Rozdział 7: XIX wiek
Nacjonalizm, imperia i narodziny mass mediów
Przedmowa: Stulecie, które wymyśliło nowoczesność
Wyobraźmy sobie Londyn roku 1851. W Kryształowym Pałacu, gigantycznej konstrukcji ze szkła i żelaza, otwiera się Wielka Wystawa Światowa. Sześć milionów odwiedzających - więcej niż wynosiła populacja większości europejskich stolic - przechodzi między eksponatami z całego świata. Są tam maszyny parowe, tkaniny indyjskie, afrykańskie rzeźby, australijskie złoto. Ale najważniejszym eksponatem jest sama Wielka Brytania - potęga przemysłowa, finansowa i militarna, która właśnie osiągnęła szczyt swojej światowej dominacji.
Wystawa była genialnym posunięciem propagandowym. Pokazywała imperium nie jako system grabieży i wyzysku, ale jako wspólnotę cywilizacyjną, z której wszyscy korzystają. Brytyjscy robotnicy, którzy ledwo wiązali koniec z końcem, mogli poczuć dumę z tego, że są obywatelami najpotężniejszego państwa świata. A dzieci, które oglądały egzotyczne eksponaty, uczyły się, że świat jest po to, by Brytania go podbijała.
John M. MacKenzie, wybitny historyk imperializmu, poświęcił całą swoją karierę badawczą analizie mechanizmów, za pomocą których idee nacjonalistyczne i imperialistyczne były przekazywane masom w epoce późnowiktoriańskiej i edwardiańskiej. Jego praca "Imperialism and Popular Culture" pokazuje coś niezwykle ważnego: w XIX wieku po raz pierwszy w dziejach manipulacja stała się przemysłem na masową skalę, wykorzystującym wszystkie dostępne media - teatr, literaturę dziecięcą, edukację, sztukę popularną, a później kino i radio - do kształtowania świadomości milionów ludzi.
XIX wiek to epoka, w której nacjonalizm stał się religią, imperia stały się misją cywilizacyjną, a prasa stała się czwartą władzą. To także wiek, w którym pojawiły się nowe techniki manipulacji - od żółtego dziennikarstwa Hearsta po mistrzowskie prowokacje Bismarcka, od marksistowskiej teorii panowania klasowego po kolonialną propagandę uzasadniającą największe zbrodnie w dziejach ludzkości.
Nacjonalizm - nowa religia Zachodu
Gdy w 1882 roku francuski uczony Ernest Renan wygłaszał na Sorbonie słynny wykład "Qu'est-ce qu'une nation?" - "Czym jest naród?" - zadawał pytanie, które elektryzowało całą Europę. Jego odpowiedź była przewrotna: naród to nie rasa, nie język, nie religia, nie wspólnota interesów. Naród to "codzienny plebiscyt" - wspólnota pamięci i zapomnienia, wola wspólnego życia i przekazywania dziedzictwa.
Renan uchwycił coś fundamentalnego: naród nie jest faktem naturalnym, jak kolor oczu czy kształt nosa. Jest konstruktem - opowieścią, którą ludzie opowiadają sobie o sobie samych. I jak każda opowieść, może być kształtowana, modyfikowana, manipulowana.
W XIX wieku ta opowieść stała się głównym narzędziem władzy. W całej Europie - od Niemiec po Włochy, od Francji po Polskę - intelektualiści, politycy i artyści pracowali nad stworzeniem nowych tożsamości narodowych. Zbierano pieśni ludowe, spisywano podania i legendy, tworzono narodowe eposy. Finlandia dostała "Kalevalę", Estonia - "Kalevipoega", Polska - "Pana Tadeusza". Często były to dzieła wzniosłe i piękne, ale zawsze były też narzędziami manipulacji - miały przekonać ludzi, że są czymś więcej niż tylko zbiorowiskiem jednostek, że łączy ich wspólna krew, wspólna ziemia, wspólne przeznaczenie.
Szczególnie skuteczna była ta opowieść w krajach, które nie miały własnej państwowości. Dla Polaków, Czechów, Węgrów, Finów - nacjonalizm był obietnicą wyzwolenia, nadzieją na przyszłość. Ale dla Niemców i Włochów, którzy właśnie tworzyli swoje zjednoczone państwa, był także narzędziem legitymizacji nowej władzy. A dla Brytyjczyków i Francuzów, którzy już od dawna mieli państwa, stał się uzasadnieniem imperialnej ekspansji.
Bismarck - mistrz manipulacji politycznej
Otto von Bismarck to postać, która do dziś budzi skrajne emocje. Dla jednych - największy mąż stanu XIX wieku, twórca zjednoczonych Niemiec, geniusz realpolitik. Dla innych - cyniczny manipulator, germanizator, prekursor hitlerowskich metod. Prawda, jak zwykle, leży pośrodku.
Bismarck był mistrzem w wykorzystywaniu emocji narodowych do realizacji własnych celów. Jego słynne zdanie z 1862 roku - "Wielkich zagadnień czasu nie rozstrzyga się mowami i uchwałami większości, lecz krwią i żelazem" - stało się manifestem nowej polityki. Ale Bismarck wiedział, że krew i żelazo to nie wszystko. Równie ważne są słowa - odpowiednio dobrane, odpowiednio spreparowane, odpowiednio wycelowane.
Najlepszym tego dowodem jest tzw. depesza emska z 1870 roku. Historia zaczęła się od tego, że po detronizacji hiszpańskiej królowej Izabeli II tron w Madrycie świecił pustką. Rosnące w siłę Prusy zaproponowały kandydaturę Leopolda Hohenzollerna, krewnego króla Wilhelma I. Francja, rządzona przez cesarza Napoleona III, poczuła się zagrożona - otoczenie Prusami z dwóch stron było jej najgorszym koszmarem. Pod naciskiem francuskiej dyplomacji Leopold wycofał swoją kandydaturę. Sprawa wydawała się zakończona.
Ale Bismarck nie chciał pokoju. Chciał wojny z Francją, by dokończyć zjednoczenie Niemiec. I potrzebował pretekstu, który poruszy niemiecką opinię publiczną i postawi Francję w roli agresora.
13 lipca 1870 roku król Wilhelm I, przebywający w uzdrowisku Ems, spotkał się z ambasadorem Francji Vincentem Benedettim. Rozmowa była uprzejma i pozbawiona sensacji. Król odmówił udzielenia gwarancji, że Hohenzollernowie nigdy więcej nie będą kandydować do hiszpańskiego tronu, ale zrobił to w sposób taktowny, nie obrażając Francuza. Po spotkaniu Wilhelm wysłał Bismarckowi telegram z relacją z wydarzeń, upoważniając go do opublikowania go po konsultacji z ministerstwem spraw zagranicznych.
Bismarck, który jadł wtedy kolację z generałem Albrechtem von Roonem i szefem sztabu generalnego Helmuthem von Moltke, zrozumiał, że nadeszła jego szansa. Zapytał Moltkego o stan przygotowań wojskowych. Gdy usłyszał, że armia jest gotowa, usiadł przy stole i zaczął redagować telegram.
Z oryginalnego depeszy, która była suchą relacją z rozmowy, zrobił coś zupełnie innego. Skrócił ją, zaostrzył, nadał jej ton obraźliwy dla Francji. W nowej wersji Wilhelm I "odmówił przyjęcia ambasadora Francji" i "kazał mu powiedzieć, że nie ma już nic więcej do dodania". To było kłamstwo - Wilhelm przyjął Benedettiego i rozmawiał z nim grzecznie. Ale Bismarck wiedział, że opublikowanie tak spreparowanej depeszy wywoła skandal.
Gdy tego samego wieczoru w redakcjach gazet pojawiła się "depesza emska", efekt był piorunujący. We Francji wybuchła fala oburzenia - pruski król obraził francuskiego ambasadora! W Niemczech - fala patriotycznego uniesienia - francuski ambasador obraził pruskiego króla! 19 lipca 1870 roku Francja wypowiedziała wojnę Prusom, dokładnie tak, jak Bismarck przewidział.
Wojna zakończyła się klęską Francji, upadkiem cesarstwa Napoleona III i proklamacją Cesarstwa Niemieckiego w Wersalu. Bismarck osiągnął swój cel. A wszystko dzięki jednej spreparowanej depeszy.
Antypolska i antysemicka propaganda - zatruwanie społeczeństwa
Depesza emska to tylko jeden z wielu przykładów bismarckowskiej manipulacji. Równie skuteczne, a znacznie bardziej złowieszcze, były jego działania wymierzone w Polaków i Żydów.
Już w 1861 roku, na długo przed objęciem urzędu kanclerza, Bismarck pisał w liście do siostry: "Bijcie Polaków tak długo, dopóki nie utracą wiary w sens życia; współczuję im ich sytuacji, ale jeśli chcemy przetrwać, nie możemy zrobić nic innego, jak tylko ich wytępić". Porównywał Polaków do wilków - nie mogą nic poradzić na to, jakimi zostali stworzone przez Boga, a ludzie, jeśli mogą, to je odstrzeliwują.