Rozdział 4
Niedziela 26 lipca 1936, Liebau-Ullersdorf[21]
Po tym, jak przemokli na Galgenbergu do suchej nitki, wrócili do centrum miasta. Walsleben pożyczył ubranie od jednego z żandarmów, Dewart przebrał się w hotelu. Potem spotkali się jeszcze z miejscowym lekarzem, którego policja wezwała do oględzin zwłok - ale nie wniósł do sprawy nic nowego - i przedsiębiorcą pogrzebowym. Komisarz kryminalny chciał jeszcze porozmawiać z wdową po zmarłym, ale akurat nie było jej w domu. Udało się za to spotkać z księdzem katolickim. Ta wizyta przyniosła mały sukces, policjanci dowiedzieli się bowiem, że w poprzednią niedzielę Alfons Dermuth zamiast własnej parafii, odwiedził kościół Czternastu Wspomożycieli w Ullersdorfie.
A ponieważ tej niedzieli miał być tam odpust ku czci św. Krzysztofa, Dewart postanowił wykorzystać okazję do wtopienia się w tłum. Liczył przy tym, że uda się zasięgnąć języka i dowiedzieć czegoś więcej o ofierze.
*
Ullersdorf jeszcze nie tak dawno był oddzielną miejscowością, w tym roku został jednak przyłączony do Liebau - podobnie jak wieś Dittersbach[22] położona za południowymi rogatkami miasta. Niespełna dwa tuziny domów rozciągniętych było na przełęczy ciągnącej się pomiędzy kilkoma wzgórzami, między innymi Heiligebergiem, Rabensteinem i Scholzenbergiem[23]. U podnóża tego ostatniego stał dumnie kościół Czternastu Wspomożycieli, czyli świętych, których wstawiennictwo zdaniem kościoła katolickiego było najbardziej skuteczne, szczególnie w przypadku chorób i zaraz.
Pierwszą świątynię w tym miejscu wybudowano w latach 1685-1687 - pod nadzorem mistrza budowlanego Michaela Jentscha pochodzącego z pobliskiego Johnsdorfu[24] - na zlecenie opata Bernarda Rosy, który w ten sposób chciał rozszerzać kult pielgrzymkowy poza sąsiednie Grüssau.
W czasach świetności do majątku cystersów należały dwa miasta - Liebau i Schömberg - oraz czterdzieści dwie wsie i osiemnaście folwarków, a wszystko to rozciągało się na powierzchni trzydziestu tysięcy hektarów. Rosa był jednym z tych opatów, którzy odcisnęli - w pozytywnym tego słowa znaczeniu - największe piętno na tych terenach. Jednym z jego pomysłów było wytyczenie trasy pielgrzymkowej dla pątników między Ullersdorfem i Grüssau i ustawienie przy niej czternastu kolumn z posągami świętych Wspomożycieli.
Wkrótce sanktuarium pod zboczem Scholzenbergu stało się bardzo popularne wśród pątników. Tak bardzo, że niespełna pół wieku później kolejny opat - Dominik Geyer - postawił na jego miejscu jeszcze większą świątynię. Skromne barokowe wyposażenie wnętrza zdobiły między innymi ołtarz główny z płaskorzeźbami Czternastu Wspomożycieli i Świętej Rodziny przedstawionej jako Trójca Stworzona. W jego centrum znajdowała się podobizna pasterza, któremu - zgodnie z legendą - w 1446 roku ukazało się Czternastu Wspomożycieli. Stało się to na terenach należących do cystersów w innej części Europy i zapoczątkowało kult Wspomożycieli w zakonie.
Obok kościoła w Ullersdorfie wybudowano też rezydencję opacką. Składały się na nią: barokowy pałac - łączący w sobie funkcje domu wypoczynkowego i rekolekcyjnego - oraz oficyny i zabudowania gospodarcze. Całość tworzyła coś na kształt klasztornego dworu wraz z własnym folwarkiem i razem z kościołem wzniesiona została dookoła prostokątnego dziedzińca. Prowadziła do niego brama wjazdowa z krytym gankiem łączącym piętro pałacu z emporą muzyczną świątyni.
Od 1810 roku rozpoczął się spadek popularności tego miejsca. Wtedy to zaczęto realizować postanowienia dekretu sekularyzacyjnego wydanego przez króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III, na mocy którego na całym Śląsku skasowano klasztory i należące do nich majątki. Król decyzję tłumaczył względami oświeceniowymi, jednak w tym wszystkim chodziło przede wszystkim o pieniądze - były niezbędne, aby Prusy mogły spłacić ogromne kontrybucje wojenne nałożone przez Napoleona. Efekt był taki, że miejscowi cystersi stracili cały swój majątek i musieli opuścić Grüssau, Liebau, Schömberg oraz tych kilkadziesiąt wsi i folwarków - jedynie niektórzy zostali, by pełnić funkcję księży diecezjalnych.
Dawna rezydencja opacka w Ullersdorfie była teraz wykorzystywana przez nadleśnictwo, ale sam kościół funkcjonował normalnie. Jedną z największych uroczystości był coroczny odpust św. Krzysztofa odbywający się 25 lipca - a jeśli ten dzień przypadał w tygodniu, to święto i towarzyszący mu jarmark przenoszono na najbliższą niedzielę. Na uroczystość przybywało wielu mieszkańców Liebau, a także dalej położonych miejscowości.
Od wchłonięcia Ullersdorfu i Dittersbachu, Liebau liczyło sobie około pięciu i pół tysiąca mieszkańców i Dewart miał wrażenie, że co piąty z nich postawił sobie za punkt honoru pojawienie się tego dnia na odpuście w kościele Czternastu Wspomożycieli.
- Albo i połowa - skonstatował w myślach, widząc mrowie ludzi siedzących na łące wokół świątyni. Czekał, aż skończy się msza, aby móc zabrać się do rzeczy, chociaż zastanawiał się, czy pomysł, aby pakować się w taki tłum, nie był chybiony.
Nie tylko on się niecierpliwił, także dzieciom coraz trudniej było zachować spokój. Kilkoro z nich przepychało się przy schodach tarasu wiodących do kościoła. Taras dobudowano do świątyni w latach 1790-1792 - jego kamienną balustradę zdobiły figury świętych: Barbary i Katarzyny - a pod nim kryła się krypta św. Aleksego.
- Czego te bachory tak się tam kłębią? - spytał Dewart.
- Chcą zajrzeć do krypty - wyjaśnił Walsleben. - Żeby zobaczyć naturalnej wielkości posąg świętego Aleksego leżącego na łożu śmierci. Chciałby pan spojrzeć?
- Łoże śmierci? - Dewart westchnął. - Śmierci to my mamy dostatek. Alfons Dermuth wystarczy nam w zupełności. Lepiej zajmijmy się żywymi.
- Nie wiem, czy cokolwiek zdziałamy w takiej ciżbie.
- Więcej wiary, panie starszy mistrzu! - rzucił bardziej chyba do siebie, niż do żandarma.
Zaraz potem msza się skończyła, z kościoła wylał się tłum ludzi. Odpoczywający na łące też ruszyli z miejsca, część skierowała się do świątyni, aby choć chwilę się w niej pomodlić, reszta zniknęła między straganami z przeróżnymi rzeczami, od mydła do powidła.
Dewart spacerował między ludźmi, myśląc nad tym, jak przyznać się Walslebenowi do porażki. Nagle dostrzegł babę kiełbasianą z wielkim wiklinowym koszem. Był on przedzielony na trzy części, w jednej mieściły się ciepłe kiełbaski, dwie pozostałe przeznaczone były dla precli z kminkiem oraz rogali z kminkiem. W tej okolicy bowiem jedzenie kiełbasek ze zwykłą bułką uważano niemal za profanację.
Kawałek dalej oblegany był kiełbaśnik - obnośny sprzedawca kiełbasy na gorąco wyposażony w dużo bardziej nowoczesne urządzenie, bo w mały przenośny piecyk - ale Dewart postanowił dokonać zakupu u baby kiełbasianej, jakoś po prostu wzbudziła w nim większe zaufanie. Nie bez znaczenia była też dużo mniejsza kolejka.
Jedną porcję kupił dla siebie, drugą dla Walslebena. Przyznanie się do porażki postanowił odroczyć nieco w czasie, zaczął krążyć między ludźmi. Jego uwagę przykuło zbiorowisko ludzi kłębiących się na dziedzińcu dawnej rezydencji opata. Szybko wyszło na jaw, że fotograf wykonuje tam zdjęcia na tle kościoła. Przed obiektywem stawały pary małżeńskie, gromady dzieci, a także całe rodziny. Młodzi, starsi, dystyngowani bardziej albo mniej, roześmiani i poważni.
Dewart odczekał, aż fotograf będzie wolny.
- Możemy chwilę porozmawiać? - zagaił.
Fotograf spojrzał na niego przeciągle.
- A kim pan szanowny jest?
Komisarz kryminalny w lot wyczuł powód rezerwy swojego rozmówcy. Przejechał delikatnie palcami po bliźnie na prawym policzku ciągnącej się łukiem od kącika ust aż do skroni.
- Tego się pan przestraszył? - spytał. Zaraz potem z kieszeni marynarki wyjął mosiężną, owalną odznakę policji kryminalnej, starając się na nią nie patrzeć. Odkąd stare blachy wymieniono na nowe, w ich centralnym punkcie widniała swastyka. - Policja kryminalna.
- Co pan chce wiedzieć?
- Tydzień temu też pan tutaj był?
- Byłem.
- Pracował pan?
- Tak - potwierdził fotograf. - Niektórzy przychodzą tydzień przed odpustem, bo wtedy nie ma takich tłumów.
- A widział pan Alfonsa Dermutha? - spytał Dewart prosto z mostu.
- Tego, co się powiesił?
- A jest w Liebau jeszcze drugi mężczyzna o takim imieniu i nazwisku?
- Nie ma.
- Widział go pan, prawda?
- Widziałem.
- Z kim był?
- Nie zwróciłem uwagi... Fotografowałem pana o bardzo słusznej posturze... Miałem problem z ujęciem go w kadr...
- Był z małżonką? - spytał komisarz kryminalny.
- Kto? - Fotograf nie zrozumiał pytania. - Ten grubas?
- Dermuth - wyjaśnił.
- Nie.
- Jest pan pewien?
- Pani Dermuth jest bardzo piękną kobietą. Zauważyłbym, gdyby towarzyszyła mężowi. A dlaczego pan komisarz kryminalny pyta?
- Od zadawania pytań jestem ja - uciął Dewart. - Dziękuję za rozmowę. Muszę pana jeszcze zobowiązać do utrzymania naszej rozmowy w tajemnicy. Trwa śledztwo i kłapanie jęzorem mogłoby je utrudnić - skłamał gładko. - Rozumie pan?
- Tak jest! - zapewnił solennie.
- Niech pan wraca do pracy. - Dewart pokazał czekającą na fotografa parę w średnim wieku z szóstką dzieci, która pojawiła się na dziedzińcu chwilę wcześniej.
Wrócił na plac przed tarasem wejściowym, odszukał Walslebena i zaproponował krótki odpoczynek. Żandarmowi dwa razy nie trzeba było powtarzać, od razu zaprowadził Dewarta do zajazdu i pensjonatu "Zum Grüner Wald[25]" położonego tuż przy głównej szosie łączącej Liebau z Schömbergiem[26], na której poboczu zostawili wcześniej automobil. Oprócz przestronnej sali tanecznej goście mieli też do wyboru ogród z zadaszoną kolumnadą. A jeśli ktoś chciał przenocować, miał do dyspozycji jeden z szesnastu pokoi.
Zarówno w sali, jak i w ogrodzie, wszystkie miejsca były zajęte, policjantom pozostał tylko mało wygodny kamienny murek. Gorzej było za to z wyborem dań, bo z uwagi na obłożenie lokalu, jedyne, co mógł im zaproponować kelner, to zupa gulaszowa.
- Smaczna, ale trochę mało - zauważył Walsleben, kiedy skończył jeść.
- Trochę mało? Ja wciąż jestem wściekle głodny. Jakbym mógł, zjadłbym... - Nagle zamilkł.
- Konia z kopytami? - dopowiedział żandarm.
Dewart milczał. Po marsie na twarzy było widać, że intensywnie myśli.
- Przycisnąć gospodarza, żeby podał coś spod lady? - spytał Walsleben.
W odpowiedzi komisarz kryminalny zerwał się z miejsca i popędził jak burza w kierunku kościoła. Żandarm ruszył za nim.
Kiedy Dewart dotarł do świątyni, poczuł zawód: kiełbaśnika już nie było. Odwrócił się, żeby sprawdzić, gdzie jest Walsleben i właśnie wtedy dostrzegł babę kiełbasianą. Siedziała na łące pod drzewem i czymś się zajadała. Ruchem ręki pokazał żandarmowi, aby trzymał się na dystans, sam podszedł do kobiety.
- Poproszę jedną porcję - powiedział.
Kobieta przerwała konsumpcję, spojrzała na Dewarta.
- Kiedy już wszystkie się skończyły, panie szanowny - rzekła.
- Ani jednej nie ma? - Był autentycznie zawiedziony.
- Kiedy wszyscy pielgrzymi już poszli, wzięłam ostatnią. A pan przecież wcześniej kupił dwie.
- Jedna była dla kolegi... - odparł machinalnie. A w głowie analizował: miała dobrą pamięć!
- Nawet precli już nie ma. Ostatniego sama zjadłam. - Pokazała na resztkę pieczywa trzymaną w dłoni.
- Chciałem panią o coś spytać... - zaczął ostrożnie.
Przyjrzała mu się bacznie, zaraz potem powiedziała nerwowo:
- Kiedy ja nic nie wiem, proszę szanownego pana.
- Tydzień temu też tu pani była, prawda?
- Byłam... - odpowiedziała po chwili namysłu.
- Widziała pani Alfonsa Dermutha?
- Kogo?
Dewart był zbyt doświadczony, żeby nie zauważyć nerwowej reakcji rozmówczyni.
- Tego, który kilka dni temu powiesił się na Galgenbergu.
- Kiedy ja nic nie wiem, proszę szanownego pana. - Wstała z ziemi, zarzuciła kosz na plecy.
Komisarz kryminalny obrzucił ją bacznym spojrzeniem. To była prosta kobieta, niewykształcona. Jak znał życie, zrobiła może kilka klas szkoły. Już dawno powinna mówić, a tymczasem czegoś się obawiała. A może po prostu była to tylko zwykła ostrożność?
- Niech się pani nie boi - powiedział przyjaźnie.
- Kiedy ja się nie boję - odparła hardo, maskując zdenerwowanie.
- Chciałem panią spytać o kilka rzeczy.
- Kiedy ja muszę już iść.
Kobieta zrobiła krok do przodu, ale Dewart od razu zastąpił jej drogę
- Tylko parę pytań. - Uśmiechnął się delikatnie.
- Kiedy ja naprawdę nic nie wiem...
Zrozumiał, że obrana przez niego taktyka nie przyniesie pożądanych rezultatów. Trudno, musiał zrobić inaczej.
- Komisarz kryminalny Gustav Dewart - przedstawił się, przybierając bardziej oficjalny ton. - W związku z toczącym się śledztwem zadam pani kilka pytań. - Pokazał odznakę Kripo. - Zrozumiała pani?
Kobieta chwyciła fartuch w dłonie, zaczęła go nerwowo gnieść.
- Zrozumiałam...
- Zacznę od tego, że nasza rozmowa ma charakter poufny, co oznacza, że nie wolno pani o niej nikomu mówić - rzekł ostro. W końcu działał tu nieoficjalnie i dopóki była taka możliwość, lepiej było zbytnio się nie afiszować. - Czy to jest jasne?
- Tak, panie komisarzu kryminalny.
Dewart oglądnął się za siebie. Na szczęście jedyną osobą, jaką zobaczył, był Walsleben. Cały czas trzymał się na dystans.
- Wystarczy: proszę pana - powiedział łagodnie.
- Dobrze, proszę pana.
- Widziała tu pani Alfonsa Dermutha ostatniej niedzieli?
- Widziałam.
Dewart postanowił zaryzykować.
- Z kim był? - spytał.
- Nie znam tego mężczyzny.
Komisarz kryminalny jej uwierzył. Jeśli dobrze kombinował, Dermuth spotkał się tutaj z kimś sobie równym, a z takimi osoby pokroju baby kiełbasianej się nie zadawały.
- Niech go pani opisze - polecił. - Jego fizjonomię - dodał, widząc zdziwione spojrzenie kobiety.
Zaczęła mówić, komisarz kryminalny skrzętnie notował w myślach.
- Ktoś jeszcze był z tymi dwoma?
- Dwie osoby.
- Może je pani opisać?
- Nie widziałam ich.
- To skąd pani wie, że byli we czwórkę?
- Ten, który się powiesił, kupił u mnie kiełbaski. Cztery podwójne porcje, po jednej na głowę, jak się wyraził.
- To wszystko - rzucił Dewart na odchodne. - Proszę pamiętać, że nikomu nie wolno pani mówić o naszej rozmowie.
W odpowiedzi kobieta energicznie potaknęła.
*
- Ja go znam! - Walsleben mało z portek nie wyskoczył, wysłuchawszy relacji komisarza kryminalnego w drodze do automobilu. - To Martin Lebe, buchalter. Znana postać finansjery nie tylko w Liebau, ale i w całym powiecie. Uczestniczy w przeróżnych interesach.
- Typ spod ciemnej gwiazdy?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Raczej szanowany obywatel - odparł. - Napijemy się czegoś zimnego?
Akurat stali przed "Zum Grüner Wald" i Dewart uznał to za wystarczający znak do tego, aby przyjąć propozycję żandarma.
Skierowali się do kontuaru, komisarz kryminalny zamówił dwa piwa. Zanim zdążył zareagować, Walsleben zaczął wypytywać barmana o Dermutha i buchaltera, ale niczego się nie dowiedział.
- Herr Obermeister, powiem panu dwie rzeczy - rzekł Dewart, kiedy już siedzieli na tym samym kamieniu. - Pierwsza: barman kłamał.
- Też tak myślę...
- No właśnie, że pan nie myśli! - zdenerwował się. - Zachowuje się pan jak słoń w składzie porcelany! Nie powinien pan tak bezceremonialnie wypytywać o buchaltera. To wbrew podręcznikowi pracy policjanta kryminalnego.
- Nie studiowałem takiego podręcznika - mruknął Walsleben.
- A może pan powinien? - Dewart ciął słowami jak dobrze naostrzoną brzytwą. - Po to ściągnął pan mnie, żebym to ja zajmował się robotą kryminalną.
Żandarm udał, że oddaje honory.
- Tak jest!
- Niech się pan na mnie nie gniewa... - dodał komisarz kryminalny dużo łagodniejszym tonem. - Mleko już się rozlało...
- Wiemy chociaż, że barman kłamie i że Dermuth z Lebem tu byli.
- Może kłamał, może nie lubi rozmawiać z policją - zauważył Dewart. - Ale stawiałbym na to pierwsze.
- Ja też.
- Wiemy także, że Dermuth był tutaj sam, bez żony - kontynuował. - Tak na marginesie, wiedział pan, że to jest podobno bardzo piękna kobieta?
Walsleben uśmiechnął się nieznacznie, potem odchrząknął.
- A potrzebna nam ta wiedza? - spytał po chwili.
- Informacji nigdy za wiele - stwierdził Dewart. - Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Dermuth spotkał się z tymi czterema mężczyznami w poprzednią niedzielę, a na przykład nie dzisiaj?
- Może nie lubi tłumów, jak pan komisarz kryminalny?
- A pan lubi?
- Mnie tłum nie przeszkadza.
- To nie to... - Dewart myślał na głos. - To popularne miejsce?
- Nie tak bardzo, jak Grüssau, ale ruch jest spory, jak pan sam pewnie zauważył.
- Zatem trzeba przyjąć, że Dermuth albo faktycznie nie lubił wielkiej masy ludzi, albo wybrał poprzednią niedzielę z innego powodu.
- Jakiego?
- Skoro jednym z kompanów był buchalter, to powinniśmy przyjąć, że chodziło o jakiś interes.
- Chwileczkę... - Na twarzy żandarma pojawiła się głęboka bruzda. - Jeśli załatwialiby jakieś ciemne sprawki, to Dermuth nie powinien wspominać o tym spotkaniu księdzu.
- Jak ksiądz pyta, czemu nie było cię w niedzielę na mszy, lepiej nie kłamać, prawda? - Pytanie było retoryczne, komisarz kryminalny nie oczekiwał więc odpowiedzi. - Poza tym, nie musieli przecież kryć się jak szpiedzy. Znaleźli z kompanami jakieś ustronne miejsce, załatwili interesy, jakie mieli do załatwienia i tyle. Może nawet siedzieli w którymś z pokoi w tym pensjonacie?
- Co dalej?
- Na razie jedyny punkt zaczepienia, jaki mamy, to interesy Dermutha. Buchaltera już namierzyliśmy, zostaje nam jeszcze trzech nieznajomych.
- Namierzymy i aresztujemy całą czwórkę?
- Zwariował pan! - Dewart był bliski wybuchu.
- Jakbyśmy ich lekko przycisnęli, może by coś wyśpiewali?
- Boże! - Wzniósł oczy ku niebu. - Dopiero co panu tłumaczyłem, że policyjna robota to subtelna robota. Subtelna!
Walsleben cmoknął wyraźnie z czegoś niezadowolony.
- Co zatem zrobimy? - spytał.
- Na głodnego źle mi się myśli, a w całym Ullersdorfie nie ma już chyba kawałka czerstwego chleba, pielgrzymi wszystko wymietli - odpowiedział Dewart. - Jedźmy do miasta.
Żandarm zerwał się z kamienia jak oparzony.
- Spokojnie, mamy dużo czasu. - Komisarz kryminalny uśmiechnął się szeroko. - I nikt nam po piętach nie depcze.
Gdyby Dewart wiedział, czym zajmuje się właśnie barman z gospody "Zum Grüner Wald", jego dobry nastrój ulotniłby się jak kamfora.