Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wyjaśnienie znaczenia oraz zapis w pinyin i hanzi tej i pozostałych nazw i imion własnych, a także słowniczek podstawowych terminów oraz krótki przewodnik po wymowie znajduje się na końcu książki (przyp. red.). [wróć]
Mowa o jednostce czasu shichen, która dzieli dobę na dwanaście dwugodzinnych okresów (wszystkie przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczek). [wróć]
Piąty sędzia w chińskich zaświatach. Nazywany też Królem Piekieł. [wróć]
Nawiązanie do Dialogów konfucjańskich. Oznacza, że człowiek w wieku trzydziestu lat jest w stanie samodzielnie funkcjonować w społeczeństwie i wyznaczać sobie cele. [wróć]
Kurczak bang bang (bangbangj????) -?popularne danie kuchni chińskiej. [wróć]
Skrawki męża i żony (f?q? f?ipian????) -?popularne danie syczuańskie z plastrów wołowiny serwowanych na zimno. [wróć]
J?n (?) to około 500 gramów. [wróć]
Bestia pixiu (?? píxi?) -?mityczna bestia, hybryda różnych zwierząt. Według ludowych wierzeń przyciąga bogactwo. [wróć]
Osiemnaście dotknięć (??? Shíb? m?) -?ludowa piosenka z podtekstem erotycznym. [wróć]
?? jianmíng -?rodzaj imion nadawanych dzieciom, często umniejszających własną wartość. [wróć]
Xu? od nazwiska Wielkiego Mistrza sekty, Xue Zhengyonga, Y? zaś oznacza dziewczynkę, co stanowi raczej zabawne imię dla chłopca. [wróć]
Miejsce (w ciele znajdujące się obok serca), które stanowi źródło energii osoby kultywującej i pozwala jej na używanie specjalnych umiejętności. Więcej w posłowiu. [wróć]
Sztuka ta w oryginale nosi nazwę ???? (and?chénc?ng, dosł. "w tajemnicy przekraczać Chencang") i nawiązuje do powiedzenia oznaczającego: podejmować jawnie pewne działania, które odwrócą uwagę przeciwnika. [wróć]
Lista postaci
Lista postaci
Szczyt Życia i Śmierci1
Mo Ran -?Cesarz Ludzkiego Wymiaru, Czcigodny Depczący Nieśmiertelnych,
obecnie uczeń ze Szczytu Życia i Śmierci, bardzo lubi Shi Meia, nie
wie, co czuje do Chu Wanninga.
Chu Wanning -?mistrz ze Szczytu Życia i Śmierci, Shizun Mo Rana, Xue
Menga i Shi Meia.
Xue Meng -?młody panicz Szczytu Życia i Śmierci, kuzyn Mo Rana.
Shi Mei -?uczeń Szczytu Życia i Śmierci, ukochany Mo Rana.
Pani Wang -?matka Xue Menga, żona Xue Zhengyonga.
Xue Zhengyong -?Wielki Mistrz Szczytu Życia i Śmierci, ojciec Xue
Menga i wuj Mo Rana.
A Li -?kotka pani Wang.
Starsi ze Szczytu Życia i Śmierci
Starszy Strzegący Praw (Ji?l?)-?dba o przestrzeganie zasad Szczytu
Życia i Śmierci i wymierza kary za ich złamanie.
Starszy Czterech Gwiazd (Xuánj?) -?bardzo popularny wśród uczniów
Szczytu Życia i Śmierci, ponieważ jego metody kultywacji są łatwe do
nauczenia, a on sam jest bardzo miły.
Starszy Siódmej Gwiazdy (P?j?n).
Starszy Pięciu Gwiazd (Q?sh?) -?nie przepada za starszym Trzeciej
Gwiazdy. Bardzo.
Starszy Pierwszej Gwiazdy (T?nláng) -?jest znakomitym alchemikiem i zna się na medycynie i uzdrawianiu.
Starszy Trzeciej Gwiazdy (L?cún) -?przystojny i trochę zniewieściały.
Miasteczko Motyli
Pan Chen -?głowa rodziny Chen.
Pani Chen -?małżonka pana Chen.
Pani Chen-Yao -?żona Chen Bohuana, córka szanownego sędziego Yao.
Chen Bohuan -?najstarszy syn rodziny Chen.
Chen Yanji -?najmłodszy syn rodziny Chen.
Córka rodziny Chen -?najmłodsza spośród rodzeństwa Chen.
Luo Xianxian -?dziewczyna pochodząca z Miasteczka Motyli.
Uczony Luo -?ojciec Luo Xianxian, niespełniony uczony.
Mistrzyni Ceremonii -?bożek czczony w świątyni na obrzeżach Miasteczka
Motyli przez jego mieszkańców.
Szalony da-gege -?tajemniczy nieznajomy, który pewnej nocy pojawił się
przed domem małej Luo Xianxian.
Złote Jezioro
Gouchen Wywyższony -?bóg zamieszkujący Złote Jezioro.
Wangyue -?smok służący Gouchenowi Wywyższonemu.
Ji Baihua -?lisi duch zamieszkujący Złote Jezioro.
Zhaixin Liu -?duch drzewa wierzby rezydujący w Złotym Jeziorze.
Inni
Rong Jiu -?chłopak do towarzystwa pracujący w domu uciech w mieście
opodal Szczytu Życia i Śmierci.
Dachang/Changda -?najstarszy syn z bogatej rodziny kupieckiej, patron
Rong Jiu.
Song Qiutong -?w przeszłości żona Mo Rana, członkini sekty Myśli
Konfucjańskiej.
Rozdział 1. Ten Czcigodny nie żyje
Rozdział 1
Ten Czcigodny nie żyje
Mo Ran jeszcze nie był wtedy cesarzem, a wszyscy wyzywali go od psów.
Ludzie z wioski nazywali go psubratem, kuzyni -?kundlem, ale najgorsza
była kobieta, która się nim zajmowała, ta wymyślała mu od psich
pomiotów.
Oczywiście były też pewne podobieństwa z psami, które mógł uznać za
nienajgorsze. Na przykład obiekty jego jednonocnych romansów zawsze
wyrażały trochę udawanego gniewu, że siła jego lędźwi jest w łóżku
niczym u dzikiego psa, że słodkimi słówkami wabi ludzkie dusze, a jego
potężna broń prawie odbiera życie, ale potem szybko biegły się chwalić
innym, tak żeby wszyscy w przybytku wiedzieli, że on, Mo Weiyu, jest
urodziwym, dobrze wyposażonym mężczyzną. Kto spróbował, tego apetyty
zostały zaspokojone, kto nie -?ten aż przebierał nogami, by spróbować.
Trzeba przyznać, że ci wszyscy ludzie mieli rację: Mo Ran przypominał
merdającego ogonem, głupiego psa.
Dopiero gdy został cesarzem świata kultywacji, te przezwiska zniknęły. W okamgnieniu.
Pewnego dnia mała sekta z odległych stron podarowała mu szczeniaka.
Pies był szaro-biały, z trzema jasnymi gwiazdkami na czole, trochę
przypominał wilka. Był jednak wielkości główki kapusty, wyglądał jak
główka kapusty i miał tyle samo rozsądku, pulchny i okrągły. Wciąż
jednak myślał, że robi wrażenie wielkiego, biegał więc po głównej sali,
kilka razy chciał się wspiąć na wysokie schody, zobaczyć dobrze
człowieka, który zasiadał na tronie, ale miał za krótkie łapy, zawsze
więc kończyło się to niepowodzeniem.
Mo Ran patrzył na tę kulkę sierści, pełną siły, ale nieświadomą, jak jej
użyć, i kompletnie pozbawioną rozsądku. Obserwował psiaka przez chwilę,
po czym wybuchał śmiechem, śmiał się i łajał to głupie stworzenie.
Szczeniak szybko wyrósł na dużego psa, duży pies stał się starym psem, a stary -?martwym.
Mo Ran ledwie mrugnął, a już trzydzieści dwa lata jego życia przemknęły
pośród chwały i hańby, wzlotów i upadków.
Znudził się już zabawą, czuł się utrudzony i samotny. Coraz mniej było
wokół niego ludzi, których znał, nawet pies z trzema gwiazdkami na czole
dokonał żywota. Dlatego Mo Ran pomyślał, że nadszedł czas, by to
wszystko zakończyć.
Z tacy na owoce wziął krystalicznie czyste winogrono i obrał je z fioletowej skórki.
Jego ruchy były spokojne i zręczne, jak u króla Qiang, który w namiocie
wyłuskiwał z szat konkubinę Hu, z pewnym leniwym zniechęceniem. Zielony
miąższ drgał delikatnie w jego palcach, sok rozlał się delikatnym
odcieniem, jak dzikie gęsi niosące czerwoną jutrzenkę, jak opadające
kwiaty jabłoni.
Jak brudna krew.
Połykał słodki miąższ, oglądając swoje palce, po czym leniwie podniósł
powieki. Siedział tak i myślał dwie godziny2.
Powinien zstąpić do piekieł. Mo Ran o imieniu Weiyu. Pierwszy władca
świata kultywacji.
Niełatwo było zasiąść na tym miejscu. Wymagało to nie tylko ogromnej
mocy, lecz także skóry twardej niczym skała.
W czasach przed nim dziesięć wielkich sekt świata kultywacji
rywalizowało ze sobą, utrzymując podobną pozycję i pilnując się
nawzajem. Nikt nie mógł zmienić świata sam jeden. Co więcej, każdy z przywódców był wielce utalentowanym człowiekiem, oczytanym w klasycznych
tekstach, i nawet gdyby dla zabawy zechciał sięgnąć po tytuł, bałby się
pióra historyków, bałby się, że przez tysiące lat jego imię będzie
skalane.
Ale Mo Ran był inny. Był wyrzutkiem.
Robił to, czego inni nie ośmielili się robić. Pił najmocniejszy alkohol,
brał za żony najpiękniejsze kobiety, stał się przywódcą świata
kultywacji -?Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych -?a później ogłosił
się cesarzem.
Wszyscy przed nim uklękneli.
Tych, którzy się nie ugięli, wycięto w pień. W latach jego panowania
świat kultywacji utonął we krwi i w jękach ofiar. Niezliczeni
bohaterowie ginęli dzielnie, a jedną z dziesięciu wielkich sekt, Sektę
Myśli Konfucjańskiej, unicestwiono.
I sam mistrz Mo Rana nie umknął jego pazurom, przegrał pojedynek, po
czym jego niegdyś ukochany uczeń zabrał go do pałacu i uwięził. Nikt nie
poznał miejsca jego pobytu.
Niegdyś mlekiem i miodem płynąca kraina stała się pobojowiskiem.
Dla psiego cesarza Mo Rana, który nauce poświęcił może kilka dni, nie
istniały żadne granice. Dlatego też czasy jego panowania naznaczyło
nieskończenie wiele absurdów, począwszy od samej nazwy epoki.
Pierwsze trzy lata swojego panowania nazwał "erą sukinsyna", co
wymyślił, siedząc nad stawem i karmiąc ryby.
Kolejne trzy -?"erą rechotu", ponieważ pewnego letniego dnia usłyszał na
dziedzińcu rechotanie żab i uznał, że jest to zesłana z niebios
inspiracja, której nie wolno zignorować.
Uczeni uznali, że nie można stworzyć nazw bardziej niefortunnych,
okazało się jednak, że nic nie wiedzieli o Mo Weiyu.
W ciągu kolejnych trzech lat lud zaczął się burzyć. Buddyści, taoiści
czy spirytualiści, wszyscy oni byli szlachetnymi mężami, którzy nie
mogli znieść tyranii Mo Weiyu. Wzniecali jedno powstanie za drugim.
Dlatego też Mo Ran myślał cały dzień, aż po niezliczonych próbach
powstała nazwa, która wstrząsnęła niebem i ziemią -?"nastanie pokój".
Znaczenie było pomyślne. Nazwa, nad którą głowił się pierwszy cesarz,
miała oznaczać "porzucić broń, przywrócić pokój", ale wersja krążąca
wśród ludu brzmiała dość niezręcznie.
Zwłaszcza jeśli ktoś nie umiał pisać.
Pierwszy rok nazywał się "pokój", co dla ludu brzmiało jak "po chuj".
Kolejny rok nazywał się "drugim rokiem po chuj". Trzeci rok -?"po chuj".
Niektórzy wyklinali za zamkniętymi drzwiami:
-?To doprawdy absurdalne! Czemu nie mówić po prostu "rok nastania
pokoju"! Przyjdzie czas, że nie trzeba będzie pytać mężczyzny o wiek,
tylko o wiek chuja! Stuletni starzec będzie stuletnim chujem!
Po trzyletnich zmaganiach era ta dobiegła końca.
Cały świat zamarł w oczekiwaniu na nazwę czwartej ery, ale tym razem Mo
Ran żadnej nie wybrał, bo w tym właśnie roku świat kultywacji pogrążył
się w chaosie. Przełykający upokorzenie i powstrzymujący gniew przez
dziesięć lat, szlachetni wojownicy w końcu zawarli przymierze i zebrali
ogromną armię, której milion żołnierzy miał zmusić Mo Weiyu do
ustąpienia z tronu.
Świat kultywacji nie potrzebował cesarza.
A już zwłaszcza nie potrzebował takiego tyrana.
Po wielu miesiącach krwawych bitew armia powstańcza dotarła do Szczytu
Życia i Śmierci. Ta góra o stromych zboczach stała w prowincji Syczuan,
a na jej szczycie spowitym przez cały rok mgłą majestatycznie wznosiła
się rezydencja Mo Rana.
Strzały były już na cięciwach, wystarczył jeden ostateczny cios, by
dosięgnąć pałacu. Ostateczny, ale i najbardziej niebezpieczny. Mieli już
zwycięstwo w zasięgu wzroku, gdy wśród zjednoczonych armii, które
wcześniej połączył wspólny wróg, nastąpiły pewne spory. Stary cesarz
upadnie, nastanie nowy porządek. Nikt nie chciał w takiej chwili
marnować sił, nie było więc komu zadać ciosu i zaatakować górę.
Bali się, że ten przebiegły i podstępny tyran zstąpi nagle z nieba,
obnaży zęby białe jak u dzikiej bestii i rozedrze na strzępy tych,
którzy ośmielili się oblegać jego pałac.
Niektórzy mówili, śmiertelnie poważni:
-?Moc Mo Weiyu jest wielka, a on sam jak trucizna dla ludzi, bądźmy
ostrożni, nie wchodźmy mu w drogę.
Generałowie jeden za drugim powtarzali to samo. Ale wtedy wystąpił
pewien młodzieniec o urodziwych rysach i dostojnym wyglądzie. Nosił
srebrzysto-błękitną zbroję, pas z głową lwa, włosy miał upięte wysoko za
pomocą pięknej srebrnej klamry. Nieprzyjemny miał tylko wyraz twarzy.
-?Jesteśmy wszyscy u stóp góry, a wy się wciąż wahacie, czy na nią
wejść? Czyżbyście się spodziewali, że Mo Weiyu sam do was zejdzie? Banda
tchórzliwych śmieci!
-?Co ty wygadujesz, paniczu Xue? -?protestowali otaczający go ludzie. -
Jak to, my, tchórze? W sprawach wojny najważniejsza jest ostrożność.
Gdyby każdy był tak beztroski jak ty, kto by wziął odpowiedzialność,
gdyby stało się coś złego?
Ktoś zaśmiał się kpiąco.
-?Panicz Xue jest wybrańcem Niebios, my tutaj to zwykłe szaraczki. Skoro
wybraniec nie może się doczekać, by stawić czoła cesarzowi, niech ruszy
sam. My wyprawimy ucztę u stóp góry i poczekamy, aż przyniesiesz nam
głowę Mo Weiyu, tak będzie najlepiej.
Mocne to były słowa. Pewien stary mnich, który znajdował się wśród
sprzymierzonych armii, powstrzymał młodzieńca przed wybuchem.
-?Paniczu Xue -?powiedział łagodnym tonem, przybierając dystyngowany
wyraz twarzy. -?Posłuchaj, proszę, starego mnicha. Wiemy, jak wielką
urazę żywisz do Mo Weiyu. Ale zmuszenie cesarza do ustąpienia jest
bardzo ważną sprawą. Musisz myśleć o wszystkich i nie możesz działać
impulsywnie.
Panicz Xue, który znalazł się w ogniu krytyki, nazywał się Xue Meng.
Dziesięć lat wcześniej był młodzieńcem o wielkich talentach, prawdziwym
wybrańcem Niebios, któremu wszyscy schlebiali. Ale czas płynie, a okoliczności się zmieniają. Ktoś, kto kiedyś był u władzy, później
stanie się celem innych. Musiał wytrzymać ich kpiny i śmiech, by dostać
się na górę i raz jeszcze spotkać się z Mo Ranem.
Twarz Xue Menga wykrzywił gniew, usta mu drżały, ale ze wszystkich sił
starał się zachować spokój.
-?Jak długo więc zamierzacie czekać?
-?Zobaczmy chociaż, co się stanie.
-?Właśnie, co, jeśli Mo Weiyu zastawił pułapkę?
-?Paniczu Xue -?napominał stary mnich, który przed chwilą próbował
załagodzić sytuację -?nie denerwuj się, wszyscy dotarliśmy już do
podnóża góry, lepiej być ostrożnym. Mo Weiyu jest uwięziony w pałacu,
nie zejdzie z góry. Jest u kresu sił, nie jest w stanie dokonać żadnych
wielkich rzeczy, dlaczego więc mamy działać pochopnie i przyspieszać
sprawy? U stóp góry jest nas tak wielu, tak wielu znamienitych możnych,
jeśli ktoś z nich straci życie, kto będzie za to odpowiedzialny?
-?Odpowiedzialny? -?Panicz Xue wybuchnął nagłym gniewem. -?Spytam cię
więc: kto weźmie odpowiedzialność za życie mojego Shizuna? Mo Ran od
dziesięciu lat trzyma go w areszcie domowym. Całe dziesięć lat! Jak mogę
czekać, gdy mój Shizun jest tam, na górze?
Gdy tylko zebrani usłyszeli o Shizunie Xue Menga, na ich twarzach
pojawiło się zmieszanie. Jedni wydawali się zawstydzeni, inni patrzyli
to w prawo, to w lewo, jeszcze inni mamrotali coś pod nosem.
-?Dziesięć lat temu Mo Ran ogłosił się Czcigodnym Depczącym
Nieśmiertelnych. Wyrżnął siedemdziesiąt dwa miasta Sekty Myśli
Konfucjańskiej, pragnął też obrócić w pył pozostałe dziewięć wielkich
sekt. Później ogłosił się cesarzem, chciał zabić was wszystkich. Kto w końcu zapobiegł tym dwóm katastrofom? Gdyby nie mój Shizun, czy wciąż
byście żyli? Czy wciąż moglibyście ze mną rozmawiać?
Ktoś w tłumie odchrząknął dwukrotnie i odezwał się łagodnie:
-?Paniczu Xue, nie pozwól, by opanował cię gniew. Wszyscy czujemy się
winni w sprawie mistrza Chu i jesteśmy mu wdzięczni. Ale jak mówisz,
przebywa w areszcie domowym już dziesięć lat, gdyby coś już się...
Czekałeś dziesięć lat, nie spiesz się więc i teraz, co sądzisz?
-?Gówno sądzę!
-?Jak śmiesz tak się do nas zwracać? -?Człowiek ten wybałuszył oczy.
-?A dlaczego nie? Shizun postawił na szali swoje życie, właśnie po to,
by was ratować, wy... wy... -?Nie dokończył, szloch ścisnął mu gardło. -?Nie
jestem go godzien.
Odwrócił gwałtownie głowę, jego ramiona zaczęły delikatnie drżeć,
powstrzymywał łzy.
-?Nie powiedzieliśmy, że nie uratujemy mistrza Chu...
-?No właśnie, wszyscy pamiętamy, jak dobry był dla nas, nie
zapomnieliśmy tego. To, co mówisz, paniczu Xue, znaczy nas wszystkich
piętnem niewdzięczności, naprawdę nie do zniesienia.
-?Ale czyż Mo Ran nie jest uczniem mistrza Chu? -?wtrącił ktoś inny. -
Moim zdaniem, jeśli uczeń zrobi coś złego, również jego mistrz ponosi za
to odpowiedzialność. Niedouczenie syna jest winą ojca, a brak surowości
u nauczyciela świadczy o jego lenistwie. To zrozumiałe, nie ma o co mieć
żalu.
Były to mocne słowa, natychmiast więc ktoś zaprotestował.
-?Co to za bzdury! Uważaj na słowa! -?Po czym zwrócił się łagodnie do
Xue Menga: -?Paniczu Xue, nie denerwuj się...
-?Jak mam się nie denerwować? -?Xue Meng z nabiegłymi krwią oczami
wszedł mu w słowo. -?Nie potraficie może się postawić w tej sytuacji,
ale to jest mój Shizun! Mój!!! Nie widziałem go tyle lat! Nie wiem, czy
żyje, czy umarł, nie wiem, jak mu się wiedzie. Jak myślicie, dlaczego
tutaj jestem? -?Dyszał ciężko, a jego oczy były czerwone z wściekłości.
-?Myślicie, że jeżeli będziecie czekać, to Mo Weiyu sam zejdzie z góry,
uklęknie przed wami i będzie błagał o łaskę?
-?Paniczu Xue...
-?Nie mam na świecie nikogo bliskiego prócz niego. -?Xue Meng wyszarpnął
rąbek szaty z rąk starego mnicha. -?Jeśli wy nie chcecie, pójdę sam.
Powiedziawszy to, wyruszył na górę.
Zimny, wilgotny wiatr niósł szmer tysięcy liści, zdawało się, że w gęstej mgle, szeleszcząc, szepczą niezliczone zbłąkane złe duchy skryte
w górskim lesie.
Xue Meng samotnie dotarł na szczyt, gdzie w mroku nocy wspaniały pałac
Mo Rana lśnił spokojnym blaskiem. Przed Wieżą Przecinającą Niebo
zauważył trzy groby. Podszedł, by się im przyjrzeć. Pierwszy porosła
trawa, a na płycie nagrobnej widniały krzywe znaki: "Tu spoczywa surowa
(jak kapusta) konkubina Chu".
Drugi grób był nowy, zasypany świeżą ziemią. Na płycie wyryto słowa: "Tu
spoczywa pulchna (jak bułeczka) cesarzowa Song".
Gdyby zobaczył te absurdalne nagrobki dziesięć lat temu, nie mógłby
powstrzymać się od śmiechu. Wtedy byli uczniami tego samego mistrza. Mo
Ran był najlepszy w wymyślaniu żartów, a chociaż Xue Meng od początku
patrzył na niego nieprzychylnym okiem, od czasu do czasu bawiły go te
dowcipy. Nie wiedział, o co chodzi z surową konkubiną i pulchną
cesarzową, pewnie wielce utalentowany Mo wymyślił te inskrypcje dla
swoich żon. Styl przypominał ery sukinsyna, rechotu i "po chuj". Ale
dlaczego swoim małżonkom nadał takie pośmiertne tytuły? Tego Xue Meng
nie wiedział.
Spojrzał na trzeci grób.
Nawet w ciemności dostrzegł, że jest otwarty, a w środku leży trumna.
Pusta, a do tego na płycie nic nie napisano. Przed grobem stały tylko
dzbanek wina -?Kwiatu Białej Gruszy, wontony w pikantnym czerwonym sosie
i kilka pikantnych przekąsek -?same ulubione dania Mo Rana. Zdziwiony
Xue Meng wpatrywał się w nie przez chwilę, po czym nagle zaświtała mu
myśl: "Czyżby Mo Ran zdecydował się poddać bez walki i sam wykopał sobie
grób?".
Zdecydował się umrzeć?
Oblał go zimny pot.
Nie, nie wierzył w to. Taki człowiek jak Mo Ran walczył do ostatka, nie
znał znużenia ani się nie poddawał. Jego dotychczasowe czyny wskazywały
raczej na to, że walczyłby z buntownikami aż po kres, jak więc by mógł...
Przez ostatnie dziesięć lat Mo Ran stał na szczycie. Co tam zobaczył, co
się wydarzyło? Nikt tego nie wiedział.
Xue Meng wszedł w noc, wielkimi krokami zmierzając do oświetlonego
Pałacu Wushan.
Wewnątrz Mo Ran zacisnął powieki, twarz miał kredowobiałą.
Xue Meng odgadł poprawnie, Mo Ran zdecydował, że umrze, i istotnie, to
dla siebie wykopał grób. Dwie godziny wcześniej za pomocą teleportacji
odesłał swoich przybocznych, a sam wziął truciznę. Kultywował tak długo,
że trucizna w jego ciele rozprzestrzeniała się bardzo wolno, dlatego też
ból pożeranych, trawionych wnętrzności wydawał się głębszy i ostrzejszy.
Skrzypnęły otwierane drzwi.
Mo Ran nie uniósł nawet głowy, tylko odezwał się ochrypłym głosem:
-?Xue Meng. To ty? Przybyłeś?
Xue Meng stał samotnie na złotej podłodze pałacu, koński ogon miał w nieładzie, a lekka zbroja lśniła.
Dawni współtowarzysze w nauce znów się spotkali. Mo Ran miał twarz bez
wyrazu. Siedział bokiem, podpierając dłonią podbródek, a kurtyna gęstych
rzęs spływała mu z powiek. Ludzie powiadali, że to trzygłowy demon z sześciorgiem ramion, ale w gruncie rzeczy był urodziwy, z łagodnym
grzbietem nosa, cienkimi, gładkimi wargami, miał w sobie jakąś naturalną
słodycz. Oceniając po samym wyglądzie, można pomyśleć, że to dobry,
łagodny człowiek.
Ledwie Xue Meng zobaczył jego twarz, zrozumiał, że Mo Ran zażył
truciznę. W sercu poczuł ukłucie nieznanego uczucia. Chciał coś
powiedzieć, ale tylko zacisnął mocno pięści i spytał:
-?A Shizun?
-?Co?
-?Pytam cię, co z Shizunem! Twoim, moim, naszym Shizunem! -?krzyknął
ostro.
-?Aaa... -?Mo Ran wreszcie otworzył powoli oczy, czarne z odrobiną
fioletu.
Przenikające przez górskie szczyty lata spłynęły na Xue Menga.
-?Nie widzieliście się od dwóch lat, od rozstania w Pałacu Śnieżnych
Kroków na Kunlun -?powiedział Mo Ran, uśmiechając się lekko. -?Tęskniłeś
za nim, Xue Meng?
-?Dość tych bzdur! Oddaj mi go!
Mo Ran spojrzał na niego spokojnie, wytrzymał przewiercający mu brzuch
ból, uniósł kącik ust w ironicznym uśmiechu i odchylił się na oparcie
tronu. Przed oczami mu pociemniało, niemal czuł, jak jego wnętrzności
się skręcają, rozpuszczają i zmieniają w cuchnące błoto.
-?Oddać ci go? -?spytał leniwie. -?Bzdury. Pomyśl tylko, jest między
nami tak głęboka nienawiść, jakże mógłbym mu pozwolić żyć na tym
świecie.
-?Ty...! -?Xue Mengowi krew odpłynęła z twarzy, wytrzeszczył oczy i cofnął
się parę kroków. -?Nie możesz... Nie możesz...
-?Czego nie mogę? -?Mo Ran lekko się zaśmiał. -?Powiedz mi, dlaczego
czegoś nie mogę?
-?Jest twoim... -?zaczął Xue Meng drżącym głosem. -?Przecież jest twoim
Shizunem... Jak możesz tak go traktować!
Uniósł głowę i patrzył na siedzącego na wysokim tronie Mo Rana. W Niebiosach był Niebiański Cesarz, w podziemiach -?Król Piekieł, a w świecie ludzi -?Mo Weiyu. Ale Xue Meng uważał, że nawet jeżeli Mo Ran
stał się cesarzem świata ludzi, nie powinien być taki. Cały się trząsł,
wściekły tak, że z oczu popłynęły mu łzy.
-?Mo Weiyu, czy ty wciąż jesteś człowiekiem? On kiedyś...
-?On kiedyś co? -?Mo Ran podniósł na niego obojętny wzrok.
-?To, jak cię kiedyś traktował. -?Głos Xue Menga drżał. -?Powinieneś
wiedzieć...
-?Chcesz mi przypomnieć -?Mo Ran się zaśmiał -?jak kiedyś mnie tłukł na
miazgę, jak kazał klękać przed ludźmi i wyznawać winy? A może chcesz mi
przypomnieć, jak stanął między mną a tobą, zupełnie postronną osobą, jak
wiele razy niweczył moje dobre uczynki, jak niszczył moje dzieła?
Xue Meng potrząsnął głową, jakby w boleści.
"Nie, Mo Ranie. Przemyśl to dobrze, odrzuć szaloną nienawiść. Odwróć się
i patrz. Kiedyś pozwolił ci kultywować i uczyć się sztuk walki, chronił
cię. Kiedyś uczył cię czytać i pisać, układać wiersze i malować. Kiedyś
dla ciebie uczył się gotować, miał dwie lewe ręce, ranił się, ledwie coś
zrobił. Kiedyś... czekał dniem i nocą na twój powrót, sam jeden czekał na
ciebie od zmierzchu do świtu".
Tak wiele słów utkwiło mu w gardle.
-?On... -?wykrztusił wreszcie z trudem. -?Ma trudny charakter, mówi
niewłaściwe rzeczy, ale nawet ja wiem, jak dobrze cię traktował.
Dlaczego... Jak możesz...
Xue Meng podniósł głowę. Powstrzymywane łzy ścisnęły mu gardło, nie mógł
dalej mówić. Po dłuższej chwili od strony tronu dobiegło ciche
westchnienie.
-?Tak... Ale wiesz co, Xue Meng? -?Głos Mo Rana wydawał się zmęczony. -
Kiedyś skrzywdził jedyną osobę, którą kochałem. Jedyną.
Zapadła martwa cisza.
Żołądek płonął mu żywym ogniem, wnętrzności wydawały się rozpadać na
niezliczone kawałki.
-?Byliśmy jednak mistrzem i uczniem. Jego ciało spoczywa w Pawilonie
Czerwonego Lotosu na Południowym Szczycie. Leży wśród kwiatów, dobrze
zachowane, jakby po prostu spał. -?Mo Ran odetchnął, siląc się na
spokój. Gdy wypowiadał te słowa, jego rysy ani drgnęły, palce spoczywały
na sandałowym podłokietniku, knykcie miał blade i sine. -?Dzięki mojej
energii jego ciało nie gnije. Jeśli za nim tęsknisz, nie trać czasu,
gadając ze mną po próżnicy i czekając, aż umrę, ale pędź tam. -?W gardle
wezbrał mu słodko-zgniły posmak. Odkaszlnął kilka razy. Gdy znów
otworzył usta, między wargami a zębami poczuł krew, jego oczy jednak
nadal były spokojne. -?Idź. Idź go zobaczyć -?odezwał się ochryple. -
Jeżeli się spóźnisz, umrę, moc odejdzie, a on zamieni się w pył. -
Powiedziawszy to, przygnębiony zamknął powieki.
Trucizna dotarła do serca, trawił go ogień. Wnętrzności rozdzierał mu
ból tak wielki, że rozpaczliwe wycie Xue Menga zdawało się dobiegać z daleka, jakby zza odległego oceanu, jakby z jego głębi. Krew nieustannie
wypełniała mu usta. Mo Ran pociągnął rękawy, mięśnie mu drżały.
Zamroczony otworzył oczy. Xue Meng już wybiegł. Był szybki, więc
dotarcie na Południowy Szczyt nie powinno mu zająć zbyt długo. Powinien
móc po raz ostatni spojrzeć w twarz Shizuna.
Mo Ran się podniósł, wstał chwiejnie, złożył splamione krwią palce w mudrę i przeniósł się przed Wieżę Przecinającą Niebo.
Była już późna jesień, kwiaty jabłoni kwitły pięknie i dostojnie. Nie
wiedział, dlaczego właśnie to miejsce wybrał na zakończenie swojego
złego życia. Ale kwiaty kwitły tak pięknie, czuł, jakby miał spocząć w wonnym grobowcu.
Położył się w otwartej trumnie, patrząc na kwiaty na tle nocnego nieba,
na opadające bezszelestnie płatki. Wpadały do trumny, opadały mu na
policzki. Tańczyły w powietrzu i odpływały, jak odpływa przeszłość.
Przeżył wiele, z nieposiadającego nic dziecka z nieprawego łoża stał się
jedynym panem i cesarzem świata ludzi. Był podły do szpiku kości, ręce
miał splamione krwią, wszystko kochał i wszystkiego nienawidził,
wszystkiego pragnął i wszystkim gardził, ale na końcu i tak nie zostało
mu nic.
Nie napisał też swą nieposkromioną dłonią nic na własnym nagrobku.
Nieważne, czy bezwstydnego "cesarz wszech czasów", czy absurdalnego jak
"surowa" i "pulchna", nie napisał nic.
Trwająca od dziesięciu lat farsa zakończyła się grobową ciszą.
Kilka godzin później, gdy, niczym ognisty wąż, na górę wspięli się jeden
za drugim, ludzie z pochodniami, czekały na nich tylko pusty pałac,
opustoszały Szczyt Życia i Śmierci i szlochający wśród popiołów w Pawilonie Czerwonego Lotosu Xue Meng.
Przed Wieżą Przecinającą Niebo leżało zimne ciało Mo Weiyu.
Rozdział 2. Ten Czcigodny żyje
Rozdział 2
Ten Czcigodny żyje
Moje serce było jak martwa woda, straciłam całą nadzieję, gdy nagle
zimną nocą trzydziestego dziewiątego dnia zalśniło wiosenne światło, czy
możliwe, że Niebiosa żałują trawy w dolinie? Boję się tylko
nieszczerości i mrozu...
Dobiegał go czysty i piękny głos kobiety, słowa brzęczały jak perły, ale
uderzały w głowę Mo Rana bólem. Skronie mu pulsowały. Co to za wycie?
Skąd się wzięła ta płaczka? Niech ktoś wybatoży tę nędzną dziewkę tak,
że spadnie z góry!
Wykrzyczał te gniewne słowa i nagle zdał sobie sprawę z tego, że coś
było nie tak.
...Czyż nie był martwy?
Nienawiść i chłód, cierpienie i samotność przeszyły jego pierś bólem. Mo
Ran gwałtownie otworzył oczy.
Wszystko, co zdarzyło się przed jego śmiercią, było jak śnieg wirujący
na wietrze. A teraz leżał na łóżku, jednak nie na tym ze Szczytu Życia i Śmierci. To było rzeźbione w smoki i feniksy, nad drewnem unosił się
ciężki zapach pudru. Pościel, różowa i purpurowa, haftowana w bawiące
się w wodzie kaczki mandarynki, była z rodzaju tych, jakich używały
kobiety w domach uciech.
Zesztywniał nagle. Wiedział, gdzie jest.
Teatr niedaleko Szczytu Życia i Śmierci. Ten tak zwany teatr znajdował
się w domu uciech. Zgodnie z powiedzeniem "Łatwo się zebrać, łatwo
odejść" goście i piękne kobiety mogli według uznania przychodzić i wychodzić.
Był w młodości Mo Rana czas wyjątkowej rozpusty, kiedy spędzał w tym
domu uciech ponad dziesięć nocy w ciągu połowy miesiąca. Gdy miał
dwadzieścia kilka lat, dom został sprzedany i zamieniony w gospodę. Mo
Ran umarł i znalazł się w miejscu, które już nie istniało. Co się
wydarzyło? Czy to możliwe, że uczynił w życiu tyle zła, skrzywdził tylu
chłopców i tyle dziewcząt, że Yanluo3 skazał go na służbę w burdelu?
Mo Ran przewrócił się na drugi bok.
I znalazł się twarzą w twarz ze śpiącym człowiekiem.
Co się dzieje?! Dlaczego koło niego ktoś leży? I dlaczego to nagi
mężczyzna?!
Do tego nieznajomy miał delikatną twarz, wytworne rysy i wyglądał tak
pięknie, że trudno było stwierdzić, czy jest mężczyzną, czy kobietą.
I choć twarz Mo Rana nie wyrażała nic, w jego sercu szalał sztorm.
Patrzył długo na pogrążonego we śnie chłopaka i nagle sobie przypomniał.
Czy to nie ten chłopiec do towarzystwa, którego tak uwielbiał w młodości? Rong San? Albo Rong Jiu. San czy Jiu, nieistotne, istotne
było, że ten chłopak zachorował na syfilis i zmarł wiele lat temu. Jego
ciało powinno już zgnić. A jednak był tu, żywy, taki delikatny leżał
obok. Spod brokatowej kołdry wyłaniały się ramiona i szyja, pokryte
dziwnymi, fioletowymi siniakami.
Z ponurą miną Mo Ran podniósł kołdrę. Powędrował wzrokiem w dół.
Całe powabne ciało tego Ronga, San czy też Jiu, dla uproszczenia spraw
wybierzmy może Jiu, pokrywały ślady po biczu, a jedno z białych jak
jadeit ud było kilka razy obwiązane czerwonymi linami.
Mo Ran potarł podbródek i westchnął z uznaniem: interesujące.
Patrzył na te misterne wiązania, na tę zręczną sztukę, na ten jakże
znajomy obrazek.
Czy on, kurwa, sam go związał?
Był człowiekiem kultywacji, miał jakąś pobieżną wiedzę w temacie
odrodzenia. W tym momencie zaczął podejrzewać, że najwyraźniej wrócił do
świata żywych.
Żeby potwierdzić swoje obawy, Mo Ran znalazł lustro z brązu. Wprawdzie
bardzo wysłużone, ale w mdłym świetle był w stanie dostrzec swoje
niewyraźne odbicie. Gdy umarł, miał trzydzieści dwa lata, był w wieku
stanowienia4, jednak ten, kto spoglądał na niego z lustra,
wydawał się o wiele młodszy. W jego urodziwym wyglądzie było coś
aroganckiego, właściwego tylko młodym. Gdyby oceniać na tej jedynie
podstawie, nie mógł mieć więcej niż piętnaście, szesnaście lat.
W sypialni nie było nikogo innego.
Tak więc tyran świata kultywacji, zły hegemon Syczuanu, Cesarz Ludzkiego
Wymiaru, pan Szczytu Życia i Śmierci, Czcigodny Depczący Nieśmiertelnych
Mo Ran po dłuższej chwili milczenia szczerze wyznał, co leżało mu na
sercu:
-?Kurwa...
Ta "kurwa" obudziła Rong Jiu.
Urodziwy młodzieniec usiadł leniwie, a cienkie brokatowe okrycie
spłynęło mu z ramion, odsłaniając białą jak śnieg skórę. Ujął w dłoń
swoje miękkie, długie włosy, uniósł powieki migdałowych oczu, w kącikach
których wciąż był ślad czerwieni, i ziewnął.
-?O... paniczu Mo, wstałeś dziś wyjątkowo wcześnie.
Mo Ran nie odpowiedział. Jeszcze kilkanaście lat temu rzeczywiście
podobała mu się delikatna, androginiczna uroda Rong Jiu, ale teraz był
trzydziestodwuletnim Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych i jakkolwiek
by patrzeć, musiał mieć coś z głową, skoro kiedykolwiek uważał ten typ
mężczyzny za piękny.
-?Czyżbyś tej nocy nie spał dobrze? Miałeś koszmary?
"Umarłem, sam oceń, czy można to uznać za koszmar".
Rong Jiu zauważył, że jego towarzysz nic nie mówi, mało tego, jest w złym nastroju, zszedł więc z łóżka, podszedł do rzeźbionego okna i objął
Mo Rana od tyłu.
-?Paniczu Mo, spójrz na mnie, dlaczego tak stoisz, dlaczego nie zwracasz
na mnie uwagi?
Twarz Mo Rana pociemniała, miał ochotę strząsnąć z siebie tego małego
demona, a potem kilkanaście razy spoliczkować tę jego delikatną
twarzyczkę, ale się powstrzymał. Wciąż kręciło mu się w głowie, nie
potrafił dobrze ocenić sytuacji. Jeśli naprawdę narodził się ponownie,
to wczoraj jeszcze spał z Rong Jiu, a dziś zbił go do krwi? Takie
zachowanie niczym się nie różni od choroby umysłowej, niewłaściwe,
bardzo, bardzo niewłaściwe.
Uporządkował myśli.
-?Jaki dzisiaj dzień? -?spytał, jak gdyby nigdy nic.
Rong Jiu wahał się chwilę, ale odparł z uśmiechem:
-?Czwarty dzień piątego miesiąca.
-?Roku ognistej małpy?
-?To zeszły rok. Teraz mamy rok ognistego koguta. Panicz Mo naprawdę
sporo zapomina.
Rok ognistego koguta...
Źrenice Mo Rana się powiększyły, jego umysł wirował w zastraszającym
tempie. W roku ognistego koguta miał szesnaście lat. Zaledwie rok
wcześniej pan Szczytu Życia i Śmierci rozpoznał w nim swojego
zaginionego bratanka i tak pogardzany przez wszystkich parszywy pies
przerodził się w feniksa.
Czy naprawdę się odrodził?
Czy też śni pusty sen po śmierci...?
-?Paniczu Mo -?powiedział Rong Jiu z uśmiechem. -?Chyba głód cię
zamroczył, nie pamiętasz nawet dat. Usiądź na chwilę, pójdę do kuchni i przyniosę coś do jedzenia. Co powiesz na smażone ciastka?
Mo Ran dopiero co się odrodził, nie wiedział, jak sobie z tym wszystkim
radzić. Ale zawsze najlepiej podążać znanymi drogami. Dlatego też
przypomniał sobie swoje dawne maniery i powstrzymując mdłości,
uszczypnął Rong Jiu w udo.
-?Świetnie, weź jeszcze miskę ryżanki, nakarmisz mnie.
Rong Jiu się ubrał i wyszedł. Wrócił po chwili, niosąc drewnianą tacę z dyniową ryżanką, dwoma smażonymi ciastkami i talerzem przystawek.
Mo Ran faktycznie był głodny, już miał złapać ciastko, kiedy Rong Jiu
chwycił jego dłoń i odezwał się czarująco:
-?Nakarmię cię, paniczu.
Wziął kawałek ciastka i usiadł na kolanach Mo Rana.
Miał na sobie cienką szatę i nic pod spodem. Delikatne uda były
rozchylone, stykały się ze skórą Mo Rana, ocierał się nimi bez ustanku,
ewidentnie go kusił.
Mo Ran wpatrywał się w jego twarz i Rong Jiu myślał, że znowu ogarnęło
go pożądanie.
-?Dlaczego tak na mnie patrzysz? Jedzenie wystygnie -?powiedział
zniecierpliwiony.
Mo Ran milczał. Gdy przypomniał sobie to wszystko, czego Rong Jiu
dopuszczał się za jego plecami, kącik jego ust wygiął się w znaczącym
uśmiechu. Gdy był Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych, robił wiele
obrzydliwych rzeczy, wystarczyło, że tego chciał. Mógł robić wszystko,
jakkolwiek odstręczające by nie było. To, co robił teraz Rong Jiu, to
tylko przedstawienie, dziecinne sztuczki, które na niego nie działały.
Rozparł się wygodnie w fotelu.
-?Usiądź -?zachęcił z uśmiechem.
-?Przecież... przecież siedzę.
-?Wiesz, o czym mówię.
Twarz Rong Jiu poczerwieniała.
-?Tak szybko? Może najpierw panicz coś zje... A!
Zanim skończył, Mo Ran złapał go, rzucił na łóżko i przycisnął do
materaca. Ręce Rong Jiu zadrżały, miska z ryżanką upadła na podłogę.
Przestraszony gwałtownie wciągnął powietrze.
-?Paniczu Mo, miska... -?wyszeptał.
-?Nieważne.
-?Ale może najpierw coś zjesz... em... a...
-?A czy właśnie nie jem? -?Mo Ran chwycił go w pasie, w parze smoliście
czarnych oczu błyszczało światło, w źrenicach odbijały się delikatna
twarz Rong Jiu i odchylona w tył szyja.
W poprzednim życiu tak bardzo chciał całować te czerwone usta, w końcu
ten chłopak był urodziwy, sprytny i umiał mówić rzeczy, które
przyprawiały Mo Rana o mocniejsze bicie serca. Nieprawdą byłoby
stwierdzenie, że w ogóle go to nie ruszało. Ale wiedział, co te usta
robiły za jego plecami, wydały mu się więc cuchnące i nie chciał ich
całować.
Trzydziestodwuletni Mo Ran różnił się od piętnastoletniego.
Tamten znał jeszcze miłość i czułość, a temu została tylko przemoc.
Po wszystkim patrzył na sponiewieranego do nieprzytomności Rong Jiu.
Zmrużył oczy w lekkim uśmiechu. Uśmiechnięty wyglądał naprawdę ładnie, z tymi źrenicami w kolorze głębokiej czerni, które gdy patrzeć na nie pod
pewnym kątem, były nakrapiane plamkami aroganckiego fioletu. Z lekkim
uśmiechem na twarzy złapał Rong Jiu za włosy i przeniósł nieprzytomnego
na ławę. Drugą ręką sięgnął po kawałek rozbitej porcelany i zastygł z nim nad twarzą Rong Jiu.
Zawsze był mściwy, teraz też.
Pomyślał o tym, jak w poprzednim życiu go ochraniał, nawet chciał go
odkupić, a Rong Jiu spiskował z innymi przeciw niemu. Nie mógł
powstrzymać lekkiego uśmiechu, który uniósł kąciki jego oczu. Przyłożył
chłopakowi do policzka ostry kawałek porcelany.
Rong Jiu handlował swoim ciałem, jeśli nie będzie miał tej twarzy, nie
będzie miał niczego. Ten piękny niegdyś mężczyzna będzie się włóczył po
ulicach jak pies, czołgał po ziemi, kopany, deptany, wyzywany i opluwany, ech... To wyobrażenie naprawdę przyniosło mu radość. Nawet
mdłości wywołane tym, że właśnie go pieprzył, zniknęły jak kamfora.
Uśmiech Mo Rana stał się jeszcze bardziej uroczy.
Przycisnął dłoń, spod porcelany wypłynęła czerwona kropla krwi.
Zdawało się, że nieprzytomny chłopak poczuł ból, jęknął cicho i ochryple, na rzęsach zawisła mu łza. Wyglądał żałośnie.
Ręka Mo Rana zamarła.
Pomyślał o pewnym starym przyjacielu. I w jednej chwili uświadomił
sobie, co właściwie robi. Wahał się jeszcze kilka sekund, w końcu powoli
opuścił dłoń.
Naprawdę przyzwyczaił się do czynienia zła. Aż zapomniał, że narodził
się na nowo. Że to wszystko jeszcze się nie wydarzyło, wielkie błędy nie
zostały popełnione, a ten człowiek... nie umarł. Dlaczego więc on miałby
znowu iść drogą okrucieństwa i przemocy? Na pewno mógł zacząć od nowa.
Usiadł, oparł stopę na krawędzi łóżka i bawił się od niechcenia
kawałkiem porcelany, gdy zauważył, że na stoliku wciąż leżą smażone
ciastka. Wziął jedno i odsunąwszy otłuszczony papier, zaczął je gryźć
dużymi kęsami, aż w ustach miał pełno okruchów, a wargi błyszczały
olejem. Te ciastka były specjalnością tego miejsca. Nic takiego,
zwłaszcza w porównaniu do przysmaków, których miał okazję próbować
później, trochę jakby żuł wosk. Jednak po upadku domu uciech Mo Ran nie
miał już okazji jeść takich ciastek. Znajomy smak pojawił się na
koniuszku języka razem ze wspomnieniem przeszłości. Z każdym kęsem coraz
mniej odczuwał nierealność swojego ponownego narodzenia, a kiedy
skończył jeść, wreszcie otrząsnął się z początkowego oszołomienia.
Naprawdę narodził się na nowo.
Całe zło w jego życiu, wszystkie wydarzenia, których nie można cofnąć,
nic z tego jeszcze się nie zaczęło. Nie zabił wuja i ciotki, nie
zmasakrował siedemdziesięciu dwóch miast, nie zdradził swoich mistrzów i przodków, nie ożenił się, nie... Nikt jeszcze nie umarł.
Cmoknął i przeciągnął językiem po zębach. Poczuł, jak tląca się w jego
piersi radość rośnie, jak zmienia się w nieposkromiony entuzjazm i podniecenie. W poprzednim życiu był wszechwładny, wiedział co nieco o Trzech Zakazanych Technikach ludzkiego wymiaru. Opanował dwie pierwsze,
ale ostatnia, "odrodzenie", pozostawała poza jego zasięgiem, chociaż był
bardzo inteligentny.
Kto by pomyślał, że to, czego nie zdołał osiągnąć za życia, zostanie mu
dane po śmierci? W piersi nadal kłębiły się niechęć, przygnębienie,
samotność i inne uczucia, przed oczami wciąż miał strzelające w górę
płomienie na Szczycie Życia i Śmierci, obraz nacierającej armii.
Wtedy naprawdę nie chciał dłużej żyć, ludzie powiadali, że jest skazany
na samotność, opuszczony przez wszystkich. W końcu i on czuł się jak
chodzący trup, samotny i znudzony do granic możliwości.
Nie wiedział, co się stało, że ktoś tak zły jak on dostał, i to po
śmierci z własnej ręki, szansę odrodzenia się.
Dlaczego miałby niszczyć twarz Rong Jiu, by pomścić dawne urazy? Rong
Jiu najbardziej kochał pieniądze. By go ukarać, nie zapłaci mu i zabierze odrobinę srebra. Nie pragnął jeszcze brać na siebie
odpowiedzialności tak dużej jak ludzkie życie.
-?Tym razem ci daruję, Rong Jiu -?powiedział Mo Ran z uśmiechem i wyrzucił za okno kawałek porcelany.
Następnie opróżnił wszystkie skrytki, a kosztowności umieścił w swoich
kieszeniach. Dopiero wtedy trochę się uspokoił, spokojnie się
oporządził, po czym niespiesznie opuścił dom uciech.
Wuj, ciotka, kuzyn Xue Meng, Shizun i jeszcze... Gdy o nim pomyślał, jego
spojrzenie złagodniało.
"Shige, idę po ciebie".
Rozdział 3. Ten Czcigodny spotyka swojego shige
Rozdział 3
Ten Czcigodny spotyka swojego shige
Hm... Skoro powróciła jego dusza, czy powróciła też moc płynąca z kultywacji?
Mo Ran wypowiedział zaklęcie, poczuł, jak jego ciało wypełnia energia.
Mimo że było jej dużo, pozostawała niezbyt silna. Innymi słowy, jego
zdolności kultywacyjne nie przeniosły się z nim do nowego wcielenia. Ale
to nic takiego, dzięki wysokiej inteligencji szybko się uczył,
najgorsze, co mogło się zdarzyć, to konieczność rozpoczęcia wszystkiego
od nowa -?nic strasznego. W końcu narodzenie się na nowo to niezwykle
radosne wydarzenie, nawet jeśli przytrafią się przy tym jakieś
niedogodności, trzeba je sobie poczytać za normę. Z takimi myślami w głowie Mo Ran schował głęboko cały swój mrok i kły, po czym rozradowany
jak szesnastolatek przygotowywał się do powrotu do sekty.
Na przedmieściach panowało lato w pełnym rozkwicie, co jakiś czas mijały
go z terkotem konne powozy. Nikt nie zwracał uwagi na szesnastoletniego
Mo Rana. Tylko czasem pracujące w polu wieśniaczki, które zatrzymały się
na chwilę, by otrzeć pot z czoła, zauważały tego wyjątkowo przystojnego
chłopaka i roziskrzonymi oczami wpatrywały się w niego przez moment. Mo
Ran też się uśmiechał, odwzajemniał spojrzenia bez wstydu, sprawiał, że
zamężne kobiety się czerwieniły i spuszczały głowy.
O zmierzchu Mo Ran dotarł do miasteczka Wuchang, skąd niedaleko już było
do Szczytu Życia i Śmierci. Zachodzące słońce wydawało się czerwone jak
krew, a różowawe chmury kładły się na górskich szczytach. Trochę głodny
dotknął brzucha i wszedł do znanej sobie restauracji. Przypatrywał się
wypisanemu czarnymi znakami na czerwonym tle spisowi dań, po czym
zapukał w ladę i zamówił szybko:
-?Karczmarzu, raz kurczak bang bang5, skrawki męża i żony6,
dwa jiny7 alkoholu i talerz krojonej wołowiny.
Było dość gwarno, wielu ludzi zatrzymywało się tutaj, by zjeść.
Opowiadacz na scenie, wachlując się, snuł historię Szczytu Życia i Śmierci. Mówił z wielkim entuzjazmem i tryskał śliną na wszystko
dookoła.
Mo Ran zażyczył sobie loży przy oknie, jednocześnie jadł i słuchał
opowieści.
-?Jak wszyscy tu wiedzą, świat kultywacji dzieli się na wymiar wyższy i niższy. Dzisiaj opowiem historię największej sekty niższego wymiaru,
czyli Szczytu Życia i Śmierci. Ech, trzeba wam wiedzieć, że sto lat temu
nasze miasteczko było ubogie, szargane wichrami wojny. Ponieważ
niedaleko znajduje się wejście do świata duchów i demonów, po zmroku
nikt nie ośmielał się wyjść z domu. Jeśli ktoś koniecznie już musiał
podróżować nocą, powinien mieć przy sobie dzwonek egzorcysty, rozrzucać
popiół z kadzidła i papierowe pieniądze dla duchów, krzycząc przy tym:
"Ludzi oddziela góra, duchy oddziela papier" i umykając śpiesznie. Ale
dzisiaj nasze Wuchang kwitnie, nie różni się od innych, a to wszystko
dzięki ochronie Szczytu Życia i Śmierci, której święta siedziba położona
jest dokładnie przy wejściu do świata duchów i demonów, na granicy yin i yang. Chociaż sekta powstała niedawno, to...
Mo Ran słyszał tę historię tyle razy, że aż mu uszy zdrętwiały, jego
uwaga podryfowała więc w stronę okna. Akurat pod nim stał stragan, na
którym kilku ubranych w taoistyczne szaty nietutejszych zabawiało
gawiedź sztuczkami. Mieli ze sobą klatkę przesłoniętą czarnym
materiałem.
To było znacznie bardziej interesujące niż stary opowiadacz i jego
historie.
-?Patrzcie, patrzcie, tylko zobaczcie, młode okazy pixiu8,
złapane przez nas! Teraz są posłuszne jak małe dzieci, umieją nawet
żonglować i liczyć! Bohaterstwo i pomoc innym nie są łatwe, prosimy więc
tych, którzy mają pieniądze, o wsparcie finansowe, a tych, którzy nie
mają, o wsparcie nas swoją obecnością. Zapraszamy na pierwszy pokaz:
bestie liczą!
Taoiści zerwali czarną zasłonę, odsłaniając kłębiące się w klatce stwory
o ludzkich głowach i ciałach niedźwiedzi.
Te spokojne, kudłate niedźwiadki? Mają czelność nazywać je bestiami? To
wał tak wielki, że zaraz rozsadzi niebo. Tylko ktoś niespełna rozumu
mógł w to uwierzyć.
Ale po chwili Mo Ran zobaczył to na własne oczy. Dwudziestu, trzydziestu
pozbawionych rozumu ludzi zgromadziło się wokół taoistów, kibicowało i klaskało. Zrobiło się tak gwarno, że nawet goście w gospodzie nie
powstrzymali się od zerkania na zewnątrz, przez co opowiadacz czuł się
dość niezręcznie.
-?Obecny przywódca Szczytu Życia i Śmierci jest znany wielu, jego sława
zatacza coraz szersze kręgi...
-?Świetnie! Jeszcze jeden!
Zachęcony opowiadacz spojrzał w kierunku, z którego dobiegał głos. Twarz
gościa poczerwieniała cała z emocji i podniecenia, ale wzrok miał
skupiony nie na nim, a na straganie żonglerów.
-?Ojej, a bestie będą liczyć na abakusie?
-?Ooo, nieźle!
-?Wspaniale! Dobre! Niech jeszcze raz rzucają jabłkami!
Cały budynek trząsł się od śmiechu, wszyscy zgromadzili się przy oknie,
żeby oglądać zbiegowisko na ulicy.
-?Najsłynniejszy jest jednak wachlarz przywódcy, on... -?kontynuował
żałośnie opowiadacz.
-?Ha, ha, ha, ta bestia o najjaśniejszej sierści próbuje ukraść jabłko,
zobaczcie, tarza się po ziemi!
Opowiadacz otarł twarz chustką, był tak zagniewany, że drżały mu kąciki
ust.
Mo Ran uśmiechnął się i odezwał niespiesznie zza koralikowej zasłony:
-?Nie mów o Szczycie Życia i Śmierci, zaśpiewaj raczej Osiemnaście
dotknięć9, to na pewno ściągnie wszystkich z powrotem.
Opowiadacz nie wiedział, że za zasłoną siedzi we własnej osobie panicz
Mo Ran ze Szczytu Życia i Śmierci, w wielkim uniesieniu wycedził więc
przez zęby:
-?Wulgarny, wulgarny język, nie nadaje się, absolutnie się nie nadaje do
tak eleganckiego miejsca.
-?Eleganckie? To miejsce? -?zakpił Mo Ran. -?Nie rób sobie wstydu.
Nagle z dołu dobiegł ich gwar.
-?Ajaj! Ależ rączy koń!
-?Dostojny ze Szczytu Życia i Śmierci!
Wśród zgiełku pędzący od strony Szczytu Życia i Śmierci czarny koń jak
błyskawica wpadł pomiędzy sztukmistrzów. Na jego grzbiecie siedziało
dwoje ludzi, jeden, kryjący twarz pod czarnym słomkowym kapeluszem,
owinięty był czarną peleryną, która całkowicie uniemożliwiała
odgadnięcie jego tożsamości, wieku czy płci. Druga osoba okazała się
kobietą w wieku trzydziestu, czterdziestu lat, miała wymizerowaną twarz
i sprawiała wrażenie niezdarnej. Gdy ujrzała niedźwiedzio-ludzi,
wybuchnęła płaczem, w pośpiechu zsiadła z konia i zataczając się,
ruszyła do przodu. Uklęknęła, obejmując jednego z nich.
-?Synu! Mój synu... -?zawodziła.
Gapie zamarli. Niektórzy mamrotali, drapiąc się po głowach:
-?Co? To nie jest młode legendarnej bestii? Dlaczego ta kobieta nazwała
je synem?
-?Czy to samica bestii...
-?Ojej, nieźle. Nawet przybrała ludzką postać.
Wieśniacy się nie znali i gadali bzdury, ale Mo Ran przejrzał wszystko
na wylot.
Krążyły plotki, jakoby niektórzy taoiści porywali małe dzieci i wyrywali
im języki, żeby nie mogły mówić, za pomocą wrzącej wody ściągali z nich
skórę, przyklejając w jej miejsce zwierzęcą. Kiedy rany się zasklepiły,
skóra zrastała się z ciałem dziecka i zaczynało ono wyglądać jak potwór.
Takie dzieci nie umiały mówić ani pisać, mogły tylko wykonywać sztuczki
takie jak liczenie na abakusie, a kiedy się sprzeciwiały, bito je
pałkami albo pejczem.
Nic dziwnego, że nie wyczuł żadnej ciemnej mocy, te "bestie" nie były
żadnymi demonami, ale żywymi ludźmi...
Kiedy tak trwał pogrążony w rozmyślaniach, człowiek w pelerynie
powiedział cicho do kilku taoistów coś, co sprawiło, że wpadli w furię.
-?Przepraszam? Nie wiem, jak się zapisuje takie słowo! -?krzyczeli.
-?Co takiego niezwykłego jest w Szczycie Życia i Śmierci?
-?Pilnuj swoich spraw! Na niego!
Otoczyli mężczyznę w czerni i zaczęli go bić.
-?Ojej. -?Widząc, jak towarzysz z sekty dostaje razy, Mo Ran zaśmiał się
cicho. -?Groźnie.
Nie miał najmniejszej chęci, by się ruszyć i mu pomóc. W poprzednim
życiu nie znosił tej wiszącej nad sektą atmosfery prawości, tego nakazu,
że gdy się widzi niesprawiedliwość, trzeba reagować, i od razu rzucał
się jeden z drugim jak głupi. Nawet kiedy kociak ciotki Wang utknął na
drzewie, wszyscy musieli pomagać, od przywódców po sługi. Sami głupcy.
Na świecie jest tyle niesprawiedliwości, jak miał się tym wszystkim
zajmować, jakże męczące by to było.
-?Biją się, biją się! Ale cios!
Gospoda pękała w szwach, ludzie się tłoczyli, aby śledzić, co takiego
się dzieje.
-?Tylu naraz bije jednego, co to ma być?
-?Panie, uważaj, z tyłu! Aj! Prawie!
-?Niezły unik!
Ci ludzie może kochali oglądać bijatyki, ale Mo Ran nie. Widział za dużo
krwawych łaźni, gdy więc miał coś takiego przed oczami, wydawało mu się
nużące niczym bzyczenie muchy. Niespiesznie strzepnął z ubrania łupiny
orzechów, wstał i wyszedł. Zszedł na dół, taoiści nadal walczyli
zaciekle z człowiekiem w czarnej pelerynie, migały ostrza mieczy. Mo Ran
skrzyżował ręce na piersi i oparł się o drzwi gospody. Rzucił tylko
okiem i nie mógł powstrzymać się od cmoknięcia. Żałosne.
Członkowie Szczytu Życia i Śmierci byli odważnymi, groźnymi wojownikami,
każdy z nich mógł pokonać dziesięciu mężów. Ale ten w czarnej pelerynie
nie walczył za dobrze. Taoiści ściągnęli go z konia, otoczyli i kopali,
ale nie odpowiedział im z taką samą siłą.
-?Szlachetni rozsądzają spory słowem, a nie przemocą -?pokrzykiwał
słabo. -?Chciałem wam przemówić do rozsądku, dlaczego nie słuchacie?
"O co chodzi?", myśleli sobie taoiści. Ten człowiek, choć dotkliwie
pobity, mówi takie rzeczy? Czy zamiast głowy ma bułeczkę bez nadzienia?
Nagle wyraz twarzy Mo Rana się zmienił. Poczuł, jakby świat zawirował.
Wstrzymał oddech, wytrzeszczył oczy w niedowierzaniu. Ten głos...
-?Shi Mei! -?krzyknął i popędził w ich stronę.
Jednym ciosem mocy odgonił podłych taoistów. Przyklęknął na ziemi,
podniósł mężczyznę w czarnej pelerynie, pokrytej śladami butów, brudnymi
od błota i kurzu. Głos lekko mu drżał.
-?Shi Mei, to ty?
Rozdział 4. Kuzyn Tego Czcigodnego
Rozdział 4
Kuzyn Tego Czcigodnego
Shi Mei to nie shimei. Wbrew pozorom Shi Mei był mężczyzną, a od kiedy
dołączył do sekty, również shixiongiem Mo Rana. Swoje niefortunne imię
zawdzięczał ignorancji Xue Zhengyonga, Wielkiego Mistrza Szczytu Życia i Śmierci.
Shi Mei był bowiem sierotą, którą mistrz znalazł w dziczy. Do tego
zawsze był chorowity, mistrz więc uznał, że trzeba dać mu "skromne
imię"10, wtedy lepiej się będzie chował. Dziecko miało czerwone
usta i białe zęby, wyglądało jak urocza dziewczynka, mistrz głowił się i głowił, aż wreszcie wymyślił: Xue Ya11.
Xue Ya rósł i robił się coraz bardziej urodziwy. Miał ładną twarz i proporcjonalną sylwetkę, powabne brwi i uniesione zalotnie kąciki oczu,
czar w swoich czasach niezrównany. Jego imię pasowało do wieśniaka, ale
czy ktoś widział oszałamiająco piękną osobę, która nazywała się "Pies"
albo "Żelazny Drąg"?
Inni uczniowie uważali to za niewłaściwe, stopniowo przestali więc
używać jego imienia, choć nie ośmielili się go zmienić. Żartobliwie więc
nazwali go Shimei.
Shimei to, Shimei tamto. W końcu mistrz machnął ręką i powiedział, jakby
wychodził naprzeciw ich oczekiwaniom:
-?Xue Ya, zmienimy ci imię na Shi Mei, mei jak "ignorancja", co ty na
to?
Jeszcze się pyta, co on na to... Jak ludzie mają znieść takie imię? Ale
Shi Mei miał łagodny charakter. Podniósł wzrok na mistrza i zobaczył, że
ten patrzy na niego z radością, jakby właśnie zrobił coś dobrego. Nie
mógł znieść myśli, że chociaż sam czuje się z tym źle, nie może
zawstydzić mistrza. Klęknął więc posłusznie i od tej pory używał tego
imienia.
Mężczyzna w czarnej pelerynie odkaszlnął dwukrotnie i wreszcie złapał
oddech. Podniósł wzrok na Mo Rana.
-?Hm? A Ran? Co ty tu robisz?
Mo Ran jak przez niewyraźną zasłonę dostrzegł te oczy, miękkie jak
źródlana woda i błyszczące jak gwiazdy, oczy, które przebiły jego serce
na wylot. Jedno spojrzenie i te wszystkie subtelne uczucia oraz
młodzieńcze myśli, które we wspomnieniach Czcigodnego Depczącego
Nieśmiertelnych już dawno pokryły się kurzem, w mgnieniu oka powróciły.
To był Shi Mei. Bez wątpienia.
Mo Ran był w poprzednim życiu łajdakiem, zabawiał się z wieloma
mężczyznami i kobietami. Aż dziwne, że nie umarł od nadmiaru tejże
zabawy. Jego to też zdumiewało. Był przy tym bardzo ostrożny i nie
zbliżył się nigdy do tego, na kim w głębi serca naprawdę mu zależało.
Ich relację w tamtych czasach można określić jako romantycznie
niejednoznaczną. Do śmierci Shi Meia Mo Ran tylko trzymał go za rękę,
pocałował zaledwie raz, przez przypadek. Wydawało mu się, że jest
zbrukany, nie zasługiwał na delikatnego, czystego Shi Meia.
Tak bardzo go hołubił, gdy ten jeszcze żył, nie mówiąc nawet o tym, jak
troszczył się o niego po śmierci. Jak stał się dla Czcigodnego
Depczącego Nieśmiertelnych światłem księżyca dotykającym jego serca. Ale
niezależnie od tego, ile Mo Ran o tym rozmyślał, jego shige już obrócił
się w proch, to, co zostało, zniknęło gdzieś w zaświatach.
Ale właśnie w tej chwili żywy Shi Mei pojawił się przed jego oczami. Mo
Ran musiał się z całych sił powstrzymywać, by nie dać się ponieść
emocjom.
Podtrzymał go, otrzepał brud z jego płaszcza, a serce bolało go tak, że
czuł niemal fizyczny ból.
-?Jak by cię potraktowali, gdyby mnie tu nie było? Dlaczego nic nie
robisz, kiedy cię biją?
-?Chciałem im najpierw przemówić do rozsądku...
-?Takim ludziom nie da się przemówić do rozsądku! Zranili cię? Gdzie cię
boli?
Shi Mei odkaszlnął.
-?Nic mi nie jest, A Ran.
Mo Ran się odwrócił i z groźnym wyrazem twarzy rzucił do taoistów:
-?Śmiecie podnosić rękę na kogoś ze Szczytu Życia i Śmierci? Tacyście
odważni?
-?A Ran... Daj spokój.
-?Chcecie się bić? Chodźcie! Spróbujcie ze mną!
Pobici przez Mo Rana taoiści wiedzieli już, że w kultywacji jest on
dalece bardziej rozwinięty niż oni. Wszyscy byli tchórzami, którzy
gnębią słabszych od siebie, a boją się silniejszych. Gdzieżby śmieli
wystąpić przeciw niemu. Wycofali się szybko.
Shi Mei wzdychał raz za razem.
-?A Ran -?upominał. -?Nie trzeba, czasem lepiej przebaczyć.
Mo Ran spojrzał na niego i nie mógł powstrzymać napływającego do jego
serca smutku, a oczy go zapiekły. Shi Mei zawsze był dobry. Gdy zmarł w poprzednim życiu, nie było w nim ani goryczy, ani nienawiści. Wręcz
nakłaniał Mo Rana, by ten nie chował urazy do Shizuna, który mógł go
uratować, ale zamiast tego stał z założonymi rękami.
-?Ale oni...
-?Przecież wszystko ze mną dobrze, nic mi nie jest. Lepiej mieć mniej
kłopotów, słuchaj swojego shige.
-?Ech, no dobrze, posłucham cię, zawsze cię słucham. -?Mo Ran pokręcił
głową. Łypnął na taoistów. -?Słyszeliście? Mój shige prosi o litość dla
was! Jeszcze się nie wynieśliście? Wciąż tu tkwicie, mam was
odprowadzić?
-?Tak, tak, tak! Już sobie idziemy! Już się wynosimy!
-?Spokojnie -?próbował ich zapewnić Shi Mei.
Obawiali się jednak, że dopiero co pobity przez nich Shi Mei nie odpuści
tak łatwo, uklęknęli i raz za razem bili głową w ziemię.
-?Panie, panie, zrobiliśmy źle, nie potrafimy dostrzec prawdziwej
szlachetności. Błagamy, panie, odpuść nam!
-?Przed chwilą próbowałem wam przemówić do rozumu, ale nie słuchaliście.
-?Shi Mei znowu westchnął. -?Porwaliście czyjeś dzieci, przysporzyliście
im tyle cierpienia, przyprawiliście matkę i ojca o ból serca, jakże
można zachować spokój ducha?
-?Żałujemy! Żałujemy! Panie, zrobiliśmy źle! Już więcej się to nie
powtórzy! Nie powtórzy się!
-?Od tej pory musicie być prawymi ludźmi, nie mieszać się już w podłe
uczynki, rozumiecie?
-?Tak! Tak jak mówisz, dostojny panie! Otrzymaliśmy lekcję!
-?Skoro tak, to proszę was, byście przeprosili tę damę, a potem zajęli
się leczeniem jej dzieci.
Gdy sprawa została załatwiona, Mo Ran pomógł Shi Meiowi wsiąść na konia,
a sam wypożyczył z gospody drugiego, po czym we dwóch, uzda w uzdę,
wracali powoli do sekty. Sierp księżyca wisiał wysoko, światło
przesączało się przez baldachim drzew, rozlewało na leśnej drodze. Gdy
tak jechali, Mo Ran był coraz bardziej zadowolony: myślał, że aby
zobaczyć Shi Meia, będzie musiał dotrzeć na Szczyt Życia i Śmierci, nie
spodziewał się, że ten zejdzie z gór i szczęśliwie na siebie wpadną. Mo
Ran coraz głębiej wierzył, że są sobie przeznaczeni.
Chociaż teraz jeszcze nie byli razem, to w poprzednim życiu przecież coś
się między nimi tliło, powinno wrócić, wszystko w swoim czasie. Jego
jedynym zmartwieniem było teraz ochronić Shi Meia, nie pozwolić mu, jak
tamtego roku, umrzeć w swoich ramionach...
Shi Mei nie miał pojęcia o odrodzeniu Mo Rana, rozmawiał z nim jak co
dzień. Gawędzili tak, aż dotarli do stóp Szczytu Życia i Śmierci. A tam,
w środku głębokiej nocy, stojąca przy bramie postać zmierzyła ich
podejrzliwym wzrokiem.
-?Mo Ran! Nadal znasz drogę powrotną?
Mo Ran podniósł wzrok. "Ech, co za gniewny arogant", pomyślał. Pytającym
był bowiem nikt inny jak młodziutki Xue Meng.
W porównaniu do Xue Menga, którego spotkał przed śmiercią, ten
piętnasto-, szesnastoletni wydawał się jeszcze bardziej nieokiełznany i urodziwy. Miał na sobie lekką, czarną zbroję z niebieskimi krawędziami,
na głowie wysoki koński ogon spięty srebrnymi szpilkami, pas z głową lwa
oplatał smukłą talię. Chronione miał również nogi i ręce, na plecach
lśniła zimnym światłem cienka, zakrzywiona szabla, a na lewym ramieniu
błyszczał srebrzyście kołczan.
Mo Ran westchnął dyskretnie i pomyślał, że to kuszące, niemal
kusicielskie. Xue Meng, czy jako młodzieniec, czy jako dorosły,
niezmiennie pozostawał bardzo atrakcyjny. Mo Ran patrzył na niego, tego
dorodnego młodzieńca, który głęboką nocą, zamiast spać, nosił pełną
zbroję, i zastanawiał się, co on właściwie zamierza? Będzie tu odstawiał
taniec godowy jak jakiś paw?
Mo Ran nie lubił Xue Menga, a Xue Meng niekoniecznie lubił jego.
Mo Ran był nieślubnym synem, w dzieciństwie nie wiedział, kim był jego
ojciec. Żył z załatwiania różnych spraw w xiangtańskim teatrze. Kiedy
miał czternaście lat, rodzina zaprowadziła go do Szczytu Życia i Śmierci.
A Xue Meng był paniczem ze Szczytu Życia i Śmierci, właściwie nawet
kuzynem Mo Rana. Dorósł bardzo szybko, uważano go za wielki talent,
nazywano "synem Niebios" i "feniksem". Zazwyczaj położenie fundamentów
zajmowało ludziom trzy lata, kolejnych dziesięciu potrzebowali, aby
wykształcić duchowy rdzeń12. Ale Xue Meng był wyjątkowo pojętny -
od momentu, kiedy wszedł do sekty, do wykształcenia rdzenia minęło
zaledwie pięć lat. Sprawił tym wielką radość rodzicom i zyskał
powszechne uznanie. W oczach Mo Rana jednak, czy był feniksem czy kurą,
pawiem czy kaczką, to zawsze tylko ptak. Różni się jedynie długością
piór. Dla Mo Rana więc Xue Meng był tylko ptakiem stroszącym piórka. A Mo Ran dla Xue Menga psim pomiotem. Być może to kwestia rodzinna, ale
talent Mo Rana zdumiewał. Nawet bardziej niż talent Xue Menga. Gdy
przybył Mo Ran, Xue Meng uważał się za wielce dystyngowanego, dobrze
wychowanego, z dużą wiedzą i ze zdolnościami w zakresie sztuk walki, a także przystojnego. Nie to, co tamten, nieporządny łajdak. I tak oto
zakochany w sobie feniks począł śpiewać swoim towarzyszom pieśń, mówił
im:
-?Posłuchajcie dobrze, ten Mo Ran to leniwe beztalencie, to po prostu
uliczny bandzior, nie powinniście się z nim zadawać, traktujcie go jak
psa.
-?Dobrze mówisz, paniczu -?przytakiwała jego świta. -?Ten Mo Ran ma już
czternaście lat, a dopiero zaczął kultywację, pewnie zajmie mu co
najmniej dziesięć lat, aby położyć fundamenty, a dwadzieścia kolejnych,
by wykształcić rdzeń. Do tego czasu nasz panicz już dawno podejmie
wyzwanie Niebios i wniebowstąpi, a tamten będzie mógł tylko patrzeć z zazdrością.
Zadowolony Xue Meng uśmiechnął się zimno.
-?Dwadzieścia lat? Ech, ja myślę, że ten śmieć i przez całe życie nie
wykształci w sobie rdzenia.
Kto by się spodziewał, że śmieciowi wystarczy rok nauki u Shizuna i już
mu się uda wypracować rdzeń.
Feniksa jakby raził piorun, czuł się upokorzony, nie mógł przełknąć tej
zniewagi. Zadawał mu ciosy w plecy, przeklinał i życzył, by gdy Mo Ran
będzie latał na mieczu, jego stopy się ześlizgnęły, by język mu się
plątał podczas recytowania inkantacji. Za każdym razem, kiedy widział Mo
Rana, młody feniks Xue Meng wywracał oczami, a jego parsknięcia było
słychać kilka kilometrów dalej.
Kiedy Mo Ran pomyślał o tych sprawach z czasów dzieciństwa, zmrużył oczy
i nie mógł powstrzymać radości, od tak dawna nie zdarzyło mu się
odczuwać takich zwykłych przyjemności. Był samotny przez dekadę, teraz
więc nawet to, co wtedy bolało, dziś zdawało się smakować wybornie i zachwycać aromatem.
Gdy Shi Mei spostrzegł Xue Menga, natychmiast zsiadł z konia i zdjął
kapelusz z ciemnym woalem, odsłaniając swoją piękną twarz. Nic dziwnego,
że się tak ubierał, kiedy wyjeżdżał samotnie. Mo Ran zerkał ukradkiem,
czuł, jak trzepocze mu serce, jak umysł ucieka w nieznane rejony.
Pomyślał przy tym, że ten człowiek jest tak niesłychanie urodziwy, aż
porusza duszę.
-?Paniczu -?przywitał się z Xue Mengiem Shi Mei.
Xue Meng skinął głową.
-?Wróciłeś? Rozwiązałeś sprawę ludzi-niedźwiedzi?
-?Rozwiązałem. -?Xue Meng się uśmiechnął. -?Całe szczęście, że spotkałem
A Rana, bardzo mi pomógł.
Dumne spojrzenie Xue Menga przeszyło Mo Rana jak ostrze, prześlizgnęło
się po nim szybko i natychmiast zniknęło. Xue Meng zmarszczył brwi, na
twarzy miał wypisaną pogardę, jakby patrzenie na Mo Rana zbrukało jego
oczy.
-?Shi Mei, idź odpocząć. Nie zadawaj się już z nim, to podła kreatura,
jeśli będziesz z nim przebywać, sprowadzi cię na złą drogę.
Ale Mo Ran nie okazał słabości, odpowiedział z przekąsem:
-?Shi Mei nie ma się uczyć ode mnie, czyżby więc miał się uczyć od
ciebie? Paradujesz po nocach w takim stroju i pełnej zbroi, jak ptak,
który stroszy piórka, syn Niebios... Ha, ha, ha, chyba raczej córka!
-?Mo Ran, lepiej uważaj, co mówisz! To mój dom! Za kogo ty się masz? -
Xue Meng się rozgniewał.
-?Jestem twoim starszym kuzynem, zasadniczo więc jestem nad tobą -
powiedział Mo Ran, wyliczając na palcach.
Xue Meng zrobił minę, jakby właśnie dostał psim łajnem w twarz, i ściągnął brwi z obrzydzenia.
-?Kto by chciał mieć takiego kuzyna? -?spytał surowo. -?Nie pochlebiaj
sobie, dla mnie jesteś niczym więcej jak psem unurzanym w błocie!
Xue Meng uwielbiał wyzywać innych od psów, psi syn, psi pomiot,
wychowany przez sukę sukinsyn -?przeklinał bez zająknięcia. Mo Ran
przyzwyczaił się już dawno, teraz więc tylko zatkał uszy i nie zwracał
na niego uwagi. Ale słuchający tego z boku Shi Mei czuł się niezręcznie
i powiedział cicho kilka słów. Xue Meng w końcu prychnął lodowato i zamknął swój szanowny ptasi dziób.
-?Paniczu, już późno, czekasz na kogoś przy bramie? -?spytał łagodnie
roześmiany Shi Mei.
-?A cóżby innego? Mam podziwiać księżyc?
Mo Ran wybuchnął śmiechem.
-?Już mówiłem, że się odstawiłeś, a tu się okazuje, że umówiłeś się na
schadzkę. Oj, kto ma takiego pecha, żeby zostać twoją wybranką? Bardzo
jej współczuję, ha, ha, ha.
Twarz Xue Menga pociemniała tak, że można by było zeskrobać z niej
węgiel paznokciem.
-?Ty! -?oznajmił szorstko.
-?Ja?
-?Czekam właśnie na ciebie. I co ty na to?
Rozdział 5. Ten Czcigodny nie ukradł
Rozdział 5
Ten Czcigodny nie ukradł
Sala Wiernego Serca była jasno oświetlona. Shi Mei sobie poszedł, a zdezorientowany Mo Ran podążył za Xue Mengiem do budynku. Kiedy wszedł
do środka, zrozumiał.
To ta ciota Rong Jiu.
Mo Ran przed wyjściem ukradł mu trochę srebra, a ten ośmielił się szukać
go na Szczycie Życia i Śmierci. A teraz tonął w objęciach wysokiego
mężczyzny i uroczo zanosił się rozpaczliwym płaczem. Gdy Mo Ran i Xue
Meng weszli do pawilonu, jego szloch stał się głośniejszy o trzy tony.
Wydawało się, że gdyby mężczyzna go nie podtrzymywał, padłby na miejscu,
tocząc pianę z ust.
Na podwyższeniu, za zasłoną z koralików, siedziała krucha kobieta, która
wyglądała na trochę zdezorientowaną.
Mo Ran nawet nie zaszczycił spojrzeniem tych dwóch cholernych mężczyzn,
najpierw zwrócił się do niej z szacunkiem:
-?Ciotko, wróciłem.
Była przecież wielką mistrzynią Szczytu Życia i Śmierci, panią Wang.
Nie była jak te bohaterki, które niczym nie ustępują mężczyznom, nie
interesowała się światem zewnętrznym, kiedy ktoś przychodził z jakąś
sprawą, a męża nie było na miejscu, nie miała pojęcia, jak to rozwiązać.
-?A Ran, jesteś -?powiedziała słabym głosem.
Mo Ran udawał, że nie widzi tych dwóch, którzy przyszli ze skargą.
-?Tak późno, a ty nie śpisz. Czy coś się stało, że chciałaś się ze mną
zobaczyć? -?spytał z uśmiechem na twarzy.
-?Mhm. Panicz Rong mówi, że... że ukradłeś mu srebro.
Była wstydliwa, nie ważyła się powiedzieć, że Mo Ran odwiedzał dom
uciech, więc to pominęła.
Oczy Mo Rana rozjaśniły się uśmiechem.
-?Co takiego? Przecież nie brakuje mi srebra, po co miałbym brać jego?
Poza tym ci dwaj nie wyglądają znajomo. Znam was?
Potężny mężczyzna uśmiechnął się lodowato.
-?Nazywam się Chang, jestem najstarszy w mojej rodzinie. Rody kupieckie
nie przejmują się ceremoniałem, nazywaj mnie więc po prostu Changda.
Mo Ran uśmiechnął się lekko i przekręcił jego imię.
-?A więc to panicz Dachang, cała przyjemność po mojej stronie, proszę
wybaczyć moje zachowanie. A ten drugi to...
-?He, he, panicz Mo Ran jest naprawdę dobry w rżnięciu głupa. Mnie
faktycznie widzisz po raz pierwszy, ale połowę z ostatnich trzydziestu
dni spędziłeś, śpiąc u A Jiu, ślepy jesteś? Jak możesz go nie poznawać?
Mo Ran nawet się nie zarumienił, puls mu nie przyspieszył. Spojrzał z uśmiechem na Rong Jiu.
-?Próbujesz mnie oszukać? Jestem porządnym człowiekiem, nie spałem z żadnym San czy Jiu.
Twarz Rong Jiu poczerwieniała ze złości, zatopił się jeszcze bardziej w ramionach Changa, a po jego urodziwej twarzy popłynęły łzy.
-?Paniczu Mo, paniczu Mo, wiem, że jestem nisko urodzony, niewarty
wspomnienia, gdybyś tylko nie potraktował mnie aż tak źle, nie śmiałbym
tu za tobą podążać, ale że odwróciłeś się tak ode mnie, to ja... ja...
-?Naprawdę cię nie znam -?odparł Mo Ran współczująco. -?Nawet nie wiem,
czy jesteś kobietą, czy mężczyzną. Jakże mogliśmy się wcześniej poznać?
-?Jeszcze wczoraj doglądałeś moich interesów, jak mogłeś stać się tak
nieczułym? Paniczu Chang, paniczu Chang, musisz się za mną wstawić. -
Mówiąc to, Rong Jiu jeszcze bardziej zapadał się w objęcia Changa i płakał coraz rzewniej.
Xue Meng stał z boku i słuchał z poszarzałą twarzą, brwi mu drżały.
Wyglądało na to, że gdyby nie ograniczała go powściągliwość młodego
panicza, już dawno przepędziłby tych dwóch kijami.
Panicz Dachang głaskał Rong Jiu po głowie i pocieszał go łagodnym
głosem.
-?Pani Wang -?powiedział z uniesioną dumnie głową. -?Szczyt Życia i Śmierci jest wielką i prawą sektą, ale panicz Mo to podły kundel. A Jiu
zarabia w znoju, żeby móc się jak najszybciej wykupić, a ten nie dość,
że traktuje go źle, to jeszcze kradnie jego krwawicę. Jeśli dzisiaj nie
potraktujecie nas poważnie, moja rodzina sprawi, że nie będziecie mile
widziani w Syczuanie! Choć nie zajmujemy się kultywacją, jesteśmy
kupcami od pokoleń, a nasze bogactwa sięgają nieba.
-?Paniczu Chang, proszę się nie złościć, ja... ja... -?odparła zmieszana
pani Wang.
Mo Ran w głębi serca zaśmiał się chłodno. Changowie, rodzina solnych
kupców, opływali w bogactwa, a panicz Dachang nie mógł wykupić Rong Jiu?
Rong Jiu miał sam na to zarobić, któż by uwierzył, że nie dzieje się tu
nic podejrzanego? Ale powiedział tylko z uśmiechem:
-?Ach, a więc jesteś, Dachang, synem bogatych kupców z Yizhou,
rzeczywiście imponujące. Wielki szacunek!
-?Przynajmniej zdajesz sobie sprawę z tego, jak wygląda sytuacja. -?Na
twarzy panicza Dachanga pojawiła się duma. -?A skoro tak, znaj swoje
miejsce, oszczędź sobie nieprzyjemności. Zabrałeś rzeczy A Jiu, czemu mu
ich szybko nie oddasz?
-?To naprawdę dziwne. -?Mo Ran się uśmiechnął. -?Twój A Jiu przyjmuje
codziennie tylu gości, dlaczego więc o kradzież oskarża tylko mnie?
-?Ty! -?Panicz Dachang zazgrzytał zębami i uśmiechnął się lodowato. -
Nieźle, nieźle, wiedziałem, że będziesz coś knuł. Pani Wang, sama pani
widzi. Panicz Mo zachowuje się całkiem niedorzecznie, nie przyznaje się
do winy, mimo że wszystko świadczy na jego niekorzyść. Nie będę z nim
więcej rozmawiał. Jesteś panią tego miejsca, to do ciebie należy
decyzja!
Pani Wang była kobietą nieobeznaną ze sprawami świata, zdenerwowała się
więc tak bardzo, że zaczął jej się plątać język.
-?Ja... A Ran... A Meng...
Xue Meng stał z boku, widział, że matka sobie nie radzi, wyprostował się
więc i wystąpił:
-?Paniczu Chang, Szczyt Życia i Śmierci słynie z surowej dyscypliny,
jeśli więc mówisz prawdę, jeżeli Mo Ran rzeczywiście sprzeniewierzył się
zakazom dotyczącym pożądliwości i chciwości, sami wymierzymy mu dotkliwą
karę. Ale twoje słowa nie mają umocowania. Czy posiadasz dowód na to, że
to Mo Ran okradł Rong Jiu?
-?Wiedziałem, że o to zapytacie. -?Panicz Dachang uśmiechnął się zimno.
-?Dlatego też nie traciłem czasu i zanim Mo Ran powrócił, porozmawiałem
z panią Wang. -?Odchrząknął. -?Posłuchajcie mnie dobrze, A Jiu stracił
kilka garści pereł, dziesięć sztabek srebra, parę złotych bransolet w kształcie kwiatów śliwy, dwie jadeitowe szpilki do włosów, a do tego
jadeitowy wisior w kształcie motyla. Trzeba jedynie sprawdzić, czy Mo
Ran ma te rzeczy przy sobie, a będziemy wiedzieć, czy niesłusznie go
oskarżyłem.
-?W imię czego chcesz mnie przeszukać? -?zaprotestował Mo Ran.
-?Myślę, że po prostu czujesz się winny. -?Panicz Dachang uniósł dumnie
podbródek. -?Pani Wang, jak w Szczycie Życia i Śmierci karzecie kradzież
i rozwiązłość?
-?Sprawami sekty... zawsze zajmował się małżonek, naprawdę... nie wiem... -
odparła pani Wang cicho.
-?Nie, nie, myślę, że pani Wang nie tyle nie wie, ile umyślnie stara się
chronić swojego siostrzeńca. Nie zdawałem sobie sprawy, że Szczyt Życia
i Śmierci to tak zepsute i brudne miejsce...
-?Dobrze, dobrze. Moja ciotka już powiedziała, że nie wie, co ma zrobić,
dlaczego tak ją dręczysz? Jeszcze ci mało? -?Mo Ran zniecierpliwił się
jego tyradą, a jego beztroski zwykle uśmiech zniknął. Spojrzał na
tamtych dwóch. -?Dobrze, pozwolę ci się przeszukać, ale jeśli nic nie
znajdziesz, a usta masz pełne oszczerstw pod adresem mojej sekty, co
wtedy zrobimy?
-?Od razu cię przeproszę, paniczu Mo.
-?Niech będzie -?odparł Mo Ran wyjątkowo radośnie. -?Jeszcze jedno.
Jeżeli się pomyliłeś, żeby okazać skruchę, musisz zejść ze Szczytu Życia
i Śmierci na kolanach.
Gdy panicz Dachang zobaczył, jak pewny siebie jest Mo Ran, w jego sercu
zagościła wątpliwość. Od dzieciństwa zazdrościł tym, którzy kultywowali
ku nieśmiertelności, ale brakowało mu talentów, nie potrafił pojąć
podstaw. Kilka dni wcześniej dowiedział się, że jego dawny kochanek Rong
Jiu cieszy się względami Mo Rana. Ustalili więc, że Rong Jiu znajdzie
okazję, by przeszkodzić Mo Ranowi w drodze kultywacji, a panicz Dachang
wykupi go i nie tylko -?zabierze go do domu i zapewni życie w dostatku i bez trosk.
Panicz Dachang dążył do nieśmiertelności, Rong Jiu do bogactwa,
połączyli więc siły i pozostali w świetnej komitywie.
W poprzednim życiu Mo Ran wpadł w ich pułapkę i chociaż później udało mu
się wszystko naprostować, kosztowało go to niemało wysiłku. Ale w tym
życiu wyjdzie im to bokiem. Mo Ran, nie wiadomo dlaczego, nagle zmienił
się całkowicie, choć jeszcze kilka dni wcześniej leżał pijany w gniazdku
miłości i powtarzał: "A Jiu to, A Jiu tamto". A dzisiaj rano
sponiewierał go dwukrotnie, po czym zabrał jego kosztowności i uciekł.
Panicz Dachang był wściekły, od razu zaciągnął Rong Jiu na Szczyt Życia
i Śmierci, żeby się poskarżyć. Plan opracował w mgnieniu oka. Chciał
złapać Mo Rana na gorącym uczynku i zmusić panią Wang, by zabroniła mu
dalszej kultywacji. Dlatego też wziął ze sobą wisior z jadeitu, który
miał wysysać moc kultywacyjną i scalić ją z jego własnymi zapasami
energii. Ale widząc reakcję Mo Rana, zaczął się wahać. Mo Ran był zbyt
przebiegły, być może sprzedał już ukradzione kosztowności i tylko
czekał, żeby zrobić z nich idiotów. Sprawy jednak zaszły już tak daleko,
że szkoda byłoby się wycofać, może ten dzieciak tylko blefuje...
Kiedy jego głowa wciąż pracowała na najwyższych obrotach, Mo Ran zaczął
już zdejmować ubranie. Szybko ściągnął wierzchnią szatę, odrzucił ją
swobodnie, po czym z uśmiechem zrobił zapraszający gest.
-?Nie wstydźcie się, przeszukujcie.
Gdy po tym całym wysiłku nie znalazł nic poza kilkoma nadłamanymi
srebrnymi monetami, panicz Dachang się zdenerwował.
-?Jak to możliwe?! To jakieś oszustwo!
Mo Ran zmrużył swoje czarne, połyskujące fioletem oczy i potarł
podbródek dłonią.
-?Dziesięć razy obszukałeś moją szatę, obmacałeś mnie całego, prawie się
przed tobą rozebrałem do naga. Jeszcze nie masz dość?
-?Mo Ran, ty...
Mo Ran udał, że nagle doznaje olśnienia.
-?Ach, paniczu Dachang, już rozumiem, chciałeś sobie pooglądać moje
wdzięki? Specjalnie odegrałeś to przedstawienie, żeby mnie wykorzystać?
Panicz Dachang był bliski omdlenia z wściekłości, wskazywał na Mo Rana,
nie mogąc z siebie wydobyć ani słowa, jego twarz była na wskroś
czerwona. Xue Meng doszedł już do granic wytrzymałości, chociaż nie
znosił Mo Rana, był to jednak członek Szczytu Życia i Śmierci, nie
godziło się go poniżać. Wystąpił więc bezceremonialnie naprzód i złamał
dźgający powietrze palec Dachanga.
-?Towarzyszyłem ci przez pół nocy, a okazuje się, że tylko szukasz
kłopotów! -?powiedział gniewnie.
Panicz Dachang głośno krzyczał, ściskając palec.
-?Wy, wy wszyscy jesteście po jednych pieniądzach! Nic dziwnego, że nie
znalazłem rzeczy przy Mo Ranie, pewnie je za niego schowałeś! Ściągaj
ubrania, ciebie też przeszukam!
Ktoś śmiał kazać mu się rozebrać? Zażenowany do granic możliwości Xue
Meng wybuchnął gniewnie:
-?Nie masz wstydu! Śmiesz swoimi brudnymi łapami brukać rąbek moich
szat? Wynoś się!
Młody mistrz przemówił, więc oczekujący w Sali Wiernego Serca słudzy
natychmiast ruszyli i wyrzucili dwóch broniących się na próżno
śmiertelników.
Z daleka dobiegał gniewny głos panicza Dachanga:
-?Mo Ran, tylko poczekaj! Jeszcze z tobą nie skończyłem!
Mo Ran stał przed budynkiem, patrzył w daleką noc i mrużył śmiejące się
oczy.
-?Bardzo się boję. -?Westchnął.
Xue Meng popatrzył na niego lodowato.
-?Czego się boisz?
-?Jego rodzina handluje solą. Boję się, że zabraknie nam soli -?odparł
Mo Ran ze szczerym smutkiem w głosie.
Xue Meng milczał przez chwilę, po czym spytał:
-?Naprawdę się nie łajdaczyłeś?
-?Naprawdę.
-?Naprawdę nie kradłeś?
-?Naprawdę.
-?Nie wierzę ci -?mruknął zimno Xue Meng.
Mo Ran podniósł dłoń i powiedział z uśmiechem:
-?Niech mnie piorun trzaśnie, jeśli kłamię.
Xue Meng nagle podniósł dłoń, chwycił mocno ramię Mo Rana. Tamten
wpatrywał się w niego ze zdziwieniem.
-?Co robisz?
Xue Meng burknął coś i szybko wypowiedział zaklęcie, usłyszeli tylko
brzęk, a z rękawa Mo Rana wyślizgnęło się kilka koralików wielkości
ziaren soi i upadło na podłogę. Xue Meng zebrał moc w dłoni i skierował
ją na koraliki. Te błysnęły i zaczęły się powiększać, w końcu zmieniły
się w kupkę kosztowności. Bransolety w kształcie kwiatów śliwy,
jadeitowe kolczyki, wszystko leżało na ziemi, błyszcząc.
-?Jesteśmy z tej samej sekty, nie róbmy sobie problemów -?zaproponował
Mo Ran.
Twarz Xue Menga pociemniała.
-?Mo Weiyu, nie masz wstydu.
Mo Ran tylko się zaśmiał.
-?To nie jest śmieszne! -?krzyknął zagniewany Xue Meng.
-?Nie będę płakał. -?Mo Ran westchnął.
-?To tak używasz sekretnej sztuki13 Szczytu Życia i Śmierci?
-?Mhm, uczę się i wcielam nauki w życie.
-?Ten handlujący solą kundel jest odpychający, dlatego nie pozwoliłem mu
cię przesłuchać. Ale w jednym się nie mylił: kradzież lub rozwiązłość
napytają ci biedy w każdej sekcie!
Mo Ran nie miał w sobie ani odrobiny strachu.
-?Co chcesz zrobić? -?odparł ze śmiechem. -?Poczekasz, aż wuj wróci? I co mu powiesz?
Nie bał się, wuj kochał go bardzo, może więc i powie parę słów, ale nie
ośmieli się bić.
Xue Meng odwrócił się i odgarnął pojedyncze kosmyki, które nocny wiatr
przywiał mu na oczy, para źrenic błyszczała dumnie w mroku.
-?Ojciec? Nie, ojciec pojechał na Kunlun. Pewnie wróci za miesiąc albo
dwa.
Uśmiech Mo Rana zamarł mu na ustach, nagle naszło go niedobre
przeczucie. Pomyślał o pewnej osobie. Ale... Gdyby tu był, to on by
przyjmował dziś wieczorem panicza Changa w Sali Wiernego Serca, on, a nie niezorientowana w niczym pani Wang. Ten człowiek... Raczej go tu nie
ma...
Xue Meng dostrzegł błysk w jego oczach, a jego pogarda i arogancja stały
się jeszcze wyraźniejsze.
-?Ojciec może i cię uwielbia, lecz jest na Szczycie Życia i Śmierci
ktoś, kto cię nie znosi.
Mo Ran powoli cofnął się parę kroków i powiedział z wymuszonym
uśmiechem:
-?Xiandi, tak już późno, nie zakłócajmy spokoju pozostałych. Wiem, że
źle zrobiłem. Następnym razem nie będę się kurwił ani kradł, w porządku?
Wracaj szybko do siebie odpocząć, he, he, zobacz, jak bardzo zmęczony
jesteś.
To powiedziawszy, wziął nogi za pas.
To chyba żart! Ten Xue Meng był zaiste podły!
Teraz nie był jeszcze Cesarzem Depczącym Nieśmiertelnych, nie był władcą
świata ludzi, jak mógłby trafić w ręce tamtego człowieka? Gdyby się
dowiedział, że Mo Ran kradł i zabawiał się z prostytutkami, bez litości
połamałby mu nogi! Jeśli nie teraz miałby się rzucić do ucieczki, to
kiedy?