Inspektor Cecilie Mars 3: Śmierć przed świtem (#3) - Michael Katz Krefeld

Kup ebooka

39.99 zł
31.99 zł (27,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Cecilie wykonała ostry zakręt swoim czarnym Golfem, kontynuując jazdę przez Istedgade. W ten przeszywająco zimny poniedziałkowy poranek dzielnica Vesterbro dopiero budziła się do życia i panował tu duży ruch. Cecilie warknęła niecierpliwie, próbując ominąć zator. Kiedy to nie zadziałało, włączyła migające niebieskie światła, zmuszając samochody z przodu do zrobienia dla niej miejsca.

- Cholera, Heino, czy ty właśnie puściłeś bąka? - zapytał z tylnego siedzenia Henrik, starszy siwy policjant, i pomachał ręką przed nosem.

- Nie w tej chwili, jeśli cię to interesuje - odpowiedział Heino, pocierając swoją hipsterską kozią bródkę i uśmiechając się niewinnie.

- Ale dwie sekundy temu już tak? Cecilie, Heino smrodzi - powiedział Henrik, odsuwając swoje wielkie cielsko z dala od Heino.

Cecilie poczuła bąka i opuściła wszystkie szyby.

- To ostatni raz, kiedy was podwożę. Następnym razem sami wieziecie swoje tyłki. Joakimie?

- Co? - zapytał Joakim, który siedział obok niej. Był najnowszym i najmłodszym członkiem Wydziału Zabójstw. - Ja nie puściłem bąka.

- Pieprzona odprawa? - mruknęła, rzucając mu sugestywne spojrzenie. Jego czarne Ray-Bany i rozpięta koszula już ją irytowały.

- Zamordowana kobieta. Saxogade jedenaście, pierwsze piętro - powiedział, żując głośno gumę. - Mieszkaniec znalazł ją po tym, jak zauważył, że jej drzwi są uchylone od ponad doby.

- I to wszystko?

Joakim wypluł gumę do żucia przez otwarte boczne okno.

- Nie udzielono mi żadnych dodatkowych informacji.

- Joakim nie jest zaufanym pracownikiem, szefowo - skwitował ironicznie Heino.

Cecilie potrząsnęła głową i skręciła w następną ulicę po lewej.

- Czy to tu? - zapytała.

- Nie, to jednokierunkowa. Saxogade jest ulicę dalej - odpowiedział Joakim. - Mogę prowadzić.

Nagle pojawił się za nimi szybko jadący samochód.

- Szefowo, nadjeżdża auto - powiedział Heino.

Cecilie ponownie włączyła niebieskie światła. Kierowca szybko zjechał na bok, robiąc im miejsce.

- Miejmy nadzieję, że to nie Sonja została zabita - rzucił Henrik.

- Kto? - zapytał Joakim.

Henrik potrząsnął głową.

- Sonja z Saxogade. Czy tylko ja pamiętam ten serial?

Heino skrzyżował ramiona na piersi.

- Cholera, czasami zapominam, ile ty masz lat. Czy to nie czas na emeryturę?

- Tak, za dwa lata. Odliczam dni do momentu, w którym nie będę już musiał patrzeć na twoją facjatę.

Cecilie zaparkowała obok wozów patrolowych i radiowozu detektywów sądowych, które blokowały większą część ulicy. Przy wejściu do klatki stało kilku policjantów wraz z grupką ciekawskich obywateli, którzy ustawili się za biało-czerwoną taśmą zabezpieczającą miejsce zbrodni. Cecilie wyłączyła silnik i pstryknęła palcami.

- Dobra. Koniec zabawy, chłopcy. Joakimie, zdejmij te cholerne okulary przeciwsłoneczne, zanim wsadzę ci je w tyłek.

Zarówno Heino, jak i Henrik powstrzymali śmiech, gdy Joakim pospiesznie schował okulary przeciwsłoneczne do kieszeni koszuli. Wysiedli z samochodu i Cecilie spojrzała na mieszkanie na pierwszym piętrze. Poczuła piekący chłód i szybko zapięła skórzaną kurtkę. Wtedy zauważyła małe błyski światła dochodzące zza zasłon. Wyglądało na to, że detektywi sądowi właśnie obfotografowują miejsce zbrodni. Na drodze do budynku zaczęło walić jej serce. Bez względu na to, w ilu sprawach morderstw brała udział, zawsze towarzyszyło jej zdenerwowanie. Cecilie przywitała się z dwoma ochroniarzami i spojrzała na domofon oraz nazwisko widniejące przy mieszkaniu na pierwszym piętrze. Wszyscy weszli do holu.

- A co z facetem, który to zgłosił? Z którego jest mieszkania? - rzuciła Cecilie.

- Nie mam pojęcia, ale się dowiem - odparł Heino. - Idę dzwonić do drzwi.

Cecilie i pozostali odnaleźli mieszkanie, które wyróżniały szeroko otwarte drzwi, i założyli plastikowe ochraniacze, znalezione w kartonie wystawionym przez zespół kryminalistyczny.

- To prawie jak oglądanie domu - zauważył Joakim.

Cecilie zignorowała jego komentarz. Przeszła przez hol, minęła małą kuchnię i weszła do salonu. Wszystko wyglądało schludnie i czysto i nic nie wskazywało na gwałtowną walkę. Przywitała się z dwoma śledczymi, którzy mieli na sobie niebieskie kombinezony. Cecilie rozejrzała się po salonie, który był starannie udekorowany mnóstwem pasujących poduszek i drobnych bibelotów. "Samotna kobieta w wielkim mieście" - pomyślała. Osoba, która tu mieszkała, miała lepszy gust niż ona sama. Do salonu wszedł Ole, ubrany w biały kombinezon z kapturem, który sprawiał, że wyglądał jak astronauta.

- Niech to szlag, Cecilie! - wykrzyknął lekarz sądowy. Był w średnim wieku, a jego twarz rozciągał szeroki uśmiech.

Cecilie wyciągnęła rękę i stuknęli się pięściami.

- Nie sądziłem, że chadzasz jeszcze wśród nas, śmiertelników - oświadczył Ole.

- A co? Myślałeś, że kopnęłam w kalendarz?

- Nie, oczywiście, że nie, ale skoro mianowali cię szefową Wydziału Zabójstw, to uznałem, że jesteś teraz zbyt zajęta kontaktami z ważniakami z komendy głównej, uczestniczeniem w eleganckich przyjęciach i tak dalej.

- Bo to brzmi totalnie jak ja, nie? - skwitowała ironicznie. - Dobrze cię widzieć, Ole. Co masz dla mnie?

- Niezbyt ładną scenę - westchnął Ole, przypominający teraz raczej grabarza niż astronautę. - Chodź.

Cecilie i Ole przeszli do sąsiedniej sypialni, z Henrikiem i Joakimem depczącymi im po piętach.

- Kurwa - sapnął Joakim, instynktownie zakrywając usta dłonią.

Na łóżku przed nimi leżały zwłoki kobiety z rękami i nogami przymocowanymi do drążków łóżka. Była prawie naga; miała na sobie tylko pas i przesiąknięte krwią białe rajstopy. Skóra jej brzucha była podziurawiona do tego stopnia, że z jamy brzusznej wyzierały wnętrzności; liczne rany pokrywały też krocze i wewnętrzną stronę ud. Twarz kobiety przypominała krwawą, wyschniętą masę. Joakim, który z trudem powstrzymywał się od zwrócenia obiadu, wydał z siebie na wpół stłumiony dźwięk.

- Wszystko w porządku? - spytała go Cecilie.

- Ja... Ja... Spróbuję...

- Ostatnim, czego teraz potrzebuję, jest martwienie się, że obrzygasz całe miejsce zbrodni. Idź na dół i pomóż Heino ze świadkami.

Henrik chwycił go za ramię i wyprowadził z sypialni.

- Co możesz nam powiedzieć, Ole? - zapytała Cecilie, stając obok łóżka razem z lekarzem sądowym.

- Jak widać, w okolicy brzucha, pachwiny i twarzy są liczne cięcia. Nie poznamy dokładnej liczby, dopóki nie przeprowadzimy sekcji. Ale z grubsza trzydzieści cięć.

- A broń?

- Duży nóż, być może kilka różnych noży. Rany kłute różnią się od siebie. - Ole wskazał dwa odmienne cięcia na pachwinie ofiary.

- A czas śmierci? Jakiś pomysł?

Ole skinął głową.

- Ponad dwadzieścia cztery godziny temu.

- Zeszłej nocy?

- Będę w stanie to oszacować, gdy ją zabierzemy.

Cecilie rozejrzała się po małym pokoju.

- Czy zlokalizowaliśmy broń?

- Z tego co wiem, to nie.

- Więc zabrał ją ze sobą. Możemy założyć, że jest mocno zakrwawiona?

- Tak, to była brudna robota.

- A jednak nie znaleziono żadnych śladów, ani w salonie, ani w korytarzu, ani na klatce schodowej?

- Śledczy mogą jeszcze coś znaleźć, ale masz rację. Biorąc pod uwagę stopień przemocy, naprawdę godne uwagi jest to, że w pozostałej części mieszkania nie ma absolutnie żadnych śladów. Musiał być bardzo ostrożny.

- Jak to możliwe? - zapytała, patrząc na Henrika.

Henrik skrzyżował ramiona na piersi i spojrzał na zwłoki. Po chwili zastanowienia powiedział:

- Nic nie wskazuje na włamanie. Musiała go wpuścić albo miał klucz. W salonie nie ma śladów walki. Może znaleźli się tutaj dość szybko?

Cecilie skinęła głową.

- Samotna kobieta. Vesterbro w nocy. Jeśli założymy, że zbrodnia miała miejsce po zmroku, komu odważyłaby się otworzyć drzwi?

- Komuś, kogo znała. Przyjacielowi, chłopakowi, może byłemu partnerowi. Morderstwa popełnione z zazdrości są brutalne. Znamy takie przypadki.

- Owszem. Jak tylko będziemy mieli jej dowód osobisty, sprawdzimy jej krąg społeczny. Najlepiej dzisiaj.

- Przyjąłem.

Cecilie rozejrzała się. Zauważyła ubrania, które leżały starannie złożone na krześle w rogu. Biała koszulka, para czarnych legginsów i wełniane skarpety.

- Czy mógł próbować ją odurzyć? Przed związaniem jej?

Ole skinął głową.

- Poza licznymi obrażeniami nie ma żadnych innych oznak przemocy fizycznej. Ani w postaci urazu głowy, ani oznak obrony.

- Opaski kablowe i seksowna bielizna. Czy to mogła być nieudana gra erotyczna?

- Dowiem się więcej, gdy...

- Ją zabierzecie - dokończyła za niego Cecilie. Pochyliła się i spojrzała na głębokie rozcięcia wokół nadgarstków ofiary. - Wygląda na to, że próbowała się uwolnić.

Ole przykucnął i dokładnie zbadał ślady. Podłużne otarcia skóry i powtarzające się przetarcia na opaskach wskazywały, że mogła walczyć przez długi czas.

- Bez względu na to, jak to się zaczęło, czy dobrowolnie zgodziła się na związanie, czy nie, w pewnym momencie musiała krzyczeć o pomoc.

- To oczywiste.

- Więc dlaczego nikt jej nie usłyszał? Dlaczego znaleziono ją dopiero następnego dnia?

- Mógł zakryć jej usta, użyć poduszki? - podpowiedział Henrik.

Cecilie potrząsnęła głową.

- Przy całej tej przemocy? Sprawca nie był w stabilnym stanie. Wielokrotnie dźgnął ją nożem. Nie myślał o niczym innym niż zabójstwo.

- Zgadzam się z Cecilie - powiedział Ole. - W to morderstwo włożono wiele energii. Wygląda to na totalny amok.

Cecilie wyjęła z paska małą latarkę Maglite i oświetliła nią twarz ofiary.

- Trzymaj ja prosto, Ole.

Ole wziął od niej latarkę, a Cecilie wyciągnęła z kieszeni jednorazowe rękawiczki.

- Co robisz?

Cecilie nie odpowiedziała. Zamiast tego włożyła dwa palce do ust ofiary. Pogrzebała chwilę, aż chwyciła coś, za co zaczęła ciągnąć. Z gardła wydobył się oślizgły dźwięk i po chwili Cecilie wyciągnęła kawałek materiału. Spojrzała na koronkowe majtki, które pasowały do pasa ofiary.

4

Cecilie weszła bez pukania do sali konferencyjnej numer cztery. Odniosło to pożądany skutek i wszystkie oczy zwróciły się w jej kierunku. Anders uśmiechnął się z ulgą na jej widok, jakby była cudem, na który czekał.

- Cecilie, chcą mnie udupić - powiedział z akcentem, który zdradzał, że pochodzi z mniej uprzywilejowanych dzielnic na obrzeżach Kopenhagi. Z niechlujnymi włosami i podkrążonymi oczami wyglądał, jakby nie spał od kilku dni, co mogłoby być prawdą, jeśli oskarżenia przeciwko niemu okazałyby się prawdziwe. Obok niego siedziała Jette z Federacji Policyjnej. Nie wyszczuplała od czasu, gdy widziały się po raz ostatni, nie ubyło jej też z twarzy tików nerwowych.

- Cześć, Cecilie, nie byłam pewna... czy powinnaś być obecna. Ale to tylko przesłuchanie wstępne... i nie ma wymogu...

- W porządku, Jette. Prawdopodobnie to komisja powinna była o tym powiadomić.

- Owszem - odpowiedział John Nyholm ze sztywnym uśmiechem na ustach. - Komisarz został powiadomiony.

Posłała Johnowi zimne spojrzenie.

- Czy naprawdę trzeba było mu przeszkadzać? Drzwi mojego biura są zawsze otwarte.

- Zanotuję to - powiedział John, przeczesując bladą dłonią swoje rzadkie włosy.

Cecilie przeniosła wzrok na kolegę Johna, który był do niego podobny, tylko miał nieco więcej włosów na głowie. Obaj detektywi z Niezależnej Komisji do spraw Skarg na Policję nosili identyczne garnitury i każdy z nich miał przed sobą notatnik. Obaj byli pod każdym względem tak dalecy od wizerunku przeciętnego policjanta, jak tylko można sobie wyobrazić. Nie potrafiła sobie przypomnieć jego imienia: Karsten, Kristian czy Klaus? Kenneth! Tak, to było to. Kenneth i pieprzony John Nyholm, jak zawsze cholernie zajęci szukaniem brudów na jej pracowników, a także na nią samą.

- O co w tym wszystkim chodzi? - zapytała, unosząc rękę w geście irytacji.

W odpowiedzi John pchnął w jej kierunku koszulkę na dokumenty. Cecilie wzięła ją i zobaczyła, że zawiera wynik badania moczu Andersa. Odsunęła ją na bok.

- Masz jakieś uwagi, Anders? Twierdzą, że znaleźli kokę.

Anders niecierpliwie pochylił się do przodu na krześle.

- Z całą pewnością. Jak już wyjaśniłem tej dwójce - powiedział, wskazując na Johna i Kennetha - stało się to w związku z pewną sprawą.

- O czym nie chce mówić - nadmienił John.

- I to raczej uparcie - dodał piskliwym głosem Kenneth.

- Takie rzeczy są poufne. Nawet dla was, chłopców z komisji - warknął Anders.

- Mogę wam powiedzieć, że Anders i jego kolega detektyw badają kilka spraw narkotykowych powiązanych z gangami w Vesterbro i Sydhavnen. To niebezpieczna praca - poinformowała Cecilie.

- Z pewnością. Po prostu nie rozumiem, co to ma wspólnego z wynikiem testu - powiedział chłodnym głosem John.

- W jakichkolwiek kształcie lub formie - dodał Kenneth.

- Owszem, a to dlatego, że nie robicie nic poza siedzeniem za pieprzonymi biurkami, podczas gdy reszta z nas tyra w terenie, ryzykując życie. Jak to się dokładnie stało, Anders? -zapytała Cecilie.

- Wiesz, jak jest - powiedział, przecierając oczy. - Ja i Jeppe rozmawialiśmy w PussySkin z pewnymi ludźmi. Z kilkoma ważniakami, których mamy nadzieję wysłać za kratki na kupę lat. I była impreza. - Uniósł rękę. - Rosjanki, wódka, szampan i trochę wciągania. W takiej sytuacji starasz się wtopić w tłum tak bardzo, jak to tylko możliwe. Musisz zachowywać się jak klientela albo jesteś martwy.

- Jest różnica między zachowywaniem się jak klientela a byciem klientelą - zauważył John, wskazując na koszulkę na dokumenty.

- Duża różnica - powiedział Kenneth.

- Kiedy było to spotkanie?

- Spotkanie? Cóż... - powiedział Anders, drapiąc się po głowie. - W zeszły czwartek.

- A z jakiego dnia jest ten test?

- Z wczoraj - odpowiedział John.

- To długo masz tę kokę we krwi - powiedziała Cecilie, mierząc go poważnym wzrokiem.

Anders wzruszył ramionami.

- Wiem. To pewnie dlatego, że nie jestem do niej przyzwyczajony.

John prychnął.

- To nie do końca tak działa.

Kenneth szybko się z nim zgodził.

- A co z testem Jeppego Friesa? - zapytała Cecilie, przenosząc wzrok na Johna.

- Nic, negatywny - odpowiedział John.

- Zero procent - potwierdził Kenneth.

Cecilie położyła ręce na biodrach i zapatrzyła się w podłogę, trawiąc wszystko, co usłyszała. Anders powiedział coś, co do niej nie dotarło. Wyczuła, że John wpatruje się w nią mysim wzrokiem. To było poważne gówno. W końcu podniosła wzrok.

- Zakładam, że komisja skieruje sprawę do prokuratury. W międzyczasie zostajesz zawieszony, Andersie. Opróżnij swoją szafkę.

- Co? Cecilie, na litość boską, nie możesz tego zrobić. Dobrze wiesz, jak to jest. Chyba nie mówisz poważnie, że zamierzasz poświęcić mnie tym idiotom?

- Słyszałeś, co powiedziałam.

Anders wstał tak szybko, że jego krzesło się przewróciło.

- A co... co... z tym całym gównem, które ty robiłaś? Ile razy musieliśmy kryć twój tyłek?! Co?! Że niby ty nigdy nie przekroczyłaś granicy? Sama pojawiałaś się w pracy naćpana. Musimy jakoś radzić sobie z tym całym gównem, które widzimy! - krzyczał, coraz bliżej wybuchu.

- Idź do domu, Andersie. Natychmiast - poleciła Cecilie.

- To jest moje cholerne życie! A ty mi je odbierasz z powodu czego? Jednego małego testu? A ty byłabyś w stanie go zdać? Co jest dzisiaj w twojej krwi, szefowo?

- Skończyłeś? - zapytała, spoglądając na niego.

Potrząsnął głową.

- Mam na ciebie tyle brudów... Gdybym miał opowiedzieć o wszystkich gangsterskich numerach, które wykręciłaś, uwierz mi, byłabyś skończona.

- Jesteśmy otwarci, jeśli masz coś do dodania do swojej sprawy... lub jakiejkolwiek innej - powiedział John, krzyżując ramiona na piersi.

Anders odwrócił się w jego stronę.

- Coś do dodania? Dla was z Niezależnej Komisji do spraw Skarg na Policję? Jeśli uda ci się namówić swoją dziewczynę, żeby mi obciągnęła - powiedział, wskazując na Kennetha - to dam ci całą kiełbaskę. - Chwycił się za krocze i ścisnął członek.

- Myślisz, że dasz radę sam się stąd wydostać, czy mam poprosić kogoś o pomoc?

Anders przepchnął się obok Jette i skierował w stronę Cecilie.

- Zapłacisz za to - syknął, szturchając ją ramieniem w drodze do drzwi. - Prędzej czy później.

Po wyjściu Andersa Jette wstała. Wyglądała na wstrząśniętą całym zajściem i szybko się pożegnała. John i Kenneth spakowali swoje rzeczy i Cecilie zauważyła, że mają identyczne aktówki.

- Zakładam, że znacie drogę do wyjścia?

- Tak, oczywiście. Są tu dość szybkie drzwi obrotowe - zauważył John. - To było spore zaskoczenie, gdy dowiedziałem się, że udało ci się wygryźć Karstensena.

- Nikogo nie wygryzłam. Karstensen przeszedł na emeryturę, koniec historii.

- Mimo to była to pewna niespodzianka, że zostałaś głową Wydziału Zabójstw. Nadałaś temu stanowisku zupełnie nowe znaczenie.

- Tak, biorąc pod uwagę okoliczności - dodał Kenneth.

- Jakież to okoliczności?

John postukał w swoją teczkę.

- Oskarżenia Andersa nie były całkowicie bezpodstawne.

- Moje testy zawsze były negatywne. Ale jeśli chcesz mnie o coś oskarżyć, to proszę bardzo. Strzelaj, Johnie. A może jak zwykle proch trochę zamókł?

- Oboje wiemy, kto cię chroni.

- Nie miałam pojęcia, że ktoś taki jest - odpowiedziała wesoło.

- Ale nawet ministra działa na pożyczonym czasie. Porozmawiamy wkrótce.

Patrzyła, jak John i Kenneth znikają za drzwiami. Zarówno John, jak i Anders mieli rację: żyła na kredyt. Prędzej czy później przeszłość ją dopadnie.

6

Szła ścieżką między nagimi drzewami. Prowadziła ona przez park do sceny Bellah?j, gdzie zwykle przesiadywali dilerzy. To znaczy zanim jej i jej oddziałowi, we współpracy z komisariatem policji w Bellah?j, udało się ich stamtąd wykurzyć. Był to jeden z jej głównych priorytetów po objęciu stanowiska. Odpięła guzik z boku kabury pistoletu. Nigdy nie wiadomo, ilu będzie tych drani i w jakim będą nastroju. Cecilie znała kilku z nich. Zarówno tych, których aresztowała, jak i tych, od których kupowała kokę. Po objęciu stanowiska uświadomiła sobie, że próba ratowania dzielnicy przy jednoczesnym wspieraniu tych gówniarzy przez własne uzależnienie nie ma najmniejszego sensu. Równie bezsensowne byłoby też danie Johnowi i komisji wymarzonej okazji, by przyłapali ją na teście narkotykowym. Zerwała z nałogiem z dnia na dzień. Co było cholernie trudne. Ale przynajmniej objawy odstawienia minęły. Z głodem było już gorzej.

Dotarła do odkrytej sceny w Bellah?j, gdzie liście przemykały po kamiennych stopniach amfiteatru. Poza jednym facetem siedzącym w najniższym rzędzie, dygoczącym w czarnej polarowej kurtce i czarnych spodniach do biegania, teatr był pusty. Omar po raz kolejny wyolbrzymił sytuację, ale nawet jeden diler to o jednego za dużo. Ten typ miał tendencję do przyciągania innych, tak jak łajno przyciąga muchy. Poszła dalej w kierunku faceta.

- Czego dokładnie nie zrozumiałeś? - krzyknęła szorstko.

Ciemnoskóry chłopak oderwał wzrok od ziemi i spojrzał w górę. Był znacznie młodszy, niż początkowo zakładała, miał najwyżej dwanaście do trzynastu lat, ale był dość wysoki.

- Co?

- Nie udawaj głupiego. Opróżnij kieszenie.

Chłopak zrobił co mu kazano i pokazał kilka monet, klucze i telefon.

- Gdzie masz towar? - zapytała Cecilie, rozglądając się po kamiennej konstrukcji.

- Źle mnie zrozumiałaś - wyjąkał chłopak. - Nie mam żadnych narkotyków. Wręcz przeciwnie.

- To znaczy? - zapytała z irytacją.

- Pozbyłem się ich.

- Pozbyłeś się narkotyków? Gdzie?

- Nie, nie... dilerów...

- Co takiego zrobiłeś?

Chłopak włożył rzeczy z powrotem do kieszeni i pokazał dłonie. Knykcie jego prawej dłoni były otarte i lekko krwawiły.

- Jeden z nich pyskował.

Cecilie nie mogła powstrzymać uśmiechu. Chłopak wydawał się nieco niepełnosprawny intelektualnie.

- Czy mam rozumieć, że udało ci się przegonić oprychów na własną rękę?

Wzruszył ramionami.

- To byli tylko chłopcy z Bispebjerg, którzy sprzedawali haszysz. Płotki - powiedział i uśmiechnął się.

- Jak masz na imię?

- Allan... Pak-Paki Allan.

- Dobrze, Allanie.

- Nie, Paki Allanie. Mama nazwała mnie Allan, bo to brzmi po duńsku. Ale wszyscy wiedzą, że jestem Paki. Nazywam się...

- Paki Allan. Zrozumiałam. A ja mam na imię...

- Cecilie. Jesteś policjantką. Jesteś fajna. Ja też chcę pracować w policji - powiedział, uśmiechając się. - To moje m-marzenie.

- Ekstra - powiedziała. - Następnym razem, gdy ktoś tu przyjdzie, zawołaj mnie, zamiast samemu wymierzać sprawiedliwość. W przeciwnym razie może się to bardzo źle skończyć. Rozumiemy się, Allanie?

- Tak.

- Ale dziękuję za pomoc - powiedziała, uśmiechając się do niego, gdy już miała odchodzić.

- Fajną piosenkę o tobie nagrali.

- Co masz na myśli?

Allan wyjął telefon.

- To wielki hit i ma wiele polubień. Jesteś sławna. Nazywa się Zajebałaś mi brata. Słyszałaś to? - zapytał, odwracając ekran w jej stronę. Leciał na nim teledysk nagrany na parkingu w ponurej okolicy. Grupa młodych mężczyzn w czarnych dresach starała się wyglądać na twardzieli przed kilkoma podrasowanymi samochodami. Pomiędzy ujęciami z parkingu wklejono kadry przedstawiające Cecilie na różnych spotkaniach prasowych.

Zajebałaś mi brata. Trzema strzałami w tył głowy, została taka dziura. Prosto między nogi, aż zniknął. Ale to nie wszystko. Teraz dowodzi glinami. Kryj się, bracie. Ta suka ma władzę i wie, jak jej używać.

Cecilie rozpoznała wykonawcę na nagraniu; to był ten drań, Como. Najwyraźniej chadzał na siłownię, odkąd ostatni raz widziała go w więzieniu Vestre. Como nabrał mięśni i postawy, ale poza tym wyglądał jak ten sam nieudacznik, którym zawsze był. Niewiele lepiej niż jego zaginiony brat, za którym nie tęsknił nikt poza Como.

- Jesteś gwiazdą - powiedział Allan szczerym tonem, gdy odwróciła się i odeszła.

5

Słońce zachodziło nad dzielnicą Nordvest, a tymczasem Cecilie stała uwięziona w korku w godzinach szczytu. Sześciopasmowa autostrada, która wiła się jak wąż przez cztery poziomy, zapchana była trąbiącymi kierowcami. W radiu leciał klasyk Mary J. Blige - No More Drama - co nie mogło być dalsze od prawdy, biorąc pod uwagę jej sytuację. Żołądek Cecilie burczał, przypominając jej, że znów przegapiła lunch. Była zmęczona, głodna i przygnębiona. Wizyta u matki Kristiny Sand w Valby wyczerpała ją. Starsza pani z szarym pudlem w ramionach z szoku po otrzymaniu wiadomości o śmierci córki upuściła papierosa na wycieraczkę. Cecilie schyliła się i zgasiła papierosa, aby nie zaprószyć ognia na korytarzu. Chciała mieć pewność, że ktoś ją odwiedzi, i poprosiła matkę Kristiny, by ta zadzwoniła do przyjaciółki. Cecilie próbowała dowiedzieć się czegoś o Kristinie Sand i jej kręgu znajomych. Czy był jakiś chłopak lub przyjaciel, z którym powinni się skontaktować? Ale matka nic nie wiedziała. Z powodu ich kłótni przez ostatnie kilka lat nie miała z córką kontaktu. Ku swojej rozpaczy nie mogła sobie przypomnieć, o co w ogóle poszło.

Następnego dnia Cecilie miała złożyć Olemu wizytę w Instytucie Medycyny Sądowej i uzyskać pełną histopatologię. Wszystkie krwawe, ale niezbędne szczegóły. Heino i Henrik rozmawiali w Saxogade z sąsiadami, z którymi początkowo nie mogli się skontaktować. NC3, Narodowe Centrum Cyberprzestępczości, otrzymało laptop Kristiny Sand, a także jej telefon komórkowy, który właśnie próbowali odblokować, by móc uzyskać dostęp do jego zawartości. W tym sensie śledztwo zataczało koło i istniało dziewięćdziesiąt dziewięć procent szans, że na końcu drogi stoi jakiś idiota. Mięczak, który na pierwszy rzut oka wydaje się niewinny, jak gdyby nie miał w sobie tyle samozaparcia. Ale kiedy nacisnąć odpowiednie guziki, ujawnia pieniącą się i niekontrolowaną wściekłość.

Skręciła i wjechała między sypiące się wieżowce w Bellah?j. Prestiżowe budynki z lat sześćdziesiątych zostały już dawno temu opuszczone przez bogatą elitę. Obecnie dzielnica gniła od wojen gangów i rosnącego bezrobocia wśród mieszkańców. Mimo to Bella była, na dobre i na złe, jej domem. Cecilie znalazła wolne miejsce parkingowe przed wejściem i wysiadła z samochodu. Już miała go zamknąć, gdy usłyszała za sobą głos.

- Ce-cil. Ce-cil - powiedział.

I już wiedziała kto to. Nikt inny, jak prezes stowarzyszenia najemców, który wymawiał jej imię, jakby było marką papierosów.

- Co jest, Omarze? - zapytała, odwracając się. Ze względu na niski wzrost zawsze obawiała się, że rozboli ją kark, gdy będzie rozmawiała z Omarem; był naprawdę wysoki.

Omar rzucił jej zatroskane spojrzenie.

- Mamy kłopoty. Duże kłopoty.

Omar był po pięćdziesiątce, ogorzały od słońca, z gęstym, czarnym wąsem. Niektórzy twierdzili, że był kiedyś piratem, inni, że pracował w somalijskiej Narodowej Agencji Wywiadu i Bezpieczeństwa. Cecilie nie wierzyła w żadną z tych historii. Uważała Omara za miłego faceta, choć czasami nieco nadgorliwego. Przyjął tytuł prezesa stowarzyszenia najemców, jakby był niekoronowanym królem Bellah?j, co oznaczało, że traktował Cecilie jak swoją prywatną policję.

- Co się stało? Ktoś jechał rowerem po chodniku? A może ktoś nie posegregował śmieci?

- Wiem, że się ze mnie nabijasz. Kumam duński humor. Ale to nie jest śmieszne.

- Rozumiem - skwitowała Cecilie, ziewając.

- Ktoś widział, że dilerzy powrócili - powiedział, wskazując na park tuż za nimi. - To niedobrze.

- Owszem. W takim razie zadzwoń na policję.

- Oszalałaś, Ce-cil? - zapytał, otwierając szeroko oczy. - Jeśli gmina się o tym dowie, skończymy na liście gett.

- Omar, jestem pewna, że to tak nie działa.

- Dokładnie tak to działa. I byłoby wielką tragedią ponownie znaleźć się na tej liście. Dla nas wszystkich. Wielką hańbą. Musisz coś zrobić.

Wzięła głęboki oddech.

- Nie mam na to pary.

- Ce-cil. Szanują cię. Wiedzą, kim jesteś. Wiedzą, że niczego się nie boisz. Wiedzą, że wyrzuciłaś stąd gangusów. I że zrobiłaś to sama.

- Cóż, nie do końca sama - zaoponowała Cecilie.

- Tak było. Jesteśmy ci za to bardzo wdzięczni. Wszyscy w okolicy są. Dlatego byłoby bardzo szkoda, gdyby oprychy powróciły.

Spojrzała w kierunku parku.

- Ilu ich tam jest?

- Nie wiemy. Nie byliśmy tam. Ludzie przychodzili do mnie i mówili, że w parku są dilerzy.

- Cholera, Omarze, jestem po służbie.

- Policja nigdy nie śpi. Czyż nie tak mówią?

- Jedynym powodem, dla którego nigdy nie śpię, jest to, że ludzie tacy jak ty wciąż mi przeszkadzają.

- To ważne, Ce-cil - powtórzył, rzucając jej poważne spojrzenie. - Bardzo ważne dla okolicy. Rozumiesz?

- Rozumiem, że nie dasz mi spokoju, dopóki nie pójdę w tym kierunku - powiedziała i udała się w stronę parku.

3

Po południu Cecilie wróciła do Wydziału Dochodzeń Kryminalnych na Teglholm Allé. Weszła do zimnego, szarego budynku razem z Heino, Henrikiem i Joakimem, który dreptał tuż za nią. Gdy wspinali się po schodach, Heino uśmiechnął się do Joakima.

- Czy ja dobrze zrozumiałem, że puściłeś pawia? W samym środku miejsca zbrodni?

- Źle zrozumiałeś - mruknął Joakim ze wzrokiem wbitym w stopnie.

Heino poklepał Henrika po plecach.

- Henriku, zwymiotował czy nie?

Henrik odwzajemnił uśmiech.

- Jestem prawie pewien, że w kącikach ust miał trochę wymiocin.

- Pierdolcie się obaj - powiedział Joakim, rozkładając ręce. - Miałem ciężki weekend. Byłem tylko trochę na kacu, to wszystko.

Kiedy dotarli na docelowe piętro, Cecilie odwróciła się w ich stronę.

- Joakimie? Masz jakieś wieści od jednostki z psami?

Joakim wyjął swojego iPhone'a i sprawdził informacje.

- Nie, nic nowego. Wciąż krążą po okolicy. Zorganizowałem też umundurowanych policjantów, aby przejrzeli wszystkie kosze na śmieci. Zadzwonią, jak tylko skończą.

- Wątpię, by znaleźli narzędzie zbrodni - powiedział Henrik. - Morderca wydaje się na to zbyt sprytny.

Szli teraz przez otwartą przestrzeń biurową, która tętniła życiem. Młodszy detektyw, o którym wiedziała, że pracuje nad sprawą oszustwa, podszedł do Cecilie i otworzył usta, żeby coś powiedzieć.

- Nie teraz - ucięła, posyłając mu spojrzenie, które sprawiło, że szybko się wycofał charakterystycznym, sprężynowym krokiem.

- Wy dwaj... - powiedziała, zwracając się do Heino i Henrika.

- Dobrze zaczęliśmy. Wszystko idzie zgodnie z planem, szefowo - sparował Heino, posyłając jej uspokajający uśmiech.

Cecilie zmarszczyła brwi.

- Właśnie zamordowano kobietę, więc nie, teraz wszystko się spieprzyło.

- Wiesz, co mam na myśli. Pracujemy nad sprawą tak jak zawsze. Jak tylko kryminalistycy i stary dobry Ole do nas wrócą, to...

- A co z sąsiadami? - zapytała. Zauważyła, że brakuje jej tchu.

- Jak już powiedziałem: ci, którzy byli w domu i do których dotarliśmy, niczego nie widzieli ani nie słyszeli. Świadek, który ją znalazł, Yusef Hasan, również nie miał nic do dodania. Wciąż był roztrzęsiony i ciągle płakał.

- Tak? - zapytała z nutą podejrzliwości.

- Pójdziemy tam ponownie, gdy ludzie zaczną wracać z pracy.

- Sprawdź tych, których już masz, Heino. Morderca może być równie dobrze jednym z nich. Łącznie ze szlochającym Yusefem.

- Mam zamiar sprawdzić rejestr.

- Więc, kurwa, do roboty - odpowiedziała, zatrzymując się przed drzwiami do swojego biura.

- A ty, Henriku...

- Pracuję nad jej najbliższym gronem, dotarliśmy już do rodziny. Mamy wszystko pod kontrolą, Cecilie.

- Mam taką nadzieję - odpowiedziała i weszła do gabinetu.

Zamknęła za sobą drzwi i głęboko westchnęła. Czuła się, jakby cały świat oszalał. Odkąd przejęła biuro od Karstensena, doszło do dziewiętnastu morderstw, a każde z nich było bardziej podłe od poprzedniego. W dwóch trzecich przypadków morderca należał do najbliższego kręgu ofiary. Reszta była powiązana z działalnością gangów lub nocnym życiem miasta. Na tym etapie trudno było rozstrzygnąć, co jest bardziej niebezpieczne: wychodzenie z domu czy oglądanie Tańca z gwiazdami w domu z rodziną. W sześciu przypadkach morderstw wciąż nie znaleziono sprawcy. Te liczby wyjaśniały, dlaczego jeszcze nie zadomowiła się w biurze Karstensena. Nadal wyglądało tak, jak je zostawił, zniknęły tylko wszystkie zdjęcia jego wnuków, które stały na biurku, i stare trofea zdobyte w zawodach strzeleckich. Żałowała, że nie ma czasu, by zrobić z tą przestrzenią coś więcej. Nie tyle z próżności czy dla przytulności, ile bardziej po to, by wymazać reżim Karstensena. Wysłać sygnał, że do wydziału przenikają nowe, świeże wibracje.

Cecilie podeszła do dużego mahoniowego stołu zawalonego starymi teczkami i usiadła. Wysłużone krzesło z podniszczoną tapicerką skrzypnęło pod nią złowieszczo. Gdy tylko Henrik znajdzie najbliższych krewnych, sama się z nimi skontaktuje. Przejrzała swoje notatki. Kristina Sand. Biedna Kristina Sand, którą właśnie przewożono do Olego na sekcję zwłok. I biedna rodzina Sandów, która jeszcze nie wiedziała o tym, co się wydarzyło. W większości przypadków to Cecilie odwiedzała bliskich ofiar morderstw. Nigdy nie miała okazji nic im powiedzieć. Wyglądało to tak, jakby sama jej obecność informowała ich o tym, co się stało, zanim jeszcze zdążyła otworzyć usta. Bardzo rzadko zdarzało się, że ktoś wybuchał płaczem, jak na filmach. Najczęściej po prostu brakowało im słów. Ale ich spojrzenia wiele mówiły. Światło w ich oczach gasło. Cecilie wiedziała, że nigdy się do tego nie przyzwyczai. Po tym jak pewnego dnia przejdzie na emeryturę, nie będą jej prześladować wszystkie te makabryczne morderstwa, tylko bliscy, którzy zostali przy życiu.

Ktoś zapukał do drzwi, jednocześnie je otwierając. Była to jej sekretarka, Jane, która została jej przydzielona wraz z objęciem nowego stanowiska. Jane była po czterdziestce: zawsze elegancko ubrana, nosiła makijaż, który był równie dyskretny co jej aksamitny, miękki głos. Gdyby Cecilie miała kiedykolwiek założyć na siebie coś innego niż dżinsy i skórzaną kurtkę, Jane byłaby dla niej nieosiągalną idolką.

- Jestem bardzo zajęta, Jane, więc...

- Więc to ci się nie spodoba.

- Co?

- Są tutaj John Nyholm i Niezależna Komisja do spraw Skarg na Policję.

- Co zwęszyli tym razem? Czy to już nie trzeci raz w tym miesiącu?

- Nie tylko zwęszyli. Wytaczają sprawę Andersowi Bjergowi.

Cecilie pochyliła się do przodu na krześle.

- Co takiego? Jakiego haka mają na poczciwego Andy'ego? Wziął kasę ze słoika z ciasteczkami czy co?

- Gdyby tylko chodziło o ciasteczka. - Jane pochyliła się poufale do przodu i ściszyła głos. - Z tego co wiem, chodzi o euforianty.

- Cholera. Wykryli coś na naszym wydziale?

- Nic więcej nie wiem.

- Dlaczego, do cholery, nie poinformowano mnie o tym wcześniej?

- Nie było cię i twoja obecność nie jest wymagana. Federacja Policyjna też tam jest.

Cecilie wstała z krzesła.

- Gdzie jest ten lachociąg John?

Jane uśmiechnęła się nieśmiało w reakcji na słownictwo Cecilie.

- Wszyscy siedzą w sali konferencyjnej numer cztery, ale jak już mówiłam, nie ma potrzeby, żebyś...

- To ja zdecyduję, czy jest potrzeba - skwitowała Cecilie i wyszła z biura.

7

Cecilie wjechała na najwyższe piętro windą, która śmierdziała moczem. Otworzyła kluczem drzwi i weszła do ciemnego salonu, gdzie zapaliła światło.

- Tęskniłeś za mną, Bob? - zapytała, rzucając swoją skórzaną kurtkę na krzesło.

Naturalnej wielkości manekin do sztuk walki z gołą klatą i wypukłymi mięśniami stał nieruchomo przy drzwiach balkonowych i spoglądał na nią. Uderzyła go w lateksową szczękę, przez co zakołysał się na cokole.

- Ja też za tobą tęskniłam - mruknęła.

Cecilie włożyła ręce do kieszeni i wyjrzała przez panoramiczne okna. Jedyną spektakularną rzeczą w jej mieszkaniu był widok. Kopenhaga leżała dosłownie u jej stóp. Cała jej dzielnica plus sąsiednia dzielnica policyjna. Ze swojego fortu samotności mogła mieć ich wszystkich na oku. Znalazła swój telefon i wyszukała w Internecie śmieszną piosenkę Como. Obejrzało ją już sto siedem tysięcy widzów i zajmowała pierwsze miejsce na różnych platformach. Komentarze w mediach społecznościowych wyrażały współczucie dla Como i nienawiść wobec policji i niej samej.

Była przekonana, że nikt spoza gangów nie potraktuje poważnie piosenki i oskarżeń Como. To był tylko jeden z wielu kawałków w stylu "pieprzyć policję". Wątpiła też, by John lub ktokolwiek inny z komisji słuchał rapu w wolnym czasie. Poszła do kuchni i otworzyła lodówkę, która była pusta, ale w zamrażarce wciąż było kilka pizz. Nie do końca tej samej jakości co pizza numer osiem z shawarmą z Venezii, ale nie miała siły ponownie wychodzić z domu. Włączyła piekarnik. Jeszcze raz pomyślała o piosence Como. Biorąc pod uwagę wojnę gangów, która szalała w okolicy, może to i dobrze, że ich nienawiść była skierowana na nią i policję, a nie na konkurencyjny gang. To była paskudna wojna, która zebrała żniwo wśród mieszkańców - ofiar zabłąkanych kul i bomb samochodowych, które zdemolowały okolicę. Kiedy wojna gangów osiągnęła apogeum, udało jej się przenieść ją na terytorium gangu. Teraz oba gangi się wycofały. Ich członkowie albo zginęli, albo wylądowali za kratkami, albo uciekli. A starszy brat Como, przystojny, ale niebezpieczny Jeremy, osławiony przywódca Rebeliantów, rozpłynął się w powietrzu. A ona owszem, wiedziała, gdzie został pochowany. Oczywiście, że wiedziała. Piosenka Como nie pojawiła się znikąd.

1

Wokół gęstniała ciemność, gdy patrzył na wieżowiec po przeciwnej stronie ulicy. Dochodziła dwudziesta trzecia, a ulica Saxogade była praktycznie opustoszała. Przeszywający chłód zatrzymał większość ludzi w domach. W ciągu godziny, od kiedy siedział w samochodzie, minęło go zaledwie kilka osób. Nie zwracał na nich uwagi; był w pełni skupiony na mieszkaniu na pierwszym piętrze. Z lampy sufitowej w salonie sączył się blask, który wylewał się aż na balkon. W przeciwieństwie do sąsiednich balkonów na niskiej balustradzie nie zainstalowano anteny satelitarnej, dzięki czemu przez wąskie drzwi balkonowe wyraźnie widział salon. I Kristinę Sand. Obserwował, jak chodzi tam i z powrotem. Miała na sobie białą koszulkę, która podkreślała jej piersi. Odwróciła się, zarzuciwszy jasnymi włosami. Dwadzieścia minut temu widział kieliszek wina w jej dłoni i pomyślał, że urządziła sobie imprezę. Prywatną, bo wiedział, że jest tam sama. Zupełnie sama. Kristina znów pojawiła się w jego polu widzenia. Stała przed drzwiami balkonowymi i popijała ze szklanki. Czy miała na sobie dżinsy? Może legginsy? Nie był pewien. Nieważne - strój podkreślał jej wspaniałe, długie nogi. Kołysała biodrami w przód i w tył w rytm muzyki, której ewidentnie słuchała. Sięgnął do przycisku bocznej szyby i opuścił ją lekko. Naiwnie sądził, że będzie w stanie usłyszeć, czego słucha, ale docierały do niego tylko odległe dźwięki miasta. Zamknął szybę i włączył radio. Nie spodobała mu się ciężka i hałaśliwa muzyka, więc przełączał stacje, aż usłyszał klasyczny pop. To była chyba Britney Spears. Może Kristina słuchała dokładnie tej samej melodii...

- Oops!... I did it again! - śpiewała Britney.

"Co za zbieg okoliczności" - pomyślał, stukając stopą w rytm muzyki i spoglądając na Kristinę. Po chwili zasunęła cienkie zasłony.

Poczuł się zawiedziony, ale nagle zobaczył, jak pląsa za zasłoną. Wiła się zmysłowo, kołysząc biodrami. Jego prywatna tancerka. To był jej prezent dla niego - i znak, jeden z wielu, które przyciągnęły jego uwagę i zaprowadziły go aż tutaj.

- Kriistiiina - wyszeptał do siebie.

Wyłączył radio i spojrzał w stronę światła. Była jak świetlik krążący wokół samotnej żarówki, przyciągana do czegoś, czego nie potrafiła pojąć. Tak jak ona poddawała się muzyce i sensualnym ruchom, tak on ulegał pewnym instynktom - coraz silniejszym, coraz mroczniejszym. Instynktom, których nie potrafił wytłumaczyć, ale którym wiedział, że musi się podporządkować, by poczuć się w pełni sobą. Chwycił skórzaną aktówkę leżącą na siedzeniu pasażera. Zastanawiał się, czy powinien sprawdzić jej zawartość po raz ostatni, ale nie widział powodu, dla którego miałby odkładać to, co miało się za chwilę stać. Nadszedł czas na realizację jego wielkiej wizji. Tego, o czym zawsze myślał. Tego, co płynęło w jego żyłach. Otworzył drzwi auta i wysiadł. Zaczęło padać. Krople deszczu odbijały się od jego długiego czarnego nylonowego płaszcza. Podniósł kołnierz i zaczął iść ciemną ulicą, ściskając mocno uchwyt skórzanej aktówki. Kiedy dotarł do budynku, znalazł jej nazwisko na domofonie i nacisnął przycisk.

8

Cecilie bezskutecznie szukała miejsca parkingowego przed budynkiem Teilum, w którym mieścił się Instytut Medycyny Sądowej. Kiedy dotarła do wejścia, nie znalazłszy miejsca, wjechała na chodnik.

- Niezłe miejsce - skomentował ironicznie Joakim.

Wyciągnęła kluczyk ze stacyjki i wysiadła z samochodu.

- Miejmy to za sobą.

- Nie uważasz, że Ole jest trochę dziwny? - zapytał Joakim, podążający za nią do głównego wejścia.

Wzruszyła ramionami.

- A jak byś się czuł, gdyby każdego dnia otaczały cię same trupy?

- Myślisz, że próbował pieprzyć któregoś z nich?

- Co?! - żachnęła się Cecilie, wybałuszając oczy na Joakima.

Joakim uśmiechnął się głupkowato, rozkładając ręce.

- Sama mówiłaś, że dzień w dzień otaczają go same trupy...

- Co ci się uroiło we łbie, żeby pomyśleć, że pieprzył jakiegoś trupa? - Potrząsnęła głową.

Joakim roześmiał się.

- Spróbuj sobie wyobrazić, jak chodzi samotnie po prosektorium na nocnej zmianie i nagle czuje się trochę napalony. Wtedy widzi tę piękną laskę. Oczywiście jest martwa, ale wciąż śliczna. Ściąga z niej prześcieradło i strzela sobie szybki numerek. Zakłada prześcieradło z powrotem, żeby nikt się nie dowiedział.

- Jesteś chory, Joakimie. Od teraz będziesz trzymał gębę na kłódkę, dobrze?

- To była tylko myśl.

Ogłosiła ich przybycie w recepcji i skierowała się korytarzem do sali sekcyjnej, gdzie pracował Ole. Wewnątrz pokoju bez okien na stole autopsyjnym leżało nagie ciało Kristiny Sand. Cała krew została spłukana, a w czystym świetle lampy jej skóra lśniła żółtawym odcieniem, jakby była zrobiona z wosku. W kącie, odwrócony do nich plecami, stał Ole i pisał coś na swoim komputerze. Z małego głośnika na stole słychać było kultowy głos Franka Sinatry śpiewający Summer Wind.

- Dwie sekundy i z wami będę - powiedział Ole, kontynuując pisanie.

Joakim pochylił się w stronę Cecilie.

- Gra romantyczne kawałki dla zmarłych. Tak tylko mówię...

Cecilie szturchnęła go łokciem w bok. W tym samym momencie Ole obrócił się na krześle.

- Dobrze cię widzieć, Cecilie... i ciebie, Joakimie? - powiedział, kiwając głową. Wyłączył muzykę i wstał. - Tak, obawiam się, że została potraktowana dość brutalnie. Myślę, że mogę śmiało powiedzieć, że jest to jeden z najgorszych przypadków, jakie kiedykolwiek widziałem.

Ole ustawił się obok stalowego stołu i spojrzał w dół na zwłoki. Teraz, gdy zostały opłukane, blizny po cięciach nożem były lepiej widoczne.

- Czy sprawca rozciął cały brzuch? - zapytała Cecilie, patrząc na owalną szczelinę, która sięgała od śródpiersia zwłok do klatki piersiowej.

- Zakładałem, że to możliwe - odpowiedział Ole, wyjmując parę lateksowych rękawiczek. - Ale to liczne nacięcia na tułowiu spowodowały pęknięcie skóry i odsłonięcie jamy brzusznej.

Joakim odchrząknął, a Cecilie posłała mu spojrzenie.

- Nic mi nie jest - powiedział szybko, choć zrobił się blady.

- Naliczyliśmy w sumie pięćdziesiąt sześć cięć. Wykonanych tym samym narzędziem zbrodni. Pod różnymi kątami i na różnych głębokościach.

- Głębokościach?

- Wygląda na to, że niektóre z ran mają cechy nieśmiercionośnych obrażeń.

- Które?

- Głównie w okolicy krocza - powiedział Ole, wskazując na srom.

- Penetrował ją?

- Tak, nożem. Są też znaczne rany na brzuchu oraz wargach sromowych większych i mniejszych. Tych po prawej stronie całkowicie brakuje z powodu licznych cięć nożem.

- Czego brakuje? - zapytał Joakim.

- Warg sromowych.

Joakim wyglądał, jakby żałował, że o to dopytał.

- Czy uprawiał z nią seks? - zapytała Cecilie.

- Nie w konwencjonalnym sensie. Nie znaleźliśmy też żadnych śladów sprawcy. Na zwłokach nie znaleziono ani spermy, ani plwociny, ani włosów.

- Wiadomo, czy technicy kryminalistyczni coś znaleźli? - Pytanie zostało skierowane do Joakima.

Pokręcił głową.

- Wciąż czekam na raport.

- Czy zabezpieczono zeskrobiny spod paznokci ofiary? - zapytała Cecilie, zwracając się do Ole.

- Nie, tego też nie znaleźliśmy - odpowiedział.

- Mówiłeś, że w okolicy krocza zidentyfikowałeś nieśmiercionośne obrażenia. Czy to tam zaczął sprawca?

Ole spojrzał na nią z ponurym wyrazem twarzy.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.