, czy jak?
Myślcie, co chcecie, ale stoję na stanowisku, że nieprzyjemne głosy są seksowne - a głos, który właśnie odezwał się za moimi plecami, był tak nieprzyjemny, jak to tylko możliwe. Odwróciłam się i zobaczyłam stojącego u podnóża wiodących do budynku Calgary schodów mężczyznę z groźnie skrzyżowanymi na piersi rękami; spojrzenie jego jasnozielonych oczu prześlizgiwało się po mnie. Nie mógł być starszy ode mnie o więcej niż kilka lat, był ubrany cały na czarno, w obcisłą sportową koszulkę z długimi rękawami, bojówki oraz ciężkie wojskowe buty.
Cholera. Dokładnie mój typ. Dupek, ale za to tak przystojny, że to powinno być zabronione.
- Nie zgubiłam się - wyjaśniłam, przylepiając do twarzy mój najlepszy proszę-się-kurwa-odwalić uśmiech. - Ciężko nie zauważyć tej jaskrawożółtej taśmy odgradzającej miejsce przestępstwa.
Odwzajemnił uśmiech, jednak podczas gdy mój był po prostu złośliwy, jego był z rodzaju tych, które obawiamy się zobaczyć za oknem w ciemną noc, z kłami tak ostrymi, jakby mógł nimi rozszarpać cię żywcem.
- A, to cieszę się, że jej nie przeoczyłaś. W takim razie zakładam, że nie potrafisz czytać, skoro postanowiłaś się tu kręcić.
Musiałam użyć całej siły woli, żeby nie przebierać nogami. W jego twarzy było coś dziwnego. Wysokie kości policzkowe mogłyby przeciąć dziewczynę jak brzytwa, jeśli wcześniej nie zrobiłoby tego przeszywające spojrzenie jego zielonych oczu. Pełne usta nadawały mu chłopięcy, niemal niewinny wygląd - ale ta niewinność nie sięgała jego oczu. Były głęboko osadzone pod grubymi brwiami w kolorze miodu, dokładnie w tym samym odcieniu, co włosy, wygolone do linii uszu, za to na czubku głowy długie i rozczochrane.
Był wręcz nieprzyzwoicie atrakcyjny. Żołądek już miałam ściśnięty i właśnie dlatego kolejne słowa powiedziałam ostrzejszym tonem, niż chciałam:
- Przecież na taśmie jest napis "Uwaga!", a nie "Nie podchodzić". Nie widzę znaku zabraniającego mi tutaj być.
Jego uśmiech zgasł. Po prostu rozpłynął się tak, jak zwisające zimą z dachu sople lodu topnieją, gdy na chwilę wyjdzie słońce. Wspiął się w moją stronę po schodach, a ja skrzyżowałam ramiona na piersi. Szybko pożałowałam, że zwyczajnie stąd nie odeszłam, bo zauważyłam, że na koszulce ma naszywkę "Agencja Ochrony PNW".
Cholera. Wdałam się w pyskówkę z ochroniarzem.
Był o wiele wyższy ode mnie. Musiał się pochylić, żeby spojrzeć mi w twarz.
- Jak się nazywasz? - Głos miał cichy, słowa groźnie owijały się wokół mojej szyi tak, jak mogłyby to zrobić jego wielkie ręce. Nerwowo przygryzłam dolną wargę i poprawiłam kciukiem okulary.
- Alex - powiedziałam. Może zamierzał zgłosić mój wybryk, a mowy nie ma, żebym zaliczyła negatywny wpis w aktach pierwszego dnia na uniwersytecie. Jednak on tylko potrząsnął głową, obdarzając mnie niespiesznym, uważnym spojrzeniem.
- To nie jest twoje imię.
Odniosłam wrażenie, że niewidzialne palce na mojej szyi się zacisnęły. Miałam ochotę podnieść rękę i sprawdzić, czy na pewno nic tam nie ma, ale powstrzymałam się. Właściwie to z czym ten facet ma problem? Może gdybym od początku mu się nie stawiała, nie byłby tak wkurzony, no, ale na to już było trochę za późno.
Stałam, dotykając plecami zamkniętych drzwi budynku Calgary, a mężczyzna zagradzał mi dostęp do prowadzących w dół schodów. Wahałam się, co odpowiedzieć, a on tymczasem wyprostował się i oparł jedną rękę o drzwi nad moją głową. Teraz do niewidzialnej dłoni ściskającej mnie za gardło doszedł but depczący moją czaszkę, wciskający mnie w beton oraz niezrozumiałe groźby szeptane wprost do mojego ucha...
- Jestem Raelynn - wymamrotałam pospiesznie. Przytłaczające uczucie natychmiast zniknęło. Co, u licha...? Czy mam niski poziom cukru we krwi, czy też ten typek naprawdę jest aż tak przerażający? Odrobinę mocniej przycisnęłam do siebie torebkę z książkami. - Jeżeli masz się z tego powodu zachowywać jak palant, to lepiej już sobie pójdę.
Głośno prychnął, co mogło być równie dobrze wyrazem rozbawienia, co pogardy. Nie potrafiłam rozszyfrować kamiennego wyrazu jego twarzy, ale wpatrywał się we mnie tak intensywnie, że poczułam się niekomfortowo. Odepchnął się od ściany i odsunął w bok, robiąc mi miejsce, z czego natychmiast skorzystałam i pospiesznie odeszłam.
- Uważaj, gdzie się włóczysz, dziewczyno - powiedział, nie używając mojego imienia, choć przecież je ze mnie wyciągnął. - Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
Właściwie to nawet chciałam się dowiedzieć, jakie "piekło" miał na myśli, ponieważ w towarzystwie mężczyzny obdarzonego taką urodą nawet piekło mogło się okazać interesującym miejscem. Było mi wstyd, że wystarczyła para jasnych oczu i głęboki głos, żeby moje postanowienie, że unikam dupków, rozpłynęło się w powietrzu.
Zdecydowanym krokiem oddaliłam się od budynku i weszłam na trawnik, czując wbite w tył czaszki spojrzenie tych jasnozielonych oczu. Odrzuciłam do tyłu włosy, żeby dodać sobie pewności siebie i żeby nie zauważył, jak bardzo mnie rozbiła nasza krótka wymiana zdań. Jednak stało się coś dziwnego. Miałam wrażenie, że wokół kostki owija mi się sznurek, który następnie podsuwa się coraz wyżej i wyżej, zaciska się coraz bardziej i bardziej.
Czyżby to moja toksyczna relacja z grawitacją? Tak, grawitacja nie przepuści okazji, żeby mi dokopać...!
Potknęłam się o własne stopy, a w tym samym momencie moja stara, pokryta przypinkami torebka wreszcie odmówiła posłuszeństwa. Wystrzępiony pasek przerwał się i torba się otworzyła. Podręczniki wypadły na wilgotną murawę, kartki z notatkami zaczęły pływać po kałużach, a z kubka z mrożoną kawą na wynos, który lekkomyślnie upchnęłam w rogu torebki, odleciała nakładka i jego zawartość chlusnęła mi prosto na buty.
Potrzebowałam chwili, żeby ochłonąć, po czym uklękłam i zaczęłam zbierać swoje rzeczy. Czułam na sobie wzrok mijających mnie studentów - z jednej strony było im mnie żal i chcieli pomóc, ale z drugiej czuli się niezręcznie, więc w rezultacie tylko przyspieszali kroku. Z płonącymi policzkami zerknęłam przez ramię tylko po to, żeby przekonać się, że ochroniarz nadal bacznie mnie obserwuje.
Spoglądał na moje przemoczone rzeczy z krzywym uśmieszkiem, jakby chciał powiedzieć: "A nie mówiłem?". Ten uśmiech może nawet i byłby czarujący, gdyby facet nie był takim palantem.
Zresztą, kogo ja próbowałam oszukać? Tak czy siak, jego uśmiech był czarujący, a moje zdradzieckie ciało drżało tylko dlatego, że się na mnie gapił.
- Ojej, Rae, co się stało?
Podniosłam wzrok, nadal próbując upchnąć jakąś książkę w torebce. Inaya biegła w moją stronę przez trawnik, a jej słonecznie żółta peleryna kontrastowała z ponurą aurą. Mruknęła ze współczuciem, kiedy zobaczyła, w jakim stanie jestem: skurczona w dziwnej pozie na trawie - bo niełatwo jest kucnąć w taki sposób, żeby wszyscy dookoła nie zobaczyli twoich majtek - z czarnymi legginsami mokrymi i wypaćkanymi błotem na kolanach oraz zsuwającymi się z nosa okularami.
- To musi być przekleństwo pierwszego dnia, przysięgam - powiedziała. - Po prostu wszystko musi iść nie tak. - Przykucnęła obok mnie, żeby pomóc mi pozbierać książki, a ja tymczasem zajęłam się zniszczonymi papierami. Potem pomogła mi wstać, a ja prowizorycznie związałam pasek torebki. - Od teraz to już będzie bułka z masłem, nic się nie martw.
Spojrzałam na nią z nadąsaną miną, ale nie mogłam wytrzymać i parsknęłam śmiechem, a ona serdecznie mnie przytuliła. Objęłam ją ramieniem i wspólnie ruszyłyśmy w stronę dziedzińca.
- Widzę, że już spotkałaś uroczego Leona, naszego nowego ochroniarza - powiedziała, dyskretnie zerkając przez ramię.
- O tak. Niezły z niego padalec...! - wymamrotałam ze złością, ale moje myśli zaprzątało teraz coś więcej niż niepokojąco gorący drań. Żartobliwie uderzyłam przyjaciółkę w ramię. - Dlaczego mi nie powiedziałaś, Inayo, że na kampusie ktoś został zamordowany?
Jęknęła, wywracając oczami.
- Ponieważ większość ludzi by spanikowała, słysząc coś takiego, a ja nie chciałam jeszcze bardziej utrudniać ci przeprowadzki, wariatko! - Spojrzała na mnie, potrząsając głową. - To było naprawdę przerażające. Nie słyszałam, żeby coś takiego wcześniej się tutaj zdarzyło.
Zmierzałyśmy w stronę ułożonych w kwadrat czterech kamiennych ławeczek ustawionych pod wysokimi czerwonymi olchami. Zebrała się tutaj grupka studentów i studentek, a kiedy byłyśmy już blisko, Inaya pomachała do nich podekscytowana.
- Wreszcie będę mogła przedstawić cię wszystkim! - wyszeptała radośnie, kiedy z ławeczki podniósł się znajomo wyglądający mężczyzna w szarej dwurzędowej kurtce marynarskiej i szeroko rozłożył ramiona.
- Panna Raelynn Lawson! - huknął donośnym głosem, podnosząc mnie i mocno ściskając, podczas gdy Inaya pękała ze śmiechu. - Kupa czasu! Ale urosłaś!
- No tak, hahaha, bardzo zabawne... - powiedziałam z uśmiechem, a on odstawił mnie na ziemię. Trent, narzeczony Inai, dwa lata wcześniej skończył Uniwersytet w Abelaum i - z tego, co powiedziała mi Inaya - robił teraz błyskotliwą karierę w firmie inwestycyjnej w Seattle. - To te buty. Noszę je tylko po to, żeby sięgać ci choćby do pasa.
Trent parsknął cichym śmiechem i wyciągnął szyję, żeby przywitać Inayę szybkim buziakiem w czoło. Przyjaciółka wskazała na mężczyznę i kobietę siedzących koło nas.
- Rae, poznaj Jeremiaha i Victorię Hadleigh. - Na pierwszy rzut oka było widać, że są bliźniętami. Jasnobrązowe włosy, ciemnoniebieskie oczy, blada cera i piegowate nosy. Wyglądali na takich, którzy byli popularni w szkole średniej. Victoria miała idealnie proste włosy, długie czarne paznokcie trumienki, a usta muśnięte błyszczykiem w kolorze cielistym. Z kolei jej brat wyglądał na sportowca - wysoki, muskularny, z kwadratową szczęką i uśmieszkiem na ustach, który, choć bezczelny, wcale nie był irytujący.
- Można powiedzieć, że ich tata jest właścicielem naszej szkółki, więc jeśli masz jakieś uwagi, możesz się udać prosto do nich - zdradziła Inaya, na co Victoria zareagowała przeciągłym jękiem, a Jeremiah tylko potrząsnął głową.
- Nie, nie i jeszcze raz nie - oznajmił Jeremiah. - Nie jesteśmy właścicielami uczelni.
- Właściwie to tata posiada tylko trzy budynki - uzupełniła Victoria, zaciągając się wąskim, srebrnym e-papierosem, który wyjęła z kieszeni czarnej peleryny. - A jedyny budynek, który naprawdę ma znaczenie, to Biblioteka Hadleighów. - Wskazała na znajdujący się za nią ogromny gmach, zajmujący cały wschodni bok dziedzińca. Puściła do mnie oko. - Jeżeli masz jakieś sugestie co do księgozbioru, to, owszem, możesz się nimi z nami podzielić.
- To super, dziękuję! - Natychmiast zanotowałam to w pamięci, bo posiadanie znajomych na stanowiskach w bibliotece mogło być niezwykle przydatne podczas moich śledztw. Nie wszystko mogłam znaleźć w internecie, szczególnie jeśli chodziło o bardzo stare albo rzadkie teksty. Budynek biblioteki był okolony drzewami, a wejście zwieńczał potężny łuk ozdobiony witrażem. - Ta biblioteka jest wspaniała!
- Dzięki. - Victoria wzruszyła ramionami, jakby przyjmowanie komplementów dotyczących biblioteki ojca było dla niej chlebem powszednim. - Ale nie mówmy już o nas. Powiesz coś o sobie, Miss Kalifornii? Jaki jest twój znak zodiaku, co lubisz robić, czym się zajmujesz?
- Och, no cóż, jestem spod znaku Strzelca. - Odchrząknęłam, nerwowo bawiąc się węzłem na pasku torebki. - Studiuję film i media, lubię fotografię, yyy...
- Film, powiadasz? - wtrącił się Jeremiah. - Może potrzebujesz aktorów do nowego projektu?
Zachichotałam nerwowo, ale Inaya uratowała mnie przed koniecznością odpowiadania na to pytanie, mówiąc:
- Opowiedz im o swoim kanale na YouTubie! O swoich dochodzeniach.
- Dochodzeniach? - Victoria oparła podbródek na dłoni. - Jesteś kimś w rodzaju detektywa?
Uśmiechnęłam się z przymusem, przygotowując się na to, że zaraz zaczną dziwnie na mnie patrzeć.
- Hmmm, tak jakby. Prowadzę vloga, w którym opowiadam lokalne legendy i historie z dreszczykiem... Moje śledztwa dotyczą zjawisk paranormalnych.
- Jest łowczynią duchów - wyjaśniła Inaya.
Z ulgą stwierdziłam, że Jeremiah i Victoria sprawiali wrażenie raczej zaintrygowanych niż zniechęconych.
- Serio? - Jeremiah pochylił się w moją stronę. - Udało ci się coś zarejestrować? Duchy?
- Hmmm, jak na razie tylko dziwne głosy, świetlne kule, cienie... - Wzruszyłam ramionami i usiadłam ciężko na ławce obok Inai. - Ciągle mam nadzieję, że uda mi się nagrać coś naprawdę ekstra: zjawę albo chociaż mglistą postać o ludzkim kształcie.
- Jedno jest pewne, jeśli chodzi o pierdoły nie z tej ziemi, to trafiłaś w dobre miejsce. - Victoria spojrzała na mnie zmrużonymi oczami, stukając paznokciami w e-papierosa. - Urodziłaś się w tej okolicy, prawda? Twoja rodzina pochodzi stąd?
Przytaknęłam.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej