Husky i jego biały kot Shizun. Tom 2 - Rou Bao Bu Chi Rou

-
Proszę czekać

Lista postaci

Szczyt Życia i Śmierci

Mo Ran, Mo Weiyu -?Cesarz Ludz­kiego Wymiaru, Czci­godny Dep­czący Nie­śmier­tel­nych, obec­nie uczeń ze Szczytu Życia i Śmierci, bar­dzo lubi Shi Meia, nie wie, co czuje do Chu Wan­ninga. Chu Wan­ning -?mistrz ze Szczytu Życia i Śmierci, Shi­zun Mo Rana, Xue Menga i Shi Meia. Xia Sini -?tajem­ni­czy młody uczeń Star­szego Czte­rech Gwiazd. Xue Meng, Xue Ziming -?młody panicz Szczytu Życia i Śmierci, kuzyn Mo Rana. Shi Mei, Shi Min­gjing -?uczeń Szczytu Życia i Śmierci, uko­chany Mo Rana. Pani Wang -?matka Xue Menga, żona Xue Zhen­gy­onga. Xue Zhen­gy­ong -?Wielki Mistrz Szczytu Życia i Śmierci, ojciec Xue Menga i wuj Mo Rana. A Li -?kotka pani Wang.

Źró­dło Kwie­cia Brzo­skwi­nio­wego

Osiem­na­ście -?jedna z człon­kiń Pie­rza­stego Klanu pia­stu­jąca zaszczytny tytuł Wiel­kiej Mistrzyni Źró­dła Kwie­cia Brzo­skwi­nio­wego. Naj­wyż­sza Nie­śmier­telna -?praw­dziwa wład­czyni Źró­dła Kwie­cia Brzo­skwi­nio­wego.

Sta­ro­żytne Lin'an

Chu Xun -?syn guber­na­tora Lin'an. Chu Lan -?synek Chu Xuna. Lin Wan'er -?żona Chu Xuna. Xia­oman -?miesz­ka­niec Lin'an. Kościany Władca -?jeden z kró­lów duchów.

Myśl Kon­fu­cjań­ska

Ye Wan­gxi -?czło­nek Myśli Kon­fu­cjań­skiej, nie­zwy­kle prawy i porządny. Nan­gong Si -?syn Wiel­kiego Mistrza Myśli Kon­fu­cjań­skiej. Naoba­ijin -?duchowy wilk nale­żący do Nan­gong Si. Nan­gong Liu -?Wielki Mistrz Myśli Kon­fu­cjań­skiej, ojciec Nan­gong Si.

Pałac Śnież­nych Kro­ków

Mei Hanxue -?nie­zwy­kle przy­stojny i uzdol­niony uczeń Pałacu Śnież­nych Kro­ków na Kun­lun (bar­dzo nie­lu­biany przez Xue Menga i Ye Wan­gxi).

Dwór Jeziora Bitan

Li Wuxin -?Wielki Mistrz Dworu Jeziora Bitan. Zhen Cong­ming -?"bar­dzo mądry" uczeń Li Wuxina.

Noc Samot­nego Księ­życa

Druga Mistrzyni Pawi­lonu Xuany­uana -?człon­kini Nocy Samot­nego Księ­życa nad­zo­ru­jąca aukcje prze­pro­wa­dzane w Pawi­lo­nie Xuany­uana. Mędrzec Zim­nych Łusek -?star­szy nale­żący do Nocy Samot­nego Księ­życa, nie­zwy­kle uzdol­niony alche­mik i medyk.

Inni

Zhu Jiuyin, Smok Trzy­ma­jący Świecę -?papie­rowy (PRAW­DZIWY) smok Chu Wan­ninga.

Rozdział 49. Shizun Tego Czcigodnego zawsze się gniewa

Roz­dział 49

Shi­zun Tego Czci­god­nego zawsze się gniewa

Chu Wan­ning był w takim szoku, że trudno to opi­sać sło­wami. Wytrzesz­czył oczy i patrzył we śnie na Mo Rana, jakby zoba­czył ducha.

Doro­sły Mo Weiyu wyglą­dał iście impo­nu­jąco, miał sze­ro­kie ramiona i dłu­gie nogi, prze­wyż­szał go o pół głowy. Kiedy spoj­rzał w dół, w kąci­kach jego oczu zatań­czyło coś figlar­nego i szy­der­czego.

-?Mój dobry Shi­zu­nie, naprawdę powi­nie­neś zoba­czyć, jak teraz wyglą­dasz.

Jego opuszki prze­su­nęły się po policzku Chu Wan­ninga, zatrzy­mały się przy uchu, w oczach miał lód. Po chwili mil­cze­nia par­sk­nął z pogardą. Nagle się pochy­lił, Chu Wan­ning poczuł deli­katny, gorący dotyk, gdy Mo Ran przy­ci­snął swoje usta do jego ust.

Zasko­czony usły­szał w gło­wie dźwięk, jakby pękła struna.

Mo Ran go cało­wał. Jego oddech wtar­gnął w usta Chu Wan­ninga, wil­gotny, gwał­towny, pełen brud­nych, złych pra­gnień. Wargi i zęby zde­rzyły się gwał­tow­nie, w pier­siach wez­brały fale. Chu Wan­ning pra­wie drżał, oczy miał sze­roko otwarte, w gło­wie mie­szały mu się gniew i oszo­ło­mie­nie. Wyda­wało się, że pozba­wiony we śnie mocy, nie potra­fił nawet zebrać zwy­kłej fizycz­nej siły. Uwię­ziony w ramio­nach Mo Rana nie miał szans wyrwać się z jego uści­sku. Mo Ran ze snu, nie wia­domo czemu, był zupeł­nie inny od tego, któ­rego znał. Nie miał w sobie tej daw­nej pokory, nie grał, by doświad­czyć lep­szego trak­to­wa­nia, był bru­talny i potężny.

Chu Wan­ning czuł gorąco szyb­kiego, głę­bo­kiego odde­chu Mo Rana. Wrząca żądza przy­po­mi­nała lawę, która pra­gnęła roz­pu­ścić jego ciało i kości. Był wście­kły, aż mu twarz zzie­le­niała, chciał wymio­to­wać krwią. Ni­gdy sobie nie wyobra­żał, by Mo Ran mógł go przy­przeć do muru, bez­sil­nego, nie­zdol­nego do sta­wie­nia oporu. A jed­nak jesz­cze bar­dziej nie mógł znieść tego, że te sza­lone wil­gotne poca­łunki i piesz­czoty wywo­łały cie­pło w jego pod­brzu­szu i sła­bość w pal­cach. Drżał w jego ramio­nach, pierś Mo Rana była tak gorąca, jakby chciał go roz­to­pić, jakby chciał go pochło­nąć. Chu Wan­ning chciał się opie­rać, ale nie miał siły.

Kiedy poca­łu­nek się skoń­czył, Chu Wan­ning wciąż miał mięk­kie nogi. Mo Ran przy­tu­lił go, prze­chy­lił głowę i przy­lgnął twa­rzą do skóry za jego uchem. Dyszał, a jego wil­gotny, roz­pa­lony oddech owie­wał szyję Chu Wan­ninga.

-?Nie chcesz ze mną nego­cjo­wać? -?usły­szał głos Mo Rana.

Głos tak ochry­pły, że zda­wał się obcy.

Chu Wan­ning spu­ścił wzrok i spo­strzegł, że grdyka Mo Rana się poru­sza - powścią­gliwy, ledwo powstrzy­my­wany ruch, prze­łknię­cie śliny.

-?Nie masz już dla mnie żad­nej war­to­ści, poroz­ma­wiajmy więc o jedy­nej rze­czy, jaka ci została.

Chu Wan­ning miał ści­śnięte gar­dło, nie wie­dział, czy z żądzy, czy z gniewu.

-?Co... -?zaczął cicho.

Mo Ran przy­ci­snął go do ściany, nagłym, gwał­tow­nym gestem zamknął w żela­znym uści­sku jego nad­gar­stek. Pochy­lił głowę i bez śladu złej woli, ale i bez czu­ło­ści przy­gryzł pła­tek jego ucha. Chu Wan­ning zadrżał, prze­ra­ża­jąca drę­twota prze­szyła go od kości ogo­no­wej do czubka głowy.

Głos Mo Rana był głę­boki, a oddech ciężki i gęsty.

-?Pozwól mi to raz zro­bić, a zgo­dzę się na twoją prośbę.

Oczy Chu Wan­ninga w jed­nej chwili się roz­sze­rzyły. Przy­po­mi­nały lustra wody zmą­co­nej pożą­da­niem mie­sza­ją­cym się z nie­do­wie­rza­niem.

Mo Ran drugą ręką już gła­dził jego talię, ustami błą­dził po jego szyi. Mówił łagod­nym tonem, cho­ciaż w jego sło­wach krył się jad:

-?Ale Shi­zun jest tak odpy­cha­jący, że jego stan nie­zbyt mnie inte­re­suje. Jeśli więc chcesz się dobrze bawić, muszę cię pro­sić, byś współ­pra­co­wał. -?Mo Ran się zawa­hał, ale nie prze­sta­wał gła­dzić jego talii i moc­niej go objął. -?Roz­waż to dobrze. Jeżeli chcesz, klęk­nij i porząd­nie mi obcią­gnij, zrób mi dobrze, a potem się połóż na łóżku i proś, żebym cię zerżnął.

Chu Wan­ning czuł, że osza­leje.

Star­szego Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy cecho­wały czy­stość, duma i asceza, nie wikłał się w romanse z męż­czy­znami, nie zbli­żał się do kobiet, nie oglą­dał ero­tycz­nych obra­zów, nie słu­chał nie­przy­zwo­itych pio­se­nek, prak­ty­ko­wał pra­wość, powścią­gli­wość i sza­cu­nek do samego sie­bie.

Innymi słowy, nie­wiele wie­dział o spra­wach miło­snych.

Dla­tego też, mimo ogar­nia­ją­cego go gniewu, w obli­czu tego gwał­tow­nego, nie­zna­nego uczu­cia mógł tylko ska­pi­tu­lo­wać.

Mo Ran odcze­kał chwilę w mil­cze­niu. Widząc brak reak­cji, zaklął pod nosem, ale nie mógł się powstrzy­mać i znów zaczął go cało­wać. Kiedy miał już dość, wysu­nął z ust Chu Wan­ninga mokry język, który zosta­wił po sobie błysz­czący ślad. Ugryzł go sza­leń­czo w szyję, lizał i cało­wał ramiona i uszy. Bar­dziej jed­nak zmar­twiło Chu Wan­ninga to, że ręka Mo Rana zaczęła bru­tal­nie roz­dzie­rać jego szaty.

-?Po co zgry­wasz cno­tli­wego? Po co uda­jesz świę­toszka? -?mam­ro­tał przy tym.

Gdy pod­niósł na niego wzrok, spoj­rze­nie miał pełne żaru i sza­leń­stwa, w kąci­kach jego oczu bły­skało dziwne świa­tło, jakby kumu­lo­wana latami nie­na­wiść wresz­cie zna­la­zła ujście. Jak spły­wa­jąca ze skał lawa pożą­da­nia, która przez długi czas powstrzy­my­wana, wybu­cha z nie­po­ha­mo­waną siłą.

Chu Wan­ning czuł, że pło­nie pod spoj­rze­niem bestii. Chciał odwró­cić wzrok, ale Mo Ran przej­rzał jego zamiary i chwy­cił jego twarz.

-?Patrz na mnie. -?Głos miał chra­pliwy, gorący, drżał lekko, nie wia­domo, czy z pod­nie­ce­nia, czy z innego powodu. Brzmiał jak wygłod­niała bestia rzu­ca­jąca się na ofiarę. -?Roz­ka­zuję ci na mnie patrzeć!

Drżący Chu Wan­ning zamknął oczy. Naprawdę absur­dalny sen...

-?Shi­zu­nie. -?Głos przy jego uchu stał się nagle miękki i łagodny, tembr wyda­wał się zna­jomy. -?Shi­zu­nie, obudź się.

Jak przez mgłę zdał sobie sprawę, że twarz Mo Rana na­dal jest bar­dzo bli­sko, więc nie zasta­na­wia­jąc się nawet, wymie­rzył mu celny, siar­czy­sty poli­czek.

Zasko­czony Mo Ran jęk­nął i wytrzesz­czył oczy,

-?Shi­zu­nie, dla­czego mnie bijesz? Za co?

Chu Wan­ning wstał, w lekko unie­sio­nych kąci­kach oczu krył się gniew, ale też zdzi­wie­nie. Wciąż tro­chę się trząsł, roz­dź­więk mię­dzy snem a jawą dopro­wa­dzał go do obłędu.

-?Shi­zu­nie...

-?Nie pod­chodź! -?Chu Wan­ning przy­ci­snął pal­cami ostro zary­so­wane brwi.

Jego gwał­towna reak­cja prze­stra­szyła Mo Rana tak, że aż pod­sko­czył.

-?Mia­łeś kosz­mar? -?spy­tał ostroż­nie po chwili.

Kosz­mar...

Sen... Sen i tyle.

Chu Wan­ning wpa­try­wał się oszo­ło­miony w czło­wieka sto­ją­cego przed nim, aż zaczął powoli odzy­ski­wać zmy­sły. Na­dal leżał w biblio­tece Pawi­lonu Czer­wo­nego Lotosu, Sala Wier­nego Serca i star­szy Mo Ran roz­pły­nęły się w powie­trzu, przed oczami miał tylko tę wciąż dzie­cinną twarz. Gdy wresz­cie w pełni oprzy­tom­niał, Chu Wan­ning się zawa­hał, opa­no­wał wyraz twa­rzy i na­dal lekko drżą­cymi smu­kłymi pal­cami z pełną powagą wygła­dził ubra­nie.

-?Hmm... We śnie... biłem kogoś -?powie­dział, tłu­miąc wciąż nie­roz­pro­szone gorąco i nie­po­kój.

Mo Ran potarł zaczer­wie­niony poli­czek, syk­nął lekko.

-?Co złego ci się śniło, Shi­zu­nie? Tak mocno mnie ude­rzy­łeś...

Na twa­rzy Chu Wan­ninga bły­snęło zakło­po­ta­nie, zaci­snął usta i odwró­cił się do Mo Rana swoim przy­stoj­nym pro­fi­lem, wynio­sły i mil­czący. Jego twa­rzy nie zmą­ciła naj­mniej­sza nawet fala, pod­czas gdy w sercu sza­lały bał­wany. Czuł, że jego god­ność oso­bi­sta zaraz się roz­pad­nie: miał tak absur­dalny sen, wypo­wia­dał tak wul­garne słowa, zacho­wy­wał się tak bez­wstyd­nie. Nie był godzien miana niczy­jego nauczy­ciela.

Gorzej jesz­cze, że ciało go zawio­dło i zare­ago­wało na ten upo­ka­rza­jący sen... Na szczę­ście luźne ubra­nia nie pozwolą nikomu tego dostrzec.

Chu Wan­ning pod­parł skroń, twarz miał na­dal ponurą jak gra­dowa chmura. Oczy­wi­ście nie mógł się wyżyć na Mo Ranie ze snu, ale ten, któ­rego miał przed sobą, który wła­śnie wszedł do jego pokoju, mu wystar­czył. Spoj­rzał na niego z ukosa i uniósł brwi.

-?Wła­mu­jesz się w środku nocy do mojej sypialni? -?spy­tał nie­przy­jem­nym tonem. -?Zdaje ci się, że Pawi­lon Czer­wo­nego Lotosu to twój dom? Masz się za Star­szego Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy?

Ude­rzony przed chwilą, a teraz ostro zbesz­tany, Mo Ran poczuł się skrzyw­dzony.

-?Czemu znów się zło­ścisz... -?burk­nął cicho.

-?Nie złosz­czę się, chcę spać. Wyjdź! -?Ostre brwi Chu Wan­ninga się ścią­gnęły.

-?Ale, Shi­zu­nie, jest już świt -?odparł Mo Ran. -?Gdy­by­śmy nie cze­kali na Shi­zuna tak długo na Tara­sie Dobra i Zła, nie przy­cho­dził­bym tu nie­pro­szony.

Okna w biblio­tece były zasło­nięte. Pchnął jedno z nich i zoba­czył, że fak­tycz­nie słońce wisiało już wysoko na nie­bie, ptaki ćwier­kały, owady bzy­czały. Twarz Chu Wan­ninga pociem­niała. Wyglą­dał, jakby miał wezwać Tian­wena i wyba­to­żyć Mo Rana.

Śnił ero­tyczny sen aż do rana. Gdyby Mo Ran nie wpadł, by go zawo­łać, to pew­nie tkwiłby w nim na­dal... Ta myśl spra­wiła, że na skroni Chu Wan­ninga zaczęła gwał­tow­nie pul­so­wać żyła, a knyk­cie zaci­śnię­tej na kra­tow­nicy dłoni przy­brały kolor bia­łego jade­itu.

Warto bowiem wspo­mnieć, że metoda kul­ty­wa­cji Chu Wan­ninga pole­gała na tłu­mie­niu pra­gnień. Do tej pory nie miał nawet jed­nej roman­tycz­nej myśli, nie mówiąc już o ero­tycz­nych snach.

Jeżeli cho­dziło o te sprawy, przy­po­mi­nał drew­nianą kukłę -?nie­zdarną, głu­pią i upartą. Osią­gnął per­fek­cję, odrzu­cił wszel­kie żądze, ale lubo­wał się w patrze­niu z góry to na tę parę kochan­ków, to na tamtą parę wspól­nie kul­ty­wu­ją­cych adep­tów tao­izmu. Koniec koń­ców, zado­wo­lony z sie­bie, uwa­żał się za wyjąt­kowo cno­tli­wego.

Kto mógł się spo­dzie­wać, że się potknie na ostat­niej pro­stej... I wpad­nie pro­sto w ramiona swo­jego ucznia.

Mądry, boski, szla­chetny, ozię­bły mistrz Chu nie śmiał nawet spoj­rzeć na Mo Rana.

-?Szybko, idziemy na Taras Dobra i Zła na poranny tre­ning! -?rzu­cił gniew­nie, po czym wyszedł, łopo­cząc ręka­wami, i znik­nął Mo Ranowi z oczu.

Xue Meng i Shi Mei cze­kali już bar­dzo długo. Sie­dzieli w cie­niu drzewa i roz­ma­wiali, kiedy Chu Wan­ning dotarł na miej­sce.

-?Shi­zun ni­gdy się nie spóź­nia. Co się dzi­siaj stało? -?W gło­sie Shi Meia roz­brzmie­wał nie­po­kój. -?Już tak późno, a jego ani śladu.

-?A Mo Ran po niego nie poszedł? -?Xue Meng dener­wo­wał się jesz­cze bar­dziej. -?Długo go nie ma, wie­dzia­łem, że powi­nie­nem był iść z nim. Może Shi­zun jest chory?

-?Ta rana na ramie­niu wyglą­dała poważ­nie -?cią­gnął Shi Mei. -?Cho­ciaż dobrze się nim zaję­li­śmy, to i tak nie jest w dobrym sta­nie, może więc...

Xue Meng nie­po­koił się coraz bar­dziej, wresz­cie wstał.

-?Nie mogę tak cze­kać. Mo Ran to psi pomiot, nie można na nim pole­gać. Lepiej pójdę zoba­czyć, co się dzieje! -?Gdy tylko się odwró­cił, zoba­czył nad­cho­dzą­cego wiel­kimi kro­kami Chu Wan­ninga w powie­wa­ją­cej na wie­trze bia­łej sza­cie.

-?Shi­zun! -?wykrzyk­nęli rów­no­cze­śnie obaj sie­dzący pod drze­wem chłopcy.

-?Mamy małe opóź­nie­nie -?powie­dział Chu Wan­ning. -?Dzi­siaj poćwi­czymy sztuki walki, chodź­cie.

Korzy­sta­jąc z chwili nie­uwagi Chu Wan­ninga, Shi Mei cicho zapy­tał podą­ża­ją­cego z tyłu Mo Rana:

-?Z Shi­zu­nem wszystko w porządku? Dla­czego się spóź­nił?

-?Zaspał. -?Mo Ran prze­wró­cił oczami.

-?Co?

-?Ćśś, uda­waj, że nie wiesz. -?Mo Ran potarł poli­czek, który wciąż bolał. Nie miał naj­mniej­szej ochoty obe­rwać za nic drugi raz.

-?Czemu jesteś taki czer­wony po lewej stro­nie twa­rzy? -?Shi Mei zatrze­po­tał rzę­sami.

-?Jak będziesz tak dopy­ty­wał, to po pra­wej też będę. Nie pytaj, idziemy. -?Mo Ran zni­żył głos.

Dotarli na pola tre­nin­gowe. Chu Wan­ning kazał Mo Ranowi i Shi Meiowi ćwi­czyć razem, a sam został z Xue Men­giem.

-?Usiądź -?powie­dział.

Xue Meng nie wie­dział, o co cho­dzi, ale za sło­wem Shi­zuna podą­żał jak w dym, od razu więc usiadł, jak mu kazano.

Chu Wan­ning usa­do­wił się naprze­ciw niego.

-?Tur­niej na Górze Dusz odbę­dzie się za trzy lata. Jakie masz plany?

Xue Meng spu­ścił wzrok i zaci­snął zęby.

-?Zająć pierw­sze miej­sce -?powie­dział po chwili.

Gdyby Chu Wan­ning spy­tał go o to przed wyprawą nad Złote Jezioro, Xue Meng odpo­wie­działby z dumą i aro­gan­cją. A i teraz nie potra­fił się wyrzec swej dumy, trzy­mał się jej kur­czowo. Nie cho­dziło o brak samo­świa­do­mo­ści, ale naprawdę nie chciał się zrze­kać tytułu Wybrańca Nie­bios. Xue Meng wypo­wie­dział te trzy słowa, a w jego sercu zago­ściła nie­pew­ność. Ukrad­kiem popa­try­wał na Chu Wan­ninga. Ten jed­nak tylko rzu­cił na niego okiem, a w jego spoj­rze­niu nie było ani krzty drwiny czy zwąt­pie­nia.

-?Dobrze -?pod­su­mo­wał.

Oczy Xue Menga zalśniły.

-?Shi­zu­nie, czy uwa­żasz, że... czy sądzisz, że mogę... że ja... -?Był tak pod­eks­cy­to­wany, że zaczął się plą­tać.

-?Wśród moich uczniów nie ma takich, któ­rzy pod­da­liby bitwę, zanim się roz­po­częła.

-?Shi­zu­nie...

-?W Tur­nieju na Górze Dusz biorą udział wybitne talenty ze wszyst­kich sekt. Ci, któ­rzy nie dys­po­nują boską bro­nią, nie są, oczy­wi­ście, god­nymi cie­bie prze­ciw­ni­kami, a pozo­sta­łych też nie­ko­niecz­nie musisz się bać. Nie można nauczyć się wła­da­nia boską bro­nią w ciągu jed­nej nocy - cią­gnął Chu Wan­ning. -?Sza­bla u twego boku, Long­cheng, jest może nieco gor­sza, ale to i tak naj­lep­sza broń, jaką można wykuć w świe­cie śmier­tel­ni­ków. Jeżeli dobrze wyko­rzy­stasz te trzy lata, sumien­nie ćwi­cząc, to nie­wy­klu­czone, że zaj­miesz pierw­sze miej­sce.

Wszy­scy wie­dzieli, że jeśli cho­dzi o sztukę mie­cza, mistrz Chu ma bystre oko i wni­kliwy umysł. Nie był kimś, kto moty­wo­wałby innych nie­win­nymi kłam­stew­kami, Xue Menga pod­nio­sło to więc na duchu.

-?Shi­zu­nie, mówisz poważ­nie?

Chu Wan­ning zmru­żył oczy.

-?Ile ty masz lat, Xue Meng? -?odparł swo­bod­nie. -?Nie żar­tuję z nikim powy­żej pią­tego roku życia.

Xue Meng tro­chę te słowa zawsty­dziły, potarł nos i się roze­śmiał.

-?Zwy­cię­stwo i porażka są nie do prze­wi­dze­nia -?pod­jął Chu Wan­ning -?ale nie można lek­ce­wa­żyć dumy. Pra­cuj solid­nie, sta­raj się, jak możesz, i nie przej­muj się zbyt­nio wyni­kiem.

-?Tak jest!

Po roz­mo­wie z Xue Men­giem Chu Wan­ning poszedł za arenę walk, w pobliże nasy­co­nych mocą drew­nia­nych mane­ki­nów ćwi­czeb­nych. Miej­sce to było nieco odda­lone, żeby unik­nąć przy­pad­ko­wego zra­nie­nia kogoś postron­nego, trzeba było więc przejść dłu­gim kory­ta­rzem i skrę­cić na końcu, by dotrzeć do mane­ki­nów.

Shi Mei i Mo Ran roz­ma­wiali, odwró­ceni do niego ple­cami. Stali nie za daleko, nie za bli­sko, aku­rat tak, by mógł ich usły­szeć.

Chu Wan­ning już chciał ich zawo­łać, ale scena, którą miał przed oczami, spra­wiła, że zabra­kło mu słów.

Rozdział 50. Ten Czcigodny cię lubi

Roz­dział 50

Ten Czci­godny cię lubi

Jako że Chu Wan­ning był miło­śni­kiem broni, ten widok wywo­łał w nim nie­opi­saną złość. Jakby patrzył na głupca.

Zoba­czył, jak sie­dzący nie­da­leko pod kwit­ną­cym drze­wem Mo Ran przy­wo­łał Jian­guia. Boskie bro­nie potra­fiły same z sie­bie się powięk­szać i zmniej­szać. Więk­szość ludzi, któ­rzy mogli kon­tro­lo­wać ich roz­miar, wolała, by się powięk­szały, sta­wały potężne, inni, jak Chu Wan­ning, zacho­wy­wali ich nor­malną wiel­kość. Ale Mo Ran zmniej­szył Jian­guia do dłu­go­ści i gru­bo­ści włosa. Dostojna boska broń wyglą­dała jak zabie­dzone maleń­stwo.

Każdy czło­wiek miał innego rodzaju moc. Nasy­cony duchową ener­gią Tian­wen ema­no­wał zło­tym świa­tłem, Jian­gui -?czer­wo­nym. Gdyby obe­rwać z niego drobne wierz­bowe listki, wyglą­dałby jak czer­wona nić prze­zna­cze­nia boga miło­ści i mał­żeństw...

-?Shi Mei, weź tę nić do ręki, chcę zoba­czyć, czy Jian­gui, jak Tian­wen, potrafi wycią­gać z ludzi prawdę.

-?Hmm... Chcesz to na mnie spraw­dzić?

-?Wła­śnie. -?Mo Ran się uśmiech­nął. -?Bo z tobą naj­le­piej się doga­duję, wie­rzę, że mnie nie oszu­kasz.

-?To prawda, ale... -?Shi Mei na­dal się wahał.

-?Prze­cież nie będę zada­wał żad­nych pod­stęp­nych pytań. Jeśli mi nie wie­rzysz, to może obiet­nica? -?Wycią­gnął w stronę Shi Meia mały palec.

-?Ile ty wła­ści­wie masz lat? Jesteś taki dzie­cinny -?powie­dział Shi Mei jed­no­cze­śnie roz­ba­wiony i roz­draż­niony.

-?Można tak obie­cy­wać, jak się ma osiem lat i jak się ma osiem­na­ście też. Nawet osiem­dzie­siąt osiem, co w tym dzie­cin­nego? -?Mo Ran z psot­nym uśmie­chem na ustach chwy­cił go za rękę i zła­pał mały palec.

Shi Mei, tro­chę roz­we­se­lony, tro­chę ziry­to­wany jego żar­tami, mógł się tylko pod­dać.

Ale Mo Ran nie zaha­czył swoim pal­cem palca Shi Meia. Zmru­żył tylko oczy.

-?Dzia­łaj, Jian­gui -?powie­dział z uśmie­chem.

Jian­gui z szyb­ko­ścią bły­ska­wicy oplą­tał mały palec Shi Meia, drugi koniec witki obej­mo­wał wypro­sto­wany mały palec Mo Rana. A ten uśmiech­nął się jak chy­try lis, który wła­śnie doznał oświe­ce­nia.

-?Gra­tu­la­cje, nabra­łeś się. -?Dołeczki w jego policz­kach się pogłę­biły.

-?Hej... Uwol­nij mnie! -?Teraz Shi Mei naprawdę śmiał się i pła­kał jed­no­cze­śnie.

-?Nie tak prędko. -?Mo Ran na­dal się uśmie­chał. -?Naj­pierw zadam ci kilka pytań.

Od kiedy w Zło­tym Jezio­rze zna­leźli Chan­gxiangsi, a Shi Mei nie dał rady go otwo­rzyć, Mo Rana drę­czył nie­po­kój. I cho­ciaż Shi Mei nosił wtedy ręka­wiczki i nie mógł bez­po­śred­nio dotknąć pudełka, Mo Ran wciąż nie potra­fił się wyzbyć zwią­za­nych z tym emo­cji. Zwłasz­cza że tym, który je w końcu otwo­rzył, był Chu Wan­ning.

Chu Wan­ning...

Jak to moż­liwe...

Mo Ran uznał, że Chan­gxiangsi musiało się popsuć. Ale żeby to potwier­dzić, posta­no­wił użyć Jian­guia. Nie miał naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści co do swo­ich szcze­rych inten­cji wzglę­dem Shi Meia, mar­twiło go raczej to, czy on sam cokol­wiek dla niego zna­czy. A słowa ze Zło­tego Jeziora, że Shi Mei go lubi... Cóż, mógł się po pro­stu łudzić. Shi Mei miał naprawdę ser­deczny cha­rak­ter, każ­dego i zawsze trak­to­wał bar­dzo przy­jaź­nie. Nie to co Chu Wan­ning z tą jego wieczną miną matrony, któ­rej ktoś był winien for­tunę, co sku­tecz­nie odstra­szało innych.

Niech was nie zwie­dzie nie­okrze­sany wygląd Czci­god­nego Dep­czą­cego Nie­śmier­tel­nych -?kiedy tęsk­nił za tym, któ­rego miał w sercu, potra­fił się zamar­twiać pra­wie na śmierć.

-?Na począ­tek... -?Cho­ciaż Mo Ran się dener­wo­wał, na twa­rzy na­dal miał uśmiech i uda­wał swo­bod­nego i odprę­żo­nego. Na począ­tek posta­no­wił zadać kilka pytań bez zna­cze­nia, żeby przy­go­to­wać grunt. -?Co sądzisz o Xue Mengu?

Palec zabo­lał, Shi Mei nie wytrzy­mał i odpo­wie­dział szcze­rze:

-?Panicz jest w porządku, tylko cza­sem bywa zbyt bez­po­średni, wiele osób nie może tego znieść.

-?Hmm? Ty też masz go cza­sem dość? -?Mo Ran kla­snął w dło­nie i się roze­śmiał. -?Nic dziw­nego, prze­cież jest taki okropny.

-?Mów ciszej, bo nas usły­szy... -?Shi Mei się zaczer­wie­nił.

-?Dobra, dobra. Ale zawsze się cie­szę, kiedy mówisz coś złego. -?Mo Ran wciąż się śmiał, a po chwili zadał kolejne pyta­nie. -?A co sądzisz o Shi­zu­nie?

-?Shi­zun jest w porządku, jest tylko tro­chę... -?Wyglą­dało na to, że Shi Mei naprawdę nie chciał oce­niać Chu Wan­ninga, choć skrę­po­wany przez Jian­guia, nie miał wyj­ścia, przy­gryzł wargę i powie­dział żało­śnie: - Jest tro­chę wybu­chowy...

Mo Ran par­sk­nął śmie­chem.

-?No co ty, gdzie tam "tro­chę wybu­chowy", zde­cy­do­wa­nie strasz­nie wybu­chowy. Co parę dni się zło­ści i nie umie się do tego przy­znać. Myślę, że cesar­ską kon­ku­binę łatwiej zado­wo­lić niż jego.

Sto­jący za rogiem Chu Wan­ning zanie­mó­wił. A Mo Rana coś nagle zain­te­re­so­wało.

-?Skoro wiesz, że Shi­zun ma trudny cha­rak­ter, dla­czego chcesz być jego uczniem?

-?Shi­zun jest zimny na zewnątrz, ale ma dobre serce -?odparł Shi Mei. - Nie jestem tak uta­len­to­wany jak inni, a ni­gdy nie pogar­dzał moimi ogra­ni­cze­niami. Powie­dział, że nauka jest dla wszyst­kich i skoro nie jestem dobry w walce, będzie mnie uczył sztuki lecze­nia. Dobrze mnie trak­tuje.

Gdy padły te słowa, uśmiech znik­nął z twa­rzy Mo Rana.

-?Niby kiedy cię dobrze trak­to­wał? -?spy­tał po chwili. -?Po pro­stu nauczył cię kilku zaklęć i cza­sem się tobą opie­kuje, każdy mistrz mógłby coś takiego zro­bić.

-?To nie to samo...

Mo Ran nagle stra­cił humor, wydął policzki.

-?Wręcz, prze­ciw­nie, trak­tuje cię bar­dzo źle! To wszystko ja też mógł­bym dla cie­bie zro­bić!

Shi Mei wię­cej się nie ode­zwał.

W tej nie­zręcz­nej ciszy ogień tra­wiący serce Mo Rana stop­niowo gasł. Kiedy zauwa­żył spusz­czony wzrok i mil­cze­nie Shi Meia, ogar­nęły go wyrzuty sumie­nia.

-?Prze­pra­szam.

-?Nic się nie stało -?odparł Shi Mei. -?Kilka lat temu, zanim przy­by­łeś na Szczyt Życia i Śmierci, na dro­dze dopa­dła mnie nagle ulewa - powie­dział po chwili ciszy. -?Nie byłem wtedy jesz­cze uczniem sekty. Bie­głem w desz­czu, gdy się na niego natkną­łem. Trzy­mał czer­woną para­solkę z papieru ole­jo­wego. Zoba­czył, w jakim opła­ka­nym sta­nie byłem, i pozwo­lił mi się pod nią schro­nić. Od dawna wie­dzia­łem o jego repu­ta­cji okrut­nika, gdy więc sze­dłem z nim ramię w ramię, serce waliło mi ze stra­chu.

-?A potem?

Shi Mei miał wypi­saną na twa­rzy łagod­ność.

-?A potem? Przez całą drogę nie roz­ma­wia­li­śmy.

-?Jest taki zamknięty w sobie, wła­ści­wie nie ma z nim o czym roz­ma­wiać. -?Mo Ran poki­wał głową.

-?Wła­śnie. -?Shi Mei się uśmiech­nął. -?Shi­zun nie­wiele mówi. Ale kiedy odpro­wa­dził mnie do drzwi, podzię­ko­wa­łem mu. I spo­strze­głem, że prawe ramię prze­mo­kło mu do suchej nitki. Całą drogę sze­dłem po jego lewej stro­nie, nie spa­dła na mnie ani jedna kro­pla desz­czu.

Mo Ran mil­czał.

-?Para­solka była bar­dzo mała, wystar­czyła dla jed­nej osoby, a on osło­nił mnie więk­szą czę­ścią. Póź­niej patrzy­łem, jak odcho­dzi w desz­czu. Gdy tylko wró­ci­łem do domu, napi­sa­łem list, by bła­gać go o przy­ję­cie mnie na ucznia.

-?Już nic nie mów -?prze­rwał mu Mo Ran. -?Masz zbyt dobre serce. Jeżeli będziesz mówił dalej, to jesz­cze sobie pomy­ślę, że mu współ­czu­jesz.

-?A Ran, nie uwa­żasz, że Shi­zun jest godny współ­czu­cia? -?odparł Shi Mei łagod­nie. -?Miał taką małą para­solkę, dla­tego że zawsze cho­dzi sam, nikt mu nie towa­rzy­szy. Jeśli więc cza­sem jest dla mnie zbyt surowy albo za mocno mnie skarci, nie dbam o to. Bo pamię­tam jego prze­mo­czone ramię.

Mo Ran nie odpo­wie­dział, tylko koń­cówka jego nosa lekko poczer­wie­niała. Poczuł, jak serce wypeł­nia mu smu­tek. Uczu­cie tak mgli­ste, że sam nie wie­dział, kogo wła­ści­wie doty­czyło.

-?A Ran, ja też cię o coś spy­tam.

-?Mhm, pytaj.

-?Nie­na­wi­dzisz go, prawda?

-?Ja... -?Mo Ran się zawa­hał.

-?Albo raczej: nie lubisz go? -?Łagodne zwy­kle spoj­rze­nie Shi Meia, nie wia­domo dla­czego, stało się nagle dra­pieżne.

Mo Ran nie miał jak się bro­nić, zanie­mó­wił, prze­szyty tym groź­nym wzro­kiem. Sie­dział z pochy­loną głową, nie kiwał nią ani nie krę­cił, a po dłuż­szej chwili zdo­był się na wymu­szony uśmiech.

-?Ej, czy to nie ja powi­nie­nem wypy­ty­wać cie­bie? Nie uwa­ża­łem i mnie zmy­li­łeś. I co z tym zro­bimy?

Zoba­czyw­szy, że się wykręca i nie chce odpo­wie­dzieć, bystry Shi Mei nie naci­skał, po pro­stu się uśmiech­nął.

-?Tak tylko spy­ta­łem, nie przej­muj się tym.

-?Mhm. -?Mo Ran opa­no­wał emo­cje i pod­niósł wzrok. Spoj­rzał przez kur­tynę gęstych rzęs na piękną niczym lśniący księ­życ twarz Shi Meia.

Począt­kowo zamie­rzał w trze­cim pyta­niu się dowie­dzieć, czy Shi Mei go lubi. Ale ta wymiana zdań popsuła mu nastrój.

-?Jest moim Shi­zu­nem, tylko Shi­zu­nem, nic wię­cej -?wyce­dził przez zaci­śnięte zęby. -?Nie umiem powie­dzieć, czy go lubię, czy nie.

Na te słowa rzęsy ukry­tego w cie­niu Chu Wan­ninga zadrżały lekko, jak trze­po­czące skrzy­dła ran­nego motyla.

Nawet jeśli pewne rze­czy są dla nas w głębi serca jasne jak słońce, to gdy się potwier­dzą, czu­jemy się jak uno­szące się na wodzie nitki jedwa­biu, a serce tonie w głębi. Może jesień przy­szła za wcze­śnie? Chu Wan­ninga prze­szył lodo­waty dreszcz. Nie­opo­dal Mo Ran roz­ma­wiał z Shi Meiem, a on zamknął oczy, znów się ode­zwały lek­kie mdło­ści, które doku­czały mu już od pew­nego czasu. Nagle poczuł się bar­dzo zmę­czony, odwró­cił się i chciał odejść. Nie prze­szedł nawet kilku kro­ków, kiedy jesienny wiatr przy­niósł głos Mo Rana, jakby nie­mal nie­moż­liwy do usły­sze­nia szept. Nie­świa­do­mie przy­sta­nął.

Mo Ran zada­wał Shi Meiowi trze­cie pyta­nie:

-?No dobrze, mówi­łeś o Xue Mengu, mówi­łeś o Shi­zu­nie, teraz poroz­ma­wiajmy o mnie. -?Sta­rał się jak naj­le­piej ukryć to, jak bar­dzo mu zależy. Ostroż­nie, wręcz pokor­nie spy­tał: -?Shi Mei, co sądzisz o mnie?

Ale Shi Mei zamilkł.

Tak jak Tian­wen, Jian­gui potra­fił zmu­sić do mówie­nia prawdy i gdy Shi Mei nie chciał odpo­wie­dzieć, Jian­gui bły­snął czer­wo­nym świa­tłem i zaci­snął się mocno na jego palcu.

-?Boli... -?Shi Mei zmarsz­czył brwi.

-?Pro­szę cię tylko o jedno zda­nie. -?Mo Ran nie mógł tego znieść, ta wąt­pli­wość była wyryta głę­boko w jego sercu, zarówno w tym, jak i w poprzed­nim życiu, jakby stała się jego oso­bi­stym demo­nem. -?Co o mnie sądzisz? -?nale­gał.

Shi Mei pokrę­cił głową i zamknął oczy, jakby czuł ogromny ból. Dłu­gie rzęsy wciąż drżały, na czole per­lił się pot. Na ten widok serce Mo Rana zmię­kło.

-?Wystar­czy. -?Wes­tchnął.

Już chciał odwo­łać Jian­guia, ale Shi Mei wytrzy­mał i z twa­rzą białą jak papier dla duchów powie­dział ochry­płym gło­sem:

-?Myślę, że jesteś w porządku.

Mo Ran wyba­łu­szył oczy.

A blada do tej pory twarz Shi Meia poczer­wie­niała, jakby się zde­ner­wo­wał. Spu­ścił powieki, nie śmiał spoj­rzeć na towa­rzy­sza.

Jian­gui roz­padł się na plamki czer­wo­nego świa­tła jak płatki kwia­tów, które jeden po dru­gim wró­ciły na dłoń Mo Rana. Ten pochy­lił głowę i zaśmiał się cicho. Gdy pod­niósł wzrok i spoj­rzał na Shi Meia, w kąci­kach jego oczu roz­kwi­tło deli­katne, cie­płe uczu­cie. W wil­got­nych oczach pobły­ski­wał leniwy uśmiech.

-?No dobrze, dzię­kuję ci. Ja też uwa­żam, że jesteś w porządku. Władca Zło­tego Jeziora ci to powie­dział, ale nie pamię­tasz, dla­tego chciał­bym ci to powtó­rzyć, naprawdę... dajesz się lubić.

Cho­ciaż nie powie­dział dokład­nie, o jaki rodzaj lubie­nia cho­dzi, kark Shi Meia na­dal był czer­wony, a on sam mil­czał.

Oczy Mo Rana, ciemne jak laka, wpa­try­wały się w niego uważ­nie. Jaśniały, jakby gwiazdy zato­nęły w morzu, jakby fale się­gały Drogi Mlecz­nej.

-?Chcę być dla cie­bie dobry, uczy­nić cię szczę­śli­wym.

Shi Mei nie był głupi, widząc wyraz twa­rzy Mo Rana, dosko­nale te uczu­cia odczy­ty­wał. Odru­chowo spu­ścił głowę. Serce Mo Rana drgnęło. Nie mógł się powstrzy­mać, by nie spró­bo­wać pogła­skać wło­sów na skroni Shi Meia. Nie zdą­żył nawet dobrze wycią­gnąć ręki, kiedy bły­snęło złote świa­tło i bicz z pac­nię­ciem tra­fił Mo Rana w twarz.

-?Aj! -?Mo Ran zady­go­tał z bólu i odwró­cił się zasko­czony.

Chu Wan­ning w sza­tach biel­szych niż śnieg stał z rękami zaple­cio­nymi za ple­cami obok bia­łej ściany zwień­czo­nej zie­lo­nym oka­pem i patrzył na nich zimno. Tian­wen leżał zwi­nięty na ziemi jak syczący, wysta­wia­jący język wąż. Wierz­bowe listki sze­le­ściły, od czasu do czasu krze­sząc iskry zło­tego świa­tła.

-?Shi­zu­nie... -?zdzi­wił się Shi Mei.

-?Shi­zu­nie. -?Mo Ran trzy­mał się za twarz.

Co z tego, że był znie­na­wi­dzony? Nie­lu­biany?

Może ktoś inny pła­kałby rzew­nie, ale Chu Wan­ning... miałby pła­kać? Absurd. Oczy­wi­ście, że musiał temu idio­cie zafun­do­wać porządne lanie.

Pod­szedł wolno z ponurą miną.

-?Nie ćwi­czy­cie, tylko mar­nu­je­cie czas na poga­duszki? -?ode­zwał się lodo­wato. -?Mo Weiyu, sądzisz, że jesteś taki wspa­niały, bo dosta­łeś ostat­nią boską broń? Jesteś taki nie­po­ko­nany, nikt nie może się z tobą mie­rzyć? Coś dużo w tobie bez­tro­ski.

-?Shi­zu­nie, ja chcia­łem tylko... -?Mo Ran zamilkł pod zło­wro­gim spoj­rze­niem Chu Wan­ninga.

-?Shi Min­gjing, pój­dziesz się zmie­rzyć ze mną. Mo Weiyu... -?Zawa­hał się, po czym dokoń­czył z pogardą: -?Idź poćwi­czyć, bo jeśli przyj­dzie twoja kolej i nie wytrzy­masz nawet dzie­się­ciu ruchów, to w ramach kary prze­pi­szesz trzy­sta razy Sutrę czy­stego serca. Wynoś się.

Dzie­sięć ruchów?

Mo Ran pomy­ślał, że naj­le­piej, gdyby od razu siadł do prze­pi­sy­wa­nia.

Rozdział 51. Shizun Tego Czcigodnego... Pff... Ha, ha, ha, ha!

Roz­dział 51

Shi­zun Tego Czci­god­nego... Pff... Ha, ha, ha, ha!

Przez kolejne trzy dni Chu Wan­ning wciąż miał nie­tęgą minę i był bar­dzo roz­draż­niony. Nosił na twa­rzy pogardę i dokąd­kol­wiek by się udał, podą­żał za nim cień. Na jego widok ucznio­wie pierz­chali niczym gołę­bie. Nawet Xue Zhen­gy­ong wyczu­wał ota­cza­jącą go mor­der­czą aurę i nie śmiał za dużo do niego zaga­dy­wać.

Chu Wan­ning za nic nie chciał przy­znać, że żywi jakieś nie­wła­ściwe uczu­cia do Mo Rana, ale gdy ujrzał ten intymny moment mię­dzy swo­imi uczniami, usły­szał roz­mowę toczoną przy mane­ki­nach ćwi­czeb­nych, nie mógł powstrzy­mać zale­wa­ją­cego go gniewu i kłu­ją­cego w sercu bólu.

Czuł obrzy­dze­nie.

Nie tylko innymi, lecz także sobą.

On i Mo Weiyu byli jedy­nie nauczy­cie­lem i uczniem. Do kogo­kol­wiek Mo Ran chciał się kleić, z kim­kol­wiek chciał się wda­wać w rela­cję, co to miało wspól­nego z tobą, Chu Wan­ningu? Dla­czego chciał­byś chło­stać kogoś wierz­bową witką tylko dla­tego, że coś ci się nie podo­bało? Co ci do tego, kogo inni lubili, przy kim chcieli być? Co ci to prze­szka­dzało? Chu Wan­ningu, jakim cudem twoje serce jest mniej­sze niż główka od szpilki?!

Dobrze... Nawet jeśli żywił wobec Mo Rana te pra­gnie­nia, do któ­rych nie chciał się przy­znać, to co? Zawsze chlu­bił się swoją zdol­no­ścią do samo­kon­troli i dumą, wystar­cza­ją­cymi, by utrzy­mać jego serce w ryzach, by wraz z upły­wem czasu zdu­sić źró­dło tego pra­gnie­nia.

Nikt poza nim nie mógł wie­dzieć o tym skry­tym uczu­ciu.

Nie zosta­nie nic oprócz upusz­czo­nego przez Mistrzy­nię Cere­mo­nii atła­so­wego woreczka z wyha­fto­waną albi­cją, w któ­rym spla­tały się włosy jego i Mo Rana.

Mo Ran nie mógł się dowie­dzieć o jego uczu­ciach, tak jak ni­gdy się nie dowie, że tym, który na dnie Zło­tego Jeziora zno­sił ból, by go ura­to­wać, nie był Shi Mei, a wła­śnie on, Chu Wan­ning, który zamie­nił się z tam­tym duszami.

Ale to, co czuł teraz, czym to wła­ści­wie było? Czy to... Zazdrość?

Ta myśl nie­mal go zadła­wiła.

Przez kolejne mie­siące z całych sił sta­rał się uni­kać kon­taktu z Mo Ranem i poza wska­zów­kami pod­czas codzien­nych ćwi­czeń pra­wie nie mieli ze sobą do czy­nie­nia.

Rok zaczął się chy­lić ku koń­cowi. Pew­nego dnia Chu Wan­ning wra­cał z pod­nóża góry, gdzie egzor­cy­zmo­wał demony. Kiedy dotarł do bramy, roz­pę­tała się zamieć. Ulotny srebrny całun w oka­mgnie­niu spo­wił Szczyt Życia i Śmierci. Wraż­liwy na zimno Chu Wan­ning owi­nął się cia­śniej sza­tami i wiel­kimi kro­kami skie­ro­wał się do Sali Wier­nego Serca.

Wewnątrz pło­nęło pale­ni­sko, ogień trza­skał w mie­dzia­nej misie.

Chu Wan­ning przy­szedł tu, żeby zdać raport Xue Zhen­gy­on­gowi, ale Wiel­kiego Mistrza nie zastał. Zamiast niego wpadł na Mo Rana.

W sali nie było nikogo poza nimi. Pierw­szy raz od paru mie­sięcy Chu Wan­ning prze­by­wał z Mo Ranem sam na sam. Czuł się nie­zręcz­nie. Co wię­cej, pamię­tał, że ten absur­dalny sen roz­gry­wał się wła­śnie tutaj. A jeśli o sam sen cho­dziło, to Chu Wan­ning śnił go jesz­cze wie­lo­krot­nie. Każda scena była wyraźna i suge­stywna, na początku się z tym zma­gał, ale szybko się przy­zwy­czaił. Pozwa­lał Mo Ranowi ze snu mówić te wszyst­kie sza­lone bzdury, a sam spo­koj­nie liczył mu rzęsy, jedna, dwie, trzy... Sen zawsze się ury­wał w klu­czo­wym momen­cie. Po kilku takich razach Chu Wan­ning uznał, że to on, z powodu swo­jego szla­chet­nego cha­rak­teru, nie był zdolny fan­ta­zjo­wać o tak brud­nych spra­wach. W ten spo­sób Star­szy Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy, który w grun­cie rze­czy posia­dał kru­che jak szkło dzie­wi­cze serce, mógł oca­lić resztki god­no­ści.

Ale widząc jed­no­cze­śnie Salę Wier­nego Serca i Mo Rana, Chu Wan­ning zwę­szył nie­bez­pie­czeń­stwo.

Chło­pak zda­wał się tego nie zauwa­żać. Spoj­rzał na niego, uniósł brwi i roz­cią­gnął usta w uśmie­chu.

-?Shi­zu­nie, wró­ci­łeś.

-?Mhm...

-?Szu­kasz wuja? Poszedł do cioci, źle się poczuła, więc sie­dzi przy niej. Jeśli masz do niego jakąś sprawę, prze­każę mu.

-?Nie trzeba -?powie­dział cicho Chu Wan­ning i zaci­snął usta. Odwró­cił się i chciał odejść, gdy powstrzy­mał go głos Mo Rana.

-?Shi­zu­nie, zacze­kaj.

-?Co... -?To mówiąc, odwró­cił się, a wycią­gnięta ku niemu dłoń Mo Rana nie­spo­dzie­wa­nie musnęła jego brwi.

Mo Ran otrze­pał jego szaty, po czym powie­dział cał­ko­wi­cie natu­ral­nie:

-?Spójrz na sie­bie, jesteś cały w śniegu.

Chu Wan­ning zamarł.

Słu­chał papla­nia Mo Rana i patrzył, jak ten otrze­puje go ze śniegu i wyj­muje chustkę, by wysu­szyć jego prze­mo­czone włosy. Chu Wan­ning bał się zimna, nie mógł prze­mar­z­nąć, bo łatwo się prze­zię­biał. Ni­gdy nie potra­fił o sie­bie zadbać. W poprzed­nim życiu Mo Rana, gdy Chu Wan­ning pozo­sta­wał w aresz­cie domo­wym, lubił sia­dy­wać na dzie­dzińcu i patrzeć na plu­ska­jące się w sadzawce kolo­rowe kar­pie. Nawet nie zauwa­żał, kiedy zaczy­nał padać śnieg. Szybko się więc prze­zię­biał i dosta­wał gorączki. Po tym, jak jego rdzeń duchowy został znisz­czony, Shi­zun słabł coraz bar­dziej, cho­roba przy­ku­wała go do łóżka na pół mie­siąca, nie poma­gało nawet przyj­mo­wa­nie jed­nego lekar­stwa za dru­gim.

Kiedy więc Mo Ran zoba­czył płatki śniegu, które spa­dły na brwi i ramiona Chu Wan­ninga, poczuł, że on sam w tej chwili top­nieje i zama­rza. Odru­chowo zaczął go otrze­py­wać. Już do połowy osu­szył jego włosy, gdy nagle do niego dotarło, że taki gest jest zbyt intymny. Pod­niósł gwał­tow­nie wzrok i napo­tkał nie­zgłę­bione spoj­rze­nie oczu feniksa.

Chu Wan­ning się w niego wpa­try­wał.

Zawsty­dzony Mo Ran cof­nął dłoń.

-?Ach, tro­chę prze­sa­dzi­łem, niech Shi­zun sam się otrze­pie.

Jego zakło­po­ta­nie spra­wiło, że Chu Wan­ning się roz­luź­nił.

W końcu sen to tylko sen.

Jego uczeń był taki jak zwy­kle, zupeł­nie inny od tego Mo Weiyu ze snu, który sam sie­bie nazy­wał "Tym Czci­god­nym".

Chu Wan­ning mil­czał przez chwilę, po czym wziął od Mo Rana chustkę, zdjął kap­tur i pod­szedł do pale­ni­ska, by ogrzać dło­nie. Wytarł top­nie­jący śnieg z wło­sów.

-?Kiedy zda­łeś sobie sprawę, że prze­kro­czy­łeś gra­nicę? -?Ogień oświe­tlał jego twarz, gdy spo­glą­dał na Mo Rana z ukosa. -?Czy po pro­stu zawsze zacho­wu­jesz się tak skan­da­licz­nie?

Przez chwilę pano­wała cisza. Chu Wan­ning skoń­czył wycie­rać włosy i nie­spiesz­nie oddał chustkę. Rzu­cił Mo Ranowi kolejne ponure spoj­rze­nie.

-?A tak w ogóle, co ty tu robisz?

-?Czyż to nie koniec roku? -?spy­tał pośpiesz­nie Mo Ran. -?Trzeba upo­rząd­ko­wać doku­menty z całego roku, przy­sze­dłem pomóc...

-?Wiem, że trzeba upo­rząd­ko­wać doku­menty z całego roku -?prze­rwał mu Chu Wan­ning. -?Ale czy to nie obo­wią­zek Shi Min­gjinga? Dla­czego ty się tym zaj­mu­jesz?

-?Shi­zun ma bar­dzo dobrą pamięć...

-?Co z nim? -?Chu Wan­ninga nie poru­szyło pochleb­stwo.

-?Dziś rano mówił, że boli go głowa, ma gorączkę i nocne poty. -?Kiedy Mo Ran dostrzegł spoj­rze­nie Chu Wan­ninga, dodał: -?Prze­pra­szam, Shi­zu­nie. To ja go zachę­ci­łem, żeby został w łóżku. Nie wiń go za przy­pad­kowe leni­stwo.

Ta opie­kuń­czość dźgnęła jak ostra igła, aż ukłuty nią Chu Wan­ning zmarsz­czył czoło.

-?Jak się czuje? -?spy­tał, gdy już się uspo­koił.

Usły­szaw­szy, że Shi­zun go nie obwi­nia, Mo Ran ode­tchnął z ulgą.

-?Kiedy wycho­dzi­łem, poda­łem mu leki. Cze­ka­łem, aż zaśnie, dopiero wtedy odsze­dłem. Zwy­kłe prze­zię­bie­nie, przej­dzie mu za dwa, trzy dni. Dzię­kuję za twoją tro­skę, Shi­zu­nie.

-?Jaką znowu tro­skę, tylko spy­ta­łem.

Mo Ran mil­czał, więc Chu Wan­ning rzu­cił na odchodne:

-?Idę. Porząd­kuj sumien­nie.

Na Szczy­cie Życia i Śmierci uczniom surowo zaka­zano wymie­nia­nia się obo­wiąz­kami, Mo Ran spo­dzie­wał się więc kary, a nie tego, że Chu Wan­ning tak łatwo mu odpu­ści. Zamarł na chwilę. Ock­nął się gwał­tow­nie, kiedy Shi­zun był już daleko.

Samotna postać szła wśród bia­łej zawie­ru­chy. Mo Ran chwy­cił opartą o drzwi para­solkę i wybiegł, nie zwa­ża­jąc na śnieg.

-?Shi­zu­nie! Shi­zu­nie, pocze­kaj!

Chu Wan­ning się odwró­cił, a Mo Ran zatrzy­mał się przed nim. Strzep­nął śnieg z para­solki i otwo­rzył ją dokład­nie nad nimi dwoma.

-?Śnieg mocno pada, weź para­solkę.

-?Nie trzeba. -?Chu Wan­ning zmro­ził go wzro­kiem.

Mo Ran wetknął mu para­sol w rękę.

Chu Wan­ning czuł się już zmę­czony, odmó­wił zde­cy­do­wa­nie. Pod­czas sza­mo­ta­niny para­sol wypadł im z rąk w zawie­ru­chę, a wiatr natych­miast poniósł go kil­ka­dzie­siąt kro­ków dalej.

Chu Wan­ning wpa­try­wał się w tę maja­czącą nie­wy­raź­nie para­solkę porzu­coną w śniegu. Patrzył tak przez chwilę. Taka drob­nostka. Chciał pozo­stać taki jak zwy­kle, obo­jętny i odle­gły, ale nagle nie mógł zro­bić nawet kroku.

Tak jak pło­mień świecy w końcu zga­śnie, jak sta­ro­żytna stud­nia kie­dyś wyschnie, tak naj­bar­dziej powścią­gliwy czło­wiek wresz­cie się roz­sy­pie.

Chu Wan­ning odwró­cił się i strzep­nął rękawy.

-?Mo Weiyu, możesz prze­stać mnie pro­wo­ko­wać? -?spy­tał gniew­nie. -?Nie jestem Shi Min­gjin­giem, nie potrze­buję niczy­jej opieki!

W jego dłoni roz­bły­sło złote świa­tło. Mo Ran odru­chowo się cof­nął, spo­dzie­wał się, że tam­ten zamach­nie się na niego Tian­we­nem, ale z dłoni Chu Wan­ninga wystrze­liła złota struga, która ufor­mo­wała wokół jego ciała olśnie­wa­jącą barierę, odgra­dza­jąc go od śniegu i wia­tru.

Bariera chro­niąca przed śnie­giem i desz­czem...

Brwi Chu Wan­ninga były ścią­gnięte, a wyraz twa­rzy chłodny.

-?Uwa­żasz, że potrzebna mi para­solka?

Zda­wało się, że jest naprawdę roz­gnie­wany. Jego palce się poru­szyły, a bariera zmie­niła się ze zło­tej w czer­woną, potem w pur­pu­rową, nie­bie­ską, wresz­cie zie­loną. Wraz z kolo­rem zmie­niały się też efekty bariery - cza­sem po pro­stu poma­gała unik­nąć śniegu, cza­sem chro­niła przed lodo­wa­tym wia­trem, cza­sem nawet zmie­niała zimno śniegu w cie­pło wewnątrz bariery. To aż prze­sad­nie potężny manewr i Chu Wan­ning na co dzień nie pozwa­lał sobie na mar­no­tra­wie­nie ener­gii ducho­wej tylko po to, żeby się schro­nić przed śnie­giem. Ten zło­śliwy popis był tak dzie­cinny, że Mo Ran przez chwilę nie wie­dział, co powie­dzieć.

-?Shi­zu­nie, nie złość się...

-?Niby jak się złosz­czę? -?Chu Wan­ning tak się wście­kał, że pozie­le­niał na twa­rzy. -?Nie chcesz mnie zosta­wić w spo­koju!

-?Dobrze, dobrze, zosta­wiam, zosta­wiam. -?Mo Ran zer­k­nął na barierę nad głową Shi­zuna. -?Ale nie powi­nie­neś w taki spo­sób wydat­ko­wać ener­gii ducho­wej...

-?Wyno­cha! -?Chu Wan­ning mach­nął ręką, a bariera nagle sku­piła się w pio­run, który ude­rzył tuż przed oczami jego ucznia.

Mo Ran zamarł, pra­wie że tra­fiony bły­ska­wicą. Rzadko zda­rzało mu się oka­zy­wać komuś tro­skę i kiedy już to zro­bił, spo­tkał się z taką reak­cją. Poczuł fru­stra­cję, chciał coś powie­dzieć, ale gdy pod­niósł wzrok, zoba­czył Chu Wan­ninga, który stał w śniegu z bladą twa­rzą i prze­krwio­nymi oczami.

-?Ty... -?wyszep­tał oszo­ło­miony Mo Ran.

-?Jesteś dla mnie tylko uczniem, dla­czego miał­bym się tobą przej­mo­wać? Zrób coś dla mnie, zabie­raj tę swoją para­solkę i wynoś się.

Nagle Mo Ran coś zro­zu­miał.

-?Shi­zu­nie, tam­tego dnia na are­nie walk, kiedy roz­ma­wia­łem z Shi Meiem, ty...

...sły­sza­łeś.

Chu Wan­ning się nie ode­zwał, odwró­cił się tylko i odszedł. Tym razem Mo Ran już go nie wołał.

Prze­szedł połowę drogi, gdy wyrwało mu się kich­nię­cie. Zatrzy­mał się, po czym w mil­cze­niu ruszył jesz­cze szyb­ciej, jakby się gnie­wał, ale też jakby ucie­kał. A Mo Ran stał w sza­le­ją­cej śnie­życy, patrząc w oszo­ło­mie­niu na plecy odda­la­ją­cego się Shi­zuna, aż ten zupeł­nie znik­nął. I nie wie­dział, co tam­ten miał na myśli.

Led­wie Chu Wan­ning wró­cił do Pawi­lonu Czer­wo­nego Lotosu, poczuł, że jest chory. Cho­ciaż mógł uży­wać bariery do ochrony przed desz­czem i śnie­giem, to zawsze nie­chęt­nie ucie­kał się do takich dzia­łań, a jeśli cho­dziło o niego samego, tym bar­dziej nie zamie­rzał mar­no­wać ducho­wej ener­gii. Ina­czej w desz­czowe dni nie nosiłby ze sobą para­solki jak zwy­kły czło­wiek. Kich­nął kilka razy, a po chwili nade­szły ból głowy i gorączka. Ale cho­ro­wał już tyle razy, że stał się w tej dzie­dzi­nie eks­per­tem, prze­zię­bie­nie od dawna go nie zaska­ki­wało. Wziął więc leki, umył się, prze­brał, wszedł pod koł­drę i od razu usnął.

Być może z powodu cho­roby mdło­ści, które odczu­wał od czasu, gdy został ranny w Zło­tym Jezio­rze, tego wie­czora stały się wyjąt­kowo wyraźne. Spał całą noc nie­spo­koj­nym snem, zlany zim­nym potem, cho­ciaż ciało miał roz­pa­lone jak pale­ni­sko.

Obu­dził się następ­nego dnia w połu­dnie. Otu­ma­niony otwo­rzył oczy. Przez chwilę wciąż oszo­ło­miony leżał w łóżku, ale w końcu powoli wstał i pochy­lił się, by wło­żyć buty.

Osłu­piał.

Jego buty przez noc stały się dużo więk­sze... Przyj­rzał się uważ­nie.

Zwy­kle tak bar­dzo opa­no­wany Star­szy Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy nie mógł powstrzy­mać szoku. To nie buty się powięk­szyły. Chu Wan­ning popa­trzył na swoje dło­nie, nogi i gołe stopy, i ramiona, które wyśli­zgnęły się z szat.

Czy on... się skur­czył?

Rozdział 52. Wygląda na to, że Ten Czcigodny się nie pojawi

Roz­dział 52

Wygląda na to, że Ten Czci­godny się nie pojawi

Na Pół­noc­nym Szczy­cie Xue Zhen­gy­ong ćwi­czył sztukę mie­cza. Gdy z nieba spły­nął kwiat jabłoni, mistrz się zdzi­wił, otarł chu­stą pot, wziął kwiat i wymam­ro­tał do sie­bie:

-?Naj­ja­śniej­sza Gwiazda wysłał wia­do­mość? Nie mógł sam przyjść, skoro ma sprawę? Kiedy on się zro­bił tak leniwy? -?Mimo tych słów Xue Zhen­gy­ong wycią­gnął złoty pro­mień z prę­cika kwiatu i umie­ścił sobie w uchu.

Ze środka roz­legł się nie­znany mu dzie­cięcy głos:

-?Wielki Mistrzu, kiedy będziesz miał chwilę, przyjdź jak naj­szyb­ciej do Pawi­lonu Czer­wo­nego Lotosu.

Xue Zhen­gy­ong z początku nie wie­rzył wła­snym uszom, ale gdy wylą­do­wał przed rezy­den­cją Chu Wan­ninga, zgłu­piał cał­ko­wi­cie.

W alta­nie nad sta­wem z rękoma sple­cio­nymi za ple­cami stał chło­piec mniej wię­cej pię­cio-, sze­ścio­letni. Wpa­try­wał się ponuro w strze­la­jące ku niebu liście lotosu. Twarz miał jasną jak śnieg, a oczy niczym głę­boki lód. Miał na sobie szaty Chu Wan­ninga, za duże na niego, sze­ro­kie rękawy i dolna kra­wędź spły­wały na zie­mię. Wyglą­dał jak ryba z wiel­kim, roz­ło­ży­stym ogo­nem.

Chło­piec się odwró­cił, na jego twa­rzy wid­niało wyraźne: "Tylko spró­buj się zaśmiać, a umrę na two­ich oczach, cha­mie".

-?Pff... Ha, ha, ha, ha! -?Xue Zhen­gy­ong roze­śmiał się mimo ostrze­że­nia.

-?Z czego się śmie­jesz?! Co w tym śmiesz­nego? -?wark­nął gniew­nie chło­piec.

-?Nie mogę się nie śmiać... Ha, ha, ha, no nie mogę, mówi­łem ci prze­cież, żebyś poszedł do Star­szego Pierw­szej Gwiazdy, by obej­rzał twoje rany, a ty nie posłu­cha­łeś. Ha, ha, ha, umrę ze śmie­chu. -?Xue Zhen­gy­ong zła­pał się za brzuch. -?Ni­gdy nie widzia­łem tak sro­giego dzie­ciaka, ha, ha, ha.

Dziec­kiem tym był bowiem nie kto inny, a sam Chu Wan­ning, który po prze­bu­dze­niu zauwa­żył, że jego ciało się skur­czyło. Wierz­bowe witki, które w Zło­tym Jezio­rze prze­szyły jego ramiona i plecy, musiały nieść klą­twę zdolną nadać komuś wygląd kil­ku­let­niego dziecka. Na szczę­ście nie miała wpływu na jego moce, choć Chu Wan­ning i tak czuł, że wolałby umrzeć.

Xue Zhen­gy­ong, wciąż się śmie­jąc, poszedł poszu­kać dla niego jakichś ubrań.

Gdy Chu Wan­ning prze­brał się w szaty dla młod­szych uczniów, nie wyglą­dał już aż tak komicz­nie. Popra­wił nie­bie­skie kar­wa­sze ze srebr­nym wykoń­cze­niem, pod­niósł wzrok i łyp­nął na Xue Zhen­gy­onga.

-?Tylko spró­buj coś powie­dzieć. Zabiję -?zapo­wie­dział zło­wiesz­czo.

-?Nic nie mówię, nic nie mówię. -?Xue Zhen­gy­ong się zaśmiał. -?Ale co my z tobą zro­bimy? Nie znam się na sztuce lecze­nia. Może poszu­kam kogoś, kto cię obej­rzy? Może popro­szę Star­szego Pierw­szej Gwiazdy...

Chu Wan­ning mach­nął gniew­nie ręka­wem. Nie­stety, szaty młod­szych uczniów miały rękawy wąskie i przy­le­ga­jące, więc ten gest nie wypadł szcze­gól­nie impo­nu­jąco. Co go jesz­cze bar­dziej zde­ner­wo­wało.

-?Żeby co? Pośmiał się ze mnie?

-?To może niech moja mał­żonka rzuci na cie­bie okiem?

Chu Wan­ning zaci­snął usta i nie odpo­wie­dział. Wyglą­dał wręcz żało­śnie.

-?Nic nie mówisz, więc się zga­dzasz? -?dodał szybko Xue Zhen­gy­ong.

Chło­piec odwró­cił się tyłem do niego. Wielki Mistrz wie­dział, że jest przy­gnę­biony, ale ta scena była tak zabawna, że nie wytrzy­mał i po krót­kiej chwili znów par­sk­nął gło­śnym śmie­chem.

Tian­wen poja­wił się ze świ­stem. Chu Wan­ning spoj­rzał krzywo i powie­dział surowo:

-?Jesz­cze raz się zaśmiej!

-?Nie śmieję się, nie śmieję się. Pójdę po żonę, ha, ha, ha.

Xue Zhen­gy­ong ruszył bie­giem. Nie minęło wiele czasu, a wró­cił ze zde­ner­wo­waną panią Wang. Ta zaś onie­miała na widok Chu Wan­ninga.

-?Star­szy Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy... -?wydu­siła z nie­do­wie­rza­niem.

Ten mil­czał.

Na szczę­ście w odróż­nie­niu od męża pani Wang miała współ­czu­jące, godne medyczki serce. Nie wyśmiała Chu Wan­ninga, tylko dokład­nie go zba­dała.

-?Prze­pływ mocy jest sta­bilny, stan fizyczny też bez żad­nych odchy­leń - powie­działa łagod­nie. -?Wygląda na to, że poza zamianą w dziecko wszystko inne pozo­stało bez zmian.

-?Pani Wang wie, jak to prze­ła­mać? -?spy­tał Chu Wan­ning.

-?Twoje rany zadała witka sta­ro­żyt­nej wierzby. -?Pani Wang pokrę­ciła głową. -?Oba­wiam się, że na świe­cie nie ma dru­giego takiego przy­padku. Dla­tego też nie wiem, co z tym zro­bić.

Chu Wan­ning opu­ścił kur­tynę rzęs, przez dłuż­szą chwilę się nie odzy­wał. Wyraź­nie był w szoku.

Pani Wang nie mogła tego znieść.

-?Star­szy Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy, widzę to tak: zmie­ni­łeś się, bo w twoje rany wnik­nęły soki z wierz­bo­wej witki, które mają dzia­ła­nie samo­lecz­ni­cze, to żadna klą­twa -?powie­działa pośpiesz­nie. -?W prze­ciw­nym wypadku nie zadzia­ła­łoby dopiero teraz. Sądzę, że soków było tylko tro­szeczkę. Ostat­nio jesteś bar­dzo zapra­co­wany i zestre­so­wany, dla­tego zaklę­cie zdo­łało opa­no­wać twoje ciało. Może przez kilka dni spo­koj­nie odpocz­niesz, a potem zoba­czymy, co dalej?

Chu Wan­ning mil­czał przez chwilę, po czym wes­tchnął.

-?Tylko to można zro­bić. Dzię­kuję bar­dzo, pani.

-?Nie ma za co. -?Pani Wang znów dokład­nie się mu przyj­rzała. -?Star­szy, jeśli nie będziesz nic mówił, to nikt cię nie roz­po­zna.

Miała rację. Co prawda Chu Wan­ning nie pamię­tał, jak wyglą­dał w dzie­ciń­stwie, ale gdy spoj­rzał teraz w swoje odbi­cie w tafli wody, poza pew­nymi rysami twa­rzy nie zauwa­żył spe­cjal­nych podo­bieństw do doro­słego sie­bie. Tro­chę mu ulżyło. Pod­niósł głowę i zwró­cił się do Zhen­gy­onga:

-?Wielki Mistrzu, zaszyję się na kilka dni w Pawi­lo­nie Czer­wo­nego Lotosu, powie­rzam Xue Menga i pozo­sta­łych two­jej opiece.

-?Ależ o czym ty mówisz, A Meng jest moim synem, A Ran bra­tan­kiem, a Shi Mei uczniem Szczytu Życia i Śmierci, oczy­wi­ście, że się nimi zaopie­kuję. -?Xue Zhen­gy­ong się uśmiech­nął. -?Ty porząd­nie zaj­mij się sobą.

Chu Wan­ning przez trzy dni bez prze­rwy odda­wał się prak­tyce ducho­wej, ale jego ciało nie powró­ciło do doro­słej formy. To go jesz­cze bar­dziej zmar­twiło, przez co daleki był od "spo­koj­nego odpo­czy­wa­nia", które zale­cała pani Wang. O zmierz­chu trze­ciego dnia wresz­cie nie wytrzy­mał fru­stra­cji, jaką nio­sła bez­owocna prak­tyka, i pośpiesz­nie ruszył na Połu­dniowy Szczyt, by się przejść i roz­luź­nić.

Minęła już pora kola­cji, a wie­czorne ćwi­cze­nia jesz­cze się nie zaczęły. W cichych doli­nach, na mostach i w pawi­lo­nach Szczytu Życia i Śmierci gro­ma­dziły się grupy uczniów, nikt więc nie zwró­cił na niego uwagi. Chu Wan­ning prze­cha­dzał się chwilę, po czym skie­ro­wał się do bam­bu­so­wego gaju nie­da­leko Tarasu Dobra i Zła.

Każdy Star­szy zaj­mo­wał swoje pole tre­nin­gowe i na co dzień tam wła­śnie pro­wa­dził swo­ich uczniów. Chu Wan­ning zwykł cho­dzić do tego wła­śnie bam­bu­so­wego gaju. Liście sze­le­ściły wśród cieni bam­bu­sów. Chu Wan­ning zerwał jeden, przy­ło­żył do ust i dmuch­nął. Łagodna melo­dia go uspo­ko­iła. Nie minęło wiele czasu, a dobiegł go zbli­ża­jący się odgłos kro­ków. Który zatrzy­mał się nie­da­leko niego.

-?Hej, dzie­ciaku.

Chu Wan­ning wyba­łu­szył oczy.

Xue Meng, dłu­go­nogi i smu­kły, stał dum­nie na tle buj­nego lasu, w ręce trzy­mał błysz­czącą zim­nym bla­skiem sza­blę Long­cheng i patrzył pro­sto na niego.

-?Będę tutaj ćwi­czył fech­tu­nek. Idź sobie grać gdzie indziej.

Chu Wan­ning lekko uniósł brwi. Dziwne uczu­cie. Xue Meng zacho­wy­wał się wobec niego wład­czo.

-?Ja gram swoje, ty ćwi­czysz swoje, nie będziemy sobie prze­szka­dzać - powie­dział Chu Wan­ning po namy­śle.

-?Niby jak? Idź sobie, idź, mogę cię zra­nić ostrzem.

-?Nie zdo­łasz mnie zra­nić.

Xue Meng tra­cił cier­pli­wość.

-?Może powi­nie­nem ci coś uświa­do­mić -?par­sk­nął. -?Jeśli zro­bię ci krzywdę, nie będę się tobą zaj­mo­wać. -?To powie­dziaw­szy, dobył ostrza.

Long­cheng wydał z sie­bie potężny dźwięk, jak wąż, który wyrwał się z głę­bo­kiej otchłani, prze­bił przez chmury, rykiem prze­ciął niebo.

W jed­nej chwili zie­mię pokryły cętki świa­tła i cie­nia, ostrze zata­czało tęczowe łuki. Xue Meng tań­czył z Long­chen­giem wśród wiru­ją­cych liści niczym roz­myty cień. Pod jed­nym cio­sem liść zamie­nił się w dzie­sięć strzęp­ków, pod ude­rze­niem bam­bus stał na­dal wypro­sto­wany, ale liście opa­dły jeden za dru­gim. Jeden punkt, jedno dźgnię­cie, jeden atak, jedno pchnię­cie, wszystko to jak pędzący wiatr i wiru­jący śnieg, wszystko na jed­nym odde­chu. Na widok tej impo­nu­ją­cej sztuki szer­mier­czej nawet pięć­dzie­się­cio­letni kul­ty­wa­tor zacmo­kałby z zachwy­tem, a co dopiero pię­cio­let­nie dziecko. Ale kiedy Xue Meng skoń­czył swój taniec w dzie­się­ciu sty­lach, sie­dzący na kamie­niu chło­piec na­dal zaj­mo­wał się sobą, grał na liściu, jakby nie działo się nic cie­kaw­szego, nic god­nego zain­te­re­so­wa­nia. Xue Meng tro­chę się zde­ner­wo­wał, scho­wał sza­blę, zesko­czył ze szczy­tów bam­busów i wylą­do­wał lekko przed Chu Wan­nin­giem.

-?Chłop­cze.

Chu Wan­ning mil­czał.

-?Hej, dzie­ciaku, ode­zwij się.

Chu Wan­ning odło­żył liść, powoli otwo­rzył oczy i spoj­rzał na niego z twa­rzą bez wyrazu.

-?Co? Twój mistrz cię nie nauczył, że w roz­mo­wie z ludźmi trzeba być grzecz­nym? A nie "hej, ty" to, "hej, ty" tamto? Mam imię.

-?A co mnie obcho­dzi twoje imię? -?Począt­kowo Xue Meng chciał poroz­ma­wiać z nim po dobroci, ale tam­ten co się ode­zwał, to mówił coś zło­śli­wego, Xue Meng szybko więc stra­cił dobry nastrój. -?Zni­kaj stąd, prze­cież widzisz, że klingi nie mają oczu. Uwa­żaj, bo jed­nym cio­sem zetnę ci głowę.

-?Jeśli nie potra­fisz omi­nąć mojej głowy, to po co w ogóle ćwi­czysz? - odpo­wie­dział nie­śpiesz­nie Chu Wan­ning.

-?Ty! -?Xue Men­gowi ni­gdy nikt tak nie pysko­wał, a zwłasz­cza jakiś począt­ku­jący uczeń, który nie dosta­wał mu nawet do uda. Natych­miast poczuł zarówno wstyd, jak i gniew. -?Roz­ma­wiasz ze mną bez żad­nego sza­cunku dla star­szych. Wiesz, kim jestem? -?spy­tał wście­kły.

-?A kim jesteś? -?Chu Wan­ning spoj­rzał na niego obo­jęt­nie.

-?Pani­czem ze Szczytu Życia i Śmierci. -?Xue Meng pra­wie się zapo­wie­trzył. -?Nawet tego nie wiesz?

Chu Wan­ning uśmiech­nął się lekko. To był ewi­dent­nie kpiący uśmie­szek, a dzie­cięcy urok tylko doda­wał mu drwiny.

-?Tylko pani­czem, żaden z cie­bie Wielki Mistrz. Dla­czego miał­bym cię znać?

-?Co... co powie­dzia­łeś?

-?Daj sobie spo­kój i zaj­mij się ćwi­cze­niami. -?Chu Wan­ning znów opu­ścił wzrok i wró­cił do gra­nia na liściu. Nie­śpieszna melo­dia popły­nęła jak nie­siony wia­trem puch bawełny, wiru­jąc i falu­jąc.

Osza­lały z wście­kło­ści Xue Meng krzyk­nął gło­śno. Wdał się w kłót­nię z dzie­cia­kiem. Ale jak­kol­wiek by się nie gnie­wał, nie miał zamiaru go bić. Nie miał innego wyj­ścia, sko­czył na szczyty bam­bu­sów, ciął i rąbał, w jed­nej chwili ścięte drzewa padły. Odpra­wiał bru­talny i okrutny taniec z sza­blą w rytm tej spo­koj­nej muzyki. Ostrze było szyb­kie i dra­pieżne, w jego bla­sku z czub­ków dzie­sią­tek szma­rag­do­wych łodyg zostały tylko tępe kołki. Wpraw­dzie do zaata­ko­wa­nia wroga potrze­bo­wałby ostrych jak igły drzazg, które mogłyby roz­sz­cze­pić włos na dwoje, lecz do zdy­scy­pli­no­wa­nia młod­szego ucznia z sekty wystar­czyły. Kil­ka­set tępych koł­ków spa­dło na Chu Wan­ninga. Xue Meng się przy­go­to­wał, by w chwili, gdy już mia­łyby go dosię­gnąć, pośpiesz­nie zesko­czyć i szybko usu­nąć spod nich tego nic nie­ro­zu­mie­ją­cego uczniaka. Tak naprawdę nie chciał skrzyw­dzić chłopca, a jedy­nie go nastra­szyć. Nagle, led­wie wylą­do­wał, dzie­ciak prze­stał grać, a cienki liść w jego pal­cach roz­padł się na sto cien­kich nitek, które w mgnie­niu oka ude­rzyły pre­cy­zyj­nie w spa­da­jące kołki. Wiatr jakby zamarł.

Chu Wan­ning wstał, w tej samej chwili ota­cza­jące go sto koł­ków obró­ciło się w proch. A ten roz­wiał się na wie­trze.

Xue Meng onie­miał. Stał osłu­piały, a na jego twa­rzy zie­leń mie­szała się z czer­wie­nią. Nie potra­fił wydu­sić ani słowa.

Srebrno-błę­kitne uczniow­skie szaty powie­wały na wie­trze. Nie­winne dziecko przed nim zatrze­po­tało rzę­sami i uśmiech­nęło się do Xue Menga.

-?Jed­nak posta­no­wi­łeś się mną zająć?

Xue Meng mil­czał.

-?Twoja sztuka mie­cza jest zacie­kła, ale brak jej struk­tury. Za mało w niej sta­bil­no­ści uczuć.

Xue Meng otwo­rzył usta, po czym ponow­nie je zamknął.

-?Spró­buj znów zacząć od pozy­cji wró­bla. Podą­żaj za moją melo­dią, kiedy ja skoń­czę sekwen­cję, ty skoń­czysz swoją, nie spiesz się.

Pouczany przez małe dziecko, Xue Meng skrzy­wił się jesz­cze brzy­dziej. Przy­gryzł wargę i nie mógł się ruszyć. Chu Wan­ning go nie poga­niał, po pro­stu cze­kał. Czy Xue Meng będzie potra­fił scho­wać dumę do kie­szeni i zechce posłu­chać rady nie­wy­ro­śnię­tego chłopca?

Po chwili Xue Meng tup­nął nogą, zre­zy­gno­wany rzu­cił sza­blę, odwró­cił się i odszedł.

Chu Wan­ning patrzył, jak uczeń oddala się zagnie­wany, i odro­binę go to przy­gnę­biło. Pomy­ślał, że Xue Meng nie potra­fił z pokorą przyj­mo­wać nauk, wielka szkoda... Zanim jed­nak skoń­czył myśl, zoba­czył, jak Xue Meng pod­nosi z ziemi gałąź i się odwraca.

-?W porządku, wezmę gałąź, na wszelki wypa­dek, gdy­bym cię ude­rzył - powie­dział sła­bym gło­sem.

Chu Wan­ning się zawa­hał, w kąciku jego ust czaił się uśmiech.

-?Dobrze. -?Kiw­nął głową.

Xue Meng zerwał dla niego bam­bu­sowy liść, wytarł do czy­sta i podał mu.

-?Pro­szę, didi, weź.

A więc "dzie­ciaku" zmie­niło się w "didi"?

Chu Wan­ning zer­k­nął na niego roz­ba­wiony, wziął liść, ponow­nie usiadł na kamie­niu i powoli zaczął grać. Xue Meng miał poryw­czy cha­rak­ter, a ta tech­nika pole­gała na wyskoku i wyko­na­niu pod­czas obrotu w powie­trzu sze­ściu pchnięć, po któ­rych nastę­po­wało jedno cię­cie. Cią­gle jed­nak tra­cił kon­trolę, na każde kil­ka­na­ście pchnięć uda­wało mu się wypro­wa­dzić tylko jedno ude­rze­nie. I do tego spóź­nione. Powtó­rzył to pięć czy sześć razy i gdy nie uda­wało mu się popraw­nie wyko­nać sekwen­cji, nie­cier­pli­wił się, coraz moc­niej marsz­czył brwi. Zde­ner­wo­wał się, ale spoj­rzał z ukosa na sie­dzą­cego na kamie­niu chłopca gra­ją­cego na liściu i na widok kogoś tak małego, tak, bez nawet słowa skargi, spo­koj­nego, Xue Menga ogar­nął palący wstyd. Dla­tego zebrał się w sobie i zabrał do ćwi­czeń. Stop­niowo wyczuł rytm muzyki. Wciąż jed­nak daleki był od zado­wo­le­nia, ska­kał więc i ciął. Kiedy księ­życ jaśniał już wysoko na nie­bie, gdy dwie godziny minęły, wresz­cie udało mu się wyko­nać tech­nikę kom­plet­nie, bez naj­mniej­szego błędu.

Pot per­lił się nad jego czar­nymi brwiami. Xue Meng wytarł czoło chustką.

-?Wszystko dzięki tobie -?powie­dział rado­śnie. -?Kto jest twoim mistrzem, didi? Jesteś naprawdę nie­zły. Jak to się stało, że dotąd cię nie pozna­łem?

Chu Wan­ning już wcze­śniej o tym pomy­ślał: Star­szy Czte­rech Gwiazd miał wielu uczniów, tak wielu, że zapewne sam wszyst­kich nie pamię­tał.

-?Jestem uczniem Star­szego Czte­rech Gwiazd. -?Uśmiech­nął się lekko.

Xue Meng zda­wał się nie mieć zbyt wiel­kiego sza­cunku dla tego mistrza. Odchrząk­nął.

-?A, Król Śmieci.

-?Król Śmieci?

-?Oj, prze­pra­szam. -?Xue Meng źle zro­zu­miał zdzi­wie­nie Chu Wan­ninga. Myślał, że ura­ził chłopca pogardą wobec jego mistrza.

-?To tylko takie wewnętrzne prze­zwi­sko. -?Uśmiech­nął się. -?Twój mistrz ma za dużo uczniów, nikogo nie odrzuca. "Śmieci" to ci ucznio­wie bez krztyny talentu, któ­rych przyj­muje, nie cho­dzi mi o to, że ze Star­szym Czte­rech Gwiazd jest coś nie tak, nie przej­muj się.

-?Wy... czę­sto nada­je­cie takie wewnętrzne prze­zwi­ska Star­szym?

Rozdział 53. Kuzyn Tego Czcigodnego jest chyba niespełna rozumu

Roz­dział 53

Kuzyn Tego Czci­god­nego jest chyba nie­spełna rozumu

-?No pew­nie, każdy ma jakieś prze­zwi­sko, kto może uciec karze Nie­bios? - Xue Meng wyraź­nie się oży­wił i zaczął entu­zja­stycz­nie tłu­ma­czyć Chu Wan­nin­gowi kwe­stię przy­dom­ków. -?Widzę, że jesteś młody, nie masz chyba wię­cej niż pięć lat? Czyli dopiero przy­by­łeś na Szczyt Życia i Śmierci, jesz­cze wszyst­kich nie znasz. Gdy poznasz, to się dowiesz, jest tu dwu­dzie­stu Star­szych, pra­wie wszyst­kim ucznio­wie nadali prze­zwi­ska.

-?O! -?Chu Wan­ning spoj­rzał na niego zna­cząco. -?Na przy­kład?

-?Dużo by mówić. Późno już, zro­bi­łem się tro­chę głodny. Dzię­kuję ci za dzi­siej­sze wska­zówki. Spro­wa­dzę cię z gór i pój­dziemy na późną prze­ką­skę. Zjemy i poroz­ma­wiamy.

Chu Wan­ning pochy­lił głowę, pomy­ślał chwilę, po czym się uśmiech­nął.

-?Mhm, dobrze.

Xue Meng scho­wał Long­chenga, pocią­gnął Chu Wan­ninga za rękę. Nie­świa­domy niczego uczeń i jego zmniej­szony mistrz szli w kie­runku bramy dłu­gimi kamien­nymi scho­dami wśród bam­bu­sów.

-?Jak się nazy­wasz, mały? -?spy­tał Xue Meng po dro­dze.

-?Nazy­wam się Xia -?odparł Chu Wan­ning nie­wzru­szony.

-?Xia, a jak dalej?

-?Xia Sini.

Xue Meng zupeł­nie nie zro­zu­miał ukry­tego zna­cze­nia.

-?Nie­złe, bar­dzo ładne. Jakimi zna­kami się zapi­suje? -?zapy­tał rado­śnie.

Chu Wan­ning kątem oka zer­k­nął na niego jak na idiotę.

-?"Si" jak situ, urzęd­nik, "ni" jak nitu, bun­tow­ni­czy uczeń. Xia Sini.

-?Aha. -?Xue Meng znów się zaśmiał. -?Ile lat koń­czysz w tym roku? Zga­dłem wcze­śniej? Nie wię­cej niż pięć?

Chu Wan­ning spo­chmur­niał. Rado­sny Xue Meng patrzył na drogę, nie zauwa­żył więc ponu­rego wyrazu jego twa­rzy, w prze­ciw­nym razie pew­nie by się prze­stra­szył.

-?Nie, panicz nie zgadł... Koń­czę sześć.

-?To naprawdę jesteś uta­len­to­wany, cho­ciaż tro­chę mniej niż ja w twoim wieku. Ale wystar­czy nieco nauki, a na pewno sta­niesz się nie­zrów­na­nym adep­tem. A może chciał­byś opu­ścić Star­szego Czte­rech Gwiazd? Możesz mnie nazy­wać shige, popro­szę mojego Shi­zuna, żeby przy­jął cię na ucznia, co o tym sądzisz?

Chu Wan­ning z całych sił sta­rał się nie wywró­cić oczami.

-?Jak powi­nie­nem cię nazy­wać?

-?Shige. -?Xue Meng pochy­lił się z uśmie­chem i pac­nął Chu Wan­ninga w czoło. -?Nie każdy ma taką oka­zję.

Chu Wan­ning wyglą­dał na zmie­sza­nego.

-?I co, zanie­mó­wi­łeś z rado­ści?

Szli, roz­ma­wia­jąc i śmie­jąc się, a przy­naj­mniej tak sądził Xue Meng. Nagle zza ple­ców dobiegł ich jakiś głos, tym samym koń­cząc tę roz­mowę, która gdyby się toczyła tro­chę dłu­żej, mogłaby kosz­to­wać Xue Menga życie.

-?Oho? Meng­meng1, sło­dziaku, co tu robisz?

Kto na całym Szczy­cie Życia i Śmierci śmiał się tak do niego zwró­cić? Xue Meng nie odwró­cił nawet dobrze głowy, gdy zaczął go rugać:

-?Mo Ran, ty psi pomio­cie, jesz­cze raz tak mnie nazwiesz, to ci wyrwę język.

Oczy­wi­ście, że to Mo Ran. Stał w bla­sku księ­życa, w powie­wa­ją­cych na wie­trze sza­tach i szcze­rzył się do nich. Chciał znowu podro­czyć się z Xue Men­giem, gdy zauwa­żył deli­kat­nego, uro­dzi­wego chłopca u jego boku.

-?A to jest... -?urwał w poło­wie.

Xue Meng pocią­gnął Chu Wan­ninga za sie­bie i spoj­rzał gniew­nie na Mo Rana.

-?A co cię to?

-?Hej, nie cho­waj się. -?Mo Ran obszedł Xue Menga, zła­pał go za rękę, wycią­gnął zza niego Chu Wan­ninga. Kuc­nął i przyj­rzał mu się uważ­nie. Nagle mruk­nął zdzi­wiony: -?Ten chło­piec wygląda zna­jomo... Chyba już go gdzieś widzia­łem.

To wzbu­dziło czuj­ność Chu Wan­ninga, pod­skór­nie czuł, że coś jest nie tak. Jeśli odkryją jego toż­sa­mość, jak się póź­niej pokaże komu­kol­wiek na oczy? Odru­chowo zro­bił krok do tyłu, odwró­cił się i chciał uciec.

-?Nie idź! -?Mo Ran szybko go zła­pał, na twa­rzy miał zło­śliwy uśmie­szek. Wycią­gnął palec i prze­cią­gnął nim po nosie Chu Wan­ninga. -?Chodź, mały, powiedz gege, jak masz na imię -?powie­dział łagod­nie.

Ten zbyt intymny gest spra­wił, że Chu Wan­ning poczuł się nie­zręcz­nie i tro­chę winny. Cof­nął się.

Mo Ran pomy­ślał, że chło­piec się boi. Roze­śmiał się gło­śno.

-?Czemu się cho­wasz? No, brzdącu, powiedz gege, czy nazy­wasz się Xue?

Xue Meng onie­miał.

-?A to jest twój tata? -?dopy­ty­wał Mo Ran z uśmie­chem, wska­zu­jąc na kuzyna. -?Jeśli powiesz prawdę, gege będzie cię bar­dzo lubił i kupi ci sło­dy­cze.

-?Zwa­rio­wa­łeś, Mo Weiyu? -?wybuch­nął Xue Meng. Jego twarz nabie­gła czer­wie­nią, nastro­szył się i wrza­snął: -?Ty... ty... Co ty sobie wła­ści­wie myślisz?! Ty kara­lu­chu! Ty gnoju! Ty... wstydu nie masz!

Chu Wan­ning mil­czał przez chwilę, ale poczuł ulgę.

-?Nazy­wam się Xia... Jestem uczniem Star­szego Czte­rech Gwiazd. Xia Sini.

-?Jak "prze­stra­szy­łem cię śmier­tel­nie"2? -?Oczy Mo Rana zmru­żyły się w uśmie­chu. Nie był prze­cież głupi, gdy tylko usły­szał to imię, zro­zu­miał, co ozna­cza. -?Ha, ha, ha, no nie­złe.

-?Odbiło ci! -?powie­dział gniew­nie Xue Meng i popchnął gwał­tow­nie Mo Rana. -?To mój nowy kolega, tobie nic do niego. Zjemy sobie późną prze­ką­skę, puść nas.

-?Och... -?Mo Ran puścił. Po chwili jed­nak zało­żył ręce za głowę i koły­sząc się na boki, z uśmie­chem podą­żył za nimi.

-?Co ty wypra­wiasz? -?wark­nął Xue Meng.

-?Ja też pójdę coś zjeść -?odparł Mo Ran nie­win­nie. -?A co, nie mogę?

Mia­steczko Wuchang

Od kiedy powstała Sekta Szczytu Życia i Śmierci, to nie­gdyś wylud­nione mia­steczko stop­niowo odzy­ski­wało dawną świet­ność, a obec­nie zro­biło się nawet gwarne.

O tej porze nocny targ już dzia­łał. Xue Meng i pozo­stali prze­cha­dzali się wśród stra­ga­nów. Zna­leźli sto­isko sprze­da­jące zupę bólu3. Usie­dli przy niskim stole pod gołym nie­bem. Zupa goto­wała się w mie­dzia­nym kociołku zawie­szo­nym nad pale­ni­skiem. Goście jedli, a ona bul­go­tała nad nie­ga­sną­cym ogniem. Bulion był czę­sto bar­dzo pikantny, a świeże dodatki leżały roz­ło­żone na stole w imię zasady "masz na coś ochotę, po pro­stu wrzuć i ugo­tuj". Gotu­jące się w kociołku jedze­nie bul­go­tało "bul bul bul", dla­tego nazwano ją "zupą bólu".

To było słynne syczu­ań­skie danie, ale Chu Wan­ning do tej pory jadł tylko czy­sty bulion bez ostrych przy­praw. Nie mógł jeść pikant­nego jedze­nia, led­wie spró­bo­wał, od razu się krztu­sił.

Xue Meng od dziecka miesz­kał w Syczu­anie, z kolei Mo Ran dora­stał w Xiang­tan, obaj przy­wy­kli do ostrych potraw, natu­ral­nie więc zało­żyli, że "Xia Sini" je pikantne dania.

Kiedy usie­dli, zazna­jo­miony z tym miej­scem Xue Meng zamó­wił kilka dań.

-?Do zupy dodaj­cie dużo pie­przu i dużo oleju chili -?dodał.

Chu Wan­ning pocią­gnął go za rękaw.

-?Ja chcę kocio­łek kaczek man­da­ry­nek4 -?powie­dział sła­bym gło­sem.

-?Co? -?Xue Meng myślał, że się prze­sły­szał.

-?Chcę kocio­łek kaczek man­da­ry­nek. -?Twarz Chu Wan­ninga pociem­niała. -?W poło­wie pikantny, w poło­wie łagodny.

-?Nie jesteś Syczu­ań­czy­kiem? -?spy­tał Xue Meng.

-?Mhm.

-?Aha. -?Xue Meng poki­wał głową. Na jego twa­rzy malo­wało się zro­zu­mie­nie, ale i zasko­cze­nie. Zmie­rzył Chu Wan­ninga wzro­kiem. -?Jesteś taki mały, a już tak daleko od domu, to naprawdę... Ech, dobra, dość tego. -?Z wes­tchnie­niem odwró­cił się do posłu­ga­cza. -?Niech ci będzie, chcesz kocio­łek kaczek man­da­ry­nek, będzie kocio­łek.

Chu Wan­ning nie wie­dział dla­czego, ale wyczuł w gło­sie Xue Menga nutę nie­chęci. Po chwili zdał sobie sprawę, że to nie tylko wra­że­nie, Xue Meng naprawdę czuł nie­chęć.

-?Shidi, skoro przy­by­łeś do Syczu­anu, to musisz się nauczyć jeść ostre - burk­nął, kiedy cze­kali na jedze­nie. -?Jeśli tego nie zro­bisz, nie zdo­łasz się doga­dać z innymi, wiesz? Możesz nie mówić po syczu­ań­sku, ale nie możesz nie jeść pie­przu. No wła­śnie, skąd jesteś?

-?Z Lin'an -?odparł Chu Wan­ning.

-?Aha. -?Xue Meng pomy­ślał chwilę, jakoś nie za bar­dzo koja­rzył te wodne mia­steczka w Jian­gnan. Przy­gryzł pałeczki i spoj­rzał z ukosa. -?U was się je kró­li­czą głowę?

Chu Wan­ning nie zaczął nawet odpo­wia­dać, kiedy wtrą­cił się uśmiech­nięty Mo Ran:

-?Oczy­wi­ście, że nie.

Xue Meng i Chu Wan­ning zgod­nie na niego łyp­nęli.

Mo Ran sie­dział ze sto­pami opar­tymi o długą ławkę, z łok­ciem wspar­tym na kola­nie. W pal­cach zręcz­nie obra­cał pałeczki. Widząc miny swo­ich towa­rzy­szy, prze­krzy­wił głowę i się uśmiech­nął.

-?No co? Co tak na mnie patrzy­cie? Naprawdę nie jedzą.

-?Naprawdę nie jedzą? -?zwró­cił się do Chu Wan­ninga Xue Meng.

-?Mhm.

-?A skąd wiesz? Byłeś w Lin'an? -?Xue Meng znów wpa­try­wał się w Mo Rana.

-?Nie. -?Mo Ran zro­bił śmieszną minę. -?Ale Xia-xiong jest z tej samej miej­sco­wo­ści co nasz Shi­zun, nie wiesz, że Shi­zun nie je kró­li­czej głowy? Kiedy w Sali Mengpo nakłada dania na zimno, zawsze bie­rze albo tofu z dymką, albo korzeń lotosu z osman­tu­sem na słodko. Jeżeli nie wie­rzy­cie, zwróć­cie uwagę następ­nym razem.

Chu Wan­ning mil­czał.

-?O, nie zauwa­ży­łem. Odkąd ostat­nim razem zer­k­ną­łem na jego śnia­da­nie, nie ośmie­li­łem się tak po pro­stu znowu zaj­rzeć, to naprawdę straszne. - Xue Meng potarł pod­bró­dek, na jego twarz powoli wypełzł wyraz obrzy­dze­nia. -?Gustu Shi­zuna nie da się wyra­zić. Wie­dzie­li­ście, że on je pud­ding z tofu na słono?

Chu Wan­ning mil­czał.

Xue Meng nagle się do niego odwró­cił.

-?Shidi, abso­lut­nie nie powi­nie­neś podą­żać za Star­szym Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy -?powie­dział śmier­tel­nie poważ­nym tonem. -?Bo potem nikt nie będzie chciał jeść razem z tobą. Pamię­taj, trzeba jeść kró­li­czą głowę i pieprz. A kiedy rano jesz pud­ding z tofu, pod żad­nym pozo­rem nie doda­waj sosu.

-?Jesz­cze glony5 i suszone kre­wetki -?uzu­peł­nił Mo Ran.

-?Wła­śnie, jesz­cze glony i suszone kre­wetki. -?Xue Meng i Mo Ran bar­dzo rzadko jed­no­czyli się prze­ciw wspól­nemu wro­gowi. -?To nie do wytrzy­ma­nia.

Chu Wan­ning łyp­nął na tych dwóch kre­ty­nów.

-?Aha -?mruk­nął z twa­rzą pozba­wioną wyrazu.

Dania bar­dzo szybko poja­wiły się na stole. Chru­piące pędy bam­busa, szma­rag­dowa kapu­sta, błysz­czące tofu, świeże, mięk­kie kawałki ryby, pla­stry jagnię­ciny cien­kie jak skrzy­dła cykady uło­żone sta­ran­nie na bia­łym por­ce­la­no­wym tale­rzu, zło­ci­sta, chru­piąca sma­żona wie­przo­wina posy­pana kumi­nem i syczu­ań­skim pie­przem, a obok dzba­nek świe­żego mleka sojo­wego. Niski stół aż trzesz­czał pod tym cię­ża­rem.

Praw­dziwe więzi, takie na wagę złota, budują się przy wspól­nych posił­kach, a co dopiero przy gorą­cej zupie bólu. Gdy w kociołku lądo­wało kilka pla­strów tłu­stej jagnię­ciny, a do żołądka tra­fiała jedna, dwie czarki mleka sojo­wego, nawet tak chłodna rela­cja jak ta mię­dzy Xue Men­giem a Mo Ranem cho­ciaż na chwilę się ogrze­wała w mgle gorą­cej pary.

Xue Meng grze­bał pałecz­kami w pikant­nej zupie.

-?Ajaj, gdzie ja zgu­bi­łem ten mózg?

-?A nie jest na­dal w two­jej czaszce? -?Mo Ran się uśmiech­nął.

-?Mówię o świń­skim mózgu!

Mo Ran przy­gryzł pałeczki i uśmiech­nął się zło­śli­wie.

-?No też wła­śnie mówię o świń­skim.

-?Psi synu, tylko spró­buj mnie obra­zić...

-?Hej! Twój mózg wypły­nął! Jedz, jedz!

Xue Meng się oży­wił, wlazł pro­sto w pułapkę.

-?Zabie­raj łap­ska, kun­dlu! Nie szarp się ze mną, to mój mózg! -?zawo­łał.

Chu Wan­ning sie­dział na nie­wiel­kiej ławce, w rękach miał kubek ze słod­kim mle­kiem sojo­wym. Delek­to­wał się napo­jem i obser­wo­wał tych dwóch gów­nia­rzy obok. Był odprę­żony, mógł zjeść przy­naj­mniej połowę pły­wa­ją­cych w kociołku skład­ni­ków. Wypił mleko i obli­zał wargi, jakby miał ochotę na wię­cej. Nie umknęło to Mo Ranowi.

-?Sma­kuje ci, mały? -?spy­tał z uśmie­chem.

Chu Wan­ning prze­tra­wił słowo "mały", w mil­cze­niu oce­nił, jakie ma szanse na pozby­cie się tego prze­zwi­ska, i uznał, że zerowe.

-?Mhm, nie­złe -?odpo­wie­dział więc sucho.

Mo Ran odwró­cił się do posłu­ga­cza.

-?Hej, jesz­cze jedno mleko sojowe dla mojego shi­diego.

Zado­wo­lony Chu Wan­ning wypił drugi kubek.

Tak już miał, że lubił słod­kie. Ale wcze­śniej jadł tak dużo cia­stek, że dostał próch­nicy. Star­szego Pierw­szej Gwiazdy kosz­to­wało wiele pracy i umie­jęt­no­ści, żeby go z niej wyle­czyć. Dla­tego póź­niej, by nie robić mu kło­potu, już tyle nie jadł. Teraz, kiedy zmie­nił się w dziecko, mógł bez obaw zaja­dać się sło­dy­czami.

Mo Ran, z policz­kami pod­par­tymi dłońmi, patrzył, jak Chu Wan­ning je.

-?Masz podobny smak jak Shi­zun.

Chu Wan­ning pra­wie się zakrztu­sił, ale jego twarz pozo­stała spo­kojna.

-?Shi­xiong mówi o Star­szym Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy? -?spy­tał z kamienną twa­rzą.

-?Wła­śnie. -?Mo Ran poki­wał głową z uśmie­chem i popchnął paro­war w stronę Chu Wan­ninga. -?Spró­buj tego. Myślę, że to rów­nież ci posma­kuje.

Chu Wan­ning wziął z bam­bu­so­wego paro­waru ye'rbę6, ugryzł kawa­łek. Paru­jące, mięk­kie nadzie­nie ze słod­kiej pasty faso­lo­wej ota­czała deli­katna bie­lutka skórka z mąki ryżo­wej.

-?Dobre?

Chu Wan­ning wziął jesz­cze kęs, dopiero wtedy ski­nął głową.

-?Mhm.

-?To zjedz wię­cej. -?Mo Ran się uśmiech­nął.

Jedli i roz­ma­wiali, aż Chu Wan­ning przy­po­mniał sobie wcze­śniej­szą roz­mowę. Udał, że nic go to nie obcho­dzi, zjadł więc cztery ye'rby, zanim spy­tał Xue Menga:

-?Pani­czu, wcze­śniej, na górze, mówi­łeś, że każdy Star­szy ma jakieś prze­zwi­sko. Skoro mój Shi­zun, Star­szy Czte­rech Gwiazd, jest nazy­wany Kró­lem Śmieci, to jak mówi­cie na Star­szego Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy?

Rozdział 54. Ten Czcigodny kłóci się o ciastka

Roz­dział 54

Ten Czci­godny kłóci się o ciastka

-?Shi­zun? -?Xue Meng natych­miast spo­waż­niał. -?On jako jedyny nie ma prze­zwi­ska. Nikt na Szczy­cie Życia i Śmierci nie śmiałby z niego żar­to­wać.

-?Gówno prawda. Wszy­scy wie­dzą, że lubisz Shi­zuna, to nikt ci prawdy nie powie. -?Mo Ran wywró­cił oczami. Przy­cią­gnął do sie­bie Chu Wan­ninga i szep­nął do niego, choć nie na tyle cicho, by inni nie usły­szeli. -?Nie słu­chaj go. Jak dla mnie Star­szy Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy ma naj­wię­cej prze­zwisk ze wszyst­kich na całym Szczy­cie Życia i Śmierci.

Zain­try­go­wany Chu Wan­ning uniósł brew.

-?Och? Doprawdy? -?zapy­tał. -?Na przy­kład?

-?Cóż, z tych grzecz­niej­szych... Nazy­wają go Bai Wuchan­giem -?odparł Mo Ran.

-?Dla­czego?

-?Bo dzień w dzień nosi białe ubra­nia.

-?Hmm... Coś jesz­cze?

-?Kapustka.

-?Dla­czego?

-?Bo dzień w dzień nosi białe ubra­nia.

-?Coś jesz­cze?

-?Buła na parze.

-?Dla­czego...

-?Bo dzień w dzień nosi białe ubra­nia.

-?Coś jesz­cze?

-?Wdówka7.

Chu Wan­ning nie wie­rzył wła­snym uszom.

-?Wiesz dla­czego? -?spy­tał Mo Ran ze śmie­chem, zupeł­nie nie­świa­domy mor­der­czych zapę­dów budzą­cych się w Chu Wan­ningu. -?Bo dzień w dzień nosi białe ubra­nia.

Chu Wan­ning zanie­mó­wił. Gdyby nie silna wola, już dawno stra­ciłby nad sobą pano­wa­nie.

-?Coś... coś jesz­cze? -?zapy­tał.

Mo Ran spoj­rzał na Xue Menga i wymam­ro­tał:

-?Ajaj, nie mogę nic wię­cej powie­dzieć. Nie chcę dostać od kuzyna garn­kiem w łeb.

Roz­wście­czony Xue Meng ude­rzył pię­ścią w stół.

-?Bez­czel­ność! Jak kto­kol­wiek śmie tak zmy­ślać na temat Shi­zuna? Kapustka, Buła na parze? Wdówka? Śmierci się nie boją?!

-?Ach! -?Mo Ran pró­bo­wał się powstrzy­mać od śmie­chu. -?Coś ty taki ner­wowy? Lepiej, żebyś nie sły­szał, jak nie­które uczen­nice nazy­wają Shi­zuna, obrzy­dliwe.

Xue Meng wytrzesz­czył oczy.

-?Co mówią?

-?A co mogą mówić? Wiesz, jakie są dziew­czyny, zawsze tak kwie­ci­ście plotą. Cały czas sły­szę tylko "blady księ­życ nad kwia­tami gru­szy" to, "nie­tknięty śnieg wcze­sną wio­sną" tamto, "panie Chu z Lin'an, jest pan piękny niczym kwiat lotosu", porów­ny­wa­nie do urody Xi Shi8... Ileż można...

Chu Wan­ning i Xue Meng nie wie­dzieli, co powie­dzieć.

-?To i tak łagod­nie powie­dziane! Star­szego Pierw­szej Gwiazdy, jako że nie jest ani przy­stojny, ani miły, nazy­wają gorzej.

Ze wszyst­kich Star­szych Chu Wan­ning naj­gor­sze rela­cje miał wła­śnie ze Star­szym Pierw­szej Gwiazdy.

-?Jak go nazy­wają? -?spy­tał.

-?"Zimowa kiszonka", czy tam "musz­tar­do­wiec", jakoś tak... bo są ciemne jak on -?odparł Mo Ran ze śmie­chem. -?A Meng, nie patrz tak na mnie! Cie­bie też nie oszczę­dzają!

Xue Meng wyglą­dał, jakby połknął cytrynę.

-?Co? Ja też?

-?A i ow­szem. -?Mo Ran się zaśmiał.

Xue Meng odchrząk­nął, uda­jąc, że go to nie obcho­dzi.

-?To... Jak na mnie mówią?

-?Goguś.

-?Goguś...? Co to niby ma zna­czyć?

-?Jak to "co to ma zna­czyć"? Czy to nie oczy­wi­ste? -?Mo Ran nie był w sta­nie nawet skoń­czyć zda­nia, tak się trząsł ze śmie­chu. -?Bo jak paw stro­szysz pióra! Ha, ha, ha!

Xue Meng pod­sko­czył i rzu­cił się na Mo Rana.

-?Mo Ran! Zabiję cię!

Był śro­dek nocy, kiedy napiw­szy i najadł­szy się do syta, cała trójka wró­ciła na Szczyt Życia i Śmierci. Chu Wan­ning pozwo­lił, by jego dwóch przy­głu­pich uczniów odpro­wa­dziło go na tery­to­rium Star­szego Czte­rech Gwiazd, i gdy się roz­sta­wali, Xue Meng popro­sił, aby następ­nego dnia rów­nież się spo­tkali przy bam­bu­so­wym zagaj­niku. Chu Wan­ning nie był jed­nak pewien, czy do tego czasu nie powróci już do swej pier­wot­nej formy, niczego więc nie obie­cy­wał. Zapew­nił jedy­nie, że przy­bę­dzie, jeśli znaj­dzie czas.

Dopiero gdy ucznio­wie się odda­lili, użył tech­niki lek­kich kro­ków, by pod­sko­czyć i prze­mie­rza­jąc dachy, powró­cić do Pawi­lonu Czer­wo­nego Lotosu.

Następ­nego dnia Chu Wan­ning obu­dził się wciąż w ciele dziecka, co tylko pogłę­biło jego fru­stra­cję.

Z suro­wym wyra­zem twa­rzy sta­nął na stołku i spoj­rzał gniew­nie w mie­dziane lustro. Nie miał nawet siły roz­cze­sać swo­ich dłu­gich wło­sów. Po dłuż­szej chwili zasta­no­wie­nia zde­cy­do­wał, że tak dłu­żej być nie może, udał się więc do Xue Zhen­gy­onga.

-?Co?! Widzia­łeś się wczo­raj z A Men­giem i A Ranem?

-?Tak. Powie­dzia­łem im, że jestem uczniem Star­szego Czte­rech Gwiazd, nic nie podej­rze­wają -?zapew­nił Chu Wan­ning. -?Gdyby Xue Meng cię o to pytał, pamię­taj, by mnie kryć. Mniej­sza z tym. Od ponad dzie­się­ciu dni kul­ty­wuję, ale nie widzę poprawy. Tak dłu­żej być nie może. Chyba jed­nak czeka mnie spo­tka­nie ze Star­szym Pierw­szej Gwiazdy.

-?Oho, a co to się stało, że nasz Star­szy Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy nie boi się utraty twa­rzy?

Chu Wan­ning zmie­rzył go chłod­nym spoj­rze­niem, jego obecna forma spra­wiła jed­nak, że nie wyglą­dał zbyt groź­nie, wręcz prze­ciw­nie, przy­po­mi­nał raczej brzdąca, któ­remu ktoś zabrał zabawkę. Chu Wan­ning wyglą­dał nie­zwy­kle uro­czo jako dziecko. Xue Zhen­gy­ong z czu­ło­ścią wycią­gnął rękę i zmierz­wił jego nie­ucze­sane włosy.

-?Wielki Mistrzu -?zaczął Chu Wan­ning z pełną powagą. -?Gdy moje ciało powróci do swo­jej daw­nej formy, zleć kraw­com z Sali Płu­ka­nia Jedwa­biu, by przy­go­to­wali dla mnie nowe szaty, takie jak noszą inni na Szczy­cie Życia i Śmierci. Tylko nie białe.

To zasko­czyło Xue Zhen­gy­onga.

-?Myśla­łem, że nie lubisz nosić lek­kich zbroi.

-?Potrze­buję odmiany -?wymam­ro­tał Chu Wan­ning i odszedł z ponu­rym wyra­zem twa­rzy.

Mimo nie­chęci, jaką Star­szy Pierw­szej Gwiazdy darzył Chu Wan­ninga, w obec­no­ści Wiel­kiego Mistrza musiał się powstrzy­mać od wyśmia­nia go. Dla­tego też powścią­gnął się od komen­ta­rza i pogardę wyra­ził jedy­nie spoj­rze­niem. Jego oczy błysz­czały niczym niebo roz­świe­tlone fajer­wer­kami.

Chu Wan­ning zmie­rzył go wzro­kiem, ale nie ode­zwał się ani sło­wem.

-?W grun­cie rze­czy dia­gnoza pani Wang była słuszna -?stwier­dził Star­szy Pierw­szej Gwiazdy, spraw­dziw­szy Chu Wan­nin­gowi tętno.

Chu Wan­ning natych­miast zabrał dłoń i opu­ścił rękaw.

-?Dla­czego więc po dzie­się­ciu dniach wciąż nie ma poprawy? -?zapy­tał.

-?Mimo że sta­ro­żytne drzewo wierzby wydziela nie­wiele soków, są one naprawdę sku­teczne. Rekon­wa­le­scen­cja może potrwać wiele lat.

-?Jak długo? -?spy­tał Chu Wan­ning bez zasta­no­wie­nia.

-?Trudno powie­dzieć. Moż­liwe, że około dzie­się­ciu lat.

Chu Wan­ning wytrzesz­czył oczy. Star­szy Pierw­szej Gwiazdy sta­rał się zacho­wać powagę, pogar­dliwy uśmie­szek zdra­dzał jed­nak ucie­chę z jego nie­szczę­ścia.

-?Tak, tak, minie kolejna dekada, zanim odzy­skasz swoje ciało.

Chu Wan­ning zmie­rzył go wzro­kiem.

-?Kpisz ze mnie? -?zapy­tał chłodno.

-?Ależ skądże, skądże. Jesteś prze­cież Star­szym Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy - odparł Star­szy Pierw­szej Gwiazdy, pod­śmie­chu­jąc się pod nosem. -?Poza tym nic wiel­kiego się nie stało. Wręcz prze­ciw­nie, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nawet jeśli twoje ciało się zmniej­szyło, a umysł lekko się cof­nął w roz­woju, to... no wła­śnie, to tylko błahe zmiany. Twoja moc nie ucier­piała. Po co się śpie­szyć z tym wra­ca­niem do ory­gi­nal­nego ciała?

Chu Wan­ning pobladł i przez chwilę zabra­kło mu słów.

-?Oczy­wi­ście, to nie ozna­cza, że przez kolejne dzie­sięć lat będziesz cią­gle w ciele dziecka. Soki wierzby nie­od­łącz­nie połą­czyły się z twoją kul­ty­wa­cją. Jeśli przez następne trzy do pię­ciu mie­sięcy powstrzy­masz się od rzu­ca­nia zaklęć, będziesz mógł powró­cić do pier­wot­nej formy.

-?To cał­kiem roz­sądne roz­wią­za­nie! -?Nadzieja bły­snęła w oku Xue Zhen­gy­onga.

-?Co tak Wiel­kiemu Mistrzowi śpieszno? -?dodał Star­szy Pierw­szej Gwiazdy z uśmie­chem. -?Nie skoń­czy­łem mówić. Nawet jeżeli Star­szy Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy powróci do ory­gi­nal­nego ciała, wciąż będzie musiał uni­kać nad­mier­nego uży­wa­nia magii. Kiedy jego moce się wyczer­pią, soki przejmą kon­trolę, a on ponow­nie się zmieni w dziecko.

-?Nad­mier­nego?! -?wykrzyk­nął Xue Zhen­gy­ong. -?Ile to "nad­mier­nie"?!

-?Cóż... -?Star­szy Pierw­szej Gwiazdy się zamy­ślił. -?Soki już prze­sią­kły całe jego ciało. Mak­sy­mal­nie? Dwa zaklę­cia dzien­nie.

-?Bariery dzie­lące nas od świata duchów i demo­nów stale trzeba napra­wiać -?oznaj­mił Chu Wan­ning lodo­wa­tym gło­sem -?a two­rze­nie ducho­wych przed­mio­tów wymaga magii. Ogra­ni­czony do dwóch zaklęć dzien­nie będę bez­u­ży­teczny.

-?Nic na to nie pora­dzę. -?Star­szy Pierw­szej Gwiazdy nie krył sar­ka­zmu. -?Cóż, gdyby świat miał stra­cić Czci­god­nego Nie­śmier­tel­nego Wiel­kiej Niedź­wie­dzicy, słońce mogłoby się jutro nie wyło­nić zza hory­zontu.

-?Star­szy Pierw­szej Gwiazdy, prze­stań tak doci­nać. Masz naj­więk­szą wie­dzę o medy­cy­nie pośród wszyst­kich w świe­cie kul­ty­wa­cji. Musisz zna­leźć jakieś roz­wią­za­nie. Mimo że moce Star­szego Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy nie ule­gły zmia­nie, wciąż pozo­staje w ciele dziecka, jego moż­li­wo­ści nie są takie jak wcze­śniej. Ponadto, jeżeli inne sekty się dowie­dzą, że został ranny nad Zło­tym Jezio­rem, nie wia­domo, co zro­bią. Dzie­sięć lat to bar­dzo długo! Może jest jakiś lek...

-?Mistrzu -?prze­rwał mu Star­szy Pierw­szej Gwiazdy. -?Czci­godny Nie­śmier­telny Wiel­kiej Niedź­wie­dzicy został otruty sokami sta­ro­żyt­nego drzewa wierzby, nie jakąś pospo­litą tru­ci­zną. Naprawdę myślisz, że ot tak zdo­łam podać roz­wią­za­nie?

Xue Zhen­gy­ong zamilkł.

-?Dobrze, wystar­czy. Muszę przy­go­to­wać skład­niki na lekar­stwa -?oznaj­mił Star­szy Pierw­szej Gwiazdy. -?Wasza dwójka może już iść.

Xue Zhen­gy­ong zaczął coś mówić, ale Chu Wan­ning pocią­gnął go za rękaw.

-?Mistrzu, chodźmy.

Byli już przy drzwiach, gdy usły­szeli głos Star­szego Pierw­szej Gwiazdy:

-?Chu Wan­ningu. Gdy­byś był gotów nale­ży­cie i pokor­nie bła­gać, ja był­bym skłonny pomóc ci stwo­rzyć reme­dium. Cho­ciaż ni­gdy nie widzia­łem takiego przy­padku, nie sądzę, by prze­ra­stał moje moż­li­wo­ści. Może to roz­wa­żysz?

Chu Wan­ning mil­czał przez dłuż­szą chwilę, po czym zwró­cił się do Star­szego Pierw­szej Gwiazdy:

-?Co rozu­miesz poprzez "nale­żyte i pokorne bła­ga­nie"?

Star­szy Pierw­szej Gwiazdy opie­rał się o łóżko, bez pośpie­chu sor­tu­jąc roz­rzu­cone na stole srebrne igły. Sły­sząc słowa Chu Wan­ninga, spoj­rzał na niego z pogardą.

-?Gdy inni są u skraju sił, na kola­nach kła­niają się i bła­gają o pomoc. Jako że jeste­śmy kole­gami, możemy pomi­nąć ukłony. Po pro­stu uklęk­nij i powiedz mi kilka miłych słów, a ja ci pomogę.

Chu Wan­ning w mil­cze­niu zmie­rzył Star­szego Pierw­szej Gwiazdy chłod­nym wzro­kiem.

-?Zimowa kiszonko - powie­dział po chwili. -?Chyba śnisz.

Z tymi sło­wami zarzu­cił ręka­wem i wyszedł, zosta­wia­jąc skon­fun­do­wa­nego Star­szego Pierw­szej Gwiazdy, który póź­niej jesz­cze przez długi czas się zasta­na­wiał, o co mu cho­dziło z "zimową kiszonką".

Dni powoli prze­mi­jały. Star­szy Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy oznaj­mił wszyst­kim, że udaje się w odosob­nie­nie, kiedy w rze­czy­wi­sto­ści był uwię­ziony w ciele dziecka, z któ­rego nie mógł uciec. O jego przy­pa­dło­ści wie­dzieli kolejno Xue Zhen­gy­ong, pani Wang i Star­szy Pierw­szej Gwiazdy, a by jego stan utrzy­mać w tajem­nicy, z tą oso­bliwą sytu­acją zazna­jo­miono i Star­szego Czte­rech Gwiazd. Kolejne mie­siące minęły w mgnie­niu oka. Pawi­lon Czer­wo­nego Lotosu pozo­sta­wał zamknięty dla odwie­dza­ją­cych. Xue Meng i pozo­stali zaczęli się nie­po­koić.

-?Shi­zun już od ponad sie­dem­dzie­się­ciu dni jest w odosob­nie­niu. Dla­czego jesz­cze nie wyszedł?

-?Może nie­długo osią­gnie kolejny poziom kul­ty­wa­cji -?odparł Shi Mei, upi­ja­jąc łyk rosy z Góry Dusz ze swo­jej czarki. Spoj­rzał za okno na niebo, na któ­rym zbie­rały się ciemne chmury. -?Nie­długo będzie padać. Zbliża się Nowy Rok9. Zasta­na­wia mnie, czy do tego czasu Shi­zun opu­ści odosob­nie­nie.

-?Wąt­pię, że do tego czasu wyj­dzie -?ode­zwał się Mo Ran prze­glą­da­jący leni­wie manu­skrypt walki mie­czem. -?Kilka dni temu wysłał nam wia­do­mość poprzez kwiat jabłoni. Mówił wtedy, że jesz­cze długo go nie będzie. Mało praw­do­po­dobne, żeby coś się w tej kwe­stii zmie­niło.

Dzień ten był dniem wol­nym od nauki i prak­tyk dla uczniów Sekty Życia i Śmierci. Dla­tego Mo Ran wraz ze swo­imi kole­gami, Xue Men­giem i Shi Meiem, spo­tkali się, by wypić aro­ma­tyczną her­batę i roz­grze­wa­jące wino. Bam­bu­sowe zasłony ota­cza­jące ogro­dowy pawi­lon, w któ­rym sie­dzieli, czę­ściowo ich osła­niały, choć szcze­li­nami lekka mgiełka wkra­dała się do środka.

Od nie­dawna coraz czę­ściej towa­rzy­szył im młody uczeń Star­szego Czte­rech Gwiazd, Xia Sini. Co kilka dni Xue Meng wycią­gał go, by wspól­nie kul­ty­wo­wać i się bawić. Z cza­sem stali się nie­roz­łączni. Pier­wotna trójka uczniów Star­szego Naj­ja­śniej­szej Gwiazdy zmie­niła się w czwórkę.

W tejże chwili Chu Wan­ning, jako Xia Sini, sie­dział przy stole, jedząc ciastka i róż­no­ra­kie sło­dy­cze. Choć jadł je w wyra­fi­no­wany spo­sób, to pręd­kość, z jaką je pochła­niał, mogła impo­no­wać.

Xue Meng spoj­rzał w jego kie­runku i osłu­piał ze zdzi­wie­nia.

-?Och! -?wykrzyk­nął na ten widok. -?Xiao-shidi, skąd ten nie­po­skro­miony ape­tyt?

Chu Wan­ning nie zamie­rzał odpo­wia­dać Xue Men­gowi, a tym bar­dziej zwra­cać na niego uwagę, i mozol­nie prze­żu­wał cia­sto z osman­tusa. Deser ten urzekł go sma­kiem, ale Chu Wan­ning zajęty był spo­rem, który toczył się przy stole. On i Mo Ran się­gnęli jed­no­cze­śnie po ostatni kawa­łek chru­pią­cego loto­so­wego ciastka. Gdy zmie­rzyli się wzro­kiem, z ich spoj­rzeń aż zda­wały się lecieć iskry.

-?Puść -?powie­dział Chu Wan­ning.

-?Nie pusz­czę.

-?Pusz­czaj.

-?Już zja­dłeś osiem kawał­ków, ten jest mój -?skon­tro­wał Mo Ran.

-?Oddam ci wszyst­kie inne, tylko nie loto­sowe ciastko.

Mo Ran spio­ru­no­wał go wzro­kiem.

-?Shidi, jesz za dużo sło­dy­czy -?argu­men­to­wał. -?Dosta­niesz próch­nicy.

-?To nie ma zna­cze­nia -?odpo­wie­dział Chu Wan­ning ze spo­ko­jem. -?Mam sześć lat, nie byłoby się czego wsty­dzić.

Mo Ran mil­czał, bo cóż mógł na to odpo­wie­dzieć. Ude­rze­nie, jakie następ­nie zaro­bił od Xue Menga, roz­nio­sło się echem.

-?Mo Weiyu, jesteś głupi czy głup­szy? Z dziec­kiem będziesz się bił o ciastko? Ile ty masz lat?!

Korzy­sta­jąc z oka­zji, że Mo Ran był zajęty maso­wa­niem guza, Chu Wan­ning bły­ska­wicz­nie i bez emo­cji zgar­nął ciastko i szybko się w nie wgryzł.

-?Shidi...!

Chu Wan­ning zigno­ro­wał Mo Rana, cał­ko­wi­cie sku­piony na jedze­niu.

Wtem na Szczy­cie Życia i Śmierci roz­brzmiał dono­śny dźwięk, prze­ry­wa­jąc błogą sie­lankę. Chu Wan­ning spo­chmur­niał.

-?Gwizd na zebra­nie? -?zdzi­wił się.

Xue Meng odsu­nął zasłonę i zer­k­nął przez okno. Prze­cha­dza­jący się na zewnątrz ucznio­wie zatrzy­mali się i roz­glą­dali dookoła ze zdzi­wie­niem.

Gwizd ozna­czał, że wszy­scy ucznio­wie Sekty Życia i Śmierci musieli się zgro­ma­dzić na uży­wa­nym tylko w naj­po­waż­niej­szych sytu­acjach dzie­dzińcu przed Salą Wier­nego Serca. Zanim Chu Wan­ning dołą­czył do sekty, gwizd prze­strze­gał, że bariera ze świa­tem duchów i demo­nów została prze­rwana. Ale nie sły­szano go, odkąd przy­był.

Shi Mei odło­żył trzy­many w rękach zwój i pod­szedł do Xue Menga.

-?Dziwne. Co może być tak ważne?

-?Nie wiem -?odparł Xue Meng. -?Nie ma co dywa­go­wać. Chodźmy to spraw­dzić.

Tylko Mo Ran mil­czał. Zaci­snął usta i spu­ścił wzrok, sta­ra­jąc się ukryć zanie­po­ko­je­nie. Wie­dział, co ten gwizd ozna­czał, ale moment ten nad­szedł szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał i niż pamię­tał.

Gdy cała czwórka dotarła na Szczyt Życia i Śmierci, pozo­stali ucznio­wie już zaczęli się zbie­rać przed Salą Wier­nego Serca i po chwili cały dzie­dzi­niec zapeł­nił się zarówno uczniami, jak i Star­szymi. Gdy zja­wili się już wszy­scy, z Sali wyszedł Xue Zhen­gy­ong. Drzwi natych­miast się zamknęły, Wielki Mistrz sta­nął przed zdo­bioną jade­item balu­stradą u szczytu błę­kit­nych kamien­nych scho­dów, a za nim sześć wyjąt­kowo pięk­nych kobiet. Nie­które przy­ja­zne, inne zda­wały się oschłe, wszyst­kie jed­nak odzna­czały się nie­zwy­kłą urodą i mimo prze­szy­wa­ją­cego chłodu miały na sobie cien­kie szaty. Ich czer­wone spód­nice i wstążki powie­wały na wie­trze niczym pro­mie­nie zacho­dzą­cego słońca mię­dzy chmu­rami. W ich oczach błysz­czały iskierki, a na czole każ­dej z nich, ide­al­nie mię­dzy brwiami, dostrzec można było mały czer­wony pło­mień.

Xue Meng sta­nął jak wmu­ro­wany. I nie tylko on -?każdy, czyj wzrok padł na kobiety, bladł lub się czer­wie­nił. Xue Meng przez dłuż­szy czas wpa­try­wał się w nie pustym wzro­kiem, aż w końcu prze­mó­wił drżą­cym gło­sem:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Mo Ran gra tutaj na homo­ni­micz­no­ści imie­nia Xue Menga, ponadto zwra­ca­jąc się do niego w zdrob­nio­nej for­mie (zare­zer­wo­wa­nej głów­nie dla dzieci). Znak méng ? został zastą­piony méng ?, które przy podwo­je­niu daje zna­cze­nie "słodki/uro­czy". [wróć]

Gra słów mię­dzy nazwi­skiem poda­nym przez Chu Wan­ninga ??? (Xia S?n?) a sło­wami ??? (xia s? n?), "prze­stra­szyć cię śmier­tel­nie". [wróć]

W ory­gi­nale jest to "zupa antyczna" (??? g?d?ng g?ng), nawią­zuje do dźwięku bul­go­ta­nia ?? g?d?ng. [wróć]

Yu?ny?ng gu? (???) -?"kocio­łek kaczek man­da­ry­nek", kocio­łek z bulio­nem prze­dzie­lony na pół, z jed­nej strony wlewa się bulion pikantny, z dru­giej łagodny. [wróć]

Z?cai (??) -?czer­wone algi z rodzaju Pyro­pia. [wróć]

Y?'erb? (???) -?syczu­ań­ska prze­ką­ska, przy­go­to­wy­wana na Święto Wio­sny lub święto Qing­ming. Kle­ista mąka ryżowa z nadzie­niem na słono albo ze słod­kiej fasoli, owi­nięta w liście poma­rań­czy. [wróć]

W Chi­nach tra­dy­cyj­nym kolo­rem żałoby jest biały. [wróć]

Xi Shi (??) -?imię jed­nej z Czte­rech Pięk­no­ści sta­ro­żyt­nych Chin. Pocho­dziła z kró­le­stwa Yue. [wróć]

Nowy Rok odnosi się tu do ?? (Xi?ohán), czyli okresu przy­pa­da­ją­cego na począ­tek stycz­nia. Jest to dwu­dzie­sty trzeci z dwu­dzie­stu czte­rech okre­sów kalen­da­rza sło­necz­nego. [wróć]