Rozdział 1
Długie, gęste, miękkie i idealnie proste kasztanowe włosy, trzepoczące rzęsy - długie jak u wielbłąda - powalający błękit oczu. Nogi? Długie aż po szyję, która oczywiście też jest długa, łabędzia wręcz. W ogóle wszystko długie, a talia wcięta. Oczy błękitne, lazurowe, można się w nich zatopić. Nieziemskie spojrzenie, magnetyzujące i przenikające człowieka na wskroś. Uśmiech szeroki, z dołeczkami w policzkach. Zęby białe, lśniące i równe. Cera idealnie gładka, promieniejąca, kości policzkowe subtelnie zarysowane. Uszy drobne, przylegające do głowy. Głos perlisty, czysty, lekko uwodzicielski. Zapach truskawkowo-waniliowej tajemnicy. Sukienka zwiewna, falująca na wietrze. Na nadgarstku delikatna bransoletka, palce smukłe, paznokcie z nienagannym manicure'em. Drobna budowa, filigranowa. Ciało wiotkie i giętkie jak trzcina. Głowa uniesiona dumnie, a nos mały i nieco zadarty.
No... to właśnie nie ja. Kompletnie. Ja jestem absolutnie i totalnie przeciętna w każdym aspekcie. Nie istnieją żadne piękne przymiotniki mogące opisać którąś z części mojego ciała. Zwyczajne, bure, banalne, byle jakie, nijakie. Takie są moje włosy, spojrzenie i figura. Nie mam ani jednej cechy, której mogłabym się chwycić jak koła ratunkowego, powiedzieć: "Może i moje nogi nie są długie, ale za to mam piękne ramiona". Albo: "Nie grzeszę pięknością, ale mój uśmiech zniewala". Na razie godzę się z tym stanem rzeczy już piętnaście lat. Może się to wydawać kwestią nieistotną, ale skoro żyję w czasach kultu ciała, to właśnie młodość powinna być moim atutem. Jak się zestarzeję - trudno, nic na to nie poradzę, siła wyższa. Ale teraz? Teraz powinnam tryskać pozytywną energią, witalnością i pięknem. A ja właśnie nie tryskam, bo źródełko jest suche.
Tak, wiem, powinnam zaakceptować siebie taką, jaka jestem. Tylko jak? Nie można powiedzieć, że jestem niezadbana. Prostuję włosy, żeby wyglądać jak człowiek, używam tuszu do rzęs, maluję paznokcie, wsmarowuję owocowe peelingi i masełka w ciało. Tylko nic nie jest w stanie zatuszować tej pospolitości. Nie jestem ani gruba, ani chuda. Wszystkie szorty odstają mi z tyłu w pasie, jakbym nie pasowała do modelu nastolatki na tej trzeciej planecie od Słońca.
Kult ciała z jednej strony skłania nas do myślenia, że tylko szczupła i umięśniona sylwetka jest piękna, a z drugiej jesteśmy bombardowani hasłami, że każdy z nas jest piękny, bo jest wyjątkowy. Otóż nie. Nie można być wyjątkowym, jeśli nie ma się cech charakterystycznych. Zawsze przy takich sloganach pokazywane są osoby z jakimś mankamentem urody, który przekuwają na swoją korzyść. Tęczówki w dwóch kolorach, dziwne znamię, odstające uszy, arachnodaktylia (tak, podobno można też mieć za długie palce!) - to są cechy przykuwające uwagę, wyróżniające się. Można się ich chwycić i stworzyć z nich swój oręż w świecie idealnego piękna.
Czy uważam, że brzydota może być piękna? Jestem przekonana, że brzydota jest piękna, bo jest interesująca. W sztuce często spotykamy dzieła, które niekoniecznie są ładne, a jednak uważa się je za wartościowe i atrakcyjne ze względu na swoją oryginalność, wyrazistość i emocjonalny ładunek. Oczywiście to, co uznajemy za piękne lub brzydkie, zależy od naszych indywidualnych doświadczeń i perspektyw, ale nie znam osoby, która by nie doceniła różnorodności i oryginalności w otaczającym nas świecie.
Czy mam obsesję na punkcie mojej przeciętności? Nie, ale uważam to za skrajnie niesprawiedliwe ze strony Wszech-świata, że komórki mojego ciała ułożyły się w taki, a nie bardziej intrygujący sposób.
A żeby nie było to zbyt łatwe - bo nic w życiu łatwe nie jest, zwłaszcza kiedy w wieku nastoletnim wiele myśli kołacze się po głowie - to można być jeszcze pięknym wewnętrznie. Osoby o przyjaznym i otwartym charakterze, które dbają o innych i wnoszą pozytywną energię do życia, często są postrzegane jako piękne niezależnie od swojego wyglądu. Mam przyjaciółkę, która jest uznawana za atrakcyjną właśnie ze względu na swój indywidualizm, oryginalne podejście do życia i niesamowitą otwartość względem każdego, nawet nowo poznanego człowieka. I ten temat zamyka kwestię mojego potencjalnego piękna w skrytce na sto kłódek. Bo jestem niepoprawną introwertyczką.
To nie jest świat dla introwertyków. Współczesne czasy skłaniają do aktywności i szukania zewnętrznych bodźców, co dla mnie, naczelnego introwertyka, oznacza wyzwanie (o ile nie walkę o przetrwanie). Życie dookoła mnie składa się ze spotkań, wyjść, imprez i koncertów. Z poznawania nowych ludzi, szaleństw, eksperymentów i spontaniczności. "Raz się żyje" i te sprawy. Ta presja bycia bardziej towarzyskim i ekspansywnym, aby pasować do dominującej normy społecznej, zabija mnie od środka.
Współczesne społeczeństwo faworyzuje ekstrawertyczny styl życia, który jest bardziej skoncentrowany na interakcjach międzyludzkich i aktywnościach grupowych, więc stoję na z góry przegranej pozycji, bo świat naciska na mnie, abym się bardziej zaangażowała w życie towarzyskie. Teoretycznie ma mi w tym pomóc internet. I naprawdę staram się to wykorzystać. W rzeczywistości jednak czuję się przytłoczona pięknem, brzydotą i masą pstrokatości pokazywanej w mediach społecznościowych. Wiem, że ludzie kreują się na osoby wiecznie zadowolone ze swojej codzienności. Koloryzowane zdjęcia prawdopodobnie kłamią i mydlą nam oczy, że można wieść życie idealne, ale przecież zostały zrobione, czyli sytuacje na nich uwiecznione miały miejsce.
Dobija mnie to ciągłe bombardowanie fajnością, ale trzeba być na fali. Jeden dzień bez internetu i zaległości rosną w przerażającym tempie. A właśnie! Wiadomo, kto odnosi sukces? Ktoś przebojowy i otwarty. Więc dziękuję, ale postoję. Żegnaj, kariero, to ja, szary człowiek w szarym świecie. Chciałabym kiedyś napisać książkę, ale jak pomyślę o spotkaniach z czytelnikami, galach, targach książki i wywiadach na żywo, to odpadam. Po co mi taka ekspozycja na stres?
Dlaczego od introwertyków wymaga się wyjścia ze strefy komfortu i bycia interaktywnie ekstrawertycznymi, a nie mówi się ekstrawertykom, żeby przystopowali, bo zalali świat toną niepotrzebnych i hałaśliwych zachowań? Dlaczego nie wymagamy od nich, żeby usiedli na tyłku i zastanowili się nad sobą? Żeby przestali bezmyślnie produkować bezwartościowe śmieci? Ale czasy są takie, a nie inne. Co ja mogę z tym zrobić? Albo poddam się temu nurtowi, albo mnie nie ma. A przecież muszę być... bo jak to jest nie być?
Gdzieś kiedyś przeczytałam, że trzeba żyć, a nie tylko istnieć. Czyli problem introwertyzmu istnieje od zawsze. A skoro tak, to nie ma dla niego rozwiązania, bo ktoś by już je znalazł. Dlatego moje życie to męka i walka ze sobą. Na co mi własne cele i wartości, skoro muszę dostosować się do świata zewnętrznego? Co z tego, że prowadzę bogate życie wewnętrzne? W głąb siebie zajrzę tylko ja. Skupiam się więc na relacjach z innymi ludźmi, działając wbrew sobie. I kompletnie mi to nie wychodzi.
Żeby nie ułatwiać mi tego zadania, mama i tata postanowili wziąć mnie ze sobą na wakacje, mimo że rodzice moich znajomych uznali, że jesteśmy już na tyle dorośli, by zasmakować wolności i wyjechać sami. Swoje dzieci puścili więc samopas na tydzień - w końcu po wakacjach czeka nas liceum, a to już poważna sprawa. Ale dla moich rodziców jestem dzieckiem niezdolnym do samodzielnej egzystencji. Tak więc omija mnie ten legendarny okres wakacyjnych imprez i niezależności, tak bardzo przez nas oczekiwany. Skoro skończyłam już szkołę podstawową, to chyba oznacza, że mogę mieć chociaż trochę poluzowaną smycz? Nie chcę być wiecznie przez nich dominowana i kontrolowana. Świetnie, że są, że mogę na nich polegać, ale mogliby mnie traktować trochę bardziej jak dorosłą i pozwolić na podejmowanie własnych decyzji. Jak mam zacieśniać relacje z rówieśnikami, skoro nie spędzam z nimi czasu? To przez was, mamo i tato, zostałam wykluczona z życia społecznego, a tak często pytacie, czemu jestem taka cicha i wycofana. Wakacje z rodzicami, stałe dostosowywanie się, bycie niesamostanowiącym o sobie tobołkiem, który wszędzie zabierają ze sobą. Nie powiem, że chciałabym zwiedzać nowe miejsca, próbować nowych rzeczy i odkrywać świat, ale muszę to zrobić! Albo chciałabym, ale się boję. Tylko że i tak nie mam wyboru...
* * *
Jadę właśnie autostradą nad Bałtyk. Dobrze, że nie trzęsie, to mogę spokojnie spisać swoje myśli, pragnienia, obiekcje i obawy. Przynajmniej nie będzie mi się to kotłowało w głowie.
Spisywanie myśli przypomina mi ustawianie przetworów na półce. Po pierwsze dzięki temu jest porządek, a po drugie można zakonserwować te dobre wspomnienia czy ciekawe spostrzeżenia. Czuję się przez to lżejsza, a równe rządki słoików pozwalają mi przyjrzeć się im pod różnym kątem. To perspektywa sprawia, że nadajemy wydarzeniom nowe znaczenia. W teorii oznacza to, że dzięki pisaniu lepiej zrozumiem siebie i swoje potrzeby, a to doprowadzi mnie do samoświadomości i zwiększenia pewności siebie.
Jak na razie jeszcze cel nie został osiągnięty, ale że lubię pisać, to piszę. Podobno pisanie pomaga też w radzeniu sobie ze stresem. Nie umiem się z kimś ścinać, walczyć o swoje i używać odpowiednich argumentów. Oczywiście te argumenty pojawiają się w mojej głowie, ale zawsze już po tym, jak bitewny kurz opadnie. A właściwie po tym, jak się z kimś potulnie zgodzę, nie walcząc o swoje zdanie. A że moje emocje muszą kiedyś znaleźć ujście, znajdują tutaj, w tuszu długopisu i zeszycie z ładną twardą okładką. W pewien sposób to jest relaksujące i uspokajające, jednak zdecydowanie wolała-bym skonfrontować się słownie i bezpośrednio z rozmówcą. Ale nie umiem. Jednakże gdybym potrafiła zawalczyć o swoje, zabrakłoby mi motywacji do pisania, a tak mam swój zeszyt ze słownymi bataliami stulecia. Może kiedyś będę chciała do nich powrócić, na razie jednak uważam to za dosyć żenujące, że mocna w gębie jestem wyłącznie na papierze. Poziom asertywności w realnym świecie - zero. W moim wewnętrznym - jestem boginią walki o siebie.
Pisanie z pewnością pomaga w moim rozwoju osobistym. Oczywiście tym wewnętrznym, ale może kiedyś się zapomnę i wykrzyczę głośno to, co bym wieczorem spisywała nerwowymi ruchami dłoni. Samoświadomość jest ważna, ale ważne jest też kreowanie czegoś, tworzenie. Eksplorowanie swojej wewnętrznej natury to ciekawa podróż i lubię się w nią udawać. Powtórzę raz jeszcze - mam bogate życie wewnętrzne.
Lubię też obserwować. Siedzieć gdzieś, rozglądać się i podziwiać. Teraz na przykład przyglądam się temu, co widać za oknem. Nie jest to wybitny widok, bo autostrady są okrutnie monotonne, ale zawsze mogę wypatrzeć jakieś stadko saren lub siedzącego na słupku myszołowa. Z braku laku mogę też patrzeć w dal - obserwować horyzont i chmury, a kiedy mam słuchawki na uszach - tak jak teraz - to obrazy te stają się nostalgicznym teledyskiem. Tak, słucham dołującej muzyki. Po prostu lubię się zatracać w melancholii. Inni mówią, że jestem zamknięta w sobie, i może mają rację, ale to właśnie tam, w moim wnętrzu, mam nieograniczoną przestrzeń do życia. Kraina refleksji i przemyśleń, doceniania tego, co się widzi i czuje. Czy ekstrawertycy w swoim pędzie potrafią takie rzeczy dostrzec?
* * *
Wjechaliśmy do lasu. Asfaltowa droga zmieniła się w wyboistą. Rodzice mówili, że miejsce docelowe to niespodzianka, i byli tym faktem bardzo podekscytowani. Czyli nie jedziemy do jakiegoś większego miasta czy nadmorskiego kurortu. Jasne, odetnijcie mnie od życia. Dajcie się zachłysnąć spokojem, a potem wrzućcie z powrotem do naszej olbrzymiej metropolii, do rozpoczęcia liceum, do społeczeństwa, które nie włączy pauzy, tylko popędzi dalej przed siebie.
Nagle, w jednym momencie, się uspokoiłam. Piękno lasu mnie wyciszyło. Wysokie i smukłe sosny emanowały dostojnością i harmonią. Strzeliste drzewa zachwyciły mnie swoją prostotą. Promienie słońca przeciskały się przez zielone igły i rzucały ciepłe, złote refleksy na ziemię. Nie mogłam się doczekać, aż zaciągnę się zapachem igliwia i żywicy. Aż pod stopami poczuję piasek wymieszany z korą i mchem.
Świetnie, już jestem pewna. Szykują się wakacje pełne zatracenia w moim introwertyzmie.
Drogowskazy na pięknie wygładzonych, drewnianych słupkach wskazywały kierunek: Wellness and Spa Silver Pearl. No proszę, rodzice potrafią jednak zaskoczyć. Trochę burżujskiego luksusu all inclusive - choć w Polsce - chłopcy z bogatych rodzin i nadąsane panny z muchami w nosie. Dobrze, spojrzę na to wszystko jak socjolog na daną grupę etniczną. Plemię polskich snobów. Będę obserwatorem, widzem reality show na żywo. Tak, jestem zgryźliwa, ale nikt o tym nie wie.
Zza zakrętu wyłonił się piękny, biały budynek. Miał cztery piętra, mnóstwo balkonów z rzeźbionymi barierkami i ogromne okna. Z tyłu widać było kawałek turkusowego basenu, w którym woda skrzyła się od popołudniowego słońca oraz plam po olejku do opalania. Może to nie wakacje w Turcji, ale zawsze coś egzotycznego. Po prawej stronie hotelu znajdował się parking, na którym stały w równych rzędach błyszczące auta. Całe spa otoczone zostało żeliwnym ogrodzeniem zdobionym muszelkami i małymi rybami.
Dojeżdżaliśmy do bramy, gdy nagle tata odbił w lewo. A może to nie było nagle? Pewnie zgodnie z planem, ale moje myśli przechadzające się po tej ekskluzywnej posesji, gdzie panie mają klapki na obcasie i olbrzymie okulary słoneczne jak w Saint-Tropez, zostały nagle skierowane na drugi ośrodek. Ten, do którego tak naprawdę zmierzaliśmy. A chodziło o Wesołego Delfinka - ośrodek składający się z kilkunastu czy dwudziestu kilku małych, drewnianych domków wciśniętych pomiędzy rachityczne sosenki. Moje życie to pasmo rozczarowań.
Auta urlopowiczów Wesołego Delfinka stały bez ładu i składu tuż za drewnianą wiatą wjazdową. Tata zaparkował pod lekkim skosem, więc wysiadając, stłukłam sobie nogę zamykającymi się pod siłą grawitacji drzwiami. Dziękuję, mam pierwszą pamiątkę z tych wakacji - siniaka na pół łydki. Czy skóra z siniakiem w ogóle może się opalić, czy jak mi zejdzie fioletowy kolor, to będę pod nim miała bladą plamę?
Rozejrzałam się po okolicy. Między tymi tak skrajnie odmiennymi ośrodkami wiła się ścieżka prowadząca na plażę. Będzie wyznaczać mi trasę przez najbliższe dwa tygodnie. Pomogłam rodzicom wyjąć walizki z bagażnika i udaliśmy się w stronę domku numer siedem. Każdy domek wyglądał tak samo, ale miał tabliczkę z nazwą własną. Nasz nazywał się Żabka. Re-re, kurde, kum-kum. Domki składały się z salonu z aneksem kuchennym i łazienki na parterze oraz jednej sypialni z dwoma łóżkami na piętrze. Gdy przebywało się w środku, można sobie było wyobrażać, że jest się w starodawnym namiocie Włóczykija z Muminków, bo skosy na piętrze wychodziły niemal od podłogi. Przed domem był ganek otoczony drewnianą balustradą, a nad nim wykusz z oknem. Okno i ganek wychodziły prosto na drugi dom - Ślimaczka. To tak na wszelki wypadek, żeby nie mieć pięknego widoku na las, tylko na sąsiada w slipach i z wąsem. Bo w oknach nie było zasłonki.
- Ty śpisz na górze, a my tutaj, na kanapie. Będziesz miała więcej prywatności - oznajmiła mama.
Świetna prywatność. Taka czterometrowa. Ale trzeba było robić dobrą minę do złej gry. W końcu nie chciałam sprawić przykrości rodzicom. Obróciłam się w odpowiednią stronę, to jest stanęłam na tle sosnowego lasu i bramy wjazdowej do Silver Pearl, wyciągnęłam telefon przed siebie i strzeliłam sobie fotkę. Nikt przecież się nie dowie, że tak naprawdę zatrzymaliśmy się w Wesołym Delfinku.
Tak, nikt się nie dowie, bo nie miałam zasięgu i nie udało mi się nigdzie wrzucić zdjęcia. Świetnie.
Ciekawa byłam towarzystwa, które podzieli ze mną niedolę offline'u. Pora była obiadowa, więc mogłam zrobić przegląd mieszkańców Delfinka. Na placu zabaw szalały dzieciaki, dorośli krzątali się po swoich gankach i wynosili parujące talerze lub miski. Nigdzie nie zauważyłam żadnego pomagającego ani zblazowanego nastolatka. Nici z wakacyjnej miłości albo z przyjaźni na całe życie. Jestem sama jak palec. To właśnie to, czego piętnastolatka potrzebuje. Zabijmy rozwijające się umiejętności interpersonalne w zarodku. Będę nieogarem życiowym, który nie potrafi nawiązać kontaktu z drugim człowiekiem, bo nie miał możliwości trenowania w okresie do tego służącym.
Wszystkie domki były wynajęte, tylko przy Ślimaczku ziało pustką. Albo wczasowicze jeszcze nie przyjechali, albo każdego dnia czeka mnie widok na zamknięty na cztery spusty domek. Pogrążę się w rozpaczy i samotności, a potem umrę na suchoty. Albo i nie, bo wilgotność powietrza była całkiem przyjemna. Zapach bryzy mieszał się z wyczekiwanym zapachem lasu. Ale się zrobiło przyjemnie. Zjadłam z rodzicami przygotowane jeszcze w domu kotlety, rozpakowaliśmy się pobieżnie i postanowiliśmy pójść na zwiady, czyli obejść ośrodek, zajrzeć na plażę i przywitać się z morzem.
Wtem usłyszałam czyjś śmiech. Brzmiał naprawdę atrakcyjnie. Chłopięco, nie dziecięco. Obróciłam się w stronę Silver Pearl. Jakiś chłopak w towarzystwie innych nastolatków wracał ścieżką znad morza i skręcał w stronę swojego spa. Podrzucał i łapał piłkę do siatki tak lekko, jakby była okrągłym, wytresowanym, żółto-niebieskim ptaszkiem, który sam ląduje w jego dłoniach. Szedł bez koszulki, w samych bermudach. Turkusowych w białe palemki. Czasami odgarniał kosmyk czarnych włosów, który muskał mu powieki, i zakładał go za ucho, ale widać było, że niesforny loczek wciąż wymyka się jego smukłym palcom, by obcować z jego bystrym spojrzeniem, wachlarzem ciemnych rzęs i tym pieprzykiem, który nie wiem, w jaki sposób, ale spostrzegłam tuż nad brwią. Nie cierpię, jak ktoś chodzi bez koszulki, ale ten nastoletni półbóg zwrócił moją uwagę - i nie tylko moją. Dziewczyny i chłopaki dookoła niego mówili coś podekscytowani, a on się tylko uśmiechał.
Proszę, proszę, niech nie ma zniewalającego uśmiechu...
Miał. Ale to żałosne z mojej strony, że wpadłam w zastawioną przez niego pułapkę. Od razu przecież widać, że to zadufany w sobie dupek, drapieżnik, który pożera zainteresowanie innych, który karmi swoją pychę cudzym podziwem. Jego zwierzęcość, dopracowana w każdym szczególe, zarzuciła haczyk nawet na tę znaczną odległość, jaka nas dzieliła.
Ale jestem głupia, weź się nie daj, dziewczyno! Czy nie wolisz przypadkiem typu bardziej tajemniczego chłopaka? Tego niepewnego, którego trzeba otworzyć, oswoić i poznać zamiast gościa tak ordynarnie pewnego swoich walorów?
Młody Adonis zniknął za bramą hotelu, a ja stwierdziłam, że jeśli mam się unosić na powierzchni życia społecznego, muszę się wkupić w łaski wianuszka fanów i wyznawców czczących to ciało okryte jedynie turkusowymi bermudami. W palemki. Dołączę do wiernych i będę fajna, rozgadana, wesoła i ogólnie cool. Przecież nie wiedzą, jaka jestem naprawdę. To chyba proste: wejść w czyjąś skórę i udawać kogoś innego, zwłaszcza w towarzystwie, które nie dość, że cię widzi pierwszy raz na oczy, to jeszcze za dwa tygodnie pozostanie jedynie wspomnieniem czarującego lata.
Postanowiłam, że szybko wezmę prysznic, doprowadzę się do porządku, zrobię na bóstwo i z powłóczystym spojrzeniem, jakkolwiek się je robi, pójdę na plażę. A tam zobaczymy, jak się rozwinie sytuacja. Pogoda mi sprzyjała, byłam pewna, że za chwilę fala turystów przepłynie z powrotem nad morze, przyciągana mocą niezgłębionej toni oraz zaplątana w promienie popołudniowego słońca. Wyjęłam z torby moją najlepszą przyjaciółkę - prostownicę. Nie robiłam super fryzury na podróż, więc teraz musiałam okiełznać tę szopę, którą górnolotnie nazywa się czuprynką, a która tak naprawdę była utrapieniem, od kiedy pojęłam, że moje włosy chcą żyć własnym życiem i nici z pięknych, lejących się pukli.
Spróbowałam się uśmiechnąć do odbicia w lustrze i podłączyłam prostownicę do prądu. W tym momencie rozległ się chór głośnego: "Oooooch!", dobiegający z każdego domku. I syczące "pufff" z mojego gniazdka. Chyba doszło do jakiegoś spięcia, najwyraźniej Wesoły Delfinek nie był gotowy na spotkanie trzeciego stopnia z prostownicą. Nie wiem, na czym polegają korki, ale je wybombiło we wszystkich domkach. Odłączyłam prostownicę.
Czyli żegnaj, królowo tafli włosów, witaj, królowo wi-cherków.
Boże, jak ja nienawidzę mojej fryzury, która wygląda jak szczotka do ubikacji. Sterczące druty nie do ułożenia. Trzeba będzie chodzić w kucyku i czapce z daszkiem. Jedyny plus jest taki, że nie spaliłam naszego domku. Choć w zasadzie spalę się ze wstydu, jak się pokażę z moimi niewyprostowanymi i napuszonymi włosami, więc bilans ofiar spalenia wychodzi na zero.
Okej, wdech, wydech - i na plażę. Moje podekscytowanie rosło z każdym krokiem. To nie Morze Śródziemne, wiem, ale tak szczerze zakochałam się w szumie Bałtyku, że byłam skłonna darować mu brak klarownej toni. Odgłos się potęgował, choć jeszcze nie widziałam bezkresnego horyzontu wód. Szumiały też drzewa, bo wiał lekki wiatr - wirtuoz szmerów, szelestów i leśnych szeptów.
Wspominałam już, że lubię zatracać się w przyrodzie? Żyję w dużym mieście, gdzie hałas ulic jest agresywny i męczący, więc tym bardziej doceniam każdy wypad na łono natury. Sosny wzdłuż ścieżki gięły się pod wpływem wiatru i trzeszczały z rozkoszy, a ja przeżywałam te wietrzne pieszczoty nie mniej intensywnie od nich. Zawsze potrafiłam się wczuwać w emocje innych, empatia to mój znak rozpoznawczy. Czasem uważam ją za błogosławieństwo, a czasem za klątwę. Nie umiem jednoznacznie ocenić, czy jest to cecha przydatna. Bo jeśli ktoś się cieszy, ja się cieszę razem z nim. I to podwójnie. Ale jeśli ktoś się smuci, to ja cierpię też dwakroć mocniej. Nie jestem pewna, czy empatii da się nauczyć, to raczej umiejętność wrodzona, integralna cząstka naszego ja. Taki talent, tylko że z niego nie da się twórczo żyć. Ostatnio odkryłam, że moja empatia działa też z matką naturą, która oczywiście nie wiem, czy w ogóle istnieje, ale coś musi być głębszego w przyrodzie, jakaś pajęczyna sensu i powiązań, praprzyczyna i pramoc. Albo tylko tak się oszukuję, bo mam romantyczną duszę i lubię wszędzie widzieć coś więcej, niż jest w rzeczywistości. Tak czy siak, mój wykreowany w głowie świat jest piękny i ma głębsze znaczenie. Dlatego też po plecach przebiegł mi dreszcz, kiedy usłyszałam ciche trzaski pni wymieszane z hukiem fal morskich. Przyroda żyła, oddychała, a ja brałam każdy oddech razem z nią.
Piasek na leśnej ścieżce był zimny, wlewał mi się kaskadą do sandałów, czasem zakłuł przemyconą igiełką, jednak przez większość czasu pozostawał miękki jak atłas. Chłodził moje rozgrzane stopy do momentu, aż stanęliśmy na skraju lasu. I na skraju klifu. Przed nami rozciągał się widok na ciemnozieloną toń oddzielającą błękit od żaru piaszczystej plaży. Piasek zlewał się na granicy wody ze śnieżnobiałą pianą i przypominał słodki deser - bitą śmietanę z biszkoptem. Wzdłuż tego apetycznego wybrzeża porozkładane były leżaki, duży namiot-kawiarnia, parasole i oczywiście parawany. Przy samym wejściu na plażę ustawiono je gęsto, tworzyły labirynt ścieżek prowadzących do wody, jednak gdy spojrzałam w lewo i w prawo, odnalazłam spokojną przestrzeń nakrapianą nielicznymi punkcikami plażowiczów. W wodzie nie było dużo ludzi - ze względu na spore tego dnia fale wystarczyło wejść po kolana, żeby zostać obficie wycałowanym przez morze. Po plaży biegały dzieciaki, sypiąc piaskiem na wszystkie strony. Inne wchodziły na wydmy, by potem się z nich sturlać, przez co od razu dostałam białej gorączki. Przecież wydmy to teren objęty ochroną!
Na spacer rodzice wybrali część plaży na lewo od schodów, które były strome i lekko spróchniałe. Nie żebym się bała, że się rozpadną, ale nie wykluczałam tej opcji. Widziałam już oczyma wyobraźni, jak się pod nami załamują, jak lecimy bezwładnie w dół, łamiąc po drodze zarówno kończyny, jak i stopnie, aż na koniec jedna belka - ułamana i stercząca pod skosem - przebija mi się przez udo. Krew z tętnicy zalewa wszystkich golasów dookoła, a ja ginę w męczarniach.
Otrząsnęłam się z tej wizji i poszłam śladem rodziców pomiędzy parawanami, skręcając za każdym z nich w lewo lub prawo pod kątem prostym, jak Snake w starych grach. Zdjęłam sandały, bo zaczęły się zapadać w rozgrzanym piasku. Chodzenie boso ma w sobie coś magicznego, trzeba to sobie tylko uświadomić. To bardzo pierwotne uczucie, zakorzenione w każdym z nas, jednak na tyle głęboko, że nie każdy może je dostrzec i docenić. Ja doceniałam. Ciepło było przyjemne, delikatnie łaskotało mnie między palcami. Zaraz potem zaczął mnie lizać raz po raz zimny język Bałtyku.
Spacerowaliśmy wzdłuż brzegu, mewy skrzeczały, włosy z kucyka wpadały mi do ust, bo szliśmy z wiatrem. To była przyjemna przechadzka, zaledwie przywitanie się z morzem. Przestałam się czujnie rozglądać za przystojniakiem w turkusowych bermudach. Wyszliśmy ze strefy plażowania i znaleźliśmy się na dzikiej plaży. Ciekawe, jak rodzicom udało się znaleźć takie miejsce na mapie polskiego plażingu. Nie widziałam nigdzie przed sobą nowych skupisk parawanów wskazujących na kolejne zejście z plaży i jakiś kurort. Zdołaliśmy odnaleźć ostoję ciszy, bez krzykaczy nawołujących o zimnym piwku, prażonych orzeszkach czy popcornie.
Zastanawiałam się tylko, czy zmiana nie będzie dla nas zbyt drastyczna. Ale widocznie tego pragnęli rodzice, skoro wywieźli nas do Wesołego Delfinka, w sam środek leśnej głuszy. Szli nieco przede mną, objęci - miło się na nich patrzyło. Chcieli mnie obdarować rodzeństwem, ale każda próba kończyła się wielkimi łzami i pobytem mamy w szpitalu, więc ostatecznie mają tylko mnie. Wiem, że mnie kochają, ale może to przez to tak bardzo chciałam być akceptowana przez rówieśników - bo w domu nie miałam ani siostry, ani brata, na których mogłabym trenować interakcje międzyludzkie. Taka zabawa w agresję na niby, jak u lwiątek. Nauka obrony przed atakiem, ale też współpracy i miłości. Tolerancji mimo wad. Podeszłam do rodziców od strony taty, a ten objął mnie drugim ramieniem i szliśmy razem, jak sześcionożny nad-morski krab.
Powoli nastawał wieczór. Nadal było ciepło, ale powietrze zaczęło inaczej pachnieć - nadchodzącą zmianą i przeobrażeniem w noc. Zawróciliśmy i szliśmy pod wiatr, który unosił ziarenka piasku, a one skrobały mnie po nogach. Była to miła chwila z perspektywą przyjemnego prysznica i zmywania z siebie tej plażowej czułości.
Dochodziliśmy już do naszych schodów, gdy zauważyłam czarną czuprynę i wianuszek wiernych. Siedzieli nieco dalej, przy dużym namiocie. Adonis założył już koszulkę, miał też dżinsowe, poszarpane spodenki. Patrzył w dal - czyli jednak niedostępny romantyk-myśliciel! A może tylko to sobie wyobraziłam? Nie wiem, bo potknęłam się o piaskowego krokodyla i prawie zaryłam nosem w spróchniałą deskę. Ekipa ewidentnie czekała na zachód słońca. Czyli tak się tutaj spędza czas - wspólnie, w swoim gronie, wypatrując festiwalu barw zachodzącego słońca i nastającego zmroku. Idealnie pasowałam do tego obrazka. Muszę tylko wymyślić, jak się dostać do ludzi ze spa... Ale co, jeśli się nie przełamię? Albo mnie wyśmieją? A jeśli się nie wpasuję? Wyprostowałam się, otrzepałam z niechcianych myśli, choć najprawdopodobniej był to zwykły piasek.
Czułam się tak zmęczona po pierwszym spacerze, że od razu wskoczyłam w piżamę i zanurzyłam się w lekturze. Dobrze, że wzięłam coś do czytania, bo scrollować internetu się tu w ogóle nie dało. Bateria w telefonie leciała na łeb na szyję, a wiadomości i zdjęcia i tak się nie ładowały. Siedziałam na werandzie z nogami opartymi o balustradę. Mrok jeszcze nie nastawał - letnie wieczory są długie - ale drzewa szumiały już inaczej.
Usłyszałam chrzęst żwiru. Na teren ośrodka wjechało auto. Ostatni urlopowicze. Jak to mówią - lepiej późno niż później. Najpierw wysiadł mężczyzna, a zaraz z tylnych siedzeń dwaj chłopcy. Jeden niski, drugi wysoki. Tak! Tak! Nie będę tu sama! Los zesłał mi anioła towarzysza. Oby koleś był kumaty. Szedł, śmiesznie kołysząc się na boki... wprost na mnie.
Jezu, mam na sobie piżamę w hipcie!
Wbiegłam do naszego domku, wspięłam się do pokoju na piętrze i przykleiłam czoło do szyby. Strasznie było duszno na tym poddaszu, ale bałam się, że dźwięk otwieranego okna - a wyglądało na takie trzeszczące - zwróci uwagę mojego sąsiada.
Przyglądałam się zatem z ukrycia, jak chłopcy zajmują przeciwległy pokój na piętrze, a ich tata wita się z moim. Mama akurat brała prysznic. Mężczyźni się zaśmiali i podali sobie rękę - dzięki, tato, zrobiłeś pierwszy krok, żeby się zaznajomić z przybyszami. Będzie mi łatwiej nawiązać kontakt z moim nowym potencjalnym kolegą... który stał już w swoim oknie i patrzył prosto na mnie. Bo zapomniałam u siebie zgasić światło. Kucnęłam i spąsowiałam.
No z takim podejściem to nie zajdę daleko. Trzeba było, kretynko, uśmiechnąć się i pomachać mu czy coś!
Niech to szlag.