Wstęp
W Singapurze i na całym Półwyspie Malajskim "krajem najmniej obok
Ameryki lubianym jest Polska" -?nie bez satysfakcji raportował na
początku 1928 r. niemiecki konsulat znajdujący się w tym kontrolowanym
przez Brytyjczyków mieście1.
Dwa lata wcześniej, 10 tys. kilometrów od Singapuru, w stolicy Rzeszy
Niemieckiej, przedmiotem debaty parlamentarnej w Reichstagu stał się
biało-czerwony kolor szlabanów kolejowych. Sprawa była na tyle poważna,
że skłoniła posłów nacjonalistycznej Deutsch Nationale Volkspartei
(DNVP), będącej wówczas drugą siłą w niemieckim parlamencie, do złożenia
w lipcu 1926 r. w tej sprawie formalnej interpelacji do rządu Rzeszy.
Interpelanci wskazywali, że biało-czerwone barwy na szlabanach
stosowanych przez Deutsche Bahn u wielu wyborców "wywołały zamieszanie i zaniepokojenie", zwłaszcza na terenach Niemiec graniczących bezpośrednio
z Polską.
To stanowisko zaprezentowane przez niemieckich parlamentarzystów, którzy
mogli się powoływać na fakt, że w niedawnych wyborach (w 1924 r.)
głosowało na ich partię ponad pięć milionów sześćset tysięcy obywateli,
zyskało wsparcie Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeszy, kierowanego
przez Gustava Stresemanna, który za kilka miesięcy zostanie laureatem
Pokojowej Nagrody Nobla. Auswärtiges Amt nie przyjmował argumentacji
niemieckiego resortu komunikacji wskazującego, że dwa inkryminowane
kolory były wybrane tylko i wyłącznie ze względów bezpieczeństwa (lepiej
odróżniają się od otoczenia, sprawiając, że szlabany są bardziej
widoczne). MSZ podkreślało, że w związku z tym, iż barwy te "budzą
niezadowolenie w społeczeństwie we wschodnich Niemczech", decyzja
niemieckich kolei o pomalowaniu szlabanów w takich właśnie kolorach jest
"bardzo nieszczęśliwą okolicznością"2.
Należy oddać sprawiedliwość niemieckim kolejom, że chociaż zlekceważyły
(nad)wrażliwość swoich klientów na barwy biało-czerwone, to jednak nie
pozostawały obojętne wobec konieczności przypominania o "krzywdzie",
która spotkała Niemcy po 1918 r. Na mapkach, które w wagonach Deutsche
Bahn ilustrowały sieć połączeń kolejowych, granice Rzeszy Niemieckiej
ciągle były z 1914 r. Na biletach kolejowych sprzedawanych w Niemczech
nie było Tczewa i Bydgoszczy czy Grudziądza. Podróżni mogli natomiast
wykupić przejazd do Dirschau, Brombergu czy Graudenz3.
Co łączy te dwie sprawy -?zainteresowanie niemieckich posłów i kierownictwa niemieckiej dyplomacji kolorem szlabanów kolejowych w Rzeszy oraz czujność niemieckiego konsulatu na opinie o Polsce na
Półwyspie Malajskim? Odpowiedź brzmi: histeria. A dokładnie: antypolska
histeria. To słowo pada niejednokrotnie we współczesnych badaniach nad
zjawiskiem antypolonizmu w demokratycznych Niemczech w latach
1918-19334. Nie jest to przypadek. O ile bowiem istniejącą w latach 1871-1918 cesarską Rzeszę Niemiecką nazywa się "nerwowym
mocarstwem"5, o tyle jej republikańską wersję z lat
1918-1933 równie dobrze można nazwać "rozhisteryzowaną republiką".
Antypolonizm rozumiany jest w tej książce jako koherentny zespół
poglądów (dotyczących polityki, gospodarki, historii) wymierzonych w Polskę rozumianą nie tylko jako państwo, które odzyskało swój
niepodległy byt w 1918 r., ale również jako pewną wspólnotę kulturową
sięgającą korzeniami wczesnego średniowiecza. W tym rozumieniu
antypolonizm wyczerpuje definicję ideologii jako "usystematyzowanej i całościowej doktryny politycznej chcącej uchodzić za pełną i znajdującą
uniwersalne zastosowanie teorię człowieka i społeczeństwa, z której
można wyprowadzić program działań politycznych"6.
Uniwersum ideologii antypolonizmu odnosiło się do wszystkich aspektów
relacji polsko-niemieckich, do ich przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, jak również do całości dziejów Polski, odmierzając
jednocześnie jej przyszłość na "sezony" (zazwyczaj dla autorów pojęcia
Saisonstaat był to jeden "sezon"). Uniwersalność tej ideologii
przejawiała się również w tym, że była wyznawana przez wszystkie
najważniejsze stronnictwa polityczne w Niemczech -?od narodowych
socjalistów i komunistów po katolickie Centrum i nacjonalistyczną DNVP.
Ulegali jej zarówno totalitaryści z NSDAP i KPD, jak i liberałowie oraz
socjaldemokraci. Przedstawiciele tych różnych ugrupowań zgodnie
współpracowali na rzecz tego, aby zestaw antypolskich uprzedzeń i stereotypów był powszechnie znany -?nawet w dalekim Singapurze.
Histerii, która napędzała antypolonizm w demokratycznych Niemczech,
towarzyszyła nienawiść i pogarda do Polski jako niepodległego państwa
oraz do polskości jako wspólnoty kulturowej. Histerię, nienawiść i pogardę wobec wschodniego sąsiada republikańskiej Rzeszy Niemieckiej
widać i słychać było w debatach parlamentarnych, artykułach prasowych,
audycjach radiowych oraz podręcznikach szkolnych lub materiałach
szkoleniowych dla nauczycieli. Ten ostatni aspekt zasługuje na
szczególną uwagę, ponieważ pokolenie Niemców, które kończyło szkoły w Republice Weimarskiej i zostało uformowane w duchu nienawiści i pogardy
wobec Polski i polskości, po 1 września 1939 r. będzie tworzyć metodami
ludobójczymi "nowe, niemieckie porządki na Wschodzie".
Często pojawiające się w polskich relacjach z czasów drugiej wojny
światowej pytanie: "Co się stało z Niemcami, przecież pamiętaliśmy ich z czasów pierwszej wojny światowej i wtedy zupełnie inaczej się
zachowywali?", jest właściwie pytaniem o to, co stało się w niemieckich
szkołach i w mediach wszystkich kierunków politycznych w latach
1918-1933. Bez odpowiedzi na to drugie pytanie nie znajdziemy właściwej
odpowiedzi na pierwsze. Taka jest główna teza tej książki.
Taka też była główna motywacja, która zachęciła autora tej książki do
podjęcia tematu, który przecież był już przedmiotem zainteresowania
polskich i niemieckich historyków7. W odróżnieniu od
dotychczasowych ujęć tej problematyki w niniejszej monografii
najważniejsze elementy składające się na ideologię antypolonizmu są
ukazane jako część dłuższej historii, której początki sięgają znacznie
dalej niż rok 1914. Antypolonizm jest analizowany tutaj przez pryzmat
instytucji (państwo i jego polityka zagraniczna wobec Polski oraz wobec
mniejszości niemieckiej w II Rzeczypospolitej) oraz przez pryzmat idei.
Te ostatnie ujęte są w dłuższej perspektywie czasowej (podkreślenie
kontynuacji po 1918 r. dziedzictwa pruskich stereotypów o Polsce i Polakach) i przedstawione na szerszym tle zmieniających się w niemieckiej kulturze politycznej wizji deutscher Osten.
Dużo miejsca na kartach tej monografii poświęcone zostało
zideologizowanej w duchu antypolskim wizji historii Polski obecnej w podręcznikach szkolnych i rozprawach niemieckich uczonych zaangażowanych
w latach dwudziestych w Ostforschung. Należało tej tematyce poświęcić
trochę więcej miejsca, albowiem na tym przykładzie doskonale (niestety)
widać trafność maksymy naszego wielkiego dziewiętnastowiecznego
historyka, że "fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki"
(Józef Szujski).
O polityce zagranicznej Niemiec weimarskich wobec Polski napisano już
dużo i zazwyczaj bardzo kompetentnie8. Warto jednak
spojrzeć na tę politykę, uwzględniając rolę ideologii antypolonizmu,
która niejednokrotnie łączyła w sobie sprzeczne z sobą idee, popychając
niemieckie elity polityczne do uprawiania z gruntu błędnej polityki. Gdy
spojrzymy przez ten pryzmat na zbliżenie demokratycznych, weimarskich
Niemiec do pierwszego w dziejach totalitarnego państwa (bolszewickiej
Rosji/Związku Sowieckiego), przypominają się słowa innej historycznej
postaci, że błąd może być gorszy od zbrodni (Talleyrand).
Sądzę, że panujący w demokratycznych Niemczech antypolonizm miał związek
z totalitaryzmem nie tylko w ten sposób, że dawał "paliwo" dla wzrostu
popularności narodowego socjalizmu, a po 1939 r. niejako legitymizował w oczach "zwyczajnych" Niemców ubranych w mundury Wehrmachtu, SS czy jako
cywilnych pracowników niemieckiej administracji okupacyjnej w Generalnym
Gubernatorstwie zbrodnie popełniane na Polakach przez hitlerowską Rzeszę
Niemiecką.
Był jeszcze inny związek. Histeria i nienawiść, które zawsze zaślepiają,
popychały w latach 1918-1933 niemieckich polityków wszystkich opcji do
szukania współpracy z totalitarnym państwem bolszewickim (sowieckim),
aby wspólnie "wykończyć Polskę". Nie tylko uwiarygadniano w ten sposób
ludobójczy reżim, ale i przyzwyczajano niemiecką opinię publiczną do
tego, że totalitaryzm może i ma na koncie jakieś zbrodnie, ale w końcu
nie jest taki zły, skoro pomoże usunąć raz na zawsze "polską
przeszkodę". W tym sensie można powiedzieć, że drogę Hitlera do władzy
przygotowywali demokratyczni politycy niemieccy, układając się z bolszewickimi zbrodniarzami w Rapallo (1922) i w Berlinie (1926). Tak
się składa, że po stronie niemieckiej byli to szefowie dyplomacji
wywodzący się z liberalnych ugrupowań (Walther Rathenau oraz Gustav
Stresemann), a jeden z nich (Stresemann) został nawet laureatem
Pokojowej Nagrody Nobla.
Nowość spojrzenia na problematykę antypolonizmu w republikańskiej Rzeszy
Niemieckiej w tej monografii polega również na ujęciu tego zagadnienia
przez pryzmat niemieckiej kultury politycznej. W dotychczasowych
opracowaniach (zwłaszcza polskich) stanowiska poszczególnych ugrupowań
politycznych reprezentowanych w Reichstagu wobec relacji z Polską były,
jak sądzę, przedstawiane w niewystarczający sposób. Podobnie jak fakt,
że uleganie nastrojom nacjonalistycznym nie było tylko specjalnością
partii programowo deklarujących się jako przeciwnicy "systemu
weimarskiego". Także partie "koalicji weimarskiej" miały własną,
republikańską odmianę nacjonalizmu.
Niemcy weimarskie były demokratyczną (choć mocno rozhisteryzowaną)
republiką ze wszystkimi atrybutami pluralistycznego społeczeństwa, na
czele z różnorodną w swoich odcieniach, ale jednolitą w antypolonizmie,
prasą polityczną. Ta ostatnia była jakością polityczną samą w sobie,
skoro -?jak wskazuje się w badaniach nad tą problematyką -?nie zawsze
nakłady poszczególnych tytułów pozostawały w ścisłym związku z poparciem
dla określonych partii politycznych, przy których afiliowane były
konkretne gazety. Z reguły znacznie więcej wyborców głosowało, niż
czytało. Bywało jednak i odwrotnie, zwłaszcza w przypadku tytułów
liberalnej prasy, których krąg czytelniczy był szerszy niż
systematycznie kurczące się grono sympatyków liberalnych ugrupowań (dane
dotyczące Berlina)9.
Obok prasy ważnym źródłem wykorzystanym na potrzeby niniejszej
monografii były zasoby Tajnego Pruskiego Archiwum Państwowego w Berlinie
(Geheimes Staatsarchiv Preussischer Kulturbesitz) oraz w mniejszym
stopniu materiały z Bundesarchiv we Freiburgu. Dostępne online protokoły
posiedzeń Reichstagu okazały się pomocne w rekonstrukcji zaangażowania
poszczególnych partii politycznych w kolejne odsłony trwającej
nieustannie w latach 1918-1933 "debaty o Polsce". Sięgnąłem również do
opublikowanych niemieckich dokumentów dyplomatycznych (seria Akten zur
deutschen Auswärtigen Politik 1918-1945).
Na koniec tego wstępu chciałbym serdecznie podziękować wszystkim, którzy
od kilku lat zachęcali mnie do podjęcia tej tematyki, a przede wszystkim
tym, którzy wykazywali życzliwe zainteresowanie od początku do końca
pracy nad tą książką, życzliwość tę demonstrując słowem i czynem.
Szczególne słowa podziękowania kieruję do pracowników berlińskiego
oddziału Instytutu Pileckiego kierowanego przez p. Hannę Radziejowską za
pomoc w kwerendach archiwalnych i bibliotecznych. Za zawsze okazywaną i niezawodnie realizowaną chęć pomocy dziękuję Pani dr Justynie Stępień z biblioteki Instytutu Pileckiego w Warszawie. Wszystkim koleżankom i kolegom z Ośrodka Badań nad Totalitaryzmami -?za zawsze inspirujące
rozmowy i dyskusje.
Rozdział pierwszy. Wielki wybuch, czyli początek
Rozdział pierwszy
Wielki wybuch, czyli początek.
Konsekwencje pierwszej wojny światowej dla Niemiec i stosunku niemieckiej kultury politycznej wobec Polski
Kto w 1913 r. obchodził swoje dwudzieste pierwsze urodziny, był
ukształtowany przez pewny siebie, dynamicznie prący do przodu, rysujący
swój wizerunek jako tradycyjny i ukierunkowany na porządek, w rzeczywistości jednak nerwowy wilhelmiński świat. Taki ktoś po latach
wyrzeczeń i ofiar pierwszej wojny światowej przeżył niespodziewaną w sposobie zaistnienia i w skali gorzką klęskę i zaraz potem świat Weimaru
naznaczony kryzysami z zamętem rewolucji i inflacji10.
Pięć lat między zabójstwem arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Sarajewie
28 czerwca 1914 r. a podpisaniem przez "mocarstwa sojusznicze i stowarzyszone" traktatu pokojowego z Rzeszą Niemiecką 28 czerwca 1919 r.
w Sali Zwierciadlanej pałacu wersalskiego było okresem radykalnych zmian
w Niemczech, które w decydujący sposób wpłynęły na uksztaltowanie się
ustroju i kultury politycznej tego państwa. Dwa kluczowe wydarzenia
należy wymienić w tym kontekście w pierwszej kolejności: Wielką Wojnę z lat 1914-1918 oraz postanowienia paryskiej konferencji pokojowej ujęte w traktacie wersalskim.
Pierwsza wojna światowa we wszystkich mocarstwach biorących w niej
udział wywołała szereg procesów niosących ze sobą znaczne zmiany na
płaszczyźnie politycznej, ustrojowej, społecznej oraz gospodarczej.
Głównym zwycięzcą tej wojny było państwo. Każdy konflikt zbrojny, a zwłaszcza taki jak Wielka Wojna angażująca na niespotykaną dotąd skalę
zasoby ludzkie i gospodarcze, wymusza wzrost etatyzacji oraz narzuca
centralizację11. W przypadku Niemiec w latach 1914-1918
ten stopniowy wzrost kompetencji rządu centralnego oznaczał de facto
kolejny etap wewnętrznego jednoczenia tego kraju.
W 1871 r. utworzona przez Bismarcka Rzesza Niemiecka nie była nawet
państwem związkowym (Bundesstaat), ale związkiem państw (Bund der
Staaten), a właściwie -?jeśli literalnie trzymać się zapisów konstytucji
tego państwa z 1871 r. -?była związkiem niemieckich domów panujących.
Cesarska Rzesza miała parlament wyłaniany w wyborach powszechnych, a nie
cenzusowych jak w Prusach do 1918 r., ale nie była monarchią
parlamentarną. Rząd nie musiał zyskiwać parlamentarnego wotum zaufania.
Kanclerz był powoływany i faktycznie był odpowiedzialny jedynie przed
cesarzem. Obowiązujący przez kolejne czterdzieści lat model ustrojowy
zjednoczonych Niemiec dopuszczał istnienie przejawów samodzielności
politycznej państw współtworzących Rzeszę. Dość wspomnieć, że w 1914 r.
istniały poselstwa Saksonii i Bawarii w stolicy Prus, a pruscy posłowie
akredytowani byli przy dworach Wittelsbachów i Wettynów12.
Najważniejsze było to, że bismarckowska Rzesza Niemiecka nie posiadała
suwerenności podatkowej. Aż do wybuchu Wielkiej Wojny na budżet państwa
niemieckiego składały się składki członkowskie (Martikularbeiträge)
wpłacane przez poszczególne państwa członkowskie w zależności od
wielkości ich zaludnienia. Można więc powiedzieć, że Rzesza utrzymywana
była przez Prusy, największe i najludniejsze państwo członkowskie (dwie
trzecie terytorium i trzy piąte ludności).
Kwestie finansowe były ściśle powiązane z rozmiarem i kompetencjami
centralnego rządu. W świetle konstytucji z 1871 r. składał się on de
facto z kanclerza, jego najbliższych współpracowników (Kancelaria
Rzeszy) oraz Prezydium Rzeszy, na którego czele stał z urzędu król Prus
jako cesarz niemiecki (Deutscher Kaiser). W ciągu kolejnych
dziesięcioleci liczba centralnych resortów stale się powiększała, ale i tak aż do końca istnienia cesarskiej Rzeszy była niewielka. Chociaż
istniało Ministerstwo Spraw Zagranicznych, nie było ministra spraw
zagranicznych. Bieżącą pracą resortu kierowali sekretarze stanu. Nie
było osobnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, co oznaczało też, że do
1918 r. nie kierowano centralnie niemiecką policją. Nie istniało też
osobne Ministerstwo Spraw Wojskowych. Te kompetencje należały do
pruskiego Ministerstwa Wojny oraz pruskiego Sztabu
Generalnego13.
To państwo Hohenzollernów aż do wybuchu pierwszej wojny światowej było
zasadniczym spoiwem Rzeszy Niemieckiej zarówno w sensie ustrojowym
(dominująca pozycja Prus w izbie wyższej -?Bundesracie, król Prus jako
dożywotni przewodniczący Prezydium Rzeszy, premier Prus zwyczajowo
pełniący urząd kanclerza), jak i pod względem demograficznym oraz
terytorialnym (por. wyżej). Pruski partykularyzm ujęty w misterny system
konstytucyjny wykoncypowany na drodze żmudnych rokowań z innymi
państwami niemieckimi przez Bismarcka -?oto zasadniczy filar cesarskiej
Rzeszy Niemieckiej14.
Państwo niemieckie w latach 1871-1918 było "niepełną
demokracją"15. W wyborach do Reichstagu obowiązywało
powszechne, niecenzusowe prawo wyborcze (podobnie jak w całej Europie -
tylko dla mężczyzn), ale rząd nie był wyłaniany przez większość
parlamentarną. Kanclerz był mianowany przez cesarza i przed cesarzem był
odpowiedzialny. Jednak parlament zachował znaczący wpływ na rządzenie
poprzez przysługujące mu prawo uchwalania budżetu państwa.
Wielka Wojna wymusiła stopniowe zwiększanie kompetencji rządu
centralnego16. Rewolucja, która wybuchła w Niemczech w listopadzie 1918 r., kończąc trwającą kilkaset lat historię takich domów
panujących, jak Hohenzollernowie, Wittelsbachowie czy Wettynowie,
usunęła kolejny, zasadniczy element wewnątrzniemieckich odrębności.
Kropkę nad i, zamykając kolejny etap jednoczenia Niemiec, postawiła w 1919 r. konstytucja republikańskiej Rzeszy Niemieckiej (Republiki
Weimarskiej). Powstał ostatecznie centralny rząd niemiecki dysponujący
suwerennością podatkową (znikają "opłaty matrykularne"), własną policją
i własnym Ministerstwem Spraw Wojskowych (chociaż zarządzającym znacznie
okrojoną przez postanowienia traktatu wersalskiego armią). Pojawił się
minister spraw zagranicznych Rzeszy. Prusy jako odrębne państwo nie
zniknęły. Po raz pierwszy (i ostatni) w swojej historii stały się jednak
republiką, i to o charakterze demokracji parlamentarnej typu zachodniego
(podobnie jak cała Rzesza). Chociaż ciągle dominowały demograficznie i terytorialnie nad innymi częściami składowymi Rzeszy, to jednak trwale
zostały pozbawione swojej pozycji hegemonialnej (w sensie
ustrojowym)17. Niemcy przegrały wojnę światową, ale weszły na
drogę w kierunku państwa unitarnego.
Rzesza Niemiecka z czerwca 1914 r. i Rzesza Niemiecka z czerwca 1919 r.
to zasadniczo odrębne rzeczywistości ustrojowe. Cesarskie Niemcy i Republika Weimarska to również dwie odmienne kultury polityczne,
poszukujące swojej legitymizacji wewnętrznej z odmiennych źródeł.
Również w tym aspekcie lata Wielkiej Wojny były katalizatorem poważnych
przemian. Zanim rewolucja pozbawi jesienią 1918 r. niemieckie dynastie
ich tronów, doprowadzając do tego, że niemożliwe stało się faktem (do
1918 r. niemożliwa wydawała się historia Prus bez Hohenzollernów czy
Bawarii bez Wittelsbachów), w zetknięciu z potęgą wojennych wydarzeń
monarchiczna legitymizacja wewnętrzna szybko uległa erozji. Najwyraźniej
proces ten ujawnił się w największym państwie niemieckim -?Prusach. Po
1914 r. nad Sprewą autorytet, a co ważniejsze -?emocje społeczne -?nie
wzbudza już osoba cesarza niemieckiego i króla Prus Wilhel-ma II (z pewnością nie pomagało groteskowe zachowanie ostatniego Hohenzollerna na
pruskim tronie), ale postać feldmarszałka Paula von Hindenburga,
powszechnie szanowanego jako "zbawca niemieckiego Wschodu"18.
"Żelazny Hindenburg", zwycięzca spod Tannenberga (wiktoria szybko
nazwana w propagandzie niemieckiej "rewanżem za Grunwald"), ogniskował
nadzieje coraz silniejsze, im dłużej trwała wojna. Wielu przedstawicieli
niemieckiego korpusu oficerskiego, którzy nie chcieli już służyć królowi
(cesarzowi), oczekiwało na przyjście silnego przywódcy (Führer),
niekoniecznie wywodzącego się z panującej dynastii19.
Idee mają konsekwencje. Potwierdzeniem prawdziwości tej uniwersalnej
zasady była historia Niemiec na początku XX w. Kraj myślicieli i filozofów stał się krajem idei. Najpierw pojawiły się "idee 1914 r.",
czyli dokonywana w latach 1914-1918 przez przedstawicieli niemieckiego
życia kulturalnego interpretacja Wielkiej Wojny jako wielkiego
Kulturkampfu, tym razem toczonego nie przeciw wrogom wewnętrznym Rzeszy,
ale przeciw wrogim niemieckiej kulturze (czytaj: kulturze jako takiej),
"galijskiej lekkomyślności" (Francja), "zmaterializowanemu, perfidnemu
Albionowi" (Wielka Brytania) oraz "słowiańskiemu barbarzyństwu" (Rosja).
Niemcy, jak pisali propagatorzy tak rozumianych "idei 1914 r.", znalazły
się w okrążeniu (Einkreisung) nie tylko na skutek nieszczęśliwej
konstelacji geopolitycznej wymuszającej na Rzeszy toczenie wojny na
dwóch frontach. Tych frontów w sensie kulturowym było więcej20.
Niemiecka Kultur jest czymś odrębnym, w znaczeniu jak najbardziej
pozytywnym, od civilisation. Wszystko co niemieckie (nawet militaryzm,
który nad Łabą ale już nie nad Sekwaną czy Tamizą, ma wartość moralną)
miało być lepsze od tego, co jest na wschód i na zachód od granic
Niemiec -?przekonywali twórcy "idei 1914 r."21. Tak rozumiany
nacjonalizm kulturowy oparty na prądach nacjonalistycznych dochodzących
do głosu w Niemczech już przed 1914 r. w połączeniu z erozją
dotychczasowych źródeł legitymizacyjnych był zjawiskiem, które
przetrwało upadek cesarskiej Rzeszy i stało się czynnikiem wywierającym
przemożny wpływ na kształtującą się po listopadzie 1918 r. kulturę
polityczną republikańskich i demokratycznych Niemiec.
Ta ostatnia w dużej mierze została ukształtowana przez inny zestaw
poglądów, uprzedzeń i mistyfikacji, które przeszły do historii Niemiec
jako "idee 1919 r.". W tym przypadku chodziło o zasadniczy sprzeciw
całej niemieckiej sceny politycznej oraz zdecydowanej większości
niemieckiej opinii publicznej wobec postanowień paryskiej konferencji
pokojowej (styczeń-czerwiec 1919 r.), które ostatecznie zostały zapisane
w podpisanym 28 czerwca 1919 r. traktacie wersalskim. Sprzeciw ten
jednoczył tak bardzo sfragmentaryzowaną niemiecką scenę polityczną, że
nawet dzisiaj niektórzy badacze mówią o zaistnieniu od jesieni 1918 r. w pokonanych Niemczech "wewnętrznego Kulturkampfu". Różniący się między
sobą w wielu sprawach niemieccy konserwatyści (DNVP), liberałowie (DDP,
DVP), katolickie Centrum, socjaldemokraci i komuniści zgadzali się w jednym -?traktat wersalski nie może być pod żadnym pozorem zaakceptowany
przez jakiegokolwiek "uczciwego Niemca"22.
Z punktu widzenia tematu tej książki na podkreślenie zasługuje fakt, że
jedną z najważniejszych lekcji, jaką niemieckie elity polityczne oraz
intelektualne wyniosły z lat pierwszej wojny światowej, było
przeświadczenie, że do najpoważniejszych zaniedbań cesarskiej Rzeszy,
błędów, które kosztowały Niemcy ostateczną klęskę militarną w 1918 r.,
było zlekceważenie sfery propagandy. Tego błędu -?jak podkreślali po
1918 r. publicyści wszystkich kierunków -?nie popełnili w latach
1914-1918 wrogowie Rzeszy i dzięki temu ich wysiłek wojenny miał
zdecydowanie większe szanse na osiągnięcie końcowego sukcesu23.
Rozwój i różnorodność -?w sensie organizacyjnym i tematycznym -
przedsięwzięć propagandowych Republiki Weimarskiej wymierzonych w Polskę
świadczył, że tę lekcję Wielkiej Wojny niemieckie elity wzięły sobie
głęboko do serca.
To prawda, że po 1918 r. doszło do zmiany politycznego mainstreamu w Rzeszy Niemieckiej. Ten sprzed Wielkiej Wojny, złożony z różnych odłamów
niemieckiego (pruskiego) konserwatyzmu oraz narodowego liberalizmu,
został zastąpiony przez "koalicję weimarską", której trzon stanowiły
ugrupowania objęte w wilhelmińskiej Rzeszy tzw. negatywną integracją
(H.U. Wehler) -?socjaldemokraci oraz katolickie Centrum24.
Jednak zarówno stary, jak i nowy główny nurt niemieckiego życia
politycznego zgadzał się w jednej zasadniczej kwestii -?programowym
odrzuceniu traktatu wersalskiego. W 1919 r., począwszy od maja, gdy
delegacji niemieckiej przedstawiono ustalenia obradującej w stolicy
Francji konferencji pokojowej, doszło w Niemczech do polityzacji takich
pojęć, jak "godność" i "honor narodowy". Ogólnoniemiecki sprzeciw wobec
postanowień traktatu pokojowego angażował więc nie tylko polityczny
rozum (kalkulacja strat politycznych, terytorialnych i gospodarczych),
ale również -?a właściwie przede wszystkim -?emocje.
Te ostatnie z całą mocą ujawniły się po 7 maja 1919 r. (przedstawienie
Niemcom przez zwycięskie mocarstwa warunków zakończenia wojny), gdy
przez całą Rzeszę Niemiecką przetoczyła się fala oburzenia i protestów
przeciw "pokojowi przemocy" (Gewaltfrieden). Mówiono o "helotyzacji
Niemiec"25. W ogólnokrajową kampanię pod szyldem "Lepiej być
martwym niż niewolnikiem" (Lieber tot als Sklav!) zaangażowali się
przedstawiciele wszystkich najważniejszych kierunków politycznych w Niemczech, od prawa do lewa. "Kraina marzeń z okresu rozejmowego" (E.
Troeltsch), gdy powszechnie nad Renem i Sprewą wyrażano nadzieje, że
wilsonowska zasada "samostanowienia narodów" oznaczać będzie utrzymanie
terytorialnego status quo sprzed 1914 r., bezpowrotnie odchodziła w przeszłość26. Woodrow Wilson -?ostatnia nadzieja wielu
Niemców na "pokój na remis" -?stał się z dnia na dzień
"szarlatanem"27. Theodor Wolff, jeden z najważniejszych
reprezentantów lewicowo-liberalnego dziennikarstwa, pisał o "tak zwanym
prawie narodów do samostanowienia" jako o "żałosnych resztkach
upadłościowej masy Wilsona"28. O "jawnym złamaniu słowa" przez
amerykańskiego prezydenta pisał z kolei inny przedstawiciel lewego
skrzydła niemieckiego liberalizmu Theodor Heuss (w 1918 r. jeden z założycieli Niemieckiej Partii Demokratycznej, a w przyszłości prezydent
Republiki Federalnej Niemiec)29.
Gwałtowność tych protestów w dużym stopniu uwarunkowana była
"rozemocjonowaniem" niemieckiej polityki, wspomnianym "nowym
Kulturkampfem", którego stawką było osiągnięcie wewnętrznej
legitymizacji przez kształtujący się po 9 listopada 1918 r. nowy ład
polityczny. Nikt nie chciał być przypisany do obozu "zdrady i winy",
dlatego skala protestów przetaczających się przez Niemcy po 7 maja 1919
r. była tak powszechna. Przeciw alianckiemu "dyktatowi" nie tylko
protestowali ci, którzy od samego początku zarzucali niemieckiej
republice, że "poczęła się w zdradzie".
Bardzo wymowna była pod tym względem reakcja socjaldemokratycznego
prezydenta Rzeszy Niemieckiej Friedricha Eberta, który komentując
przedstawione 7 maja 1919 r. alianckie warunki pokojowe, stwierdził, że
"z tego narzuconego w ten sposób pokoju musi wyrosnąć nowa nienawiść
między narodami"30. Również wywodzący się z SPD premier Rzeszy
(Reichsministerpräsident) Phillip Scheidemann 12 maja 1919 r. w czasie
specjalnej sesji niemieckiego Zgromadzenia Narodowego pytał retorycznie:
"Jakaż ręka nie uschłaby, która nałożyłaby na nas takie
kajdany?"31.
Nad tak sformułowanymi "ideami 1919 r." pracowali również reprezentanci
niemieckich elit intelektualnych o różnych sympatiach politycznych.
Sprzeciw wobec warunków podyktowanych przez aliantów wyrażał zarówno
Thomas Mann, dostrzegając w nich "sadystyczną infamię przenikniętą
zamysłem pohańbienia Niemiec na zawsze, a nawet pozbawienia ich pamięci
o swojej chwale", jak i Kurt Tucholsky, który mówił o "pokoju niosącym
zniszczenie" (Vernichtungsfrieden)32.
Niezwykle wymownym faktem, świadczącym o powszechnej skali odrzucenia
przedstawionych przez aliantów warunków pokoju, było ich oprotestowanie
przez przywódców niemieckiego ruchu pacyfistycznego (aktywnych już przed
1914 r.). Jeden z jego najwybitniejszych przedstawicieli Ludwig Quidde,
przemawiając 12 maja 1919 r. w auli berlińskiego uniwersytetu,
deklarował: "My, międzynarodowi pacyfiści, bardziej niż ktokolwiek inni
mamy powód, aby z całą ostrością występować przeciw tym warunkom pokoju.
[...] Warunki, które nam przedstawiono, są drwiną z pokoju opartego na
pojednaniu między narodami, który został nam obiecany. Dlatego: Nie, nie
i jeszcze raz nie!"33.
Dwie kwestie budziły największy sprzeciw wszystkich niemieckich partii
politycznych oraz szerokich kręgów niemieckiej opinii publicznej: tzw.
paragraf winy (paragraf 231 traktatu wersalskiego obarczający Niemcy
wyłączną winą za wybuch Wielkiej Wojny) oraz ustalenia dotyczące
przebiegu granicy polsko-niemieckiej. Jednak już teraz należy
podkreślić, że w odniesieniu do tej drugiej kwestii chodziło o sprzeciw
(ugrupowań politycznych i niemieckiej opinii publicznej) wobec faktu
odrodzenia się niepodległego państwa polskiego.
Na gwałtowność i długotrwałość niemieckich protestów (mających charakter
zjawiska społecznego) wobec traktatu wersalskiego w dużym stopniu
wpływał fakt, że Niemcy po pierwszej wojnie światowej w odróżnieniu od
sytuacji po 1945 r. nie odczuły bezpośrednio i boleśnie skutków
przegranej wojny. Niemcy w 1918 r. nie tylko nie stały się krajem
okupowanym, ale jeszcze na parę miesięcy przed zawarciem rozejmu w Compiegne (11 listopada 1918 r.) były w stanie na froncie zachodnim
ostrzeliwać Paryż, a na froncie wschodnim przesunąć swoje wojska na Krym
i na linię Kaukazu. Nawet w dowództwie alianckim nie żywiono nadziei na
rychłe zakończenie wojny z pomyślnym dla ententy wynikiem34.
W tej sytuacji załamanie się jesienią 1918 r. frontu niemieckiego na
zachodzie było dla milionów "zwykłych" Niemców gromem z jasnego nieba.
Było czymś niewytłumaczalnym w obliczu nie tak dawnych sukcesów
militarnych (jak wierzono) na froncie wschodnim i zachodnim. Coś tak
niewyobrażalnego wymagało wyjaśnienia, nazwania. Krótko po Compiegne, a zwłaszcza po pierwszej informacji o "alianckim dyktacie" w maju 1919 r.,
powszechnie interpretuje się w Niemczech załamanie cesarskiej Rzeszy
jako "ukradzione zwycięstwo". Taka interpretacja wydarzeń, które
doprowadziły do rozejmu w Compiegne, a ostatecznie do wersalskiego
upokorzenia, wspomagana była przez zyskujące na popularności legendy o "armii niemieckiej niepokonanej w polu", która uległa dopiero
"zdradzieckiemu ciosowi zadanemu w plecy"35.
Należy podkreślić, że ten sposób oswajania klęski nie był bynajmniej
specjalnością jakichś wąskich kręgów skrajnie nacjonalistycznych
(volkistowskich) skupionych wokół takich postaci, jak były generalny
kwatermistrz armii niemieckiej Erich Ludendorff. Ulegali mu politycy
tworzący polityczny establishment nowej, republikańskiej Rzeszy
Niemieckiej. Dość wspomnieć w tym kontekście postać Friedricha Eberta,
pierwszego socjaldemokratycznego prezydenta republikańskich Niemiec, czy
komentarze ukazujące się w prasie katolickiej partii Centrum36.
Swoją wersję legendy o "nożu wbitym w plecy" mieli również niemieccy
komuniści, którzy za upadek rewolucji w Niemczech w 1919 r. obwiniali
"zdradę socjaldemokracji".
Dominujące od 1919 r. nastroje społeczne w Niemczech usprawiedliwiają w pełni tezę, że dla milionów Niemców po listopadzie 1918 r. wojna się nie
zakończyła37. W głowach wielu z nich trwała ona nadal (także
tych -?rosnących w siłę -?którzy liczyli na rewolucyjną "dogrywkę"). Nad
Sprewą w pierwszych latach Republiki Weimarskiej "toczono debaty nie
"czy", ale "jak" należy prowadzić następną wojnę" (U.
Herbert)38. Niemcy, obywatele republikańskiej Rzeszy Niemieckiej
oraz reprezentanci dawnych i nowych elit politycznych, od 1919 r. żyli
nie tyle w traumie klęski, ile w traumie ukradzionego zwycięstwa, które
na skutek zdradzieckich machinacji wrogów wewnętrznych i zewnętrznych w ostatniej chwili wymknęło się z rąk narodu, któremu -?jak z kolei
przekonywali twórcy "idei 1914 r." -?to zwycięstwo po prostu się
należało z racji na moralną i kulturalną wyższość nad otaczającym
światem.
Takie nastroje społeczne stanowiły dogodny grunt dla rozwoju w republikańskiej Rzeszy Niemieckiej zjawiska antypolonizmu rozumianego
jako skrajna niechęć, by nie powiedzieć nienawiść, wobec faktu ponownego
zaistnienia niepodległego państwa polskiego na mapie Europy oraz jako
pogarda wobec narodu polskiego, jego tradycji historycznej i kultury.
Niepodległa Polska była bowiem ilustracją "niesprawiedliwości" traktatu
wersalskiego, depczącego "honor i godność narodu niemieckiego", ale i pośrednim zaprzeczeniem głównej myśli tkwiącej za "ideami 1914 r.",
czyli przeświadczenia o kulturowej wyższości Niemiec wobec wszystkich
narodów europejskich, a zwłaszcza wobec tego, który od XVIII w. był
określany w niemieckiej (pruskiej) kulturze politycznej jako "ostatni
naród w Europie".
Podobnie jak w przypadku militarnej klęski Niemiec jesienią 1918 r.
również powstanie niepodległej Polski odbierane było w Rzeszy jako
dramatycznie niemiłe zaskoczenie. Parę lat wcześniej, w 1914 r., sprawa
polska nie istniała jako kwestia absorbująca niemieckie elity
polityczne, nie mówiąc o niemieckiej opinii publicznej. Ostatnie lata
przed wybuchem pierwszej wojny światowej były czasem zaostrzania
antypolskiego kursu w państwie Hohenzollernów, czego wyrazem stały się
obowiązujące od 1908 r. "ustawy kagańcowe" (znacznie ograniczające
możliwość posługiwania się językiem polskim w przestrzeni publicznej)
oraz uchwalone rok wcześniej prawo przewidujące możliwość przymusowego
wywłaszczania przez pruską Komisję Kolonizacyjną polskiej własności
ziemskiej w zaborze pruskim (Enteignungsgesetz)39.
Na początku XX w. niemieckie elity polityczne w coraz większym stopniu
zaabsorbowane były nie kwestią polską, ale "rosyjskim
zagrożeniem"40. Co charakterystyczne, rosnąca świadomość
zagrożenia płynącego ze strony rosyjskiego imperium nikogo w Berlinie
nie skłaniała do podjęcia refleksji nad ewentualnym wykorzystaniem
"karty polskiej" w zbliżającej się rozgrywce z Rosją. Aż do wybuchu
"sierpniowych salw" w 1914 r. obowiązywał bismarckowski paradygmat
utrzymywania jak najdłużej możliwie dobrych relacji z Rosją, których
najpewniejszym spoiwem miała być prowadzona wspólnie z imperium
Romanowów polityka zmierzająca do utrzymania rozbiorowego status quo
na ziemiach polskich.
W sierpniu 1914 r. ziścił się najczarniejszy, według Bismarcka,
scenariusz. Wybuchła wojna niemiecko-rosyjska. Zwycięstwa niemieckiego
oręża na froncie wschodnim, zwłaszcza wiosną i latem 1915 r.,
doprowadziły do opanowania przez mocarstwa centralne zdecydowanej
większości ziem dawnej Rzeczypospolitej. Skutki tych zwycięstw były
zaskoczeniem dla niemieckich elit politycznych, które wchodziły do
Wielkiej Wojny bez żadnego scenariusza w sprawie polskiej41.
Prowadzona przez nie polityka w sprawie polskiej była więc aż do 1916 r.
wypadkową wielu konkurujących ze sobą koncepcji mających wszelkie
znamiona improwizacji.
Początkowo władze Rzeszy Niemieckiej liczyły na możliwość zawarcia
separatystycznego pokoju z carską Rosją. Kosztem "korekt granicznych na
korzyść Niemiec" chciano skłonić Petersburg do zawarcia porozumienia na
gruncie wypróbowanym od XVIII w., czyli utrzymania rozbiorowego status
quo na ziemiach polskich. Na początku 1916 r. car Mikołaj II
ostatecznie odrzucił te oferty Berlina. Decyzja Rosji zapadła w radykalnie zmienionej sytuacji polityczno-wojskowej powstałej przez
udaną ofensywę państw centralnych na froncie wschodnim wiosną i latem
1915 r., dzięki której pod ich władzą znalazła się znakomita większość
ziem dawnej Rzeczypospolitej (pod koniec 1915 r. front ustabilizował się
na linii Dźwiny, Polesia i Wołynia).
W tym samym czasie zaczął zyskiwać na znaczeniu w polityce niemieckiej
inny kierunek, zmierzający do "zorganizowania" przez Rzeszę Niemiecką
Europy Środkowej. Gdy przywództwo niemieckie żywiło jeszcze nadzieję na
zawarcie modus vivendi z Rosją, dojrzewała zupełnie inna strategia.
Już we wrześniu 1914 r. kanclerz Theobald von Bethmann Hollweg
zapowiedział utworzenie pod egidą Niemiec Związku Środkowoeuropejskiego
obejmującego obszar od Morza Północnego i Bałtyckiego po Adriatyk oraz
Morze Czarne42. Niemieckie ambicje "zorganizowania" Europy
Środkowej najpełniej znalazły wyraz w koncepcji Mitteleuropy, której
pierwszy zarys znalazł się w głośnej książce Friedricha Naumanna
Mitteleuropa opublikowanej w 1915 r.43 W krótkim czasie stała się
ona bestsellerem i najchętniej czytaną książką (po Gedanken und
Erinnerungen Bismarcka) w ostatnich latach wilhelmińskiej
Rzeszy44.
Naumann -?z wykształcenia pastor ewangelicki, deputowany do Reichstagu,
związany z niszowym środowiskiem socjalno-liberalnym -?wychodził z założenia, że pierwsza wojna światowa doprowadziła do ukształtowania się
"nowego, środkowoeuropejskiego typu człowieka". Potrzebował on przede
wszystkim wzorca kulturowego, matrycy, która miała być zasadniczym
spoiwem dla całej Mitteleuropy. Źródłem tego wzorca -?podkreślał
Naumann -?miała być niemiecka kultura, a konkretnie: niemiecka filozofia
idealistyczna45.
Sposób rozumowania zaprezentowany na kartach tej bestsellerowej rozprawy
wskazywał, że autor widział niemiecką dominację polityczną i gospodarczą
(deutsche Wirtschaftskonfession) między Bałtykiem, Adriatykiem a Morzem Czarnym jako konsekwencję niemieckiej dominacji w najważniejszej
sferze -?kulturze. Naumann podkreślał, że nie będzie szansy na
stworzenie Mitteleuropy jako równorzędnego partnera dla Rosji oraz
imperium brytyjskiego, jeśli niemieckie elity polityczne nie porzucą
twardego germanizacyjnego kursu wobec Polaków46.
Polityka monarchii Hohenzollernów wobec zaboru pruskie-go -?podkreślał
Naumann -?"przyniosła co prawda pod względem gospodarczym wiele dobrych
rzeczy, jednak nie znalazła drogi do duszy polskiej
ludności"47. Przede wszystkim dlatego, iż w Berlinie przeoczono
jeden, najważniejszy fakt, że Polacy są osobnym narodem o skrystalizowanej pod względem kulturowym własnej tożsamości narodowej.
Szczególnie wyraźnie widać to było -?jak podkreślał Naumann -?na
przykładzie realizowanej przez rząd pruski polityki germanizowania
szkolnictwa:
Za pomocą tych wszystkich prowadzonych w języku niemieckim zajęć
szkolnych czyni się z nich [Polaków -?G.K.] użytecznych i przydatnych
na rynku pracy dwujęzykowców, ale nie Niemców. Polak pozostaje Polakiem,
bardzo często nawet wtedy, gdy przenosi się do Berlina lub do
Westfalii48.
W podporządkowanej sobie Europie Środkowej, jak można wnioskować po
lekturze książki Naumanna, Niemcy miały dominować nie za pomocą
brutalnej polityki asymilacyjnej a la Bismarck, ale poprzez kulturę. W tym sensie można mówić o tym, że koncepcja Naumanna wyprzedzała swoje
czasy.
W oficjalnych (jawnych i tajnych) dokumentach niemieckiej dyplomacji z czasów pierwszej wojny światowej nie ma wprost nawiązań do koncepcji
Mitteleuropy. Jednak logika działań politycznych podejmowanych przez
państwo niemieckie w Europie Środkowej wskazywała, że Berlin po upadku
planów separatystycznego pokoju z Rosją (oferta została ostatecznie
odrzucona przez cara Mikołaja II na początku 1916 r.) zdecydował się na
realizację polityki w myśl koncepcji Naumanna -?nie germanizacja, ale
wpływ i kontrola miały być najważniejszymi narzędziami utrwalania
niemieckich wpływów w tej części Starego Kontynentu. W ten sposób można
interpretować model niemieckiej polityki okupacyjnej w Królestwie
Polskim w latach 1915-1918. Zgodnie z wytycznymi otrzymanymi od
kanclerza T. Bethmanna Hollwega rezydujący w Warszawie
generał-gubernator Hans von Beseler starał się "zewnętrznie i wewnętrznie oderwać Polaków od Rosji". Temu służyło otwarcie w Warszawie
w 1915 r. polskich uczelni (uniwersytetu oraz politechniki), zezwolenie
na stopniową polonizację administracji oraz sądownictwa49.
Należy jednak podkreślić, że nie oznaczało to gotowości władz
niemieckich (centralnych w Berlinie i okupacyjnych w Warszawie) do
przyznania Polakom rzeczywistej suwerenności. Bardzo dużo pod tym
względem mówi sposób rozumowania generała Hansa von Beselera, który od
1915 r. jako zwierzchnik niemieckiej administracji okupacyjnej w Generalnym Gubernatorstwie Warszawskim był gorącym orędownikiem
realizacji nad Wisłą strategii Mitteleuropy. Jednak w sierpniu 1917 r.
zapewniał przywódcę jednej z frakcji parlamentarnych w pruskim Landtagu:
"Jak najbardziej zdecydowanie należy odrzucić myśl nadania Polsce
nolens volens pełnej niepodległości i tym samym wolności
handlu"50. Podczas odbytej parę miesięcy później narady w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Rzeszy generał Beseler podkreślał, że
w żadnym wypadku -?nawet w razie utworzenia ściśle związanego
politycznymi i gospodarczymi więzami z Niemcami Królestwa Polskiego -
"Polska nie może otrzymać portu nad Bałtykiem", co najwyżej można by
było zaoferować Polakom "swobodny związek z morzem" (eine freie
Verbindung zum Meer) poprzez bliżej niesprecyzowane ułatwienia
celne51.
Sprawa polska była dla warszawskiego generała-gubernatora "sprawą
uboczną" i "środkiem do celu" -?jak przyznawał na parę dni przed
ogłoszeniem Aktu Dwóch Cesarzy z 5 listopada 1916 r. "Nie mam Polakom
nic do zaoferowania, mam jednak ich zaufanie i sądzę, że znalazłem
jedyny sposób, by ich wykorzystać dla naszych celów, nie mówię
"pozyskać"" -?zwierzał się 2 listopada 1916 r. w liście do generała
Bernhardiego52. W podobny sposób zwierzchnik niemieckiej
administracji okupacyjnej wypowiadał się również w swojej oficjalnej
korespondencji ze zwierzchnikami w Berlinie. W przesłanym w styczniu
1916 r. do Kancelarii Rzeszy raporcie o politycznej sytuacji w Generalnym Gubernatorstwie Beseler stwierdzał: "Nie po to podbiliśmy
Polskę [czytaj: obszar byłej Kongresówki -?G.K.], aby ją wyzwalać, ale
po to, aby chronić wschodnią część Europy Środkowej, zwłaszcza Niemcy,
od strony Rosji"53.
Pod tym względem szef niemieckiej administracji okupacyjnej nad Wisłą
całkowicie zgadzał się z rządem Prus, z którym przecież niejednokrotnie
spierał się odnośnie do "zbyt propolskiej" (jak twierdzili pruscy
ministrowie) polityki Berlina, której kulminacją było opublikowanie Aktu
Dwóch Cesarzy 5 listopada 1916 r., zapowiadającego utworzenie Królestwa
Polskiego o niesprecyzowanym zasięgu terytorialnym, ale za to złączonym
"wieczystym sojuszem" (czytaj: stale podporządkowanym) z Niemcami i Austro-Węgrami.
Zdominowany przez ugrupowania konserwatywne rząd pruski bez entuzjazmu
poparł kurs polityczny obrany przez kierownictwo Rzeszy Niemieckiej,
którego rezultatem był Akt 5 listopada 1916 r.54 W pruskim
Staatsministerium głównym reprezentantem sceptycznego wobec "zbyt daleko
idących koncesji dla Polaków" stanowiska był Friedrich von Loebell -
minister spraw wewnętrznych. Parę dni po spotkaniu z generałem
Beselerem, który specjalnie przybył do Belina, by rozwiać obawy pruskich
ministrów wobec nachodzącego "otwarcia" w sprawie polskiej, w korespondencji z sekretarzem stanu w MSZ G. Jagowem zaznaczał, że w programie politycznym przedstawionym przez warszawskiego generalnego
gubernatora zasadniczo "brakuje trwałych, realnych gwarancji
zabezpieczenia niemieckich interesów [na wschodzie -?G.K.]", i dodawał: "podobnie jak wcześniej upatruję w wolnej Polsce poważne
niebezpieczeństwo dla Niemiec"55.
Taka konstatacja aż do zakończenia pierwszej wojny światowej dominowała
wśród członków pruskiego rządu. Po 5 listopada 1916 r. w korespondencji
pruskich ministrów z najwyższymi przedstawicielami władz Rzeszy
regularnie pojawiają się przestrogi przed "rozwojem sytuacji w Polsce"
(czytaj: na obszarze warszawskiego Generalnego Gubernatorstwa) z powodu
"zalewającej je, a dla nas [Niemców -?G.K.] niebezpiecznej
radykalno-polskiej agitacji prowadzonej z Galicji", przed zmianą
polityki Berlina w zaborze pruskim (co należy odrzucić "zarówno z punktu
widzenia pruskich, jak i niemieckich interesów") i wezwania do dokonania
aneksji w "pasie granicznym" do Warty i do linii Bug-Narew-Bóbr oraz do
"wspierania niemczyzny w Marchii Wschodniej"56.
Pruskie władze obawiały się ponadto, że "zbyt daleko idące" koncesje dla
Polaków w warszawskim Generalnym Gubernatorstwie będą miały "fatalny"
wpływ na wewnętrzną politykę w Prusach i w całej Rzeszy Niemieckiej.
Inkryminowano w tym kontekście plany niemieckich władz okupacyjnych
"zbytnio rozciągniętych" praw wyborczych w kontekście zamierzonego
powołania reprezentacji politycznej w przyszłym Królestwie Polskim.
Uwagi tego typu czyniono w kontekście nasilającej się debaty na temat
reformy prawa wyborczego w Prusach (tj. odejścia od cenzusowego prawa z 1849 r.)57.
Na terytoriach zarządzanych w latach 1915-1918 przez administrację
Ober-Ost (najwyższe dowództwo niemieckiego frontu wschodniego),
obejmującą ziemie litewsko-białoruskie dawnej Rzeczypospolitej oraz
Podlasie, pod faktycznym kierownictwem Ericha Ludendorffa powstała
"niemiecka kolonia militarna" (V. Liulevicius), de facto wyjęta spod
kontroli politycznej rządu Rzeszy i ukierunkowana na maksymalną
eksploatację gospodarczą okupowanych ziem58.
Urzędujący w Warszawie generał Beseler w prywatnej korespondencji zżymał
się, że dowództwo Ober-Ost, realizując własny model polityki
okupacyjnej, udowadnia, iż stojący na jej czele Hindenburg i Ludendorff
charakteryzują się "mentalnością kadeta"59. Warszawski
generał-gubernator nawiązywał w ten sposób do bezwzględnej eksploatacji
gospodarczej (jej częścią był na przykład masowy wyrąb Puszczy
Białowieskiej) oraz idącego z nią w parze systemu reglamentacji i restrykcji odnoszących się do niemal wszystkich aspektów życia
codziennego ludzi żyjących pod zarządem Ober-Ost. Kontrolowano wszystko,
począwszy od produkcji rolnej i drzewnej, po liczbę rowerów na
gospodarstwo60.
Ludendorff prowadził na zarządzanym przez siebie terenie klasyczną
politykę imperialną w myśl zasady "dziel i rządź". Jej wyrazem była
polityka szkolna prowadzona na obszarze okupacji Ober-Ost, która
polegała na faworyzowaniu przez niemieckie władze okupacyjne rozwoju
szkolnictwa litewskiego i białoruskiego oraz nakładaniu w tym samym
czasie restrykcji na szkolnictwo polskie61. Podejmując takie
kroki, Ludendorff miał świadomość, że największym zagrożeniem dla
trwałości niemieckich wpływów na obszarach zarządzanych przez Ober-Ost
jest żywotność i atrakcyjność polskiej kultury na ziemiach
litewsko-białoruskich dawnej Rzeczypospolitej. Był przekonany, że
"mieszana narodowościowo ludność sama z siebie nie tworzy żadnej
kultury. Pozostawiona sama sobie, ulega polskości"62.
Ludendorff jako faktyczny kierownik niemieckiej polityki okupacyjnej na
obszarze podległym Ober-Ost traktował swoją pracę jako istotny element
tego, co wśród niemieckich elit politycznych oraz intelektualnych
nazywano na początku XX w. "niemiecką pracą kulturową na Wschodzie"
(deutsche Kulturarbeit im Osten). Według Ludendorffa "praca
cywilizacyjna" wykonywana przez administrację okupacyjną Ober-Ost "była
z korzyścią dla armii, dla Niemiec, jak również dla kraju
[okupowanego] oraz jego mieszkańców"63. Należy się zgodzić
ze współczesnym badaczem historii Niemiec w okresie Wielkiej Wojny, że
"Ober-Ost był obszarem testowym dla nowej formy jeszcze bardziej
totalnej mobilizacji. To tutaj przyszły pierwszy generalny kwatermistrz
[Ludendorff] rozwijał i wcielał w życie swoją ideę scentralizowanego
wysiłku wojennego zarządzanego na rozkaz"64.
Pod koniec pierwszej wojny światowej coraz wyraźniej w niemieckiej
polityce wobec Europy Środkowej zarysowała się odmienna od
Mitteleuropy koncepcja, czyli plan zbudowania przez Rzeszę Niemiecką
"wschodniego imperium" (Ostimperium)65. Nabrał on realnych
kształtów po destabilizacji imperium rosyjskiego w wyniku wstrząsów
rewolucyjnych, które wydarzyły się w 1917 r. (rewolucja lutowa, a następnie przewrót bolszewic-ki). W sprokurowaniu tego ostatniego
kluczową rolę odegrało finansowe oraz logistyczne wsparcie dla
bolszewików rządu niemieckiego (por. słynny zaplombowany wagon, którym w 1917 r. podróżował ze Szwajcarii przez Niemcy do Finlandii Lenin wraz z najbliższymi współpracownikami). Po raz pierwszy tak wyraźnie, ale
niestety nie po raz ostatni, okazało się, że w niemieckiej polityce
wzgląd na wąsko pojęte, egoistycznie formułowane interesy polityczne i gospodarcze Berlina brał górę nad żywotnymi interesami Europy Środkowej.
W ten sposób bowiem należy oceniać współudział Rzeszy Niemieckiej w powstaniu i przetrwaniu w latach 1917-1918 pierwszego totalitarnego
państwa -?Rosji bolszewickiej.
Zawarty przez Niemcy w Brześciu nad Bugiem w marcu 1918 r. "pokój
kartagiński" z rządem Lenina był zasadniczym krokiem na drodze do
powstania w Europie Środkowej niemieckiego "imperium
wschodniego"66. Bolszewicka Rosja zgadzała się na oddanie
pod kontrolę Rzeszy oraz jej sojuszników niemal jednej trzeciej swojej
europejskiej części i znacznej części przemysłu. Planowane w Berlinie
Ostimperium miało, z jednej strony, czerpać siły z bezpośrednich
aneksji terytorialnych dokonywanych przez Niemcy ("pas graniczny" w okupowanym Królestwie Polskim, Kurlandia) oraz z kontrolowania nowych
terytoriów w ramach zmodyfikowanej koncepcji Mitteleuropy (Litwa oraz
obszar nazywany przez polityków niemieckich Polską), w której imperialny
hegemon miał utrwalać swoją dominację również za pomocą starej zasady
divide et impera. Ten ostatni aspekt hegemonialnej polityki Niemiec w Europie Środkowej w latach Wielkiej Wojny był stałą praktyką na
obszarach administrowanych przez Ober-Ost, gdzie niemieckie władze
okupacyjne regularnie inicjowały konflikty między Polakami a Litwinami i Białorusinami (m.in. w polityce szkolnej).
Jak miała wyglądać przyszłość Polski i całej Europy Środkowej w ramach
niemieckiego Ostimperium, dobrze oddawały słowa Harry'ego hr. Kesslera
(pierwszego niemieckiego posła w odrodzonej Polsce), który w następujący
sposób charakteryzował dalekosiężne skutki pokoju brzeskiego Niemiec z bolszewicką Rosją:
Rzuca się w oczy podobieństwo między porządkiem, który my zaprowadzamy
na Wschodzie, a systemem napoleońskim. Dzisiaj podobnie jak wtedy mamy
system samodzielnych państw pod ochroną [Schutzstaaten], które na
podobieństwo planet orbitują wokół jednego, potężnego państwa
znajdującego się w centrum67.
Użyty przez niemieckiego dyplomatę oksymoron ("samodzielne państwa pod
ochroną") doskonale oddaje istotę niemieckiej polityki wobec Polski i całej Europy Środkowej w latach pierwszej wojny światowej, czy to w wersji Mitteleuropy, czy Ostimperium: imperialne ambicje skryte za
frazeologią o "nowej, wyzwolonej spod rosyjskiej hegemonii Europie
Środkowej".
Nie bez znaczenia dla zrozumienia kontekstu towarzyszącego ekspansji
zjawiska antypolonizmu w Republice Weimarskiej ma fakt, że w okresie
pierwszej wojny światowej niemieccy politycy i pisarze polityczni,
używając słowa "Polska" (na przykład w odniesieniu do koncepcji
Mitteleuropy), bez żadnego wyjątku mieli na myśli obszar zajętego w 1915 r. przez wojska państw centralnych Królestwa Polskiego,
pomniejszony o planowaną aneksję "pasa granicznego" (Grenzstreifen),
czyli jego zachodnich i północnych obrzeży, oraz bez Chełmszczyzny,
która na mocy pokoju brzeskiego z Ukrainą z lutego 1918 r. została
obiecana przez Berlin i Wiedeń rządowi Ukraińskiej Republiki Ludowej w zamian za zobowiązanie dostawy ukraińskiego zboża do dotkliwie
odczuwających skutki alianckiej blokady Niemiec i Austro-Węgier
(Brotfrieden)68.
Gdy przez słowo "Polska" rozumie się kilkanaście powiatów w rejonie
środkowego biegu Wisły, tym łatwiej jest traktować polskie żądania
włączenia do powstającego do swojej drugiej niepodległości państwa
polskiego wszystkich ziem zaanektowanych niegdyś przez zaborców (w tym
ziem całego zaboru pruskiego, z Gdańskiem, Bydgoszczą, Poznaniem i Toruniem) jako zupełnie irracjonalną, ale "typową dla Polaków" "manię
wielkości" (Grosswahnsinn).
Aż do końca pierwszej wojny światowej w niemieckich elitach politycznych
oraz intelektualnych (komentatorzy polityczni) w odniesieniu do ziem
polskich poddanych w tym samym czasie różnym modelom polityki
okupacyjnej (zabór pruski, warszawskie Generalne Gubernatorstwo oraz
ziemie podległe administracji Ober-Ost) zdecydowanie dominowało
nastawienie afirmujące tylko i wyłącznie niemiecką/pruską Staatsräson.
A więc, z jednej strony, chodziło o dążenie do wzięcia "Polski" (w rozumieniu jak wyżej) pod "ochronę" niemieckiego Ostimperium, na
ziemiach wschodnich -?ciągłe konfliktowanie Polaków z Litwinami i Białorusinami, a nad Wartą -?jak najdłuższe utrzymanie antypolskiego
kursu, który panował tutaj w momencie wybuchu Wielkiej Wojny
(bezwzględna germanizacja kultury i ziemi).
W marcu 1918 r. na łamach konserwatywnej "Kreuzzeitung" ("Neue
Preussische Zeitung"), będącej wyrazicielem stanowiska pruskiej elity
władzy (środowisk junkierskich i nacjonalistycznych), w odniesieniu do
perspektywy utworzenia niepodległego państwa polskiego, które mogłoby
obejmować również ziemie zaboru pruskiego, kategorycznie stwierdzano:
Obecnie jest to kwestia być albo nie być państwa pruskiego i w związku z tym także Rzeszy Niemieckiej, aby Marchia Wschodnia pozostała krajem
niemieckim. Dlatego też w żadnej formie nie może tam zostać udzielona
samodzielność polskiej narodowości. Każda próba zjednywania Polaków w ten sposób będzie bezowocna [...]. Dlatego ciągle pozostaje zadanie:
zdecydowanie i z mocą występować przeciw irredentystycznym usiłowaniom w Marchii Wschodniej i [...] niemczyzna na tych obszarach musi być
zachowana, chroniona, wspierana i pomnażana69.
Dowodem na to, że słowa te nie były tylko odzwierciedleniem odchodzącego
właśnie establishmentu politycznego wilhelmińskiej Rzeszy, stała się
debata, która odbyła się 23-25 października 1918 r., w czasie jednego z ostatnich posiedzeń Reichstagu cesarskich Niemiec. Dyskutowano nad
przyszłością obszarów wchodzących w skład Rzeszy, a zamieszkanych przez
nieniemiecką ludność (Alzacja i Lotaryngia, północny Szlezwig, tzw.
pruska Litwa oraz zabór pruski). Najwięcej emocji wzbudziła ta ostatnia
kwestia, przedstawiona szeroko 23 października 1918 r. w imieniu Koła
Polskiego i wszystkich polskich parlamentarzystów przez ks. Antoniego
Stychla, który domagał się naprawienia krzywdy rozbiorów i powrotu do
przyszłej niepodległej Polski wszystkich ziem Rzeczypospolitej, które
pod koniec XVIII w. padły łupem zaborców, w tym państwa Hohenzollernów.
Należy podkreślić, że debata ta odbyła się w szczególnym momencie, gdy
wciąż cesarska Rzesza Niemiecka była już na drodze do ustroju monarchii
parlamentarnej (na wzór brytyjski). Dzień po zakończeniu wspomnianej
debaty (tj. 26 października 1918 r.) na swoim ostatnim posiedzeniu
Reichstag wilhelmińskiej Rzeszy przegłosował poprawki do konstytucji z 1871 r., które wprowadzały polityczną odpowiedzialność rządu przed
parlamentem (konieczność uzyskania wotum zaufania, możliwość odwoływania
przez parlament poszczególnych ministrów)70. To była cena
polityczna, jaką rząd Rzeszy był w stanie zapłacić za zyskanie
przychylności amerykańskiego prezydenta Woodrowa Wilsona, stojącego na
czele najpotężniejszego mocarstwa w koalicji zwycięskich państw (im
bardziej były złudne te nadzieje, tym bardziej gorzkie nastąpiło
rozczarowanie po paru miesiącach)71.
Pomimo wdrażanych zasadniczych zmian ustrojowych zwiastujących daleko
idące przetasowania na niemieckiej scenie politycznej pod koniec
października 1918 r. wszystkie najważniejsze niemieckie ugrupowania
polityczne -?odchodzącego i przychodzącego establishmentu politycznego -
w jednym całkowicie się ze sobą zgadzały: niemożliwe jest uwzględnienie
najważniejszego polskiego postulatu, czyli powstania państwa polskiego
obejmującego swoim zasięgiem wszystkie ziemie, które wcześniej zostały
zaanektowane w wyniku rażącego złamania prawa międzynarodowego (rozbiory
Polski).
Przemawiając 25 października 1918 r. w imieniu Freikonservativen (jeden
z odłamów niemieckiego ruchu konserwatywnego), poseł Georg Schultz,
należący również do założycieli Deutsch-Nationale Volkspartei (DNVP -
największego ugrupowania konserwatywno-nacjonalistycznego w Republice
Weimarskiej), wyraził "gorący protest przeciw jakiejkolwiek próbie
oderwania nawet kawałka niemieckiej ziemi od naszej [niemieckiej]
ojczyzny".
Niemcy w Marchii Wschodniej [tj. w zaborze pruskim -?G.K.], którzy nie
tylko w Prusach Zachodnich, ale także w większej części Prowincji
Poznańskiej stanowią większość, mają prawo do tego, by liczyć ich nie
tylko według gołych liczb, ale aby zostali zważeni według swoich
osiągnięć. [...] Niemiecka praca i niemiecka pilność przybiły na tej
ziemi pieczęć niemieckiego charakteru72.
Georg Schultz odwołał się także do starego argumentu wszystkich pruskich
promotorów "zaokrąglania" ziem państwa Hohenzollernów kosztem polskich
terytoriów, podkreślając, że "droga z Królewca do Wrocławia przez
Marchię Wschodnią musi pozostać otwarta". Konserwatywny poseł dodał
jeszcze inny argument, podzielany przez reprezentantów wszystkich innych
partii politycznych w Reichstagu. Odwołując się do trzynastego punktu
orędzia amerykańskiego prezydenta W. Wilsona, który jako jeden z amerykańskich celów politycznych w czasie Wielkiej Wojny wskazywał na
powstanie niepodległego państwa polskiego "złożonego z bezspornie
polskich ziem i z dostępem do morza", G. Schulz podkreślał, że "w naszej
Marchii Wschodniej nie ma kawałka ziemi, który byłby bez wątpienia
polski"73.
Poseł Hermann Kreth, reprezentujący inny odłam ruchu konserwatywnego
(Deutschkonservativen), w przemówieniu z 24 października 1918 r. odwołał
się do innego, nośnego w kolejnych latach antypolskiego argumentu. Aby
uwypuklić niestosowność polskich żądań, podkreślał "polską
niewdzięczność": "Polacy, którzy tak często powołują się na swoją dumną,
rycerską postawę, powinni w tej chwili rozważyć, co zawdzięczają
Niemcom". A zawdzięczają ni mniej, ni więcej, tylko "wyzwolenie spod
rosyjskiego panowania". Tego "nie dałaby im ententa, tego nie dałby im
Pan Wilson, gdyby Niemcy nie pokonały Rosji"74.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki