Wstęp
Zvi Barlev, wnuk naczelnego rabina Krakowa, Mozesa Samuela Bleichera, przyjechał do Polski po sześćdziesięciu latach i poszedł pokazać swoim dzieciom dom, w którym dorastał. Starszej kobiecie wychylającej się z okna powiedział, że kiedyś tu mieszkał. Chciał wiedzieć, czy może żyje tu jeszcze ktoś, kogo mógłby znać. "Niech pan pyta - odrzekła kobieta. - Ja tu mieszkam najdłużej". "A od kiedy?" - zapytał gość. "Od 1942..."
W 1994 roku profesor Zdzisław Mach, w owym czasie dziekan Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, przyjął zaproszenie na piątkową kolację w londyńskim domu Rafaela F. Scharfa. W pewnym momencie Scharf, niestrudzony eksplorator przedwojennego życia Żydów krakowskich, zapytał profesora, czy spośród jego studentów nie znalazłby się ktoś zdolny dokonać dokumentacji tamtego Miasta za pomocą najwspanialszego narzędzia dostępnego psychologowi i socjologowi - rozmów ze świadkami. Anis Dziób-Pordes, wówczas studentka profesora Macha, szukała właśnie tematu pracy doktorskiej. I tak to się zaczęło.
Miałem szczęście przyglądać się przez lata pracy Anis. Próbowałem pomagać. Jednak - bądźmy szczerzy - skorzystałem na tej współpracy znacznie więcej niż ona. Nie tylko miałem przed oczami całkowicie niepowtarzalny materiał, kiedy pisałem powieść "Ze złości" i scenariusz filmu dokumentalnego o przedwojennym żydowskim Krakowie, lecz także (a może przede wszystkim) poznałem wielu ludzi, którzy pokazali mi Miasto w sposób niedostępny dla większości turystów.
Spośród tysięcy wtedy jeszcze żyjących na całym świecie krakowskich Żydów Anis wybrała grupę, która po opuszczeniu Polski osiadła w Izraelu, w państwie żydowskim. Wybór ten nie był podyktowany jedynie ograniczeniami badawczymi czy ekonomicznymi. Izraelscy krakowianie stanowią bardzo silną społeczność, której nie waham się nazwać sąsiedzką. Zwykle ludzie mieszkający w miastach oddalonych o dziesiątki czy setki kilometrów nie mają wspólnych wspomnień szkolnych czy podwórkowych. Zasada ta nie dotyczy Żydów. Wskutek tragicznej historii narodu Żyd mieszkający w Hajfie i inny w Beer Szewie przechowują w pamięci nazwę tego samego sklepu, w którym ich matki robiły zakupy, albo pogrzeb Naczelnika Państwa w jakimś bardzo odległym kraju, od którego oddziela ich już nie tylko morze, ale i całe dojrzałe życie. Bo mimo że była wtedy sobota, krakowscy Żydzi wylegli na ulice wzdłuż trasy konduktu, aby pożegnać Marszałka. Z powodów, które chciałoby się nazwać magicznymi, to właśnie izraelscy krakowianie z konsekwencją bronią pamięci o Mieście, również wtedy, gdy - jakże często - uważają, że Polska ich zdradziła. Bo nawet jeśli nie ma w nich tęsknoty za krajem dzieciństwa, to pozostała miłość do Miasta.
Powiedzą niektórzy: nie demonizujcie Krakowa, wspomnienia dzieciństwa, nawet krztuszące się dymem Holocaustu, pozostawiają idylliczny obraz Miasta oraz implikują idealizowanie miejsca. I zapewne będzie w tym trochę racji. Zdają sobie z tego sprawę również bohaterowie tomu. Powiedzą inni: to nie pamięć o Krakowie ma taką siłę, to pamięć o rodzicach, braciach, siostrach, których zostawiło się na zawsze w obozach zagłady, tych, którzy nie chodzą już po Grodzkiej, Rynku, Plantach, Błoniach. Im również przyznajemy jakąś część racji. Ale to właśnie świadomość złożoności zjawiska powoduje, że słowo "Miasto" zapisujemy wielką literą. I dlatego mówimy: Ich Miasto. Bo nasze jest zupełnie inne. Ta świadomość, ta używająca bezwzględnego zaimka "ich", jest udręczona.
Wiele razy Anis podróżowała do Izraela, godzinami rozmawiała z bohaterami, zebrała sporo ponad dwa tysiące stron wspomnień o Mieście. Z perspektywy sześćdziesięciu lat i milionowego niemal Krakowa, w którym żyje obecnie kilkuset może Żydów, autorka dostarczyła materiału unikalnego. Jej rozmówcy zapraszają w podróż po ulicach, na których żydowscy obywatele stanowili przed wojną co najmniej jedną czwartą przechodniów. Słowo "podróż" jest tu jak najbardziej na miejscu. Przechadzka po tamtym Mieście w niczym nie przypomina wycieczki meleksem po krakowskim Kazimierzu, największej zachowanej dzielnicy żydowskiej w Europie, śladem synagog, z nosem wlepionym w broszurowe przewodniki. To jest podróż, a - jak celnie stwierdzono - tym się różni turysta od podróżnika, że ten drugi wykupuje bilet w jedną stronę.
Bo nie ma powrotu z tej wyprawy. Poznawszy tamten świat, nigdy się już tak samo nie powędruje po Krakowie.
Na czym polega wyjątkowość tej książki? Napisano wszak dziesiątki ksiąg na temat przedwojennego żydowskiego Krakowa - wiele z nich autorstwa bohaterów tomu. Otóż metoda badania pamięci przyjęta przez Anis Dziób-Pordes implikuje powtarzalność i drobiazgowość pytań. Te same pytania, z pozoru nudne i niepotrzebnie pedantyczne, kierowane są do ludzi pochodzących z różnych środowisk żydowskiego Krakowa. Owo szczegółowe odtwarzanie mapy obyczajowej Miasta - a także jej różnorodności - pozwala na przywołanie nie tylko żydowskich ulic, szkół, sklepów i zwyczajów, lecz także rodów, nazwisk, koligacji, imion. Staje się to kopanie w pamięci niczym wyprawa po skarb - uparte i wyczerpujące. Dużo skarbów (chociaż to nie te same, o których krążą legendy) zakopali w sobie Żydzi wygnani z Polski. To żmudna praca wydobyć je na zewnątrz, szczególnie jeśli istnieje niebezpieczeństwo, że po tylu latach trudno będzie dociec ich historycznej prawdziwości. Anis się to udało. Na naszych oczach rysują się tamte ścieżki, zarówno w sensie topograficznym, jak i swoiście mistycznym. Bo zapełniają się ludźmi żywymi, uśmiechniętymi, szczęśliwymi, smutnymi, zmartwionymi, przerażonymi, wpatrzonymi znowu we frontony kamienic i kasztanowce i słuchającymi hejnału, który przed wojną niósł się znacznie dalej niż dzisiaj. Mieszają się światy, bo chociaż, jak mówi Miriam Gobernik, "w Krakowie jak dawniej jakiś kamień krzywo leżał, to tak leży do dziś dnia", to nie ma kto go pokazać - a skąd my dziś mamy wiedzieć, że on od zawsze tak krzywo leżał? Sami zaś świadkowie, żegnając się z Polską, zostawiając tu głównie groby, najczęściej nie mieli już komu tego opowiedzieć. Wielką łaskę czynią nam rozmówcy Anis. Powinniśmy być wdzięczni, że obcym ludziom opowiadają o swoim dzieciństwie i młodości.
Bohaterowie tomu pochodzą w większości z rodzin całkowicie niemal zasymilowanych z polskim społeczeństwem. Wychowywani byli na polskich patriotów. Nie znali pisarzy żydowskich, w domach rozmawiali po polsku, judaizm był dla nich już tylko tradycją, nie zaś religią. Znacznie lepiej rozumieli polską kulturę niźli pobożność pokolenia dziadków. Rzadko bywali na ortodoksyjnym Kazimierzu. Wstydzili się, kiedy ortodoksyjni żydzi kaleczyli polszczyznę. Dopiero po wojnie, gdy nie było już pobożnych żydów, zaczynali odczuwać żal, że nie zwracali na nich uwagi albo wręcz traktowali ich jak przeszkodę w całkowitej asymilacji narodu żydowskiego z polskim. Być może dobitnie zrozumieli wówczas to, co przed wojną jedynie przeczuwali: oderwanie od własnej tradycji nie gwarantuje akceptacji ze strony polskich sąsiadów. "Kochałam Kraków w dziki sposób, ale Kraków mnie zdradził" - powie jedna z bohaterek. "To była jednostronna miłość" - doda inna.
Zagłada nie pozwoli już nigdy odpowiedzieć, czy postępowanie spolonizowanych rodzin żydowskich, w których koszerną kuchnię utrzymywało się tylko dlatego, że "dziadkowie by do nas nie przyszli", i kultywowało się tradycję udziału członków rodziny w narodowowyzwoleńczych polskich powstaniach XIX stulecia, przyniosłoby efekt w postaci aprobaty polskich sąsiadów. Czy bożonarodzeniowe drzewka, stawiane przez polskie służące w żydowskich domach, stałyby się czymś więcej niż tylko dziecięcą igraszką? Czy tradycja śpiewania polskiego hymnu w żydowskich szkołach nadal, po sześćdziesięciu latach, wywoływałaby takie samo wzruszenie w bohaterach książki jak wtedy, gdy pieśń ta była także hymnem trzech milionów żydowskich obywateli Polski? Czy Zvi Nathan, sławny trębacz Gimnazjum Hebrajskiego, po pięćdziesięciu latach odgrywający dla izraelskiej młodzieży krakowski hejnał na górze Karmel w Hajfie, miał wciąż nadzieję, że będzie go słychać na Kazimierzu? Czy my, współcześni krakowianie, potrafimy usłyszeć symboliczne wezwanie trębacza?
Jesteśmy odpowiedzialni za to, że krakowianie z Miasta, odwiedzając po półwieczu swoje mieszkania, rozpoznając tę samą farbę na ścianach dziecinnych pokojów, te same piece i szyby w drzwiach, witani są jak obcy i groźni. Nie pamiętając, że było Miasto, jesteśmy winni nienawiści. Dobrze, że świadkowie chcieli nam jeszcze opowiadać. Dobrze, że Miasto nawiedzało ich jak mara i kazało snuć opowieści o historii, którą tutaj wciąż się świadomie i nieświadomie kastruje. Być może wielu czytelnikom te rozmowy właśnie uzmysłowią, że krakowskie żydostwo żyje i z daleka uśmiecha się do swojego Miasta, chociaż czasem tylko przez sen.
Kiedy wnuk rabina Bleichera, Zvi Barlev, po latach odwiedził Polskę i opowiadał o tym, gdzie były posterunek policji i przychodnia dla dzieci w Rynku Podgórskim, rysował plan długopisem na dłoni. Wokół jest dość papieru, a on rysuje na dłoni. Nieco poniżej numeru obozowego. Dziwnie wyglądał ten Rynek Podgórski na niemłodej już ręce Izraelczyka.
Dzisiaj, w dniu wznowienia I wydania "Ich Miasta", upłynęło już ponad 20 lat od rozmów Anis Dziób-Pordes z krakowskimi Izraelczykami. Większość z nich, bohaterów tej książki, opuściła już swoje sny i Kraków na zawsze.
Irek Grin