Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń - Maciej Wróblewski

Kup ebooka

24.67 zł
19.74 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Gilotyna

1.

JakubBlotton został sam. W dole, kilka metrów przed nim płynęła rzeka,która przybierała wczesną wiosną, a potem, wracając do swojegokoryta, pozostawiała na obu brzegach plastry lodu. Ale nim jeszczesłońce na dobre zdążyło zmieszać ten rzeczny lód z przybrzeżnymszlamem, dzieci miały wiele radości: swymi drobnymi palcami potrafiływygrzebywać z ziemi plastry lodu aż do połowy marca, mimo wysokiegojuż wówczas słońca. Niosły je niczym relikwie, żądając odprzypadkowych gapiów grosz opłaty. Modlitwa dziecięca o pszennąsłodką bułkę lub garść cukierków w kolorach tęczy wymagała od czasudo czasu wsparcia ze strony pewnego kudłatego psa, o budzącym strachpysku. Ta bestia bez jednej nogi (odrąbał ją złośliwy rzezak z NowegoTorunia) potrafiła chwycić dzikiego knura za gardziel tak zręcznie,że zwierz zdychał uduszony. Kuśtykało więc psisko przed umorusanądzieciarnią, warcząc z cicha na gapiów.

Zostałsam Jakub Blotton, dlatego że dotychczasowe życie z Jagensą, tąladacznicą o kasztanowych włosach anielsko rozsypujących się przynajlżejszym wietrze, nabrało smaku piołunu. Znikła Jagensa tuż znastaniem pierwszych listopadowych mrozów. Chociaż śnieg jeszcze nieprószył i ziemia nasiąknięta była wilgocią, to wyraźnie czuło się, żewiatr z północy osuszy oraz zetnie lada dzień mrozem. Przyszły więcdni względnie ciepłe i słoneczne, ale nieodwołalnie przechylały sięjuż w stronę zimy. Mimo to zalegały w leśnych ostępach pokładyletniego jeszcze ciepła. Niektóre zimowe dni budzą te enklawyszczególnej energii, zgromadzonej na zapas ku ogrzaniu roślinnościdelikatnej i wrażliwej na mróz.

Jagensaodeszła w dzień, w którym sprawa zimy i śniegu ostatecznie nie byłajeszcze rozstrzygnięta. I skryta niepewność, ogarniająca świat,pomogła podjąć decyzję o zniknięciu, choćby na kilka dni. ZostawiłaJakuba Blottona z myślą, że niebawem, wraz z jej powrotem, życiewykona ruch okrężny, by wejść w swój dawny, wyrobiony tor. Już wtedymyślała o pierwszym pocałunku, który miał zetrzeć z jego ust smaknieoczekiwanego rozstania. I tak też się stało - nie minęłokilka dni, gdy szła, tuż za kilkunastoma osobami różnej płci i wiekudrewnianym mostem, trzymając w ręku kształtną walizkę podróżną.

Żebydostać się do centralnej części miasta, bowiem dworzec kolejowypołożony był na drugim, lewym brzegu rzeki, należało skorzystać zusług drewnianej przeprawy przez Wisłę. Przechadzka ta zajmowałapodróżnym akurat tyle czasu, żeby ci, którzy przybyli pierwszy raz doTorunia, dostrzegli harmonię w układzie jego budynków, tworzącychzwartą i zarazem najstarszą część, czyli Stary Toruń i Nowy Toruń.Most ten stanowił dogodne miejsce, aby ujrzeć solidność oraz urodęmiasta, łagodnie pochylającego się nad życiodajnym brzegiem rzeki.

Ruchna nadbrzeżach upewniał przybyszów, że mają do czynienia zespołecznością pracowitą i gospodarną. Leniwi z rzadka stali zbici wmałe grupki i wpatrywali się bezmyślnie w rzekę, dziwiąc się, że chcejej się płynąć.

WracałaJagensa w pierwszy, mroźny dzień, co było znakiem, iż minęłowystarczająco dużo czasu, by kilkudniowy okres przejściowy przeszedłw okres stabilny, spokojnie gospodarujący kolejnymi dziesiątkamizimowych dni. Powrót Jagensy nawet jej samej wydał sięnierzeczywisty. Z każdym krokiem, przybliżającym ją do JakubaBlottona, stawała się coraz bardziej beztroska i spokojna. Nieobawiała się powrotu również dlatego, że nie znała jeszcze wówczasjego prawdziwego smaku, smaku piołunu.

Weszław mury miasta i odgłos jej kroków odbijał się miarowo w gotyckiejuliczce, zwanej Żeglarską. Jej pierwsza, najbardziej stroma częśćsięgała aż do niewysokiego muru, który oddzielał teren -należący do gospodarzy katedry Dwóch Janów - od częścimiejskiej. Dalej jednak, wraz ze zbliżaniem się do Starego Rynku,prostowała swój grzbiet, połyskujący w wilgotne dni kocimi łbami.Żeglarska należała do tych nielicznych ulic w mieście, w których,obok Mostowej, każdy krok, każdy głos nabierał wyrazistego brzmienia.Działo się tak za sprawą jej niewielkiej szerokości przy ciasnej, ajednocześnie smukłej zabudowie, której niewątpliwym ukoronowaniembyła katedra, sięgająca ponad pięćdziesiąt metrów wzwyż.

KrokiJagensy w listopadowy, rześki poranek rozlewały się niemal po całejdługości uliczki: była w odgłosach melodia kilku wesołych dnispędzonych poza miastem, poza wzrokiem kochanka. Jeśli beztroski czasbudził w Jagensie jakieś wyrzuty sumienia, to jedynie z powodu nazbytszybkiego powrotu. Zresztą, chciała zostać tam na zawsze albo "jakdługo się da" - słowa te powtarzała w myślach jakzaklęcie, z mocy którego, niestety, wiele już nie pozostało.

NaStarym Rynku, tuż przed głównym wejściem do ratusza, na dobreszykowano rusztowanie pod gilotynę. Początkowo mieszkańcy miastaomijali je szerokim łukiem, ze wstrętem, ale i strachem spoglądając wjego kierunku. Co prawda nie było jeszcze wyciągniętego na dwóchmocnych palach ostrza, nie było także innych części tej machiny, jakchociażby lunety.

Słowo"luneta" przywodzi na myśl znany powszechnie przyrządastronomiczny, będący prymitywnym odpowiednikiem dzisiejszychteleskopów, bezwzględnie penetrujących głębię Kosmosu. W porównaniu znimi dawna luneta była niewinną zabawką, której mizerna siła wobecniebotycznej głębokości Kosmosu pozwalała snuć astronomom marzenia onieodkrytych planetach i ich mieszkańcach, zachęcała do łączeniawiedzy fizycznej oraz matematycznej z kontemplacją metafizyczną, anawet mogła wprawiać wrażliwsze na spekulację umysły w stan bliskimistycznym doznaniom.

Mieszkańcymiasta po kilku dniach oswoili się jednak z widokiem rusztowania ioczekiwali uruchomienia gilotyny - traktowali ją, nawet wszczątkowej, niepełnej postaci, jak element stały, który ze względuna swoją smukłość dobrze sobie radził z gotyckimi wieżami kościołów:cicho wyrastał w ich cieniu, piął się pod osłoną świętych skrzydeł kuoświetlonemu bladym, listopadowym słońcem niebu.

- PanJakub kazał powiedzieć, że klucz jest u dozorcy - staruszkawychyliła zza drzwi swojego mieszkania jedynie głowę i ciekawymwzrokiem obrzuciła Jagensę, zwróconą do niej bokiem. Ta, usłyszawszyskrzypnięcie, przekonana była, że Jakub otwiera drzwi. Wesołość,którą czuła przed chwilą, gdy wchodziła do kamienicy, nagle znikła,ustępując miejsca złości. Drażniło ją to, że Jakuba już nie ma, żestaruszka wślepia się w nią, myśląc sobie Bóg wie co. Więc zanimJagensa zdążyła obrócić się w kierunku staruszki tak, by móc zgromićją swoimi brązowymi oczami, drzwi skrzypnęły na "do widzenia".

- Gdzieniby są? U dozorcy? Dlaczego u dozorcy są klucze do mojego... donaszego mieszkania? - Jagensa starała się nadać swojemu głosowichropowatość, by na dobre przestraszyć staruszkę, która zapewne nadalstała pod drzwiami i wsłuchiwała się z napięciem w odgłosy dochodzącez korytarza. Minęło kilka chwil milczenia. Podłoga delikatnieskrzypnęła pod zniekształconymi stopami staruszki. - Mam iść dotego łachudry dozorcy po klucze, pani mówi?! - Jagensakrzyczała, dobrze udając złość.

- Ano...trzeba... na dół! Do dozorcy zejść! On tam się na podwórku kręci! -głos skrzeczał zza drzwi.

- Jużwiem, wiem - odpowiedziała zniecierpliwiona Jagensa.

Schodzącw dół, odwróciła się jeszcze, by spojrzeć, czy ze schodów nie widaćtorby podróżnej, która zawsze towarzyszyła jej matce w corocznychwyprawach na południe, do siostry. Dobrze maskował ją gęsty ismrodliwy mrok korytarza. Znajdowało się tu jedno tylko okno odstrony zachodniej. Późną jesienią zazwyczaj dopiero krótko popołudniu wpadało przez nie trochę bladego światła. Poza tym w raziekonieczności zapalano olejową lampę umieszczoną nad schodami,prowadzącymi w dół ku niższym piętrom. Jagensa, słysząc hałasdochodzący z głębi korytarza, gdzie znajdowały się trzy pozostałemieszkania, wolała narazić się na niebezpieczeństwo skręcenia kostkiniż oświetlić drogocenną torbę.

Zawszepamiętała ją taką właśnie, jaką była teraz: miała kształt trapezuciemniejącego ku rozszerzającej się nieznacznie w stosunku do górypodstawie. Dwie zatrzaskowe sprzączki, przytwierdzone do obu końcówopasającego torbę rzemienia, pobrzękiwały niekiedy melodią, w którejpoczucie niepewności mieszało się z ciekawością nowych miejsc.Mechanizm zatrzaskowy nie znajdował się na zewnątrz, ale skryty był wśrodku dwóch posrebrzanych szyn. W jednej z nich tkwiła ledwiewidoczna wypustka, którą trzeba było energicznym ruchem wcisnąć i nachwilę przytrzymać, by usłyszeć delikatny chrzęst zamka,otwierającego wnętrze torby. W dzieciństwie, w tajemnicy przed matką,Jagensa zaglądała niekiedy do środka, podziwiając liczne kieszonki ikieszenie, zakamarki, tajne schowki tworzące misterną sieć labiryntugotowego skryć długie naszyjniki damskich potrzeb oraz zachcianek.Podróż bowiem, nawet i najkrótsza, jest dla kobiety rodzajemkompromisu zawieranego między pojemnością jej torebki a pogodowymikaprysami.

Jagensaz każdym krokiem coraz bardziej odczuwała nieprzespane noce i cochwila zataczała się w ciemnościach panujących na schodach, które zkolei nieprzyjemnie skrzypiały jak przeciążony szafot. Gdy wreszciedotarła do klitki dozorcy, była na tyle wyczerpana, że - mimojego nieobecności - odszukała właściwe klucze i wspięła się ztrudem znów na górę: dwa piętra zgnilizny mieszały się z dwomapiętrami trzasku schodów, a jeszcze dwa piętra mdlącego zaduchumieszały się z dwoma piętrami ciemności, przez którą wciskało sięgdzieniegdzie blade światło listopada. Wyślizgana, lepka poręczprowadziła Jagensę za rękę, ciągnęła ją za sobą w górę, wprawiającjej zmęczone ciało w stan lewitacji. Dwóm piętrom zgnilizny, trzasku,zaduchu i ciemności potrafiła Jagensa przeciwstawić koronki wspomnieńostatnich dni, które trwały "jak długo się da".

Chociażczas nie ma określonego smaku, mimo to Jagensa bez większego trudupotrafiłaby nazwać jego cechy, posługując się z dawna wypróbowanąmetodą: jabłka, morele, gruszki, śliwki w najróżniejszych odmianach,a także delikatne jagody oraz poziomki wymienione zostałyby wśródtych, które oddają ogólny smak kilku dni, rozciągniętych na "jakdługo się da". Być może potrafiłaby wskazać jeszcze owoceegzotyczne - daktyle, kokosy, owoc mango czy granatu lubkapiące od soku winogrona z winnic Południa - ale gdy szło oistotę tych dni, gdy szło o ich prawdziwy smak, to wówczas beznamysłu wymieniała czereśnie. Są to bowiem owoce słodkie i soczyste,ale bez określonego smaku, i którymi trudno kiedykolwiek się nasycić.Można wypchać sobie nimi brzuch tak, że napęcznieje jak u krowy(którą wzdęło po zjedzeniu koniczyny zroszonej ciepłym, czerwcowymdeszczem), lecz nawet wówczas nie dojdzie się, gdzie kończy sięwłaściwy smak czereśni, a rozpoczyna smak wdychanego przez naspowietrza. Czereśnia, o której myślała Jagensa, była blada, choćmiała odcień żółtawy. Gdy jest już zupełnie dojrzała i muchy lgną doniej jak do ludzkiego łajna, staje się przezroczysta. Łatwo możnadostrzec jej miąższ, wypychający się niekiedy ku światłu z taką siłą,że przerywa mocną skórkę. Ta zaś wywija się na zewnątrz z obu stron,pozostawiając niewielki rowek, miniaturowy kanion, który z każdągodziną powiększa się wokół owocu.

Jagensalewitowała ku mieszkaniu Jakuba i wpędzała się w stan tegoprzyjemnego odrętwienia, jakim lubimy czasem podsycać nasze zmysły,bo czuła smak czereśni. Koniuszkiem języka rozcierała dojrzały miąższowocu, a sok spływał cienką stróżką swobodnie do jej wnętrza. Zniecierpliwością oczekiwała kolejnej niewielkiej porcji nektaru, akażdy interwał wzmagał w niej poczucie coraz większego spełnienia.

Lewitującw kierunku mieszkania Jakuba, pamiętała z tych kilku dni niewiele,prawie nic - mdlący zapach krwi oraz głowę mężczyzny znienaturalnie rozwartymi oczami, patrzącymi śmiertelnym wzrokiemwłaśnie na nią. Ale nie czuła w sobie żadnego strachu i odrazy doniego - a w zasadzie do jego głowy, ponieważ pozostałej częściciała był najprawdopodobniej pozbawiony. Ten fakt w ogóle jej niedziwił. Czuła w sobie tylko błogi spokój i lekkie podniecenie, którenie miało określonego źródła. Więcej, odczuwała z tym mężczyzną jakąśwspólnotę doznań; była pewna tego, że obcy człowiek i zupełnie nie wjej typie mężczyzna jest jej bliski. Rysów jego twarzy nie pamiętała,jedynie wzrok.

- PanJakub wróci dopiero wieczorem i prosił pani to dać - staruszka,która czuwała cały czas przy drzwiach, oczekując powrotu Jagensy, tymrazem postąpiła krok w jej kierunku. Nieprzyjemny fetor, dobywającysię ze starczego ciała, przywołał Jagensę do rzeczywistości. Nakorytarzu świeciła lampa, której poszarzały blask wystarczył, bydojrzeć łachmaniarski wygląd staruszki. Spod rozciągniętej i mocnoposzarzałej mantylki wyzierało kilka warstw trudnych do identyfikacjiwierzchnich ubrań, tworzących miękki i lepki pancerz. Chwiejny krokwprawiał całą tę wielowarstwową skorupę w nadzwyczajne drżenie, któreprzypominało próbę lotu pierwszych ludzi. Staruszka, unoszona przezłachmany i własny smród, wyciągnęła w drżącej dłoni niewielkipakuneczek w stronę Jagensy. - Pan Jakub - powtórzyła zprzejęciem staruszka - kazał to pani dać zaraz, jak paniprzyjdzie. Ja już od przedwczoraj albo i jeszcze wcześniejnasłuchuję, czy pani idzie. Ja mam dobry słuch. Mój mąż nieboszczykzawsze mi powtarzał, że śmierć, co do mnie kiedyś przyjdzie, dalibógusłyszę. Pan Jakub mówił, że pani dziś przyjdzie na pewno. Tak mówiłpan Jakub przedwczoraj, i wczoraj, i dziś z rana, jak wychodził.

Staruszkaspod skołtunionych włosów ciekawie przyglądała się Jagensie.Zdobywając się na wielką odwagę, jakiej nigdy przecież nie miała,próbowała spojrzeć w brązowe oczy, które teraz były akurat lekkozamglone i błyszczące.

Zawiniątko,tkwiące w dłoni staruszki, było niezdarnie przewiązane długą, żółtąwstążką: jeden jej koniec zaplątał się między palec serdeczny iwskazujący, drugi zaś wszedł jakimś dziwnym trafem pod jeden złachmanów. Jagensa, czując do niej litość i zarazem obrzydzenie tymsilniejsze, że na ułamek sekundy poczuła w ustach smak czereśni,zwinnym ruchem lewej ręki uniosła pakuneczek i natychmiast zamknęła wdłoni. Nim się staruszka zorientowała, co zaszło, Jagensa resztką siłwepchnęła klucz do zamka, przekręciła nim dwa razy w lewo, otworzyłana oścież drzwi i, pomagając sobie nogą, wepchnęła podróżną torbę domieszkania. Na koniec zatrzasnęła za sobą drzwi. Przez chwilęzdezorientowana kobiecina stała jeszcze na korytarzu z wyciągniętą aopróżnioną już dłonią, po czym - mrucząc coś pod nosem, znikław ciemnościach.

Mimoogromnego zmęczenia Jagensa nie potrafiła usnąć. Leżała na łóżku,wpatrując się nieruchomymi oczami w sufit. Błogi nastrój opadł z niejcałkowicie, gdy poczuła w nozdrzach zapach Jakuba. Tamte wonieodeszły, pozostawiając po sobie tęsknotę za soczystością kilku dni,za słodyczą przepędzonych nie tak dawno godzin. Próbowała niedalekimprzecież wspomnieniom nadać postać, do której mogłaby tęsknić, takjak tęskni się za ukochanym mężczyzną. Ale mimo wysiłku wyobraźnipozostawał w niej tylko smak i zapach - słodkawy, mdlący, azarazem delikatny. Ten smak i zapach nie należały do nikogo, niewypływały z erotycznego przeżycia, jednak zawładnęły nią i z tym byłojej dobrze. Pożądanie, które mogłoby przerodzić się w ból i ludzkąkrzywdę, nie miało tu żadnego udziału. Trudno było Jagensie ocenićniewinność doznania, które w jakiejś cząstce łączyło się, copodskórnie czuła, z rozkoszą wypełniania się gorącym nasieniem. Zezdumieniem odkrywała jednak, że nie była zakochana, to znaczy niepożądała innego mężczyzny lub kobiety, gdyż zamykając oczy, widziałatylko śmiertelny wzrok nieznanego, choć w jakimś sensie bliskiego jejduchowo mężczyzny. Kim więc on był i czy w ogóle był - tegoJagensa na razie nie wiedziała, ale stanowczo odrzucała jakąkolwiekmyśl o głębszym uczuciu właśnie do niego.

Zaoknem zrobiło się całkiem jasno i pogodnie - blade słońce przezchwilę dotykało wieży katedry Dwóch Janów, a potem skryło się za nią.A wtedy zabrzmiał dzwon katedralny i uniósł się ponad miastem wysokoi spadł z głuchym westchnieniem między ludzi. To było dobre.

2.

- Wpołudnie Jakub tu będzie? - mężczyzna rzucił pytanie przedsiebie, nie zwracając uwagi na to, czy ktokolwiek zdołał je usłyszećwśród panującego na podwórzu gwaru. Ładowano na wóz nieheblowanedechy potrzebne na podstawę pod gilotynę, która powinna tego dniastanąć w całej okazałości naprzeciw ratusza. Cieśle, czuwający nadrobotą, sami wybierali deski o odpowiedniej długości. Podest miał byćbowiem wysoki na dwa i pół metra. Dziesięć stopni na szafot.

- Dlaczegonie siedem? Bo to i mniej roboty, i lepiej jakoś tak brzmi. "Siedemstopni" - to brzmi dostojniej. Majestatyczniej. Pełniej.Mityczniej.

Jakgo na szafot wciągali

Łbamiswoimi ruszali

Tow lewo, to w prawo

Takato była zabawa.

Hejha! Hej ha!

Panieneczkomoja.

- Mójdrogi przyjacielu! Mój ty byku tromtadracki, siedem sfer niebieskich,siedem kręgów piekielnych, siedem grzechów głównych, siedem złychduchów, które nawiedziły naszą Złotowłosą. A musiała być zabójczopiękna. I to jest dobre. Ale mój ty byku tromtadracki, dziesięć todziesięć, choćby nie wiem co. Tu liczy się porządek ludzki. Mój tybyku tromtadracki, dziesięć palców u nóg, dziesięć palców u rąk PanaJezusa, który wszystkich i wszystko bije na głowę, to dopiero brzmi!To jest pieśń święta o poranku, którą łykasz, mój ty bykutromtadracki. Amen. Pójdź do mnie niech cię uściskam! -Dojrzały brzuch zabulgotał pod zaplamionym surdutem i z całym impetemzjedzonego śniadania ruszył naprzeciwko pryszczatego młodzieńca wdługich butach.

Oj,la moja główka

Bolimnie od rana.

Niechwięc mnie ta panna

JóziaGuillotina

Pocałujew szyję.

Oj,la moja główka

Oj,la moja główka.

Wózzaładowany był już do połowy, gdy na podwórze wypełnione ludzkimgwarem i odgłosami zniecierpliwionych koni, a także furkotem gołębi iwróbli, walczących o czerstwą kromkę ciemnego chleba oznaczoną pieskąuryną, wszedł Jakub Blotton. Przez chwilę, stojąc jeszcze w ciemnymkorytarzu, prowadzącym na podwórze, zawahał się. Chciał jak wczoraj iprzedwczoraj, i jeszcze kilka dni temu zawrócić w stronę mieszkania,przemóc się i wejść do śmierdzącej dziupli dozorcy, żeby zapytać, czyona już jest, czy przyjechała.

Tonic, że w razie jej pojawienia się dozorca miał rzucać wszystko ibiec co sił do niego. Wówczas umorusany, cuchnący Hermes o twarzyidioty pędziłby, stukając podkutymi obcasami po bruku. I ten dźwięk,jakiego nigdy dozorca nie słyszał, mógłby mu dodać sił i pewności.Rozchodziłoby się bardziej o pewność - mógłby bezkarnierozpychać się między straganami, między gromadkami bab ze wsi, międzygołębiami, które wypłoszone podrywają się w górę i niekiedywypuszczają bździnę spod ogona na wiwat.

Pędziłbytak, a wiatr rozwichrzyłby mu jego rzadkie włosy, których misterneprzyklepanie na środku czerepu zasłaniało rozrastającą się łysinę."Och, wielki wstyd mój drogi dozorco, wielki wstyd z takąłysiną paradować! Toż pan, panie dozorco, jest młodym człowiekiem itaka łysina źle o panu świadczy. Pan się najzwyczajniej w świeciezaniedbuje! To niewybaczalne". Tak mu kiedyś pewna lokatorka,świeć Panie Jezusie i Matko Boża nad jej duszą, z naprzeciwkapowiedziała. Patrzył wtedy na nią tymi swoimi idiotycznymi, podówczasjeszcze, dwudziestodwuletnimi oczami. W takich właśnie momentachpęczniejącego wstydu zesrywał się. To było dobre. Co prawda zawszemiał kłopot ze zwieraczami, ale tylko wtedy, gdy się zdenerwował.Niewiele, prawdę mówiąc, do tego mu było trzeba. Ot, zwykłareprymenda, uwaga na temat wyglądu, nawet najzwyczajniejsze naświecie stwierdzenie, dotyczące jego powierzchowności lub charakterumogły być dla niego niczym trąba powietrzna dla chwiejącej się przylada wietrze chałupy. Więc kiedy usłyszał te słowa, popuścił, a smróduniósł się powoli i w końcu doszedł do nozdrzy starszej pani,wprawiając ją w zakłopotanie. Potem cała zawrzała gniewem, bowidziała jego jeszcze głupszą minę niż przedtem, którą uznała zaobrażające jej godność wielkie lekceważenie. Ale młody dozorca nielekceważył jej wtedy, tylko posrywał chorobliwie, sam siebie przedstarszą panią poniżając. Im bardziej zatem było mu źle, tym gorzejdziało się ze staruszką: jej gniew był ślepy jak kura po zachodziesłońca.

Trąbynie mogły się wtedy odezwać, piorun nie mógł w młodego dozorcęstrzelić, tylko następnego dnia staruszka pochorowała się i, tydzieńprzeleżawszy u córki, umarła. Nim umarła, córce opowiedziała historiędozorcy, coraz słabszą ręką wygładzając od czasu do czasu fałdy nakołdrze.

Córeńkawidziała matkę jeszcze piątego i szóstego, a nawet siódmego dnia, jaksię położyła do łóżka. Siódmego dnia widziała ją przez chwilę tylko,gdyż potem przyszli trumnę zbić, na wóz pięknie przystrojony włożylii zawieźli na cmentarz. Córeńka widywała swoją matkę przez siedem dniprzy życiu jedynie wieczorem, bo resztę dnia spędzała w biurze,dopomagając jakiemuś przedsiębiorcy w rachunkach. Mimoczterdziestoletniej łysiny, był to człowiek przystojny i serdecznydla ludzi. Mówiono nawet, że incognito łożył regularnie duże kwoty nadom opieki nad nieletnimi i leprozorium przy kościele św. Jerzego.Pokochał córkę staruszki miłością spóźnioną i nieco skrytą. Córkastaruszki też go pokochała. W dniu pogrzebu w bardzo niezręcznysposób wyznał jej miłość.

wserii kwadratukazały się:

"2008","2011", "2014", "2017" -antologie współczesnych polskich opowiadań

MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

WaldemarBawołek"To co obok"

KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"

JacekBielawa "Kościelec"

JarosławBłahy "Rzeźnikz Niebuszewa"

DariuszBitner"Książka"

RomanCiepliński"Diabelski młyn"

TomaszDalasiński"Nieopowiadania"

JerzyFranczak"Święto odległości"

KrzysztofGedroyć"Przygody K"

AndrzejGrodecki"Iluzje"

BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"

LechM. Jakób"Ciemna materia"

BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"

WojciechKlęczar"Wielopole"

BogusławaLatawiec"Ciemnia"

RyszardLenc"Chimera"

ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco", "Spowiadania i wypowieści"

MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"

JarosławMaślanek"Ferma ciał"

DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"

KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"

EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"

Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"

PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

PawełPrzywara"Ricochette","Zgrzewka Pandory"

KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"

GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"

ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"

IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"

ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"

AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Czasyo obyczaje. Wariacje biograficzne", "Koncert muzykidawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

EmiliaWalczak"Hey,Jude!"

MiłoszWaligórski"Ktoto widział"

Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"

MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"

MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

TadeuszZubiński"Rzymska wojna"