1.
Z radia płyną dźwięki Walk Like an
Egyptian. Liv Andréasson lubi ten utwór.
Taksówkarz, od którego czuć potem i który ma małe czerwone pryszcze na
karku, kołysze się w rytm muzyki. Od czasu do czasu zerka na nią we
wstecznym lusterku, a ona za każdym razem odwraca wzrok.
W porządku, myśli Liv. Wybaczam ci, że śmierdzisz potem i że choć jestem
ze trzydzieści lat od ciebie młodsza, oblizałeś wargi, kiedy zobaczyłeś,
jak wychodzę z klatki schodowej.
Cztery lata wcześniej taksówkarz z firmy Taxi Stockholm uratował jej
życie i dlatego jest jej wierna. W przeciwieństwie do swoich przyjaciół
nigdy nie jeździ Uberem.
Mężczyzna znów szuka kontaktu wzrokowego.
Liv odwraca głowę, patrzy na miasto.
Za szybą przesuwa się ciemny, ośnieżony Sztokholm.
Zimowe ulice, zimowa kraina.
Ludzie na zewnątrz są ciepło ubrani, opatuleni grubymi puchowymi
kurtkami, które nałożyli na eleganckie ubrania. Para ich oddechów unosi
się w świetle ulicznych latarni.
Walk Like an Egyptian się kończy i zdyszany prezenter informuje, że
niedługo zostanie tylko sześć godzin starego roku. Zaczęła się szykować
po południu w kawalerce przy Valhallavägen. Tak właściwie Liv mieszka w domu z rodzicami. Kawalerkę wynajęła potajemnie przez ogłoszenie na
Blocket. Ma ją od trzech miesięcy, a będzie miała jeszcze przez kolejne
trzy. Właścicielka wyjechała na Bali, żeby odnaleźć siebie. Liv bywa w tym mieszkaniu tak często, jak może. Jeździ tam prosto po szkole.
Okłamuje rodziców, że nocuje u przyjaciół. I że odrabia prace domowe,
musi się uczyć. Choć tego lata będzie zdawać maturę.
Nigdy jej nie kusiło, żeby pokazać komuś swoją kryjówkę. Owszem, jest
taka osoba, którą chciałaby tam zaprosić. Ale wie, że nigdy do tego nie
dojdzie. Taksówka skręca, jedzie przez tunel i po chwili rozpościera się
przed nimi Söderström. Po drugiej stronie lśnią tysiące świateł miasta.
Samochód podskakuje, gdy wjeżdżają na most Danvik. Liv sięga po torebkę,
wyjmuje butelkę Sprite'a z wódką i upija łyk. Grzebie w torebce.
Znajduje tabletkę, która luzem leży w wewnętrznej kieszonce, i wkłada ją
do ust. Tabletka spoczywa na języku i Liv czuje znajomy gorzki smak.
-?Miałaś dobry rok? -?pyta ją taksówkarz.
-?Taki sobie. Moja matka umarła dwa tygodnie temu.
Ostatnio to kłamstwo przychodzi jej bardzo naturalnie. Pierwszy raz
skłamała na temat matki na imprezie jakiś rok temu. Nagle te słowa po
prostu padły z jej ust i gdy zobaczyła, jak zszokowały chłopaka, z którym rozmawiała, pojawiło się w niej wyzwalające uczucie, niemal
odurzające. W oczach Liv to było tak, jakby jej matka nie istniała. Bo
gdyby nie istniała, nie mogłaby też jej zawieść.
Oczy mężczyzny się rozszerzają. Liv czuje przyjemne, rozlewające się po
ciele ciepło. Wytrąciła taksówkarza z równowagi. Wygląda, jakby nie
wiedział, co powiedzieć. Szuka słów, próbuje wymyślić coś
pocieszającego, ale na koniec zadowala się wymamrotaniem:
-?Przykro mi.
-?Nie byłyśmy ze sobą szczególnie blisko.
Okolica za oknami samochodu staje się coraz bardziej znajoma. To tutaj
się wychowała, w Skurusundet pod Sztokholmem. Rodzina Liv przeprowadziła
się tu z Örebro, kiedy dziewczyna miała cztery lata. Wielkie wille są
zwrócone w stronę wąskiej cieśniny. Te najpiękniejsze mają oczywiście
działki nad samą wodą. Kiedy jest się na łodzi, panoramiczne okna
zmieniają się w akwaria, przez które widać życie bogatych ludzi. Liv o tym wie. Jej rodzina mieszka w jednym z takich akwariów. O tej porze po
uliczkach poruszają się tylko taksówki, SUV-y, a sportowe wozy stoją
zaparkowane na podjazdach albo w garażach. W większości domów światła są
pogaszone. Mieszkańcy Skurusundet zazwyczaj obchodzą Nowy Rok za
granicą. W Chamonix, na Seszelach, w Sankt Anton albo na Malediwach. O tej porze roku oglądanie wrzutek na Instagramie jest dla Liv jak podróż
dookoła świata.
Taksówkarz zatrzymuje wóz. Liv podaje mu kartę, wstukuje PIN i w milczeniu płaci. Wysiada i poprawia krótką sukienkę.
Wieje zimny wiatr i przeszywa ją dreszcz. Jej obcasy mają jedenaście i pół centymetra i sprawiają, że jej nogi wydają się jeszcze szczuplejsze
i dłuższe. Ma nadzieję, że szczuplejsze i dłuższe niż Martiny. Choć są
najlepszymi przyjaciółkami, wciąż we wszystkim rywalizują. Zawsze tak
było, ale zawsze też mogły na siebie liczyć. Ich relacje są bardzo
skomplikowane.
Przechodzi przez zamarzniętą kałużę na podjeździe, ślizga się i klnie.
To takie typowe dla niej. Natychmiast podnosi wzrok na dom, by
sprawdzić, czy nikt jej nie widział, a równocześnie chwyta się poręczy,
by nie pośliznąć się na którymś z trzech stopni. Dzwoni do drzwi.
Natychmiast się otwierają.
-?Wcześnie przyszłaś -?mówi Max ubrany w spodnie od smokingu i koszulę.
Na jego szyi wisi niezawiązana muszka. Nie jest przyzwyczajona, by go
widzieć w takim wydaniu. Max zwykle chodzi w skórzanej kurtce, T-shircie
i przetartych dżinsach. Jakoś uchodzi mu to wśród wszystkich tych
swetrów i pastelowych koszul, w które ubierają się inni koledzy z klasy.
-?Właśnie się przebierałem -?dodaje i ją przepuszcza.
Liv próbuje coś wyczytać z jego głosu. Cieszy się czy chciał jeszcze
trochę pobyć sam? Z Maxem jest dziwnie. Czasem potrafi przejrzeć go na
wskroś, rozumie każdą komórkę w jego ciele. A innym razem wydaje się
obcy, jest tak, jakby właściwie nie mówili tym samym językiem. Chociaż
znają się od dzieciństwa. Jego spojrzenie przesuwa się po jej czarnej
krótkiej sukience. Ale chłopak nic nie mówi. Jego spojrzenie też nie.
Tylko rejestruje.
Liv wchodzi za nim do środka. Dom jest trzypiętrowy. Jeden z największych i najbardziej luksusowych w Skuru. Parter to jedno wielkie
pomieszczenie z widokiem na ciemną cieśninę, i to tutaj będą witać nowy
rok. Jedna część pomieszczenia to otwarta kuchnia z olbrzymią wysepką i stołem na co najmniej dwanaście osób, w drugiej zaś stoją dwie
gigantyczne sofy Svenskt Tenn obite klasyczną tkaniną projektowaną przez
Josefa Franka. Jest jak ogromna sala pełna najdroższych klasycznych
mebli i rodzinnych pamiątek, przy których te z Bukowskis zbladłyby z zazdrości. Pomieszczenie jest w oczywisty sposób tak urządzone, by
imponowało gościom.
Ojciec Maxa pracuje w banku na ważnym, dyrektorskim stanowisku, jego
matka jest gospodynią domową. Ale określenie "gospodyni domowa"
wprowadza w błąd. Kobieta nie zajmuje się przecież prowadzeniem domu.
Nie opiekowała się też dziećmi, kiedy były mniejsze i wszystkie wciąż
mieszkały w domu. Do takich rzeczy mają służbę. Max jest najmłodszy z czworga rodzeństwa i tylko on wciąż tu mieszka.
Pod wielkim panoramicznym oknem stoi stół przyozdobiony małymi
eksplozjami brokatu i złota. Nad nim na kryształowym żyrandolu wisi
szarfa z napisem "Szczęśliwego Nowego Roku!". Na marmurowej płycie
kuchennej wysepki stoją cztery wiaderka z lodem, z których wystają
szyjki butelek. Choć będą świętować tylko we czworo, ustawiono tu co
najmniej czterdzieści kieliszków do wina i szampana.
-?Jak pięknie wszystko przygotowałeś -?śmieje się Liv. -?Ale po co tyle
kieliszków?
-?Żeby nie trzeba było pić dwa razy z tego samego.
-?No to jutro będzie dużo zmywania.
-?Nie mój problem. -?Max wzrusza ramionami.
Liv opiera się plecami o wysepkę. Przesuwa opuszkami palców po ramieniu,
skóra reaguje i całe jej ciało przenika dreszcz. W pierwszej chwili
myśli, że to z zimna, potem dociera do niej, że to tabletka musiała już
zacząć działać.
-?Wypijmy po szocie, czekając na pozostałych -?mówi Max i podchodzi do
przeszklonej szafki z wbudowanym oświetleniem. Wyjmuje dwa kieliszki,
stawia je na marmurowej płycie obok Liv, wyciąga z wiaderka z lodem
oszronioną butelkę wódki Absolut. Trochę alkoholu mu się rozlewa.
Przesuwa palcem po kroplach i wsuwa go do ust. Krzywi się. Jeszcze raz
przesuwa palcem po rozlanej wódce i wyciąga palec do Liv. Dziewczyna go
oblizuje. Szybko. Właściwie ma ochotę troszkę dłużej trzymać go w ustach, ale nie ma śmiałości. W milczeniu unoszą kieliszki, odchylają do
tyłu głowy i piją.
Oboje parskają i odstawiają kieliszki.
-?Twoi rodzice już przyszli. Starzy imprezują, jakby nie było jutra -
mówi Max.
Tym razem Liv wyraźnie słyszy pogardę w jego głosie. Max pokazuje jej,
żeby podeszła z nim do okna. Wskazuje na sąsiedni dom. Liv natychmiast
rozpoznaje swoją matkę, jej długie rozpuszczone rude włosy opadające na
plecy. Stoi i rozmawia z ojcem Maxa. Liv naliczyła osiem osób. Tam wśród
nich jest mężczyzna, który cztery lata temu wbrew jej woli pozbawił ją
dziewictwa. Nie widziała go od jakiegoś czasu i mimowolnie się wzdryga.
Przed jej oczami na chwilę pojawia się obraz i nagle czuje na ciele
lodowate zimno. Szybko zerka w stronę Maxa, żeby sprawdzić, czy coś
zauważył, ale on wciąż wpatruje się uparcie w sąsiedni dom. Właściwie
Liv chciałaby wskazać na tego mężczyznę i powiedzieć: "On mnie
zgwałcił", ale zaciska usta. Nigdy o tym nikomu nie powiedziała. I jak
zareagowałby Max? Może poczułby do niej obrzydzenie. Pewnie tak.
-?Możesz mi zrobić drinka? -?pyta Liv i ciągnie go za rękę w stronę
alkoholi.
-?Czego chcesz się napić?
-?Zaskocz mnie.
-?Wydaje ci się, że jestem jakimś napalonym barmanem? -?pyta z kamienną
twarzą Max.
A potem się uśmiecha. Wrzuca do dwóch szklanek lód, wlewa do nich
mnóstwo alkoholu i uzupełnia odrobiną napoju. Podaje jednego drinka Liv.
Wznoszą toast. Przeplatają prawe ręce i śmieją się przy tym tak bardzo,
że większość alkoholu wylewa się na podłogę i ich ubrania.
Śmieją się jeszcze bardziej.
Ale nagle Max poważnieje i się odsuwa. Liv się obraca. Martina i Anton
stoją i na nich patrzą. Martina spogląda to na Maxa, to na Liv.
Rozbieganym wzrokiem. Niespokojnie. Ale nie ze złością. Raczej ze
zdumieniem.
Zdążyła już zdjąć kurtkę, a pod nią ma sukienkę z cekinami. Czarne buty
na wysokich obcasach. Prawdopodobnie zamieściła już na Instagramie kilka
zdjęć swojej kreacji. Jej blond włosy opadają jak wodospad na ramiona i na plecy. Jeśli jest zazdrosna, to tego nie pokazuje.
Anton stoi obok niej. Ma włosy zaczesane do tyłu. Jest ubrany w smoking.
Lakierki wyglądają, jakby były za duże. Podchodzi do Liv, a tymczasem
Max całuje Martinę. Gdy Liv ginie w objęciach ogromnego Antona
pachnącego calvinem kleinem, widzi, jak Max odchyla Martinę jak na
jakimś starym hollywoodzkim filmie i teatralnie ją całuje.
-?Kurwa, ale będziemy się dziś fajnie bawić -?mówi Martina, a potem
ciągnie za sobą Liv do łazienki. Bez żadnego zażenowania podciąga
sukienkę, zsuwa do kolan czarne koronkowe majtki i siada na muszli. Liv
opiera się plecami o jedną z dwóch umywalek.
Martina to jej najlepsza przyjaciółka i Liv ją kocha. Chociaż nie widują
się już po szkole, odkąd Liv wynajmuje to mieszkanie w Gärdet. Właściwie
powinna powiedzieć o tym Martinie. Ale chciała mieć coś, co będzie
należeć tylko do niej. Miejsce, gdzie będzie mogła pobyć sama. I nie
jest pewna, czy Martina by to zrozumiała. Ani czy potrafiłaby dochować
tajemnicy.
Martina coś papla. Liv słyszy, ale nie słucha. Ktoś puka do drzwi.
Głos Maxa.
-?To ja.
-?Poczekaj chwilę -?mówi Martina. Wstaje, podciąga majtki i poprawia
sukienkę. Sprawdza makijaż przed lustrem, a potem kiwa głową do Liv,
która otwiera drzwi. Liv zostawia Martinę i Maxa samych i gdy wraca do
salonu, dobiega ją dźwięk zamykanych drzwi i przekręcanego zamka.
W miejscu, gdzie jeszcze kilka minut temu Max wsunął jej palec do ust,
stoi teraz Anton. Trzyma w ręce telefon i nagle słychać trzask z głośników. Ryk muzyki wypełnia cały pokój z każdej strony. Anton coś
mówi, jego usta się poruszają, ale muzyka -?Liv wydaje się, że to
Rihanna -?zagłusza wszystko. Chłopak ścisza, wsuwa telefon do kieszeni
spodni od smokingu i wychodzi jej naprzeciw.
-?Cholera, ale ładnie wyglądasz -?mówi. -?Jak modelka.
Anton próbuje brzmieć swobodnie, jakby był pewny siebie, ale Liv wie, że
się denerwuje. Jego szyja robi się czerwona. Sięga po drinka.
-?Ty też.
Liv lubi Antona. Jest jednym z najpopularniejszych chłopaków w szkole w Skuru, pewnie dlatego, że kumpluje się z Maxem. Żyje w cieniu Maxa, tak
jak Liv od pierwszych klas podstawówki żyje w cieniu Martiny. Gdy tylko
Max i Martina wrócą, uwaga Antona skupi się na przyjacielu, a wtedy
zacznie się puszyć i jak zwykle dowcipkować o dekolcie Liv albo poprosi
ją w żartach, żeby mu obciągnęła.
Liv nie ma mu tego za złe. Anton musi zapewnić rozrywkę Maxowi. Przez
cały czas być trochę gorszy od niego, równocześnie stawiając Maxa na
piedestale. To jego zadanie.
Anton stoi przy oknie i Liv mu się przygląda. Jest przystojny, ale
całkowicie brakuje mu aury Maxa, tej oczywistości, którą albo się ma,
albo się jej nie ma. Teraz spogląda w stronę swojego domu, gdzie impreza
ich rodziców trwa w najlepsze. Ubrany na biało mężczyzna chodzi między
gośćmi i serwuje minikanapki; niemal słychać brzęk kieliszków do
szampana.
-?Myślisz, że dobrze się bawią? -?pyta go Liv.
-?Przed chwilą tam byłem, wiem, że nie. Przeglądają się w sobie nawzajem
jak w lustrze. Opowiadają o własnych sukcesach. Rozmawiają o swoich
firmach, samochodach, podróżach i innych rzeczach, które nic nie znaczą.
Plotkują o tym, jacy nieszczęśliwi są inni albo jakiego mają pecha.
Przecież wiesz, jacy oni są. A my pewnego dnia będziemy dokładnie tacy
jak oni. Tak właściwie to strasznie żałosne.
-?Naprawdę myślisz, że za kilka lat będziemy jak oni? Tak samo puści? -
pyta Liv.
Anton się śmieje.
-?Założę się, że dwadzieścia lat temu tak samo mówili o naszych
dziadkach. Właściwie to chore, od jak dawna trwa ta przyjaźń między
naszymi rodzinami.
Liv patrzy, jak mężczyzna, który ją zgwałcił, sięga w stronę tacy i wkłada do ust tartinkę. Myśli o jego ustach, jego zębach, doskonale zna
ich dotyk.
-?Co się stało? -?pyta Anton.
Przygląda się jej czujnie.
Liv się otrząsa.
-?Nic.
-?Przez chwilę strasznie dziwnie wyglądałaś. Upiłaś się?
Liv kiwa głową.
-?Tak, to musi być to. Piłam już wcześniej, kiedy się podkręcałam.
-?Twoi rodzice nic nie zauważyli?
Zaraz wygada się o mieszkaniu, ale w ostatniej chwili gryzie się w język.
-?Mam w pokoju kilka pochowanych butelek.
Anton się uśmiecha i podchodzi do zlewu. Odkręca kran i wyjmuje szklankę
z szafki. Chwilę odczekuje, sprawdza palcem temperaturę, zanim ją
napełnia. Nieraz podawał jej wodę, kiedy za dużo wypiła, wie, że Liv
lubi, żeby była lodowata. Podaje jej szklankę, a ona z wdzięcznością ją
przyjmuje. Lubi, kiedy Anton jest miły i troskliwy.
Pijąc, myśli o Maxie i Martinie, którzy zamknęli się w toalecie. Pewnie
uprawiają seks. Według Martiny często to robią. Dwa, trzy razy dziennie.
Może Max, który wcześniej wsuwał palec w jej usta, ma go teraz w ustach
Martiny. Ślina ich obu się miesza. Za sprawą Maxa.
Cztery lata wcześniej, niemal co do dnia, tamten mężczyzna zgwałcił ją
po raz pierwszy. W bagażniku swojego BMW X6. Kiedy szła chodnikiem do
domu po meczu unihokeja, podjechał i zaproponował, że ją podwiezie.
Jednak zamiast od razu odstawić ją do domu, spytał, czy może najpierw
coś załatwić. Skręcił w leśną drogę prowadzącą na zmrożoną, położoną na
uboczu plażę. Zatrzymał wóz. Wyciągnął do niej rękę, najpierw musnął jej
ramię, przesunął dłoń na piersi, a potem w dół, między nogi. Miał
rozchylone usta. Nagle ją puścił, otworzył drzwi samochodu i powoli go
obszedł. Nacisnął klamkę po jej stronie, wypuścił ją i delikatnie
poprowadził po zamarzniętej trawie, otworzył bagażnik i powiedział, żeby
położyła się w środku. Nogi zwisały jej poza bagażnik. Niezdarnie
ściągnął jej spodnie od dresu i majtki. Nie protestowała, leżała jak
sparaliżowana, kiedy w nią wszedł.
Tego samego dnia wieczorem włożyła grubą kurtkę i wymknęła się, gdy jej
rodzice spali. Próbowała zrozumieć, co się właściwie stało, czy naprawdę
została zgwałcona. Nie powiedziała przecież "nie". Nie próbowała go bić,
kopać czy ugryźć. Była po prostu całkowicie sparaliżowana. I dlaczego
był taki pewien, że ona o niczym nikomu nie powie?
Bez konkretnego planu zmierzała w stronę centrum miasta. Opuściła
bezpieczną dzielnicę willową. Szła długimi ścieżkami rowerowymi i spacerowymi, mijała osiedla szeregowców, centra handlowe i piękne
kamienice z przełomu XIX i XX wieku. Oszołomiona, wędrowała przez
ciemność i chłód. Nic nie czuła, o niczym nie myślała. Albo raczej wciąż
myślała o tym samym. Co tak właściwie się wydarzyło. Nawet nie
zauważyła, kiedy minęły dwie godziny, i nagle zatrzymała się na moście
Danvik. Przez chwilę spoglądała w ciemność w dole, a potem wspięła się
na balustradę. Ruch był bardzo słaby, prawie żaden. Nagle jednak za jej
plecami zahamował samochód. Usłyszała pisk opon. Odwróciła głowę. Na
boku wozu widniał napis "Taxi Stockholm". Prowadziła kobieta. Była
niska, pulchna i wyglądała jak prawdziwa gosposia.
-?Nie rób tego! -?krzyknęła. -?Na litość boską, nie rób tego!
Liv nie odpowiedziała, odwróciła się z powrotem w stronę mroku. Kobieta
się uspokoiła. Kiedy znów się odezwała, jej głos nie był już tak
udręczony i rozpaczliwy. Zbliżała się powoli, lekko przygarbiona.
-?Kochanie moje, proszę cię, nie skacz. Cokolwiek się stało, na pewno
będzie lepiej. Pomyśl o tym, że masz rodzinę, która cię kocha. Całe
życie przed tobą.
Liv powoli odwróciła się w jej stronę. Kobieta płakała, jej policzki
zaczerwieniły się od mrozu i wiatru. W błagalnym geście wyciągnęła rękę.
Liv do dziś nie wie, dlaczego ujęła dłoń kobiety i zeszła z balustrady.
Kobieta ją przytuliła, a potem odwiozła do domu.
-?Wiesz, o której będzie jedzenie?
Liv otrząsa się z zamyślenia i wspomnienie kobiety, która uratowała jej
wtedy życie, rozpuszcza się jak tabletka musująca. Anton się jej
przygląda. Liv uświadamia sobie nagle, że strasznie mocno ściska pustą
szklankę. Odstawia ją.
-?Wydaje mi się, że firma cateringowa ma być około dziewiątej.
-?Już jestem głodny.
Anton głaszcze się ręką po brzuchu jak małe dziecko. Liv się uśmiecha, a on wkłada rękę do kieszeni i wyjmuje komórkę.
-?Kto by dał radę tyle czekać. Zamówię jedzenie z Foodora -?mówi jakby
do siebie. -?Właśnie tak. Jakiś zasapany mały Hindus będzie musiał
przywieźć mi pizzę na rowerze.
Liv przestaje go słuchać, podchodzi do szafki stojącej pod wiszącym na
ścianie telewizorem na drugim końcu ogromnego salonu. Otwiera szuflady.
Przeszukuje je. Co będą robić przez sześć godzin? Oczywiście pić. Jeść.
Ale ma ochotę porobić coś jeszcze. Na jednej z półek znajduje starą grę
Monopoly. Wyciąga ją. Podnosi wieko, sprawdza, czy są elementy. Nie
myśląc o tym, co powiedzą pozostali, idzie w stronę zestawu
wypoczynkowego, wyjmuje na stół planszę i metaliczne pionki.
2.
Max patrzy na planszę do Monopoly
rozłożoną na stoliku. Mimowolnie się wzdryga. Jeszcze przed chwilą ten
wieczór wydawał mu się taki obiecujący, ale teraz szybko się rozgląda,
by się upewnić, czy pozostali nie zauważyli jego zmiany nastroju.
Kiedy miał dziesięć lat, po takim wieczorze spędzonym na graniu doszło
do ostatecznego rozłamu w jego rodzinie. Może się wydawać, że Johan,
najstarszy brat Maxa, który pracuje w banku w Londynie, wciąż do niej
należy; najważniejsze jest to, żeby zachować pozory idealnego rodzinnego
życia, wszystko inne ma drugorzędne znaczenie. Ale po jednym z takich
wieczorów spędzonych na graniu w Monopoly, osiem lat temu, Johan
ostatecznie zerwał kontakty z ojcem. Po tym, jak go uderzył. Nad okiem.
To było tak, jakby całe emocje z czasów dzieciństwa wezbrały wtedy w Johanie.
Rozpętał się chaos. Johan wybiegł z domu; to był jasny letni wieczór.
Matka Maxa dała ojcu opakowanie mrożonego groszku, żeby przyłożył je
sobie do oka. Ojciec zdrowym okiem przyjrzał się rodzinie i poinformował
wszystkich, że żadnemu z nich już nigdy nie wolno rozmawiać z Johanem.
Matka, Max i pozostała dwójka rodzeństwa go posłuchali, podporządkowali
się. Milczeli.
Tak jak zawsze.
Choć Max jest zły, że Johan zniknął, wie, że brat zrobił to dla niego.
Że to była próba ochronienia siebie i Maxa.
Od tego czasu w domu nie wspomina się o Johanie.
Ale ojciec nie wie, że Johan dzwoni do Maxa dwa razy w roku. W jego
urodziny, dziewiętnastego czerwca, i w sylwestra.
Max zastanawia się, czy dziś wieczorem też zadzwoni.
Ma taką nadzieję, ale nigdy nie wiadomo.
Wsuwa dwa palce między szyję a kołnierz koszuli i poprawia go. Przełyka.
Martina się uparła, żeby nosił muszkę. Właściwie wydaje mu się to
śmieszne. Jest ich przecież tylko czworo, sami przyjaciele, którzy znają
się od urodzenia, ale Martina chce, żeby wszystko wyglądało idealnie w jej mediach społecznościowych. Niedługo będzie chciała wyciągnąć go na
taras od strony cieśniny i zmusi go, żeby z nią pozował.
-?Cztery -?woła Martina i unosi swój pionek, samochód wyścigowy.
Przesuwa go i trafia na plac Norrmalmstorg. -?Kupuję.
Anton bierze do ręki komórkę leżącą na blacie stołu i wpatruje się w nią
poirytowany.
-?Pieprzony durny Hindus. Pobłądził. To takie trudne dostarczyć pizzę
hawajską? Nic dziwnego, że rozwozisz żarcie rowerem, ty pieprzona małpo
-?mówi do wyświetlacza.
Nikt nie reaguje. Przywykli do fochów Antona.
-?Patrzcie tylko -?wścieka się chłopak. Unosi telefon i pokazuje im
wyświetlacz. -?Teraz się zatrzymał, pewnie się rozgląda, ma w dupie, że
dowiezie mi zimną pizzę. W każdym razie ci rozwoziciele z Foodora nie
mają pojęcia, czym jest uczciwa praca. Powinienem napisać mail do jego
szefa, żeby go wylali. Powiemy, że próbował dobierać się do Liv. Problem
w tym, że nikt nie uwierzy, że nie chciała być obmacywana. Wszyscy ze
Skuru wiedzą, jaka z niej dziwka.
Śmieje się i szuka spojrzenia Maxa.
Ten uśmiecha się przez sekundę, potem rozsiada się wygodniej na sofie i ziewa.
Liv macha ręką w stronę Antona, jakby chciała mu przyłożyć, ale on się
uchyla. Kiedy znów siada, jej sukienka naciąga się na udach i unosi, i Max widzi jej czarne majtki. Po chwili zmusza się, żeby odwrócić wzrok.
-?To okropnie nudne, musimy podnieść stawkę -?oświadcza.
Pozostali natychmiast milkną, jakby ktoś wyłączył światło.
-?Co masz na myśli? -?pyta Liv.
-?Te drukowane pieniądze są nic niewarte -?mówi Max. Odstawia drinka,
bierze garść banknotów do gry i rozrzuca je po dywanie. -?Nie jesteśmy
przecież dziećmi. Prawda? Zrobimy tak: wymyślimy własne zasady. Kiedy
ktoś trafi na ulicę, która należy do kogoś innego, będzie mógł albo
zapłacić...
-?Albo co...? -?pyta z wyczekiwaniem w głosie Anton.
-?Albo wybrać: prawda czy wyzwanie.
Martina kiwa głową, Liv też.
-?Patrzcie na Liv. -?Anton szczerzy zęby. -?Na samą myśl o odrobinie
bliskości zaczyna dyszeć. Lepiej połóżmy plastikowy worek na dywanie,
inaczej się zniszczy.
Martina się śmieje, Liv udaje, że tego nie słyszała. Ale coś Maxowi
mówi, że Liv nie podobają się te docinki. Tylko co Max ma z tym zrobić?
Jeśli sprawia jej to przykrość, to powinna sama o tym powiedzieć
Antonowi. Tak jak przed chwilą stwierdzili, przecież nie są już dziećmi.
Teraz kolej Martiny. Dziewczyna rzuca kostkami. Vasagatan; należy do
Antona.
-?Prawda -?mówi Martina.
Anton rozsiada się wygodnie, popija drinka i się jej przygląda.
-?Z iloma facetami spałaś?
Martina przewraca oczami, zerka zaniepokojona na Maxa.
-?Nie obchodzi mnie to -?mówi chłopak.
Mówi to poważnie, naprawdę się tym nie przejmuje. Sam spał tylko z trzema dziewczynami, choć zwykle mówi, że było ich około pięćdziesięciu.
-?Nie mam ochoty na to odpowiadać.
-?Daj spokój, jesteś grzeczną dziewczynką -?mówi Anton i dopija drinka.
W szklance grzechoczą kostki lodu. -?Założę się, że nie było ich więcej
niż pięciu.
-?Z siedmioma.
Max sięga po kostki. Potrząsa nimi i rzuca. Toczą się po stole,
zatrzymują się. Czwórka i trójka. Bierze swoje żelazko i przesuwa je o siedem ulic do przodu. Trafia na Odengatan.
-?Płacisz? -?pyta go Martina.
Max się zastanawia. Spogląda na stertę pieniędzy do gry, kręci głową.
-?Zapomnij. Prawda.
-?Kogo ze swojego rodzeństwa najbardziej lubisz?
Max marszczy nos.
-?Co masz na myśli?
-?Siedzicie we czworo w jednym pokoju. Wchodzi facet z pistoletem. Pyta,
których dwoje ma zastrzelić.
Liv i Anton przyglądają mu się wyczekująco.
-?Porąbane pytanie.
Max nie potrafi nic na to poradzić, wspomnienie wraca jak film. Pięść
Johana trafia ojca w oko. Ojciec przewraca się z krzykiem, wymachuje
rękoma. Johan stoi nad nim, znów unosi pięść, ale się powstrzymuje.
Odchrząkuje. Ślina ląduje na policzku ojca.
Już go nie tkniesz, rozumiesz?
Max patrzy przed siebie pustym wzrokiem.
-?Johana -?mówi cicho. Jedynego, który kiedykolwiek go chronił.
Wstaje, podchodzi do kuchennej wysepki i bierze jedno z wiaderek z lodem. Stawia je na stoliku przy sofie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki