1
Dzień wcześniej oczywiście odsypiałem imprezę u kumpla, na której byliśmy razem z Zoyą. Obudziłem się koło jedenastej. Mojej dziewczyny nie było w mieszkaniu - pewnie poszła na uczelnię albo do pracy. Od Remka też wyszła wcześniej, stwierdziwszy, że tylko idiota bawi się tak w tygodniu. Idiota czy nie - przyjaźnił się ze mną już kilka ładnych lat, więc chyba powinna się przyzwyczaić. Ja w każdym razie nie miałem sobie nic do zarzucenia. W tak młodym wieku mogłem jeszcze pokorzystać z życia.
Przeokropnie bolała mnie głowa. Wstałem z łóżka i poszedłem do kuchni poszukać leków przeciwbólowych. Na stole znalazłem karteczkę od mojej kobiety z prośbą, żebym zrobił zakupy. Zgniotłem ją i wyrzuciłem do śmieci. Nie miałem teraz czasu na takie rzeczy - jedyna myśl, jaka krążyła mi po głowie, to ta o pozbyciu się kaca. Otworzyłem lodówkę i moim oczom ukazał się pięknie schłodzony czteropak piwa. Czy byłem tak zapobiegliwy, czy zrobiła to Zoya? Bez znaczenia. O dzięki ci, losie, za ten prezent.
Usiadłem na kanapie i otworzyłem piwo. Ból powoli mijał, a ja zaczynałem wracać do żywych. Odebrałem kilka wiadomości od rodziców - że do niczego się nie nadaję, że obiecałem pomóc ojcu w naprawie samochodu, a znowu mnie nie ma. Cholera, naprawdę o tym zapomniałem. Faktycznie mówiłem coś takiego, ale to było ze dwa tygodnie temu. Przecież dobrze wiedzieli, że żyję z dnia na dzień i nie pamiętam o takich rzeczach.
Wziąłem telefon i zadzwoniłem do ojca.
- No halo - powiedziałem. - Nadal potrzebujesz pomocy? Mogę być za jakieś dwie godziny, wezmę ze sobą Remka, to szybko załatwimy sprawę.
- Nie brzmisz najlepiej, synu...
- Tato, jestem po imprezie, mało spałem. Wezmę prysznic i będzie dobrze.
- O, po balandze to ty mi pomożesz, na pewno... - wymamrotał.
- Potrzebujesz tej pomocy czy nie? Jeśli nie, to się rozłączam i nie było rozmowy - podniosłem głos, coraz bardziej zirytowany tonem ojca.
- No przyjedź, przynajmniej zjesz coś ciepłego.
Nie pozostało mi więc nic innego, jak skontaktować się z Remigiuszem. Nie pojechałbym do rodziców sam - nie miałem ochoty znowu wysłuchiwać, jaki jestem nieogarnięty. Swoje już się nasłuchałem. Dlatego właśnie wyprowadziłem się z domu rodzinnego. Czasem tęskniłem za wielkim ogrodem i altanką, ale teraz miałem własne mieszkanie blisko rynku, gdzie nikt mi nie mówił, co robić. Prawie nikt. Zoya coraz częściej gadała jak moja matka.
To nie tak, że nie widziałem, jak się od siebie oddaliliśmy, ale nie miałem zamiaru dawać sobą manipulować. Do pewnych rzeczy musiała się przyzwyczaić. Nie byłem jeszcze gotowy na założenie rodziny i pracę pięć dni w tygodniu pod krawatem. Lubiłem swoje życie - pracowałem dorywczo, miałem czas się zabawić, a niczego mi nie brakowało.
Starczy tych przemyśleń. Dopiłem piwo i poszedłem pod prysznic. Pół godziny później wyszedłem z łazienki jak młody bóg. Ubrałem się, złapałem ze stolika klucze i wyszedłem z domu tanecznym krokiem. Humor wrócił, a dzień znów wydawał się piękny.
Pół godziny później razem z Remkiem stałem przed furtką moich rodziców. Zobaczyłem otwarty garaż i starego Mercedesa ojca - to w nim trzeba było dokonać paru napraw. Zawsze lubiłem grzebać przy samochodach, od dziecka mnie to interesowało. Warsztat wujka przez lata był moim drugim domem. Nawet myślałem, żeby zająć się tym na stałe, założyć coś swojego, ale to jeszcze nie teraz. Miałem czas.
- Dzwoń - powiedziałem do Remka. - Pewnie nie spodziewali się nas tak szybko.
- Już. Ty miałeś czas się ogarnąć, za to mnie zerwałeś z łóżka. Dobrze, że chociaż prysznic wziąłem.
- Zapalić też zdążyłeś, nie narzekaj.
- Człowieku, gdybym nie zapalił, to bym tu teraz nie stał - odpowiedział mój prawie brat.
Domofon zapiszczał i wpuścili nas do środka. Przeszliśmy przez podwórko i zajrzeliśmy do garażu. Ojca nigdzie nie było. Zostawiłem Remka w środku i poszedłem do domu się przywitać. Od progu spotkałem się z krzywym spojrzeniem matki i propozycją rosołu.
- A dziękuję, mamo. Zjemy później, jak skończymy. Powinno nam to zająć ze trzy godzinki - oznajmiłem.
Wiedziałem, że przez te trzy godziny nikt do garażu nie zajrzy. Dobrze, że po drodze do Remka zahaczyłem o sklep i kupiłem nam po dwa piwa.
- Masz - rzuciłem mu jedno. - Mamy trzy godziny na robotę, ale ja na kacu pracować nie będę.
- Życie ratujesz - odpowiedział, otwierając puszkę.
- Nie wyrzucaj tu nigdzie, żeby nie gadali. Schowaj do plecaka, jak skończysz.
Pracowaliśmy pilnie, nie obijaliśmy się. Kiedy skończyliśmy, poszliśmy zjeść i chwilę posiedzieć z domownikami. Atmosfera była nawet znośna - nikt się nie krzywił na mój widok, nikt nie marudził. Albo stracili nadzieję, że się zmienię, albo po prostu przywykli.
Ojciec i matka lubili mojego kumpla. Uważali go za chłopaka z dobrego domu i według nich to ja sprowadzałem go na złą drogę, a nie odwrotnie. Nie dopuszczali do siebie myśli, że jesteśmy podobni. Posiedzieliśmy z nimi jeszcze przez godzinę, a gdy już wyszliśmy, wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieć, że ten dzień się tak nie skończy.
Wydzwoniliśmy chłopaków i godzinę później znów u niego siedziałem, chillując w najlepsze. Oprócz alkoholu i trawki tym razem pozwoliliśmy sobie na coś więcej. Wiedziałem, że to zły pomysł, biorąc pod uwagę, ile razy obiecywałem skończyć z narkotykami. Wyobraźnia już podsuwała mi obraz Zoi - i tę jej cholernie niezadowoloną minę mówiącą, że jestem dupkiem. Obraz się rozmył, kiedy Artek podsunął mi pod nos następną kreskę.
Do domu wróciłem koło pierwszej w nocy. Pożegnałem się z kumplami i postanowiłem pójść pieszo, żeby trochę otrzeźwieć. Nie spodziewałem się, że moja kobieta nie będzie jeszcze spać. Czekała w salonie, siedząc z kubkiem herbaty w fotelu. Przekląłem w myślach, ale dzielnie wszedłem do mieszkania. Kiedy przemknąłem obok, spojrzała na mnie smutno i powiedziała tylko:
- O, jesteś. Tak myślałam, że w takim stanie wrócisz. Znowu brałeś, prawda?
- Przestań, myszko. Nic się nie stało. Byliśmy z Remkiem naprawiać samochód ojca, a potem posiedzieliśmy chwilę z chłopakami. Nic wielkiego.
- Idę się położyć - oznajmiła i spojrzała na mnie czerwonymi od płaczu oczami.
Byłbym ostatnim idiotą, gdybym powiedział, że chcę, by moja dziewczyna przeze mnie płakała. Nie chciałem. Ale też nie zamierzałem zmieniać swojego życia. Chciałem się wyszumieć, korzystać z wolności. Nie mieliśmy dzieci - mogłem jeszcze trochę pożyć. Obiecałem sobie, że jutro jej to wynagrodzę.
Poszedłem pod prysznic. Wiedziałem, że szybko nie zasnę, więc rozkoszowałem się ciepłą wodą spływającą po ciele. Stałem tak z pół godziny, myśląc o wszystkim i o niczym. Potem sięgnąłem do lodówki, wyciągnąłem piwo i postanowiłem wypić je na dobry sen. Zresztą po takiej ilości prochu i tak bym bez tego nie zasnął.
Siedziałem, piłem i oglądałem jakieś głupie filmiki na telefonie. Z sypialni dobiegał cichy, miarowy oddech Zoi. Spojrzałem na nowo otwartą puszkę w dłoni. Może rzeczywiście trochę przesadziłem...
Poczułem nieodpartą chęć, żeby się przytulić. Wylałem resztę piwa do zlewu i poszedłem do sypialni. Położyłem się obok swojej dziewczyny i wciągnąłem znajomy zapach jej szamponu. Chyba to właśnie on utulił mnie do snu. Zasnąłem, nie wiedząc nawet kiedy - nie zdając sobie sprawy, że mam w ramionach Zoyę po raz ostatni.
***
Rano obudził mnie hałas w korytarzu. Przetarłem oczy i wyszedłem z sypialni. Na środku przedpokoju stała walizka, a Zoya wkładała buty. Popatrzyłem na nią zdziwiony, a nim zdążyłem się odezwać, uprzedziła mnie:
- Myślałam, że zdążę wyjść, zanim się obudzisz. Ale skoro już wstałeś, to zapraszam do kuchni. Nie będę robić scen, nie mam już na to siły. Wypijemy kawę i porozmawiamy jak ludzie.
Nie do końca docierało do mnie, co się dzieje. Walizka była duża - ta sama, z którą zawsze jeździła do domu na święta. Oczekiwałem, że Zoya powie coś w stylu: "Muszę przemyśleć naszą sytuację, jadę do rodziców, wrócę i porozmawiamy". Bardzo się jednak przeliczyłem.
Od Zoi bił spokój, którego chyba nigdy wcześniej u niej nie wyczuwałem. Zaparzyła dwa kubki kawy, postawiła jeden przede mną, a sama stanęła przodem do okna, wpatrzona w dal.
- Długo myślałam nad naszą sytuacją - zaczęła. - Nie jestem w stanie dłużej tego znosić. Twoje ciągłe imprezy... Chociaż nie wiem, czy to jeszcze tylko imprezy, czy już nałóg, z którego będzie ci ciężko wyjść. Ja chcę czegoś innego. Pragnę rodziny, stabilizacji. Przy tobie ciągle płaczę, non stop się o ciebie martwię i słyszę tylko puste obietnice. Prawda jest taka, Benek, że ty nie chcesz się zmieniać. Wiesz to ty sam i wiem to ja. Tak jest ci dobrze. Odpowiada ci takie życie, a mnie nie. Więc postanowiłam podjąć decyzję za nas oboje. Przykro mi.
- Jak to ci przykro? Zostawiasz mnie? Tak po prostu? - zapytałem zszokowany.
- Tak po prostu? - powtórzyła. - Ostatni rok to było ciągłe czekanie z mojej strony na twoją zmianę. Wczoraj nawet nie wiedziałam, gdzie jesteś... Zastanów się może, kto lub co gra dla ciebie pierwsze skrzypce, bo na pewno nie ja. Koledzy, wódka, kreska czy Bóg wie co jeszcze... A ja zasługuję na miłość, szacunek, dzieci i kochającego faceta, dla którego będę najważniejsza pod słońcem. Może kiedyś to zrozumiesz. Może kiedyś dotrze do ciebie, że to nie ja to zepsułam - powiedziała, patrząc na mnie tym swoim szczerym, niewinnym spojrzeniem.
- I co dalej? - zapytałem, nie bardzo wiedząc, jak inaczej mógłbym zareagować. - Przecież cię kocham. Myślałem, że będziemy razem już zawsze.
- A jak to sobie wyobrażałeś? Że będzie tak jak teraz? Będziesz pił, ćpał, balował, a ja będę czekać, aż się wyszalejesz? - Usiadła naprzeciwko mnie. - Nie chcę robić afer. Wyjaśniłam ci wszystko. Jeśli nie teraz, to za kilka lat zrozumiesz, dlaczego tak się stało. Chcę się rozstać pokojowo. Teraz zabiorę walizkę, posiedzę trochę u rodziców i później umówię się z tobą na termin, żeby wziąć resztę rzeczy. Właścicieli już poinformowałam, że się wyprowadzam i że będziesz się z nimi kontaktował. Może obniżą ci czynsz.
- Widzę, że o wszystkim pomyślałaś - powiedziałem cicho. - Dobrze, nie mamy o czym więcej rozmawiać. Kontaktuj się ze mną w sprawie swoich rzeczy, bo widzę, że klucze już zostawiłaś. - Kiwnąłem głową w stronę parapetu, gdzie obok kwiatka leżał pęk kluczy z niebieskim okiem proroka. - No i co mogę dodać... Uważaj na siebie i bądź szczęśliwa.
Odwróciłem się, żeby nie widziała, jak łzy napływają mi do oczu. Tak, chciałem się bawić, ale nigdy nie chciałem być sam. Kiedy drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem, rozpłakałem się jak dziecko. Byliśmy razem od szczeniaka. Jak miałem teraz bez niej żyć?
Nie minęło dziesięć minut od jej wyjścia, a ja już pisałem do niej wiadomość, żeby wróciła, że się zmienię, że damy radę, że odstawię wszystko, nawet pójdę na odwyk. Niestety - na próżno. Nie otrzymałem odpowiedzi. Tak samo głucho i pusto było w mieszkaniu. Nie zostało mi nic innego, jak tylko nawalić się do nieprzytomności i zapomnieć.