Instynkt - Bartosz Szczygielski

Kup ebooka

37.50 zł
30.00 zł (28,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Otaczały ją rydwany śmierci.

Z jakiegoś niezrozumiałego dla Agnieszki Bielik powodu na miejscu znajdowały się aż trzy karetki. Według niej wystarczyłaby jedna. Odkąd pamiętała, zawsze myślała o tych pojazdach jak o taksówkach do zaświatów. Ilekroć słyszała syreny, wyobrażała sobie ostatnie chwile pacjenta, który walczył o pozostanie przy życiu, ale przegrywał. Nie potrafiła powiedzieć, dlaczego mózg podpowiadał jej tak depresyjne obrazy. Miała przyjemne dzieciństwo. Kochających rodziców, przyjaciół i żadnych traum. Nigdy wcześniej nie widziała też wnętrza karetki.

"Kiedyś musi być ten pierwszy raz" - pomyślała.

Z zewnątrz pojazd wyglądał, jakby dawno już przekroczył wiek emerytalny i Bielik prędzej spodziewałaby się go na skupie złomu niż na drodze. Za to w środku znajdowało się tyle nowoczesnych sprzętów, że załoga statku kosmicznego Enterprise mogłaby się pogubić w ich obsłudze. Któreś z urządzeń za jej plecami wydało z siebie głośny pisk.

- Spokojnie. Nic mi nie jest. - Pochyliła się i pogłaskała Brownie po głowie. - Wiem, że chcesz do domu i jesteś głodna, ale musisz wytrzymać. Grzeczna dziewczynka.

Flat coated retriever leżący u jej stóp zamerdał ogonem. Nie wyglądał też na zdziwionego, choć zazwyczaj ich spacery nie kończyły się na progu karetki pogotowia ratunkowego.

- Spokojnie... - Podrapała suczkę za uchem. - Jeszcze chwila.

Koc termiczny, który zarzucił jej na ramiona jeden z ratowników, skutecznie chronił przed przeszywającym wiatrem. Z końcówek włosów kapała brudna woda, a ona dalej się trzęsła, ale to nie miało znaczenia.

Dziś uratowała komuś życie.

Nie miała pojęcia, jak tego dokonała. Ważyła pięćdziesiąt trzy kilogramy i dostawała zadyszki, kiedy przenosiła zakupy z bagażnika samochodu do domu. Tymczasem wyciągnęła na brzeg niemal dwukrotnie od niej większego faceta, który teraz leżał na noszach kilka metrów dalej. Agnieszka cieszyła się, że nie mogła dojrzeć twarzy mężczyzny. Przesłaniały ją plecy jednego z ratowników, a drugi uciskał klatkę piersiową. Patrzyła, jak ten próbuje zmusić organizm faceta do pracy. Do tej pory nie zdawała sobie sprawy, że liczyła razem z nim.

Dwadzieścia pięć.

Dwadzieścia sześć.

Dwadzieścia siedem.

Dwadzieścia osiem.

Dwadzieścia dziewięć.

Trzydzieści.

Przerwa na podanie tlenu.

Raz.

Dwa.

Trzy.

Cztery.

Pięć...

To trwało za długo. Wszyscy znajdujący się na miejscu musieli zdawać sobie z tego sprawę, ale żaden z ratowników się nie poddawał. Obserwowała ich wysiłek do momentu, aż skończyli następny cykl i zaczęli od początku. Agnieszka szczelniej opatuliła się kocem i podniosła z niewygodnego progu karetki. Brownie również miała dość siedzenia w miejscu.

- Zaczekaj tutaj - poprosiła. - Pójdę się czegoś dowiedzieć.

Nie potrafiła odmówić tym wielkim brązowym oczom, które wpatrywały się w nią z nadzieją. Suczka przekręciła pysk na bok i próbowała wyglądać tak, jakby nie jadła od miesiąca. Opanowała tę sztukę do perfekcji. Wprawdzie rano wciągnęła całą miskę żarcia, ale to było ponad trzy godziny temu, co w psich latach musiało oznaczać przynajmniej tydzień.

- Masz i nie marudź.

Jak się dziś okazało, Agnieszka dobrze zrobiła, że kupiła wodoodporną saszetkę na przysmaki. Inaczej teraz nosiłaby ze sobą błoto o smaku wołowiny. Wyciągnęła jeden smaczek i podała go Brownie, która natychmiast zapomniała o głodzie trawiącym ją od środka.

Odeszła kilka kroków od karetki i dopiero wtedy zobaczyła, że na miejscu pojawił się także radiowóz. Nie słyszała, kiedy podjeżdżał, ale niewiele informacji do niej docierało. Miała wrażenie, jakby znajdowała się w celi z mlecznego szkła. Świat wokół wydawał się niewyraźny i znacznie cichszy niż zazwyczaj. Agnieszka po chwili zorientowała się, że nie jest sama i ktoś do niej mówi.

- Słucham?

- Pytałem, czy to pani telefon. - Ratownik w pomarańczowo-czarnym stroju trzymał w dłoni smartfon. - Leżał na ścieżce.

Spojrzała na urządzenie, które z wyłączonym ekranem przypominało blok gorzkiej czekolady. Dotarło do niej, że nie tylko Brownie potrzebowała coś zjeść.

- Tak, dziękuję.

Chwyciła telefon i schowała go od razu do saszetki z psimi przysmakami.

- Muszę panią zbadać.

Wyczuła w oddechu faceta woń sosu czosnkowego.

- Nic mi nie jest - odparła, odsuwając się odrobinę. - Chcę po prostu wrócić do domu.

- Rozumiem, ale jest pani w szoku, a i tak będzie musiała pani porozmawiać jeszcze z policją.

- To konieczne?

- Obawiam się, że tak. Zapraszam.

Wskazał karetkę, którą Bielik przed chwilą opuściła. Leżąca przed pojazdem Brownie grzecznie czekała na powrót właścicielki. Nieustannie machała przy tym ogonem, rozrzucając wokół siebie kamienie i patyki. Wyglądała na jedyną zadowoloną uczestniczkę dzisiejszych wydarzeń.

- Wykazała się pani dużą odwagą. - Mężczyzna położył dłoń na plecach Agnieszki i zaczął ją prowadzić w stronę karetki. - Nie każdy by się na to zdecydował.

- To był impuls - odparła mechanicznie. - Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo.

- Wątpię.

Agnieszka poczuła, jak odpływają z niej wszystkie siły. Nagle nogi odmówiły jej posłuszeństwa i gdyby nie refleks maszerującego obok niej mężczyzny, zaryłaby zębami w podłoże. Ratownik zareagował natychmiast - złapał ją za przedramię i mocno ścisnął.

Syknęła z bólu.

- Ostrożnie - poprosiła, próbując powstrzymać łzy. - Coś... Coś jest nie tak.

- Adrenalina przestaje działać - wyjaśnił. - Mówiłem, że muszę panią zbadać. Uderzyła się pani? Przewróciła?

- Nie pamiętam.

Spojrzała na swoją rękę. Miała wrażenie, jakby nie należała do niej. Zaczęła poruszać odrętwiałymi palcami, ale sprawiało jej to trudność.

- Będę musiał zdjąć pani obrączkę.

- Dlaczego?

- Lepiej to zrobić, zanim pojawi się opuchlizna, a widzę, że dłoń już jest trochę większa. Mam wazelinę, zaraz się tym zajmę, bo inaczej trzeba będzie użyć mocniejszego sprzętu.

Ratownik pomógł jej usiąść na progu. Spodziewała się, że od razu zabierze się do pracy - zacznie świecić jej w oczy latarką lub zmierzy ciśnienie - ale znalazł o wiele bardziej interesujący obiekt badań. Kucnął przy Brownie i podrapał ją za uchem.

- Kto jest taką pięknością? - powiedział piskliwym głosem pięciolatka, który właśnie odkrył, czym jest cukier. - No kto? No kto jest taką pięknością?

Agnieszka przyzwyczaiła się do tego, że gdy była z suczką na spacerze, nikt nie zwracał na nią uwagi. Nawet nie próbowała konkurować z brązowowłosą damą, która cieszyła się z każdego dotyku. Z nią nikt nie miał szans. Podniosła spuchniętą rękę do ust i pośliniła palec wokół obrączki. Skóra smakowała metalem, wodorostami i ściekami, ale nawet się nie skrzywiła. Ściągnęła biżuterię i schowała do saszetki.

- Zna go pani? - Ratownik przeniósł na nią spojrzenie, nie przestając przy tym drapać psa za uszami. - Tego mężczyznę, którego pani uratowała.

- Nie - ucięła temat. - Znaczy nie wiem. Nie widziałam jego twarzy.

W wodzie Agnieszka sama walczyła o życie. Wszystko działo się tak szybko, że niewiele pamiętała z całego zdarzenia. Całe szczęście Brownie była cała. Nie darowałaby sobie, gdyby coś jej się stało.

- Miał mnie pan zbadać - przypomniała. - Moja ręka?

- Tak, przepraszam. - Wyprostował się i spojrzał w stronę ratowników. - Robią, co w ich mocy - powiedział bez emocji. - Nie poddajemy się tak łatwo.

Nie wątpiła w to, że mówił szczerze. Chciała wiedzieć tylko jedno.

- Przeżyje?

"Oddychaj".

To była jedyna myśl, która odbijała się od wnętrza jej czaszki. Kiedy ciało znalazło się w lodowatej wodzie, Agnieszka musiała sobie o tym przypomnieć. Inaczej udusiłaby się, zanurzona po pas kilka metrów od linii brzegowej.

- Ja pierdolę...

Obejrzała się przez ramię. Brownie przyglądała się swojej właścicielce. Widziała po jej ruchach, że zamierzała do niej dołączyć.

- Zostań! - poleciła. - Zaraz wrócę.

Miała nadzieję, że mówi prawdę. Woda miała najwyżej dziesięć stopni Celsjusza, a może i mniej. Suczka uwielbiała pływać, ale musiała mieć do tego odpowiednie warunki. Dziś było zdecydowanie za zimno, by pozwolić jej na takie ekscesy. I z całą pewnością nie w wodzie, w której obecnie stała. Obok Agnieszki dryfowała butelka po piwie, a wokół pływało kilka niedopałków. Nie miała wyboru, a już na pewno nie po tym, jak zobaczyła ciało unoszące się na powierzchni stawu.

- To głupi pomysł - powiedziała do siebie. - To kurewsko głupi pomysł.

Wzięła kilka szybkich i głębokich oddechów, a następnie rzuciła się przed siebie. Agnieszka w jednej chwili przypomniała sobie wszystkie lekcje z nauki pływania, które odbywała jeszcze w podstawówce. Bielik nigdy nie sądziła, że karta pływacka, zdobyta z takim trudem w piątej klasie podstawówki, przyda jej się w dorosłym życiu. Nauczyła się pływać tylko dlatego, że robiły to wszystkie dzieci z jej rocznika. Od tamtego czasu nie korzystała ze zdobytych umiejętności, ale miała nadzieję, że to jak z jazdą na rowerze. Inaczej pójdzie na dno, a w lokalnej gazecie pojawi się artykuł o dwóch topielcach.

Skupiła się na oddychaniu.

Próbowała nie przejmować się wodą dostającą się do nosa i ust. Starała się też nie myśleć o bakteriach, które połykała przy każdym kolejnym ruchu. Robiła swoje z coraz większą determinacją. Wizja tego, że się utopi, a Brownie wyląduje w schronisku, działała na nią motywująco. Miała dla kogo żyć; na dodatek było już za późno na to, żeby się wycofać. Całe szczęście droga do celu była krótka.

Raz.

Dwa.

Raz.

Dwa.

Odliczanie pomagało. Agnieszka mogła skupić się na działaniu, a nie myśleniu o tym, jak jest jej przeraźliwie zimno. Wiedziała, że jeżeli przestanie się ruszać, nie wróci na brzeg, choć od dna dzieliły ją może ze dwa metry.

Raz.

Dwa.

Raz.

Uderzyła ręką o coś twardego. Zatrzymała się i dostrzegła przed sobą głowę mężczyzny. Włosy zakrywały mu połowę twarzy i miał zamknięte oczy, ale wydawało jej się, że jego klatka piersiowa lekko się unosi. Nie przemyślała do końca swojej akcji ratunkowej. Agnieszka nigdy nie holowała człowieka i tak naprawdę nie wiedziała, jak się do tego zabrać. Z każdą sekundą czuła, jak ulatują z niej siły. Nie miała już więcej czasu na rozważania.

Musiała działać.

Złapała lewą dłonią marynarkę faceta, obróciła go na bok i zaczęła płynąć w stronę brzegu. Pierwsze ruchy niemal pociągnęły ją na dno. Ciało mężczyzny ważyło znacznie więcej, niż podejrzewała, i dopiero po chwili udało jej się wprawić je w ruch. Machała nogami z całych sił, ale ciągle odnosiła wrażenie, że płynie za wolno. Woda wlewała jej się do nosa i co chwilę się krztusiła. Nie mogła się poddać. Nie teraz.

Raz.

Raz.

Raz.

Liczyła tak długo, aż w końcu poczuła pod nogami muł. Podpłynęła jeszcze kawałek i spróbowała się wyprostować oraz złapać równowagę. Za pierwszym razem się nie udało. Podejście było zbyt wysokie. Agnieszka poślizgnęła się. Prawą dłonią uderzyła o wystający z ziemi kamień.

- Kurwa!

Zacisnęła zęby i odwróciła się, by zobaczyć, w jakim stanie jest mężczyzna. Nie potrafiła ocenić, czy oddycha. Złapała go obiema rękami za poły marynarki i zaczęła wyciągać z wody. Obejrzała się i dostrzegła Brownie siedzącą grzecznie na ścieżce. Merdała ogonem, jakby wszystko, co działo się wokół, było tylko elementem zabawy. Agnieszka zazdrościła jej tego myślenia, a przede wszystkim wiecznej energii do działania.

Z każdym kolejnym krokiem było jej coraz trudniej. Kiedy ciało faceta osiadło na błotnistym dnie, zaczęło ważyć tyle, ile normalnie powinno. Podejrzewała, że musi przeciągnąć przynajmniej osiemdziesiąt kilogramów, co wydawało się jej niewykonalne. Samo pływanie wyczerpało ją do tego stopnia, że ledwo mogła ustać na nogach. Zbyt wiele siły włożyła w to, by teraz się poddać.

- Dawaj! Dasz radę!

Agnieszka nigdy nie wierzyła w okrzyki motywujące do działania, które widziała na filmach gwiazd światowego fitnessu. Śmiała się z nich, siedząc na kanapie przed telewizorem, ale teraz musiała przyznać, że spełniały swoją funkcję. Wyciągając faceta na brzeg, wydała z siebie jeszcze okrzyk, który brzmiał niczym ryk godowy łosia, ale udało jej się osiągnąć cel.

Upadła na plecy, a głowa mężczyzny odbiła się od jej brzucha. Odgarnęła ostrożnie mokre włosy przyklejone do jego czoła. Nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Zanim zdążyła wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, ktoś złapał ją za ramiona i pociągnął do tyłu. Agnieszka próbowała zrozumieć, co się wokół niej dzieje. Widziała kilku mężczyzn w pomarańczowych strojach. Wyglądali na zdenerwowanych. Krzyczeli i wymachiwali rękoma w powietrzu.

Ona siedziała bez ruchu.

Biegła, jakby goniło ją stado wilków.

- Stój!

Agnieszka wrzasnęła, a echo tylko zwielokrotniło jej komendę. Sama przestraszyła się swojego głosu, ale na Brownie nie wywarł dużego wrażenia. Podekscytowana, nie potrafiła się opanować, znikała gdzieś pomiędzy krzakami i wracała dopiero, kiedy uświadamiała sobie, że nie miała obok właścicielki. Ale to nie był jeszcze ten moment.

- Brownie! - krzyknęła głośniej niż za pierwszym razem. - Stój! Stop!

Tym razem udało się osiągnąć zamierzony efekt. Suczka zatrzymała się i odwróciła pysk.

- Co żeś znowu znalazła?

Nawet stojąc dobrych kilkanaście metrów od zwierzaka, Agnieszka doskonale widziała, że ten trzyma pomiędzy zębami coś, czego nie powinien. Zdarzało się już, że Brownie na spacerze znajdowała zagubione piłki, pluszowe zabawki, a raz nawet wygrzebała gdzieś sztucznego penisa. Paradowała z nim dumnie po parku, merdając ogonem i siejąc zgorszenie. Od tego wydarzenia Agnieszka unikała spacerów w tamtej okolicy i stawiała na bardziej ustronne miejsca. Miała to szczęście, że mieszkała na obrzeżach Warszawy, więc nie brakowało jej terenów zielonych do zwiedzania. Z premedytacją wybierała okolice, w których kręciło się jak najmniej osób. Szczególnie w poniedziałki, kiedy to wyjątkowo zależało jej na zachowaniu prywatności. Uśmiechnęła się na myśl o tym, co niebawem się wydarzy.

Podeszła do Brownie i kucnęła.

- Pokaż, co tam masz. Zostaw.

Agnieszka musiała siłą wyciągnąć zdobycz z pyska suczki. Wyglądało na to, że tym razem nie wygrzebała ze śmieci niczego, co mogłoby ją zawstydzić, ale za to mogło przestraszyć.

- Skąd ty to...

Obśliniona dłoń manekina z daleka mogła wyglądać jak czyjaś ręka. To była jedna z dziwniejszych rzeczy, którą Bielik wyciągnęła z psiego pyska. Powinna robić im zdjęcia, bo inaczej nikt jej nie wierzył, gdy o tym opowiadała. Odrzuciła paskudztwo na bok. Żałowała, że nie ma ze sobą żelu antybakteryjnego.

- Głuptasie. Chcesz jechać do weterynarza? Ile razy ci mówiłam, żebyś nie zbierała śmieci? - Poklepała suczkę po napiętym karku. - I nawet o tym nie myśl.

Widziała po zachowaniu Brownie, że niewiele brakuje, by ta rzuciła się w pogoń za wyrzuconym przed chwilą znaleziskiem. Nie miało znaczenia, że to się nie ruszało. Psi instynkt podpowiadał, że należy to złapać. Agnieszka wyprostowała się i chwyciła za obrożę.

- Chodź, bo się spóźnimy.

Otworzyła saszetkę z przysmakami i podsunęła jeden pod mokry nos swojej towarzyszki.

- Nie zasłużyłaś. Wiesz o tym, prawda?

Brownie już nie słuchała. Wpatrywała się swoimi brązowymi oczami w smakołyk trzymany przez Agnieszkę. Bielik chciałaby, żeby ktoś na nią patrzył w ten sam sposób. Przejechała kciukiem po wysłużonej obrączce i próbowała przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni mąż tak na nią spoglądał. Może zaraz po ślubie, który wzięli o wiele za wcześnie, choć już wtedy wydawał się przytłoczony całą sytuacją. Ona również, ale nikt nie pytał o jej samopoczucie.

Stała się inkubatorem, o który dbano, ale nie interesowano się jego opinią. Wylądowała w łóżku na kilka miesięcy, a to pociągnęło za sobą szereg następstw. Ciało Agnieszki zmieniło się do tego stopnia, że sama nie poznawała się w lustrze. Powrót do formy zajął jej całe lata, a i tak czasem nie mogła na siebie patrzeć inaczej niż z obrzydzeniem. Dokładnie tak, jak spoglądał na nią mąż. Musiała też rzucić studia. Przysięgła, że kiedyś na nie wróci, ale minęło już ponad dziesięć lat i nie zrobiła nic, by to zrealizować. I to nie była pierwsza złamana przez nią obietnica.

Z zamyślenia wyrwało ją głośne szczeknięcie.

- Spokojnie - powiedziała niemal mechanicznie i podała Brownie przysmak. - Już, już, nie ma się co denerwować.

Suczka nie zareagowała na smaczek podsunięty pod nos. Przyjęła za to czujną postawę i zaczęła wpatrywać się w ścieżkę przed nimi.

- Co tam widzisz? - spytała Agnieszka, mocniej zaciskając palce na obroży. - Coś tam jest?

Do tej pory Bielik nigdy nie natknęła się w okolicy na dziką zwierzynę. Parę razy widziała wiewiórki przeskakujące pomiędzy drzewami, ale nic więcej. Inaczej nie odważyłaby się puścić Brownie, by biegała swobodnie. Zbyt wiele rzeczy mogło wtedy pójść nie tak.

- Chodź. - Pociągnęła Brownie do tyłu. - Pójdziemy inną drogą.

Jej towarzyszka zaparła się łapami i po raz kolejny szczeknęła. To było do niej zupełnie niepodobne. Tak samo jak sierść jeżąca się na karku i wyszczerzone kły. Wyglądała nienaturalnie. Bielik wychowywała suczkę od ponad trzech lat i słyszała, jak ta daje głos ledwie kilka razy. Coś było nie tak. Agnieszka sama zaczęła odczuwać dziwny niepokój. Taki z rodzaju tych, których nie da się racjonalnie wytłumaczyć.

- Przestań - powiedziała cicho. - Chodź, proszę.

Pociągnęła mocniej za obrożę, ale Brownie nawet nie drgnęła. Zmieniła się w obrońcę, choć Agnieszka nie widziała żadnego zagrożenia. Zaczęła szukać wzrokiem czegoś, co mogło zdenerwować psa. Dostrzegała jedynie drzewa z gałęziami sterczącymi niczym włócznie. Przełknęła ślinę, która niemal utknęła jej w gardle. W saszetce na biodrach miała telefon, ale w razie kłopotów ten niewiele jej pomoże. Bardzo żałowała, że gaz pieprzowy zostawiła w domu. Nie sądziła, że o piątej trzydzieści, kiedy słońce dopiero zaczynało nieśmiało wysuwać się zza horyzontu, będzie go potrzebowała.

To była martwa godzina.

Nikt normalny nie chodził wtedy po parku. Tym bardziej Agnieszka powinna zrezygnować ze swojego spotkania i jak najszybciej wrócić do samochodu. Zacisnęła zęby i już chciała zacząć przekonywać Brownie, by uciekały, kiedy usłyszała trzask pękającej gałęzi. Brzmiał, jakby komuś złamano kość. Bielik wzdrygnęła się, a suczka mocniej pociągnęła ją do przodu. Ledwo udało jej się utrzymać ją przy sobie.

Napięła wszystkie mięśnie, kiedy zobaczyła postać wytaczającą się na ścieżkę. Raptem kilka metrów od nich. W pierwszej chwili nie potrafiła rozpoznać nawet płci. Dopiero później dostrzegła, że to jakaś kobieta. Czarne, potargane włosy zakrywały niemal całą jej twarz, a ubranie, które miała na sobie, powinno wylądować w śmietniku. Jeansowe spodnie pokrywały częściowo zaschnięte błoto, liście i kawałki gałęzi. Bluzka przylegająca ściśle do ciała była w kilku miejscach poszarpana, a na piersi miała wielką czarną plamę. Jedyną częścią jej garderoby, która wyglądała na w miarę całą, była czarna męska kurtka. Zupełnie nie pasowała do reszty ubioru.

Agnieszka nie mogła się ruszyć. Sterczała niczym sparaliżowana, a suczka położyła uszy po sobie i zrobiła kilka kroków wstecz. Kobieta zbliżała się powoli. Agnieszka musiała coś zrobić.

- Wszystko w porządku? - odezwała się cicho Bielik. - Potrzebuje pani pomocy?

Tajemnicza postać na początku nie zareagowała. Wpatrywała się w ścieżkę przed sobą, szurając nogami. Zatrzymała się na ich wysokości, podniosła głowę i wyszczerzyła zęby całe we krwi i piachu. Agnieszka odciągnęła Brownie na bok i zasłoniła swoim ciałem. Nie wiedziała, do czego może być zdolna kobieta. Postanowiła, że nie będzie się więcej odzywać. Modliła się o to, by ta sobie poszła. Niepotrzebnie zwróciła na siebie jej uwagę. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że czarna plama na koszulce nieznajomej to również krew. Lała się z jej nosa, a ona nic sobie z tego nie robiła.

Obserwując ten przedziwny obrazek, Bielik postanowiła, że jeżeli przeżyje, nigdy jej noga nie postanie w tym miejscu. O narkomanach zachowujących się jak żywe trupy słyszała jedynie w opowieściach koleżanek z pracy. Brała je za miejskie legendy. Takie rzeczy dzieją się w Stanach Zjednoczonych, a nie w Polsce - obywatele tego kraju stawiali na prostotę, więc zabijali się po prostu alkoholem. Agnieszka odetchnęła dopiero, gdy postać zaczęła się oddalać. W końcu zniknęła na ścieżce prowadzącej do głównej drogi.

- Grzeczna dziewczynka - pochwaliła Brownie. - Nie dasz mi zrobić krzywdy, co?

Merdanie ogonem było wystarczającą odpowiedzią. Suczka nie wyglądała na groźną, a jedyny atak, jaki potrafiła przeprowadzić, ograniczał się do zalizania przeciwnika na śmierć. W chwili zagrożenia stanęła jednak na wysokości zadania.

- Chodź, jesteśmy już spóźnione.

Agnieszka wyjęła z saszetki smycz i przypięła do obroży. Czuła, że jej serce jeszcze długo nie będzie biło normalnym rytmem. Nie wiedziała jednak, czy to za sprawą dziwnego spotkania, a może tego, co zaraz ma się wydarzyć. Każdy poniedziałek od kilku miesięcy sprawiał, że czuła się wyjątkowa. Nie miała wyrzutów sumienia. Jej mąż od dwóch lat spełniał swoje fantazje z koleżanką z pracy i nawet się z tym nie krył. Bielik miała zaledwie trzydzieści lat, ale konkurowanie z dziewczyną, której biustu nie zniszczyło karmienie, było absurdalne. Całe szczęście Adam widział w niej coś, czego sama nie dostrzegała.

Kobietę, którą warto kochać.

Uśmiechnęła się i przyśpieszyła kroku. Brownie również wyglądała na podekscytowaną, choć najbliższe piętnaście minut spędzi, siedząc obok drzewa, do którego jej właścicielka przywiąże smycz. Z początku Agnieszka obawiała się seksu w miejscu publicznym, ale z czasem zaczęło ją to podniecać. Wizja tego, że w każdej chwili ktoś może ich nakryć, dodawała tym spotkaniom pikanterii. Łamała zasady, których całe życie musiała się trzymać. Adam wydobył z niej boginię.

Pociągnęła Brownie na bok i skręciła w stronę stawów. Park Potulickich w Pruszkowie nie wyglądał już tak, jak za jej licealnych czasów. Ścieżki prowadzące wzdłuż Utraty i wokół zbiorników wodnych były wygodne i zadbane, a ostatnio zakończono także prace mające usunąć muł zalegający w doprowadzalniku. Agnieszce mignął o tym nagłówek, gdy przeglądała lokalny portal, ale nie wczytywała się w samą treść artykułu. Wystarczyło jej, że w parku miało być ładniej i czyściej. Przynajmniej ta pierwsza część się udała, bo zapach dolatujący ze stawów czuć było już z daleka. Mogła to przeboleć, ponieważ na początku kwietnia i o tak wczesnej godzinie miejsce świeciło pustkami. W najbliższym sąsiedztwie znajdował się tylko cmentarz przy szpitalu w Tworkach, więc Bielik nie obawiała się widowni. Otworzyła się przy Adamie, ale nie do tego stopnia, by przyjść tutaj w weekend czy latem. Wczesna wiosna i sam początek tygodnia gwarantowały im prywatność.

To był ich dzień.

Jakby cały świat o tym wiedział i zatrzymywał się, by mogli być razem. Nie łudziła się, że Adam zostawi dla niej żonę. Nie była aż taką idiotką, choć czasem wyobrażała sobie ich wspólne życie. To, co mieli teraz, w zupełności jej wystarczało. Kiedy zbliżała się do pierwszego ze stawów, oddalonego od reszty zbiorników, zobaczyła na jednym z drzew przewiązany krawat. Adam zostawiał jej ślady, by nie błądziła po omacku. Spotykali się w różnych miejscach parku, a teraz wiedziała, w którym kierunku ma iść. Podnieciła się na myśl o tym, że za kilka minut Adam całkowicie przejmie kontrolę. Będzie całował ją po szyi, oprze o drzewo i ściągnie spodnie do kostek razem z bielizną. To dla niego wróciła do tabletek. Chciała go czuć całego. Takiego, jaki był. Nie przeszkadzało jej nawet to, że o poranku temperatura potrafiła oscylować wokół zera stopni.

- Chodź - pośpieszyła Brownie. - Nie chcemy, żeby na nas czekał.

Suczka nie protestowała. Agnieszka dziękowała bogom, że pies nie potrafił mówić, bo widywał rzeczy, od których ona się rumieniła.

Zatrzymała się po przejściu kilku kroków, kiedy kątem oka zobaczyła coś pomiędzy drzewami. Na tafli wody unosił się dziwny kształt. Nie przypominał łódki i chyba się ruszał. Bielik zmrużyła oczy, jakby to miało pomóc jej dostrzec wyraźniej, co dryfuje w stawie. Kiedy zrozumiała, na co patrzy, puściła smycz.

- Adam! - wrzasnęła w stronę drzew. - Adam! Ktoś się topi!

Wyciągnęła telefon z saszetki i wybrała sto dwanaście.

- Zostań!

Brownie nie wiedziała, co się dzieje, ale grzecznie usiadła i zaczęła przyglądać się właścicielce. Agnieszka pobiegła w stronę wody. Kiedy w słuchawce odezwała się dyspozytorka, przez kilka sekund zastanawiała się, co ma powiedzieć.

- Widzę ciało w wodzie. Stawy Potulickich w Pruszkowie. Ten najmniejszy, przy cmentarzu. Szybko!

Rozłączyła się i chciała schować telefon do saszetki, ale ten wypadł jej z ręki i wylądował na ziemi. Wiedziała, że każda sekunda ma znaczenie. Zareagowała instynktownie, choć nie podejrzewała, że ma w sobie gen bohaterki. Działała jak automat. Zrzuciła kurtkę, zapięła saszetkę i zanim się zorientowała, była po kolana w cuchnącej wodzie.

Chłód rozlał się po całym jej ciele.

Wiktor

Gorąca woda wystrzeliła z dyszy.

- Jasna cholera!

Wiktor Kroll stuknął w wyświetlacz ekspresu, by anulować dalsze przygotowywanie kawy. Ten tydzień zapowiadał się doskonale, skoro zaczął się od samych sukcesów. Najpierw urządzenie poinformowało go, że poziom wody w zbiorniku jest niewystarczający, a następnie poprosiło o wysypanie fusów. Kiedy spełnił wszystkie żądania, zamiast nagrody dostał informację o zapchanym spieniaczu do mleka. Wyciągnął pojemnik i zajrzał do środka.

Czuł się jak naukowiec badający materiał biologiczny w laboratorium. Czarny plastik pokrywała glutowata maź, której zapach przywodził na myśl zatęchły odór stajni w gorący lipcowy dzień.

Odsunął pojemnik od siebie, by przypadkiem nie zwrócić tego, co zalegało mu w żołądku od wczorajszej kolacji. Obmył wszystko pod bieżącą wodą i rozejrzał się w poszukiwaniu gąbki. Takiej, której nie będzie mu szkoda wyrzucić. Kiedy był nastolatkiem, nie przypuszczał, że będzie miał ulubione przedmioty do czyszczenia. Wiele się zmieniło od tego czasu.

- Weź tę z szuflady pod zlewem.

Julia poruszała się po mieszkaniu niczym kot. Kiedy Wiktor spał, potrafiła zrobić kawę praktycznie bezgłośnie, co według niego było dostatecznym dowodem na to, że weszła w konszachty z diabłem. I był pewien, że to ona rozdawa-ła w tym związku karty.

- Myślałem, że przyniosę ci kawę do łóżka.

Schylił się i wyciągnął z szuflady gąbkę, która miała na sobie więcej poskręcanych włosów niż Jimi Hendrix. Zebrał większe, zwinął w kulkę i wyrzucił do śmietnika. Po chwili namysłu we wnętrzu kosza wylądowała też gąbka.

- Daj mi chwilę, żebym to doczyścił - powiedział, odkręcając gorącą wodę. - Dwie minuty.

- Zostaw. Mam lepszy pomysł.

Kroll nie musiał się nawet odwracać, by wiedzieć, co właśnie zrobiła jego żona. Koszulka, w której spała, wylądowała na podłodze, a Julia oparła się ramieniem o framugę. Byli małżeństwem od piętnastu lat. Znał ją doskonale; w przeciwieństwie do wielu innych par z ich otoczenia mieli same dobre chwile. Tych złych było raptem kilka i już dawno zatarł je czas. Od samego początku przyjęli, że będą trzymać się jednej zasady.

Problemy rozwiązują wspólnie, nigdy osobno.

Przez lata sprawdzało się to doskonale. Rysy zaczęły pojawiać się dopiero niedawno, kiedy wspólnie podjęli decyzję, by zaprosić do ich rodziny małego człowieka. Zaczęli się starać trzy lata temu. Po pół roku Wiktor miał pierwszą wizytę u lekarza od leczenia niepłodności.

- Muszę jechać do fabryki - powiedział, zakręcając wodę. - Nie mam czasu.

Wypowiadał te słowa, wpatrując się w kafelki na ścianie przed sobą. Starał się nie myśleć o nagiej żonie, a o zaschniętych plamach z tłuszczu, których nie mógł doczyścić od tygodni. Wyciągnął dłoń i zaczął paznokciem zdrapywać jedną z nich. Odwlekał w czasie nieuniknione.

- Jestem pewna, że ten trup, którego będziesz dziś oglądał, nigdzie sobie nie pójdzie.

Stanęła za nim i przytuliła się do jego pleców całym ciałem. Ręce Julii zatrzymały się na jego torsie, ale wiedział, że za kilka sekund zaczną zjeżdżać coraz niżej. Odwrócił się i odsunął odrobinę partnerkę.

- Twój poziom empatii zawsze mnie rozczulał. - Uśmiechnął się. - Nie mogę, naprawdę.

- To nie przez to, co wydarzyło się wczoraj?

Wypowiedziała to takim tonem, że Wiktor miał ochotę zapaść się pod ziemię.

- Faceci robią z tego zbyt wielki problem - dodała. - Nic się nie stało.

- To nie pomaga.

Miał przed sobą jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie widział w swoim życiu. Stała przed Krollem zupełnie naga, a on odczuwał jedynie wstyd.

- Spokojnie. - Julia dotknęła dłonią policzka Wiktora. - Rozumiem, naprawdę to rozumiem.

- Ale wiesz, że to nie twoja wina, prawda? Jesteś cholernie pociągająca i...

- Wiem, głuptaku.

Wydawało się, że mówi szczerze, a jeżeli kłamała, to on tego nie wyczuł.

- Jesteś zestresowany - dodała. - Oboje jesteśmy i nie tak to sobie wyobrażaliśmy. Wiem, uwierz, wiem.

- To nie tylko stres...

Wahał się, czy powinien dokończyć myśl. Mówił Julii absolutnie wszystko, nie miał przed nią tajemnic, ale to był zupełnie inny kaliber. Wiktor wiedział, że jego żona nienawidziła, kiedy siebie deprecjonował.

- Mów. - Zachęciła go pocałunkiem w usta. - Mów.

- To moja wina.

- Co niby?

Wziął głęboki oddech. Przeprowadzał tę rozmowę w myślach przynajmniej dwadzieścia razy. Dokładnie zaplanował, co powinien powiedzieć i jakich argumentów użyć. I zapomniał wszystkie, patrząc w zielone oczy Julii.

- To, że nie możesz zajść w ciążę - wypalił. - To moja wina. I zanim coś powiesz, pamiętaj, że mam na to papiery.

- Przestań, proszę.

- Tylko to prawda. Moje plemniki są leniwe - dodał. - Praktycznie się nie ruszają, co jest dziwne, bo jak byłem w liceum, to bardzo się im śpieszyło do wyjścia.

Próbował rozładować sytuację żartem. Był gotów nawet pokazać wyniki badań, które otrzymał od lekarza, lecz nie było takiej potrzeby. Julia i tak znała je lepiej od niego. Stała się specjalistką w kwestii niepłodności i przeczytała chyba wszystko na jej temat. Czasem Wiktorowi wydawało się, że wie znacznie więcej od lekarzy, którzy badali ich z każdej możliwej strony. I coraz bardziej męczyło go to, że nic nie mógł zrobić, by jej ulżyć i pomóc spełnić marzenie życia.

"Ich marzenie" - poprawił się w myślach.

- Ile razy mam ci powtarzać, że to niczyja wina? - Złapała go za dłoń i poprowadziła ją do swojego policzka. - Ja mam dokumenty o niskiej rezerwie jajnikowej, a jakoś nie załamuję rąk. Pamiętasz, co powiedział nam lekarz?

- Możemy próbować.

- Mamy próbować - poprawiła go. - Wiesz przecież, że to jedna z dróg i zdecydowanie najprzyjemniejsza. I taki miałam plan na ten poranek.

Obecny nastrój Julii zwiastował nadchodzącą katastrofę. Wiktor doskonale wiedział, jak będą wyglądały następne dwa tygodnie. Najpierw rosnąca nadzieja, że tym razem będzie inaczej, a następnie oczekiwanie na wyniki. W szufladzie pod umywalką czekały testy ciążowe. Cztery. Każdy z innej firmy. Farmaceutki z pobliskiej apteki nawet nie pytały już, co podać, kiedy jego żona pojawiała się w ich progach. Z miesiąca na miesiąc robiły się tylko coraz mniej chętne do rozmów. Obserwowały, jak Julia powoli gaśnie, i on również to widział. Fizycznie niewiele się zmieniła. Schudła odrobinę, ale nie to martwiło Wiktora.

Jego żona stawała się coraz mniejsza.

Widział, jak z każdą kolejną nieudaną próbą coś w niej pękało. Łamało ją od środka, a co za tym idzie i jego. Julia nie mówiła o tym głośno, ale on widział, jak kolejne niepowodzenia ją niszczą. Za dwa tygodnie, kiedy test pokaże negatywny wynik, jego żona weźmie dwa dni wolnego z pracy i oba przepłacze. Otrząśnie się, nałoży maskę i kiedy jej organizm da znać, że można spróbować raz jeszcze, będzie gotowa. I teraz znajdowali się dokładnie w tym momencie.

- Naprawdę muszę jechać. - Wiktor przypomniał sobie o spieniaczu do mleka, który moczył się w zlewie. - Zrobię ci tylko kawę.

Odwrócił się, by nie patrzeć na żonę. Czuł, że jest zawiedziona jego postawą, choć nie powiedziała tego na głos. Kroll po raz kolejny użył wyświechtanej wymówki i zasłonił się pracą. Gdyby dał się zaciągnąć do sypialni, pewnie skończyłoby się tak jak poprzedniej nocy. Jedną wielką porażką. Zabrał się do czyszczenia pojemnika na mleko. Julia wyszła z kuchni i zamknęła się w sypialni.

- Kurwa...

To jedyne, co mógł powiedzieć. Zakręcił wodę i spojrzał na telefon leżący na blacie. Dwa nieodebrane połączenia od podkomisarz Marzeny Lis. Tym razem nie kłamał i rzeczywiście musiał jechać do pracy, choć Julii to raczej nie obchodziło. Wiktor wiedział, że za kilka godzin przejdzie jej i spróbuje po raz kolejny, a on nie będzie miał się już jak wykręcić. Musi stanąć na wysokości zadania.

Potrzebował pomocy, i to najlepiej od profesjonalistki.

zapraszamy do zakupu pełnej wersji.