Rozdział I. Siła wpływu
Rozdział I
Siła wpływu
Jestem pewna, że co najmniej raz w życiu o niej pomyśleliście, była
tematem waszych rodzinnych i towarzyskich rozmów, że padały komentarze o jej stroju, wyglądzie, pieniądzach. Bo ona jest wszędzie. Ile
widzieliście dziś artykułów o Annie Lewandowskiej? Żadnego? To znaczy,
że nie zaglądaliście jeszcze do sieci. Ile produktów wytwarzanych przez
jej firmy bezwiednie zapisało się w waszej podświadomości? Nie trzeba
być jej fanem, wystarczy być użytkownikiem internetu, telewizora,
sklepu. Wystarczy wejść do galerii handlowej albo korzystać z sieci.
Setki przekąsek, napoje, kosmetyki, catering dietetyczny z dostawą do
domu, suplementy diety, treningi w aplikacji w telefonie, na live'ach na
Instagramie lub w jej fitness klubie. A do tego mnóstwo produktów,
których wprawdzie nie wytwarza, ale je reklamuje.
Każdego dnia media produkują od kilku do kilkunastu artykułów na jej
temat. To w dni, kiedy nic wyjątkowego się wokół niej nie dzieje. Jeśli
jednak Lewandowska idzie na jakąś premierę, kibicuje mężowi na
sportowych trybunach albo udzieliła właśnie wywiadu, artykułów jest
minimum czterdzieści, a przy okazji większych imprez sportowych, jak na
przykład mistrzostwa świata w piłce nożnej, bywa, że i dwa, a nawet trzy
razy tyle. Mowa tu o samych dziennikarskich tekstach, a przecież pod
każdym z nich widzimy setki komentarzy i wzmianek powielanych w nieskończoność w mediach społecznościowych.
Gdy w 2016 roku okazało się, że Lewandowska spodziewa się pierwszego
dziecka, w gazetach, radiach, telewizjach i w portalach pojawiło się
prawie trzy tysiące tekstów na temat jej ciąży. Press-Service Monitoring
Mediów policzył wtedy, że ekwiwalent reklamowy, czyli wskaźnik
wyrażający ilość pieniędzy, jaką należałoby wydać na publikację jakiegoś
przekazu, gdyby był on reklamą, wyniósłby trzy i pół miliona złotych.
Kiedy Lewandowskim urodziła się pierwsza córka, media natychmiast
chóralnie nazwały ją polskim "royal baby" i śledziły każdy najmniejszy
ruch związany z dzieckiem, relacjonując to na wzór brytyjskiej kampanii
wokół dzieci Windsorów. Przez pierwszy rok po narodzinach Klary
publikacji na temat Lewandowskiej i jej córki było w sumie prawie
dwadzieścia tysięcy.
Jest też rzesza Polaków, która z własnej woli poszukuje informacji o niej. Pięć milionów trzysta tysięcy osób codziennie ogląda na
Instagramie to, co robi Anna Lewandowska. To tak jakby postawić obok
siebie wszystkich mieszkańców Warszawy i ich potroić! To jest absolutny
rekord - żadna inna Polka nie ma tak dużych zasięgów w mediach
społecznościowych. Tyle osób codziennie poświęca swój prywatny czas, by
dowiedzieć się, co Lewandowska zjadła na śniadanie, w co się ubrała,
czym posmarowała twarz, jak wyglądał dziś jej trening, ile róż dał jej
mąż w dowód miłości, jak bawi się z dziećmi, czym układa fale na włosach
i jakie nowe produkty można od niej kupić.
W 2023 roku Lewandowska w prestiżowym rankingu została uznana za
najbardziej wpływową kobietę w polskim internecie. Co roku
organizowanych jest kilka podobnych rankingów, szacujących, kto ma
najsilniejszą markę własną, najwyższą wartość reklamową, największy
wpływ społeczny. Lewandowska w tych konkurencjach plasuje się zwykle
między pierwszym a trzecim miejscem. Jeśli ktoś ją wyprzedza, to
najczęściej jest to jej mąż.
***
Zaciekawiło mnie, co takiego skłania ludzi, żeby codziennie śledzić
życie obcej w końcu osoby, której nigdy nie spotkają, z którą nigdy nie
zamienią słowa. Postanowiłam zrobić minibadanie. Napisałam wiadomość do
stu losowo wybranych obserwatorek Lewandowskiej na Instagramie. Były to
kobiety w wieku od trzydziestu do pięćdziesięciu lat, z dużych miast,
miasteczek i wsi. Pracujące zawodowo i te skupiające się wyłącznie na
prowadzeniu domu. Kobiety z różnym portfelem. Zapytałam je, dlaczego
obserwują Lewandowską, co powoduje, że poświęcają swój czas, który mogą
przeznaczać na kontakt z rodziną, pasje, pracę, relaks.
Odpowiedzi okazały się zaskakujące. Byłam pewna, że głównym powodem jest
fakt, że Anna Lewandowska jest żoną Roberta Lewandowskiego. Na drugim
miejscu stawiałam wspólne ćwiczenia z ich fitness guru. Myliłam się.
Kobiety podawały kilka powodów, ale najczęściej, bo aż siedemdziesiąt
pięć procent z nich, wskazywały, że obserwują Lewandowską, bo chcą
podglądać jej biznes, patrzeć, jak go rozwija, jak zarządza swoją sławą
i swoim potencjałem. Jest to ciekawe nie tylko dla kobiet, które
prowadzą własne firmy, większość z nich to pracowniczki etatowe, ale
tłumaczyły, że wiedza, jak Lewandowska żyje i buduje swoje imperium,
motywuje je, daje im do myślenia w kontekście innych dziedzin ich
własnego życia. To je inspiruje do samorozwoju.
Połowa badanych przeze mnie kobiet wskazała jako powód do obserwowania
Lewandowskiej otrzymywanie darmowych treści związanych z dietą. Szukają
u niej inspiracji do znalezienia darmowych przepisów na zdrowe posiłki,
zwłaszcza desery, szczególnie te dla dzieci.
Czterdzieści procent ankietowanych przeze mnie pań wskazało, że równie
ważnym powodem są ćwiczenia, do których zachęca Lewandowska. Większość
moich respondentek ma ściągniętą aplikację "Diet & Training by Ann",
bardzo chętnie też uczestniczą one w treningach live na jej Instagramie.
Tyle samo kobiet wskazało jako powód chęć podglądania życia najgorętszej
polskiej "power couple", a z konta Lewandowskiej podpatrują życie
prywatne Roberta. Traktują jej Instagram jak odwiedziny portalu
plotkarskiego, jako rozrywkę.
Co trzecia followerka Lewandowskiej odpowiedziała mi, że czerpie od niej
również inspiracje modowe oraz że śledzi jej życie w social mediach ze
względu na ładny kontent, obrazki, pięknie sprzedane treści. Większość
respondentek, które wskazały na ten powód, zaczęła regularnie wchodzić
na konto Lewandowskiej dopiero wtedy, gdy przeprowadziła się z rodziną
do Barcelony. Co czwarta badana kobieta powiedziała, że ogląda
Lewandowską z powodu inspiracji urodowych i kosmetycznych.
***
Kiedy pisałam książkę o stylu życia polskich miliarderów, jedną z bardziej zaskakujących informacji, które usłyszałam od ich partnerek,
córek, żon, była ta, że wzorują się na Annie Lewandowskiej. I nie
chodziło o wylewanie siódmych potów na macie i pieczenie bezglutenowych
bułeczek, ale o to, co nosi. Nie była to oczywiście jedyna osoba, którą
owe miliarderki czy żony miliarderów podglądają na Instagramie i w portalach plotkarskich, ale z pewnością była numerem jeden. W tych
rozmowach nie padło nazwisko żadnej polskiej aktorki, piosenkarki,
prezenterki telewizyjnej, nawet modelki. Było to dla mnie ciekawe, bo
Lewandowska buduje swoje imperium i wpływy głównie w obszarze sportu i zdrowego stylu życia, a poza tym nie obraca się na co dzień w towarzystwie polskiej elity finansowej. Dopytywałam, o co chodzi.
Najbogatsze Polki tłumaczyły mi, że Lewandowska ma moc przyciągania, bo
jest już tak popularna, że "zapraszana do Cannes", pojawia się na
światowych tygodniach mody, a jeśli zakłada na rękę kilka konkretnych
bransoletek Cartiera, to znaczy, że są one modne. Krótko mówiąc,
trenerka fitness, dietetyczka, żona piłkarza jest postrzegana przez
bardzo bogate kobiety jako wzór stylu. Paradoksalnie, bo Lewandowska
przez lata swojej obecności w social mediach pokazywała się głównie w strojach sportowych. Najwyraźniej wystarczyły dwa lata (od tego czasu
wyraźnie zaczęła wprowadzać do swoich mediów społecznościowych treści
modowe), by z guru fitness stać się dla wielu może jeszcze nie ikoną
stylu, ale na pewno trendsetterką. Przełom nastąpił wraz z przeprowadzką
do Hiszpanii. Uczestniczenie w przyjęciach podczas Festiwalu Filmowego w Cannes, zatrudnienie stylistki pracującej jako szefowa działu mody w polskiej edycji "Vogue'a", pokazywanie się na najważniejszych modowych
eventach na świecie w towarzystwie światowych projektantek i modelek
było wypłynięciem na szerokie celebryckie wody. Anna Lewandowska
przestała być postrzegana wyłącznie jako ambasadorka zdrowego życia.
***
Ale jest jeszcze inny aspekt siły niewiarygodnie szybko rosnącej
popularności Lewandowskiej. To wspólnotowa wielka potrzeba posiadania
narodowej rodziny królewskiej. Co ciekawe, Anna i Robert dostali takie
wytyczne od znanego trenera rozwoju osobistego, specjalisty od wizerunku
i coacha w jednym - Mateusza Grzesiaka, który już w 2017 roku miał
przygotować dla Lewandowskich kompendium wiedzy, opracowanie strategii
budowania ich publicznego wizerunku o tytule "RAL Power Couple". W części zatytułowanej "Wizja" zapisane było: "Power couple jako model
wzorcowy dla każdego małżeństwa. Metaforycznie: król i królowa Polski".
Lewandowskim ta strategia i porównanie wyjątkowo nie przypadły do gustu.
Od osób z ich bliskiego kręgu wiem, że Robert nie chciał słyszeć rad,
jak ma się przeistoczyć w króla, a Lewandowska irytowała się na każdą
PR-ową próbę zrobienia z niej polskiej wersji księżnej Kate, mówiąc, że
"to nie są jej buty", to nie jest jej energia, sposób bycia i nie
pozwoli zamknąć się w złotej klatce. Do dziś na tego typu porównania
reagują alergicznie. Niemniej bez względu na to, czy Lewandowscy
przyjęli, czy odrzucili model zaproponowany przez Grzesiaka, bez
wątpienia wpisuje się on w potrzeby społeczne. Polacy, podobnie jak inne
narody, podświadomie chcą podziwiać wybraną jednostkę, również
krytykować, ale przede wszystkim uczestniczyć w jej życiu prowadzonym w narracji bajki.
Są bajki światowe i te bardziej lokalne. Lewandowscy jako jedyna para,
jedyna rodzina (wcześniej taki potencjał miała tylko para prezydencka
Kwaśniewskich, ale nie zostało to przez nich wykorzystane) od kilku lat
stoją na styku Polski i świata, łącząc naszą lokalną dumę i światowe
aspiracje. Czasem dochodzi do kuriozalnych sytuacji. Tak było na
przykład wtedy, gdy Lewandowscy zaczęli mieć problemy wizerunkowe
związane z doniesieniami Cezarego Kucharskiego, byłego menedżera
Roberta, który przekonywał opinię publiczną i organy ścigania, że
Lewandowscy dopuścili się przestępstw podatkowych. Wówczas w sieci
hejterskie komentarze szły łeb w łeb z tymi, które porównywały atak na
Lewandowskiego do ataku na papieża Polaka, z argumentem, że bohaterów
narodowych się nie rusza. Do dziś krytycy, a nawet hejterzy
Lewandowskich często odwołują się do tamtej sytuacji, pisząc z przekąsem
w komentarzach pod setkami artykułów o najsłynniejszym polskim piłkarzu
i jego żonie, że w Polsce to rodzina "santo subito" i jej się nie tyka.
Dlatego Lewandowscy, pomimo bardzo silnego "negatywnego elektoratu"
skupiają na sobie uwagę coraz większej liczby Polaków, a wpływy tej
"power couple" przebijają się za granicą.
Jak nad tym panuje Anna Lewandowska i jak tę relację "love-hate" z potencjalnym klientem przekuwa w twardy biznes? Dlaczego w ogóle
kobieta, która mogłaby zajmować się tylko przyjemnym konsumowaniem
majątku swojego męża, prowadzi własny biznes i od dziesięciu lat buduje
z wielkim sukcesem swoją markę osobistą? O tym jest ta książka.
Rozdział II. Camp by Ann
Rozdział II
Camp by Ann
Przejeżdżam przez imponującą wielkością bramę wjazdową. Centrum
Japońskich Sportów i Sztuk Walki "Dojo", Stara Wieś. Jeszcze przed
chwilą jechałam przez zwykłą, pospolitą, polską wieś, ale ostatnie
kilkaset metrów jak magiczny pas transmisyjny teleportowały mnie do
Kraju Kwitnącej Wiśni. Szeroki, piękny podjazd prowadzi przez
zaaranżowaną według dalekowschodniego stylu przestrzeń, gdzie po jednej
stronie widzę japoński ogród, duży wybieg dla koni, a pagórkowate zbocza
odsłaniają zgrabne japońskie domki, w których wśród zupełnie nieznanych
mi kobiet mam spędzić najbliższy tydzień. Po drodze mijam parking. Na
nim pierwsza podpowiedź, kogo tu spotkam. Większość samochodów to
luksusowe limuzyny, sportowe fury o wartości mieszkań, gdzieniegdzie
przeplatane poczciwymi oplami i skodami. Przy samej recepcji można na
chwilę zostawić swoje auto, szybko zameldować się i uciekać na parking.
Tu, przy recepcji, jest dozwolone miejsce tylko dla wielkiego, czarnego,
terenowego mercedesa G 63, który na tle tej japońskiej ascezy wygląda
jak Pałac Kultury w otoczeniu mikrych domów towarowych. Żeby nie stał
tak sam, towarzyszy mu drugi, nie aż tak potężny, ale też spory SUV. W środku siedzi trzech mężczyzn jakby żywcem wyciągniętych ze
statystowania w filmach Patryka Vegi. Dwóch ma wzrok wlepiony w komórki,
trzeci się rozgląda. Gołym okiem widać, że to osobiści ochroniarze.
Tak zaczynam tygodniowy obóz treningowy Anny Lewandowskiej.
W recepcji witają mnie uśmiechnięte dziewczyny. Zabierają dokumenty,
podpisuję zgodę na wykorzystywanie wizerunku w internecie (czytaj:
Instagramie), podaję zgodę lekarza na ćwiczenia fizyczne. W lobby panuje
gwar jak na Dworcu Centralnym, euforyczne powitania dziewczyn, które
znają się z poprzednich obozów, należących już do rodziny "by Ann"
nakładają się na kakofonię odgłosów turkoczących kół dziesiątek walizek
prowadzonych również przez te nowe, lekko przestraszone uczestniczki,
podobne do mnie. Dostajemy klucze do domku i pakiety sponsorskie. W środku spory prezent: zdrowe batoniki "by Ann", napoje "by Ann",
kosmetyk "by Ann", bon rabatowy na catering dietetyczny i aplikację do
ćwiczeń. Wszystko oczywiście "by Ann". Jest jeszcze sportowa koszulka od
4F - marki, z którą Lewandowska ma podpisany kontrakt reklamowy i którą
w różnych konfiguracjach kolorystyczno-fasonowych będę widziała przez
ten tydzień częściej niż swoje odbicie w lustrze. Jest jeszcze cienka,
kolorowa książeczka. W książeczce jadłospis na cały obóz plus przepisy
wszystkich dań, skomponowanych osobiście przez Annę Lewandowską.
Przepisy zredagowane są tak, że Lewandowska w pierwszej osobie zwraca
się do swojej czytelniczki i mówi, co dokładnie robi. Na przykład: kroję
pomidory w kostkę, obieram cytrynę, zamiast cytryny czasem używam
limonki i też to się świetnie sprawdza.
A, taka wiedza tajemna - myślę z przekąsem i przewracam oczami.
- To jest fajne, serio - słyszę obok głos dziewczyny. - Będziemy
mieszkać razem w domku - dodaje i uśmiecha się do mnie. - Ja tu już
kolejny raz - mówi i ściska mi dłoń. - Niektóre dania robiłam później
sama w domu. Mówię ci, czad. Ciasto Snickers wyszło mi identycznie jak
to, które będziemy tu jeść.
Wczytuję się w tę książeczkę, sprawdzam, kiedy będziemy jeść ten "czad",
wychodzi, że w piątek, czyli dopiero pod koniec obozu. Niech to będzie
motywacja, żeby dotrwać. Kultowe ciasto Snickers by Ann niech mam przed
oczami za każdym razem, gdy będę nieprzytomna ze zmęczenia walić głową o matę. Rzucam jeszcze szybko okiem na to, co będę jadła przez najbliższy
tydzień na śniadanie, obiad i kolację. Zero glutenu, mleka, dodanego
cukru, kawa, nie normalna, tylko o nazwie HPBA, czyli "Healthy Plan by
Ann". Czekam na kultowe kulki mocy. Mają być w środę. Brzmi to wszystko
strasznie zdrowo. Za zdrowo, by mogło być dobre, myślę.
Biorę walizkę, idę z nowo poznaną koleżanką, szukamy swojego domku.
Wszystkich jest kilkanaście, my mamy ten numer siedem. Moja szczęśliwa
liczba, dodaję sobie w myślach otuchy, chociaż już sama droga pod górę z walizką i prezentami by Ann sprawia, że po minucie dostaję zadyszki i staram się mówić rzadziej, żeby nie zdradzić, jak jestem słaba. Ale
szczerze mówiąc, myślę tylko o tym, że mam na czole napisane, że nigdy
nie ćwiczyłam, i zaraz wylecę stąd z hukiem albo sama ucieknę ze wstydu
pod osłoną nocy.
Ją zobaczyłam dwie godziny później, gdy szła na pierwszy trening i uroczyste otwarcie obozu "Summer" AD 2022. Koleżanka z domku
podenerwowana pogania mnie, żebym szła szybciej, bo nie zdążymy i będziemy miały karne "barpisy". Nie wiem, czym jest to coś na "b", ale
słowo "karne" natychmiast odpala mi w głowie wielki czerwony neon z napisem "NIE". Nie jestem w kolonii karnej ani w wojsku, nikt nie będzie
mnie za nic karał. Ale zostawiam te refleksje na później, bo teraz widzę
Lewandowską, jak idzie ścieżką pod górę do sali treningowej, obok niej
jej najlepsza przyjaciółka Aleksandra Dec, rozmawiają. Wiem, że media
kłamią, zwłaszcza social media. Wiem, że zdjęcia przechodzą obróbkę, te
wszystkie filtry, Photoshopy, światła, pozy, przez które każdy
instagramowicz robi innych w bambuko i wszyscy kończymy na terapii z rozjechaną samooceną, ale teraz zobaczyłam na własne oczy żywo idący
przede mną Instagram. Poczułam się brzydka. Ta jej sprężystość, chód,
postawa ciała. Nie mogłam oderwać od niej wzroku. Szła pewna siebie, z podniesioną głową, z wyprostowaną do granic możliwości sylwetką. Ciało
opalone, nabalsamowane, nabłyszczone, fryzura perfekcyjna, upleciona
sportowo, widać gołym okiem, że przez fryzjerkę. Nie wiem, co to jest,
jakaś dziwna aura, ale ona się wyróżnia. Jest ubrana w bardzo skąpy
różowy strój do ćwiczeń, oczywiście marki 4F. Ładny, może nawet sobie
kupię, przemyka mi przez myśl. Wtedy jeszcze nie wiem, że nie kupię, bo
wszystkie te stroje, te fasony, będą odwzorowywane na dziesiątkach
ćwiczących na tym obozie ciałach, bo każda z uczestniczek chce wyglądać
jak Anna Lewandowska. Więc tych różowych staników, koszulek, legginsów
naoglądam się przez cały tydzień więcej niż reklam w telewizji przez
całe życie i odechce mi się kupowania.
Idę za nią przez trzy, cztery minuty i zastanawiam się, patrząc na jej
niezwykle umięśnione plecy, ramiona, pośladki, czy to jest możliwe, żeby
tak wyglądać, jedynie płacąc za to. Bo przecież tak się mówi o Lewandowskiej, że każdy by tak wyglądał, każdy wiódłby takie życie,
gdyby miał taką fortunę jak ona. Za te miliony, miliardy przecież
wszystko można odessać, wszczepić, doczepić, domalować, dosmarować,
dosolariować. Chcę się do niej zbliżyć, chcę zobaczyć, jak daleko
posunięta jest ta granica między naturą a zakupem piękna. W końcu
zrównujemy się, ale ona się nie odwraca, pochłonięta jest rozmową z przyjaciółką.
Przy wejściu na salę zostawiamy buty, w ośrodku sportowym w stylu
japońskim ćwiczy się boso. Wtedy ją mijam, jesteśmy bardzo blisko,
przecinają się nasze spojrzenia, wyciągam do niej rękę, przedstawiam
się. Ona odpowiada uśmiechem, swoim imieniem, podaje mi rękę. Koleżanka
z pokoju współlokatorka jest zdziwiona moją bezpośredniością. Kiedy już
mijamy Lewandowską, mówi do mnie: - Wow, powinnam być taka jak ty, muszę
pierwsza wyciągać rękę. Być może wtedy Anna by mnie zapamiętała. Ona
zawsze patrzy na mnie, jakby widziała mnie pierwszy raz w życiu.
Myślę sobie - jak cię może nie pamiętać, przecież jesteś tu już trzeci
raz, wrzucasz na swoje social media mnóstwo relacji z jej treningów,
lajkujesz jej wszystkie posty, na pewno cię pamięta.
***
Na sali treningowej panuje chaos. Sporo dziewczyn pozuje w nowych
kostiumach przed wielkimi lustrami. Prężą się, zadowolone pokazują swoje
wąskie talie, długie nogi, sprężyste, mało sportowe, bardziej filmowe
piersi. Właśnie przyjechałam do świątyni ciała, gdzie przez tydzień sto
kobiet będzie skupiać się wyłącznie na nim, będzie to ciało zajeżdżać na
katorżniczych treningach przez pięć i pół godziny dziennie. A niektórym
będzie jeszcze mało. Są tu takie kobiety, które w przerwach między
treningami będą pływać, biegać, tańczyć. Rozglądam się, jest tu trochę
osób nowych, takich jak ja, które nikogo nie znają. Są nieco skrępowane.
To dodaje mi otuchy, nie jestem sama. Przepiękne ciała sportsmenek, żon
piłkarzy, modelek, celebrytek równoważy całkiem spory obraz prawdziwego
życia: kobiet z nieidealną figurą, nadwagą, zmarszczkami,
przebarwieniami, twarzami niewidzianymi w gabinetach medycyny
estetycznej.
- Świetne masz te cycki, u mojego robiłaś? - słyszę z narożnika tych ze
świata bez przebarwień.
Odwracam się, widzę celebrytkę, która też przyjechała wyciskać tu siódme
poty, podobno nie pierwszy raz. Chwali biust prześlicznej dziewczyny,
zgrabnej, o miłej twarzy. Dziewczyna jest zadowolona ze swojego wyglądu,
ale wyraźnie skrępowana tym, że tak publicznie i trochę za głośno padło
o jej piersiach.
Czuję się obco i przesuwam się bliżej tych "zwyczajnych". Łapię oddech.
- Hej, dziewczyny! - ogłuszający krzyk z głośników na jakiś czas wycisza
dalsze intymne opowieści. Błąd techniczny, sprzężenie mikrofonu.
- Ludzie, zróbcie coś z tym mikrofonem. - Lewandowska daje znać swojej
ekipie trenerów, że coś poszło nie tak. - Zaczynamy! Witam wszystkich na
letnim Camp by Ann 2022!!!
Wielka treningowa sala rozbrzmiewa gigantycznym aplauzem. Dziewczyny
krzyczą, piszczą, wiwatują. Na to właśnie czekały! Niektóre próbowały
dostać się tu przez kilka lat. Niektóre oszczędzały długo, by móc
pozwolić sobie na taki wyjazd. Kombinowały, by ktoś mógł w tym czasie
zająć się ich dziećmi, chorymi rodzicami, by szef dał im dodatkowe wolne
w pracy. One tu są, one widzą teraz na żywo swoją idolkę, to z nią będą
ćwiczyć, to z nią będą walczyć "o lepszą siebie", o spełnione marzenia.
- Każdy tu przyjechał z jakimś celem, i to jest ten moment, aby o tym
celu pomyśleć. - Lewandowska stara się, by jej słowa brzmiały jak
coaching, patrzy na nas jak mówca motywacyjny. - Wyznacz sobie zadanie
na ten tydzień. Pomyśl, z czym tu przyjechałaś, co chcesz poprawić, o co
chcesz walczyć.
Dziewczyny milkną. Chyba myślą o tym celu. Werbalizują go wewnętrznie.
To wszystko idealnie wpisuje się w treści, które Lewandowska od lat
zamieszcza na swoim Instagramie. Czyli że dla niej ćwiczenia to nie
tylko po prostu ćwiczenia. To wstęp do bycia kobietą sukcesu, pewną
siebie, wspinającą się po drabinie osiągnięć. Kobietą, która doskonale
wie, czego chce, i codziennie jest coraz lepszą wersją siebie.
Po tej chwili ciszy Anna kontynuuje:
- To ja wam zdradzę swój cel. Przyjechałam tu po to, aby w końcu wziąć
się za siebie i zrobić formę. Strasznie się zapuściłam, ale wybaczam to
sobie, bo miałam teraz trudny czas przeprowadzki z Niemiec do Hiszpanii.
Rozglądam się, łapię spojrzenia innych dziewczyn. A jednak, nie
przesłyszałyśmy się, ona to właśnie powiedziała. Kobieta z ciałem
nadidealnym stoi właśnie przed setką innych kobiet, z czego przynajmniej
połowa ma ciała niedoskonałe, poobijane ciążami, krzywymi kręgosłupami,
zmęczone codzienną domową harówką, powyginane przez nużącą pracę przed
komputerem, zniekształcone nadwagą, i ta kobieta mówi nam, że się
zapuściła.
Zaczynamy, pierwszy gwizdek, muzyka na ful. Stop, stop, stop! Ania
jeszcze ma słowo do nas. Mówi wprost:
- Przez pierwsze trzy dni dostaniecie totalny wpierdol.
Używa słowa "wpierdol", podoba jej się, że nam się podoba. Owacje.
Okrzyki. Wszystkie chcemy dostać wpierdol! Po to tu przyjechałyśmy. Po
trzecim dniu ma być już z górki. Żebym tylko przetrwała do trzeciego
dnia. Dziewczyna stojąca obok łapie mój wzrok, czyta we mnie jak w otwartej księdze. Szepcze:
- Nie martw się, jeśli nie będziesz już mogła ruszyć żadną częścią
ciała, mam leki przeciwzapalne, one zniwelują zakwasy, przetrwasz.
Czuję absurdalną mieszaninę ulgi i strachu. Tu naprawdę chodzi o to,
żeby się zajechać, wyeksploatować ciało tak, by nieustannie przekraczać
te pieprzone granice. Chcę się zbuntować, ale nagle kiełkuje we mnie
myśl: a co jeśli ja potrafię przekroczyć tę granicę, nie być gorsza,
może ja to umiem, tylko o tym nie wiem? Może jednak jestem lepsza niż
myślę, może jestem zajebista? Zobaczymy.
Zaczyna się pierwszy trening, jest godzina dwudziesta. Ćwiczymy
trójkami, dziewczyny, do których dołączam, są uśmiechnięte, nie odbiegam
od nich bardzo kondycją, wspieramy się. Udaje mi się dobrnąć do końca,
ale czuję, że na dziś Lewandowska przygotowała dopiero przystawkę.
Po treningu jest festiwal selfie z idolką. Nie biorę w tym udziału. Idę
na spacer po ośrodku. Jest już noc, wszystkiego nie widać, ale i tak to
miejsce robi wrażenie. Po dłuższym spacerze słyszę jakieś krzyki, kończą
się gromkim "Gooool!". Lewandowska ze swoją najbliższą gwardią ogląda
mecz męża, jeden z pierwszych w barwach Barcelony. W innych domkach
niektóre uczestniczki też oglądają. Może Anna to doceni. Ja wracam do
siebie. W mojej "siódemce" jest ciszej. Atmosfera nietoksyczna, czuć, że
dziewczyny przyjechały tu po to, żeby naprawdę ćwiczyć, zajechać się,
wprowadzić do swojego życia nową dyscyplinę. Nie trafił mi się domek ani
specjalnie lansiarski, ani krzykliwy. Spróbuję zasnąć.
Przyjechałam na ten obóz z jednego powodu. Żeby zrozumieć fenomen
Lewandowskiej. Chciałam dowiedzieć się, po co właściwie ona robi te
obozy sportowe. Po co od lat trzy razy do roku przyjeżdża na tę polską
wieś, by z setką w większości obcych jej kobiet męczyć się na macie.
Trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt złotych, nawet pomnożone przez sto,
to nie są pieniądze, o które osoba na jej poziomie finansowym musi w ten
sposób walczyć. Może je zarobić znacznie łatwiej, reklamując coś na
Instagramie. Poza tym ona ma już tyle pieniędzy, że może do końca życia
nie robić nic. A ona jednak zrzuca z siebie dolczegabany, diory i robi
te obozy. Te przysiady, te pompki, te setki selfie ze spoconymi fankami.
Po co?
Przyjechałam zobaczyć, jak Anna Lewandowska buduje swoją społeczność i jak gromadzi wokół siebie ludzi. Dlaczego idą za nią tysiące kobiet.
Ćwiczą razem z nią, kupują jej produkty, chcą być takie jak ona. Bycie
żoną bardzo znanego piłkarza to za mało. Jest wiele żon znanych
piłkarzy, a tylko ona gromadzi wokół siebie wielomilionową rzeszę ludzi,
zwłaszcza kobiet, które naprawdę wylewają siódme poty na siłowni, przed
ekranem z jej aplikacją, kupują jej wcale nie tanie kosmetyki,
suplementy, jedzenie, śledzą każdy krok i co ciekawe - zmieniają swoje
życie. Jakie tajemnicze zaklęcia wymawia Anna Lewandowska, jaki ma
klucz, wytrych do umysłów tych kobiet? Te rzesze to nie są raczej młode,
ledwie kończące szkołę nastolatki, tylko w dużej mierze dojrzałe kobiety
z dorobkiem zawodowym, z rodziną, z pieniędzmi, z pozycją społeczną, z ambicjami, z doświadczeniami. I idą za nią. Nie tylko idą, one biegną,
przez tydzień wstają codziennie o siódmej rano, zaliczają dystans pięć i pół kilometra przez las, wokół boiska, pod górę, później robią jeden
dwugodzinny trening, odpoczywają i wieczorem kolejny. I tak codziennie.
Pięć godzin totalnego hardcore'u, zajeżdżania się na macie, wypluwania
płuc. Ale nikt nikogo nie trzyma tu na siłę.
Na ten obóz nie jest łatwo się dostać.
Kiedy podjęłam decyzję, że chcę tu przyjechać, dotarłam do dziewczyny,
która ćwiczy z Lewandowską od lat i była już na jej obozie. I powiedziała mi coś, w co nie mogłam uwierzyć. Że nawet ona, będąc
znajomą Lewandowskiej, jest traktowana dokładnie tak jak każda inna
potencjalna uczestniczka. Czyli musi wykonać cały rytuał inicjacyjny. Na
czym on polega? Ano na tym, że Lewandowska nigdy nie mówi, kiedy
rozpoczną się zapisy. Element zaskoczenia ma wywołać niepewność i wzmóc
czujność. Dokładnie instagramową czujność. Wymienialną na walutę
zasięgów, wprost proporcjonalnie wymienialną na złotówki, a może lepiej
dolary czy euro. Element niepewności powoduje, że osoby zainteresowane
przyjazdem cały czas obserwują jej media społecznościowe, nie chcą
przegapić żadnej relacji, są wręcz przywiązane do Instagrama, bo nie
wiadomo, kiedy i o której godzinie Lewandowska wrzuci informację, że
rozpoczyna rekrutację na obóz. Co robią te kobiety? Już kilka tygodni
wcześniej mają napisanego gotowego maila z prośbą o przyjęcie na obóz i trzymają go w kopiach roboczych, czekając na zielone światło. Wtedy
szybko SEND i modlitwa o szczęście. Jedna z uczestniczek, którą poznałam
już na obozie, bardzo zaradna, inteligentna kobieta na co dzień
prowadząca firmę w dużym mieście, powiedziała mi, że aby się tu dostać,
jej pracownicy od początku czerwca (obóz jest pod koniec sierpnia, więc
mniej więcej wiadomo, że zapisy są zwykle jakieś dwa miesiące wcześniej)
razem z nią cały czas monitorowali social media Lewandowskiej, aby nie
przegapić momentu rekrutacji. Dzięki temu nie przegapiła, wysłała maila,
zdążyła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki