Infernium. Nightshade. Tom 2 - Keri Lake

Kup ebooka

50.90 zł
40.72 zł (33,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Piosenki, które stanowiły inspirację dla scen

 

Come Find Me   Emile Haynie, Lykke Li, Romy

This Place Is Death   Deftones

Black Out Days   Phantogram

Hymn   Rhye

Crimson & Clover   Tommy James & The Shondells

Starry Eyes   Cigarettes After Sex

Only in My Dreams   The Marias

The Sky Is Empty   Orchid Mantis

Demons   PLAZA

Her & The Sea   CLANN

I Bleed For You   Peter Gundry

Fjörgyn   Osi and The Jupiter

Tear You Apart   She Wants Revenge

In Flames   Digital Daggers

Hysteria   Muse

Immortal Lover   Andrew Bayer, Alison May

Shelter   The XX

Use Me (Slowed + Reverb)   PLAZA

NFWMB   Hozier

Melt   TENDER

Moon Ascending   PHILDEL

The Last of Her Kind   Peter Gundry

Angels   The XX

Dark Side   Ramsey

it's ok, you're ok   Bonjr

After Night   MXMS

Change (In The House of Flies)   Deftones

Holy   Roniit

Help Me   AWAY, Koda

Are You With Me   nilu

Take It Out On Me   Bohnes

The Perfect Drug   Nine Inch Nails

War of Hearts   Ruelle

We Meet In Dreams   Gothic Storm

We Gotta Get Out Of This Place   Denmark + Winter

Make Me Feel   Elvis Drew

 

aenge - rzadki kwiat rosnący wzdłuż rzek i wytwarzający nektar wyglądający jak krew

alatum - upadłe anioły o skrzydłach obciętych klingą z przeklętej stali

amreloc aehter'nu - wieczna miłość

A'ryakai - sekta aniołów wierzących w czystość rasy; polują na mieszańców i demony

av'adeih et paej - "idź w pokoju" po pri'scuciańsku

ba'nixium - klątwa łącząca ze sobą dwie dusze i niepozwalająca przeklętym popełnić morderstwa

bullio - choroba cechująca się deformacjami kości i straszliwymi uszkodzeniami ciała

ca'ligo an a tua - zaklęcie nefilimów pozwalające odpędzać demony

caelicolański - język nefilimów

cambiony - pół ludzie, pół demony, potrafią podróżować pomiędzy płaszczyznami, są nieśmiertelni, ale można ich śmiertelnie zranić, mogą urodzić się jako cambiony lub w nie przemienić

casmal'zhation - bolesna forma tortur doświadczana, gdy doszło do złamania umowy

con'jeszis - połączenie dusz podobne do małżeństwa, ale tej więzi nie można złamać

cret'calatięsz - kreda służąca do przywoływania

chthoniac - mocny demoniczny alkohol, śmiertelny dla ludzi

contiszha - klauzula warunkowa wśród demonów

dalgoth - jedyny gatunek demonów, który potrafi oprzeć się vitaeilem i pobierać ją od innych

diabelska stal - stal wykuta przez Piekielnych, której nie może złamać żadna inna nieziemska istota

Dojra - ludzie przemienieni w nieśmiertelnych niewolników na Piekielnych Ziemiach, noszą obręcze niewolnicze i odpowiadają przed demonicznym władcą, mogą podróżować pomiędzy płaszczyznami i odbierać śmiertelnikom dusze

dominus vigilans - władca patrzy

dra'akon - ludzie, którym przyznano specjalne moce, by mogli chronić ludzkość; ich rodowód sięga starożytności

enchainsz - zmuszenie kogoś do niewoli seksualnej bez obroży; bezrozumny i nieustający seks

dzilagion - wąż morski wyglądający jak połączenie smoka i węża

Eradyę - jałowa kraina wygłodzonych dusz; miejsce, którego anioły nie mogą przemierzać, gdy utracą moce

es'ra - echa dawnego życia, które objawiają się w niedoskonały sposób

Etheriusz - warstwa ochronna złożona z vitaeilem, otaczająca Etherianę (Niebo)

Ex Nihilo - niebyt, z którego zostało stworzone wszystko, płaszczyzna pozbawiona życia

Fri'gusę - polecenie obniżenia temperatury

gratisz li'brunok - nieograniczona wolność gwarantowana przez obligację empirejską

Imolz era'da amreloc - odpowiednik słów "kocham cię", ale przekładany jako "składam się w ofierze osobie, którą pożądam"

Infernium - zakład dla obłąkanych w Nocnym Cieniu, kiedyś pradawna świątynia

inflodiusz - polecenie do wykonania

intortui - zdeformowane istoty zarażone bullio, które potrafią przewidywać wydarzenia z przyszłości

ję'untis - ciało, do którego wciąż przyporządkowana jest dusza

la'ruajh - mocny eliksir maskujący vitaeilem anioła

ma' baalirhya diszhra - najcenniejsze, co posiadam

mę amreloc - uczucie silniejsze od miłości

me'retrixis - wulgarne określenie kobiety

Met'Lazan - człowiek obdarzony przez pradawnych mocą tłumaczenia Omni i sięgania po vitaeilem w Etheriuszu

Mortesz ul' Lilith - śmierć dla Lilith

mortunath - pozbawione duszy stworzenie karmiące się duszami; jego ugryzienie może zmieniać innych w mortunath

makowa krew - potężny eliksir wywołujący halucynacje

matka pentasha - odpowiedniczka matki przełożonej, wysoka rangą duchowna

moneta empirejska - waluta spotykana w Niebie oraz w Piekle

nefilimowie - pół ludzie, pół anioły, potrafią podróżować pomiędzy płaszczyznami, są nieśmiertelni, ale można ich śmiertelnie zranić, mogą urodzić się jako nefilimowie lub w nie przemienić (co zdarza się bardzo rzadko)

Netherium - kraina w Piekielnych Ziemiach

niebiańska stal - stal wykuta przez anioły, która może wysłać każdą istotę do Ex Nihilo

Noc'tu umbraj - noc + cień = Nocny Cień

Nokserianie - bardzo potężna rada demoniczna nadzorująca władców w różnych krainach i odpowiadająca przed Piekielnym Panem

ojciec pentrosh - odpowiednik biskupa, wysoki rangą duchowny Pentacrux

obligacja empirejska - oficjalny skrypt dłużny

Omni - niebezpieczny sigil, który potrafi przywracać moc i regenerować odcięte skrzydła, może też dać komuś nowe moce

Omniasz - wszystko to, co składa się na istnienie życia w każdej krainie

Pentacrux - bojowa sekta Pentasanctori

Pentasanctori - Święta Piątca składająca się ze Świętego Ojca, Matki Dziewicy, Mesjasza oraz dwóch wojowników

pentasha - duchowna kobieta

pentrosh - duchowny mężczyzna

Piekielne Ziemie - w zasadzie Piekło, do którego wysyła się tych, którzy nie potrafią się wykupić. Rządzą nim wysokie rangą demony, one oraz cambiony mogą tamtędy z łatwością podróżować; zatrzymanie wspomnień stanowi formę zadawania cierpienia

Praecepsia - pradawne miasto; uważa się, że istniało przed stuleciami, a następnie w tajemniczy sposób zniknęło

pri'scuciański - język istniejący przed enochiańskim, prawdziwa pradawna mowa aniołów

Rur'axze - silna i czasami bolesna do zaspokojenia potrzeba demona

saericasz - odniesienie do boskiego owocu, który ma uzależniające właściwości i można go jeść aż do skutków śmiertelnych; demoniczny eufemizm dla waginy

Sang âysh'la cin'tchinez - krew pięciu ostrzy

Septier - dar siedmiorny

seraphica - potężny narkotyk uzyskiwany z krwi aniołów, naśladujący vitaeilem

Sigiliuz de'tei - pri'scuciańska księga zawierająca najbardziej zakazaną magię

Strażnicy - pół demony, pół anioły, potężne istoty często pracujące skrycie nad infiltracją krainy demonów

Strę vera'tu - równie prawdziwe jak gwiazdy

Sybille - prorokinie lub wyrocznie dysponujące mocą przewidywania przyszłości

tę nebrisz - mroczna energia duszy

tu'nazhja - ptak, którego pieśń jest tak piękna, że przywabia do niego ofiarę, co kończy się jej śmiercią

Upadli - anioły, które wygnano z niebios

Vale - bariera pomiędzy krainą śmiertelników a Nocnym Cieniem

Venatorzy - łowczy wyznaczeni w wiosce

vinculum - umysłowa więź pomiędzy zwierzęciem a aniołami/demonami

vitaeilem - krew aniołów

vocatori - przyzywający

Władcy - wysocy rangą aniołowie, którzy władają Nocnym Cieniem, pobierają podatki i wykonują kary

Prolog

Przed stuleciami

Każdy mięsień W JEGO CIELE DRŻAŁ, gdy chłopiec spoglądał w dół górskiej ściany, w kierunku ziemi, gdzie czubki drzew wydawały się równie małe jak drewniane koniki, jakimi bawił się w dzieciństwie. Bliżej szczytu powietrze stało się rzadsze i nieważne, jak mocno i szybko by oddychał, nie potrafił napełnić nim płuc. Jakże głupio postąpił, wspinając się na najbardziej niebezpieczną górę w całej Praecepsii.

Gdy stał tam, niemal mdlejąc, w jego głowie rozbrzmiewały okrutne słowa ojca - te same słowa, które skłoniły go w ogóle do tej ryzykownej wspinaczki, choć dobrze wiedział, że niewielu zdołało dotrzeć na sam wierzchołek góry Helios. A już na pewno nie chłopak, który dopiero co przekroczył dwunasty rok życia.

"Jesteś słaby. Żałosny. Nie jesteś moim synem!"

Baron mógłby dowieść, że wcale nie jest słaby, gdyby nie utknął na półce skalnej bez możliwości wejścia wyżej. Kolejny możliwy uchwyt dla stopy leżał zbyt daleko, by mógł go dosięgnąć, ale zejście z powrotem również okazało się niemożliwe, bo delikatna mgiełka deszczu sprawiła, że skalna powierzchnia stała się śliska. Wiedział, że będzie sterczeć na tej półce, zmuszony przeczekać deszcz, dopóki skały nie wyschną, a bez schronienia czy jakichś sposobów utrzymania ciepła z pewnością zamarznie na śmierć. Oczywiście matka niewątpliwie zacznie go szukać, a jeśli będzie trzeba, pośle też jego tropem ogary, ale po jakim czasie? Zdarzało się już chłopcu zapuszczać na długie godziny do lasu i wracać do domu o zmroku.

Może rzeczywiście był słaby i żałosny. Co za imbecyl utknąłby na górze Helios bez planu na zejście?

Gdy wyobrażał sobie ojca śmiejącego się z jego głupoty, wcześniejszy gniew kotłował mu się w żołądku. Głos tamtego drania zagrzechotał mu w głowie, aż chłopiec musiał przycisnąć dłonie do uszu.

- Ciszej! Ciszej! - krzyknął w nieudanej próbie stłumienia tamtego śmiechu. Zagryzł zęby i zamknął oczy, od czego pod powiekami rozbłysły mu błyskawice. - Gardzę tobą... - wyszeptał głosem drżącym od czających się łez. - Nigdy nie byłeś mi ojcem. I nigdy nie będziesz.

Z nowym zapałem obrócił się do następnego uchwytu leżącego na jego dwukrotnej wysokości. Może zdoła tam doskoczyć.

Nie. Jeśli już, to powinien raczej skierować się w dół. Bliżej gruntu, nie dalej. Już wcześniej próbował jednak schodzić i niemal stracił równowagę. Na szczęście zdołał się przytrzymać i nie spadł, co z pewnością zakończyłoby się bolesną śmiercią. Skoro jednak miał przed sobą perspektywę stania tam całą noc, warto było znowu spróbować.

Odetchnął głęboko i ostrożnie zrobił krok, obracając się twarzą do skały, jak podczas dotychczasowej wspinaczki. Uginając jedno kolano, opuścił się powoli, używając palców stopy, by szukać kolejnej wąskiej półki. Wczepiając się w ciasną szczelinę w kamieniu, ledwo oddychał, nie chcąc zgubić oparcia.

Podeszwa jego buta dotknęła powierzchni. Odetchnął drżąco, czując, jak palce drętwieją mu od tak kurczowego chwytu. Opuszczał się ostrożnie, nie chcąc postawić pełnego ciężaru ciała na półce pod spodem.

But mu się ześlizgnął. Stracił chwyt w szczelinie.

Ogień zapłonął mu w brzuchu, gdy młodzik ześlizgiwał się po poszarpanej skale. Uderzył łokciami o szerszą półkę, na której ledwie przed chwilą stał. Każdym strzępkiem siły, jakim dysponował, podciągnął się, czując, jak mięśnie go pieką, drżą, grożą, że zaraz go zawiodą. Nie zamierzał się jednak poddawać. Nie zamierzał upaść na pewną śmierć. Ależ ojciec miałby używanie, mogąc szydzić z głupiego, nieprawego chłopca, który zdecydował się na niebezpieczną wspinaczkę, żeby dowieść swojej wartości.

Pomimo lojalności ojca wobec Pentacrux młodzik nigdy nie wierzył zanadto w religię, ale w tym momencie się modlił. Do każdego boga gotowego słuchać.

- Pomóż mi. Proszę. Pokaż mi drogę w dół. - Jego słowa były ledwie szeptem porywanym przez ostry wiatr, przez który wczepiał się w półkę skalną mocniej niż wcześniej. Obmacywał palcami stóp ścianę, szukając punktu zaczepienia, i gdy już zawodziły go siły, odnalazł płytki uchwyt. Wystarczający akurat do tego, by mógł się lekko podciągnąć, dzięki czemu nie musiał już się opierać żebrami o półkę. Następnie zadarł nogę i przekręcił się z powrotem w bezpieczne miejsce.

Wciskając czoło w skałę, przełknął gulę w gardle i odetchnął głęboko. Mięśnie miał sztywne i obolałe z wysiłku.

Utknął. Nie miał jak zejść, nie miał jak wspiąć się wyżej.

Nie miał też schronienia ani żywności. Jedynie mały bukłak, którego zawartość nie wystarczy mu dłużej niż do następnego dnia.

Jeśli nie zostanie odnaleziony i uratowany za sprawą jakiegoś cudu, będzie musiał przeczekać deszcz i modlić się, by towarzyszący mu wiatr osuszył skałę.

Albo znaleźć inny sposób.

Przybity podniósł się na nogi i wtedy znowu usłyszał śmiech ojca.

"Mój syn nie okazałby się tak głupi. Już lepiej byś zrobił, skacząc na śmierć".

Łzy piekły go pod powiekami, gdy wpatrywał się w dół, zastanawiając się, czy skok byłby bolesny, czy też może spotkałaby go litościwa śmierć, jeszcze zanim poczułby uderzenie w ziemię. W oddali dostrzegł błysk, który sprawił, że w brzuchu zaciążyła mu trwoga.

Nie.

Kolejna błyskawica. Tym razem bliżej.

Przycisnął się do skały najmocniej, jak umiał, ale odległość dzieląca go od ziemi sprawiała, że nie miał jak uciec. Gdyby piorun postanowił go ugodzić, okazałby się dlań idealnym celem.

Śmiech w jego głowie stał się głośniejszy.

Napięły mu się mięśnie.

Zakotłowała się w nim czarna, toksyczna wściekłość.

Jeszcze jeden błysk, nawet bliższy niż wcześniej, kazał mu przycisnąć się do zbocza góry. Zupełnie jakby błyskawica pędziła prosto na niego. Co za niedorzeczna myśl. Tak niedorzeczna, że nie zdołał powstrzymać śmiechu. Głośnego, histerycznego śmiechu, takiego jak ten ojca wciąż dudniący mu w czaszce.

Piorun uderzył w skałę obok niego i chłopiec obserwował, jak maleńkie iskry tańczą po mokrej powierzchni.

Roześmiał się jeszcze głośniej.

- Chodź po mnie, jeśli tak bardzo mnie chcesz! Tu jestem! Tutaj!

Świat nagle ogarnęła ciemność. Rozpalony do białości piorun ugodził go w pierś. Stał sparaliżowany z rękoma wyciągniętymi na boki, a jego ciało poddawało się przeszywającemu go palącemu żarowi. Mięśnie podrygiwały mu spazmatycznie. Płuca przestały czerpać dech.

Ogień zwolnił chwyt i młodzieniec zachwiał się na krawędzi, nie mając jak się złapać.

Padł przed siebie na wstrzymanym oddechu.

Ogarnęła go groza, gdy obserwował, jak skalisty grunt zbliża się ku niemu z przerażającą szybkością. Otworzył usta, by wrzasnąć, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

Nie miał jak zatrzymać nieuniknionego upadku. Nic go nie uratuje.

Zamknął oczy i przygotował się w duchu na uderzenie.

Gdyby tylko mógł rozwinąć skrzydła i wznieść się w powietrze.

Gdy tylko raziła go ta myśl, ostry świst przedarł się przez szum wiatru przemykającego mu obok uszu, a ognisty ból eksplodował mu w łopatkach. Coś czarnego zadygotało mu na obrzeżach wzroku, a gdy nieznacznie obrócił głowę, ujrzał ogromne czarne skrzydło skierowane ku górze. Przemknął spojrzeniem w drugą stronę i zaobserwował to samo. Tempo spadania zmalało, ale nie na tyle, by nie uderzył ciężko w skalisty grunt tak, że ugięły się pod nim kolana. Koziołkował i turlał się po stromym zboczu rozrywającym mu skórę, uderzającym go na ślepo w żebra, kręgosłup, nogi czy ręce, kiedy toczył się bezładnie.

Aż wreszcie się zatrzymał.

Nie mogąc złapać powietrza, drapał palcami żwirową powierzchnię pod sobą. Rozdziawiwszy szeroko usta, starał się odzyskać dech, który wyrwało mu z piersi. Korony drzew ponad nim na zmianę zamazywały się i wyostrzały. Czarne ptaki wirowały mu nad głową, a ich sylwetki zlewały się w jedną czarną aureolę. W jej środku dostrzegł obraz matki. Jej wargi poruszały się, ale nie potrafił określić, co mówi.

Podniósł głowę, pragnąc ją usłyszeć, a panika szarpała mu w tym czasie płucami spragnionymi tchu.

- Oddychaj! - krzyczała. - Oddychaj!

Zachłysnął się i złapał haust zimnego powietrza, a wtedy jej obraz rozmył się w nicość.

Przekręciwszy się na bok, kaszlał i krztusił się, dysząc przy każdej próbie oddechu. Minęło kilka minut, zanim mięśnie rozluźniły się i pozwoliły mu wciągnąć swobodnie powietrze.

Pod sobą miał ogromne skrzydło o piórach okolonych lśniącymi srebrnymi obramowaniami. Po ich powierzchni tańczyły maleńkie błyskawice. Wyciągnął dłoń ku jednej z nich, lecz zawahał się, przypominając sobie chwilę na półce skalnej, gdy został ugodzony.

Krążyły opowieści o pechowcach, którzy zginęli od jednego tknięcia pioruna, a jednak on przeżył. I nie tylko przeżył, ale wręcz czuł się wzmocniony. Silniejszy, jeśli coś takiego było w ogóle możliwe, choć wiedział, że nie było. Jak można zyskać siłę od uderzenia błyskawicy?

Ale z drugiej strony, jak samą myślą można rozwinąć skrzydła?

Przesunął palcem wzdłuż jednego z piór, zachwycając się tym, jak drobniutkie błyskawice iskrzą mu na dłoni. Uśmiechnął się, gdy poczuł pod skórą łaskotanie, obracał przed sobą dłonią, a później, z nerwowym drżeniem, sięgnął za siebie, żeby namacać grubą, kościstą narośl wystającą mu z łopatki.

Szybko cofnął palce, wydawszy z siebie cichy okrzyk szoku. Świadomość groteskowej deformacji ciała sprawiła, że przeszła go fala mdłości. Z dłońmi trzęsącymi się z zimna i piersią szarpiącą się jak przy odruchu wymiotnym znów sięgnął w tył i przesunął palcami po sztywnej wypustce. Jęknął w panice, kiedy pod opuszkami wyczuł miękkie, puszyste włókna biegnące wzdłuż kości.

Co powiedziałaby matka na jego widok? A co gorsza, co powiedziałby ojciec? Na pewno zamknęliby go w klatce. Napiętnowaliby go jako dewianta, jako wynaturzenie, i przekazali biskupowi, by ten go odpowiednio osądził.

Chwyciwszy mocno kość, szarpnął ją najmocniej, jak umiał, żeby oderwać dziwną wypustkę od pleców, ale na nic się to zdało. Jego wysiłki zaowocowały jedynie niewielką iskrą bólu.

Podniósł się na nogi, zauważając, że są one w stanie utrzymać jego ciężar. Że pomimo silnego zderzenia z ziemią jego kości były całe, a do tego okazały się na tyle silne, by utrzymać ciężkie, rozpościerające się w obie strony skrzydła. Jakimś cudem nogi i ręce wydawały się mocniejsze niż dotąd.

Sięgnął w tył, złapał jedno ze skrzydeł i pociągnął, stękając z mozołu. Puścił, gdy błyskawice zatańczyły mu pod opuszkami.

Spróbował znowu z przeciwnej strony.

- No zleźcie ze mnie!

Słysząc trzask w odległym lesie, przyjął czujną postawę. Gdy rozglądał się po drzewach, usłyszał ten sam świst, co wcześniej. Obrócił się w samą porę, by ujrzeć, jak skrzydła zapadają się w niego z gwałtownym spazmem, który szarpnął mu łopatkami. Czarne skrzydła zniknęły tak samo szybko, jak poprzednio się rozpostarły. By zyskać pewność, sięgnął za siebie, lecz natrafił palcami jedynie na poszarpaną tkaninę tuniki i gładką skórę tam, gdzie dopiero co wyrastały dziwne narośle. Zmarszczył brwi i przesunął dłonią po pulsującym ciele, zupełnie gładkim i pozbawionym nietypowych deformacji.

Jak?

Wcześniejszy trzask znów zwrócił jego uwagę. Młodzieniec uniósł wzrok i tuż za grubym dębowym pniem dostrzegł małego jelonka. Miał nadzieję, że zwierzę było również źródłem wcześniejszego odgłosu.

Bo gdyby ktokolwiek zauważył, co się tutaj działo, baron na pewno byłby ścigany. W jego świecie wynaturzenia uważano za zło.

I niewątpliwie działo się z nim coś niewłaściwego.

1

Miesiąc wcześniej

Ona mnie ocenia. Wiem to.

Kobieta w zaawansowanej ciąży wpatrywała się we mnie ze swojego jaskrawego i idealnie wyreżyserowanego świata na okładce czasopisma leżącego w ponurej poczekalni u lekarza. W limonkowozielonej sukience i z radosnym uśmiechem na promieniejącej twarzy drastycznie odbiegała od moich podartych dżinsów, podkoszulki, włosów zebranych w niesforny kucyk i twarzy, która powinna się cieszyć, że rano została chociaż umyta. Minionej nocy nie spałam. Podobnie jak poprzedniej. I jak w całym wcześniejszym tygodniu. W sumie to od tamtej straszliwej nocy dwa miesiące temu.

Zamknęłam oczy i ujrzałam przebłyski wspomnień majaczące mi pod powiekami. Jericho na kolanach, wpatrujący się we mnie. Wszystko to, co przekazuje spojrzeniem. Odgłos miecza z łatwością odcinającego mu skrzydła. Płomienie. Boże, jakiż intensywny był żar piekielnego ognia, który go ogarnął. Czułam wtedy, jak woń zatyka mi gardło. Odszedł. Wydawało się niemożliwe, że prosty płomień może pochłonąć coś tak potężnego jak on, ale działo się to na moich oczach. Od tamtej pory co noc widziałam to na nowo we śnie i zdecydowałam, że znajdę sposób, by sprowadzić go z powrotem.

Otworzyłam oczy wypełnione łzami i wymrugałam je z obawy, że ktoś mógłby mnie spytać, co mi się stało. W końcu w jaki sposób wyjaśnić taką historię jak nasza? W moim świecie Jericho był mitem, czymś niemożliwym do zaistnienia. A ja nie tylko nosiłam w sobie jego dziecko, ale też poczucie jego straty.

Sen był tylko jedną z licznych zwykłych ludzkich funkcji życiowych, które ostatnio występowały u mnie w deficycie. Cienie pod oczami i nieustępujące zmęczenie stały się w równym stopniu częścią mojego stylu życia jak mętny napój odżywczy, do którego wypijania zmuszałam się trzy razy dziennie dla dobra rosnącego we mnie dziecka. Dziecka Jericha.

Sama myśl o nim sprawiała, że znowu mrowiły mnie oczy, a moja uwaga kierowała się na kobietę z czasopisma. Za nią stał równie radosny mężczyzna otaczający ją ramionami i opierający dłonie na jej brzuchu.

Prychnęłam i odwróciłam wzrok od nich oraz ich szczęśliwych uśmiechów. Mój świat stał się mroczniejszy. Zimniejszy. I w przeciwieństwie do pary z okładki lub wszelkich pozostałych pacjentek z gabinetu lekarskiego nie hodowałam zwykłego, ludzkiego dziecka. Będzie na wpół Strażnikiem, a co, do diabła, w ogóle o nich wiedziałam?

Zmarszczyłam czoło i złapałam się za brzuch, wyobrażając sobie to wszystko, czego będę musiała dowiedzieć się samodzielnie, ponieważ nawet lekarz, do którego przyszłam, by potwierdził ciążę, nie był w stanie zapewnić mi żadnych wskazówek. Specjalizował się przecież w ludzkich dzieciach. Tak bardzo koncentrowałam umysł na próbach sprowadzenia Jericha z powrotem z Ex Nihilo, że tak naprawdę w ogóle nie zastanawiałam się nad ciążą.

Jericho. Nawet w ciszy myśli jego imię wywoływało ukłucie bólu w moim sercu.

Nie potrafiłam wtedy o nim myśleć.

Desperacko szukając czegoś, na czym mogłam się skupić, rozejrzałam się po gabinecie i dostrzegłam obraz przedstawiający najwyraźniej nagą kobietę stojącą w płomieniach i z łańcuchami zwisającymi z rąk, które trzymała rozciągnięte nad sobą.

Co, do miłosiernego piekła?

Anima sola - powiedziała siwowłosa kobieta obok mnie, a jej silny hiszpański akcent został złagodzony przez piosenkę Crimson & Clover dobiegającą z trzeszczącego głośnika nad nami. Wydawała się spoglądać w tym samym kierunku co ja, co potwierdziło się, gdy skinęła na obraz. - Kobieta w Czyśćcu.

- Jaka jest jej historia?

- Oddała wieczne zbawienie w zamian za chwilową miłość. - Kobieta przechyliła głowę, wzdychając tęsknie. - To niezbyt romantyczne zakończenie, prawda?

Przesunęłam wzrok z powrotem na obraz i zmarszczyłam czoło.

- Co, do diabła, ma to wspólnego z ginekologiem?

- Panna Ravenshaw? - odezwał się inny głos i obróciłam się do szczupłej blondynki stojącej w drzwiach prowadzących do gabinetów, której idealnie umalowana twarz sprawiła, że znów zaczęłam zadręczać się swoimi podkrążonymi oczyma. - Proszę za mną.

Wciąż przetrawiając w głowie wszystkie wątpliwości dotyczące tej wizyty, podniosłam się ze skórzanego fotela. Zastanawiałam się, czy podążyć za blondynką, czy raczej rzucić się do drzwi wyjściowych. Gruby stosik papierów przymocowanych do podkładki, którą trzymałam na kolanach, niemal spadł na podłogę, ale starsza kobieta siedząca obok mnie złapała go i podała mi z uśmiechem.

Bąknęłam "dziękuję", unikając jej długich, żółtych paznokci, gdy odbierałam od niej dokumenty, po czym podeszłam do pielęgniarki i podałam jej podkładkę. Potrzebowała zaledwie chwili, żeby przejrzeć formularze, których wypełnienie zajęło mi dobrych trzydzieści minut.

- Mam nadzieję, że nie ma tu cyrografu na moją duszę.

Zachichotała bez śladu rozbawienia, wsunęła sobie podkładkę pod pachę i wskazała głową, mówiąc:

- Tędy.

Obejrzałam się jeszcze raz na wyjście i przygryzłam wargę. Ucieczka kusiła mnie niczym zakorkowana butelka wina na pustyni. Technicznie rzecz biorąc, ciąża nie została jeszcze potwierdzona. Jakiś tydzień wcześniej zrobiłam sobie test w domu, ale wynik wyszedł negatywny - zapewne dlatego, że nie nosiłam w sobie ludzkiego dziecka.

Oczywiście skłamałam, zapisując się na wizytę u ginekologa. Jak mogłabym wyjaśnić, że wiem o ciąży, ponieważ tylko to mogło tłumaczyć, że pradawna klątwa została zdjęta?

Nie. Bez względu na wszystko musiałam uzyskać pewność. Przez kilka ostatnich tygodni miałam wątpliwości: czy Nocny Cień był w ogóle realny, czy realny był Jericho, a może to wszystko stanowiło jedynie elementy naprawdę złożonego i zjebanego stanu mojego umysłu.

Chciałam potwierdzenia, że dziecko, które w sobie noszę, istnieje.

Wykręcając palcami skraj koszulki, podążałam za kobietą kołyszącą biodrami osłoniętymi dopasowanym strojem medycznym. Jej młoda twarz wskazywała, że ma dwadzieścia parę lat, odrobinę mniej niż ja. Zastanawiałam się, czy rodziła już dzieci.

Gdy szłyśmy korytarzem, mijając zdjęcia palców ściskających małe stópki, dłoni opartych na zaokrąglonych brzuchach czy abstrakcyjnej grupki ciężarnych kobiet stojących w kręgu i trzymających się za ręce, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że zupełnie mnie to wszystko nie dotyczy, że jestem kimś obcym w stosunku do rasy ludzkiej. Zupełnie jakbym zerkała zza zasłony oddzielającej mnie od świata, którego nie powinnam oglądać. Choć wszystkie mijane obrazki miały wzbudzać spokój i siłę, były to ostatnie emocje, jakie czułam, zbliżając się do gabinetu.

Blondynka zaprowadziła mnie do pokoju numer siedem i gestem wskazała, żebym weszła do środka. Wykonałam zaledwie jeden krok w tamtym kierunku, gdy w mojej czaszce rozbrzmiało przenikliwe dzwonienie. Zatrzymałam się gwałtownie, zasłaniając dłońmi uszy. Zacisnęłam powieki i otworzyłam usta, gdy bolesny hałas przemknął z mózgu do moich cholernych zębów. Nie był to przypadkowy odgłos, lecz wrzask. Piskliwy wrzask uwięziony w moim mózgu. Ogarnęły mnie zawroty głowy, a gdy otworzyłam oczy, korytarz się kołysał. Opuściłam dłonie i wbiłam wzrok w ścianę, gdzie od stropu do podłogi farba łuszczyła się długimi, falującymi pasami.

Co, do diabła?

Wrzask zamarł.

- Panno Ravenshaw? - Głos przebił się do mojej świadomości.

Obróciłam się i ujrzałam, że blondynka patrzy na mnie. Uniosła niecierpliwie brwi, wykrzywiła wargi w nieprzekonującym uśmiechu i wskazała gabinet.

Zerknęłam znów na ściany, których powierzchnia wyglądała na zupełnie nienaruszoną, i zmarszczyłam czoło. Czy obłażąca farba była halucynacją?

Otrząsnęłam się z tych myśli i wkroczyłam do pomieszczenia, a następnie podeszłam do fotela, który wydawał mi się jednocześnie znajomy i przerażający.

Doktor Shein nie był moim stałym lekarzem. Nie potrafiłam zmusić się do tego, żeby umówić się z tamtym, ponieważ w grę wchodziło zbyt wiele kwestii natury osobistej, o których nie byłam gotowa dyskutować z kimś, kto serwisował moje wewnętrzne mechanizmy, odkąd skończyłam szesnaście lat. Dzięki braku wspólnej historii z doktorem Sheinem ta wizyta wydawała się nieco mniej wstrząsająca.

Nieznacznie mniej.

Czując, jak kręci mi się w brzuchu od dominującego tu zapachu środka dezynfekcyjnego, z wahaniem wsunęłam się na fotel, ignorując przeklęte podpórki pod nogi. Blondynka bez słowa nacisnęła łagodnie dłonią na moją klatkę piersiową, zmuszając mnie do oparcia się o poduszkę.

Do moich uszu znów dobiegł wcześniejszy odgłos, a gdy obróciłam się do ściany, ujrzałam, że farba łuszczy się jak wcześniej. Cienie wyłaniały się z odsłoniętych pasów i upiorna groza mrowiła mnie na karku, gdy obserwowałam, jak zsuwają się na podłogę.

Co, do...?

Zamrugałam dwukrotnie, gdy cienie popełzły ku mnie niczym dziwaczne, ponadnaturalne, skradające się zwierzęta. Zacisnęłam powieki i policzyłam do dziesięciu. Gdy ponownie otworzyłam oczy, na nazbyt białe kafelki podłogi padały już tylko zwykłe, nieruchome cienie rzucane przez światło przesączające się przez okiennice.

Dotyk chłodnych palców na brzuchu skierował moją uwagę z powrotem na pielęgniarkę, która uniosła mi koszulkę do piersi. Z oczyma rozświetlonymi czymś, co uznałam za zafascynowanie, przesuwała dłońmi po mojej skórze w sposób, który nie kojarzył mi się z medycyną.

- Co pani... - Mięśnie moich rąk zamieniły się w ołów, gdy próbowałam podeprzeć się na fotelu, i nie chciały się poruszyć. Panika wezbrała mi w gardle. - Ej... Ej!

Jej dłonie zawędrowały wyżej. Przesunęła lodowatymi opuszkami po mojej szyi. Mdłości zakotłowały mi się w trzewiach, gdy poczułam, że zaciska palce. Mocno. Mocniej.

- Przestań! Proszę! Przestań! - Z rękoma przymurowanymi do boków w duchu błagałam mięśnie, żeby ją odepchnęły, ale one nie słuchały moich poleceń.

Wpatrując się w moje usta, blondynka opuściła głowę, jakby chciała mnie pocałować. Spomiędzy jej rozchylonych warg wysączyła się kręta smużka czarnego dymu, wyglądająca jak pełznący ku mnie wąż. Dym musnął moje zaciśnięte usta, a ja pokręciłam głową. Ale choć starałam się opierać, przecisnął się przez barierę i poczułam na języku smak popiołu. Gęsty niczym miód, spłynął mi do gardła i pulsując, przedzierał się do brzucha. Próbowałam wrzeszczeć, lecz tylko krztusiłam się i dławiłam. Moje ciało ogarnęły konwulsje.

Wciąż stojąc nade mną, pielęgniarka zachichotała.

- Jak to smakuje, panno Ravenshaw? - wysyczała dziwnym głosem.

Ściany pomieszczenia zaciskały się wokół mnie. Były coraz bliżej i bliżej.

Aż wreszcie wszystko ogarnęła czerń.

- Panno Ravenshaw? - Ciemność przebił łagodny głos.

Otworzyłam oczy i zorientowałam się, że stoję w korytarzu przed gabinetem lekarskim i wpatruję się w ścianę, jak wcześniej.

Blondynka stała przy drzwiach, unosząc brwi w wyrazie troski.

- Dobrze się pani czuje?

Czy dobrze się czułam?

Oderwałam wzrok od ściany, wciąż pokrytej nienaruszoną farbą, i przeniosłam go na zegar pokazujący trzynastą trzydzieści siedem. Gdy rozejrzałam się po gabinecie, zauważyłam, że biały podkład na fotelu wygląda na niepognieciony. Jakby nikt na nim nie siedział.

Co się wydarzyło?

Nic?

Choć wciąż czułam na skórze zimny dotyk widmowych palców, odchrząknęłam i skinęłam głową.

Nie. Nie czułam się dobrze. I to już od wielu tygodni.

Halucynacje zdarzały mi się często za dnia, ale zazwyczaj pojawiały się nocami, dlatego potrzebowałam potwierdzić ciążę. Bo co, jeśli ona też była halucynacją?

Gdy weszłam już do środka, blondynka pokierowała mnie do wagi, a później zanotowała odczyt - około ośmiu kilogramów mniej niż w ostatnich tygodniach. Po sprawdzeniu innych parametrów pobrała mi odrobinę krwi i wręczyła pojemnik na próbkę moczu. Gdy wróciłam z łazienki, na fotelu leżała już okropna papierowa koszula. Jęknęłam w duchu na myśl, że będę musiała zmagać się z tym cholerstwem.

Wokół mnie zapadła nerwowa cisza, gdy pielęgniarka w końcu opuściła gabinet. Przebrałam się w paskudną koszulę i czekałam na lekarza. Nawet obrazy przedstawiające ocean ani pastelowy niebieski kolor ścian nie mogły złagodzić mojego niepokoju. Wizyty u lekarza zawsze wiązały się dla mnie ze stresem, tym bardziej teraz. Świat nie wydawał mi się już właściwy ani normalny. Miałam wrażenie, jakby wywrócił się do góry nogami i obracał zbyt szybko. Jedynym, czego chciałam, to wczołgać się do łóżka i spać lub gapić się przez okno, jak robiłam w wiele dni po powrocie z Nocnego Cienia. Czekając, bezmyślnie bawiłam się medalionem na szyi - prezentem od ojca, który zwrócił mi Jericho.

Gdy rozległo się pukanie do drzwi, wyprostowałam się sztywno i odchrząknęłam.

- Proszę.

Doktor Shein był białym mężczyzną w średnim wieku w białej koszuli pod białym fartuchem medycznym i z kępkami siwiejących włosów zaczesanymi do tyłu, przez co wyglądał jak starzejący się Ken. Wystarczył sam jego wygląd, bym wyczuła w nim człowieka kwestionującego wszystko, co wykracza poza jego nienaganną edukację. Co oznaczało, że nie poruszę tematu dziwnych halucynacji przedstawiających jego pielęgniarkę i to dziwne coś, co wdmuchnęła mi w usta.

- Panno Ravenshaw - odezwał się - mam dziś dość napięty harmonogram, proszę zatem, żeby pani się położyła, abym mógł wykonać badanie ultrasonograficzne.

- Ultrasonograficzne? Już teraz?

- Próbka pani moczu dała wynik negatywny. Chciałbym zajrzeć do macicy.

Musiałam zmobilizować każdy mięsień twarzy, żeby nie skrzywić się w reakcji na pomysł, który brzmiał niesamowicie inwazyjnie. Czy wszyscy lekarze mówili w taki sposób?

Trzaśnięcie gumy rękawiczek sprawiło, że zakotłowało mi się w żołądku, gdy znowu kładłam się na fotelu. Wtedy rozległo się kolejne pukanie i blondynka weszła z przygotowanym iPadem. Oparłszy stopy, obserwowałam, jak doktor Shein szykuje głowicę wyglądającą jak zabawka z sex-shopu, zakłada na nią pokrowiec przypominający kondom, po czym, bez choćby wymienienia uprzejmości, rozsuwa moje kolana i wciska przedmiot w moje wnętrze. Zacisnęłam palce na podłokietniku i odchrząknęłam, czując, jak dygoczą mi uda. Blondynka przysunęła monitor bliżej mężczyzny, ja zaś starałam się ignorować śluzowate ruchy penetrującego mnie instrumentu.

Lekarz wpatrywał się w ekran i widziałam, jak brwi schodzą mu coraz niżej, a głowa się unosi. Nachylił się bliżej monitora, po czym oparł z powrotem. Poruszył umieszczonym we mnie wziernikiem, znowu przyjrzał się bliżej i zmarszczył czoło.

Obraz na ekranie nie miał dla mnie najmniejszego sensu. Dostrzegałam jedynie łuk wypełniony ciemnymi plamami i szumem statycznym, jak coś z filmu Poltergeist. Lekarz przekrzywił głowicę w lewo pod dość niewygodnym kątem i trzymał tak przez chwilę, nadal wpatrując się w monitor. Poruszył nią, ale zaraz wrócił do poprzedniej pozycji. Zmarszczył brwi. Nadal patrzył. Zrobił serię zaniepokojonych min, którą powtórzył jeszcze przynajmniej trzykrotnie.

- Jenny, czy możesz podać mi inną głowicę?

Na jego prośbę blondynka wyszła z gabinetu i wróciła po minucie czy dwóch, niosąc urządzenie.

Doktor Shein beznamiętnym ruchem wysunął ze mnie pierwszy wziernik, przygotował drugi i szybko wcisnął go w moje ciało. Znów się krzywił, wytężał wzrok i szturchał mnie tym cholerstwem, jakby potykał się z moją macicą.

- To... bardzo dziwne.

Na te słowa blondynka zadarła głowę i zmrużyła oczy tak jak on. Podeszła do niego i po chwili wpatrywania się w ekran uniosła brwi, jakby w wyrazie zaskoczenia.

Cholera. Oni wiedzą. Wiedzą.

Nie chciałam nawet pytać, bo wiedziałam, że wiedzą. Moja ciąża nie była normalna. Nie była ludzka.

- Nie ma go tam - powiedział, przerywając moje bolesne myśli.

- Co?

Ekran zamigotał i urządzenie wydało z siebie elektryczny trzask, po czym poczułam, jak głowica znowu wysuwa się ze mnie bezceremonialnie. W gabinecie rozległ się donośny huk.

Zaskoczona, niechcący kopnęłam doktora Sheina. Zanim zdążyłam przeprosić, światła zamigotały i zgasły. Odgłos kółek jego fotela przesuwających się po kafelkach stanowił jedyne ostrzeżenie, zanim uderzył w mój podnóżek. Elektryczne brzęczenie ucichło, a światła rozbłysły na nowo, ukazując zdezorientowanie wymalowane na twarzy lekarza i jego asystentki.

- Co to było, na piekło?

Piekło. Niewiele się pomylił. Jego pytanie stanowiło odzwierciedlenie moich myśli, gdy po obróceniu się ujrzałam cień sunący po ekranie ultrasonografu. Trzepoczące mrowienie w żołądku kazało mi wstrzymać oddech. W duchu modliłam się, żeby to, co widzę, okazało się po prostu kolejnym zakłóceniem obrazu.

Shein bez słowa pokręcił głową i podniósł się z krzesła, po czym podszedł do umywalki, po drodze zdejmując rękawiczki.

Bez słowa.

Pospiesznie usiadłam na fotelu, przyciągając do siebie kolana.

- Hmm... czy wszystko... w porządku?

Po umyciu rąk lekarz wrócił na krzesło, a ja opuściłam nogi ku podłodze.

- Macica wydaje się pusta, choć wygląda na to... że coś się w niej znajduje.

Znowu odchrząknęłam, zastanawiając się, czy on również dostrzegł ruch na ekranie.

- Coś? - ośmieliłam się zapytać.

- Skłaniałbym się ku stwierdzeniu, że to ciąża ektopowa, choć oczekiwałbym w takim przypadku pozytywnego wyniku testu moczu. Czy jest pani pewna, panno Ravenshaw, że przywiódł tu panią pozytywny test?

- Tak - skłamałam. - Dwie kreski, prawda? - Z ust wyrwał mi się nieprzekonujący chichot.

- Zaczekam na potwierdzenie z testu krwi, ale w przypadku ciąży pozamacicznej zalecam metotreksat.

- Co to takiego?

- Zastrzyk podany po to, żeby powstrzymać komórki płodu przed dalszym podziałem. Służący terminacji ciąży, w gruncie rzeczy.

Terminacji. Terminacji?

Pokręciłam głową.

- Nie zamierzam przerywać tej ciąży.

- Jeśli potwierdzi się, że istotnie jest pani w ciąży, takie postępowanie będzie kluczowe. Ciąża ektopowa stanowi zagrożenie dla życia.

- Co ma pan na myśli, mówiąc "potwierdzi się"? Uważa pan, że ciąża "może być" ektopowa. Czyli nie jest pan pewien po badaniu ultrasonograficznym?

Szybko obejrzał się przez ramię na blondynkę, po czym spojrzał na mnie, wsuwając dłonie do kieszeni fartucha.

- Obawiam się, że do końca nie wiem, co widziałem, panno Ravenshaw. Najwyraźniej w pani macicy znajduje się jakaś znacząca masa.

- Masa? Jak... - Przełknęłam gulę podchodzącą mi do gardła. Nie chciałam powiedzieć tego na głos, wolałam wypchnąć tę możliwość z głowy. - Guz?

- Guz to coś, co mógłbym zidentyfikować w oparciu o to, że już je widywałem. To natomiast było... niezwykłe. Wydawało mi się, że być może głowica nie działa prawidłowo, ale druga dała taki sam obraz.

- Czyli co to takiego?

- Nie mam pewności. Wolę zaczekać na wyniki badania krwi, zanim powiem coś więcej. Przyda się też kolejne USG. Spróbujemy z innym monitorem i może przeprowadzimy szersze testy. Na razie poproszę, żeby umówiła się pani w recepcji na kolejną wizytę i przygotowała na ewentualność terminacji.

Nie. Tego nie mogłam zrobić. Nie zrobię. Nie miałam dostatecznej wiedzy na temat ciąż Strażników, by móc podjąć taką decyzję. Być może negatywny wynik testu i pusta macica były czymś normalnym. Może matka każdego Strażnika doświadczała dziwnie migoczącego ekranu i cienistych ruchów podczas USG. Przez ostatnie miesiące wystarczająco naoglądałam się śmierci - Jericho, Garic, Remy - i na pewno nie planowałam dodawać dziecka Jericha do tej listy.

Nie podobało mi się, że tych dwoje najwyraźniej wpatruje się we mnie tak, jakby czekali na moją reakcję.

- Czy nie istnieje jakiś sposób, żeby dziecko mogło...

- Obawiam się, że nie. Ewentualne przeciąganie takiej ciąży naraża panią na ryzyko. Proszę przemyśleć moje rady, panno Ravenshaw.

Przemyślałam je i niestety dla niego podjęłam już decyzję. W czasie spędzonym w Czyśćcu dowiedziałam się, że nie wszystko działa tak, jak powinno. Niektóre istoty wymykały się zasadom nauki albo funkcjonowały wbrew nim. Jericho mnie tego nauczył.

Znajome pieczenie oczu i nosa kazało mi odwrócić wzrok, ponieważ potworna fala bólu i smutku groziła wyrwaniem bram przez powódź, a przecież nie chciałam rozsypać się przed Kenem i jego Barbie.

Nie zamierzałam przerwać ciąży. Nie zamierzałam brać jakiegoś metogówna, żeby zabić dziecko Jericha. Jego dziedzictwo. Jedyne, co zostało mi po miłości trwającej od stuleci.

Niezależnie od wszystkiego.

2

Teraźniejszość

Evie podciągnęła się na łóżku wynajętym w gospodzie w miasteczku, gdzie mieszkała przez ostatnie miesiące. Z uśmiechem wyrażającym uznanie obserwowała, jak blond nieznajomy naciąga skórzane spodnie na nieziemsko idealny tyłek. Szczupła, muskularna sylwetka nadawała mu budowę wojownika, a skóra była nieskazitelna. Nie widniało na niej ani jedno znamię, pieg czy blizna.

- To jak to działa?

Wciąż zajęty ubieraniem, nie raczył zerknąć w jej stronę ani potwierdzić, że w ogóle usłyszał pytanie. Odezwał się dopiero po wyjątkowo długiej chwili milczenia, gdy przeplótł już pasek przez szlufki spodni i zmarszczył brwi.

- Jak co działa?

- Przechodzenie przez Vale. Czy boli?

- Nie.

- Jest niebezpieczne?

- Tak.

Przygryzła wargę, w milczeniu rozważając jego frustrująco skąpe odpowiedzi.

- Nieważne. Chcę tylko się stąd wydostać. Opuścić Nocny Cień. Jeśli to, co mówiłeś, jest prawdziwe, wtedy... może moja rodzina, zakładając, że w ogóle ją mam... cóż, może przygarną mnie z powrotem. Tak więc zrobię to. Powiem ci, gdzie znaleźć Van Croixa.

Naciągnęła sobie prześcieradło na piersi, zduszając niepokój kotłujący się jej w trzewiach. Tak długo kochała Van Croixa, a teraz zdradzała go w taki sposób. Ale sam dokonał wyboru.

I wybrał tamtą. Farryn.

Po tym, jak Evie miesiącami oferowała mu oddanie i rozkosz, została odrzucona jak brudna bielizna na rzecz zupełnej przybłędy, która przylazła znikąd.

- A co z tą kobietą? Farryn? - Nie potrafiła ukryć wrogości w swoim tonie. Nienawiści, jaką czuła do tamtej kobiety, kipiącej w jej krwi od nocy, gdy Van Croix zmusił Evie do opuszczenia Katedry Czarnej Wody. Jej jedynego domu. Jedynego schronienia przed mroczniejszymi elementami składającymi się na Nocny Cień.

- Zakładasz, że ona wciąż żyje?

- On by nie pozwolił na nic innego. Granice jego obsesji na jej punkcie są nieskończone.

- Zatem podzieli jego los. - Nuta ostateczności w jego głosie uderzyła ją niczym policzek. Evie dotąd miała wrażenie, że aniołowi zależy na odebraniu nagrody. Że chce przekazać Jericha Niebiosom, nie krzywdząc go.

W krótkim czasie, jaki wspólnie spędzili, nieznajomy wiele jej opowiedział. Zwłaszcza rzeczy, które zawsze podejrzewała, że są prawdą. Że Jericho jest pół aniołem, pół demonem. Jeśli wziąć pod uwagę sytuacje, gdy widziała go w dzwonnicy, a także długie i niezwykłe pióra, jakie zbierała, o srebrzystych zakończeniach i nietypowo wibrujące, nie mogła wątpić, że w jej byłym kochanku kryje się coś odmiennego. I - w przeciwieństwie do Jericha zachowującego się w sposób wycofany i enigmatyczny - anioł, z którym przeżyła wspólną noc, posunął się do dowiedzenia swojej prawdomówności, pokazując Evie skrzydła i nieziemskie cechy swojego ciała. Widziała też, jak poruszał się i napinał niczym perfekcyjnie dostrojona maszyna.

- Jak konkretnie będzie wyglądał ten los, jeśli mogę spytać? - ośmieliła się odezwać.

- To nie twoja sprawa.

- Ale nie skrzywdzisz go?

- Masz moje słowo.

Węzeł w jej brzuchu rozsupłał się z ulgi. Choć Jericho ją tak wielce rozczarował, na pewno to nie on stanowił przyczynę jej gniewu.

- Moje troski nie rozciągają się na tę kobietę, żeby była jasność.

- Kryształowa.

- W porządku. To znaczy i tak nie wierzę w te religijne bzdury. Dziewczyny muszą dbać o siebie nawzajem, a to, co ona mi zrobiła, było niewybaczalne. - Uniosła pilniczek z szafki nocnej obok siebie i nerwowymi ruchami zaczęła piłować paznokcie. - Znajdziesz Van Croixa w Katedrze Czarnej Wody. Oczywiście jestem pewna, że każdy by ci to powiedział. Co każe mi się zastanawiać... dlaczego ja?

- A dlaczego nie? - Z małego drewnianego stolika po drugiej stronie pokoju zebrał pokaźny arsenał pozostawionej tam broni, a następnie pochował ją w pochwach umieszczonych na swoich biodrach, nogach i piersi.

- Wybacz mi, jeśli wyjdę na nieokrzesaną i nieodpowiedzialną, ale nie znam nawet twojego imienia.

Obrócił się i jego usta rozciągnęły się w uśmiechu po raz pierwszy od minionego wieczora, kiedy to urokiem wkradł się do jej łóżka.

- A jak brzmi twoje?

- Evie. Naprawdę jesteś aniołem, który może przywrócić mi duszę i odesłać mnie z powrotem?

Przyciskając palec do czubka sztyletu o najozdobniejszej rękojeści, jaką kiedykolwiek widziała, przeszedł przez pokój w kierunku łóżka. Nie ostrzegło jej nawet drgnięcie klingi, zanim nieznajomy ugodził ją w gardło, urywając wrzask, który nie zdołał wydostać się jej z ust.

Evie wpatrywała się w niego wybałuszonymi oczyma, patrząc, jak jej pełne szoku oblicze odbija się w jego jasnych oczach.

- Obawiam się, że nie ratuję takich dusz jak twoja, Evie. Ja je łamię.

3

Przed stuleciami

Chłopiec podążał wydeptaną ścieżką znikającą w widmowych cieniach lasu. Tą samą, którą kilka minut wcześniej poszedł jego ojciec, prostym ludziom znany jako lord Praecepsia, jego odciski wciąż widniały w niedawno spadłym śniegu. Drzewa drżały na wietrze, zaś ich białe gałęzie, grubo obrośnięte szronem, obsypywały barona białym pyłem, majacząc ponad nim niczym starzy, zmęczeni, obserwujący go wartownicy. Rzucający mu wyzwanie, by kroczył dalej.

Nie przejmował się chłodem ani otępiającym odczuciem, od którego mrowiły go policzki i dłonie. Gorejąca w nim wściekłość mogłaby podpalić otaczający go las, gdyby nie ta odrobina samokontroli wciąż pyrkocząca pod powierzchnią.

Światła z małej chaty na końcu ścieżki migotały wśród pni. Nieprzyjemna aura zdrady unosząca się w powietrzu poruszyła wnętrzności zbliżającego się chłopca, którego mięśnie napięły się, szykując do gwałtownego działania. Sama myśl o tym, że mógłby mieć krew na rękach, że czułby na języku ten miedziany smak, kazała mu zwalczać tę niewyjaśnioną ochotę, żeby się zmoczyć. Matka ostrzegała go, żeby kontrolował te mroczne, nienaturalne impulsy, ale on nie mógł nic poradzić na krążący w nim jad. Na czerń, która pochłaniała go za każdym razem, gdy choćby pomyślał o tym, co jego ojciec może właśnie robić.

Wilk zawył w oddali. Przycupnięta wysoko na gałęzi sowa obserwowała go, gdy ją mijał. I jeśli można było choć trochę wierzyć w historie opowiadane przez wioskowych venatorów, czyli myśliwych, to z pewnością coś niebezpiecznego czaiło się w lasach. Nic nie mogło jednak oderwać jego uwagi od małego oszronionego okienka, za którym dostrzegał niewyraźne sylwetki dwóch osób.

Musiał zobaczyć to na własne oczy. Uspokoić prawdą swoje podejrzenia.

Podszedł bliżej ze sztyletem w dłoni, a następnie zaczął stąpać po drewnianej werandzie, ostrożnie, żeby deski nie zaskrzypiały pod jego stopami. Obrazy za mętnym szkłem poruszały się gorączkowo, a ze środka dobiegały jęki.

Chłopiec chuchnął na szybę, a gdy gorąco roztopiło szron, zajrzał przez maleńką plamę przejrzystości. Wykręciło mu żołądek, a furia szalejąca w jego piersi rozlała się dalej, napierając mu na żebra.

Po drugiej stronie okna jego nagi ojciec stał pochylony nad własną siostrą, którą pierdolił na drewnianym stole. W usta miała wciśnięte jabłko, a ręce związane na plecach.

Baron niedawno skończył szesnaście lat i zaznajomił się już z czynami seksualnymi. Dobrze wiedział, że branie kobiety od tyłu, jak zwierzę, było zakazane przez kościół. Ten sam kościół, który tak wysoko cenił sobie jego ojciec.

Cienie tańczyły na ścianach w wyuzdanych scenach niepasujących do ruchów tamtej dwójki, wyglądały niczym jakieś lubieżne zbiegowisko, choć nikt inny nie był najwyraźniej obecny w środku. Jedynie mroczne sylwetki przesuwające się w charakterystycznych, seksualnych pozach. Nie dało się dostrzec tego, co naśladowały cienie. Pochłonięty nimi, chłopiec nie od razu dostrzegł zmianę, jaka zaszła w chacie. Sposób, w jaki przygasło światło.

Szron na szybie zgęstniał. Oczy jego ciotki zrobiły się białe, gdy jej tęczówki obróciły się w głąb czaszki.

Ruchy ojca stały się gwałtowniejsze, bardziej agresywne. Szarpał się i wbijał palce w jej mleczne ciało, sącząc spod paznokci kropelki krwi. Obnażył zęby i to, co stało się później, wypaliło się chłopcu w mózgu.

Coś wyglądającego jak długie czarne macki wyrosło z ciała ojca. Część z nich owinęła się ciasno wokół ud kobiety i nóg stołu, rozwierając ją. Inna zniknęła pomiędzy jej pośladkami i wsuwała się oraz wysuwała spomiędzy nich w tym samym rytmie, w jakim jego ojciec pchał ją od tyłu. Jeszcze inna otuliła się wokół jej gardła i jeśli oceniać po tym, jak zaczerwieniła się twarz ciotki, zacisnęła na nim.

Subtelny ruch ręki mężczyzny przyciągnął wzrok chłopca z powrotem ku czarnym łuskom przesuwającym mu się po skórze i odbijającym światło.

Potwór.

Baron z trudem zaczerpywał tchu, gdy szok wdzierał mu się pazurami do płuc. Co się tu działo, w imię boskie? Bezcielesny głos powtarzał mu, żeby odwrócił wzrok, on jednak nie potrafił. Skierowanie uwagi gdzie indziej sugerowałoby, że to, co miał przed oczyma, jest prawdziwe, a przecież nie mogło takie być. Bo choć widział w życiu straszliwe rzeczy, żadna z nich nie okazała się tak plugawa i absurdalna. Za takie same wynaturzenia i grzechy biskup Venable batożył i katował innych z miasteczka. Może wybatożyłby również barona, ponieważ istniały dziwaczne sytuacje, które kilkakrotnie mu się przytrafiły. Niewyjaśnione przypadki wymykające się ludzkim zdolnościom lub rozsądkowi. Przypadki, o których nie ośmieliłby się z nikim rozmawiać, chyba że chciałby zostać poddany szczegółowemu śledztwu, jak inni chłopcy, którzy ściągnęli na siebie podejrzenia biskupa.

Jego zdolność chwytania błyskawicy w dłoń tak, by nie spalała mu ciała, na pewno wzbudziłaby plotki w całej Praecepsii. Podobnie jak unoszenie głazów czterokrotnie cięższych od niego i trzymanie ich nad głową. Lub zatrzymywanie czasu i obserwowanie, jak przedmioty unoszą się w powietrzu, jakby zawieszone na niewidzialnych niciach. Znał wszystkie te swoje aberracje i wiedział, że świat nie zawsze zachowuje się zgodnie z ludzkimi oczekiwaniami, a jednak gdy stał jak skamieniały na tamtej werandzie, wpatrując się w rozgrywającą się za oknem scenę, zimne pazury szoku kazały mu się zastanawiać nad licznymi rzeczami, których jeszcze nie rozumiał.

Jego ojciec zawsze był bestią, okrutnym i niegodziwym mężczyzną, ale młody baron dotąd nie wyobrażał sobie głębi jego zdeprawowania. I nie przypuszczałby, że ojciec potrafi fizycznie przekształcić się w istotę z koszmarów. To było niemożliwe.

Musiał śnić.

Pomimo zimna poczuł dreszcz na karku i odsunął się od szyby, ale nie na tyle daleko, by stracić widok. Odraza zamrowiła go w piersi, gdy obserwował, jak coś wije się wewnątrz brzucha jego ciotki. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że wypustka przypominająca ogon wślizgnęła się jej do gardła.

Co za bezbożne wynaturzenie! Kończyna wcześniej zakrywająca jej usta poruszała się teraz w jej brzuchu!

Nóż z brzękiem wypadł mu z ręki.

Głowa ojca obróciła się w jego kierunku.

Czarne, paciorkowate oczy wpatrywały się w niego przez szkło i baron cofnął się jeszcze dalej, potykając o schody werandy. Zimny, mokry śnieg chlupnął mu pod dłońmi, gdy chłopak upadł na plecy. Nawet na chwilę nie spuszczał wzroku z okna. Pojawiła się w nim cienista sylwetka ojca. Macki schowały się z powrotem w jego ciało. Nawet z tej odległości baron dostrzegał, że oczy ojca wróciły do swojej zwyczajowej barwy. Strumyczki lodowatego strachu rozlały mu się pod skórą.

Rzucił się w tył, odskakując od domku, a potem pobiegł w ciemny las najszybciej, jak tylko potrafiły go ponieść nogi. Zimne powietrze paliło go w płuca, a ogień ogarnął mięśnie. Sękate gałęzie i paprocie szarpały go za nogi, wbijając zdrewniałe pazury w jego skórę.

Księżyc wisiał wysoko, lecz jego słabe, srebrzyste promienie rzucały jedynie strzępki światła na niewydeptaną ścieżkę. Baron parł jednak dalej, a szalejący w jego umyśle chaos przemieniał strach we wściekłość.

Nikomu nie mógł o tym powiedzieć, żadna dusza w Praecepsii nie uwierzyłaby w coś podobnego. Jego ojciec był niemal równie mocno szanowany jak biskup Venable. Oskarżenie go równałoby się z otrzymaniem kary. Barona zabrano by do lochów w podziemiu, podobnie jak innych chłopców, których nikt już później nie widział.

Nie. Nie odezwie się na ten temat, złożył sobie taką przysięgę. Ale będzie musiał za wszelką cenę chronić matkę.

Zabije tego okrutnika za ból, jaki ten jej sprawiał. Za nieszczęścia, jakie zadawał jej życzliwej, dobroczynnej duszy, która z każdym mijającym dniem stawała się coraz słabsza. Za zniewagi, jakie znosiła zawsze, gdy musiała skierować oczy na jego kuzyna Drystana i niewątpliwie dostrzegała jego podobieństwo do swojego męża i jego siostry.

Baron przysiągł, że zabije ojca w najniegodziwszy i najboleśniejszy sposób - z równym brakiem litości, jaki lord Praecepsia okazywał swojemu synowi.

A wraz z nim zabije tkwiącą w nim bestię.

Nie minęło wiele czasu, zanim jaśniejsze światło przesączyło się między czubkami drzew i zalśniło na nietkniętym śniegu. Baron szedł aż do rana z zesztywniałymi i zmarzniętymi kończynami, z obolałymi nogami. Zatrzymał się, by oprzeć się o drzewo, i zamknął oczy, żeby uspokoić umysł. Jednak jedyną rzeczą, jaką widział pod powiekami, wciąż był obraz ojca pierdolącego ciotkę.

Nowa wściekłość wezbrała w chłopcu. Zacisnął zęby i uderzył pięścią w pień drzewa, o które się opierał. Odgłos pękania sprawił, że otworzył oczy i uniósł wzrok ku liściastej koronie w górze, która chwiała się niebezpiecznie z boku na bok.

- O cholera. - Baron cofnął się o krok, niepewny, w którą stronę drzewo ostatecznie się przewali. Słysząc trzask pękającego drewna, odskoczył w tył, akurat gdy jasna brzoza przewracała się w przeciwnym kierunku niż on; uderzyła o ziemię, podrywając paprocie i śnieg.

Wybałuszonymi oczyma wpatrywał się w rozszczepione drewno, w pień zupełnie oderwany od korzeni. Nie pierwszy raz uczynił coś, co wykraczało poza ludzkie zdolności i siłę. Pod skórą pełzało mu uporczywe mrowienie. Uniósł dłonie, wyobrażając sobie, że wyrastają z niego czarne łuski i mackowate wypustki.

Nie. Nie był taki sam jak jego ojciec. Był inny!

Kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Obrócił się i ujrzał myszkę uwięzioną pod jedną z leżących gałęzi. Wiła się i piszczała daremnie. Jej widok wzbudził w nim odrazę, przypomniał mu o jego własnej słabości, o okrutnej i nieugiętej władzy, jaką miał nad nim ojciec. Piski żyjątka owijały się wokół jego zmysłów niczym ostrza zgrzytające o kość. Zacisnął powieki.

"Jesteś słaby i żałosny! Zupełnie jak twoja matka!"

Słowa ojca rozbrzmiewały mu w głowie, podsycając jego gniew, aż pod powiekami zaczęły mu błyskać poszarpane czerwone błyskawice. Uniósł stopę, żeby zmiażdżyć mysz, i bystrym wzrokiem wychwycił odbicie swojego buta w okrągłych czarnych oczach gryzonia. Zwierzę zastygło w bezruchu, wpatrując się w niego tak, jakby godziło się ze swoim losem. Ta myśl sprawiła, że baron poczuł jeszcze większą odrazę.

Właśnie wtedy do jego uszu dobiegł odgłos. Łagodny, kobiecy śmiech rozbrzmiał echem wśród drzew. Opuścił but, chwilowo oszczędzając mysz, po czym rozejrzał się w poszukiwaniu źródła śmiechu, który szybko przeszedł w cichy głos. Chłopak dysponował czulszym słuchem niż większość, więc dźwięk mógł dochodzić z odległości kilku kroków lub z odległej części lasu. Podążał za nim po powalonych drzewach i przez plątaninę drzewnych szczątków aż do polany niedaleko od miejsca, gdzie stał wcześniej.

Po przeciwnej stronie polany, na pozbawionej gałęzi kłodzie, siedziała dziewczyna w czarnej szacie z kapturem, młodsza od niego może o kilka lat. Długie czarne warkocze wylewały jej się spod kaptura, odznaczając się na tle nieskazitelnej, bladej skóry. Baron zacisnął dłonie u boków, wyobrażając sobie, jak gładzi opuszkami jej gładką powierzchnię. Promienie słoneczne wydawały się sięgać ku dziewczynie, jakby one również pragnęły jej dotknąć. U jej stóp kręciło się kilka myszy, ona zaś rzucała okruchy na śnieg, wzbudzając w zwierzątkach poruszenie. Znów się roześmiała i baron wyprostował się czujnie.

Miał ochotę pochwycić ten dźwięk, zabutelkować go, by móc badać jego ton i harmonię. Śmiech przeszedł jednak w tęskne nucenie, ono zaś z kolei w śpiew, od którego ścisnęło mu pierś. Był tak piękny, że słuchanie go sprawiało mu ból, a jednak nadal słuchał. Obserwował dziewczynę dłużej, niż zamierzał, gdy siedziała, karmiąc myszy.

Przerwała nagle i wymierzyła palec w gryzonie, jakby je liczyła.

- Mogłabym przysiąc, że wcześniej była was siódemka. Co stało się z waszym bratem? Hmm? Powędrował dokądś?

Baron obejrzał się na powaloną gałąź, pod którą utknęła myszka. Wbrew zdrowemu rozsądkowi podążył z powrotem przez las do miejsca, gdzie tkwiło zwierzątko z przygniecionym ogonem. Gdy zamykał wokół niego palce, ugryzło go, a baron warknął i cofnął dłoń, by zacisnąć ją w pieść.

Znowu dobiegł go głos dziewczyny. Niczym ciepły, kojący napój, wlewał w niego niewytłumaczalny spokój, zignorował więc protesty myszki; trzymał ją w jednej dłoni, a drugą unosił gałąź. Zupełnie jakby wyczuwając jego zamiary, przestała się szamotać i baron zdołał dobrze się przyjrzeć zakrwawionej końcówce jej ogona. Coś skuliło się w jego wnętrzu na ten widok. Litość. Nigdy dotąd nie czuł czegoś podobnego w stosunku do zwierzęcia, a jednak myśl, że dziewczyna zobaczyłaby mysz w takim stanie, wzbudziła w nim niepokój. Przesunął palcem wzdłuż ogona, wyobrażając go sobie takim, jak wyglądał wcześniej. Światło błysnęło mu pomiędzy opuszkami, później pojawiło się ciepło, a gdy puścił ogon, ujrzał maleńkie błyskawice tańczące po rance.

Marszcząc w zdezorientowaniu brwi, obserwował, jak brzegi skaleczenia suną ku sobie, zamykając zakrwawione ciało. Niespełna minutę później ogon wydawał się zupełnie zdrowy.

W jaki sposób?

Uniósł dłoń i przyjrzał się swoim opuszkom, gdzie pod skórą wciąż wyczuwał lekkie wibracje. Migoczące iskierki zniknęły w jego ciele i wrażenie ustąpiło.

Puścił mysz, która stanęła mu na dłoni na tylnych łapkach i przejechała sobie przednimi po pyszczku, myjąc się.

Nie próbowała przed nim uciekać.

Zupełnie jakby już się go nie obawiała.

Trzymając rękę wyciągniętą przed sobą, zaniósł zwierzątko z powrotem przez las w kierunku polany, gdzie wciąż siedziała dziewczyna. Opadł na jedno kolano i położył dłoń na śniegu, pozwalając myszy uciec. Z początku nie zrobiła tego. Przyciskając sobie przednie łapki do piersi, wpatrywała się w niego tymi czarnymi oczkami.

Baron pstryknął palcami.

- No idź już - wyszeptał i dopiero wtedy zwierzątko odbiegło; patrzył, jak skacze po polanie w stronę nieznajomej.

- Tu jesteś! - zawołała dziewczyna, rzucając stworzonku okruchy. - Przez chwilę bałam się, że dorwała cię sowa.

Baron cicho zachichotał pod nosem, a ona, jakby to słysząc, uniosła ku niemu wzrok. Na szczęście był osłonięty drzewami, ale na wszelki wypadek umknął za najbliższe z nich.

Gdy się obrócił, ujrzał czubek klingi dotykający jego podbródka. Alaric, sługus jego ojca, wpatrywał mu się prosto w oczy. Kawałek dalej ojciec barona zsiadł z konia i podszedł do chłopca. Na jego twarzy malował się niegodziwy, okrutny uśmiech.

- Wygląda na to, że lubisz szpiegować. - Nachylił się bliżej i wyszeptał: - Chodź, synu. Posłuchajmy, ile widziały twoje bystre oczy.

4

Teraźniejszość

Bezgwiezdna noc majaczy ponad kopułą, gdy wpatruję się w rozpadającą się wieżę. Zaledwie kilka kondygnacji wyżej trzy gargulce o kamiennych twarzach spoglądają na mnie ze swoich grzęd uformowanych tak, by pod ich łapami wyglądały jak spiętrzone czaszki. Choć nie wydają się niczym więcej niż tylko rzeźbami, wykonano je z niepokojącą szczegółowością. Tak realistycznie, że mogłabym przysiąc, iż jedna z nich poruszyła się, gdy podchodziłam do budynku.

Ponad nimi sunie ku mnie gęsta mgła niosąca ze sobą strzępki popiołu spadające z nieba niczym we wstrząśniętej kuli śniegowej. Ukłucia ciężkiej trwogi zalegają mi w brzuchu, zaś w nos drażni mnie silny i tłusty smród czegoś płonącego, jakby mięsa.

Byłam tu już kiedyś.

Ale kiedy?

Powietrze jest gęste, spowalnia mi mięśnie, gdy niewidoczna siła kieruje mnie po kamiennych stopniach do czekających na mnie ozdobnych żelaznych drzwi. Wprawiono w nie kołatkę z niepokojącą diabelską twarzą, której oczy wydają się czerwone. Lśniące.

Na ten widok w żołądku osiada mi ciężka groza, a gdy kładę dłoń na brzuchu, zauważam jego zaokrąglony kształt. Jakie to dziwne. Na pewno nie dalej niż wczoraj śniłam, jak mogę wyglądać za kilka miesięcy, gdy będzie już po mnie widać ciążę.

- Wejdź do środka. - Kobiecy głos, który słyszę, jest obcy, ale z jakiegoś powodu wydaje się znajomy.

A jednak nie chcę jej posłuchać. Coś mi mówi, że jeśli wejdę, to już nie wyjdę. Ale przekraczam próg, zupełnie jakby moje ciało odcięło się od umysłu, i wita mnie blada, wyglądająca jak zjawa kobieta siedząca przy biurku. Siwe włosy ma schludnie spięte z tyłu, a biały czepek z czarnym paskiem, który nosi na głowie, mówi mi, że jest pielęgniarką, choć jej strój jest przestarzały o kilka dziesięcioleci.

Widziałam ją już wcześniej, choć nie umiem określić gdzie.

Podnosi wzrok i uśmiecha się olśniewająco białymi zębami. Nagle jej oczy zmieniają się w bezduszne czarne kule, zęby w pożółkłe kły.

 

Mrugam, cofając się o krok, a wtedy znów widzę uśmiechniętą twarz kobiety. Czy tylko to sobie wyobrażałam?

Obraca się do mnie zaledwie na tyle, by wskazać mi korytarz za sobą. Każdy jej ruch jest płynny, jakbyśmy znajdowały się pod wodą.

Długi ciemny korytarz, którego koniec pogrążony jest w mroku, wzywa mnie, żebym minęła biurko.

Znów czuję, jakby kręciło mi się w brzuchu, i przełykam gulę podchodzącą mi do gardła. Zawróć! - przekonuje moja głowa. Odejdź, już!

Ale nie mogę, bo coś każe mi iść naprzód, pomimo ostrzeżeń dobiegających do mnie z trzewi.

Jakaś siła pozostająca poza moją kontrolą.

Drzwi po lewej przykuwają moją uwagę, gdy idę korytarzem. Pręty rozciągają się wzdłuż wprawionego w nie okienka. Gdy zaglądam do środka, widzę kobietę o ogorzałej, pomarszczonej skórze i siwych włosach, siedzącą zupełnie nago na podłodze. Kołysze się w przód i w tył, wpatrując się w róg pomieszczenia.

Podążam za jej wzrokiem i widzę dwoje bursztynowych, błyszczących oczu spoglądających z cieni. Krzyczę cicho i odskakuję, a fala trwogi przelewa mi się po plecach.

Jakiś ruch błysnął mi na skraju pola widzenia. Obracam się i dostrzegam młodego chłopca stojącego na środku korytarza kilka drzwi ode mnie. Czarne włosy i niebieskie oczy kojarzą mi się z Jerichem. Podarte ubrania, zbyt małe dla niego, kleją się desperacko do szkieletowej sylwetki. Jego obecność tutaj wydaje się dziwna, niepasująca. Upiorne wibracje w kościach mówią mi, że dzieją się tu złe rzeczy. Straszliwe rzeczy, jakich żadne dziecko nigdy nie powinno doświadczać.

Gdy postępuję w jego kierunku, obraca się na pięcie i biegnie ku cieniom.

- Hej! - wołam, ale nie ogląda się za siebie. Gnam za nim krętymi korytarzami, których końce zawsze giną w mroku. Chłopiec znika w cieniach, a ja zatrzymuję się gwałtownie. Obracam się i widzę złowieszcze drzwi z numerem 777 wyrytym w stali.

Marszcząc brwi, wpatruję się w toporne ryty, przekonana, że kryje się za nimi jakieś znaczenie, ale nie mogę sobie przypomnieć jakie. Jęki z drugiej strony poruszają we mnie głęboko zakorzenioną grozę - coś zagrzebanego tak daleko w moim wnętrzu, że nie umiem nawet stwierdzić, co mnie tak niepokoi.

Uratuj go.

Wbrew złowieszczym przeczuciom targającym mi trzewia sięgam do klamki.

- Farryn - szepcze wcześniejszy nieznajomy głos, a gdy się oglądam, kobieta stoi ledwie kilka kroków ode mnie. Długie, niemal zupełnie siwe, przetykane złotem włosy spływają jej na kościste barki. Oczy mają barwę ciemnokasztanowego brązu i przyciągają uwagę do łagodnego bladego blasku bijącego z jej twarzy. Choć ma drobną, kruchą sylwetkę, wyglądającą na wygłodzoną, bije od niej eteryczne piękno.

- Skąd cię znam?

Zerka na mój brzuch, jej wargi rozciągają się w uśmiechu, po czym na ułamek sekundy jej oczy robią się czarne, a zęby zamieniają się w kły, podobnie jak u pielęgniarki przy biurku.

Macki strachu pełzną mi po karku i cofam się o krok, lecz intensywny ból szarpie mi wnętrznościami, zupełnie jakby ktoś przeciągnął mi hakami po trzewiach. Paraliżujący ból, od którego gnę się wpół, trzymając się za wzdęty brzuch.

Krew rozpryskuje się na podłodze pode mną. Tak wiele krwi, a gdy zbiera się na betonie, ma barwę szklistej czerni. Jej głębokie kałuże biegną od moich stóp.

Słysząc dziwne brzęczenie, oglądam się i widzę, że kobieta szarpie się w miejscu. Czuję, jak załamują się pode mną nogi, i zataczam się w bok, uderzając barkiem w ścianę. Kobieta doskakuje do mnie z obnażonymi zębami i podekscytowaniem w oczach, od którego wzdryga mnie aż do szpiku kości. Opada na kolana.

Patrzę z trwogą, jak przeciąga dłonią przez krew, a później ją zlizuje.

Wreszcie wrzask wyrywa mi się z piersi.

Coś otacza mnie w pasie, napierając na targany bólem brzuch. Nie wiem, co to. Drapię to paznokciami, szaleńczo pragnąc się odsunąć, ale jest silne. Zbyt silne.

Za kobietą dostrzegam chłopca, za którym tu przyszłam. Patrzy na mnie, a później zasłania sobie twarz małymi dłońmi.

Uratuj go.

Szczęki kobiety otwierają się coraz szerzej, aż wreszcie rozwierają się przerażającą jamą. Obraca się gwałtownie do malca.

- Zostaw go! Zostaw moje dziecko! - Obręcz w pasie zaciska się w tej samej chwili, w której wyciągam ręce, by go dosięgnąć.

Drapię i szarpię się, żeby uwolnić się od tego, co mnie trzyma. Udaje mi się spuścić wzrok i widzę, że to, co uważałam za ręce, jest długą czarną macką owiniętą wokół mojej talii.

Wszystkie mięśnie w moim ciele się napinają.

Podążając dalej wzrokiem wzdłuż macki, obracam się i widzę wpatrujące się we mnie ognistoczerwone oczy. Oczy, które już wcześniej widziałam. Które sprawiają, że przez każdą komórkę ciała przebiega mi dreszcz strachu.

Rogi wystają mu z głowy i zakręcają się w tył, a ich powierzchnię pokrywają srebrne tatuaże pasujące do tych na skórze.

Otwiera usta, obnażając dwa długie kły ociekające ciemnością. Bez ostrzeżenia kłapie nimi w moją stronę.

Obudziłam się z cichym krzykiem w mroku, otoczona ramionami zbyt silnymi, bym mogła się wyrwać.

Moje dziecko. Moje dziecko!

Wierzgając i wijąc się, próbowałam się uwolnić, ale mój ciemiężyciel jedynie zacisnął chwyt.

- Farryn, uspokój się.

Choć jego głos był znajomy i kojący, nie zamierzałam się uspokoić. Musiałam zobaczyć krew. Krew!

- Ćśśś - wyszeptał. - To tylko sen.

- Puść mnie! Muszę zobaczyć! Muszę zobaczyć krew!

Puścił mnie bez protestów, a ja usiadłam gwałtownie. Zerwałam z siebie pościel i wbiłam wzrok w swoje nagie nogi, na których nie widziałam nawet kropelki czerwieni. Przesunęłam się na łóżku, unosząc lekko. Żadnej krwi. Nic oprócz białego prześcieradła.

Zdezorientowana, rozejrzałam się po pokoju, ale był po prostu ciemny i cichy. Zasłona trzepotała przy uchylonym oknie wpuszczającym odrobinę późnozimowego powietrza. Dom cioci Nelle. Jestem w domu cioci Nelle. W starej sypialni, którą zajęłam.

Zerknęłam na zegar na szafce nocnej. Była pierwsza trzydzieści siedem. Gdy rozjaśniły mi się myśli, przypomniałam sobie, co stało się trzy noce wcześniej.

Jericho. Wrócił.

Z Ex Nihilo.

Duszna woń seksu wisiała w powietrzu, a pościel była pognieciona i w nieładzie. Obróciłam się i ujrzałam, że Jericho wpatruje się we mnie z zatroskaniem na twarzy. Tyle że zamiast czerwonych świecących oczu, jak we śnie, ma jedno jaskrawoniebieskie, które rozpoznawałam.

On jest tutaj. Jestem bezpieczna.

Mdłości zabulgotały mi w żołądku i zamrowiły w piersi w odczuciu, które stało się dla mnie już nazbyt znajome. Wygrzebałam się z łóżka, zakryłam dłonią usta i rzuciłam się korytarzem do łazienki, nie przejmując się, że nie mam na sobie nawet skrawka ubrania. Gdy już tam dotarłam, zatrzasnęłam za sobą drzwi i padłam na kolana przed sedesem w tej samej chwili, gdy żółć wytrysnęła mi z gardła. Pochyliłam się, zalewając muszlę klozetową czarnymi, kleistymi wymiocinami. Kolejne torsje sprawiły, że jeszcze więcej płynu wyskoczyło mi z ust i uderzyło w wodę, ochlapując mi twarz. Wyplułam resztkę nitkowatego śluzu i zapatrzyłam się w ciemną ciecz, która zebrała się na wodzie w dziwnych zawijasach. Niepokój, który zakiełkował we mnie wcześniej, teraz pełznął mi po karku. Czytałam kilka książek o ciąży mówiących o porannych mdłościach, ale nie natknęłam się jeszcze na żadne wzmianki o czarnych wymiocinach.

Nazbyt znajomy dymny smak, kojarzący się z przypalonym stekiem, wypełnił mi usta i sprawił, że ścisnęło mi żołądek. Gdy rzygałam po raz pierwszy, mogłabym przysiąc, że za chwilę umrę z powodu jakiegoś wewnętrznego krwotoku. Nie zawracałam sobie głowy jechaniem na ostry dyżur, no bo co właściwie mogłabym tam powiedzieć? Nosiłam w sobie dziecko pół demona, pół anioła, zatem wymiotowanie czernią mogło stanowić zupełnie normalny objaw.

Wystraszona głośnym pukaniem, odruchowo spuściłam wodę.

- Wszystko w porządku? - zapytał Jericho przez drzwi.

- Tak. To tylko poranne mdłości. Zaraz wyjdę. - Wciąż osłabiona torsjami, podniosłam się z podłogi i drżącymi dłońmi odkręciłam kran, żeby zmyć z twarzy groteskową rosę wody z sedesu wymieszanej z rzygami.

Patrząc w lustro, dostrzegłam coś na swoim boku. Kiedy się lekko obróciłam, zauważyłam tam ciemny siniak. Poczułam ból, na który dotąd nie zwracałam uwagi, a który teraz kazał mi się przyjrzeć też drugiej stronie. Widniały tam ciemne, równoległe linie pasujące do ciasnego chwytu palców. Wróciłam myślami do minionej nocy, kiedy to Jericho zrobił się dość szorstki podczas seksu. Mgliście przypominałam sobie zwierzęce odgłosy i postękiwania, a także jego bolesny uścisk na moich biodrach. Jeszcze trochę się powykręcałam, odkrywając kolejne siniaki - na tyłku i tylnej stronie ud.

Jezu. Wyglądałam, jakbyśmy się pobili.

Otrząsnęłam się z tych myśli, porządnie wyszorowałam zęby i dwa razy przepłukałam gardło płynem do ust, aż wreszcie przestałam czuć na języku smak popiołu. Zignorowałam bulgoczący wciąż żołądek i wróciłam do sypialni, trzymając ręce tak, by nie zauważył siniaków, bo na pewno miałby z ich powodu wyrzuty sumienia. Nie chciałam, żeby żałował swojego braku delikatności. Lubiłam w nim agresję, żarliwość, z jaką podchodził do seksu, równie mocno jak jego łagodną stronę.

W chwili, gdy przeszłam przez próg, przesunęłam wzrok na Jericha. Jego muskularne ciało leżało na materacu. Biała pościel zakrywała to, co, jak wiedziałam, było jego imponującą dolną połową. Nawet w stanie otępienia i mdłości nie potrafiłam powstrzymać się przed podziwianiem go, gdy szłam przez pokój w stronę łóżka. Był ze mną znowu od trzech dni i wciąż mnie zachwycał.

Obrócił się na bok, gdy położyłam się obok niego. Silne, zwykłe ręce owinęły się wokół mnie, a ja pozwoliłam, by przyciągnął mnie do swojego ciepłego ciała. Choć w sypialni unosiła się duszna woń, wyczuwałam również jego własny, cytrusowy, męski zapach, który uspokajał moje nerwy - tak delikatny, że miałam ochotę zlizywać go z powietrza.

Tak, pamiętałam to wszystko. Odkąd wrócił, praktycznie nie wychodziliśmy z łóżka, wciąż wplątani w siebie. Od tamtej pory spałam dobrze - po raz pierwszy - aż do tego cholernego snu.

Zmusiłam się do tego, by oddychać powoli, i zamknęłam oczy.

To tylko koszmar.

Oddychaj.

Przesunęłam drżącą dłonią po skroni, przekonując swoją głowę, by wypchnęła tamte ostatnie sekundy snu, które w jakiś sposób wplotły się w moje wspomnienia.

- Masz mdłości? - spytał Jericho, gładząc dłonią moje włosy.

Dźwięk jego głosu osadził mnie jeszcze mocniej w rzeczywistości. Wyrwał mi się słaby chichot.

- Podobnie jak sporo ciężarnych kobiet. To normalne.

Aczkolwiek podejrzewałam, że czarne wymioty wcale normalne nie są.

- Ale obudził cię koszmar. Opowiedz mi o nim.

- Był straszny.

Wcześniej podjęliśmy decyzję, żeby o brzasku wyruszyć do Nocnego Cienia, bym zdążyła odpocząć po naszym seksualnym maratonie. Byłam jednak gotowa przejść już teraz, choć wciąż czułam się wstrząśnięta.

- Powiedz mi.

- Nie mogę. Mam wrażenie, że jeśli to zrobię, pozwolę, by wydostał się na wszechświat.

- Wszechświat nie wymaga przekonywania, by zrobił to, co chce. - Nuta rozbawienia w jego głosie sprawiła, że się uśmiechnęłam pomimo strachu wciąż szarpiącego mi nerwy. Zapomniałam już, jak łatwo potrafi mnie rozchmurzyć.

Przez tyle miesięcy budziłam się ze straszliwych snów z wrażeniem, że ktoś mnie obserwuje, i nie mogłam pozbyć się obrazów aż do rana, gdy znów czułam się jak zombie poddany deprywacji snu. Gdyby nie spadek po cioci Nelle, nie wiem, jak bym przetrwała - przysypiając cały dzień, próbując spać w nocy.

- Opowiedz mi o swoim śnie - powtórzył.

Z początku się wahałam, skupiając się na całej tej krwi. Tak wiele krwi. Pokręciłam głową, pozbywając się tej myśli.

- To był po prostu koszmar. Nic specjalnego.

- Wzywałaś Syrisę. - Wesołość w jego głosie, którą słyszałam jeszcze przed chwilą, ustąpiła zaniepokojonemu tonowi.

Prychnęłam na te słowa.

- Syrisę? W życiu nie poznałam żadnej Syrisy. - Mogła to być jednak osoba z życia Lustiny, której sobie nie przypominałam. - A ty znałeś jakąś Syrisę?

- Owszem. Była wieszczką sprzed wieków.

- Zatem może to ty wołałeś ją? Jak jedną z tych służących, które usychały z tęsknoty za tobą, hmm? - drażniłam się z nim z uśmiechem. - A skoro już mowa o służących, to Evie...

- Odeszła. Gdy tylko uświadomiłem sobie, co się stało, kazałem jej opuścić Czarną Wodę. I gdyby Remy nie zginął z rąk Drystana, sam bym go zabił. - W jego spojrzeniu dało się dostrzec szczere i śmiercionośne zdecydowanie, jakby właśnie wyobrażał sobie taki obrót spraw, a ja musiałam sobie przypomnieć, że pomimo całego swojego dobra Jericho ma dwoistą naturę. Że mrok stanowi jego część w równym stopniu, jak kruczy kolor włosów i nieustanny błysk w oku.

- Tak naprawdę próbował mi pomóc, choć robił to na swój dziwaczny sposób.

- Przez niego mogłem stracić cię na zawsze. Niezależnie od tego, jakimi intencjami się kierował, nie okazałbym mu litości.

- Musi przemawiać przez ciebie twoja demoniczna połowa.

- Przemawia ta moja połowa, która nie znosi wciskania kitu. Nic mi cię już nie odbierze. A teraz opowiedz mi o tym swoim koszmarze.

Jego prośba sprawiła, że na nowo ujrzałam obraz dziwnej kobiety, która nie wydawała mi się ani trochę znajoma - ani we wspomnieniach Lustiny, ani w moich.

- Chcę usłyszeć więcej o tej wieszczce - odbiłam piłeczkę.

Ściągnął brwi i odwrócił wzrok, ale wyczułam, jak jego palce zaciskają się zaborczo na moich barkach.

- To nikt, kim powinnaś się przejmować. Może to jedynie imię, na które natknęłaś się w jednej ze swoich licznych książek.

- Nie natknęłam się tam na nie. To nie jest typowe imię. I z tego, co sobie przypominam, ostatnia książka nie do końca przekazywała fikcję. - Miałam na myśli tom podarowany mi w księgarni w Nocnym Cieniu przez tajemniczą Catrionę, która, jak się później dowiedziałam, była matką Lustiny. Ale nigdzie w treści nie trafiłam na żadną Syrisę. - Chcę tylko wiedzieć, kim była.

Jęknął z wyraźnym zirytowaniem i przesunął sobie dłonią po twarzy.

- Niech bogowie będą przeklęci, ale z ciebie uparta ptaszyna.

Ta uwaga skłoniła mnie do kolejnego uśmiechu. Od miesięcy się tyle nie uśmiechałam.

- W porządku. Była czarną czarownicą, którą skazano na najsurowszą karę w historii Praecepsii. Usatysfakcjonowana?

Prychnęłam śmiechem i obróciłam głowę w bok.

- Oczywiście, że nie jestem usatysfakcjonowana. Nie możesz w ten sposób uciąć tematu. Dlaczego w ogóle zachowujesz się tak dziwnie?

- Nie zachowuję się dziwnie. Tylko ostrożnie. Szczegóły towarzyszące jej śmierci mogą być niepokojące.

- A jednak śniłam o kobiecie o tym samym nietypowym imieniu co ona. Chcę usłyszeć jej historię.

- Przez siedem dni i siedem nocy znosiła cierpienia z rąk Pentacrux. Ogolili jej głowę i ściągnęli z niej ubranie. Bili ją. Głodzili. Przypalali rozpalonym żelazem i zrywali jej skórę z pleców. - Gdy to sobie wyobraziłam, wzdrygnęłam się, a on pocałował mnie w bark. - Przywiązali ją za ręce i nogi do dwóch słupów, a potem tłum obserwował, jak dzikie psy pożerają ją żywcem.

Macki grozy poruszyły mi się w brzuchu, gdy pomyślałam o takim losie.

- Jezu. Dlaczego? Czego od niej chcieli?

- Przepowiadała przyszłość i właśnie dlatego Pentacrux uważali ja za złą. Niewiele osób potrafiło wypowiedzieć jej imię, nie wzdrygając się, bo pamiętali jej spojrzenie, gdy tamte psy ją dostrzegły.

Choć wspomnienia Lustiny w pewnym stopniu zlały się z moimi, nie czułam zbytniej więzi z tym barbarzyńskim światem, w którym karą mogło być pożarcie żywcem przez psy.

- Patrzyli na to i nic nie zrobili?

- Tak szczerze, to ona naprawdę była niebezpieczna. W przeciwieństwie do matki Lustiny, którą oskarżono o uprawianie czarów, w krwi Syrisy płynęły jad i magia tak mroczna, że nawet mój niegodziwy ojciec się jej obawiał.

- Twój ojciec? - Nie potrafiłam sobie przypomnieć, by Jericho kiedykolwiek o nim mówił.

- Tak. To na jego rozkaz została pojmana przez Pentacrux. Próbował zrobić z niej swoją niewolnicę, ale nie zamierzała mu się podporządkować.

- Dlaczego ją złapali?

- Dlaczego zadajesz tyle pytań?

- No wiesz, to twoja wina. Zaintrygowałeś mnie.

Prychnął, przyciągnął mnie mocniej do siebie i przesunął mi dłonią po biodrze.

- Wdała się w romans z młodym chłopcem z miasteczka. Pewnie nie miał więcej niż czternaście lat. Był zaręczony z inną. Z dziewczyną z bardzo wpływowej rodziny w Praecepsii, która twierdziła, że Syrisa musiała zostać opętana przez demony, skoro upatrzyła sobie tak młodego kochanka.

Zaręczony w wieku czternastu lat? Nie przetrwałabym w epoce, w której dorastał Jericho.

- Ile lat miała Syrisa?

- Wówczas trzydzieści dwa. Nie było niczym niezwykłym, że mężczyźni utrzymywali podobne relacje z młodymi dziewczętami, by zyskały pozycję albo zabezpieczenie finansowe. Ale Syrisa nie zapewniała ani jednego, ani drugiego. Była samotną wdową z lasu.

Skrzywiłam się na myśl, że on był tak młody, a ona o wiele starsza. Nawet jeśli Jericho miał nade mną przewagę kilku stuleci, przynajmniej dawno już osiągnęłam dojrzałość płciową.

- Gdy strażnicy sprawdzili jej dom, w pomieszczeniu pod deskami podłogi znaleźli ciała dwóch chłopców.

Gdy to sobie wyobraziłam, przebiegł mnie dreszcz.

- O mój Boże. Ale sam mówiłeś, że aresztowali ją za coś innego. Bo przepowiadała przyszłość.

- Tak. Lata wcześniej przepowiedziała śmierć mojego ojca. Pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego nie aresztowali jej wtedy. Niemniej wracamy do pytania: dlaczego śniłaś o Syrisie? Co wydarzyło się w tym twoim koszmarze?

Zacisnęłam wargi, znów wahając się przed wypowiedzeniem tego na głos ze strachu, że się objawi.

- Śniłam, że straciłam dziecko. - Poczułam, że coś ściska mi pierś, i nie potrafiłam zmusić się do tego, by wejść w szczegóły.

Objął mnie mocniej i pocałował w czubek głowy.

- Zdecydowanie nie jestem ekspertem od spraw ciąży, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że podobne sny są czymś normalnym. Może koszmar odzwierciedlał jakiś twój ukryty lęk.

- Może. Ale...

- Ale co?

- W tym śnie był ktoś jeszcze. Straszliwy demon z czerwonymi oczyma i rogami. Oraz rękoma jak macki. Miałam wrażenie, jakbym już kiedyś o nim śniła.

Poczułam, jak jego barki nagle się wzdrygnęły. Przesunął się pode mną.

- Rękoma jak macki?

- Nie widziałam ich dobrze. Stał za mną. Znajdowaliśmy się w miejscu, które rozpoznawałam. Z mojego powracającego snu. Pełnym niezliczonych pomieszczeń i korytarzy znikających w mroku. I ukrytych pokojów. Jak w ogromnym labiryncie.

- Często masz takie sny? - spytał, sunąc mi palcem w górę i w dół ramienia.

- Więcej w ostatnich miesiącach. No dobrze, od tamtej nocy. Ale pomieszczenia nie są nowe. I teraz widzę też kołatkę przy wejściu. Diabły o upiornych twarzach i dziwne gargulce, które jakby się poruszają. Zawsze boję się tam wejść. Mam takie straszliwe wrażenie, że gdy już wejdę, to nie zdołam wyjść.

Znów poczułam, jak drgnął pode mną.

- Te gargulce... Czy siedzą na kamiennej półce uformowanej w czaszki?

- Tak. Widziałeś je?

- Owszem.

Spojrzałam mu prosto w oczy.

- Gdzie?

- W wejściu do Infernium. To zakład dla obłąkanych w Nocnym Cieniu.

- Zakład dla obłąkanych? - Zmarszczyłam brwi. Kolejna dziwna rzecz. Połowa mojego mózgu chciała wierzyć, że to wszystko jest jedynie szeregiem nietypowych zbiegów okoliczności. Druga połowa wiedziała lepiej. - Czyli to nie jest miejsce, które objawiłoby mi się w Nocnym Cieniu? Jedno z tych dziwnych ech, o których mi mówiłeś?

- Bardzo wątpię, czy znajdowałabyś się tutaj, gdybyś je widziała. Tylko nieliczni opuszczają Infernium. I nikt spośród tych, którym się to udaje, nigdy nie zapomina pobytu tam.

- Skąd miałabym o nim wiedzieć? Jak mogę przypominać sobie takie szczegóły, skoro nigdy tam nie przebywałam?

- Nie znam na to odpowiedzi. Jestem równie zdezorientowany. - Z wyrazem zadumy sunął palcem po moim barku, wpatrując się w przeciwny koniec łóżka.

- Czy Lustina kiedykolwiek przechodziła na drugą stronę? Czy to może być jej wspomnienie?

- Ja sam nie byłem wtedy dobrze obeznany z przechodzeniem. Jedyny ośrodek dla obłąkanych w Praecepsii był prowadzony przez Pentacrux. Przyznam, że jedno i drugie jest w równym stopniu niepokojące, istnieje różnica pomiędzy tymi, którzy w zasadzie wciąż żyją, a tymi, którzy nie zdają sobie sprawy, że przeszli.

Czy mogło istnieć coś bardziej przerażającego niż zakład dla obłąkanych w zaświatach? Miejsce, którego dusza nigdy nie zdoła opuścić?

- Zatem z umysłu nigdy nie da się uciec? Nieważne, czy żyjesz, czy nie?

- Nie. I nazbyt często ci, którzy się pogubili, których wiara z czasem osłabła, trafiają do Infernium. Niestety nie troszczą się tam o nich anioły i ci najsłabsi łatwo padają ofiarą.

- Ofiarą czego?

Uniósł kosmyk moich włosów i pozwolił, by przepłynęły mu przez palce.

- Demonów, które ich nawiedzają.

- Zatem jak ląduje się w zakładzie dla obłąkanych w zaświatach?

Przekręcił się na plecy i wsunął sobie umięśnione ramię pod głowę.

- Chyba tak samo jak tutaj. Jedni słyszą głosy każące im robić nieopisane rzeczy. Drudzy mają wizje. Oczywiście po prostu są bardziej dostrojeni do tego, czego nie chcą widzieć inni. Są naprawdę bezbronni.

- Ja też miewałam halucynacje.

- Jakiego rodzaju?

- Pokazujące nieistniejące rzeczy. Obserwujące mnie oczy. Łuszczącą się farbę. - Pielęgniarkę dmuchającą mi czarnym dymem w twarz. - To jak we śnie, ale gdy się z nich ocknę, znikają.

- Możliwe, że to nie są halucynacje, Farryn. Pamiętaj, że zostałaś dopuszczona do większych tajemnic niż inni. Piekielni zapewne pragną uszczknąć kawałek duszy tak czystej jak twoja.

Ta koncepcja sprawiła, że poczułam gęsią skórkę.

- Teraz tylko dziecko sprawia, że nie mogą mnie zawłaszczyć?

- Tak.

Wirowały mi w głowie myśli, nad którymi już się kiedyś zastanawiałam, ale nie chciałam ich werbalizować.

- Jak tam wyglądałby poród? W Nocnym Cieniu?

- Inaczej niż tutaj. Jest tam osoba o wysokich umiejętnościach medycznych, lecz wyjątkowo staroświeckim podejściu. Przychodzi na wezwania do katedry.

- Człowiek? - Zważywszy na fakt, że tak wiele osób w Nocnym Cieniu zapomina swoje życie, wydawało mi się mało prawdopodobne, by wiedza fachowa mogła przetrwać po przejściu do Czyśćca.

- Cambion.

- Można jej zaufać?

- Jemu - sprostował.

- Ach... No wiesz, mówiłeś o umiejętnościach, więc po prostu założyłam.

- I skrzywdziłby dziecko tylko wtedy, gdyby sam pragnął wiecznego bólu. Żaden zdrowy na umyśle cambion nie odważyłby się zadać cierpienia Strażnikowi. A już na pewno nie jedynemu dziecku rzeczonego Strażnika.

- Już jesteś opiekuńczy - zachichotałam, lecz rozbawienie uszło ze mnie wraz z westchnieniem, gdy oparłam dłoń na swoim wciąż niewielkim brzuchu. - A jeśli pojawią się jakieś komplikacje?

- To myśl, która nie dawała mi spokoju cały wieczór. Zatem spytam znowu: czy jesteś pewna, że chcesz zostawić to, co znasz? Co jest znajome i krzepiące?

Wróciłam wspomnieniami do gabinetu ginekologa, do jedynej wizyty, jaką chciało mi się umówić w ostatnich kilku miesiącach.

- Kobiety cały czas rodzą w domu. Wytrzymam ból.

- Tego jestem pewien, tu'nazhjo. Nie mam jednak pewności, czy ja zdołam patrzeć, jak znosisz ten ból.

- Czy ciąża jest jedyną metodą na złamanie klątwy?

- Klątwa nie może objąć dwóch osób, więc tak. Dlaczego pytasz?

Z początku wahałam się z odpowiedzią w obawie, że usłyszę od niego coś, czego słyszeć nie chciałam.

- Tak naprawdę mój test ciążowy wyszedł negatywnie. Czy to normalne?

- Być może tak. Wasze testy nie zostały opracowane pod kątem wykrywania skomplikowanej natury Strażnika. Szukają ludzkich hormonów, które mogą w ogóle nie występować.

- Nawet jeśli dziecko jest pół-człowiekiem?

- A kto wie, jak wiele jest w nim z człowieka na tym etapie?

Miałam przed sobą tak wiele niewiadomych i żadnych wskazówek mówiących mi, co jest normalne, a co nie.

- Wciąż próbuję wyobrażać sobie wersję mnie i ciebie wymieszanych ze sobą w uroczym małym cherubinku o ciemnych włosach i pięknych oczach.

Uśmiech na jego twarzy przeszedł w poważniejszy wyraz, a ja nie musiałam pytać, co skwasiło mu nastrój.

- To będzie bolało? Moja przemiana w cambiona? - Nie spoglądałam na niego, wiedząc, że to pytanie zapewne już teraz wzbudzało jego gniew.

- Nigdy dotąd czegoś takiego nie obserwowałem.

- Zatem skąd w ogóle wiemy, że do tego dojdzie? Może to tylko mit, by wścibscy ludzie tacy jak ja...

- To żaden mit, Farryn. I sugeruję, żebyś go nie lekceważyła. Zdecydowałaś się na coś, co może okazać się bardzo rozmaitymi rzeczami.

Gniecenie prześcieradła w palcach nie zdołało uspokoić narastającego niepokoju pełzającego mi po karku. Wywołanego czymś, o czym nie miałam ochoty myśleć.

- Czy jestem skazana na Piekło?

- Piekło dla ludzi nie jest miejscem fizycznym jako takim. Istnieją Piekielne Ziemie zamieszkiwane przez demony, ale przede wszystkim występuje ono w umyśle, gdzie twoje własne demony mogą sobie używać do woli. Gdy nie są już ograniczone zasadami Niebios.

- Co to znaczy?

- Straciłaś ochronę, którą większość otrzymuje przy narodzinach. Swoisty pakt pomiędzy Niebiosami a Piekłem. Gdy nasze dziecko się urodzi, przestaniesz znajdować się pod ich opieką.

- Nie rozumiem.

- Demonom nie wolno zabawiać się z ludźmi, podobnie jak nie mogą z nimi baraszkować anioły. Gdy ludzie wychodzą z siebie, żeby popełnić zbrodnię przeciwko Niebiosom, jak ty uczyniłaś, kiedy dążyłaś do przetłumaczenia tamtego symbolu, w zasadzie jest to równoznaczne ze zrzeczeniem się ochrony ze strony aniołów i otwarciem bram do najmroczniejszych zakątków umysłu. Twoje demony będą cię pochłaniać, aż dojdzie do zupełnego paraliżu.

Wszystko, czego wcześniej uczono mnie o Piekle, teraz wydawało mi się niedorzeczną bajeczką z jakąś karykaturalną wersją diabła. Natomiast miejsce, o którym mówił, sprawiało wrażenie przerażającego. Rzeczywistego.

- Mówisz o delirium?

- Tak. Gdy poddajesz się tym demonom, stajesz się narażona na ataki. Istnieje pięć krain i jedna z nich wyszukuje takie odsłonięte dusze. Nazywa się Eradyę. Wyobraź sobie własny świat, ale widziany przez znacznie mroczniejszą soczewkę. Obszar śmierci i zniszczenia.

O w mordę. Miałam sporo do przemyślenia.

- Ale... Xhiphias...

- Xhiphias odpowiada przed władcą. Jesteś gotowa na to samo? Na odbieranie życia niewinnym i dostarczanie dusz tym, którzy spędzają wieczność na ich torturowaniu? Albo żeby zostać niewolnicą dojra u jakiegoś sadystycznego władcy, który każe ci na rozkaz wykonywać niewysłowione rzeczy? - To ostatnie pytanie wycedził przez zaciśnięte zęby, jakby sam taki pomysł wzbudzał w nim wściekłość.

Musiałam przyznać, że zachowałam się nieco naiwnie i nie przemyślałam do końca konsekwencji sprowadzenia Jericha z powrotem z Ex Nihilo. Nie oznaczało to jednak, że nie uczyniłabym tego ponownie. W identyczny sposób. Bez zastanowienia.

- Nie ma innego sposobu?

- Oczywiście, że jest. Istnieją setki innych sposobów. Wszystkie z nich kończą się tak samo. Bólem. Cierpieniem. Wiecznym nieszczęściem dla ludzi.

- Nie tylko wzbudziłam gniew Niebios, lecz także otworzyłam bramy Piekła.

Jego mięśnie zesztywniały pode mną. Usiadł bez ostrzeżenia, gwałtownie. Włosy na karku stanęły mi dęba, gdy patrzyłam, jak ściąga mocno brwi, wpatrując się pozornie w nicość. Skojarzyło mi się to z nocami, gdy budziłam się i widziałam Camael syczącą na coś, co wyłącznie ona dostrzegała w nogach mojego łóżka.

- O co chodzi?

Zamiast odpowiedzieć, nadal patrzył przed siebie, a jego marszczące się coraz mocniej brwi wzbudzały mój niepokój.

- Są tu - rzekł wreszcie.

Włosy na karku podniosły mi się jeszcze bardziej.

- Kto?

- Strażnicy. Musieli wyczuć mój powrót.

- W sensie, że tutaj? W moim domu?

- Nie. Potrafię po prostu wyczuć, gdy przechodzą między płaszczyznami. - W końcu popatrzył na mnie i intensywność jego spojrzenia sprawiła, że poczułam na plecach dreszcz. - Musimy ruszyć tej nocy. Jak najszybciej.

5

- Święty penitencjał mówi nam, że wyznanie grzechów jest sposobem na oczyszczenie naszych dusz. Ojciec Święty domaga się takiego sakramentu, żebyśmy mogli zostać poddani wystarczającemu oczyszczeniu, by móc zasiadać u Jego boku w Niebiosach. A teraz powiedz mi, chłopcze, jakie grzechy masz do wyznania? - Głos biskupa Venable rozbrzmiewał w zimnym, słabo oświetlonym pomieszczeniu.

Chłodne łańcuchy wgryzały się baronowi w ręce, gdy stał na palcach na środku zatęchłej komnaty w kościelnej krypcie. W miejscu, do którego, jak widział, zabierano niezliczonych innych - głównie chłopców - na przesłuchanie pod płaszczykiem słusznych intencji. Zdjęto mu kurtkę i tunikę, obnażając pierś. Jedzenia nie podawano mu od dwóch dni, kiedy to ojciec przywiózł go do posiadłości i poprosił o spotkanie z biskupem. Później we dwóch nakłaniali go, by mówił, co widział w lesie, ale baron wiedział lepiej. Zetknął się ze zbyt wieloma zaginięciami młodzieńców, żeby wyznawać podobne dziwactwa. W ramach kary za milczenie ojciec zabrał go do podziemi kościoła, gdzie obu mężczyzn na osobności kontynuowało śledztwo. Towarzyszyli im tylko jeden pentrosh oraz kuzyn Drystan, który, co baron od dawna podejrzewał, zrodził się z niewierności ojca i ciotki. Na tę myśl baron przypomniał sobie obraz potwornej postaci ojca pierdolącego ją jak zwierzę i zacisnął szczęki, żeby nie pokazać po sobie odrazy.

- Nie masz nic do wyznania? - zapytał biskup głosem, w którym dało się słyszeć wyraźne zirytowanie.

Baron milczał. Nawet nie drgnął ani się nie wzdrygnął, w najmniejszy choćby sposób nie okazał po sobie, że chce zabawić ich odpowiedzią. Głód i wyczerpanie dręczyły go do szpiku kości, ale nie zamierzał ustąpić. Rezygnacja z milczenia zaowocowałaby karą znacznie gorszą niż pusty żołądek i osłabione mięśnie.

Tyle że biskup był znacznie przebieglejszym człowiekiem niż baron w swoim aktualnym, majaczącym stanie.

Bardziej wyrachowanym.

- Po twoim braku odpowiedzi należy zakładać, że nie życzysz sobie oczyścić swojej duszy, a zatem musisz być zarażony złem. Złem, które zawładnęło twoim językiem!

Baron zagryzł zęby na to oskarżenie i wrócił myślami do tamtej nocy w lesie, kiedy to widział ucieleśnione prawdziwe zło, gdy ojciec jebał swoją siostrę jak zwierzę. Z czarnymi łuskami i mackami. Z rogami i kłami. Gdyby zdradził, co ujrzał, zostałby uznany za czarnoksiężnika. Za demonicznego wieszcza, co Pentacrux uważali za obrazę wobec biskupa.

A jednak nie mógł też wyznać, że niczego nie widział. Tak bluźniercze słowa paliły go w język i usztywniały mu mięśnie.

- Wykorzenimy z ciebie to zło, chłopcze. Nieważne, ile czasu to zajmie, zostaniesz oczyszczony.

Kątem oka dostrzegł przebłysk rzemieni bicza zwisającego z dłoni biskupa, powiązanych w supły, groźnych, żądnych krwi. Strumień adrenaliny przemknął mu przez ciało i ręce mu zadrżały, brzęcząc łańcuchami.

Cichy chichot biskupa podrażnił mu nerwy.

- Jesteś uparty, młody lordzie. Ale nie jesteś niezłomny w obliczu woli Świętego Ojca. Nie można pozwolić, by zło się w nas jątrzyło, bowiem rozwinie się niczym agresywny chwast i zdusi życie naszej dobrotliwej społeczności. - Kpiącym gestem mężczyzna przesunął palcami po rzemieniach. - W akcie miłosierdzia oferuję ci ostatnią okazję do wyznania grzechów.

W tym momencie baron pomyślał o swojej matce, usłyszał jej głos pieszczący mu ucho niczym łagodny wietrzyk: "Powiedz im, że nic nie widziałeś".

- Nie mogę - wyszeptał do siebie, ale biskup musiał dosłyszeć jego słowa, ponieważ wypalił:

- Możesz i powiesz! Inaczej spadnie na ciebie kara należna heretykowi!

"Powiedz im", nalegał głos matki.

Baron uniósł wzrok znad podłogi i dostrzegł Drystana, wpatrującego się w niego z wyrazem litości. Pewnego dnia to spojrzenie przemieni się w urazę i niechęć, ale teraz świadczyło jedynie o współczuciu.

Zdusiwszy wściekłość, która podchodziła mu do gardła, zatrząsł się mocniej, niczego nie pragnąc bardziej, niż sprawić, by cały ten pokój stanął w płomieniach.

- Nie widziałem... nic - wycedził przez zaciśnięte zęby.

- Kłamstwa! - syknął lord Praecepsia z kąta, z którego wszystko obserwował. - Ten chłopiec kłamie! Coś widział tamtego dnia w lesie. I w wyniku tego przemawia ustami zła.

Baron miał ochotę roześmiać się z ojca. Miał ochotę kazać mu, by wracał do piekła, z którego niewątpliwie wypełzł, ale właśnie tego obaj oprawcy od niego chcieli. Przyznanie się oznaczałoby dla niego wyrok śmierci.

- Być może ty sam tam byłeś, ojcze, skoro z taką pewnością wypowiadasz się w moim imieniu. - Choć była to tylko drobna obelga, młodzieniec uśmiechnął się, patrząc, jak lord Praecepsia blednie.

- Twój ojciec obawia się o twoją duszę, zaś ja, który widziałem świadectwa zepsucia przez zło takich młodych chłopców jak ty, nie potrafię nie dostrzegać w tobie jego wymownych oznak. - Biskup obszedł go, aż znalazł się za jego plecami, a gdy się nachylił, baron poczuł na karku wilgotną parę jego gorącego oddechu. - Wyrwę tę nikczemną bestię, która zamieszkała w twoim sercu, jakbym wyrywał kruche skrzydełka owadowi. - Mężczyzna się odsunął, a baron spuścił wzrok ku kamiennej podłodze poznaczonej krwawymi śladami innych osób karanych przed nim. - Wypełznij, demonie Lucyfera. Wyjdź i okaż swoje niegodziwe zamiary!

Rzemienie rozcięły ze świstem powietrze i uderzyły mocno w plecy barona. Ból rozlał mu się falą po skórze, paląc niczym rozgrzany metal. Młodzieniec zdusił jęk, nie zamierzając dać obecnym satysfakcji usłyszenia jego krzyków. Kolejny jęzor ognia oblizał jego ciało. Rozległ się następny świst oraz trzask. Ugięły się pod nim kolana, a knykcie zapiekły go, gdy chwycił się łańcucha, żeby się przytrzymać. Spadały na niego następne razy i baron otworzył oczy w samą porę, by ujrzeć własną krew mieszającą się z plamami na podłodze.

- Wyznaj grzechy! Wyznaj je natychmiast!

Słyszał rozdrażnienie w głosie biskupa, co tylko umocniło go w postanowieniu zachowania milczenia.

- Wyznasz je dla dobra swojej duszy! Każda kropla przelanej krwi stanowi świadectwo władzy, jaką ma nad tobą diabeł! To pokarm dla bestii!

Każdemu ciosowi towarzyszyła nieznośna harmonia bólu, aż nagle baron poczuł, jak wzbiera w nim inne odczucie. Wyczekiwanie.

Wolność.

Odchylił głowę w tył i roześmiał się powoli, co spotkało się z cichym okrzykiem młodego pentrosha stojącego pod ścianą i zasłaniającego usta dłońmi.

- Nie przekonasz mnie swoim uporem, chłopcze. Nauczyłem się okazywać stanowczość w obliczu zła. A teraz powiedz mi, co wyznasz? Jakie grzechy płoną w twoim brzuchu niczym ogień?

Młody baron znów zaśmiał się mrocznie, oddychając płytko, żeby nie naruszyć obrażeń.

- Płonie we mnie... tylko ochota... by naszczać... na twoje szykowne buty.

Biskup warknął i znów uderzył, a gdy rzemienie zetknęły się z ciałem, baron jęknął.

- Zważ moje słowa. Wygnam to mroczne stworzenie z twojej duszy. Nawet jeśli zajmie mi to całe życie, dopilnuję, żebyś został oczyszczony. Spotkamy się na nowo, gdy twoje rany zdążą się już odpowiednio zaleczyć. I wtedy, młody lordzie, rozpocznie się prawdziwe przesłuchanie.

Obejmując go jedną ręką, Drystan pomógł baronowi opuścić się na miękki materac. Obrażenia na jego plecach zapłonęły w proteście i baron przekręcił się na brzuch, po czym wcisnął twarz w posłanie. Biskup pozwolił mu wrócić do rezydencji, ale tylko z uwagi na jego ojca.

Jak postrzegano by wielkiego lorda Praecepsię, gdyby jego syna oskarżono o herezję?

- Niemal nie jęknąłeś. Ośmieliłbym się nawet stwierdzić, że wyglądasz na zadowolonego. Jak to możliwe po tak okrutnej karze? - spytał Drystan, obmywając wilgotną szmatką otwarte rany kuzyna.

Prawda wyglądała tak, że podczas wymierzania razów w umyśle barona krążyły tak niegodziwe myśli, jego wściekłość była silna i nieustępliwa jak rzemienie rozrywające mu plecy, że przez otępienie ledwo czuł ból. Jednak kiedy później leżał, odczuwał cierpienie w dwójnasób. Przetrząsał myśli w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby zająć swoją uwagę. Czegokolwiek, co mogłoby pozwolić mu skupić się na czymś innym niż obrażenia, które musiały stanowić groteskowy widok.

Z nicości wyłoniła się postać o długich kruczoczarnych włosach oraz skórze jasnej i nieskazitelnej jak świeży śnieg. Kojąca natura jej głosu w jakiś sposób mieszała się z palącymi szramami na plecach, zlewała się z nimi podobnie jak jedwabiste wstążki przelewają się przez krawędź klingi. W pachwinie baron poczuł niewyjaśnione podniecenie, poruszył się na łóżku i jęknął w poduszkę.

- To pierwszy wyraz bólu, jaki od ciebie usłyszałem. Dobry Panie w Niebiosach, gdybyś widział to, co ja... na pewno byś zwymiotował.

Choć baron chciał nienawidzić Drystana i wszystko, co on sobą reprezentował, tak się składało, że wyłącznie jego mógł uważać za kogoś w rodzaju przyjaciela, skoro od chwili narodzin uważano go za wcielenie zła. Mieszkańcy składali mu wyrazy szacunku wyłącznie z uwagi na jego imię i pozycję ojca, a poza tym przeklinali go za plecami.

- Wyjdź, jeśli tak cię to dręczy. - Coś wydarzyło się w tej małej komnacie w krypcie, śmierdzącej zakrzepłą krwią i cierpieniem. Gdy zwisał z łańcuchów, bezradny i bezsilny, czuł, jak pochłania go zagadkowa euforia. Cudowna nieustraszoność, która wiła mu się w żołądku wraz z każdym ciosem spadającym na jego plecy. Wizje w jego głowie pociemniały, czarne i toksyczne opary uniesienia oczarowały go.

Czuł łaknienie.

- Dręczy mnie to, że tak uparcie prowokujesz swojego ojca. Czy nie wiesz, że zaledwie trzy noce temu młodego lorda Fletchera zabrano do tego samego pokoju i od tamtej pory nikt go nie widział? - Drystan zanurzył zakrwawioną szmatkę w misce z wodą stojącej na stoliku obok łóżka i wycisnął różowawy płyn. Gdy przyłożył gałganek do kolejnej rany, mięśnie barona wzdrygnęły się pod wpływem pieczenia.

- Za jaką zbrodnię? - Baron nie zdołał powstrzymać sarkazmu w głosie. Chłopcy zabierani do krypty rzadko popełniali przestępstwa warte kary, jaką rzekomo tam otrzymywali. Sam się właśnie o tym przekonał.

- Twierdził, że widział w jabłku maleńkie stworzenie podobne do węża.

- Zamordowano go, bo ujrzał robaka?

- To nie był żaden robak. Też to widziałem. I nie ośmielę się opisać szerzej jego natury ponad stwierdzenie, że to nie był robak.

- To nieistotne, co mówiłem biskupowi. Nieistotne, czy bym się przyznał, czy zachował milczenie. Już od jakiegoś czasu pragnął mnie ukarać.

Zapadło dłuższe milczenie, zanim Drystan w końcu odchrząknął.

- Biskup... jest... dobrym człowiekiem. Nie mów o nim źle. On chce tylko oczyścić twoją duszę.

- Twoje uczucia względem niego mnie niepokoją.

- Nie mam względem niego żadnych uczuć. To podziw i nic więcej.

Podziw. Samo to słowo stawało się bluźnierstwem w połączeniu z biskupem Venable.

- Porozmawiamy o twoim podziwie, gdy już wymierzy karę twojemu ciału.

Drystan wyżął ściereczkę i pokręcił głową, kierując wzrok na płyn w misce, bardziej przypominający już krew niż wodę.

- Wybacz mi, że mówię otwarcie, mój lordzie, ale uniknąłbyś takiej kary, gdybyś przestał ją prowokować swoim zachowaniem. Sam pomysł, że zapuściłeś się do lasu tak późną nocą...

- Nie staraj się mnie pouczać, skoro nie masz pojęcia, po co się tam zapuściłem.

- Byli razem.

Jeśli ktokolwiek nienawidził jego ojca równie mocno jak baron, był to Drystan. I to tylko z powodu sposobu, w jaki lord Praecepsia zawsze traktował jego matkę, swoją własną siostrę - jak zwykłą kurwę.

- Jestem zmęczony. Zostaw mnie.

- Jak sobie życzysz, mój lordzie. - W głosie Drystana dało się usłyszeć nutę rozczarowania, gdy podnosił miskę ze stolika. - Wrócę rano, żeby sprawdzić twoje rany.

Skierował się do drzwi. Chwilę później ich stuknięcie wskazało, że się za nim zamknęły.

Baron przez okres dzieciństwa znosił drobne kary, ale większość przypadających mu razów brał na siebie Drystan jako przydzielony mu chłopiec do bicia. Nigdy dotąd nie wychłostano go w takim stopniu, by miał wrażenie, jakby zerwano mu skórę z pleców. Ból wzmógł się od opuszczenia katedry i w drodze powrotnej powozem do posiadłości łagodziło go jedynie rześkie, nocne powietrze. Teraz jednak obrażenia pulsowały nową udręką, spazmami na świeżo wgryzającymi mu się w skórę. Zacisnął palce na miękkiej poduszce i próbował oddychać przez bawełnę.

Płytkie, mozolne oddechy sprawiały, że przez ciało przechodził mu dreszcz, a do kutasa napłynęła krew. Zaintrygowany tym doznaniem, rozpiął bryczesy na tyle, by go uwolnić, i znowu zagrzebał twarz w poduszce. Kiedy szorował biodrami po materacu, ból w plecach rozjarzał się, co w połączeniu z utrudnionym oddychaniem wzbudzało w młodzieńcu euforyczne zawroty głowy.

Jęknął w tkaninę i wyobraził sobie pod sobą miękkie, kobiece ciało. Takie z pełnymi piersiami i krągłościami, a choć dziewczyna z polany nie mogła mieć więcej niż czternaście lat, o dwa mniej niż on, to właśnie jej twarz oglądał teraz w czerni swojego umysłu. Jej jęki słyszał w tym śpiewnym głosie, który otulił się wokół jego zmysłów. Wbijał krocze mocniej w materac, starając się nie ująć kutasa w dłoń, lecz gdy kolejny strumień bólu przemknął mu po skórze, nie mógł się już powstrzymać. Wsunął pod siebie rękę i uniósł biodra zaledwie na tyle, by gładzić członek, wciąż z zagrzebaną twarzą.

Na Hadesa, co go opętało?

Przecież zajmował się już sobą w taki sposób. Łagodził ból kutasa wiele razy w nocy, lecz nigdy do melodii cierpienia i fantazji. Z nieznanego powodu obie te rzeczy skrzyżowały teraz swoje ścieżki w jego myślach, łącząc się w wyjątkowe doznanie, od którego ścisnęło mu żołądek, a jego jądra stały się ciężkie i pragnęły wyzwolenia. W miarę jak ciśnienie narastało, a dopływ powietrza zmniejszał się, on jęczał mocniej, z pełną furii determinacją pompując dłonią. Jego myśli przesunęły się z dziewczyny na rany na plecach, które wyobrażał sobie jako groteskowy obraz przemocy. Wcześniejsza wściekłość znów zaczęła się wić w jego wnętrzu i zanim zdążył określić, co się z nim dzieje, ogarnęła go fala oszałamiającej ekstazy, uderzając go w potylicę w jaskrawym błysku światła. Stęknął zduszonym głosem w miękką bawełnę poduszki, gdy wystrzeliwał z siebie gorący strumień, mocząc sobie brzuch i pierś, a zaraz potem opuścił biodra na materac i wycisnął z siebie resztę.

Nigdy w życiu nie czuł czegoś tak intensywnego i przyjemnego, lecz w ciszy, jaka zapadła, po karku przemknęło mu chłodne wrażenie. Świadomość, że do takiego szczytu doprowadziła go nie tylko rozkosz, lecz również ból. Cierpienie i przemoc zmagały się w jego wnętrzu.

Na tę myśl w brzuchu zakotłowała mu się odraza. Wyciągnął dłoń ze spodni i wzdrygnął się ze wstydem.

Co on zrobił? Dlaczego?

Na pewno coś było z nim nie tak. Jaka chora na umyśle osoba mogła wymyślać tak zboczone fantazje?

Przypomniał sobie swojego ojca w chacie i wyraz bólu na twarzy brutalnie branej ciotki. Agresywnie. Nie potrafił sobie wyobrazić, że sam mógłby zadawać takie cierpienie. Swój pierwszy raz z kobietą baron przeżył w wieku czternastu lat. Była cztery lata od niego starszą pomywaczką, która wciągnęła go do schowka po kilku zaciekawionych spojrzeniach. Co noc spotykali się na schadzkach, kiedy to uczyła go, jak działa kobiece ciało, jak dawać i jak otrzymywać przyjemność. Zawsze cieszył go późniejszy uśmiech zadowolenia na jej twarzy. Czerpał dumę ze świadomości, że uczy się tak szybko, ona zaś wychwalała jego umiejętności i nazywała go młodym adeptusem. Jego matka w końcu się dowiedziała i szybko wykopała służącą z rezydencji, jednak w głowie barona zostało już zasiane ziarno euforii. Dwukrotnie wynalazł w miasteczku nieco starsze dziewczęta, które chętnie mu się podporządkowały z uwagi na jego tytuł i wygląd, lecz większość chciała małżeństwa i obietnic, jakich on nie mógł złożyć w tak młodym wieku. Zatem w większość nocy sam doprowadzał się na szczyt, który uważał za najbardziej satysfakcjonujący podczas kąpieli, kiedy woda moczyła mu skórę. W żadnym momencie tych sesji nie przyszła mu jednak do głowy nawet najmniejsza myśl o bólu czy przemocy. Coś uległo w nim zmianie. Uznał to za straszliwe odkrycie. Czy od tej pory tak już zawsze będzie z kobietą? Że będzie czerpał rozkosz z jej cierpienia?

Zupełnie niczym kara za te myśli, rozpalona iskra bólu przeszyła mu kręgosłup, jakby wlano mu tam wrzącą wodę, sprawiając, że zesztywniał i zaczął dygotać. Najgorsze z jego ran rozciągały się pomiędzy łopatkami. Zacisnął powieki i chwycił poduszkę tak mocno, że zapiekły go knykcie. Jednak gdy gorąco w jego dłoni się nasiliło, puścił poduszkę i zauważył cieniutkie, maleńkie błyskawice tańczące mu na palcach.

Wtedy uderzyła go myśl. Przypomniał sobie mysz ze zmiażdżonym ogonem.

Uleczył ją wtedy własnymi dłońmi.

Wąska szrama na ręku stanowiła pamiątkę po zbłąkanym uderzeniu jednego ze splecionych rzemieni. Położył na niej palec i wyobraził sobie swoją skórę taką, jaka była przed chłostą. Skupił się mocno na tym obrazie i poczuł pod opuszkami ciepło. Dziwny, wilgotny odgłos sprawił, że otworzył oczy, a gdy uniósł dłoń, z makabrycznym zafascynowaniem obserwował, jak brzegi rany zbiegają się, zamykając ją od jednego końca do drugiego, aż nic nie zostało. Najmniejszego śladu, że ugodził go tam bicz. Ani cięcia, ani siniaka, ani blizny.

W osłupieniu przypatrzył się znów swojej dłoni, a potem położył ją na ramieniu, niepewny, czy proces leczenia wymaga bezpośredniego kontaktu z raną. Mimo to wyobraził sobie całe swoje plecy uleczone i nieskazitelne, jak przed tamtą nocą. Do jego uszu dobiegł ten sam wilgotny odgłos, co przed chwilą. Poczuł na grzbiecie wrażenie ściągania, ale nie bólu. Wręcz przeciwnie - chłodne, kojące doznanie otuliło jego zmaltretowane ciało i zaraz potem znów położył się na poduszce, rozkoszując się nim. Niedługo później wrażenie zgasło, a baron zawahał się przez chwilę, po czym podniósł się z łóżka i wsunął swą męskość z powrotem w spodnie.

Nie czuł bólu. Nie czuł dotkliwego pieczenia.

Przebiegł przez pokój do ozdobnego złotego lustra, które jego matka sprowadziła z Wenecji. Wykręcił się przed nim na tyle, by móc zobaczyć, że niemal połowa jego pleców jest wolna od krwawiących ran. Zaraz potem sprawdził drugą połowę, z takim samym skutkiem.

Uleczył siebie samego, tak samo jak wcześniej uleczył mysz w lesie.

Baron uniósł dłonie i wpatrywał się w nie, a w jego umyśle wirowało tak wiele pytań. Najważniejsze z nich brzmiało: co jeszcze te dłonie potrafią?