Introwertyczna - Małgorzata Korbiel

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Dłu­gie, gę­ste, mięk­kie i ide­al­nie pro­ste kasz­ta­nowe włosy, trze­po­czące rzęsy - dłu­gie jak u wiel­błąda - po­wa­la­jący błę­kit oczu. Nogi? Dłu­gie aż po szyję, która oczy­wi­ście też jest długa, ła­bę­dzia wręcz. W ogóle wszystko dłu­gie, a ta­lia wcięta. Oczy błę­kitne, la­zu­rowe, można się w nich za­to­pić. Nie­ziem­skie spoj­rze­nie, ma­gne­ty­zu­jące i prze­ni­ka­jące czło­wieka na wskroś. Uśmiech sze­roki, z do­łecz­kami w po­licz­kach. Zęby białe, lśniące i równe. Cera ide­al­nie gładka, pro­mie­nie­jąca, ko­ści po­licz­kowe sub­tel­nie za­ry­so­wane. Uszy drobne, przy­le­ga­jące do głowy. Głos per­li­sty, czy­sty, lekko uwo­dzi­ciel­ski. Za­pach tru­skaw­kowo-wa­ni­lio­wej ta­jem­nicy. Su­kienka zwiewna, fa­lu­jąca na wie­trze. Na nad­garstku de­li­katna bran­so­letka, palce smu­kłe, pa­znok­cie z nie­na­gan­nym ma­ni­cure'em. Drobna bu­dowa, fi­li­gra­nowa. Ciało wiot­kie i gięt­kie jak trzcina. Głowa unie­siona dum­nie, a nos mały i nieco za­darty.

No... to wła­śnie nie ja. Kom­plet­nie. Ja je­stem ab­so­lut­nie i to­tal­nie prze­ciętna w każ­dym aspek­cie. Nie ist­nieją żadne piękne przy­miot­niki mo­gące opi­sać któ­rąś z czę­ści mo­jego ciała. Zwy­czajne, bure, ba­nalne, byle ja­kie, ni­ja­kie. Ta­kie są moje włosy, spoj­rze­nie i fi­gura. Nie mam ani jed­nej ce­chy, któ­rej mogłabym się chwy­cić jak koła ra­tun­ko­wego, po­wie­dzieć: "Może i moje nogi nie są dłu­gie, ale za to mam piękne ra­miona". Albo: "Nie grze­szę pięk­no­ścią, ale mój uśmiech znie­wala". Na ra­zie go­dzę się z tym sta­nem rze­czy już pięt­na­ście lat. Może się to wy­da­wać kwe­stią nie­istotną, ale skoro żyję w cza­sach kultu ciała, to wła­śnie mło­dość po­winna być moim atu­tem. Jak się ze­sta­rzeję - trudno, nic na to nie po­ra­dzę, siła wyż­sza. Ale te­raz? Te­raz po­win­nam try­skać po­zy­tywną ener­gią, wi­tal­no­ścią i pięk­nem. A ja wła­śnie nie try­skam, bo źró­dełko jest su­che.

Tak, wiem, po­win­nam za­ak­cep­to­wać sie­bie taką, jaka je­stem. Tylko jak? Nie można po­wie­dzieć, że je­stem nie­zad­bana. Pro­stuję włosy, żeby wy­glą­dać jak czło­wiek, uży­wam tu­szu do rzęs, ma­luję pa­znok­cie, wsma­ro­wuję owo­cowe pe­elingi i ma­sełka w ciało. Tylko nic nie jest w sta­nie za­tu­szo­wać tej po­spo­li­to­ści. Nie je­stem ani gruba, ani chuda. Wszyst­kie szorty od­stają mi z tyłu w pa­sie, jak­bym nie pa­so­wała do mo­delu na­sto­latki na tej trze­ciej pla­ne­cie od Słońca.

Kult ciała z jed­nej strony skła­nia nas do my­śle­nia, że tylko szczu­pła i umię­śniona syl­wetka jest piękna, a z dru­giej je­ste­śmy bom­bar­do­wani ha­słami, że każdy z nas jest piękny, bo jest wy­jąt­kowy. Otóż nie. Nie można być wy­jąt­ko­wym, je­śli nie ma się cech cha­rak­te­ry­stycz­nych. Za­wsze przy ta­kich slo­ga­nach po­ka­zy­wane są osoby z ja­kimś man­ka­men­tem urody, który prze­ku­wają na swoją ko­rzyść. Tę­czówki w dwóch ko­lo­rach, dziwne zna­mię, od­sta­jące uszy, arach­no­dak­ty­lia (tak, po­dobno można też mieć za dłu­gie palce!) - to są ce­chy przy­ku­wa­jące uwagę, wy­róż­nia­jące się. Można się ich chwy­cić i stwo­rzyć z nich swój oręż w świe­cie ide­al­nego piękna.

Czy uwa­żam, że brzy­dota może być piękna? Je­stem prze­ko­nana, że brzy­dota jest piękna, bo jest in­te­re­su­jąca. W sztuce czę­sto spo­ty­kamy dzieła, które nie­ko­niecz­nie są ładne, a jed­nak uważa się je za war­to­ściowe i atrak­cyjne ze względu na swoją ory­gi­nal­ność, wy­ra­zi­stość i emo­cjo­nalny ła­du­nek. Oczy­wi­ście to, co uzna­jemy za piękne lub brzyd­kie, za­leży od na­szych in­dy­wi­du­al­nych do­świad­czeń i per­spek­tyw, ale nie znam osoby, która by nie do­ce­niła róż­no­rod­no­ści i ory­gi­nal­no­ści w ota­cza­ją­cym nas świe­cie.

Czy mam ob­se­sję na punk­cie mo­jej prze­cięt­no­ści? Nie, ale uwa­żam to za skraj­nie nie­spra­wie­dliwe ze strony Wszech-świata, że ko­mórki mo­jego ciała uło­żyły się w taki, a nie bar­dziej in­try­gu­jący spo­sób.

A żeby nie było to zbyt ła­twe - bo nic w ży­ciu ła­twe nie jest, zwłasz­cza kiedy w wieku na­sto­let­nim wiele my­śli ko­ła­cze się po gło­wie - to można być jesz­cze pięk­nym we­wnętrz­nie. Osoby o przy­ja­znym i otwar­tym cha­rak­te­rze, które dbają o in­nych i wno­szą po­zy­tywną ener­gię do ży­cia, czę­sto są po­strze­gane jako piękne nie­za­leż­nie od swo­jego wy­glądu. Mam przy­ja­ciółkę, która jest uzna­wana za atrak­cyjną wła­śnie ze względu na swój in­dy­wi­du­alizm, ory­gi­nalne po­dej­ście do ży­cia i nie­sa­mo­witą otwar­tość wzglę­dem każ­dego, na­wet nowo po­zna­nego czło­wieka. I ten te­mat za­myka kwe­stię mo­jego po­ten­cjal­nego piękna w skrytce na sto kłó­dek. Bo je­stem nie­po­prawną in­tro­wer­tyczką.

To nie jest świat dla in­tro­wer­ty­ków. Współ­cze­sne czasy skła­niają do ak­tyw­no­ści i szu­ka­nia ze­wnętrz­nych bodź­ców, co dla mnie, na­czel­nego in­tro­wer­tyka, ozna­cza wy­zwa­nie (o ile nie walkę o prze­trwa­nie). Ży­cie do­okoła mnie składa się ze spo­tkań, wyjść, im­prez i kon­cer­tów. Z po­zna­wa­nia no­wych lu­dzi, sza­leństw, eks­pe­ry­men­tów i spon­ta­nicz­no­ści. "Raz się żyje" i te sprawy. Ta pre­sja by­cia bar­dziej to­wa­rzy­skim i eks­pan­syw­nym, aby pa­so­wać do do­mi­nu­ją­cej normy spo­łecz­nej, za­bija mnie od środka.

Współ­cze­sne spo­łe­czeń­stwo fa­wo­ry­zuje eks­tra­wer­tyczny styl ży­cia, który jest bar­dziej skon­cen­tro­wany na in­te­rak­cjach mię­dzy­ludz­kich i ak­tyw­no­ściach gru­po­wych, więc stoję na z góry prze­gra­nej po­zy­cji, bo świat na­ci­ska na mnie, abym się bar­dziej za­an­ga­żo­wała w ży­cie to­wa­rzy­skie. Teo­re­tycz­nie ma mi w tym po­móc in­ter­net. I na­prawdę sta­ram się to wy­ko­rzy­stać. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak czuję się przy­tło­czona pięk­nem, brzy­dotą i masą pstro­ka­to­ści po­ka­zy­wa­nej w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. Wiem, że lu­dzie kreują się na osoby wiecz­nie za­do­wo­lone ze swo­jej co­dzien­no­ści. Ko­lo­ry­zo­wane zdję­cia praw­do­po­dob­nie kła­mią i my­dlą nam oczy, że można wieść ży­cie ide­alne, ale prze­cież zo­stały zro­bione, czyli sy­tu­acje na nich uwiecz­nione miały miej­sce.

Do­bija mnie to cią­głe bom­bar­do­wa­nie faj­no­ścią, ale trzeba być na fali. Je­den dzień bez in­ter­netu i za­le­gło­ści ro­sną w prze­ra­ża­ją­cym tem­pie. A wła­śnie! Wia­domo, kto od­nosi suk­ces? Ktoś prze­bo­jowy i otwarty. Więc dzię­kuję, ale po­stoję. Że­gnaj, ka­riero, to ja, szary czło­wiek w sza­rym świe­cie. Chcia­ła­bym kie­dyś na­pi­sać książkę, ale jak po­my­ślę o spo­tka­niach z czy­tel­ni­kami, ga­lach, tar­gach książki i wy­wia­dach na żywo, to od­pa­dam. Po co mi taka eks­po­zy­cja na stres?

Dla­czego od in­tro­wer­ty­ków wy­maga się wyj­ścia ze strefy kom­fortu i by­cia in­te­rak­tyw­nie eks­tra­wer­tycz­nymi, a nie mówi się eks­tra­wer­ty­kom, żeby przy­sto­po­wali, bo za­lali świat toną nie­po­trzeb­nych i ha­ła­śli­wych za­cho­wań? Dla­czego nie wy­ma­gamy od nich, żeby usie­dli na tyłku i za­sta­no­wili się nad sobą? Żeby prze­stali bez­myśl­nie pro­du­ko­wać bez­war­to­ściowe śmieci? Ale czasy są ta­kie, a nie inne. Co ja mogę z tym zro­bić? Albo pod­dam się temu nur­towi, albo mnie nie ma. A prze­cież mu­szę być... bo jak to jest nie być?

Gdzieś kie­dyś prze­czy­ta­łam, że trzeba żyć, a nie tylko ist­nieć. Czyli pro­blem in­tro­wer­ty­zmu ist­nieje od za­wsze. A skoro tak, to nie ma dla niego roz­wią­za­nia, bo ktoś by już je zna­lazł. Dla­tego moje ży­cie to męka i walka ze sobą. Na co mi wła­sne cele i war­to­ści, skoro mu­szę do­sto­so­wać się do świata ze­wnętrz­nego? Co z tego, że pro­wa­dzę bo­gate ży­cie we­wnętrzne? W głąb sie­bie zaj­rzę tylko ja. Sku­piam się więc na re­la­cjach z in­nymi ludźmi, dzia­ła­jąc wbrew so­bie. I kom­plet­nie mi to nie wy­cho­dzi.

Żeby nie uła­twiać mi tego za­da­nia, mama i tata po­sta­no­wili wziąć mnie ze sobą na wa­ka­cje, mimo że ro­dzice mo­ich zna­jo­mych uznali, że je­ste­śmy już na tyle do­ro­śli, by za­sma­ko­wać wol­no­ści i wy­je­chać sami. Swoje dzieci pu­ścili więc sa­mo­pas na ty­dzień - w końcu po wa­ka­cjach czeka nas li­ceum, a to już po­ważna sprawa. Ale dla mo­ich ro­dzi­ców je­stem dziec­kiem nie­zdol­nym do sa­mo­dziel­nej eg­zy­sten­cji. Tak więc omija mnie ten le­gen­darny okres wa­ka­cyj­nych im­prez i nie­za­leż­no­ści, tak bar­dzo przez nas ocze­ki­wany. Skoro skoń­czy­łam już szkołę pod­sta­wową, to chyba ozna­cza, że mogę mieć cho­ciaż tro­chę po­lu­zo­waną smycz? Nie chcę być wiecz­nie przez nich do­mi­no­wana i kon­tro­lo­wana. Świet­nie, że są, że mogę na nich po­le­gać, ale mo­gliby mnie trak­to­wać tro­chę bar­dziej jak do­ro­słą i po­zwo­lić na po­dej­mo­wa­nie wła­snych de­cy­zji. Jak mam za­cie­śniać re­la­cje z ró­wie­śni­kami, skoro nie spę­dzam z nimi czasu? To przez was, mamo i tato, zo­sta­łam wy­klu­czona z ży­cia spo­łecz­nego, a tak czę­sto py­ta­cie, czemu je­stem taka ci­cha i wy­co­fana. Wa­ka­cje z ro­dzi­cami, stałe do­sto­so­wy­wa­nie się, by­cie nie­sa­mo­sta­no­wią­cym o so­bie to­boł­kiem, który wszę­dzie za­bie­rają ze sobą. Nie po­wiem, że chcia­ła­bym zwie­dzać nowe miej­sca, pró­bo­wać no­wych rze­czy i od­kry­wać świat, ale mu­szę to zro­bić! Albo chcia­ła­bym, ale się boję. Tylko że i tak nie mam wy­boru...

* * *

Jadę wła­śnie au­to­stradą nad Bał­tyk. Do­brze, że nie trzę­sie, to mogę spo­koj­nie spi­sać swoje my­śli, pra­gnie­nia, obiek­cje i obawy. Przy­naj­mniej nie bę­dzie mi się to ko­tło­wało w gło­wie.

Spi­sy­wa­nie my­śli przy­po­mina mi usta­wia­nie prze­two­rów na półce. Po pierw­sze dzięki temu jest po­rzą­dek, a po dru­gie można za­kon­ser­wo­wać te do­bre wspo­mnie­nia czy cie­kawe spo­strze­że­nia. Czuję się przez to lżej­sza, a równe rządki sło­ików po­zwa­lają mi przyj­rzeć się im pod róż­nym ką­tem. To per­spek­tywa spra­wia, że na­da­jemy wy­da­rze­niom nowe zna­cze­nia. W teo­rii ozna­cza to, że dzięki pi­sa­niu le­piej zro­zu­miem sie­bie i swoje po­trzeby, a to do­pro­wa­dzi mnie do sa­mo­świa­do­mo­ści i zwięk­sze­nia pew­no­ści sie­bie.

Jak na ra­zie jesz­cze cel nie zo­stał osią­gnięty, ale że lu­bię pi­sać, to pi­szę. Po­dobno pi­sa­nie po­maga też w ra­dze­niu so­bie ze stre­sem. Nie umiem się z kimś ści­nać, wal­czyć o swoje i uży­wać od­po­wied­nich ar­gu­men­tów. Oczy­wi­ście te ar­gu­menty po­ja­wiają się w mo­jej gło­wie, ale za­wsze już po tym, jak bi­tewny kurz opad­nie. A wła­ści­wie po tym, jak się z kimś po­tul­nie zgo­dzę, nie wal­cząc o swoje zda­nie. A że moje emo­cje mu­szą kie­dyś zna­leźć uj­ście, znaj­dują tu­taj, w tu­szu dłu­go­pisu i ze­szy­cie z ładną twardą okładką. W pe­wien spo­sób to jest re­lak­su­jące i uspo­ka­ja­jące, jed­nak zde­cy­do­wa­nie wo­lała-bym skon­fron­to­wać się słow­nie i bez­po­śred­nio z roz­mówcą. Ale nie umiem. Jed­nakże gdy­bym po­tra­fiła za­wal­czyć o swoje, za­bra­kłoby mi mo­ty­wa­cji do pi­sa­nia, a tak mam swój ze­szyt ze słow­nymi ba­ta­liami stu­le­cia. Może kie­dyś będę chciała do nich po­wró­cić, na ra­zie jed­nak uwa­żam to za do­syć że­nu­jące, że mocna w gę­bie je­stem wy­łącz­nie na pa­pie­rze. Po­ziom aser­tyw­no­ści w re­al­nym świe­cie - zero. W moim we­wnętrz­nym - je­stem bo­gi­nią walki o sie­bie.

Pi­sa­nie z pew­no­ścią po­maga w moim roz­woju oso­bi­stym. Oczy­wi­ście tym we­wnętrz­nym, ale może kie­dyś się za­po­mnę i wy­krzy­czę gło­śno to, co bym wie­czo­rem spi­sy­wała ner­wo­wymi ru­chami dłoni. Sa­mo­świa­do­mość jest ważna, ale ważne jest też kre­owa­nie cze­goś, two­rze­nie. Eks­plo­ro­wa­nie swo­jej we­wnętrz­nej na­tury to cie­kawa po­dróż i lu­bię się w nią uda­wać. Po­wtó­rzę raz jesz­cze - mam bo­gate ży­cie we­wnętrzne.

Lu­bię też ob­ser­wo­wać. Sie­dzieć gdzieś, roz­glą­dać się i po­dzi­wiać. Te­raz na przy­kład przy­glą­dam się temu, co wi­dać za oknem. Nie jest to wy­bitny wi­dok, bo au­to­strady są okrut­nie mo­no­tonne, ale za­wsze mogę wy­pa­trzeć ja­kieś stadko sa­ren lub sie­dzą­cego na słupku my­szo­łowa. Z braku laku mogę też pa­trzeć w dal - ob­ser­wo­wać ho­ry­zont i chmury, a kiedy mam słu­chawki na uszach - tak jak te­raz - to ob­razy te stają się no­stal­gicz­nym te­le­dy­skiem. Tak, słu­cham do­łu­ją­cej mu­zyki. Po pro­stu lu­bię się za­tra­cać w me­lan­cho­lii. Inni mó­wią, że je­stem za­mknięta w so­bie, i może mają ra­cję, ale to wła­śnie tam, w moim wnę­trzu, mam nie­ogra­ni­czoną prze­strzeń do ży­cia. Kra­ina re­flek­sji i prze­my­śleń, do­ce­nia­nia tego, co się wi­dzi i czuje. Czy eks­tra­wer­tycy w swoim pę­dzie po­tra­fią ta­kie rze­czy do­strzec?

* * *

Wje­cha­li­śmy do lasu. As­fal­towa droga zmie­niła się w wy­bo­istą. Ro­dzice mó­wili, że miej­sce do­ce­lowe to nie­spo­dzianka, i byli tym fak­tem bar­dzo pod­eks­cy­to­wani. Czyli nie je­dziemy do ja­kie­goś więk­szego mia­sta czy nad­mor­skiego ku­rortu. Ja­sne, ode­tnij­cie mnie od ży­cia. Daj­cie się za­chły­snąć spo­ko­jem, a po­tem wrzuć­cie z po­wro­tem do na­szej ol­brzy­miej me­tro­po­lii, do roz­po­czę­cia li­ceum, do spo­łe­czeń­stwa, które nie włą­czy pauzy, tylko po­pę­dzi da­lej przed sie­bie.

Na­gle, w jed­nym mo­men­cie, się uspo­ko­iłam. Piękno lasu mnie wy­ci­szyło. Wy­so­kie i smu­kłe so­sny ema­no­wały do­stoj­no­ścią i har­mo­nią. Strze­li­ste drzewa za­chwy­ciły mnie swoją pro­stotą. Pro­mie­nie słońca prze­ci­skały się przez zie­lone igły i rzu­cały cie­płe, złote re­fleksy na zie­mię. Nie mo­głam się do­cze­kać, aż za­cią­gnę się za­pa­chem igli­wia i ży­wicy. Aż pod sto­pami po­czuję pia­sek wy­mie­szany z korą i mchem.

Świet­nie, już je­stem pewna. Szy­kują się wa­ka­cje pełne za­tra­ce­nia w moim in­tro­wer­ty­zmie.

Dro­go­wskazy na pięk­nie wy­gła­dzo­nych, drew­nia­nych słup­kach wska­zy­wały kie­ru­nek: Wel­l­ness and Spa Si­lver Pe­arl. No pro­szę, ro­dzice po­tra­fią jed­nak za­sko­czyć. Tro­chę bur­żuj­skiego luk­susu all in­c­lu­sive - choć w Pol­sce - chłopcy z bo­ga­tych ro­dzin i na­dą­sane panny z mu­chami w no­sie. Do­brze, spoj­rzę na to wszystko jak so­cjo­log na daną grupę et­niczną. Ple­mię pol­skich sno­bów. Będę ob­ser­wa­to­rem, wi­dzem re­ality show na żywo. Tak, je­stem zgryź­liwa, ale nikt o tym nie wie.

Zza za­krętu wy­ło­nił się piękny, biały bu­dy­nek. Miał cztery pię­tra, mnó­stwo bal­ko­nów z rzeź­bio­nymi ba­rier­kami i ogromne okna. Z tyłu wi­dać było ka­wa­łek tur­ku­so­wego ba­senu, w któ­rym woda skrzyła się od po­po­łu­dnio­wego słońca oraz plam po olejku do opa­la­nia. Może to nie wa­ka­cje w Tur­cji, ale za­wsze coś eg­zo­tycz­nego. Po pra­wej stro­nie ho­telu znaj­do­wał się par­king, na któ­rym stały w rów­nych rzę­dach błysz­czące auta. Całe spa oto­czone zo­stało że­liw­nym ogro­dze­niem zdo­bio­nym mu­szel­kami i ma­łymi ry­bami.

Do­jeż­dża­li­śmy do bramy, gdy na­gle tata od­bił w lewo. A może to nie było na­gle? Pew­nie zgod­nie z pla­nem, ale moje my­śli prze­cha­dza­jące się po tej eks­klu­zyw­nej po­se­sji, gdzie pa­nie mają klapki na ob­ca­sie i ol­brzy­mie oku­lary sło­neczne jak w Sa­int-Tro­pez, zo­stały na­gle skie­ro­wane na drugi ośro­dek. Ten, do któ­rego tak na­prawdę zmie­rza­li­śmy. A cho­dziło o We­so­łego Del­finka - ośro­dek skła­da­jący się z kil­ku­na­stu czy dwu­dzie­stu kilku ma­łych, drew­nia­nych dom­ków wci­śnię­tych po­mię­dzy ra­chi­tyczne so­senki. Moje ży­cie to pa­smo roz­cza­ro­wań.

Auta urlo­po­wi­czów We­so­łego Del­finka stały bez ładu i składu tuż za drew­nianą wiatą wjaz­dową. Tata za­par­ko­wał pod lek­kim sko­sem, więc wy­sia­da­jąc, stłu­kłam so­bie nogę za­my­ka­ją­cymi się pod siłą gra­wi­ta­cji drzwiami. Dzię­kuję, mam pierw­szą pa­miątkę z tych wa­ka­cji - si­niaka na pół łydki. Czy skóra z si­nia­kiem w ogóle może się opa­lić, czy jak mi zej­dzie fio­le­towy ko­lor, to będę pod nim miała bladą plamę?

Ro­zej­rza­łam się po oko­licy. Mię­dzy tymi tak skraj­nie od­mien­nymi ośrod­kami wiła się ścieżka pro­wa­dząca na plażę. Bę­dzie wy­zna­czać mi trasę przez naj­bliż­sze dwa ty­go­dnie. Po­mo­głam ro­dzi­com wy­jąć wa­lizki z ba­gaż­nika i uda­li­śmy się w stronę domku nu­mer sie­dem. Każdy do­mek wy­glą­dał tak samo, ale miał ta­bliczkę z na­zwą wła­sną. Nasz na­zy­wał się Żabka. Re-re, kurde, kum-kum. Domki skła­dały się z sa­lonu z anek­sem ku­chen­nym i ła­zienki na par­te­rze oraz jed­nej sy­pialni z dwoma łóż­kami na pię­trze. Gdy prze­by­wało się w środku, można so­bie było wy­obra­żać, że jest się w sta­ro­daw­nym na­mio­cie Włó­czy­kija z Mu­min­ków, bo skosy na pię­trze wy­cho­dziły nie­mal od pod­łogi. Przed do­mem był ga­nek oto­czony drew­nianą ba­lu­stradą, a nad nim wy­kusz z oknem. Okno i ga­nek wy­cho­dziły pro­sto na drugi dom - Śli­maczka. To tak na wszelki wy­pa­dek, żeby nie mieć pięk­nego wi­doku na las, tylko na są­siada w sli­pach i z wą­sem. Bo w oknach nie było za­słonki.

- Ty śpisz na gó­rze, a my tu­taj, na ka­na­pie. Bę­dziesz miała wię­cej pry­wat­no­ści - oznaj­miła mama.

Świetna pry­wat­ność. Taka czte­ro­me­trowa. Ale trzeba było ro­bić do­brą minę do złej gry. W końcu nie chcia­łam spra­wić przy­kro­ści ro­dzi­com. Ob­ró­ci­łam się w od­po­wied­nią stronę, to jest sta­nę­łam na tle so­sno­wego lasu i bramy wjaz­do­wej do Si­lver Pe­arl, wy­cią­gnę­łam te­le­fon przed sie­bie i strze­li­łam so­bie fotkę. Nikt prze­cież się nie do­wie, że tak na­prawdę za­trzy­ma­li­śmy się w We­so­łym Del­finku.

Tak, nikt się nie do­wie, bo nie mia­łam za­sięgu i nie udało mi się ni­g­dzie wrzu­cić zdję­cia. Świet­nie.

Cie­kawa by­łam to­wa­rzy­stwa, które po­dzieli ze mną nie­dolę of­fline'u. Pora była obia­dowa, więc mo­głam zro­bić prze­gląd miesz­kań­ców Del­finka. Na placu za­baw sza­lały dzie­ciaki, do­ro­śli krzą­tali się po swo­ich gan­kach i wy­no­sili pa­ru­jące ta­le­rze lub mi­ski. Ni­g­dzie nie za­uwa­ży­łam żad­nego po­ma­ga­ją­cego ani zbla­zo­wa­nego na­sto­latka. Nici z wa­ka­cyj­nej mi­ło­ści albo z przy­jaźni na całe ży­cie. Je­stem sama jak pa­lec. To wła­śnie to, czego pięt­na­sto­latka po­trze­buje. Za­bijmy roz­wi­ja­jące się umie­jęt­no­ści in­ter­per­so­nalne w za­rodku. Będę nie­oga­rem ży­cio­wym, który nie po­trafi na­wią­zać kon­taktu z dru­gim czło­wie­kiem, bo nie miał moż­li­wo­ści tre­no­wa­nia w okre­sie do tego słu­żą­cym.

Wszyst­kie domki były wy­na­jęte, tylko przy Śli­maczku ziało pustką. Albo wcza­so­wi­cze jesz­cze nie przy­je­chali, albo każ­dego dnia czeka mnie wi­dok na za­mknięty na cztery spu­sty do­mek. Po­grążę się w roz­pa­czy i sa­mot­no­ści, a po­tem umrę na su­choty. Albo i nie, bo wil­got­ność po­wie­trza była cał­kiem przy­jemna. Za­pach bryzy mie­szał się z wy­cze­ki­wa­nym za­pa­chem lasu. Ale się zro­biło przy­jem­nie. Zja­dłam z ro­dzi­cami przy­go­to­wane jesz­cze w domu ko­tlety, roz­pa­ko­wa­li­śmy się po­bież­nie i po­sta­no­wi­li­śmy pójść na zwiady, czyli obejść ośro­dek, zaj­rzeć na plażę i przy­wi­tać się z mo­rzem.

Wtem usły­sza­łam czyjś śmiech. Brzmiał na­prawdę atrak­cyj­nie. Chło­pięco, nie dzie­cięco. Ob­ró­ci­łam się w stronę Si­lver Pe­arl. Ja­kiś chło­pak w to­wa­rzy­stwie in­nych na­sto­lat­ków wra­cał ścieżką znad mo­rza i skrę­cał w stronę swo­jego spa. Pod­rzu­cał i ła­pał piłkę do siatki tak lekko, jakby była okrą­głym, wy­tre­so­wa­nym, żółto-nie­bie­skim ptasz­kiem, który sam lą­duje w jego dło­niach. Szedł bez ko­szulki, w sa­mych ber­mu­dach. Tur­ku­so­wych w białe pa­lemki. Cza­sami od­gar­niał ko­smyk czar­nych wło­sów, który mu­skał mu po­wieki, i za­kła­dał go za ucho, ale wi­dać było, że nie­sforny lo­czek wciąż wy­myka się jego smu­kłym pal­com, by ob­co­wać z jego by­strym spoj­rze­niem, wa­chla­rzem ciem­nych rzęs i tym pie­przy­kiem, który nie wiem, w jaki spo­sób, ale spo­strze­głam tuż nad brwią. Nie cier­pię, jak ktoś cho­dzi bez ko­szulki, ale ten na­sto­letni pół­bóg zwró­cił moją uwagę - i nie tylko moją. Dziew­czyny i chło­paki do­okoła niego mó­wili coś pod­eks­cy­to­wani, a on się tylko uśmie­chał.

Pro­szę, pro­szę, niech nie ma znie­wa­la­ją­cego uśmie­chu...

Miał. Ale to ża­ło­sne z mo­jej strony, że wpa­dłam w za­sta­wioną przez niego pu­łapkę. Od razu prze­cież wi­dać, że to za­du­fany w so­bie du­pek, dra­pież­nik, który po­żera za­in­te­re­so­wa­nie in­nych, który karmi swoją py­chę cu­dzym po­dzi­wem. Jego zwie­rzę­cość, do­pra­co­wana w każ­dym szcze­góle, za­rzu­ciła ha­czyk na­wet na tę znaczną od­le­głość, jaka nas dzie­liła.

Ale je­stem głu­pia, weź się nie daj, dziew­czyno! Czy nie wo­lisz przy­pad­kiem typu bar­dziej ta­jem­ni­czego chło­paka? Tego nie­pew­nego, któ­rego trzeba otwo­rzyć, oswoić i po­znać za­miast go­ścia tak or­dy­nar­nie pew­nego swo­ich wa­lo­rów?

Młody Ado­nis znik­nął za bramą ho­telu, a ja stwier­dzi­łam, że je­śli mam się uno­sić na po­wierzchni ży­cia spo­łecz­nego, mu­szę się wku­pić w ła­ski wia­nuszka fa­nów i wy­znaw­ców czczą­cych to ciało okryte je­dy­nie tur­ku­so­wymi ber­mu­dami. W pa­lemki. Do­łą­czę do wier­nych i będę fajna, roz­ga­dana, we­soła i ogól­nie cool. Prze­cież nie wie­dzą, jaka je­stem na­prawdę. To chyba pro­ste: wejść w czy­jąś skórę i uda­wać ko­goś in­nego, zwłasz­cza w to­wa­rzy­stwie, które nie dość, że cię wi­dzi pierw­szy raz na oczy, to jesz­cze za dwa ty­go­dnie po­zo­sta­nie je­dy­nie wspo­mnie­niem cza­ru­ją­cego lata.

Po­sta­no­wi­łam, że szybko we­zmę prysz­nic, do­pro­wa­dzę się do po­rządku, zro­bię na bó­stwo i z po­włó­czy­stym spoj­rze­niem, jak­kol­wiek się je robi, pójdę na plażę. A tam zo­ba­czymy, jak się roz­wi­nie sy­tu­acja. Po­goda mi sprzy­jała, by­łam pewna, że za chwilę fala tu­ry­stów prze­pły­nie z po­wro­tem nad mo­rze, przy­cią­gana mocą nie­zgłę­bio­nej toni oraz za­plą­tana w pro­mie­nie po­po­łu­dnio­wego słońca. Wy­ję­łam z torby moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę - pro­stow­nicę. Nie ro­bi­łam su­per fry­zury na po­dróż, więc te­raz mu­sia­łam okieł­znać tę szopę, którą gór­no­lot­nie na­zywa się czu­prynką, a która tak na­prawdę była utra­pie­niem, od kiedy po­ję­łam, że moje włosy chcą żyć wła­snym ży­ciem i nici z pięk­nych, le­ją­cych się pu­kli.

Spró­bo­wa­łam się uśmiech­nąć do od­bi­cia w lu­strze i pod­łą­czy­łam pro­stow­nicę do prądu. W tym mo­men­cie roz­legł się chór gło­śnego: "Oooooch!", do­bie­ga­jący z każ­dego domku. I sy­czące "pufff" z mo­jego gniazdka. Chyba do­szło do ja­kie­goś spię­cia, naj­wy­raź­niej We­soły Del­fi­nek nie był go­towy na spo­tka­nie trze­ciego stop­nia z pro­stow­nicą. Nie wiem, na czym po­le­gają korki, ale je wy­bom­biło we wszyst­kich dom­kach. Odłą­czy­łam pro­stow­nicę.

Czyli że­gnaj, kró­lowo ta­fli wło­sów, wi­taj, kró­lowo wi-cher­ków.

Boże, jak ja nie­na­wi­dzę mo­jej fry­zury, która wy­gląda jak szczotka do ubi­ka­cji. Ster­czące druty nie do uło­że­nia. Trzeba bę­dzie cho­dzić w ku­cyku i czapce z dasz­kiem. Je­dyny plus jest taki, że nie spa­li­łam na­szego domku. Choć w za­sa­dzie spalę się ze wstydu, jak się po­każę z mo­imi nie­wy­pro­sto­wa­nymi i na­pu­szo­nymi wło­sami, więc bi­lans ofiar spa­le­nia wy­cho­dzi na zero.

Okej, wdech, wy­dech - i na plażę. Moje pod­eks­cy­to­wa­nie ro­sło z każ­dym kro­kiem. To nie Mo­rze Śród­ziemne, wiem, ale tak szcze­rze za­ko­cha­łam się w szu­mie Bał­tyku, że by­łam skłonna da­ro­wać mu brak kla­row­nej toni. Od­głos się po­tę­go­wał, choć jesz­cze nie wi­dzia­łam bez­kre­snego ho­ry­zontu wód. Szu­miały też drzewa, bo wiał lekki wiatr - wir­tuoz szme­rów, sze­le­stów i le­śnych szep­tów.

Wspo­mi­na­łam już, że lu­bię za­tra­cać się w przy­ro­dzie? Żyję w du­żym mie­ście, gdzie ha­łas ulic jest agre­sywny i mę­czący, więc tym bar­dziej do­ce­niam każdy wy­pad na łono na­tury. So­sny wzdłuż ścieżki gięły się pod wpły­wem wia­tru i trzesz­czały z roz­ko­szy, a ja prze­ży­wa­łam te wietrzne piesz­czoty nie mniej in­ten­syw­nie od nich. Za­wsze po­tra­fi­łam się wczu­wać w emo­cje in­nych, em­pa­tia to mój znak roz­po­znaw­czy. Cza­sem uwa­żam ją za bło­go­sła­wień­stwo, a cza­sem za klą­twę. Nie umiem jed­no­znacz­nie oce­nić, czy jest to ce­cha przy­datna. Bo je­śli ktoś się cie­szy, ja się cie­szę ra­zem z nim. I to po­dwój­nie. Ale je­śli ktoś się smuci, to ja cier­pię też dwa­kroć moc­niej. Nie je­stem pewna, czy em­pa­tii da się na­uczyć, to ra­czej umie­jęt­ność wro­dzona, in­te­gralna cząstka na­szego ja. Taki ta­lent, tylko że z niego nie da się twór­czo żyć. Ostat­nio od­kry­łam, że moja em­pa­tia działa też z matką na­turą, która oczy­wi­ście nie wiem, czy w ogóle ist­nieje, ale coś musi być głęb­szego w przy­ro­dzie, ja­kaś pa­ję­czyna sensu i po­wią­zań, pra­przy­czyna i pra­moc. Albo tylko tak się oszu­kuję, bo mam ro­man­tyczną du­szę i lu­bię wszę­dzie wi­dzieć coś wię­cej, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Tak czy siak, mój wy­kre­owany w gło­wie świat jest piękny i ma głęb­sze zna­cze­nie. Dla­tego też po ple­cach prze­biegł mi dreszcz, kiedy usły­sza­łam ci­che trza­ski pni wy­mie­szane z hu­kiem fal mor­skich. Przy­roda żyła, od­dy­chała, a ja bra­łam każdy od­dech ra­zem z nią.

Pia­sek na le­śnej ścieżce był zimny, wle­wał mi się ka­skadą do san­da­łów, cza­sem za­kłuł prze­my­coną igiełką, jed­nak przez więk­szość czasu po­zo­sta­wał miękki jak atłas. Chło­dził moje roz­grzane stopy do mo­mentu, aż sta­nę­li­śmy na skraju lasu. I na skraju klifu. Przed nami roz­cią­gał się wi­dok na ciem­no­zie­loną toń od­dzie­la­jącą błę­kit od żaru piasz­czy­stej plaży. Pia­sek zle­wał się na gra­nicy wody ze śnież­no­białą pianą i przy­po­mi­nał słodki de­ser - bitą śmie­tanę z bisz­kop­tem. Wzdłuż tego ape­tycz­nego wy­brzeża po­roz­kła­dane były le­żaki, duży na­miot-ka­wiar­nia, pa­ra­sole i oczy­wi­ście pa­ra­wany. Przy sa­mym wej­ściu na plażę usta­wiono je gę­sto, two­rzyły la­bi­rynt ście­żek pro­wa­dzą­cych do wody, jed­nak gdy spoj­rza­łam w lewo i w prawo, od­na­la­złam spo­kojną prze­strzeń na­kra­pianą nie­licz­nymi punk­ci­kami pla­żo­wi­czów. W wo­dzie nie było dużo lu­dzi - ze względu na spore tego dnia fale wy­star­czyło wejść po ko­lana, żeby zo­stać ob­fi­cie wy­ca­ło­wa­nym przez mo­rze. Po plaży bie­gały dzie­ciaki, sy­piąc pia­skiem na wszyst­kie strony. Inne wcho­dziły na wy­dmy, by po­tem się z nich stur­lać, przez co od razu do­sta­łam bia­łej go­rączki. Prze­cież wy­dmy to te­ren ob­jęty ochroną!

Na spa­cer ro­dzice wy­brali część plaży na lewo od scho­dów, które były strome i lekko spróch­niałe. Nie że­bym się bała, że się roz­padną, ale nie wy­klu­cza­łam tej opcji. Wi­dzia­łam już oczyma wy­obraźni, jak się pod nami za­ła­mują, jak le­cimy bez­wład­nie w dół, ła­miąc po dro­dze za­równo koń­czyny, jak i stop­nie, aż na ko­niec jedna belka - uła­mana i ster­cząca pod sko­sem - prze­bija mi się przez udo. Krew z tęt­nicy za­lewa wszyst­kich go­la­sów do­okoła, a ja ginę w mę­czar­niach.

Otrzą­snę­łam się z tej wi­zji i po­szłam śla­dem ro­dzi­ców po­mię­dzy pa­ra­wa­nami, skrę­ca­jąc za każ­dym z nich w lewo lub prawo pod ką­tem pro­stym, jak Snake w sta­rych grach. Zdję­łam san­dały, bo za­częły się za­pa­dać w roz­grza­nym pia­sku. Cho­dze­nie boso ma w so­bie coś ma­gicz­nego, trzeba to so­bie tylko uświa­do­mić. To bar­dzo pier­wotne uczu­cie, za­ko­rze­nione w każ­dym z nas, jed­nak na tyle głę­boko, że nie każdy może je do­strzec i do­ce­nić. Ja do­ce­nia­łam. Cie­pło było przy­jemne, de­li­kat­nie ła­sko­tało mnie mię­dzy pal­cami. Za­raz po­tem za­czął mnie li­zać raz po raz zimny ję­zyk Bał­tyku.

Spa­ce­ro­wa­li­śmy wzdłuż brzegu, mewy skrze­czały, włosy z ku­cyka wpa­dały mi do ust, bo szli­śmy z wia­trem. To była przy­jemna prze­chadzka, za­le­d­wie przy­wi­ta­nie się z mo­rzem. Prze­sta­łam się czuj­nie roz­glą­dać za przy­stoj­nia­kiem w tur­ku­so­wych ber­mu­dach. Wy­szli­śmy ze strefy pla­żo­wa­nia i zna­leź­li­śmy się na dzi­kiej plaży. Cie­kawe, jak ro­dzi­com udało się zna­leźć ta­kie miej­sce na ma­pie pol­skiego pla­żingu. Nie wi­dzia­łam ni­g­dzie przed sobą no­wych sku­pisk pa­ra­wa­nów wska­zu­ją­cych na ko­lejne zej­ście z plaży i ja­kiś ku­rort. Zdo­ła­li­śmy od­na­leźć ostoję ci­szy, bez krzy­ka­czy na­wo­łu­ją­cych o zim­nym piwku, pra­żo­nych orzesz­kach czy po­pcor­nie.

Za­sta­na­wia­łam się tylko, czy zmiana nie bę­dzie dla nas zbyt dra­styczna. Ale wi­docz­nie tego pra­gnęli ro­dzice, skoro wy­wieźli nas do We­so­łego Del­finka, w sam śro­dek le­śnej głu­szy. Szli nieco przede mną, ob­jęci - miło się na nich pa­trzyło. Chcieli mnie ob­da­ro­wać ro­dzeń­stwem, ale każda próba koń­czyła się wiel­kimi łzami i po­by­tem mamy w szpi­talu, więc osta­tecz­nie mają tylko mnie. Wiem, że mnie ko­chają, ale może to przez to tak bar­dzo chcia­łam być ak­cep­to­wana przez ró­wie­śni­ków - bo w domu nie mia­łam ani sio­stry, ani brata, na któ­rych mo­gła­bym tre­no­wać in­te­rak­cje mię­dzy­ludz­kie. Taka za­bawa w agre­sję na niby, jak u lwią­tek. Na­uka obrony przed ata­kiem, ale też współ­pracy i mi­ło­ści. To­le­ran­cji mimo wad. Po­de­szłam do ro­dzi­ców od strony taty, a ten ob­jął mnie dru­gim ra­mie­niem i szli­śmy ra­zem, jak sze­ścio­nożny nad-mor­ski krab.

Po­woli na­sta­wał wie­czór. Na­dal było cie­pło, ale po­wie­trze za­częło ina­czej pach­nieć - nad­cho­dzącą zmianą i prze­obra­że­niem w noc. Za­wró­ci­li­śmy i szli­śmy pod wiatr, który uno­sił zia­renka pia­sku, a one skro­bały mnie po no­gach. Była to miła chwila z per­spek­tywą przy­jem­nego prysz­nica i zmy­wa­nia z sie­bie tej pla­żo­wej czu­ło­ści.

Do­cho­dzi­li­śmy już do na­szych scho­dów, gdy za­uwa­ży­łam czarną czu­prynę i wia­nu­szek wier­nych. Sie­dzieli nieco da­lej, przy du­żym na­mio­cie. Ado­nis za­ło­żył już ko­szulkę, miał też dżin­sowe, po­szar­pane spodenki. Pa­trzył w dal - czyli jed­nak nie­do­stępny ro­man­tyk-my­śli­ciel! A może tylko to so­bie wy­obra­zi­łam? Nie wiem, bo po­tknę­łam się o pia­sko­wego kro­ko­dyla i pra­wie za­ry­łam no­sem w spróch­niałą de­skę. Ekipa ewi­dent­nie cze­kała na za­chód słońca. Czyli tak się tu­taj spę­dza czas - wspól­nie, w swoim gro­nie, wy­pa­tru­jąc fe­sti­walu barw za­cho­dzą­cego słońca i na­sta­ją­cego zmroku. Ide­al­nie pa­so­wa­łam do tego ob­razka. Mu­szę tylko wy­my­ślić, jak się do­stać do lu­dzi ze spa... Ale co, je­śli się nie prze­ła­mię? Albo mnie wy­śmieją? A je­śli się nie wpa­suję? Wy­pro­sto­wa­łam się, otrze­pa­łam z nie­chcia­nych my­śli, choć naj­praw­do­po­dob­niej był to zwy­kły pia­sek.

Czu­łam się tak zmę­czona po pierw­szym spa­ce­rze, że od razu wsko­czy­łam w pi­żamę i za­nu­rzy­łam się w lek­tu­rze. Do­brze, że wzię­łam coś do czy­ta­nia, bo scrol­lo­wać in­ter­netu się tu w ogóle nie dało. Ba­te­ria w te­le­fo­nie le­ciała na łeb na szyję, a wia­do­mo­ści i zdję­cia i tak się nie ła­do­wały. Sie­dzia­łam na we­ran­dzie z no­gami opar­tymi o ba­lu­stradę. Mrok jesz­cze nie na­sta­wał - let­nie wie­czory są dłu­gie - ale drzewa szu­miały już ina­czej.

Usły­sza­łam chrzęst żwiru. Na te­ren ośrodka wje­chało auto. Ostatni urlo­po­wi­cze. Jak to mó­wią - le­piej późno niż póź­niej. Naj­pierw wy­siadł męż­czy­zna, a za­raz z tyl­nych sie­dzeń dwaj chłopcy. Je­den ni­ski, drugi wy­soki. Tak! Tak! Nie będę tu sama! Los ze­słał mi anioła to­wa­rzy­sza. Oby ko­leś był ku­maty. Szedł, śmiesz­nie ko­ły­sząc się na boki... wprost na mnie.

Jezu, mam na so­bie pi­żamę w hip­cie!

Wbie­głam do na­szego domku, wspię­łam się do po­koju na pię­trze i przy­kle­iłam czoło do szyby. Strasz­nie było duszno na tym pod­da­szu, ale ba­łam się, że dźwięk otwie­ra­nego okna - a wy­glą­dało na ta­kie trzesz­czące - zwróci uwagę mo­jego są­siada.

Przy­glą­da­łam się za­tem z ukry­cia, jak chłopcy zaj­mują prze­ciw­le­gły po­kój na pię­trze, a ich tata wita się z moim. Mama aku­rat brała prysz­nic. Męż­czyźni się za­śmiali i po­dali so­bie rękę - dzięki, tato, zro­bi­łeś pierw­szy krok, żeby się za­zna­jo­mić z przy­by­szami. Bę­dzie mi ła­twiej na­wią­zać kon­takt z moim no­wym po­ten­cjal­nym ko­legą... który stał już w swoim oknie i pa­trzył pro­sto na mnie. Bo za­po­mnia­łam u sie­bie zga­sić świa­tło. Kuc­nę­łam i spą­so­wia­łam.

No z ta­kim po­dej­ściem to nie zajdę da­leko. Trzeba było, kre­tynko, uśmiech­nąć się i po­ma­chać mu czy coś!

Niech to szlag.