PRZEDMOWA
Cywilizacja łacińska nadała człowiekowi - czyli oczywiście, że sobie - miano "mądrego". Nazwaliśmy siebie Homo sapiensem - Człowiekiem mądrym. W definicji "Homo sapiens" występuje jako człowiek rozumny bądź myślący. Co byłoby właściwe, dopóki nie chcielibyśmy w tym samym tonie nadać nazwy człowiekowi wyższemu.
Nadczłowiek w sznycie łacińskim winien brzmieć Homo superior. Ale nadczłowiek brzmi trochę zbyt wzniośle dla nas. Zatem chcąc kontynuować przyjętą formę nazewnictwa i porzucić człowieka rozumnego czy myślącego (sapiens) i ewoluować z nim do mądrego, mam kłopot. Bo mądry po łacinie to właśnie sapiens.
Zatem my dzisiejsi: owi rozumni, myślący (sapiens), ale niezbyt mądrzy (sapiens), nie możemy być w zasadzie sapiens. Bo o ile jesteśmy jednak rozumni i myślący, to nie jesteśmy mądrzy. Wielu w tym miejscu się nie zgodzi. Spokojnie. Po to właśnie jest niniejsza książka, abyśmy o tym porozmawiali. Chociaż rozmowa o oczywistościach jest zbędna. Ale konieczna w aspekcie zrozumienia zagadnienia.
Lakonicznie rzecz jedynie ujmę następująco. Mądrzy nie napadaliby na siebie, nie zrzucali bomb, nie gwałcili, nie okaleczali zwierząt dla korzyści, nie gotowali ich żywcem, nie nazwaliby ich zabijania sportem. Nikt mądry by tego nie zrobił. To dla mnie nie ulega wątpliwości. Jeśli jakiś Czytelnik uważa odwrotnie, to dlatego, że jest człowiekiem myślącym, ale nie mądrym.
Łacińska nazwa - którą mógłbym się posłużyć - człowieka wyższego mentalnie to Homo superior. Ma on w zasadzie ten sam mózg jak Homo erectus czy Homo habilis. I naturalnie właśnie sapiens. Ale! I co tu najistotniejsze - a o czym Czytelnik jeszcze nie wie - pozbył się ciążącej na tym mózgu plejstoceńskiej wady. I to jest właśnie superior. Nie potrzebuje on szóstego palca u ręki. Nawet nie potrzebuje lepszego wzroku czy wydajniejszych płuc. Będzie to miał dzięki umysłowi, który pozwoli mu zrozumieć, kim jest i co powinien spożywać jako pokarm, aby nie degenerować swej sprawności. Bo biologicznie jest przecież roślinożercą. I czego nie aplikować w siebie jako rarytas, który albo zżera mu organy, albo zabija szare komórki. Bądź obarcza chorobami.
Do superiora prowadzi tylko jedna droga: mądrość. Ale nie ta, którą obdarzyliśmy Homo sapiensa.
Tytuł Homo fatuus sanctus nawiązuje do porządku rzeczy. Nie dlatego, że to, co łacińskie, powinniśmy podtrzymać i szanować. Co to, to nie. Cywilizacja łacińska jest najbardziej zbrodniczą i destrukcyjną cywilizacją w dziejach tej planety. Jest dogmatyczna, a to odwraca nas od prawdy. Jedyne, co należy zrobić, to ją pogrzebać i zapomnieć o niej, aby nie czuć wstydu. A od łaciny wreszcie zacząć woleć prawdę.
Ale znamy to, co znamy, i posługujemy się słowami, które rozumiemy. A dla porządku rzeczy naszego rodzaju - znamy Homo. Ta książka zatem opowie o rodzaju Homo, a przede wszystkim o wspólnym dla wielu gatunków Homo mózgu.
Patrząc na nas przez pryzmat historii. Naszych czynów i tego, iż nasze życie, pomyślność i przyszłość zawierzamy urojeniom. I marnotrawimy na nie pieniądze i zasoby, zamiast polepszać dzięki tym środkom świat. Zatem nie mogę nie nazwać człowieka dzisiejszego Homo fatuus. Z inwektywą "sanctus". To znaczy inwektywą według mnie, gdyż bogobojni naturalnie odbierają to określenie jako wartość. Sanctus bowiem oznacza: bogobojny, świątobliwy. Fatuus po łacinie oznacza: tępy, idiota, głupi, niemądry, nierozsądny.
Wybierzcie sobie jedno i uczciwie powiedzcie, że żadne nie tyczy się ludzi. Nawet jeśli się ze mną nie zgadzacie.
Niniejsza książka opowie, dlaczego i jak narodziła się religijność. I jaki aspekt odpowiedzialny jest za jej potrzebę. Czyli odpowie na najbardziej nurtujące ludzkość pytania. Jak i na to, czy religia jest nam niezbędna. Co nadzwyczaj często usłyszycie. Przecież nie od dziś wmawia się nam wyższość tych, którzy w cokolwiek wierzą, nad tymi, którzy kierują się w życiu obserwacją, analizą i wiedzą.
To oczywiście obraz ułożony przeze mnie w wyniku pojawiających się kolejnych puzzli, które wpasowałem we właściwe miejsce. Dla jednych może być to teza, dla innych prawda.
Ja traktuję to jako myśl, którą osadzam głęboko w logice, a która wynika z obserwacji i znajomości świata. Jego dziejów i pochodzenia człowieka. Gdy weźmie się pod uwagę mity, święte księgi, archeologię, historię czy badania nad mózgiem - obraz staje się klarowny. I z pewnością odpowiada na pytania, na które odpowiedzi nie znamy. Lub jeśli kogoś nie przekona, daje mu kawałki, które może próbować sam ułożyć. Jak skrawki manuskryptów.
Na tym polega filozofia. Że możemy wykraczać poza dogmat i rozumienie świata. Przeciwnie do religii. I możemy się cofnąć czy pójść w bok. Czego nie możemy zrobić w religii, gdyż będzie to bluźnierstwo, za które bóg nakazuje zabić.
W filozofii jesteś poszukiwaczem, badaczem, odkrywcą. W religii jesteś tylko wykonawcą woli pradawnych - siłą rzeczy mniej wiedzących - ludzi, reprezentujących boga, który nie wiedział nawet o tym, że Ziemia, jaką stworzył, nie jest płaska.
Dlatego mogę pokusić się o odważną myśl bez systemu nad sobą, który mnie strofuje czy chce utrzymać w ścisłych ramach.
PROLOG
Są dwa słowa, które przerażają dozorców wszelkich systemów. I które są wrogie konserwatyzmowi. A konserwatyzm jest tak samo uciążliwy jak religia. Zarówno religia, konserwatyzm, a i szeroko rozumiana kultura odwracają nas od prawdy.
Są dwa słowa, które deprecjonują wszyscy ci, którzy chcą wciąż widzieć świat poddanym, bo nasz małpi rozum lubi dominować agresją. Jesteśmy mentalnym drapieżnikiem, bo jesteśmy agresywnym małpoludem. Nie zgodzi się z tym nikt, kto czerpie wartość z moralnego systemu zewnętrznego. Nikt nie lubi czuć się podły i nieistotny. I zaakceptować tego faktu, że jak już umrze, to już go nie będzie. Nie chcemy umierać i nie chcemy porzucać swojej strefy komfortu, która staje się coraz obszerniejsza, a zdobywana coraz bardziej bezrefleksyjną przemocą. Mimo tak zwanej duchowości i niejakiego humanizmu. Spójrzmy na swoje talerze i kremy testowane na zwierzętach i powiedzmy to jeszcze raz. Lub na ilość ofiar w wyniku dogmatu, któremu jesteśmy wierni.
Są dwa słowa na początek, aby potraktować siebie właściwie. Dwa słowa, o których powiedzą wam, że są ujmujące, niewłaściwe i złe. Ale nie bójcie się tego. Nauczcie się ich, zrozumcie i nie wstydźcie. Te słowa to mizantropia i nihilizm. A wynikają one tylko z jednego. Z doświadczenia tego, co Homo sapiens czynił i czyni. Czyli z wiedzy o gatunku ludzkim.
Mizantropia to niechęć do gatunku ludzkiego. Nie jest to uczucie skierowane do poszczególnych jednostek, ale do ogółu populacji. To po prostu świadoma konsekwencja tego, jacy jesteśmy i co robimy.
Nihilizm to różnorako rozumiany termin filozoficzny, którego kluczowym pojęciem jest negacja. Moralny nihilizm neguje obowiązujące normy moralne, a polityczny neguje ustalone autorytety - lub wszelką władzę. Nihilizm egzystencjalny głosi brak celu, sensu, wartości. W tym i wartości życia (aksjologia).
"Świta już przeciwieństwo między światem, który czcimy, a światem, który przeżywamy. Którym jesteśmy. Pozostaje tylko albo uprzątnąć przedmioty naszej czci, albo siebie samych. To drugie jest nihilizmem.
"Nihilizm jako stan psychologiczny występuje po wtóre wówczas, kiedy przyjęło się pewną całość, jakieś systematyzowanie, nawet uorganizowanie we wszystkim, co się dzieje, i wśród wszystkiego, co się dzieje: tak iż dusza łaknąca podziwiania i czczenia tarza się z rozkoszą w ogólnym wyobrażeniu jakiejś najwyższej formy panowania i rządzenia. Pewien rodzaj jedności, jaka bądź forma "monizmu": i oto w następstwie tej wiary człowiek w głębokim poczuciu związku i zależności od jakiejś nieskończenie przewyższającej go całości jest modusem bóstwa. Dobro ogółu wymaga poświęcenia jednostki. Ale oto, nie ma wcale takiego ogółu!
"Rezultat: wiara w kategorie rozumu jest przyczyną nihilizmu; - wartość świata mierzyliśmy wedle kategorii, które odnoszą się do świata zupełnie urojonego. Jest to wciąż jeszcze ta hiperboliczna naiwność człowieka: siebie samego uważać za sens i miarę wartości rzeczy." Nietzsche
Uczmy się słów i rozważajmy swoje jestestwo przyglądając się temu, jak działa świat. Obserwujmy i prowadźmy ze sobą rozmowę o tym, co widzimy i co czujemy. Wyjaśniajmy sobie zjawiska i emocje, bo gdy kończą się wyjaśnienia, zaczynają się obrzędy. A tego nie chce ani nie potrzebuje inteligencja. Obrzęd cofa nas w przeszłość i nie pozwala się uwolnić. Jawi się jako niezbędny, bo bez niego stracimy coś, od czego uzależniony jest nasz mózg: poczucie bezpieczeństwa i pocieszenie. To jest nasza strefa komfortu, której nie lubimy opuszczać. A wręcz się tego bardzo boimy.
RELIGIA
CZYLI SYSTEM EKSPLOATACJI STADA
Człowiek jest istotą kruchą. Marną i słabą. A przede wszystkim zachłanną. I bez względu na kulturę czy charakter, szukającą trzech elementów:
- poczucia bezpieczeństwa
- pocieszenia
A później i mądrości. Ale z tym są pewne kłopoty, co wyjaśnię w dalszej części książki.
To naturalne aspekty, nawet u wielu zwierząt. U zwierząt jednak one nie dewaluują się tak, jak u ludzi. Chociaż z naszego punktu widzenia to ewolucja. Czyli lepsze przystosowanie się. I to wina bardzo starej wady naszego plejstoceńskiego mózgu. Wady, z którą wędruje cały rodzaj Homo.
W przypadku ludzi pojawia się z tymi trzema aspektami pewien problem. Otóż bezpieczeństwo, pocieszenie i mądrość w ich naturalnej formie są niewystarczające. Nic dziwnego. Jesteśmy zachłanni. A później stajemy się w dodatku narcystyczni. Więc elementy te chcemy oramować (religia), a później nawet spersonifikować (Jezus).
Dzięki temu nie będą już przypadkowe czy nie będą wynikiem naszych realnych działań, które przeważnie są irracjonalne i destrukcyjne. Lecz będą systemowe. Osiągane zaklęciami. Zależne od przekonań. Nie od tego, co czynimy, lecz od tego, co jest w naszej głowie. Tak oto chcemy zapanować nad czymś, nad czym nie mamy kontroli. Nad śmiercią. Ale śmierć to tylko ziarno, z którego wyrasta cały system.
Dotychczas, będąc dwunożną małpą uzbrojoną w pałkę, jedynie napadaliśmy innych, chcąc ich ograbić czy poruchać. I zabijaliśmy wszystko, co słabsze, w większej liczbie niż potrzebowaliśmy. Nasze życie było chaotycznym elementem natury. Byliśmy zupełnie nieistotną w skali kosmosu formą życia na Ziemi. Daleko nam było do jakiejkolwiek wyjątkowości, a co dopiero religijnej korony stworzenia.
Ale od kiedy włożyliśmy martwemu dziecku kamień w dłoń, chcieliśmy zapanować nad naturą. Co było niemożliwe, ale niezbędne dla pocieszenia. Zatem musiało zaistnieć coś, co sobie z tym radziło. Co radziło sobie z losem czy nieuchronnością życia, jaką była śmierć. Był to aspekt nietykalny. Nikt i nic nie miało nad nim kontroli. Więc małpiszon z bardzo wadliwym mózgiem i jego nadrzędną dążnością do swego bezpieczeństwa musiał znaleźć drogę ucieczki. I taką znalazł. Magię.
Magię, która z pierwotnej formy pocieszenia z powodu śmierci, ewoluowała do zapanowania nad śmiercią. Naturalnie, że było to urojone remedium, ale nie w głowach wyznawców różnych religii. Magia, z której możemy się zaśmiewać (miotający się szaman nad grobem i wrzeszczący bez sensu, w trakcie zarzynający jakieś zwierzę podczas tego spektaklu), jest dziś uprawomocniona w systemach państwowych i gorliwie pielęgnowana społecznie. To religia. Czyli kapłan, który wznosi kielich wina, mówiąc, że to krew, a ciastko uznający za ciało boga. To znamy z naszych kościołów. Ale z innych tej samej religii znamy niemal halucynogenne tańce, wrzaski czy rzucanie się po podłodze. A w innych religiach wciąż zarzynanie zwierząt dla boga. Czyli dla naszego bezpieczeństwa. W tym wszystkim chodzi o przezwyciężenie śmierci. Której naturalnie żaden system nie przezwycięża, ale przekonująco udaje, że to robi.
Przed śmiercią, a zatem pocieszając nas i gwarantując tym samym bezpieczeństwo, ratuje nas opłatek. Wino, baranek wykrwawiający się na boskim ołtarzu, wycięte serce. Czy masa innych abstraktów i barbarzyństw. Ale w tym wszystkim chodzi tylko o jedno. O nasz los. O czubek naszego własnego nosa.
To w naszym plejstoceńskim mózgu narodziła się religijność. Czyli marzenie o nadaniu sobie znaczenia. Nieważne, że było to urojenie, bo znaczenie było nadprzyrodzone. Ważne, że uzyskaliśmy w ten sposób bezpieczeństwo i pocieszenie. Pocieszenie w śmierci i bezpieczeństwo poza życiem. Dzięki włożonemu narzędziu w dłoń trupa. A później dzięki włóczni czy zwierzętom zarżniętym dla tego urojenia, aby przekupić ewentualnych dozorców zaświatów. Czy zabiciu służby umierającego dygnitarza, aby miał mu kto usługiwać. Często nawet jego samic, a później żon, aby miał kogo ruchać.
Zaskakujące stwierdzenie? A co daje jako nagrodę bóg Allah? Zniewolone, dziewicze dzieci płci żeńskiej. I to aż 72 sztuki, aby szybko nie spowszedniały. Więzione w muzułmańskim niebie jako prezent dla posłusznego wykonawcy woli najwyższego. Oto nagroda, jaką przekupuje bóg swych wyznawców.
Ale to kolejny etap ewolucji religii. Nie sama nagroda, lecz warunek jej uzyskania.
To właśnie urojenie naszego plejstoceńskiego mózgu przyczyniło się do narodzin czegoś, co rodzi się jedynie w religijności. Ofiarnictwa. Ofiarnictwa, które jest najpotężniejszym fundamentem wszystkich trzech religii księgi. A ołtarz ofiarny jest najwcześniejszym symbolem boga biblijnego.
Przekupstwo bogów, demonów czy wszelkich innych istot, które są wytworem naszego mózgu, to bardzo wczesny koncept mający na celu zadbać o nasz los po śmierci.
Dawno temu pojawił się pewien świątobliwy pasożyt: szaman, czarownik, kapłan etc. To tylko różne nazwy dla kogoś, kto ujrzał w pewnej ludzkiej potrzebie - ale jak widzicie, nie tylko naszej, bo i u innych przedstawicieli rodzaju Homo - płaszczyznę do eksploatacji. Stał się kimś, kto przynosił pocieszenie. Roztaczał wizję, która miała pokrzepić po śmierci dziecka czy innego bliskiego. Stworzył alternatywny świat, w którym bliscy zmarli żyją. I nie tylko żyją, ale mają się dobrze. Jednak to drugie wymaga naszej pomocy.
Kto wie, być może pierwszy szaman zrobił to dla seksu. Był szarlatanem. Nie chciało mu się zbierać jedzenia, a tym bardziej polować. Być może nawet nie chciało mu się zbierać drewna na opał. Nie miał w stadzie pożytecznej funkcji. Samice zatem nie widziały w nim tego, który właściwie zadba o nie i potomstwo. Był leniwy, ale miał pewną cechę, której nie mieli inni. Wynikała ona z prostej przesłanki. Chciał po prostu dbać o swoje lenistwo. A aby to zrobić, musiał stworzyć ku temu system. A więc jako darmozjad, musiał stać się niezbędny.
W zasadzie o takim nierobie opowiada kilka ksiąg w biblii. Księgi Wyjścia i Kapłańska są wręcz rozpiską tego, co lubi mieć, robić i zjadać kapłan. A więc tego, co wierni mają mu zapewnić.
Ale w jaki sposób to właściwie możliwe, aby inni ludzie, a nawet cała społeczność, składała komuś za darmo efekty swojej pracy? Czy Homo sapiens - a nawet inni Homo - byli altruistami? Co to, to nie. Jako ogół jesteśmy egoistami, a nawet patologicznymi narcyzami.
I szaman to wiedział. Poświęcił dużo czasu na obserwację stada. Na poznanie jego potrzeb i słabości. I uznał, że skoro rodzice zmarłego dziecka zdolni są do robienia irracjonalnych rzeczy, takich jak poświęcenie narzędzia - a więc zasobu - dla trupa, to zrozumiał, że jest to znakomite pole do eksploatacji. A jak jeszcze mógł dzięki podtrzymaniu tego urojenia - a więc pocieszeniu - zapłodnić "zranioną" samicę bez starania się o nią, to już w ogóle wiedział, że z pocieszenia płyną wszelkie korzyści.
Był jednak zachłanny. Przypadkowe pieprzenie samicy, której kryjący ją samiec umarł, czy tej, której umarło dziecko, było fajne. Ale nie gwarantowało komfortu na dłuższą metę. I zdobywania pożywienia bez pracy. Nie gwarantowało usankcjonowania jego lenistwa. Więc żeby to zrobić, trzeba było przeskoczyć hierarchię stada. Był jednak na to zbyt słaby. Musiał więc stać się kimś, kogo dotychczas nie było w stadzie. I kogo nie można było skrzywdzić. Świętym. To naturalnie nic nie znaczyło. Było tylko nowym słowem definiującym nową funkcję.
W świecie zwierząt samce omega mogą jedynie oszukać i uzyskać dostęp do pokarmu czy samicy wtedy, gdy reszta samców się posili lub walczy. U Homo też to działało. Silniejszy, a więc wartościowszy dla stada - zbierał, polował, chronił - był pierwszy do posilania się i zapładniania samic. Bezpieczeństwo i silne geny. Szaman również i to dostrzegł. Był gdzieś na końcu hierarchii. I nawet nie chciało się mu zbierać jedzenia, co dopiero walczyć o prym ryzykując życie. Ale dzięki dysponowaniu czasem - efekt lenistwa - i obserwacji zachowań stada, zaczynał rozumieć mechanizmy. Siłą rzeczy, zaczął być bardziej rozumny. Dostrzegał słabości członków stada, ich zależności, ich potrzeby, ich lęki. Mógł dzięki temu zaprezentować coś, co dodawało mu wartości i autorytetu: mądrość. Nie był rzecz jasna wystarczająco mądry, aby być mądrym. Ale był wystarczająco mądry, aby za takiego uchodzić. Bo był po prostu mądrzejszy od reszty. I cyniczny, aby umieć to sprzedać.
Szaman, obserwując to, zrozumiał, że oprócz pocieszenia ważne jest bezpieczeństwo. Ale o ile jedno umiał dać i się do tego przysposobił, to bezpieczeństwa nie mógł zagwarantować. Był szarlatanem, a nie silnym samcem. Jednak okazało się, że bezpieczeństwo jest u szczytu pragnienia. Zarówno całego stada, jak i każdego jego członka z osobna. I wymyślił coś, dzięki czemu mógł również je gwarantować, nie musząc okładać się pałką z silniejszym od siebie pobratymcem. Co raczej źle by się dla niego skończyło. Nie chciał zdobywać statusu i dóbr walką, ryzykując życie, lecz sprytem. Nie ryzykując nawet spalania kalorii. Bo zupełnie nic nie robiąc.
Szaman opanował już pocieszenie i się w nim wyspecjalizował. Ale pocieszenie wymagało dramatów, które i owszem, były częste, ale niewystarczająco. Teraz przyszła kolej na bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo, które w jego przypadku powiązał z tym, co już opanował. I na tym fundamencie je oparł. Na pocieszeniu. Rozwinął zatem system, który gwarantował pocieszenie przez poczucie bezpieczeństwa.
Tak więc jak umrzecie, to włożę wam w rękę dzidę i nóż, abyście mogli po drugiej stronie walczyć z ewentualnymi zagrożeniami i móc polować. Przy tym odprawię pewien teatr, który nazwiemy obrzędem, aby wzmocnić moją niezbędność. Co pocieszy rodziców zmarłego dziecka, bo nada tej smutnej chwili jakiekolwiek znaczenie w świecie przepełnionym umieraniem. Na to cierpią nawet zwierzęta. Wiele gatunków, które dzisiejszy chrześcijanin posądza o brak duszy i uczuć, tuli swoje martwe dzieci. Oswojone psy na przykład, potrafią leżeć depresyjnie przy grobie opiekuna. Zarówno one, koty, konie i inne potrafią płakać. Niezwykłym mentalnym barbarzyństwem jest nadawanie wartości systemowi religijnemu, który orzeka, że nie mają te istoty żadnej duszy, uczuć, a więc i praw. I nie czują nawet bólu - według oświadczeń kapłanów chrześcijańskich.
Skąd bierze się taki z gruntu fałszywy pogląd? Z egoizmu. Łatwiej składać temu, kto dzierży naszą przyszłość po śmierci - a nawet nasz los za życia - zwierzęta, gdy pozbawi się je czucia.
Tylko bezduszne podejście do natury może zaspokoić pazerność szamana. I ludzi w ogóle. Przecież dziś nad wyraz jest to widoczne, gdy człowiek doprowadził właśnie do szóstego w dziejach planety wymierania gatunków. A Ziemię degeneruje zachłannie ją eksploatując. Po co nam zatem kościoły, skoro mamy moc niszczenia większą od meteorytu, który uderzył w Ziemię 66 milionów lat temu? No przecież nie do realnej pomocy i dbałości o dom, lecz do zapewnienia nam dobrego samopoczucia w tym bezmyślnym barbarzyństwie. Czyli do pocieszenia i bezpieczeństwa.
Zatem szaman odprawia pewien teatr po tym, jak złożysz mu ofiarę. Tym na przykład jest dzisiejsza msza. Przyjrzyjcie się kapłanom odprawiającym ją. Spójrzcie na to, jak na wyreżyserowane przedstawienie. Odpowiednie stroje, odpowiednie zachowania i czynności. Oraz słowa. Teatr dający nam pocieszenie. Po którego epilogu czujecie się bezpieczniejsi. Bo właśnie komediant zagwarantował wam swoją magią fajne życie po tym, jak tu umrzecie. I w tym systemie bezpieczeństwo, bez względu, jakie zło tu uczynicie. Wystarczy, że poprosicie urojenie o wybaczenie. Oczywiście, przekupując je, czyli płacąc kapłanowi. W końcu jest szamanem, który uprawomocnił społecznie swoje lenistwo. A zatem stał się uświęcony. A tego już nie tkniecie.
Szaman dopracował więc obrzęd śmierci do perfekcji. Oznajmił żałobnikom, czego potrzebuje, aby ich bliski miał zapewnione bezpieczeństwo w zaświatach. I w zależności od szamana - potrzebował różnych rzeczy. Seksu z samicą, piór do swego nakrycia głowy czy mięsa. A więc obiadu. A w późniejszym okresie, gdy stało się to istotne, kamieni drogocennych czy złota.
Płytkie? Naturalnie. Bo tym jest religia. Dlatego też jest to usankcjonowane, czyli wyświęcone także w biblii. "Dajcie z dóbr waszych daninę dla Pana (...) złoto, srebro, brąz, purpurę fioletową i czerwoną, karmazyn, bisior oraz sierść kozią, baranie skóry barwione na czerwono i skóry delfinów oraz drzewo akacjowe, oliwę do świecznika, wonności do wyrobu oleju namaszczania i pachnących kadzideł, kamienie onyksowe i inne drogie kamienie". (Księga Wyjścia, rozdział 25.)
W biblii Mojżesz nakazuje dać to dla boga. Każdy, kto ma przynajmniej dwie szare komórki, zapyta: ale po co bogu kadzidło czy złoto? Przecież nawet gdyby był jubilerem o wrażliwym węchu, to jest wszechmogący. Może sam sobie to zorganizować. Jasne. O ile mamy do czynienia ze wszechmogącym bogiem, a nie z zachłannym nierobem, którym jest kapłan. Czyli szaman. Ale uświęcony.
Ważne są w religiach magiczne słowa, które nic nie znaczą. Ale religie bazują na teatrze i frazesach. Czy ktokolwiek racjonalny naprawdę wierzy, że zjedzenia ciastka rozwiązuje jego realne problemy i wartościuje jego życie? To niby oczywiste dla każdego myślącego. Zatem ważnym jest, abyś tego nie zrozumiał. A rolę tę spełniają hasła, którymi posługuje się szaman. A gdybyś próbował i w żaden sposób nie mógł jednak połączyć przyczyny ze skutkiem, to dlatego, że w końcu niezbadana jest wola boska.
Dlatego szaman - a więc i religia - wyrosła na bólu. Na zranionych, którzy chcieli ten ból uśmierzyć. Którzy chcieli ukojenia kosztem racjonalizmu. Zatem szaman obrał sobie za cel najsłabszych. Tych, którzy sięgną po narkotyk. Mimo że może on zniszczyć ich całe życie. I w tym przypadku, gdy już zasiejesz to ziarno ucieczki w urojenie, wystarczy, abyś je tylko pielęgnował. A gdy reszta dostrzeże, że dzięki temu irracjonalizmowi czuje się po prostu lepiej, to nie będzie potrzebowała żadnego argumentu. Pocieszenie i bezpieczeństwo, które ten system da, sprawią również, że argumenty przeciw staną się nieistotne. Co z tego, że to narkotyk, skoro czuję się lepiej. No i niezbadana jest wola boga. Tak samo jak głupca, który robi głupstwa, a my dopatrujemy się w tym sensu i wyższego celu.
Przecież każdego dnia dowodzimy, że liczy się dla nas jedynie nasze samopoczucie. Bez znaczenia, czy uzyskujemy to emocją płynącą z wbijania szpikulców w ciała innych stworzeń - czyli corridą, którą nazwaliśmy sportem. Czy butelką płynu z ziemniaków. Zabicie nosorożca, spowodowane przeświadczeniem, że proszek z jego rogu postawi nam penisa na baczność, przecież tym właśnie jest. Polepszaniem nam samopoczucia. Tak samo jak zadręczanie miliardów stworzeń w laboratoriach dla naszego zdrowia. Co wytwarza jeszcze cenniejszą dla nas wartość. Zapewnia bezpieczeństwo. Które według moralności, jaką wykształcił plejstoceński mózg - jest cenniejsze niż życie innych stworzeń. A przecież to takie oczywiste, że nie jest.
Kloaczna i kaleka moralność prymitywnego małpoluda. Bo tym jesteśmy i będziemy, dopóki nie pozbędziemy się tej plejstoceńskiej wady i nie rozwiniemy umysłu.
Ale aby to, czego chce szaman, działało - więc aby nie wkurwić tych, którzy mają zapewnić mu datki - niezbędny jest pewien czynnik. To kolejny etap ewolucji systemu eksploatacji stada, czyli religii. Szaman już przy pierwotnym pocieszeniu jawił się jako ten, który skądś wie, czego potrzebują zmarli. Stał się siłą rzeczy tym, który widzi w zaświatach i rozmawia z tymi, którzy tam mieszkają. Bo przecież ktoś tam mieszkać musi. A skoro ktoś tam mieszka, to z pewnością jest i ktoś, kto to dozoruje. To znany im układ plemienny, a że zaświaty są wytworem naszego umysłu, to podlegają tym samym schematom.
Tak szaman przez to, że niby umie komunikować się z istotami, które dozorują tamte światy, staje się kimś o unikatowej zdolności. Nie jest już samcem omega. Jest świętym, bo rozmawia z duchami. A później nawet z nimi walczy - jak dziś między innymi chrześcijański egzorcysta. To była zresztą główna działalność Jezusa Chrystusa. Ponadto, świętego tknąć nie można. A nawet obrażać czy podważać jego słów. Które są wynikiem urojenia i częścią spektaklu, ale to bez znaczenia. Zaspokajają dwie z naszych największych potrzeb. Poczucie bezpieczeństwa i pocieszenie.
Ale święty jest coraz bardziej zachłanny. Nie chce czerpać korzyści jedynie ze śmierci. Chce czerpać korzyść też z życia. Musi stworzyć zatem nowy czynnik. Ale na tyle potężny, że pozwoli on przekonać wszystkich, że on jako szaman niezbędny jest, aby nadać wartości każdemu aspektowi życia. Bo skoro nadaje już śmierci, to czemu nie narodzinom? Dojrzewaniu, później małżeństwu etc.?
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji