Historia mistyfikacji - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W obronie świętokradztwa, czyli rzecz o metodzie

Zacznijmy od sceny, która rozegrała się pewnego wiosennego popołudnia 1440 roku w południowych Włoszech. Nie było w niej ani grama dymu unoszącego się nad stosem, ani trzasku łamanych kości na kole. Była za to cisza biblioteki, zapach pergaminu i skupiona twarz człowieka, który właśnie popełniał czyn w oczach wielu uchodzący za świętokradztwo. Lorenzo Valla, czterdziestotrzyletni humanista papieski, sekretarz kurii, człowiek o umyśle równie ostrym jak jego pióro, pochylił się nad manuskryptem, który od ponad siedmiuset lat stanowił jeden z filarów potęgi papiestwa.

Dokument ten, Constitutum Constantini, znany jako Donacja Konstantyna, był - jeśli wierzyć jego treści - listem samego cesarza Konstantyna Wielkiego. Według tekstu, cesarz, uzdrowiony z trądu przez papieża Sylwestra I i nawrócony na chrześcijaństwo, miał w akcie wdzięczności przekazać papieżowi i jego następcom zwierzchnictwo nad Rzymem, Italią i całym zachodnim cesarstwem. Przez wieki był to dokument, na który powoływali się papieże, by legitymizować swoje roszczenia terytorialne i świecką władzę. Był fundamentem Państwa Kościelnego.

A Valla, spoglądając na tekst, dostrzegł coś, czego przez setki lat nie dostrzegł nikt - lub nikt nie odważył się dostrzec. W swoim dziele De falso credita et ementita Constantini donatione (O sfałszowanej Donacji Konstantyna) nie powoływał się na nowo odkryte dokumenty ani na boskie objawienie. Użył broni o wiele bardziej niebezpiecznej: zdrowego rozsądku, analizy filologicznej i historycznej. Wykazał, że dokument roi się od anachronizmów. Konstantyn w IV wieku nie mógł mówić o "senatach" i "prefekturach" w sposób właściwy dla VIII stulecia. Używał łaciny, która w jego czasach nie istniała. Opisywał realia prawne i polityczne, które pojawiły się wieki po jego śmierci.

Valla nie był heretykiem. Był katolikiem, który posłużył się rozumem, by oczyścić Kościół z balastu fałszerstwa. Jego dzieło, choć wówczas ryzykowne, nie zostało potępione. Stało się za to jednym z intellectualnych dynamitów, który ponad pół wieku później eksplodował w rękach innego człowieka - Marcina Lutra. To lektura Valli, jak przekonują historycy, pomogła ukształtować wizerunek papieża jako Antychrysta w oczach reformatorów. Valla, nie ruszając się z biblioteki, zadał cios potężniejszy niż niejedna armia. Pokazał, że teologia, aby pozostać wiarygodną, potrzebuje krytyki - potrzebuje adwokata diabła, który zada niewygodne pytanie: skąd właściwie wiesz, że to, w co wierzysz, nie jest mistyfikacją?

Niniejsza książka jest właśnie takim spacerem po placu budowy. Ale nie po placu budowy katedry z kamienia i zaprawy murarskiej, o którym pisał o. Augustyn Pelanowski, przyrównując Kościół do duchowego gmachu, gdzie wierni są "kamieniami duchowymi, układającymi się warstwami pokoleń na fundamencie apostołów". To piękna wizja. My jednak udamy się na inne miejsce - na zaplecze, gdzie przechowuje się dokumentację techniczną, plany, atesty i certyfikaty. I tam, wśród stert papirusów, pergaminów i starodruków, zapytamy, ile z tych planów to oryginały, a ile to sprytne podróbki, które wmurowano w święte mury, by wzmocnić konstrukcję, która - paradoksalnie - wcale ich nie potrzebowała.

Bo teologia, proszę Państwa, jest nieustannym placem budowy. I jak na każdym placu budowy, zdarzają się na nim majsterkowicze, którzy próbują pójść na skróty. Gdy w średniowiecznym skryptorium mnich dopisywał nowy rozdział do żywota świętego, by uzasadnić lokalny kult, gdy w XVIII-wiecznej pracowni rzemieślnik produkował gwoździe z Krzyża Pańskiego na potrzeby pielgrzymów, gdy w XIX wieku trójka ośmioletnich dzieci w niemieckiej wiosce Marpingen opisywała Matkę Boską zgodnie z najnowszymi doniesieniami z Lourdes, a gdy w XX wieku profesor z Harvardu dawał się zwieść perfekcyjnie podrobionemu kawałkowi papirusa - wszyscy oni działali według tej samej zasady. Wszyscy byli architektami fikcji. Dostarczali "dowodów", które miały zaspokoić duchowy głód epoki, wygrać teologiczny spór, ugruntować władzę lub po prostu zapełnić lukę w ludzkiej ciekawości.

Weźmy na przykład List Lentulusa. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, skąd średniowieczni malarze wiedzieli, jak wyglądał Jezus Chrystus - skąd wzięli ten patrycjalny wygląd, przedziałek na środku, włosy do ramion, łagodne oczy - odpowiedzią jest właśnie ten list. To apokryficzny dokument, rzekomo napisany przez niejakiego Lentulusa, rzymskiego urzędnika z czasów Tyberiusza, adresowany do senatu. Zawiera on drobiazgowy opis fizyczny Jezusa: "Człowiek o wzroście przeciętnym, wysmukły, dostojny (...). Włosy ma koloru orzecha laskowego, gładkie aż do uszu, a od uszu wijące się w pukle lśniące". Problem w tym, że Lentulus to postać fikcyjna, a list powstał w XIII lub XIV wieku, dobrych tysiąc lat po śmierci Chrystusa. Mimo to przez stulecia traktowano go jako autentyczne świadectwo. Stał się wzorcem, "prototypem", który ukształtował ikonografię chrześcijańską na całe pokolenia. Potrzeba zobaczenia Boga była tak silna, że kazała uznać średniowieczne fałszerstwo za dowód z pierwszej ręki.

To prowadzi nas do pierwszego, fundamentalnego pytania: dlaczego ludzie wierzą w fałszerstwa? I nie chodzi tu o łatwowierność prostego ludu, który chciałby ujrzeć choć rąbek szaty Madonny. Chodzi o wiarę elit - teologów, biskupów, papieży, profesorów uniwersytetów. Jak to możliwe, że w XIX wieku najwyżsi hierarchowie Kościoła katolickiego, włącznie z papieżem Leonem XIII, dali się nabrać na mistyfikację Léo Taxila, który przez dwanaście lat opowiadał im o istnieniu międzynarodowej satanistycznej organizacji masońskiej "Palladzym", z Diabłem w loży i kapłanką Dianą Vaughan na czele? Taxil, z zawodu antyklerykalny pisarz i pornograf, po sfingowanym nawróceniu, zaczął produkować tomy "demaskatorskich" dzieł, pełnych tak absurdalnych historii, że aż proszących się o demaskację. A jednak wierzono. Biskupi przysyłali mu listy z podziękowaniami. Papież przyjął go na audiencji. Aż w końcu, w 1897 roku, Taxil zwołał konferencję prasową w Paryżu, podziękował duchowieństwu za propagowanie jego książek i oświadczył, że cała historia to wymysł, a Diana Vaughan, rzekoma kapłanka szatana, była jego maszynistką. Wyszedł tylnymi drzwiami, zanim oszołomieni dziennikarze zdołali zareagować.

Historia Taxila to nie tylko anegdota o bezczelnym oszuście. To lekcja psychologii społecznej i teologii stosowanej. Pokazuje, że wiara w fałszerstwo nie jest funkcją jego prawdopodobieństwa, ale funkcji potrzeby. Kościół XIX wieku, walczący z rewolucją, liberalizmem i masońskimi wpływami, potrzebował potwierdzenia swoich najgorszych obaw. Potrzebował namacalnego dowodu, że za wrogami stoi sam Szatan. Taxil dostarczył im tej narracji. Został architektem fikcji, która była bardziej użyteczna niż niewygodna prawda.

Podobny mechanizm zadziałał w przypadku Monita Secreta, czyli "Tajnych Pouczeń" jezuitów. Na początku XVII wieku niejaki Hieronim Zahorowski, były jezuita wyrzucony z zakonu, opublikował broszurę, w której rzekomo ujawniał tajne instrukcje generała zakonu Klaudiusza Akwawiwy. Według Monita, jezuici mieli uczyć się, jak wkradać się w łaski możnych, omotywać ich intrygami, gromadzić bogactwa i dążyć do opanowania świata. Broszura stała się bestsellerem. Wydawano ją w dwudziestu dwóch edycjach do końca XVII wieku. I choć szybko udowodniono, że to fałszerstwo, a Zahorowski się przyznał, legenda nie umarła. Wręcz przeciwnie - stała się jednym z kamieni węgielnych "czarnej legendy" jezuitów i do dziś funkcjonuje w obiegu antyklerykalnych teorii spiskowych. Paradoks polega na tym, że sam fałszerz, by uwiarygodnić swoje dzieło, zawarł w nim rzekome pouczenie nakazujące jezuitom wyparcie się instrukcji, gdyby wpadła w niepowołane ręce. Mechanizm samospełniającej się przepowiedni: zaprzeczenia są dowodem spisku.

I tu dochodzimy do sedna. Teologia, w swojej najgłębszej istocie, jest opowieścią o Bogu i człowieku. Ale ta opowieść nie toczy się w próżni. Toczy się w konkretnym czasie, w konkretnych instytucjach, przez konkretnych ludzi, którzy mają swoje ambicje, lęki i interesy. Każda epoka produkuje swoje fałszerstwa, bo każda epoka ma swoje potrzeby. W średniowieczu potrzebowano dokumentów prawnych, by wygrać spór o inwestyturę - stąd Donacja Konstantyna i Dekretały Pseudo-Izydora. W okresie wypraw krzyżowych potrzebowano relikwii - stąd nagły wysyp gwoździ z krzyża, piór Archanioła Gabriela i mleka Matki Boskiej, które można było przewozić w małych ampułkach i handlować nimi jak towarem. W XIX wieku potrzebowano wizji, które skonsolidują katolicką tożsamość w obliczu nacjonalizmu i liberalizmu - stąd objawienia w Marpingen, gdzie trzy ośmioletnie dziewczynki zobaczyły to, co widziały ich rówieśniczki we Francji, bo cała Europa katolicka żyła Lourdes. Wreszcie, w XX i XXI wieku, gdy Kościół zmaga się z kryzysem tożsamości, potrzebowano tekstów, które zrewolucjonizują rozumienie Jezusa - stąd sensacja wokół Ewangelii Tajemnej Marka odkrytej przez Mortona Smitha w Mar Saba czy Ewangelii Żony Jezusa promowanej przez Karen King z Harvardu.

Każde z tych odkryć było idealnie dopasowane do swojego czasu. Smith odkrył tekst, który sugerował homoseksualny aspekt inicjacji chrześcijańskiej - idealny dla rewolucji seksualnej lat 60. i 70. King zaprezentowała papirus, w którym Jezus mówi o "mojej żonie" - idealny dla debaty o roli kobiet w Kościele w drugiej dekadzie XXI wieku. I w obu przypadkach, mimo naukowych kontrowersji, media i część opinii publicznej przyjęły te odkrycia z entuzjazmem, bo odpowiadały na zapotrzebowanie rynku. Fikcja bywa wygodniejsza od niewygodnej ciszy, jaka otacza większość pytań o życie Jezusa.

Nie oznacza to, że za każdym fałszerstwem stoi cyniczny manipulator. Często sprawcy sami wierzyli w swoje wizje. Dzieci z Marpingen prawdopodobnie nie były świadomymi oszustkami. Ich zeznania były mieszanką fantazji, religijnej indoktrynacji, presji otoczenia i dziecięcej potrzeby bycia w centrum uwagi. Gdy w 1889 roku, po latach przymusowego pobytu w zakładzie wychowawczym, jedna z nich, Margaretha Kunz, przyznała, że "to było jedno wielkie kłamstwo", jej spowiedź była równie dramatyczna, jak same objawienia. Ale wtedy nikt już nie chciał jej słuchać. Legenda żyła własnym życiem.

Podobnie rzecz ma się z Proroctwem Malachiasza, słynną listą 112 papieży, która do dziś elektryzuje katolików za każdym razem, gdy papież jest chory. Rzekomo spisane w XII wieku przez irlandzkiego świętego, proroctwo to jest najprawdopodobniej fałszerstwem z końca XVI wieku, spreparowanym na potrzeby konklawe, by wspomóc jednego z kandydatów. Mimo to, nawet dziś znajdą się teolodzy-amatorzy, którzy będą wyliczać, który papież odpowiada której frazie, i wieszczyć rychły koniec świata wraz z następcą Benedykta XVI. Fikcja, która stała się elementem pobożności.

Jako autor, który od lat porusza się na pograniczu prawa, socjologii, historii i filozofii, zadaję sobie pytanie: co my, jako ludzie wierzący lub szukający sensu, możemy zrobić z tą wiedzą? Czy demaskowanie fałszerstw nie jest aktem profanacji, niszczeniem świętości? Czy nie lepiej zostawić wiernych w błogosławionej nieświadomości?

Uważam, że jest dokładnie odwrotnie. Kościół katolicki, jak każda wielka religia, przetrwał nie dzięki fałszerstwom, ale mimo nich. Jego siła leży w teologii, w Ewangelii, w tradycji, która ma głębię filozoficzną i duchową, której nie potrzebuje wsparcia w postaci sfabrykowanych listów rzymskich urzędników czy fałszywych dekretałów. Fałszerstwa są jak rusztowania, które obrosły katedrę. Kiedyś były potrzebne do jej budowy. Dziś zasłaniają prawdziwe piękno konstrukcji. Naszym zadaniem, jako krytycznych myślicieli, jest je usunąć, by spojrzeć na mury z czystego kamienia.

W tym sensie książka ta jest aktem wierności, a nie zdrady. Próbą oddzielenia ziarna od plew, oryginalnego planu od majstersztyków architektów fikcji, którzy przez wieki dorabiali teologię do potrzeb władzy, biznesu czy próżności. Nie po to, by ośmieszyć wiarę, ale by oczyścić dla niej przestrzeń. Bo prawdziwa wiara nie potrzebuje podpórek z kłamstwa. Wręcz przeciwnie - kłamstwo jest dla niej trucizną.

Czyż nie tego właśnie uczy nas największy autorytet w dziedzinie prawdy, Jezus z Nazaretu? "Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli". Nie mówił: "Poznacie pobożne fałszerstwa". Mówił o prawdzie, która jest jak światło. A światło ma to do siebie, że obnaża to, co skryte w ciemności.

Wędrując przez kolejne rozdziały, przyjrzymy się więc temu, co skryte. Od antycznych pseudepigrafów, przez średniowieczne fabryki relikwii, po współczesne skandale z papirusami w roli głównej. Będziemy zadawać niewygodne pytania, tropić anachronizmy jak Valla, analizować psychologię tłumu jak w Marpingen, i demaskować cyniczne gry jak w aferze Taxila. To podróż przez dwadzieścia rozdziałów, dwadzieścia opowieści o tym, jak budowano fikcję i jak ją obalano. To książka o tym, że teologia, aby pozostać sobą, potrzebuje odrobiny świętego sceptycyzmu. Potrzeba adwokata diabła, który zada to jedno, najważniejsze pytanie: skąd właściwie to wiesz?

Zapraszam do lektury.

Rozdział 6: Ewangelia Tajemna według Marka

Skandal XX wieku

Klasztor, list i młody człowiek odziany w prześcieradło

Wyobraźcie sobie scenę rozgrywającą się późnym latem 1958 roku w jednym z najbardziej niedostępnych miejsc na Ziemi. Klasztor Mar Saba, zawieszony na stromym urwisku Pustyni Judzkiej, na wschód od Betlejem, wygląda jak z innego świata. Założony w V wieku przez św. Sabę, przez półtora tysiąclecia był świadkiem najazdów Persów, arabskich podbojów, krzyżowców i osmańskich sułtanów. Jego mury pamiętają czasy, gdy chrześcijaństwo dopiero kształtowało swoją teologię. A w jego bibliotece, wśród stert zakurzonych ksiąg, które od pokoleń nikt nie katalogował, pewien Amerykanin dokonuje odkrycia, które wstrząśnie światem nauki na pół wieku.

Nazywa się Morton Smith. Ma czterdzieści trzy lata, jest profesorem historii starożytnej na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. To nie jest przypadkowy turysta. Smith ma za sobą edukację na Harvardzie, doktorat z filologii klasycznej na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie i drugi doktorat z teologii na Harvard Divinity School. Jest duchownym episkopalnym, wyświęconym na kapłana w 1946 roku. Zna grekę, łacinę, hebrajski i aramejski jak mało kto. I co najważniejsze - był już w Mar Saba siedemnaście lat wcześniej, w 1941 roku, gdy jako młody adept Harvard Divinity School utknął w Jerozolimie z powodu wojny. Wtedy oprowadzał go po klasztorze wysoki dostojnik Greckiego Kościoła Prawosławnego. Smith zapamiętał ten bałagan w bibliotece - księgi leżały porozrzucane, nikt ich nie porządkował, nikt nie wiedział, co się w nich kryje.

Gdy w 1958 roku dostaje roczny urlop naukowy, postanawia wrócić. Chce wreszcie przebadać to, czego nie zdążył przed wojną. Prosi patriarchę o zgodę, dostaje ją i spędza w klasztorze wiele tygodni. I tam, pewnego dnia, bierze do ręki starą książkę wydaną w 1646 roku w Amsterdamie - zbiór listów Ignacego Antiocheńskiego, jednego z Ojców Apostolskich. Otwiera ją i na trzech ostatnich, pustych stronach, zapisanych drobnym, osiemnastowiecznym pismem, czyta coś, co zapiera mu dech w piersiach.

To tekst grecki. Nagłówek brzmi: "Z listów Klemensa Aleksandryjskiego do Teodora". Klemens z Aleksandrii - jeden z największych teologów wczesnego Kościoła, żyjący na przełomie II i III wieku, autor dzieł, które do dziś są fundamentem patrystyki. List, który Smith trzyma w rękach, nie jest znany nikomu. Nie występuje w żadnym katalogu, nie cytuje go żaden starożytny autor. A jednak - oto jest, zapisany ręką mnicha z XVIII wieku, który prawdopodobnie przepisał go ze starszego, zniszczonego manuskryptu, by ocalić go dla potomnych.

Smith drżącymi rękami fotografuje strony - robi czterdzieści osiem zdjęć, dokładnie, starannie, klatka po klatce. Potem odkłada książkę na miejsce, kończy swój pobyt i wraca do Ameryki. Minie piętnaście lat, zanim opublikuje swoje odkrycie. Piętnaście lat analiz, konsultacji, weryfikacji. W 1973 roku ukazuje się jego opus magnum: Clement of Alexandria and a Secret Gospel of Mark. Rok później - wersja popularna: The Secret Gospel. I wtedy wybucha piekło.

Część I: List, który wszystko zmieniał

Cóż takiego odkrył Smith? List Klemensa do Teodora zaczyna się od pochwały adresata za to, że skutecznie zwalcza heretycką sektę karpokracjan. Karpokracjanie, jak wyjaśnia Klemens, posługują się jakąś wersją Ewangelii Marka, która zawiera rzeczy skandaliczne. Teodor pyta, czy ta wersja jest autentyczna. I wtedy Klemens zdradza tajemnicę.

Owszem - pisze - istnieje "tajemna" (gr. mystike) Ewangelia Marka. Marek, gdy przybył do Aleksandrii po śmierci Piotra, spisał drugą, bardziej duchową wersję swojej Ewangelii, przeznaczoną dla tych, którzy "są wtajemniczeni w wielkie tajemnice". Przechowywano ją w Kościele aleksandryjskim, czytano tylko wtajemniczonym. Ale Karpokrates, założyciel sekty, "wyuczony przez demony sztuczek magicznych", omamił pewnego prezbitera i zdobył odpis. Następnie, jak pisze Klemens, "objaśnił ją sobie zgodnie ze swymi bluźnierczymi i cielesnymi poglądami. Jeszcze ją zbezcześcił, do tekstów nieskalanych i świętych domieszawszy najbardziej bezwstydne łgarstwa".

Aby Teodor mógł skutecznie polemizować z karpokracjanami, Klemens przytacza dwa fragmenty oryginalnej, nie zafałszowanej jeszcze wersji Tajemnej Ewangelii. I tu zaczyna się jazda bez trzymanki.

Pierwszy fragment jest dłuższy. Czytamy w nim, że Jezus przybył do Betanii, a pewna kobieta, której brat zmarł, prosiła go o pomoc. Jezus, mimo protestów uczniów, poszedł z nią do grobu, odrzucił kamień i "wszedłszy zaraz tam, gdzie był młodzieniec, wyciągnął rękę i podniósł go, chwyciwszy za rękę". I wtedy pada zdanie kluczowe: "Zaś młodzieniec ujrzawszy go, umiłował go i zaczął prosić go, żeby mógł z nim być".

Jezus i młodzieniec wychodzą z grobu, idą do domu młodzieńca, spędzają tam kilka dni. A po sześciu dniach, "gdy nastał wieczór, przychodzi młodzieniec do niego, odziany w prześcieradło na nagim [ciele]. I pozostał z nim owej nocy. Uczył go bowiem Jezus tajemnicy Królestwa Bożego".

Drugi fragment jest krótszy. Mówi o Jerychu, gdzie Jezus spotkał grupę kobiet, wśród których była "siostra młodzieńca, którego to Jezus miłował". Kobiety nie zostały jednak przyjęte.

Klemens po pierwszym fragmencie dodaje ważne zastrzeżenie: "natomiast "nagi z nagim" i inne, o których piszesz, nie znajdują się [tam]". To znaczy: karpokracjanie dopisali do tekstu jeszcze bardziej skandaliczne sformułowania, których oryginał nie zawiera. Ale samo to, co zawiera - nocna wizyta nagiego młodzieńca u Jezusa, który go "umiłował" - było więcej niż wystarczające, by wywołać burzę.

Część II: Co zobaczyli czytelnicy w 1973 roku?

Gdy książka Smitha trafiła na rynek, efekt był piorunujący. Dla jednych - odkrycie stulecia. Dla drugich - bluźnierstwo. Dla trzecich - perfidne fałszerstwo. Wszystko zależało od tego, jak interpretowano słowa "umiłował" i "nocy".

Smith, jako wydawca, nie narzucał interpretacji. Ale jego wcześniejsze prace - zwłaszcza późniejsza książka Jesus the Magician - sugerowały, że widział w Jezusie postać synkretyczną, maga, hellenistycznego cudotwórcę, którego praktyki mogły obejmować rytuały inicjacyjne o charakterze... no właśnie, jakim?.

Dla konserwatywnych chrześcijan odpowiedź była prosta: to sugestia homoseksualna. Jezus i młodzieniec w nocy, sam na sam, "nagi na nagim" - nawet jeśli to dopisek karpokracjan, to sama obecność takiego tekstu w Ewangelii, którą Kościół aleksandryjski przechowywał w tajemnicy, była skandalem. Jak to możliwe, że Ojcowie Kościoła ukrywali coś takiego?.

Dla bardziej wyrafinowanych badaczy chodziło o coś innego. Nocna wizyta młodzieńca w prześcieradle przywodzi na myśl inną postać z Ewangelii Marka - tajemniczego młodzieńca, który w Getsemani, gdy Jezus został pojmany, uciekł nago, zostawiając w rękach żołnierzy swoje prześcieradło (Mk 14,51-52). To jeden z najbardziej zagadkowych fragmentów Nowego Testamentu. Nikt nie wie, kim był ten młodzieniec. Niektórzy widzą w nim samego Marka, inni - symbol, jeszcze inni - późniejszą interpolację.

Tajemna Ewangelia Marka, jeśli jest autentyczna, rozwijałaby tę postać. Młodzieniec z Getsemani to ten sam, którego Jezus wskrzesił w Betanii, który go umiłował i z którym spędził noc. To rzucałoby zupełnie nowe światło na całą Ewangelię. Być może Marek celowo wprowadził tę postać jako ukryty symbol wtajemniczenia, dostępny tylko dla tych, którzy znają sekretną wersję.

Dla Smitha i jego zwolenników Tajemna Ewangelia była dowodem na istnienie w pierwotnym chrześcijaństwie nurtu mistyczno-inicjacyjnego, w którym chrzest rozumiano jako duchowe zjednoczenie z Jezusem, być może nawet wyrażane w rytuale symbolicznym. Młodzieniec "odziany w prześcieradło na nagim ciele" to neofita, który po chrzcie spędza noc z mistrzem, by zostać wtajemniczonym w tajemnice Królestwa. To nie seks, ale liturgia - tyle że dla współczesnego czytelnika różnica jest nieuchwytna.

Część III: Karpokracjanie - heretycy, którzy wszystko popsuli