How I've waited for you to come
I've been here all alone
Now that you've arrived
Please stay a while
And I promise I won't keep you long
I'll keep you forever
Slayer, Dead Skin Mask, Seasons in the Abyss
Hej dziewczyno, spójrz na misia (...)
Jan Tarka, Wiesław Chrzanowski, Biały Miś
*
Szyba jest brudna.
Zakurzona od wewnątrz, przesłonięta kłębiącymi się w rogach pajęczynami. Martwe, wyschnięte muchy jak czarne punkty, które trzeba połączyć aby wydobyć ukryty wzór. Od zewnątrz również pokryta jest pajęczyną - nakładających się na siebie zacieków, powstałych gdy krople deszczu przecierały sobie drogę przez zbierający się na niej latami brud. Przez tę zapaćkaną szybę patrzę na świat. A tak naprawdę, to na ten mały wycinek świata, który jestem w stanie dostrzec z mojego miejsca.
Pole widzenia mam dosyć ograniczone, przyznaję, ale to się wkrótce zmieni. To się zawsze zmienia, wystarczy tylko trochę...
Poczekam.
Tymczasem po lewej widzę spód zardzewiałych stalowych schodów prowadzących na ostatnie piętro. Płaty rdzy wiszą jak wysuszone strzępy skóry. Za schodami niewyraźna plama zieleni, wśród której, gdzieś daleko prześwituje biała ściana sąsiedniego budynku. Na wprost zaś mam las, ciągnący się w prawo do drogi, której zaledwie fragment jestem w stanie dojrzeć.
*
Czerwiec, 2018
Ciemne chmury, które dotychczas sunęły leniwie po wieczornym niebie nabrały nagle rozpędu. Marian zasunął do końca kurtkę i postawił kołnierz. Miał straszną ochotę zapalić, ale kolejny podmuch wiatru przyniósł pierwsze krople deszczu. Wcisnął więc tylko ręce głębiej w kieszenie i zgarbił się bardziej niż zwykle, starając się schować w sobie przed przejmującym chłodem. Spojrzał w niebo, splunął ze złością i przyspieszył kroku.
Niedziela kończyła się fatalnie.
Sam fakt, że jutro znowu trzeba było iść do roboty był już wystarczający żeby popsuć człowiekowi humor. Na domiar złego po siedmiu piwach skończyły mu się pieniądze, a ten kutas Bronek nie chciał mu nalewać dalej na krechę. No i jakby tego jeszcze było mało sama pogoda się na niego uwzięła. Wkurwiony, chciał kopnąć leżący na poboczu kamień, ale nie trafił, stracił równowagę i zatoczył się na środek uliczki. No i chuj, będzie sobie szedł środkiem i nikt mu, kurwa, nie podskoczy. Cały aż trząsł się ze złości na wspomnienie upokorzenia jakie przeżył przed chwilą. Nikt z kolegów, z którymi pił po niedzielnej sumie nie kwapił się mu pożyczyć na kolejnego browara.
Chuje zapleśniałe! W dupę jebane pedały...
Szedł w dół ulicy Kasztanowej kiedy pojedyncze krople deszczu bez ostrzeżenia zamieniły się w ulewę. W jednej chwili spadały jakby od niechcenia, wielkie, ciężkie i leniwe. W drugiej lało już na całego. Marian skulił się. W mgnieniu oka jego rzadkie włosy przylgnęły do czoła, woda spływała po policzkach i kapała z nosa. Uliczka błyskawicznie zamieniła się w wartki potok. Marian zaklął i rozejrzał się za jakimkolwiek schronieniem.
Jest!
W dole ulicy po prawej stronie spoza wodnej kurtyny wyłaniał się cień starego sanatorium. Mimo późnej pory w żadnym z okien nie paliło się światło. Duży budynek był opuszczony od blisko dwudziestu lat. Rozchlapując płynącą w dół ulicy wodę, Marian wbiegł po betonowych stopniach i skrył się pod balkon wiszący nad głównym wejściem. Balkon był co prawda dosyć wysoko i deszcz zacinał też tam, ale różnica była i tak kolosalna. Chwycił za klamkę z nadzieją, że uda mu się schronić wewnątrz przed wiatrem, który przenikał jego przemoczoną kurtkę. Drzwi były jednak zamknięte.
Deszcz lał i nic nie wskazywało żeby miał przestać w najbliższym czasie. Ziemia wokoło zamieniała się powoli w błotnistą mazię, woda płynęła już całą szerokością ulicy. Nie pozostawało nic innego jak przeczekać, problem w tym, że strasznie chciało mu się lać. Wybiegł, a raczej wytoczył się z baru wściekły i zapomniał zahaczyć o kibel.
Rozejrzał się.
W pobliżu nie było nikogo, zresztą było już ciemno, a przez deszcz widoczność była ograniczona praktycznie do zera. Odwrócił się do drzwi i rozpiął rozporek.
Ale ulga!
Uśmiechnął się błogo do swojego odbicia w ciemnej szybie.
Nagle człowiek w odbiciu drgnął i zesztywniał. Uśmiech na jego twarzy zamienił się w grymas przerażenia, a źrenice rozszerzyły do granic możliwości. Marian stał jak sparaliżowany, wpatrzony w szybę nie mógł się ruszyć. Opuszczonymi bezwładnie rękami wstrząsały delikatne drgawki. Ciemna plama wykwitła na lewej nogawce spodni i powiększała się z każdą chwilą. Krzyk, wzbierający jak fala gdzieś głęboko wewnątrz, utkwił mu w gardle i zaczął dusić. Bijące z zawrotną prędkością serce zmuszało go do coraz szybszych oddechów i wkrótce łapał powietrze rozwartymi ustami jak ryba wyciągnięta z wody. Nie czuł ciepłej strużki wsiąkającej w spodnie i wlewającej mu się do buta. Patrząc poprzez swoje odbicie w szybie ostatnią resztką świadomości wiedział że musi się ruszyć, wyrwać, uciekać.
Teraz.
Ostatkiem woli napiął wszystkie mięśnie. Z wysiłkiem oderwał wzrok od drzwi, obrócił się jakby w zwolnionym tempie i zbiegł po stopniach na dół. Pośliznął się w błocie przed schodami, ale utrzymał równowagę podpierając się ręką i wybiegł na drogę. Zataczając się przebiegł kilka metrów i opadł na kolana po środku ulicy. Serce łomotało mu w piersi, jakby chciało wyrwać się na wolność. Puls w uszach, szum krwi i dziwny świszczący dźwięk zagłuszały wszystko inne. Marian oparł się na rękach i nachylił nad kałużą, próbując złapać oddech. W świetle księżyca, który przebił się w tym momencie przez pokrywę chmur zobaczył swoje odbicie zniekształcone uderzeniami kropli deszczu.
Deszcz powoli ustawał i odbicie robiło się bardziej wyraźne. Teraz już było też widać za nim długi, ciemny korytarz prowadzący w głąb budynku. Szczegóły skrywały się co prawda jeszcze w mroku, ale...
Krzyk, który uwiązł mu wcześniej w gardle wydostał się wreszcie jako cichy skrzek.
Klamka zgrzytnęła i opadła w dół.
Drzwi uchyliły się skrzypiąc lekko i zatrzymały uderzając o czubek buta. Marian cofnął się automatycznie o krok żeby mogły otworzyć się dalej. Nie czuł już lęku. Opuszczone wzdłuż ciała ręce zadygotały raz jeszcze. Zrobił dwa kroki naprzód.
Drzwi zaskrzypiały ponownie.
*
Jest zużyty, pomarszczony, wymięty jak brudna, mokra szmata. Woda spływa mu po policzkach. Mokre włosy przyklejone są do czaszki, obciągniętej żółtawą, obsypaną krostami, skórą.
Znam go.
Na pewno go znam. Widziałem go już.
Kiedyś.
To mogło być wczoraj. To mogło być tydzień, miesiąc, rok temu. Kilka lat. Tu czas płynie inaczej.
To... dziennikarz. Reporter.
Kręcił się tutaj, wtedy. Wypytywał, zaglądał, węszył. Potem przestał przychodzić.
Zniknął.
A teraz jest.
Zmienił się.
Jest go mniej.
Zmienił się, co znaczy, że długo go nie było, ale wrócił.
Jednak.
Ciekawość to jednak naprawdę pierwszy stopień do piekła...
*
Niedziela
1
Za Tarnobrzegiem wskoczyli na starą obwodnicę, drogę wojewódzką numer 871, dwa pasy wyblakłego, pofałdowanego asfaltu okalające od północnego-zachodu Jezioro Tarnobrzeskie. Na wąziutkim pasku trawy rozdzielającym jezdnie, trzy samotne sztuczne palmy obwieszone równie sztucznymi kokosami zapraszały do zjazdu na plażę. Słońce, które niedawno pojawiło się pierwszy raz od kilku dni odbijało się ostrymi refleksami w miejscami jeszcze mokrej nawierzchni.
Daniel przycisnął gaz.
Jego pięcioletnia Honda Civic skoczyła radośnie do przodu.
- Uważaj... - Dagmara przeciągnęła się w fotelu pasażera, odgarnęła z czoła grube, czarne loki. Z tyłu, zajmując całą kanapę, Artur, jej chłopak, spał w najlepsze pochrapując cicho.
Daniel nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko kącikiem ust.
Zacisnął palce na kierownicy i pochylił się lekko do przodu, jakby to mogło mu pozwolić w porę dostrzec czyhający może już za tym zbliżającym się zakrętem patrol. Dagmara podkuliła nogi i wróciła do rozmyślań.
Deszcz padający od kilku dni przestał zupełnie niespodziewanie gdy siedzieli w tarnobrzeskim MacDonaldzie, popijając kawę i jedząc coś, co nazywano śniadaniem. Tylko czy kanapka z jajkiem i plackiem ziemniaczanym może być traktowana jako śniadanie.
Do tego z frytkami?
No, ale skoro jest w menu śniadaniowym...
Po przedawkowaniu kalorii ruszyli w dalszą drogę.
Zaraz za wyjazdem z Maca, po lewej stronie minęli groteskową instalację ustawioną na malutkim placyku przed Lidlem. Kamienny, szary obelisk podpierał białe, betonowe ramiona ułożone w literę V, na której z kolei umieszczona była kula ze stalowych, pomalowanych na niebiesko prętów. Na tym wszystkim, na wysokości dobrych sześciu-siedmiu metrów stał posąg Jana Pawła II, zastygłego w sztywnej postawie zasadniczej, na kwadratowej podstawce. Dagmara pomyślała, że wygląda jak zabawkowa figurka, jakby ktoś go tam postawił dla żartu, zamiast czegoś, co w nieodgadnionym zamyśle projektanta, miało zamykać tę fantastyczną kompozycję.
Papież opierał się smutno o krzyż i unosił rękę, jakby chciał zwrócić na siebie uwagę: "Hej, tu jestem! Ratunku..." Całości dopełniał las niebieskich prętów, na które nabity był wielki żółty półksiężyc, podpierający żółtą jak on gwiazdę.
Słońce, niewidziane od tygodnia nagle tak po prostu świeciło, udając, że od rana nie robiło nic innego. Jak gdyby faktycznie był to lipiec i cały zeszły tydzień wcale nie minął pod znakiem deszczu wylewającego się z kłębiastych, szaroburych chmur przetaczających się groźnie po niebie i spychanych silnym wiatrem. Cokolwiek by nie mówić, to faktem było, że wraz z pogodą wszystkim od razu poprawił się też humor. Również mijany krajobraz w słońcu prezentował się zdecydowanie lepiej. Obskurne, szare i smutne kostki domów zyskały namiastkę koloru, gdzieniegdzie błysnęły refleksami czystsze szyby, w innych miejscach słońce odbijało się od potłuczonych talerzy pokrywających ściany, a pilnujące wejścia gipsowe rzeźby lwów przestały ronić łzy, podeschły i znów prezentowały się jakby dostojniej. W ciepłych promieniach lipcowego słońca nawet naprawdę zabiedzone i zaniedbane domy wyglądały całkiem przyzwoicie. Szczególnie gdy migały tylko po lewej i prawej, zlewając się z mieniąca się teraz wieloma odcieniami zieleni roślinnością.
W słońcu wszystko było po prostu przyjemniejsze, ludzie bardziej zrelaksowani. W takim nieomalże błogim stanie lepiej można było znosić, a wręcz tolerować wszelakie architektoniczne potworki, którymi usiane są polskie miasta, miasteczka i wsie.
Słońce było naturalnym remedium na smutek, chandrę, depresję. Homeopatycznym środkiem pomagającym zwalczać otępienie, poprawiającym samopoczucie, dodającym energii.
W opinii Dagmary zastrzyk świeżej energii był właśnie tym, czego potrzebowali.
Z Warszawy do Tarnobrzega jechali praktycznie w ciszy, każde osobno, pogrążone we własnych myślach, lub po prostu zbyt śpiące żeby prowadzić inteligentną rozmowę. Radio grało cicho jakąś sieczkę przeznaczony dla tych, co nie mogą spać, albo są zmuszeni do naprawdę wczesnego wstawania w sobotę.
Tak jak oni.
Z tym, że oni jechali do pracy, do konkretnego zlecenia za konkretne pieniądze i powinni się w sumie cieszyć. Ostatnie miesiące w firmie były bardzo napięte, jeden inwestor, odebrawszy dokumentację projektową przestał nagle odbierać telefony. Inny otwarcie oznajmił, że projekt domu, owszem, bardzo mu się podoba, ale zapłacić, to on na razie nie może.
I to byli tak zwani strategiczni inwestorzy, z projektami za dobrych kilkadziesiąt tysięcy.
Reszta, która została, to zwykła drobnica, myślała smutno Daga patrząc na niby zmieniający się, ale wciąż taki sam rozmyty deszczem, rozmięknięty krajobraz za oknem. Aranżacje mieszkań, zmiany lokatorskie, pierdoły, za które nie utrzyma się jedna osoba, a co dopiero pięcioosobowe biuro architektoniczne o snobistycznej nazwie D'Art, z dobrą lokalizacją na Saskiej Kępie. Dlatego od dwóch miesięcy działali już tylko we trójkę, dwóch partnerów, Daniel i Artur i ona, Dagmara Azouri. Wakacje zapowiadały się równie cienko i to niespodziewane, a zarazem trochę nietypowe zlecenie, spadło im dosłownie z nieba. Nie była to, co prawda, wymarzona praca dla młodych architektów, którzy jeszcze do niedawna mogli sobie pozwolić na wybór projektu, przy którym chcieli pracować. Wygrana w międzynarodowym konkursie i kilka, może kubaturowo niewielkich, ale za to zauważonych i docenionych przez branżę projektów zapewniła im kilka grubych lat. Teraz jednak przyszły czasy chude i wszystko zawaliło się zupełnie nieoczekiwanie.
A jak już pierdolnęło, to naprawdę solidnie...
Dlatego teraz jechali do pracy wykonywanej zwykle przez studentów.
2
Samochód zwolnił i skręcił w prawo.
Zjechali z obwodnicy na krajową dziewiątkę w kierunku na Rzeszów. Jechali teraz na południowy - wschód, prosto w operujące już bez żadnych przeszkód i oślepiające słońce. Daniel opuścił przesłonę i nie odrywając wzroku od jezdni wygrzebał ze schowka okulary przeciwsłoneczne. Założył je krzywo, niezgrabnie operując jedną ręką. Przyglądając mu się z boku Daga parsknęła śmiechem.
- Czekaj. Wyglądasz jak... nie wiem w sumie jak kto, ale zajebiście, czekaj - wycelowała w niego smartfona. Głośno kliknęła atrapa migawki. - Wrzucę tylko na fejsa - dodała.
- Daga... - obejrzał się na nią z wyrzutem, poprawiając okulary.
Wyszczerzyła w uśmiechu idealnie równe białe zęby. Wiedziała, że ma piękny, a nawet, jak powiedział jej ortodonta: wręcz olśniewający, uśmiech. Szczególnie po zdjęciu aparatu, który cierpliwie znosiła przez prawie dwa lata.
- Żartuję przecież, wyluzuj.
Śpiący z tyłu Artur obudził się i przeciągnął jak kot, strzelając stawami. Natarł energicznie twarz, poprawił spięte w kucyk długie blond włosy.
- I jak? Daleko jeszcze?
- Godzina do Rzeszowa - odpowiedział Daniel, patrząc na ekran swojego telefonu zamocowanego przyssawką do przedniej szyby.
- Potem jeszcze z godzinka i będziemy na miejscu.