Caldan nie spodziewał się, że Devenish i jego czarodzieje prędko mu zaufają, ale ci byli pod wrażeniem pokazu jego magicznych zdolności. W końcu samodzielnie przebił się przez tarczę Dzwonków i zatrzymał jej mordercze rzemyśliwo, które przetrzebiło cesarskie wojsko. To pokazało im, po której stronie się opowiada. A przynajmniej miał nadzieję, że tak to zrozumieli.
Wiedział, że głupców do arcymagów nie brali. Tak jak on, musieli zdawać sobie sprawę, że posłuszeństwo i lojalność to czasem tylko kwestia pozorów. Prawdziwe intencje natomiast kryją się pod spodem. Pokazali mu to Joachim i Amerdan.
Caldan wraz z eskortą zbliżył się do namiotu pierwszego arcymaga, ale przywódca ledwie zaszczycił ich spojrzeniem. Odgarnął z oczu mysie włosy i potrząsnął głową w odpowiedzi na zadane mu przez magów pytanie. A potem wydał kilka ostrych rozkazów i czarodzieje ruszyli do nadrzecznych doków.
Melker i Gorton pchnęli Caldana na tyły grupy i wszyscy ruszyli za Devenishem. Wśród nich była także Thenna, nieco starsza, śniada kobieta, której Devenish kilka razy mocno ściągnął smycz podczas ich pierwszego spotkania z Caldanem. Od początku nie ufała Caldanowi. Nawet teraz co rusz zerkała na niego, krzywiąc się. Robił co mógł, by utrzymać neutralny wyraz twarzy.
- Nie wiecie czasem, co się teraz dzieje w Anasomie? - spytał Melkera. - Opuściłem ją dawno temu i...
- Zamknij się! - obsztorcował go Gorton.
- Mój kolega próbuje powiedzieć, że wszystkiego dowiesz się w odpowiednim czasie - wyjaśnił Melker. - Zanim udzielimy odpowiedzi na twoje pytania, musimy jeszcze załatwić parę niecierpiących zwłoki spraw. Devenish chce zamienić z tobą dwa słowa. Z kolei Thenna wyraźnie nie kwapi się do rozmowy.
To zupełnie jak cesarz, pomyślał Caldan. W co ja się wplątałem?
Gorton prychnął pod nosem.
- Ona zawsze znajdzie sobie kogoś do nielubienia.
- Na pewno nie Devenisha.
- O nie, on cieszy się specjalnymi względami.
Caldan milczał. A więc ta cała Thenna jest zauroczona Devenishem, a Gorton i Melker za nią nie przepadają. Nie wiedział, czy przyda mu się do czegoś ta wiedza, ale kiedy człowiek siedzi w ciemności, cieszy się z każdej iskierki. Zwłaszcza jeśli może ona zaprószyć ogień, a najwidoczniej nawet pośród cesarskich arcymagów istniały niechętne sobie ugrupowania.
Szli dalej w kierunku Starorzecza, gdzie stały w dokach tajemnicze okręty. Na szarym niebie gromadziły się chmury dymu, w których mieszał hulający po równinie wiatr. Ziemia wokół Caldana była zryta i skopana, jakby przetoczył się po niej wielki pług. Pośród traw widniały czerwone kałuże i łaty gołej ziemi, zaścielonej zastygłymi zwłokami. Trupie ręce chciwie czepiały się broni, rwały trawę, rozpaczliwie próbowały tamować krwawienie z wielu ran. Na zastygłych twarzach malowało się przerażenie - usta były otwarte, rozciągnięte i wykrzywione, jakby ci ludzie nie wierzyli w to, co im się przytrafiło. Caldan sam ledwie w to wierzył.
- Dlaczego ich nie grzebią?
- Podać ci łopatę? - powiedział Gorton.
Fetor śmierci i krwi wypełnił nozdrza Caldana, mieszając się z wonią cytryny. Broń i pancerze wykute przez najznakomitszych kowali w cesarstwie nie stanowiły wyzwania dla zaklęcia Dzwonków.
W niektórych miejscach na polu bitwy płonął ogień, śląc w niebo łodygi czarnego dymu, ale Caldan nie wiedział, czy zaprószyła go magia, czy może coś innego.
Drużyny Kołczanów odzierały trupy z cennych przedmiotów, a potem wrzucały ciała na podstawione zawczasu wozy. Sterty trupów oblazły kraczące kruki, które walczyły ze sobą o co smakowitsze kąski, jakby obawiały się, że jedzenia zabraknie. W oczach Caldana były podobne do ludzi, którzy też szarpali się między sobą, zamiast mądrze się wszystkim podzielić. Uważał to za krótkowzroczność graniczącą z głupotą.
Ptaki przynajmniej miały wymówkę. On jej nie miał - okazał się największym ze wszystkich głupców, bo to przecież on sprowadził Dzwonki do Starorzecza. Wykiwała go, a on jej na to pozwolił, bo obiecała mu coś, w co bardzo chciał wierzyć.
Ostatecznie okazało się to tylko kolejnym kłamstwem.
Dzwonki kłamała, ilekroć było jej to na rękę, ale nieopatrznie okłamała też samą siebie. Caldan wciąż nie wiedział, co dokładnie chciała osiągnąć, lecz efekty jej działań widział naokoło. Żołądek skręcił mu się na tę myśl. Z wysiłkiem przełknął rosnącą w gardle gulę. Świat zawirował mu przed oczami i musiał stanąć pewniej na nogach, żeby się nie przewrócić. Oderwał palące oczy od zwłok i zatopił twarz w dłoniach.
Na przodków... Ależ się cieszył, że czarodziejka nie żyje.
- Nieprzyjemny widok, co? - zagadnął Melker.
Caldan uświadomił sobie, że zniesmaczenie na jego twarzy zostało błędnie odczytane przez arcymaga.
- To mało powiedziane - odparł. - Ohyda. To ohydne, używać magii w taki sposób. Żeby zabijać... na taką skalę...
Pokręcił głową, obrzydzony do granic.
- Pomogłeś to powstrzymać, za co jesteśmy wdzięczni. Cesarz także.
- Nie zrobiłem tego dla nagrody ani uznania.
Gorton skwitował te słowa śmiechem.
- Jasne, że nie.
- Mówię prawdę - odparł z naciskiem Caldan.
Melker poklepał go po plecach.
- Niezależnie od powodów, sporo namieszałeś. Tylko za bardzo się nie popisuj. Niektórzy źle na to reagują.
- O tak - potwierdził Gorton.
- Tacy ludzie ściągają na siebie ciekawskie spojrzenia. Im bardziej próbują coś ukryć, tym bardziej to pokazują.
Melker posłał Caldanowi przeciągłe spojrzenie, nim odwrócił głowę. Chłopak stężał. Jak wiele wiedzą? Postanowił odtąd mieć oczy i uszy szeroko otwarte.
Niedługo później zostawił za sobą pole bitwy i minął prowizoryczne schronienia, które jak grzyby po deszczu wyrastały za murami Starorzecza, pobudowane ze wszystkiego, co wpadło w ręce. Pomimo przybycia Kołczanów i walki z jukarami mieszkańcy wciąż siedzieli w mieście, zajęci swoimi zwyczajnymi sprawami. Bo i dokąd mieliby pójść?
Z brudnych twarzy patrzyły na nich puste oczy, gdy szli ulicą. Między budynkami biegały nagie dzieci, wrzeszcząc i śmiejąc się. Na skraju ulicy garbata staruszka pochylała się nad wielkim, wystrzępionym koszem. Zerknęła na nich zmrużonymi oczyma i wróciła do sortowania szmat. Wiedziała, że lepiej nie mieszać się w nie swoje sprawy. Cesarstwo Mahruzańskie nie stało się jeszcze najlepszą wersją siebie i pozostawiało sporo do życzenia. Caldan podejrzewał, że większość obywateli ma tego świadomość. On sam przekonał się o tym zdecydowanie za późno.
Gdy zbliżyli się do rzeki, dwaj arcymagowie odłączyli się od grupy i ruszyli na wschód wzdłuż brzegu. Grunt opadał ostro ku nurtowi i niknął w gęstwinie szuwarów porastających całą długość nabrzeża. Caldan naliczył przed sobą piętnaście wychodzących za linię wody pomostów. W miejscach zajętych zwykle przez handlarzy i rybaków stały teraz wielkie pełnomorskie okręty. Żagle zwinięto, a w burtach widniały rzędy otworów, z których sterczały pióra wioseł. Dziwne, rzuciło się Caldanowi na myśl. Takie jednostki chyba nie mają zwykle napędu wiosłowego. Przynajmniej on nigdy nie widział takich okrętów. Zaopatrywano w nie tylko niektóre okręty wojenne, by można było nimi płynąć pod wiatr.
Albo w górę rzeki.
Jeszcze dziwniejsze było to, że każdy pływał pod inną banderą. Caldan zmrużył oczy i osłonił je dłonią. Pięć różnych wzorów: czarne koło na białym tle, biały miecz złamany na trzy części na niebieskim tle, biały diament na żółtym, czerwona tarcza i srebrna czaszka na czarnym.
- Co oznaczają te bandery? - spytał Caldan arcymagów. - Nie wiecie aby?
Gorton warknął.
- Moim zdaniem to najemnicy. Nie sądziłem, że cesarz będzie ich potrzebował.
- Dotąd nie potrzebował - powiedział Melker. - Ale teraz owszem. Devenish był tak samo zdziwiony jak my, gdy usłyszał o okrętach. Jeśli ktoś wie, co zamierza cesarz, to tylko on. Zdaje się, że najemnicy przybyli w samą porę. Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności.
Zbyt szczęśliwy, pomyślał Caldan, pewien, że Melker podzielał jego zdanie. Arcymag zmrużył oczy, wodząc badawczym spojrzeniem po okrętach.
Całe oddziały najemników przybywają na pole bitwy zaraz po tym, jak cesarska armia została zdziesiątkowana magicznym atakiem? Jako wprawny dominionista Caldan wiedział dość o rachunku prawdopodobieństwa i szacowaniu szans, by uznać, że to nie mógł być przypadek. Lecz ponieważ nieopodal wciąż czaili się wspierani przez vormagów jukarowie, cesarz i jego arcymagowie nie mieli innego wyjścia, jak tylko zapłacić najemnikom, ile tamci zażądali. Chyba że chcieli, by potwory wymordowały całe miasto.
Caldan obejrzał się na obraz zniszczenia, który pozostawiła po sobie Dzwonki i arcymagowie. Zastanawiał się teraz, czy cesarz w ogóle się tym przejął, czy raczej uznał to za koszty własne.
Melker pchnął Caldana naprzód.
- No, dalej - popędził go. - Mamy trzymać się Devenisha, dopóki nie znajdzie dla ciebie czasu i nie zdecyduje, co z tobą począć. Nie sięgaj do studni, jeśli wiesz, co dla ciebie dobre. Ugotuję ci mózg, zanim zdążysz mrugnąć okiem.
Caldan przełknął ślinę i kiwnął głową. Lepiej z nimi uważać.
Melker i Gorton trzymali się po obu stronach jeńca, zajmując miejsce za Devenishem i pozostałymi trzema czarodziejami. Thenna obejrzała się i przeszyła Caldana mroźnym spojrzeniem. Wytrzymał jej wzrok przez kilka chwil, zanim uznał, że najlepiej zrobi, wbijając oczy w ziemię. Nie miał żadnego wpływu na to, co ona sobie tam myśli, a na pewno nie miał zamiaru iść z nią na zwarcie.
- Nadchodzą - dobiegł go głos Devenisha. Pierwszy arcymag wskazał grupę ludzi schodzących pomostem na nabrzeże.
Jednym z nich był posunięty w latach mężczyzna. Jego obwiędłe, skropione wątrobianymi plamami dłonie ściskały laski, dzięki którym się poruszał. Po obu jego stronach szli dwaj inni, jeden monstrualnie gruby, a drugi chudy jak bocian.
Caldan zmrużył oczy. To był ten dziwny kupiec z Anasomy. Jak on się zwał? Quiss? Co on tu robił?
Powietrze przeniknęła wibracja, która przedostała się także do kości Caldana. Arcymagowie jak na komendę otworzyli studnie. Melker i Gorton po krótkiej chwili poszli w ich ślady. Co ciekawe, Devenish, Thenna, Melker i jeszcze jeden nieznany Caldanowi czarodziej mieli wielokolorowe, gęste tarcze. Pozostałe były w standardowym odcieniu błękitu. Co oznaczało, że ich studnie nie mogły poradzić sobie z dodatkowym obciążeniem. Najwidoczniej nie tylko moc decydowała o tym, kogo arcymagowie przyjmowali w swoje szeregi. Caldan zapisał sobie w głowie tę myśl.
- Skoro spodziewacie się kłopotów, to może mógłbym...?
Zerknął na Melkera, który zastanawiał się chwilę, a potem kiwnął głową. Chłopak otworzył studnię i dotknął tarczowego rzemyśliwa, z którym natychmiast się połączył. Skóra obkurczyła się na jego ciele, gdy otoczyła go wielokolorowa bariera. Gorton zagwizdał ze zdumienia, podczas gdy Melker posłał Caldanowi aprobujące spojrzenie, nim na powrót skupił uwagę na przywódcy, gdy ten ruszył w kierunku przybyszów.
Gdy Caldan upewnił się, że żaden z arcymagów na niego nie patrzy, wsunął rękę do kieszeni i wyjął z niej swój konstrukt w kształcie żuka. Tak delikatnie, jak tylko potrafił, wyprowadził ze studni jeszcze kilka strumieni, czerpiąc z niej jak najmniej mocy, a następnie podczepił je do swojego dzieła. Nie wiedział, czy się na coś przyda, ale uznał, że przezorny zawsze ubezpieczony.
Gdy czarodzieje zbliżyli się do grupy, Quiss ściągnął na siebie całą uwagę Caldana. Tak jak wtedy, gdy poznał się z nim w Anasomie, sylwetka kupca zamazała mu się przed oczami i Caldan nie mógł oprzeć się wrażeniu, że mężczyzna wydaje się gęstszy od innych ludzi, jakby twardszy, bardziej zbity. Podobnie jak ten olbrzym, co szedł obok niego. A także starzec idący o laskach. Caldan podążył spojrzeniem do Melkera i Gortona. Czy oni też to widzieli? Czy powinien im o tym powiedzieć? Czy uznają go za wariata? Zamrugał raptownie. Nie, to nie złudzenie. Postanowił na razie milczeć.
Buty arcymaga zaszurały na drewnianym pomoście i grupa zatrzymała się dziesięć kroków od trzech gęstszych mężczyzn.
Starzec stanął krok przed swoją świtą.
- Nazywam się Gazija - przemówił drżącym głosem. - Jestem szefem Kompanii Handlowej Pięciu Oceanów. Niektórzy spośród moich ludzi nazywają mnie Pierwszym Wybawicielem. Nie przepadam za tym tytułem, ale niech już będzie.
Devenish skłonił się. Nieco zbyt nisko, co nadało ukłonowi posmak kpiny.
- Ja zaś jestem Devenish. Mnie z kolei nazywają pierwszym arcymagiem... I też niech będzie.
Czarodzieje dokoła zachichotali, a najgłośniej, i ewidentnie fałszywie, Thenna.
Co za banda klakierów. Caldan zastanawiał się, czy Devenish rzeczywiście zasłużył sobie na taką służalczość, czy może przyszła z dobrodziejstwem inwentarza, gdy objął pozycję przywódcy arcymagów. Tak czy inaczej niedobrze mu się zrobiło.
- Wasze tarcze nie poradzą sobie z czarami vormagów tak dobrze, jak wam się zdaje - oświadczył Gazija przyciszonym głosem.
Devenish zaśmiał się wysoko, przenikliwie.
- Brylujesz wiedzą, starcze. Zdradzisz może, skąd to wiesz?
Gazija zbył pytanie machnięciem ręki, jakby to nie było ważne.
- Później wymienimy się opowieściami. - Zatoczył szeroki gest ramieniem, zamykając w nim zawalone trupami pole bitwy. - Widzę, że przybyliśmy w dobrym momencie. Co zostało z jukarskiej armii? Czy z pomocą moich najemników zdołaliście się przed nią obronić? Musieli ponieść znaczne stra...
- Dość, starcze! - szczeknął Devenish. - Wielu tu dziś zginęło, lecz nie z ręki jukarów.
Chudzielec, Quiss, przychylił się i wyszeptał coś do ucha Gazii. Mężczyzna słuchał i kiwał głową.
- A więc magia - rzekł. - Jej smród dosięgnął nas na rzece. Walczyliście z vormagami?
- Nie. To sprawka indryallańskiej czarnoksiężnicy. Powiedz mi, czego chcesz, Pierwszy Wybawicielu. - Devenish wypluł ten tytuł jak zgniły owoc. - A potem zejdź nam z drogi, inaczej rozrzucimy wasze prochy po rzece.
Rozzłoszczony arcymag zrobił się o dwa tony czerwieńszy. Najwidoczniej nie potrzebował wiele, by wpaść we wściekłość. Gazija zapewne pomyślał to samo i zmarszczył brwi.
- Nie spodziewaliśmy się... takiego przyjęcia. Jestem tu, gdyż uznałem, że moi najemnicy przydadzą się wam w bitwie z jukarami. Czyż nie dowiodłem tą drogą mych dobrych intencji? Wszak wspomogli cesarza w obliczu zagrożenia. Sprawa ostatecznie skończyła się dla was szczęśliwie. Zgaduję, że tych potworów nikt się nie spodziewał.
Devenish poruszał żuchwą, dochodząc do ładu ze słowami Gazii.
- Pięć kompanii najemników. Akurat w odpowiedniej chwili. Ktoś podejrzliwy mógłby głowić się nad tym szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
Gazija uśmiechnął się, pokazując luki w uzębieniu.
- Podejrzliwcy podejmują pochopne decyzje, a niektórzy nawet wariują. Nasze pojawienie się tutaj było wam na rękę. Bylibyście głupcami, odrzucając naszą pomoc. - Gazija wbił w Devenisha wyzywające spojrzenie. - A nie wyglądacie mi na głupców.
Starzec wyraźnie do czegoś zmierzał. Z całą pewnością nie pomógł im z dobroci serca. Ale Caldan, przynajmniej jak dotąd, nie potrafił przeniknąć jego ukrytych intencji.
Devenish wahał się dłuższą chwilę.
- W imieniu cesarza przyjmuję waszą ofertę. Przyprowadźcie do mnie ich dowódców, byśmy mogli objaśnić im sytuację. Ma się rozumieć, będziecie także musieli przekazać nam ich podpisane kontrakty.
- Nie zrozumiałeś mnie, pierwszy arcymagu. Ja nie chcę ci ich powierzyć. Kontrakty zostaną u mnie, dowództwo nad najemnikami również w dalszym ciągu sprawował będę ja - rzekł Gazija nieznoszącym sprzeciwu tonem. - Będę też obecny w momencie wprowadzenia ich w sytuację, aby upewnić się, że zostaną mądrze wykorzystani.
- Starcze, ja z tobą nie negocjuję. Przyjmiemy twój dar, ale zrobimy z nim, co nam się zachce. Nie zdołasz nas przed tym powstrzymać.
W oczach Gazii zapalił się ogień i mężczyzna wyprostował się.
- Nie masz pojęcia, do czego jestem zdolny.
W tym momencie powietrze wypełnił niemal dusząco intensywny zapach cytryny. Caldan zakrztusił się i wziął ze studni haust energii, by dodatkowo wzmocnić swoją tarczę. Melker spojrzał na niego zagadkowo, jakby nie wyczuł czaru. A Caldan uświadomił sobie, że w rzeczy samej - arcymag tego nie potrafił.
- Uwaga! - krzyknął Caldan. - Czary!
Raptem zrobiło mu się zimno w nogi. Gdy spuścił wzrok, zorientował się, że na jego butach formują się kryształki lodu. Obrastały je, wydając cichy, trzaskliwy dźwięk. Poderwał głowę i zobaczył, że trzej gęstsi mężczyźni jak na komendę otoczyli się tarczami. Czarnymi jak noc, podobnymi w swojej strukturze do imponującej kopuły wyczarowanej przez Dzwonki oraz tarczy, którą wytworzył Amerdan podczas ucieczki.
Na tafli rzeki utworzyła się kra. Powietrze wypełniło się trzaskiem, gdy lodowa łata zaczęła szybko zagarniać coraz większą połać wody, a potem sięgnęła, ogarnęła i unieruchomiła dokujące w przystani okręty. Na masztach i linach zawisły lodowe sople. Z tarcz arcymagów oraz Caldana unosiła się para, gdy temperatura wokół nich gwałtownie spadła.
Devenish i jego magowie przeszli do kontrataku. Caldan wyczuł, że jakimś sposobem przesłali moc ze swoich tarcz do Devenisha, który skoncentrował ją i wystrzelił w Gaziję pocisk pomarańczowej energii.
A starzec, którego zwano Pierwszym Wybawicielem, wchłonął ją bez kiwnięcia palcem.
Devenish rozdziawił usta, a Thennie wyrwał się zdumiony krzyk.
Tarcza otaczająca Gaziję zgasła, jakby starzec doszedł do wniosku, że poradzi sobie z arcymagami bez niej. Zrobił kolejny krok naprzód.
- Skoro głupoty mamy już za sobą - powiedział, wydychając w powietrze chmurkę pary - to może byśmy w końcu...
Caldan znów wyczuł zapach cytryn.
Twarz Devenisha ściągnęła się w grymasie koncentracji, ale na razie nic się nie stało, a przynajmniej nic, co Caldan mógłby zaobserwować oczami lub magicznym zmysłem. Gazija przetarł twarz dłonią i pokręcił głową, jakby zmęczony kaprysami dziecka... I poruszony tylko na tyle, na ile mógłby wytrącić go z równowagi rozbisurmaniony podrostek.
- Z magią zniewalającą nie ma żartów - wyrzekł starzec. - Zwłaszcza gdy próbuje nią władać partacz.
Imponujące, pomyślał Caldan. Czar Devenisha sprawił Gazii nie większy kłopot niż strzepnięty z ramienia pyłek. Może dziwny wygląd tych gęstszych ludzi miał związek z magią, którą się parali. Może to znak lub może piętno, które odcisnęła na nich ich magia.
Devenish i Gazija wpatrywali się w siebie. Na krótką chwilę wszystko umilkło. Krew napłynęła do twarzy pierwszemu arcymagowi, a na jego czoło wystąpiły kropelki potu. Warknął, zaciskając pięści z taką mocą, że na tle skóry odcinały się białe punkty kostek.
A potem nagle uspokoił się i potrząsnął głową. Z jego ust wydobył się cichy śmiech.
- Dobrze więc - zawyrokował. - Zbierz kapitanów i przyjdź wraz z nimi do mojego namiotu za godzinę. Przedstawimy ich reszcie dowódców. Zostawię tu swoich ludzi, żeby wskazali ci drogę. Osobiście poinformuję cesarza o tym... jakie mieliśmy szczęście.
Gazija pokiwał głową.
- Dziękuję pięknie - powiedział głosem podszytym szyderstwem.
Caldan uprzytomnił sobie, że wstrzymuje oddech. Zmusił się do opróżnienia płuc.
Devenish odwrócił się plecami do starca. Gestem nakazał podwładnym iść za sobą.
- Podejdźcie.
Ruszył pomostem na ląd, miażdżąc z chrzęstem lód pod butami.
Gorton i Melker odprowadzili go wzrokiem, a przywołali do siebie Caldana.
Rzuciwszy ostatnie spojrzenie Quissowi, chłopak wrócił myślami do magii zniewalającej i Mirandy. Gazija wynajął pięć najemniczych kompanii i był szefem kompanii handlowej. Wątpliwe więc, aby Caldan był w stanie zapłacić mu pieniędzmi za jego pomoc. Co oznaczało, że musiał zaoferować coś innego. Pozostawało tylko odkryć co.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.