Inne światy niż te - Stephen King, Peter Straub

Reflow text when sidebars are open.
Właśnie tu i teraz (jak zwykł mawiać stary przyjaciel) jesteśmy w płynnej teraźniejszości, spójrzcie więc i patrzcie uważnie.
Mężczyzna stoi na balkonie za sięgającą do pasa balustradą z różowego kamienia, który w tej części Świata Pośredniego (albo Śródświata, jak mówią niektórzy) zwą kamieniem kinna (lub po prostu kinną). Ma na sobie wypłowiałe dżinsy i równie wypłowiały T-shirt reklamujący piwo Królewskie Włości - które, jak zapewnia nadrukowany slogan, jest KRÓLEM PIW. Mężczyzna ten skosztował wielu butelek Królewskich Włości i podpisałby się pod tym sloganem obiema rękami. Nie tylko dlatego, że to rzeczywiście dobre piwo, ale także przez wzgląd na to, że warzyli je jego serdeczni przyjaciele z miasteczka zwanego French Landing. Leżącego, nawiasem mówiąc, w innym świecie.
Znamy tego mężczyznę. Nie jest już dwunastolatkiem, którego spotkaliśmy w październiku 1981 roku, a jednak nie sposób negować jego podobieństwa do tamtego chłopca, spędzającego jesień w mieścinie Arcadia Beach w stanie New Hampshire. Ów chłopiec stał na progu wielkiej przygody, choć nie zdawał sobie z tego sprawy. W październiku 1981 roku wiedział tylko, że jego matka była chora. Jak ciężko chora, nie miał pojęcia, ale wewnętrzny głos podpowiadał mu "Bardzo, bardzo ciężko".
Dziś ten mężczyzna patrzy nie na nieruchomy Atlantyk, lecz na Morze Czyste w Baronii Mejis w Świecie Pośrednim. A jednak gdy stoi z rękami wciśniętymi głęboko do kieszeni i włosami zwiewanymi bryzą z czoła, przez co nie widać siwizny, wygląda niemal jak tamten chłopiec.
Powinien bardziej przypominać mężczyznę, którym był we French Landing, bo bliżej mu do niego wiekiem, ale w życiu nie zawsze tak to się układa. Jako chłopiec martwił się o chorą matkę, ale poza tym nie został jeszcze poddany żadnym próbom. Jako dorosły przeszedł wiele prób i znać to po jego twarzy. Głębokie zmarszczki schodzą w dół z kącików ust. Wokół oczu są - równie głębokie - kurze łapki. Włosy, przyprószone siwizną, kiedy po raz pierwszy przybył do tego nadmorskiego miasteczka, już prawie zupełnie posiwiały. Miasteczko nosi nazwę Dezi, której wbrew pozorom nie wymawia się "De-zi", tylko "Di-zaj". Mężczyźnie ta nazwa się podoba. Przypomina mu angielskie "desire" - pożądanie.
Są powody, dla których ten mężczyzna jest tak chudy i blady, jednocześnie podobny do chłopca, którym był kiedyś, i niepodobny do dorosłego człowieka z French Landing w stanie Wisconsin. Podczas zwołanej tam konferencji prasowej, na której wystąpił z zaprzyjaźnionymi piwowarami i gliną Dale'em Gilbertsonem, pewna kobieta żywiąca do niego urazę, Wanda Kinderling, strzeliła mu w pierś. Kula drasnęła serce. Powinien był umrzeć, ale nie umarł, bo kolejny jego przyjaciel Speedy Parker przeniósł go do innego świata, tego świata, gdzie został uzdrowiony. Co było cudem.
Mężczyzna może wracać do swojego kraju - ziemi małomiasteczkowych jarmarków, autostrad, strzelanin w szkołach i parad w Dniu Niepodległości - ale tylko na krótkie okresy. Jeśli zostanie za długo, to stare rany otworzą się na nowo, z tą w trafionym kulą sercu włącznie. Zacznie się od bólu głowy, potem osłabną mięśnie, skóra pokryje się wysypką, wystąpią trudności z przełykaniem i oddychaniem. A jednak od czasu do czasu musi tam wracać. Każdy cud - także możliwość mieszkania w pięknym, cichym nadmorskim Dezi - ma swoją cenę, i mężczyzna płaci ją w imieniu zarówno własnym, jak też innych osób.
W Świecie Pośrednim, czy Terytoriach, jak mężczyzna w dzieciństwie nazywał to miejsce, istnieje słowo oznaczające tych, których związał ze sobą los i okoliczności: ka-tet. Nasz bohater nie lubi określać tym mianem czterech mężczyzn i jednej kobiety, którzy są na niego zdani, ale czasem przyznaje przed sobą - zazwyczaj ciemną nocą, kiedy nie może zasnąć - że termin ten pasuje aż za dobrze. Jak do tego doszło, jak powstało to uciążliwe tet, to żadna zagadka. W telegraficznym skrócie, stało się i tyle. Był to (i nadal jest) akt podzielenia się z innymi tym, co jemu samemu kiedyś szczodrze dano. Podczas swojej wędrówki - "szlakiem prób", jak o tym myśli - mógł liczyć na pomoc przyjaciela, pasterza z ka-tet pasterzy. Teraz to on ma własne stado, nieistotne, że złożone z dość marnych owiec.
Mężczyzna, którego poznaliśmy jako chłopca, wie, że wkrótce będzie musiał wrócić do krainy autostrad międzystanowych i parad z okazji Dnia Niepodległości. Zniechęcił się do tych koniecznych wypraw, bo ojczysty kraj z każdą kolejną wizytą wydaje się coraz obskurniejszy, coraz bardziej szalony, coraz bliższy nieuchronnego końca, który wszyscy powitają z pozornym zaskoczeniem i głębokim zrozumieniem. Jedynym plusem jest to, że będzie okazja pogadać z Dale'em Gilbertsonem, byłym szefem policji we French Landing. Mężczyzna stojący przy balustradzie miał wielu przyjaciół we French Landing. Niektórzy umarli. Spośród żyjących utrzymuje kontakty tylko z Dale'em i cieszy się na każde spotkanie.
Dezi zbudowano na zstępujących ku przystani tarasach z różowego kamienia kinna. Zamożni - ten mężczyzna należy do ich grona, przynajmniej na razie - mieszkają na samym szczycie i tuż pod nim. Reszta ulokowana jest niżej. Mamy tam kolejno wyższą klasę średnią, klasę średnią, niższą klasę średnią, ubogich, a na samym dole stłoczonych w zalatujących rybami slumsach nędzarzy żyjących z jałmużny od Wielkiej Szychy i garstki dobroczyńców takich jak nasz bohater, który stara się im pomagać ze szlachetności odziedziczonej po matce, ledwo pamiętanym ojcu i przyjacielu, który opiekował się nim na szlaku prób. Dopóty, dopóki mógł.
- Właśnie tu i teraz - szepcze z uśmiechem.
Na najwyższym z łukowatych tarasów z różowego kamienia wznosi się ogromny, rozległy, imponująco paskudny dwór z żelaznego drzewa. Ten pałac, ta makabryła, to dom Edwarda Youngblooda, zwanego też (tylko przez mężczyznę na balkonie i jego małżonkę) Wielką Szychą, w skrócie WS. Youngblood ma nadwagę graniczącą z otyłością, zwykle chodzi nieogolony, często śmierdzi i zawsze jest nieobliczalny. To osobnik przebiegły, skłonny do filozofowania, od czasu do czasu zdolny do dobroci, częściej do okrucieństwa, i obdarzony poczuciem humoru, które jest jak letni dzień - przyjemne, dopóki nie rozpęta się burza.
Mężczyzną na różowym kamiennym balkonie, jak się prawie na pewno domyśliliście, jest nasz stary druh Jack Sawyer, którego najpierw spotkaliśmy w New Hampshire, potem w Wisconsin, dziś związany dozgonnym węzłem z kobietą szlachetnego rodu, która nosi nazwisko Sophie Sawyer, choć mieszkańcy Dezi zwą ją Sophie Dobrą, a czasem Królową Cieni. Zrzekła się tronu, gdy poślubiła Jacka, i razem przybyli przez Morze Czyste do tej chaotycznej Baronii, przypominającej Dziki Zachód. Myśląc o tym teraz, Jack dochodzi do wniosku, że wszystko, co robi dla miejscowych ubogich (a jest ich wielu), to także zasługa Sophie, która jednak nigdy by tego nie przyznała. To w znacznej mierze dzięki niej nieliczni mieszkańcy tego nadmorskiego miasteczka pochodzący z Ameryki mogą żyć tu we względnym komforcie, choć większość z nich o kilka tarasów niżej od przytulnego domu Jacka i Sophie.
Rezydencja Sawyerów nie jest pałacem, ot, sześć pokojów (posiadłość gubernatora Youngblooda ma co najmniej trzydzieści, nie licząc łazienek), ale stoi na tyle wysoko, by docierały tam rześkie podmuchy wiatru znad opadającego zielonego pastwiska dla koni zwanego Zboczem. Drzwi i okna są prawie zawsze otwarte i łagodne powiewy przeciągają przez dom, budząc w Jacku wspomnienia o Baroniach Wschodnich i Pawilonie Królowej, który zobaczył po raz pierwszy jako chłopiec, obcy w obcym kraju. Mejis leży na wschodnim krańcu Baronii Zachodnich, ale "wschodni" to w tym przypadku pojęcie względne.
Jack wyczuwa za sobą obecność Sophie - może to ten znajomy zapach jej perfum.
- Wyglądasz na głęboko zamyślonego, kochany - mówi ona.
Jack się uśmiecha.
- Prawdę powiadasz.
- Cóż cię, mości mężu, gnębi?
Przybrała lekki ton, ale fakt, że użyła archaicznego zwrotu (tyle że tutaj nie jest on archaiczny), świadczy o tym, że mówi poważnie. Sophie przyswoiła tak wiele wyrażeń ze strony amerykańskiej - brawo ty, normalnie niesamowite, lipa totalna, rzygać się chce - że czasem można ją wziąć za miejscowy odpowiednik typowej laski z Kalifornii. Nie teraz.
- Będę musiał na jakiś czas wyjechać - mówi Jack.
- Aha. Sprawunki dla Youngblooda?
- Tak. Pojadę tramwajem do Pernil, jeśli jeszcze kursuje.
- Mógłbyś przeskoczyć stąd - mówi ona.
- Stamtąd lepiej. Łatwiej.
- Lubisz tamto miejsce, prawda?
- Tak.
- Bariera tam jest cieńsza? Przeskok lżejszy?
Wzrusza ramionami. Nie wie. Wie tylko, że lubi przechodzić na drugą stronę z peryferii Pernil. Biwakuje tam. Jest cicho. Nikt niczego od niego nie chce.
- Zobaczysz się z przyjacielem?
- Koniecznie.
Mowa o Dale'u Gilbertsonie. Dale dziś jest szeryfem okręgu Hemingford we wspaniałym stanie Nebraska (motto: Równość w obliczu prawa), i choć Jackowi łatwo tam z Pernil trafić, pod względem geograficznym miejsca te nie są położone blisko siebie. A może są. Jak mawia Sophie - podłapała to, a jakże, od niego - to skomplikowane.
Jack mógłby dostać Coca-Colę wszędzie, ale Dale zawsze trzyma w stodole parę skrzynek, a gubernator Youngblood - vel Wielka Szycha - ma upodobanie do tego napitku. Upodobanie? Szaleje za nim. Przynajmniej na razie. Kiedy Youngblood coś polubi, raczy się tym bez umiaru, aż w końcu mu to uszami wychodzi. Potem - wzorem samego Świata Pośredniego - porzuca to, co było, i idzie naprzód. Ta zmienność zainteresowań wodza stała się problemem dla emigrantów mieszkających w Dezi. Choć sprowadzono ich tu ("porwano" to chyba właściwsze określenie) na polecenie Wielkiej Szychy, ostatnio zaczynają go nudzić. Uparcie nazywa ich ka-tet Jacka i choć ten protestuje przeciwko temu określeniu, przekonany, że żadne ka nie byłoby na tyle okrutne, by obarczyć go tak żałosną gromadką, to musi przyznać, że coś jest na rzeczy. Niewątpliwie czuje się za nich odpowiedzialny.
- Licząc mnie, jesteśmy Parszywą Szóstką - mówi Jack, wciąż wpatrzony w błękitną zatokę, barwne szopy na łodzie i kilka zakotwiczonych łódek. Ma stąd widok na najwyższy grzbiet Zbocza i zielono-złocisty stok schodzący ku mglistemu błękitowi Morza Czystego. Flota rybacka wyszła w morze, zostały same zabawki bogaczy. Największą jest Lovelock Youngblooda.
- W twoim świecie byłby oligarchą - stwierdza Sophie, jak zawsze bez trudu czytając mu w myślach. - Jak on właściwie stał się tak ważną figurą?
- Tartak. Młyn wodny. Sady. Solniska. Ropa naftowa, którą nadal pompują zdezelowane wieże wiertnicze Citgo. Setka koni na Zboczu i tysiąc krów. Zastawy na prawie wszystkich ranczach w Baronii. No i, oczywiście, wrota. - Choć to, jak działają, pozostaje zagadką. - Jest Wodzem. Szefem. Bossem. Grubą rybą. Wielką...
- Wielką Szychą.
- Właśnie. Poza tym szmat czasu nie widziałem Dale'a.
No i jeszcze jedno: w Lincoln, raptem sto kilka kilometrów od domu Dale'a, jest świetny antykwariat, w którym Jack ma nadzieję zdobyć dla Wielkiej Szychy najnowsze obiekty jego pożądania: czarne kryminały typu "zabili go i uciekł". Kto by przypuszczał, że w Nebrasce można dostać powieści detektywistyczne i magazyny pulpowe z tak zwanego Złotego Wieku kryminałów? I to z autografami. Jack dowiedział się o Toren Books od Dale'a i był zadowolony, że takie miejsce istnieje, ale niespecjalnie zaskoczony. Toren to po niemiecku "wieża", a tak zwana Mroczna Wieża jest centralnym mitem Świata Pośredniego. Między Ameryką a Terytoriami niosą się swoiste echa. Jack jest przekonany, że wszechświat i wszystkie wirujące światy w nim zawarte to komora pogłosowa lub gabinet luster, w którym słowa, wydarzenia, nawet ludzie mają swoje odbicia i odbicia odbić, w efekcie czego czasem przeistaczają się w groteskowe karykatury samych siebie. Zjawisko to opisuje się tutaj w prostych słowach. Ka jest kołem, powiadają miejscowi. Bez końca się kręci i zawsze wraca do punktu wyjścia.
- Kocham Dezi - mówi. - I kocham ciebie, Sophie.
Nie ma odpowiedzi. Zapach perfum ulotnił się bez śladu. Sophie też, przekonuje się Jack, kiedy odwraca się od malowniczej panoramy.
Pora pójść do Edwarda Youngblooda, Wielkiej Szychy. Nie pierwszy raz przychodzi mu na myśl, że w Youngbloodzie chyba "rośnie robak", jak w Dezi mówi się o tych, którzy tracą rozum.
Coca-Cola nic na to nie pomoże.
Payton Orville czeka przed wielkimi drzwiami Palisandrowego Dworu. Próżno tu wypatrywać palisandru; Youngbloodowi po prostu spodobała się nazwa. Okazały gmach zbudowano z sekwoi, czarnego żelaznego drzewa i wielkich szyb ze zbrojonego szkła, które kosztowały iście królewski majątek. Nie żeby Youngblood wywodził się z królewskiego rodu. Musi mu wystarczyć, że jest gubernatorem Baronii Zachodnich i Wielką Szychą. Który to tytuł, jak zapewnia go Jack (a Payton to potwierdza), po stronie amerykańskiej jest dowodem najwyższego szacunku.
Trawniki są ozdobione barwnymi, stale kręcącymi się wiatraczkami. Po bokach wielkich drzwi frontowych umieszczono plastikowe studnie życzeń ze sklepu Pedro's Novelties 'N Notions w Hemingford Home. Przy jednej studni stoi plastikowa figurka Marilyn Monroe (przytrzymującej podwiewaną sukienkę); przy drugiej plastikowa Dorotka i jej piesek Toto. Na wycieraczce, też kupionej w Pedro's, widnieje napis: NIE PIEPRZ, PIETRZE, WIEPRZA PIEPRZEM. Jack Sawyer przyniósł wszystkie te skarby Youngbloodowi w geście swoistego hołdu. WS nie zrozumiał tekstu z wycieraczki, ale jak już Jack wyjaśnił, o co chodzi, chłop mało nie padł ze śmiechu.
- Chce więcej Fiku-Mików z Plastiku - mówi Payton, wskazując na wiatraczki.
Jack parska śmiechem.
- Tak to nazywasz?
- Wszyscy tak to nazywają. Co powiesz na dmuchanego ludzika, wiesz, takiego, co się do ziemi kłania? Mają takie tam, dokąd się wyprawiasz?
- Jasne. Przed myjniami samochodowymi i dyskontami meblowymi.
- Wszystko, byleby poprawić mu humor - mówi Payton, kiedy wchodzą do Palisandrowego Dworu i ruszają przez ciągnący się w nieskończoność westybul. Ściany po obu stronach obwieszono gobelinami. Niektóre są bogato zdobione, zgoła królewskie. Inne to pospolita tandeta, która przypadła Youngbloodowi do gustu. Między dostojnymi niebieskimi aksamitnymi draperiami widać Monę Lisę w okularach i mural przedstawiający liczne twarze i role Nicholasa Cage'a.
Jack idzie długimi krokami, tęgi Payton ledwo nadąża.
- Ostatnio jest w wybitnie chujowym nastroju. Lojalnie uprzedzam.
- Nie tylko ostatnio - mówi Jack. - Zawsze jest w chujowym nastroju.
Obaj zniżyli głosy.
- A żebyś wiedział.
Przy podwójnych drzwiach "sali audiencji" WS, która tak naprawdę jest dużym salonem, ustawiono stół, a na nim wazon z goździkami i pewien zabawny przedmiot, który Jack także kupił w Pedro's. To dwie połówki strzały połączone wygiętym w łuk cienkim drutem. Payton wciska pałąk na swoje szczeciniaste, rzedniejące włosy - wygląda, jakby strzała przeszyła mu głowę na wylot.
- Urocze - mówi Jack. - Myślałem, że zupełnie o tym zapomniałeś.
- Trzymałem to na specjalną okazję. - Jeśli Payton jeszcze trochę zniży głos, to zacznie szeptać. - Ma dziecinne poczucie humoru, jak na pewno wiesz. Boję się, że któregoś dnia uzna, że największy ubaw będzie, jak ten jego Ayden urwie mi łeb.
- Żartujesz.
Payton uśmiecha się kwaśno i pulchnym palcem kreśli w powietrzu podwójne S. To odpowiednik znanego po stronie amerykańskiej gestu kręcenia palcem na wysokości ucha. W Dezi oznacza, że w kimś rośnie robak.
Jack wie jak nikt inny, że nastrój Youngblooda może się zmienić w mgnieniu oka, że coś, od czego jednego dnia nie można go oderwać, nazajutrz staje się czymś nudnym i głupim.
Zanim zdąży powiedzieć coś, co poprawiłoby Paytonowi humor - przydałoby się, bo Pay jest nadwornym błaznem Wielkiej Szychy - siwiejący, otyły uchodźca z Reno w stanie Nevada szczerzy zęby w szerokim uśmiechu i rozwiera podwójne drzwi na oścież. Ma kołyszący kaczy chód, który, choć to pewnie politycznie niepoprawne, sam w sobie jest zabawny. Idzie naprzód po dywanie przedstawiającym rewolwerowców i ich damy serca z dawno nieistniejącego mitycznego miasta Gilead. Ręce ma rozrzucone na boki, grot strzały sterczy mu z jednej strony głowy, drzewce z drugiej.
- Wybacz, że tak długo mi zeszło, sai Youngblood, ale straszecznie, ale to stra-szecz-nie mnie głowa boli!
Youngblood siedzi na zastępującej tron sofie ze swoją aktualną lalunią u boku. Wlepia wzrok w strzałę i rży radośnie.
- W dodatku mam rozstrój żołądka - mówi Payton i ściska gumową gruszkę w kieszeni przetartych spodni. Z dolnych partii jego ciała dobywa się przeciągłe, głośne pierdnięcie.
- Strzała jest śmieszna, ale ta poduszka pierdziuszka już mi spowszedniała. Dawaj to. Strzałę, nie pierdzidełko.
Oby tylko Payton za bardzo nie podpadł, myśli Jack. Edward Youngblood ma skłonność do płatania złośliwych figli, niezbyt dobrze maskowaną dziecinnym poczuciem humoru i upodobaniem do tandety dostarczanej ze strony amerykańskiej. Przypomina Jackowi wiosnę w Wisconsin, gdzie po ciepłych, słonecznych porankach często następują ponure śnieżno-deszczowe popołudnia. No i jest jeszcze to nieodparte wrażenie, że rozum mu zaczyna szwankować.
Payton oddaje nibystrzałę. Youngblood nakłada ją sobie na głowę, po czym spogląda na swoją lalunię, roznegliżowaną, niespełna dwudziestoletnią blondynkę. Gwałtownym ruchem rzuca się ku niej.
- Dostałem! - wrzeszczy, tryskając śliną. Dziewczyna odchyla się od jego przekrwionej twarzy. - Postrzelił mnie, tłusty gnojek, ACH-HA-HA-HA!
Zdejmuje strzałę i nakłada ją na głowę blondynki.
- A teraz postrzelił ciebie, Darrie! Co z nim zrobimy? Poćwiartujemy go? Ugotujemy w oleju?
Dziewczyna milczy, nie wiedząc, co powiedzieć. Youngblood kładzie dłoń na jej twarzy i ją odpycha, co przypomina Jackowi stary film oglądany z matką - ten, w którym James Cagney wciska połówkę grejpfruta w twarz Mae Clarke. WS zrywa dziewczynie strzałę z głowy i odrzuca ją na bok. Zwraca się do Paytona.
- Wynocha. Dorośli będą rozmawiać.
Payton drepcze kołyszącym krokiem do podwójnych drzwi. Z czołem zroszonym potem szczerzy się do dywanu i Jack musi zejść mu z drogi, by uniknąć kolizji. Pay jest już prawie w bezpiecznej odległości, kiedy WS grzmi za nim:
- Zaczynasz mnie nudzić, palancie!
Payton odpowiada nerwowym machnięciem ręki, które może oznaczać "pa, pa", "uniżenie przepraszam" lub "sam siebie też zaczynam nudzić", i wychodzi, zamykając za sobą drzwi. Strzała leży zapomniana na podłodze.
- Ty, chodź tu. Musimy pogwarzyć - mówi Youngblood do Jacka. a potem zwraca się do laluni: - Co, czekasz na wygrawerowane zaproszenie? Won.
Dziewczyna wychodzi, ciągnąc za sobą fale prześwitującego materiału, który niezbyt skutecznie osłania jej ciało, nawiasem mówiąc, bajeczne. Zanim znika, Youngblood wypowiada jedno słowo. Choć Jack włada lokalnym dialektem, Wielka Szycha wykazuje nienasycone zainteresowanie co bardziej soczystymi wulgaryzmami używanymi po stronie amerykańskiej i kilka przyswoił. To właśnie jeden z nich rzuca pod adresem dziewczyny.
- Pizda.
Dziewczyna nie zatrzymuje się, ale kiedy wychodzi bocznymi drzwiami, z jej ust dobywa się coś jakby cichy, zduszony szloch. Jack myśli, czy się za nią nie wstawić - delikatnie, dyplomatycznie - ale stwierdza, że to byłaby strata czasu. Edward Youngblood jest Wodzem i jak powiedziałby Dale, z takimi jak on nie ma gadania, i tak zrobią, co zechcą. Jacka dziwi jednak to, że Youngblood znajduje czas na to, by się wściekać i nudzić, gdy żyje w świecie pełnym magii i pamiątek po dawno zaginionej cywilizacji, które w zasadzie też zasługują na miano magicznych. Takich jak wrota na stronę amerykańską, których WS zazdrośnie strzeże.
Cóż, tutaj dorastał, myśli Jack. Tu odziedziczył fortunę, o bogatym kapitale politycznym nie wspominając. Dlatego może traktować te cuda jako coś oczywistego.
- Podejdź, powiedziałem - mówi Youngblood, ponaglając go władczym, zamaszystym gestem. - I to dżin-dżin. - Ma na sobie szlafrok z czystego kaszmiru koloru starej krwi. Zamówił go Dale, a Jack dostarczył do Dezi, bo Amazon nie wysyła towarów do Świata Pośredniego. Na razie.
Jack siada obok Youngblooda na poduszce jeszcze ciepłej od przegnanego z niej tyłka Darrie.
Choć obiecał sobie, że będzie trzymał język za zębami, przekonuje się, że nie jest w stanie. Nie całkiem.
- To bardzo młoda dziewczyna. Może bądź dla niej trochę milszy?
Youngblood zbywa to kolejnym zamaszystym machnięciem ręki.
- Jest, jak to raz kiedyś powiedziałeś, głupia jak but? Dobre określenie. Głupia jak but, głupia jak stołowa noga, ładna, ale gamoniowata. Sierota. Ojciec zginął, kiedy jego łódź rybacka poszła na dno. Matka umarła, rodząc ostatniego z niekończącej się serii bachorów. Darrie głodowała i sprzedawała goździki... niechybnie zrywane w ogrodzie kogoś znaczniejszego od niej... kiedy zobaczył ją Ayden i uznał, że jest godna kanapy.
- Godna kanapy - mówi Jack ze zdumieniem.
- Zaczynam mieć jej dosyć.
- Jest...
Wielka Szycha wchodzi mu w słowo; ma w tym wprawę.
- Pizdą. Godną kanapy pizdą. Uważam, że zawsze należy nazywać rzeczy po imieniu. Wiem jednak, że masz czułe serce, Jack, i wierz mi, nie musisz się o Darrie bać. Niebawem odprawię ją z kredytem na zakupy w Dolnym Mieście, który powinien jej wystarczyć na rok, nawet dwa, jeśli będzie oszczędna. Tyle że takie jak ona nie potrafią oszczędzać. Przepuści cały kredyt, potem będzie się na mnie powoływała, dopóki się na niej nie poznają, a w końcu znów zacznie się pętać po ulicach i porcie, sprzedając kradzione goździki. Albo siebie, jeśli wejdzie w pucz.
Jack wie, że nie chodzi o próbę obalenia przemocą władzy. Pucz, o którym mowa, mocna, uzależniająca smolista substancja wytwarzana z diabelskiego ziela, obala tylko tego, kto go zażywa. Po miesiącach błogostanu następują rok czy dwa piekła, a po roku lub dwóch piekła przychodzi śmierć. Która wtedy już jest długo wyczekiwanym przyjacielem.
- Co cię trapi, sai?
- Smocza krew mi się kończy.
Jack kiedyś powiedział Youngbloodowi, że rodowici mieszkańcy Nepalu - kraju potężnych gór - nazywają Coca-Colę smoczą krwią. Youngblood podłapał to określenie tak jak wiele innych wyrażeń używanych przez Jacka: choćby epitet skierowany do Darrie i żart z wycieraczki NIE PIEPRZ, PIETRZE, WIEPRZA PIEPRZEM. Oczywiście, jak już go zrozumiał. Rycząc tym swoim na poły szalonym śmiechem.
- Z Colą wszystko jest lepsze - stwierdza Jack.
- Prawdę powiadasz, Jack. Interesuje mnie też to.
Zgina się wpół (nie potrzebując poduszki pierdziuszki, by cicho zatrąbić swoimi dolnymi partiami) i spod kanapy wyciąga katalog Toren Books z lata 2025 roku. Co, wedle wyliczeń Jacka, było rok czy dwa lata temu. Czas w Świecie Pośrednim biegnie trochę inaczej niż po stronie amerykańskiej. Raz zdaje się płynąć szybciej, raz spowalnia. Lepiej nie myśleć o tym za często i za głęboko.
Youngblood wertuje katalog i pokazuje Jackowi dobrze mu znaną powieść w miękkiej oprawie: The Fatal Frails Dana J. Marlowe'a, napisaną w 1960 roku, wydanie Avon Books, cena okładkowa trzydzieści pięć centów. Trudno, żeby Jack jej nie znał; kupił ją Youngbloodowi w Toren Books nie za trzydzieści pięć centów, tylko za sto pięćdziesiąt starych dobrych dolarów amerykańskich. Stoi teraz w bibliotece Wielkiej Szychy razem z wieloma innymi zdobyczami Jacka. Karl Toren chciał za nią dwie stówy, ale udało się wytargować zniżkę, bo strony były mocno pożółkłe.
- Tę już ci sprowadziłem, sai.
- Wiem. Jeśli masz mnie za głupiego ka-mai...
- Nigdy w życiu.
Youngblood odpowiada swoim Majestatycznym Skinieniem Głowy Numer Dwa.
- Cieszę się. Chcę inną książkę tego gościa. Katalog podaje, że jej tytuł to coś tam, coś tam Death.
- The Name of the Game is Death.
- Wierzę na słowo. Podoba mi się okładka, z facetem postrzelonym w telebudce. I ma być z autografem.
- Jeśli już ktoś ją kupił...
- To Toren będzie wiedział, gdzie zdobyć inny egzemplarz. Według katalogu w idealnym stanie jest warta sześćset dolarów. Pewnie pieprzenie w bambuko, jak ty to mówisz.
- Bambus. Pieprzenie w bambus.
- Skoro tak mówisz, niech tak będzie. Pieprzenie w bambus. Kup mi ją, a twoje ka-tet zyska trochę czasu. Choć zagadką jest dla mnie, dlaczego ciągle ich wspierasz an-tet.
Oczywiście, że tego nie rozumiesz, myśli Jack.
- Mogę zdobyć Colę - mówi - i rozejrzę się za tą książką, ale niczego nie obiecuję. To jedyny powód, dla którego chciałeś się ze mną widzieć?
- Nie. Spotkasz się ze swoim przyjacielem? Dayem? - Youngblood potrafi wymówić słowo "pizda", ale "Dale" przerasta jego możliwości.
- Mam nadzieję - ostrożnie odpowiada Jack.
- A zatem pojedziesz do Pernil.
- Tak.
- Kiedy już... jak ty to nazywasz? Kiedy już przekroczysz?
- Przeskoczę. - Tak to określa od zawsze. - Nazywam to przeskakiwaniem.
- Kiedy już przeskoczysz tam i z powrotem, wybierzesz się na zachód od Rubieży i tuż na południe od Spustoszonych Ziem. Pamiętasz Spustoszone Ziemie, prawda?
- Tak.
Pamięta aż za dobrze. Na Spustoszonych Ziemiach podobno nie jest już tak niebezpiecznie jak wtedy, gdy przemierzył je ze swoim przyjacielem z lat dzieciństwa, Richardem Sloatem - alias Racjonalnym Richardem - ale nadal budzą powszechny lęk. Dawno temu - delah, jak mówią w tych stronach, lekko unosząc dłoń, co znaczy "kto by pamiętał, kiedy" - wydarzyły się tam straszne rzeczy. Ojciec Richarda Sloata na nowo otworzył tamtejsze kopalnie, powodując ogromne skażenia na terenach zatrutych i bez tego. Morgan Sloat nie był, jak to się mówi, ekologicznie uświadomiony. Pewien stary wiarus powiedział raz Jackowi, że gdyby planował spędzić dużo czasu w tej części Terytoriów, to niech lepiej włoży ołowiane majtki.
- Na skraju Spustoszonych Ziem leży mieścina o nazwie Revin, a może Reevin. Coś w tym stylu. Jakieś siedemdziesiąt kół na południowy zachód od Pernil. Ile to będzie, licząc twoją miarą?
- Mniej więcej tyle samo.
- To ostatnie miasto przed Wielką Pustką. Zapytaj tam o Wielki Wąwóz. Jak najwięcej osób. Uważnie ich wysłuchaj. Potem ewentualnie sam go obejrzyj. Jak wrócisz, powiesz mi, co zobaczyłeś i co o Wąwozie słyszałeś. Może już w Pernil się czegoś dowiesz.
- Po co to wszystko?
- Hestin się niepokoi. - Ayden Hestin to jedyny doradca, z którego zdaniem WS się liczy. - Uważa, że ten Wielki Wąwóz stanowi coraz większe zagrożenie.
- Jakiego rodzaju zagrożenie?
Kolejne majestatyczne machnięcie ręką. To może oznaczać, że nie jest to wiedza przeznaczona dla Jacka Sawyera albo że Youngblood sam nie wie.
- Porozmawiamy, jak wrócisz. Wtedy będziesz mądrzejszy. Weź ze sobą Paytona, niech zobaczy, jak wygląda świat poza Dezi. Powiedz mu, że jeśli chce dalej polegać na mojej wielkoduszności... tak, twojej też, przyznaję... to wypadałoby, żeby odświeżył swój, jak wy to nazywacie? Repertuar? - To słowo Youngblood wymawia bez zarzutu.
- Będzie musiał zostać w Pernil. Nie może zabrać się ze mną do Nebraski, bo...
WS znów mu przerywa - to jego specjalność.
- Wiem, wiem, będzie musiał na ciebie zaczekać. To ma być tylko lekcja poglądowa dla mojego... jak nazwałeś Paytona? Moim pierdzisiem?
- Trefnisiem. To wyszukane określenie...
- Wiem, wiem, ale wolę "pierdziś", bo ciągle popierduje tą swoją gruszką czy jak to zwał. Rozumiem, dlaczego nie może przejść z tobą na stronę amerykańską. Jesteś kimś wyjątkowym, chłopcze, i dlatego cię tu trzymam. To niejedyny powód, przydajesz się też do innych rzeczy, ale ta jest jedną z ważniejszych. Nie obrażaj więc mojej inteligencji.
Co to, to nie, myśli Jack. Gdzieżbym śmiał.
Dzielnica handlowa Dezi, zwana Dolnym Miastem, składa się z czterech do pięciu zygzakowatych brukowanych uliczek ciasno zabudowanych małymi sklepami. Wiele towarów - owoce, warzywa, świeżo złowione ryby - wykłada się na tacach lub wózkach ręcznych u wylotu zaułków zwanych ślepniami. Powietrze wypełnia rozkoszna burza różnorodnych zapachów dodatkowo wyostrzonych słoną bryzą znad zatoki. U schyłku dnia smród niesprzedanych ryb gnijących w ślepniach i rynsztokach stanie się mniej apetyczny.
Jack wie, gdzie wśród tłumów robiących zakupy w Dolnym Mieście znaleźć człowieka, którego szuka. Payton jest niewolnikiem swoich przyzwyczajeń. Proszę bardzo, oto i on - miłośnik nibystrzał nakładanych na głowę i poduszek pierdziuszek, opowiadacz dowcipów o Mannich, bo tych o Polakach i Irlandczykach nikt by tu nie zrozumiał. Stoi pod Caiden's Candies, wpatrzony w witrynę jak przerośnięte (nie wspominając o tym, że otyłe) dziecko. Jest z nim Mary Klee, jedyna kobieta w ka-tet Jacka - jak z lubością nazywa ich Youngblood.
Payton jest nadwornym błaznem najjaśniejszego pana, przynajmniej na razie; Mary Klee była jego wróżbitką. Do czasu, gdy WS wywalił ją ze swojej pokracznie rozbudowanej posiadłości, bo nie potrafiła na zawołanie robić tego, czego od niej wymagał. Jest tak wychudzoną, jak Payton jest pulchny, mysią blondynką z oczami wytatuowanymi od wewnątrz obu dłoni. Przez pewien czas po przybyciu do Dezi - zwerbował ją wielce zaradny (i przyprawiający o ciarki) człowiek Youngblooda do wszystkiego, Ayden Hestin - całkiem dobrze jej się powodziło w roli osobistej czarodziejki Wielkiej Szychy. "Żyłam jak pączuś w masełku", wspomina tamte czasy, zwykle z rozmarzonym uśmiechem i łezką w oku. "Było pod dostatkiem jedzenia i picia". Zwłaszcza tego drugiego.
Niewątpliwie miała dobre referencje; swego czasu pomogła policji odszukać dwójkę zaginionych dzieci, jedno w Rochester w stanie Nowy Jork, drugie w Glendale w Kalifornii. Oboje znaleziono martwe, co było niejakim minusem (i ogólnie popsuło atmosferę), ale przynajmniej zrozpaczeni rodzice mogli zamknąć ten tragiczny rozdział. Pochować swoje pociechy.
Mary Klee przez pewien czas była dość znana po stronie amerykańskiej; nazywano ją Edgarem Cayce'em w spódnicy. Występowała jako gwiazda w programach Inside View, Tonight i Unsolved Mysteries. Zawsze oświetlali ją od dołu, tak że jej twarz tonęła w upiornym cieniu. Ma akcent z New Jersey, ale można było temu zaradzić za pomocą mikrofonu z pogłosem, nadającego jej głosowi złowieszcze brzmienie. Problemem trudniejszym do rozwiązania okazało się jej głębokie i szczere zamiłowanie do klarownych trunków typu dżin i wódka. Kiedy przyszła pijana na plan Good Morning America, utraciła cały swój skromny prestiż.
Klepiąca biedę, odcinająca ostatnie kupony od przelotnej sławy jasnowidzki, z własnej nieprzymuszonej woli zgodziła się, by Ayden zabrał ją do Dezi - myślała, że to jakaś wyspa na Morzu Karaibskim, wyznała później Jackowi - po czym przekonała się, że z powrotem na stronę amerykańską będzie kłopot. I to duży. Próba przejścia do Ameryki wrotami w otoczonym murem ogrodzie Edwarda Youngblooda grozi katastrofą każdemu z wyjątkiem Aydena. Kto się na to poważy, według Hestina wyląduje w nicości zwanej przestrzenią todash.
Wielu szarlatanów potrafi się nieźle ustawić, udając jasnowidzów, ale Mary Klee nie należała do ich grona. Brakowało jej niezbędnej fantazji i umiejętności wychwytywania nieświadomych sygnałów i zachowań, którą można zrobić wrażenie na jeleniach. Jak na ironię, przyczyną było to, że przy kilku okazjach miała autentycznie prorocze wizje. Jack sam raz skorzystał z jej daru jasnowidzenia. Znalazł pierścionek Sophie - ze szmaragdem - w miejscu wskazanym przez Mary, pod poduszką sofy.
Przy Youngbloodzie jednak Mary skończyło się parapsychiczne paliwo, a może dopadła ją prozaiczna trema. Tak czy owak, WS szybko uznał, że ma dosyć jej niejasnych przepowiedni. Proroctwa typu "Poznasz wysoką brunetkę" czy "Strzeż się burzowych dni" nie zadowalały Edwarda Youngblooda i tyle.
Mary wylądowała więc na bruku i gdyby nie Jack, dawno umarłaby z głodu lub została wygnana do Baronii Północnych za kradzież. Jack wmawiał sobie, że pomaga jej, bo znalazła pierścionek Sophie, sama Sophie jednak wiedziała, że kryło się za tym coś innego. Masz słabość do lasek po przejściach, powiedziała Jackowi. Określenie "laska po przejściach" zaczerpnęła z jednej z powieści przeznaczonych dla Wielkiej Szychy. Jack czytał żonie najlepsze fragmenty - uwielbiała sceny erotyczne - zanim wręczał książki Youngbloodowi, by miał co sobie postawić na półce. WS z przyjemnością ogląda krwawe okładki powieści autorów takich jak Richard S. Prater i Jim Thompson i lubi ich luzacki slang, zachowujący w Świecie Pośrednim pierwotne angielskie brzmienie. Czy i na ile uważnie te książki czyta - to pytanie pozostaje bez odpowiedzi. (Jack podejrzewa, że WS ledwo umie składać litery nawet w swoim ojczystym języku). Youngblood lubi nazywać whisky gorzałą i rozprawiać o "fantastycznych buforach" Darrie; uwielbia, kiedy Jack lub George Elgin czytają mu sceny strzelanin, ciężko jednak zrozumieć, z czego w istocie wzięła się jego kolekcjonerska mania. Może nie warto próbować.
Jack chciałby, żeby jeden z żałosnych amerykańskich emigrantów - choć jeden, żali się czasem Sophie, czy ja za wiele wymagam - do czegoś się nadawał, ale nic z tego. Jasne, imają się różnych dorywczych zajęć, a Payton robi za nadwornego komika Edwarda Youngblooda, ale poza tym tyle z nich pożytku, co z wymion u byka.
Mary Klee krąży po Dolnym Mieście Dezi jak niespokojny duch, zwykle w towarzystwie Paytona. Niewykluczone, że razem mieszkają. Jack nie wie tego na pewno i nie ma ochoty wiedzieć.
Pod wpływem impulsu postanawia, że skoro Payton ma z nim jechać do Pernil, to równie dobrze można wziąć Mary do towarzystwa. Niech zobaczy, jak wygląda świat poza Dezi. Może to ją otrzeźwi, dosłownie i w przenośni.
- Jack! - woła Payton. - Nie kupiłbyś E.T. głodującemu? - Ma na myśli uśmiechnięte zielone ludziki płci obojga w witrynie Caiden's Candies, przepyszne słodycze, z wierzchu miętowe, w środku czekoladowe. Stoją jak papierowe lalki szeregiem wijącym się wśród ciast i deserów.
- E.T. dzwoni dom - dorzuca promiennie uśmiechnięta Mary.
Ten film wszedł na ekrany kin pięć lat po tym, gdy trafiła do Świata Pośredniego, ale Jack chyba z tuzin razy opowiedział jej fabułę. Promienny uśmiech nigdy nie schodzi z twarzy Mary Klee i Jack podejrzewa, że to także dlatego Youngblood się do niej zraził. Chciał, by jego osobista jasnowidzka budziła grozę, wyglądała choć trochę złowieszczo. Mary nie spełnia tego kryterium. Zachowuje się jak szczenię, które ze wszystkich stron zbiera kopniaki, ale dalej się łasi.
- Macie ochotę wyskoczyć ze mną do Pernil? - pyta ich Jack.
- O rany - mówi Payton. - Nie wiem. Kawał drogi.
- W brudzie - dodaje Mary. - I kurzu. Poza tym to chyba niebezpieczne.
- Zastanowię się - stwierdza Pay.
- Szczerze mówiąc - uściśla Jack - to nie jest prośba.
- A co, rozkaz? - Payton ma zadziwiająco kwaśną minę jak na rzekomego wesołka. - Bo tylko WS może mi rozkazywać.
Jack nie odpowiada, a Pay jest w miarę lotny.
- Aha - mówi. - Cholera.
- Ma to swoją dobrą stronę, Pay. Jeśli na jakiś czas zejdziesz mu z oczu, to może sobie przypomni, za co cię kiedyś cenił. - Albo wprost przeciwnie, dopowiada Jack w myśli.
Przenosi wzrok na Mary.
- A co do ciebie. Jeśli cię zobaczy, mościa pani, kiedy będzie tu robić te swoje wariackie zakupy, albo jeśli przyuważy cię Ayden, to zaraz sobie przypomną, jak kiepską okazałaś się wróżbitką...
- Chwilowa posucha i tyle. - Mary prostuje plecy i stara się wykrzesać z siebie resztki godności, co sprawia, że Jack czuje się trochę podle. - To dość częste u ludzi ze zdolnościami parapsychicznymi.
Jack brnie dalej, sam nie wie dlaczego.
- ...i odeślą cię z powrotem przez wrota w ogrodzie, a wtedy wylądujesz w Strefie Mroku. Na zawsze.
Mary patrzy na niego z przerażoną miną. Pay otacza ręką jej chude ramiona, a Jack teraz już czuje się podle. Po kiego to robię?, myśli. Przecież ci dwoje są autentycznymi ofermami i gęby nie będą im się zamykać podczas długiej podróży tramwajem. Nie wie, w imię czego chce to znosić, ale nauczył się ufać swojej intuicji.
- Kiedy? - pyta Pay. - W przyszłym tygodniu? Pewnie mógłbym...
- Jutro. Widzimy się na przystanku o dziewiątej.
- A jeśli tramwaj nie przyjedzie? - pyta Payton z ledwo skrywaną nadzieją. - Nie zawsze się zjawia.
Jack dobrze o tym wie. Połączenia tramwajowe długo były nieczynne, ale wielce zaradny Ayden Hestin część z nich uruchomił na nowo. Co nie znaczy, że funkcjonują bez zarzutu.
- Wtedy się zobaczy. A tymczasem co powiecie na dwóch zielonych ludzików?
- E.T. dzwoni dom! - wykrzykuje Mary. - Łby im poodgryzam!
Pierwsza wchodzi do sklepu ze słodyczami.
Jackowi przebiega przez myśl, że to w sumie ciekawe, dlaczego w Terytoriach mityczni goście z kosmosu tak bardzo przypominają tych ze strony amerykańskiej. Jak wiele innych elementów życia, które prowadzi od czasu, gdy miał dwanaście lat, także i ta sprawa nie jest warta tego, by zaprzątać sobie nią głowę.
Pokrzepiony dwoma E.T. Jack pnie się Grandway do domu, który dzieli z miłością swojego życia. Kiedyś była tu kolejka linowa, został z niej jednak tylko zardzewiały wrak tkwiący w połowie długości szyn. Wiele z cudów tego świata ma to do siebie, że kiedy się zepsują, nikt, nawet Ayden Hestin, nie pamięta, jak je naprawić. Dawni Ludzie by wiedzieli, ale nie ma ich od... delah.
- Wróciłem! - woła Jack. - Przynajmniej na razie. Jutro o dziewiątej jadę do Pernil z Payem i Mary Klee. Nie pytaj, dlaczego zabieram ich ze sobą, bo sam nie wiem.
- Zabierasz ich, bo Mary jest ślicznotką! - odkrzykuje Sophie z kuchni. Ślicznotka to powieść Jima Thompsona (z autografem, pierwsze wydanie, stan dobry), którą Jack zdobył dla Wielkiej Szychy, i Sophie używa tego słowa przy każdej okazji.
- Nieco przekwitłą - zauważa Jack.
Wychodzi na balkon, patrzy na zatokę i tętniący życiem małomiasteczkowy świat, który teraz jest jego światem. Nie musi tkwić tutaj, pod butem podrzędnego oligarchy, który kontroluje praktycznie wszystkie szlaki handlowe, lądowe i morskie. Ma jednak swoje powody, by się stąd nie ruszać. O tak. Jest tu Sophie. To główny powód. Jest tu Sophie i tutaj zostanie. A on jej nie opuści. Spełnianie zachcianek Edwarda Youngblooda i odwalanie od czasu do czasu brudnej roboty to niewygórowana cena za możliwość bycia z nią.
- Co chciałbyś na kolację, kochanie?
- Nieważne.
Jej perfumy. Tak słodkie, a przy tym tak odległe. To one są ważne. Jej złociste jak miód włosy. To one są ważne. I zielonkawa suknia, w której ją pochowali.
- Nieważne - powtarza, nie odwracając się. Kiedy stoi z dłońmi na balustradzie i patrzy w dół, na tarasy Dezi zasłane wydłużającymi się popołudniowymi cieniami, łatwiej mu wierzyć, że Sophie jest w domu, a nie dziesiąty rok w grobie.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI