Herakles szalejący - Eurypides

Kup ebooka

3.99 zł
3.27 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Herakles szalejący

W głębi sceny zamknięty i niezamieszkany dom Heraklesa tuż przy świątyni Zeusa-Zbawiciela. W świątyni otwartej widać na około ołtarza siedzącą rodzinę Heraklesa.

Ze świątyni wychodzi

AMFITRYON.

Któż nie zna Argejczyka, mnie, Amfitryona - Z Zeusem łoże moje dzieliła ma żona, Zaś spłodził mnie Alkaios, syn Perseuszowy, Mnie, ojca Heraklesa. Mam skłonienie głowy W tebańskiem oto mieście, tu, gdzie mężów plemię Wyrosło z siejby smoczej. Jeno że tę ziemię Nie wielu z nich posiadło: liczba tylko mała Aresa uszła rękom. Ta, co pozostała, Kadmowy wzniosła grodziec dla dziatek swych dziatek. Z nich właśnie król pochodził, co tu na ostatek Był panem, władca Kreon, syn Menoikeosa. Megary on był ojcem, a hymny w niebiosa Wznosili Kadmejczycy przy podźwiękach fletni, Gdy słynny mój Herakles wwiódł ją jak najświetniej W domostwa swego progi. Lecz syn rzucił Teby, Gdzie ja dzisiaj przebywam. Zatęsknił do gleby Ojczystej. Zostawiając małżonkę Megarę I krewnych, w cyklopijskie poszedł mury stare, Do Argos, skąd ja ongi, mord na Elektryonie Spełniwszy, uciekałem. Zapragnąwszy błonie

Rodzinne znów odzyskać, złagodzić mą dolę, Erechtejowi wielce się opłacił: rolę Uprawił ma zarosłą, bądź, że batog Hery Przymusił go do tego, bądź też los. I szczery Niejeden jeszcze mozół zniósł, aby na końcu Do Hadu zejść gardzielą Tainaru i słońcu Dziennemu trójciałego przynieść psa. Z powrotem Nie przyszedł jednak dotąd. Do dziś żyje o tem Śród ludu Kadmejczyków stara baśń, że panem Był tutaj pewien Likos, mąż Dyrki, w tem znanem Z bram siedmiu waszem mieście, zanim śród tych szlaków Królować jął Amfion i Zethos, rumaków Poskromiciele białych, obaj z Zeusa rodu. Syn jego, także Likos, przybywszy do grodu Kadmosa z niw eubojskich, zabija Kreona I tron jego zagarnia: Waśnią rozsprzężona Uległa mu ta ziemia. To krewieństwo moje Z Kreontem nie na dobre nam wychodzi: znoje Spadają, jak się widzi, na to nasze plemię, Ponieważ syn Herakles zeszedł tam pod ziemię, Więc Likos, dziś sławetny władca tej dzierżawy, Chce zbyć się jego dzieci, mordem za mord krwawy Płacący - myśli również zbyć się jego żony I mnie, jeżeli jeszcze mam być zaliczony Do żywych, ja, staruszek całkiem jaż zgrzybiały -, By kiedyś, gdy dorosną, mścić się nie zechciały Za mord, na macierzystym wykonany dziadzie. Toż ja, któremu syn mój, zanim w ciemnym Hadzie Zamieszkał, zdał opiekę nad dziećmi i strażę. Od stopni tych ołtarzy odejść się nie ważę: Wraz z matką ich tu siedzę, ażeby od skonu Krwi bronić Heraklowej, przebywam u tronu

Zeusa-Zbawiciela, w tym tu bożym domu, Co wzniósł go syn mój godny, ażeby pogromu Pamiątkę radosnego uczcić, zwyciężywszy Kraj Minyów. Przedsię żywot tutaj coraz krzywszy, Coraz to boleśniejszy prowadzić nam trzeba. Odzieży ni napoju ni kawałka chleba Godnego tu nie mamy; dom mając zamknięty, Na gołej leżę ziemi wraz z temi dziecięty I nie wiem, w jaki można ocalić się sposób. Z dawniejszych nam oddanych, przyjacielskich osób Snać jedni już przestali być przyjacielami, Zaś drudzy, choćby nawet chcieli się nad nami Zlitować, nic, acz wierni, uczynić nie mogą. Już taką to my dolą obdarzeni srogą! Nie życzę jej nikomu, tej przyjaźni próby, Jeżeli choć przez poły nie pragnie mej zguby.

Z świątyni wychodzi

MEGARA.

O starcze, ty, coś zburzył gród Tafiów, na wojnę Zastępy Kadmejczyków powiódłszy przehojne! Jak też to niczem pewnem nikt nie darzy ludzi: Widziałam szczęście ojca: wszędzie podziw budzi, Bywało, jego wielkie bogactwo! Jak hucznie Na tronie swoim siedział, dla którego włócznie Tak godzą pożądliwie w pierś szczęsnego człeka! I dzieci miał! Mnie jego oddała opieka W małżeństwo cne synowi twojemu, ród sławny Ze słynnym Heraklesem związując. Nie dawny To czas, a jak się wszystko zmieniło! Oboje Czekamy oto śmierci, ty i ja, i moje Te dzieci, które, niby jak kokosz pisklątka,

Pod skrzydła swoje tulę, ciągle niebożątka Pytają się, to jedno, to drugie: "Gdzie, mamo, Jest ojciec? Co porabia? Czy wróci?" To samo Bez końca powtarzają w swej złudzie dziecięcej, A ja wciąż je zabawiam i coraz to więcej Pocieszam, jako mogę, i patrzę w podziwie, Jak wszystkie się odrazu rzucają żarliwie Ku progom, skoro tylko zaskrzypią im wrota - Do kolan tak ojcowskich pędzi je ochota. Mów, starcze: Jest nadzieja? Masz-li wybawienia Jakową dla nas drogę? Ku tobie spojrzenia Dziś zwracam. Myśl ucieczki będzie chyba na nic, Silniejsze od nas straże czyhają u granic, A w przyjaciołach również żadnej my nadziei Pokładać nie możemy. Jeśli ci się klei Myśl jaka, wyjaw-że ją, byśmy, słabi zasię, Uniknąć mogli śmierci, nie tracąc na czasie.

AMFITRYON.

Nie łatwo, córko moja, radzić nam wypadnie, Jeżeli nie obmyślim wszystkiego dokładnie.

MEGARA.

Trzebaż ci jeszcze strapień? Życie-ć tak się śmieje?

AMFITRYON.

Rad żyję i rad żywię niepłoną nadzieję.

MEGARA.

I ja. Lecz wierzyć trudno, w co się wierzyć nie da.

AMFITRYON.

Przez samą choćby zwłokę już się zmniejsza bieda.

MEGARA.

Pośrednim ja się czasem, pełnym bolu, trwożę.

AMFITRYON.

Ze wszystkich tych utrapień wywiedzie nas może, I mnie i ciebie, córko, jakaś szczęsna ścieżka I syn mój, twój małżonek wrócić nie omieszka. Dlatego się uspokój i łzy, które rzeką Obfitą z oczu dzieci nieustannie cieką, Osuszyć racz, zmyślając choćby jakie baśnie - Zaprawdę, smutne baśnie! Ale cóż?! Toć właśnie Niedola, co świat dręczy, nieraz się przesila I wiatry niepomyślne mogą lada chwila Utracić swą gwałtowność! [I szczęścia potęga Nie bywa przecież wieczną!] Wszystko się rozsprzęga I łamie, zaś najtęższym według mego zdania Jest człowiek, co przystępu nadziei nie wzbrania I pełen jest ufności. Rozpaczają tchórze.

CHÓR STARCÓW TEBAŃSKICH.

Pod ten świątynny dach Do sędziwego starca legowiska, Przychodzim, orszak, wsparty na kosturze, Jęków żałosnych pieśniarze, Niby te siwe łabędzie. Słowa my tylko, nic więcej, Podobni marze, Co w nocnych się rodzi snach. Drżymy na ciele, lecz dusza wam bliska Jak najgoręcej Chce wam dopomódz! Ach! Biedne wy dziatki, Biedne bez ojca sieroty,

I ty, staruchu, I serce matki, Opłakującej tak męża, Co w Hadu zeszedł gmach.

*

O nie zwalniajcie nóg, By nie ustały w tej męczącej drodze! Niech każdy ciężkie kolana wytęża, Jako ów koń, co pod górę, Do twardej zaprzężon roboty, Ciągnie i ciągnie swą mękę, Ładowną furę, Śród głazem zasianych dróg. Komu znużenie dokucza zbyt srodze, Podaj mi rękę, Lub pochwyć płaszcza róg! Wspierać się wzajem, Jak w nasze te lata młode, Gdyśmy rycerzy Mężnych zwyczajem Szli w bój, by drogą ojczyznę Sławą otoczył bóg!...

*

Patrzcie, te dzieci Jakimi błyski strzelają groźnymi! Ogień ten świeci W źrenicach ojca! Nie przygasł nawet śród nieszczęść ogrojca Tych ócz olbrzymi Czar!

Jakichto, Grecyo, straciłabyś wojów, Jakich rycerzy do bojów, Gdyby ci płód ten zmarł!

PRZODOWNIK CHÓRU.

Lecz oto już się zbliża, widzę, ku świątyni Król Likos, pan tej ziemi. Cóż on im uczyni?

Jawi się

LIKOS.

Jeżeli mi jest wolno, zapytam się żony I ojca Heraklesa - a żem jest niepłony Wasz pan i król, więc wolno -: dopókiż to chcecie Przedłużać jeszcze żywot? Macie-li na świecie Nadzieję ocalenia od śmierci? Mniemacie, Że ojciec tych powróci, leżący w komnacie Hadowej, byście mogli narzekać bez miary, Że umrzeć wam kazano? Ty chełpiszu stary, Rozsiewasz mi po Grecyi niestworzone baśnie, Że Zeus z twą połowicą stworzył tego właśnie Półbożka, a ty znowu chwalisz się, że śluby Zawarłaś z najdzielniejszym z bohaterów! Duby, Smalone pleciesz duby, bo jakież to czyny Wykonał arcymężne ten twój mąż jedyny? Że gdzieś tam pono ubił jakąś wodną hydrę I lwa zatłukł w Nemei?! Zaraz ja ci wydrę Twą sławę: W sieć pochwycił ono zwierzę głupie, Aby narobić wrzasku o tym jego trupie, Że zdusił go rękami! I tem się chełpicie? I to ma być przyczyną, tak pewną niezbicie, Dla której żyć powinny dzieci Heraklesa, Człowieka, co był niczem, a który - do biesa! -

Swą sławę ufundował, mordując bydlaki? Na lewem on ramieniu miałże jaki taki Puklerzyk choć raz w życiu? Szedł naprzeciw grotów Ten rycerz? Łuk i strzałka, oto, czem był gotów Zdobywać swe wawrzyny - broń iście przepodła! - I czmychać jak najspieszniej! To nie żadna modła Dla duchów bohaterskich strzelać sobie z łuku. Ten dzielny, kto, w szeregu bez huku i stuku Stanąwszy, umie, śmiało patrząc śmierci w oczy. Odpierać chyże dzidy!... Zaś to, co ja robię Tej chwili, to nie żadne zuchwalstwo! Ja sobie Godziwie rozważyłem, jak z rzeczy obrotem Postąpić: Tej tu ojca, Kreonta, wiem o tem, Sprzątnąłem własną ręką, wiem również, że władzę Objąłem po zabitym, czyż więc doprowadzę Do tego, aby z tych tu wyrośli mściciele? Bym ja się sam w ten sposób pomścił na swem dziele?

AMFITRYON.

Ile się tyczy Zeusa, niech Zeus broni syna. Co do mnie, Heraklesie, zaraz się poczyna Mój dowód, jakie głupie mniemanie panuje O tobie. Nie pozwolę, ażeby ci zbóje Bluźnili. Więc nasamprzód niesłychana sprawa Boć sprawą niesłychaną, gdy się komu zdawa, Żeś tchórzem, Heraklesie! - odparcia wymaga: Uczynię to i w tem mnie wesprze prawda naga, Świadectwo samych bogów. Pioruna Zeusza Zapytam się i wozu, w którym, było, rusza Pan niebios w bój z giganty i skąd skrzydlatemi Strzałami godził w żebra tych potworów ziemi, By potem, zwyciężywszy, dać upust tej swojej

Radości w kole bogów. Idź-że do Foloi, Ty najtchórzliwszy z królów, i centaurów plemię Wybadaj czworonożne, kto zapełnił ziemię Największym blaskiem męstwa, jeśli nie syn właśnie, Którego chwała w oczach twych sromotnie gaśnie, Bo niby jest pozorem? Zaś gdy swych pieleszy Zapytasz się o siebie, juścić nie pospieszy Z pochwałą ono Dyrfys abauckie, bo, powiedz, Gdzież twoich bohaterskich czynów jest manowiec, By mogła ci zaświadczyć ojczyzna? A dalej: Przemyślny wynalazek, którego nie chwali Twój język, broń łucznika! Więc racz-że mnie, panie, Wysłuchać, a zmądrzejesz napewne. Gdy stanie W szeregu ciężkozbrojny, odrazu on będzie Swej broni niewolnikiem, jeśli przy nim w rzędzie Niebitni walczą ludzie, odrazu on padnie Z powodu ich tchórzostwa. Jeśli mu się zdradnie Przełamie jego włócznia, wówczas, trudna rada, Czem ciało swe obroni, jeśli nie posiada Nic więcej, prócz tej broni? Kto zasię w swych ręku Łuk dzierży nieochybnych, ten-ci z tego łęku Największą miewa korzyść: tysiąc strzał wypuszcza, Sam życie swe ocala, a zaś ginie tłuszcza, Jeżeli w nieprzyjaciół, stojący z daleka, Pocisków z swej cięciwy kierować nie zwleka - Na tych, co ich nie widzą, chociaż nie są ślepi, Nie idzie na sztych wroga, owszem, jak najlepiej Ochrania się w ten sposób. W każdej przecież wojnie Największą jest mądrością to: szafować hojnie Skonami nieprzyjaciół i, nie na ostatku, Ratując własne życie, nie być od przypadku

Zależnym i od trafu. Niechże ci te słowa Wystarczą na odparcie zdania, co się chowa W twym mózgu. Teraz powiedz, czemu chcesz tej chwili Zabijać onych chłopców? Cóż ci zawinili? Choć prawda: w tem li jednem mądrość ci przysądzę, Że lękasz się, boś tchórz jest, iż walni koniądze Wyrosną z nich na przyszłość. Ale nas jest szkoda, Ażeby dla twojego tchórzostwa ta młoda Zginęła krew wraz z nami. Lepsi my od ciebie, Więc tyś powinien zginąć, jeśli Bóg na niebie Kieruje się słusznością względem nas. Jeżeli Sam rządy chcesz sprawować, niechże nam udzieli Swobody berło twoje, myśmy na wygnanie Pójść mogli z tej tu ziemi. Do gwałtu się, panie, Żadnego nie uciekaj, by ciebie gwałt srogi Nie spotkał, skoro zechcą wiatr odwrócić bogi Ach! teraz niech i ciebie, ty Kadmowy grodzie, To moje słowo ciężkim zarzutem ubodzie: Z taką dla Heraklesa podążasz pomocą? Tak jego się rodziną zajmujesz sierocą? Toć on, pobiwszy Minyów sam jeden, dla gleby Ojczystej twej to sprawił, że dziś mogą Teby Swobodnem patrzeć okiem. Grecyi ja też wcale Milcząco nie oszczędzę, nigdy nie pochwalę, Że tyle niewdzięczności i w sposób tak łatwy Synowi okazała, iż dla jego dziatwy Nie myśli przyjść z ratunkiem, mordu i pożogi Chwytając się z wdzięczności, że ten syn mój drogi, Nie szczędząc żadnych trudów, tak jej ląd i morze Oczyścił z nieprzyjaciół! Gorze, dzieci, gorze! Ni Teby was nie bronią ani też Hellada! Zwracacie oczy na mnie, na słabego dziada:

Dźwięk słów mi tylko został, wszystkie inne siły, Co miałem je w dniach dawnych, dziś mnie opuściły. Z starości ja się trzęsę, poszły gdzieś wigory, Gdybym miał jeszcze krzepę jak za młodej pory, Do ręki wziąłbym włócznię i te jasne włosy Tak zacnie-bym mu skąpał w kroplach krwawej rosy, Że uciekłby na widok mojego oręża Za krańce Atlasowe - tchórz, nie obraz męża.

PRZODOWNIK CHÓRU.

Człekowi szlachetnemu na wątku nie zbywa, Chociażby warga jego nie była zbyt żywa.

LIKOS.

Krzycz sobie, spiętrzaj słowa, wysilaj swą pracę Na wieżę swych wywodów, ja-ć czynem zapłacę! Hej! Niech mi na Helikon i w knieje Parnasu Co tchu pospieszą drwale! Z dębowego lasu Niech kłód mi naścinają, a gdy je do miasta Przywiozą niechże stos mi jak największy wzrasta Naokół ołtarzyska! Rozprawić się z zgrają, Na popiół spalić ciała! Niech raz już poznają, Że władcą tu nie Zmarły, lecz że ja tu królem! Zaś wy, oporni starce, z wielkim rychło bólem Ujrzycie o! nie tylko, śród jakich pogromów Płód ginie Heraklowy, lecz i własnych domów Nieszczęście zobaczycie, które na nie padnie! Natenczas też wrazicie sobie w pamięć snadnie, Iżeście mego tronu podłe niewolniki!

PRZODOWNIK CHÓRU.

Synowie ziemi, których ongi Ares dziki Był posiał, wypróżniwszy chciwe smoka szczęki, Azali tych kosturów, podpór waszej ręki, Nie podniesiecie w górę, by bezbożne ciemię Zuchwalca tego we krwi ubroczyć?! Na ziemię Kadmejską wtargnął obcy, nędzny tchórz i złodziej I dziś naszej młodzieży swem berłem przewodzi! Nie będziesz się radował, żeś jest moim panem, Żeś podle mi zagrabił, co było mi danem W tak ciężkim zdobyć trudzie. Idź-że, gdzie cię oczy Poniosą! Tam się pysznij! Dopóki ukroczy Ta stopa, nie dopuszczę, aby zginąć miały Heraklesowe dzieci. O, ten mąż wspaniały Nie w takich głębiach ziemi, iżby na ostatek Zapomnąć miał o doli swoich biednych dziatek! Ty, coś tę ziemię zgubił, władniesz na jej niwie, A on, jej dobroczyńca, jakżeż nieszczęśliwie Wywdzięki nie ma żadnej! Na darmoż się znoję, Jeżeli umarłemu niosę służby swoje Tej chwili, gdy przyjaciół potrzeba najbardziej? O ramię! Jakże włóczni pożądasz! Nie hardzi My jednak dziś młodzieńcy, jeno starce słabi! Inaczej jabym tego, co mnie dzisiaj wabi Swym podłym niewolnikiem, nauczył rozumu I miejsce-bym zaszczytne zajął pośród tłumu Tych tłumów moich w Tebach, gdzie ty dziś, zły królu, Tak strasznie tryumfujesz! Nie dobrze się w ulu Grodu naszego dzieje, rozprzężon okrutnie, Inaczejby nie mogły panować w nim trutnie.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.