2
Poziom 2, Złote Tarasy
Ruchome schody zdawały się poruszać stanowczo za szybko. Ledwo Kordian wszedł na pierwszy stopień, a już dotarł pod samo So! Coffee, gdzie miała na niego czekać Chyłka. Nie spodziewał się niczego dobrego, inaczej spotkaliby się w Hard Rock Cafe - miejsca takie jak to Joanna wybierała tylko, kiedy miała złe wieści do przekazania. Chciała złagodzić cios, doskonale znając słabość Oryńskiego do wszelkiej maści kaw smakowych.
A może kierowała się zupełnie czymś innym. W końcu chodziło o Chyłkę. Może decydowała się na Starbucksa, Costę i inne tego typu miejsca, bo chciała, by kojarzył ich asortyment z przykrymi wiadomościami. Zamierzała obrzydzić mu wszystko, co składało się w większej mierze z mleka, syropu czy bitej śmietany niż z kawy.
Wypatrzył ją już z oddali. Siedziała przy skrajnym stoliku, popijając sok z cytryny. Nie zauważyła go jeszcze, a może tylko udawała, że nie widzi. Czasem odnosił wrażenie, że jest czujna jak ci agenci służb specjalnych, którzy zawsze siadają tyłem do ściany, a przodem do drzwi, by nieustannie śledzić, kto wchodzi do knajpy. Na korytarzu centrum handlowego sytuacja była jednak problematyczna, bo zagrożenie mogło nadejść z każdej strony.
W końcu dostrzegła, że zbliżało się od ruchomych schodów. Drgnęła nerwowo, jakby rzeczywiście się tego nie spodziewała.
Kordian bez słowa usiadł przy stoliku i rozpiął marynarkę.
Nie rozmawiali ze sobą, od kiedy był u niej na Argentyńskiej. To wówczas w charakterystycznym dla siebie stylu oznajmiła mu ni stąd, ni zowąd, że jest w ciąży. Nie pytał, kto jest ojcem, bo wiedział, że nie otrzyma odpowiedzi.
Od tamtej pory mijali się kilkakrotnie w Skylight, ale nawet się nie przywitali. Właściwie ignorowali się wręcz ostentacyjnie. Tym bardziej zdziwiło go, kiedy dostał od niej SMS-a.
"Staw się w imperialistycznej odmianie baru mlecznego na drugim piętrze. Przyjdź sam" - brzmiał krótki przekaz.
Chyłka przyglądała mu się przez chwilę, po czym pokiwała głową, jakby była pełna uznania, że trafił we właściwe miejsce.
- Coś nie tak? - spytał.
- Obawiałam się, że po tych ostatnich wydarzeniach będziesz cierpiał na intelektualne turbulencje.
- Mhm.
- I jeszcze nie przesądziłam, czy tak jest, ale widzę, że przynajmniej twoje zdolności dedukcyjne nie kuleją - pochwaliła go.
- Wyćwiczyłem je przy śledztwie z numerami Iron Maiden - odparł obojętnie, rozglądając się. - Chociaż nic nie mogło przygotować mnie na bombę, którą potem na mnie zrzuciłaś.
Joanna uniosła wzrok i głęboko westchnęła.
- Naprawdę? - mruknęła. - Od razu zaczynasz z grubej rury?
- Miejmy to już z głowy.
- W porządku. Ale weź sobie jakąś kawę na osłodę.
Kordian podszedł na środek wyspy i przez moment się zastanawiał. Wziąłby latte, które w menu widniało pod kuszącą nazwą "kasztanowa pralinka", ale Chyłka nigdy by mu tego nie wybaczyła - szczególnie teraz, kiedy sytuacja zmusiła ją do odstawienia kofeiny. Ostatecznie zdecydował się na klasyczne cappuccino.
Wróciwszy do stolika, wyprostował się i przegładził ręką krawat.
- Pytaj - rzuciła Joanna. - A może odpowiem.
Pociągnął łyk i odstawił kubek.
- Mogłabyś zacząć od wytłumaczenia mi, jak to się stało.
- Nie ma problemu. Otóż kobieta i mężczyzna, podobnie jak ma to miejsce w przypadku innych rodzajów ssaków naczelnych...
- Pomińmy sprawy fizjologiczne.
- Dlaczego? One są najciekawsze.
- Nie w tym wypadku.
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili musiała ugryźć się w język. Kordian odetchnął. Nie miał zamiaru brnąć w wymianę uszczypliwości, która mogła skończyć się kolejnymi dniami milczenia.
- Kto jest ojcem?
- Nie wiem.
Oryński uniósł brwi i odchrząknął. Było coś niepokojącego w tym, że rodzaj ludzki bodaj jako jedyny miał zdolność tworzenia zupełnie nowego życia przez przypadek.
- Korzystałaś z anonimowej bazy dawców czy jak? - zapytał.
- Spokojnie, Zordon. To nie pierwszy raz w historii świata, kiedy kobieta nie jest pewna, kto odpowiada za zainfekowanie jej tym... tym stworzeniem.
Dźgnęła się lekko w brzuch i skrzywiła.
- Zainfekowanie?
- Noszę pasożyta, co tu ukrywać? - odparła i wzruszyła ramionami. - To znaczy formalnie tylko jego zalążek, ale i tak czuję się jak Sigourney Weaver w "Obcym".
Oryński potarł świeżo ogolone policzki i przez moment przypatrywał się Joannie. Właściwie powinien był spodziewać się, że w taki sposób podejdzie do sprawy.
- Będziesz najgorszą matką w historii, Chyłka.
- Przeciwnie.
Pokręcił głową.
- Będę najlepszą. Dziecko od najmłodszych lat będzie słuchało dobrej muzyki, a ja zamierzam wychowywać je tak, żeby miało jak najwięcej wolności. Kiedy skończy dwanaście lat, wypiję z nim pierwszą tequilę. Niech kontynuuje chlubne tradycje matki.
- W takim razie rzeczywiście, cofam.
- Będę natomiast najgorszą ciężarną, owszem - przyznała, bezradnie rozkładając ręce. - Ale co poradzisz? Ty też nienawidziłbyś całego świata, gdybyś miał hodować pasożyta w brzuchu, prawda?
- Trudno mi to sobie wyobrazić - odparł cicho. - Podobnie jak to, że nie wiesz, kto jest ojcem.
- Dowiem się tego.
- Szczerbiński?
- Trudno powiedzieć.
- Więc jakiś przypadkowy facet?
- Żaden facet w moim życiu nie był przypadkowy, Zordon. Każdego wybierałam po dogłębnej analizie.
- Szczególnie kiedy byłaś w alkoholowym cugu i ledwo widziałaś na oczy.
- Nawet wtedy - odparowała. - Zdobywam tylko tych, którzy w jakiś sposób mnie...
- Nieważne - wpadł jej w słowo i machnął ręką.
Głęboko zaczerpnął tchu, wdzięczny Chyłce, że nie kontynuuje tematu. Zazwyczaj korzystała z okazji, by się nad nim pastwić, a ta była wprost idealna. Trwali jednak w milczeniu, przez chwilę popijając swoje napoje.
- Zrobię badania, dowiem się, dam ci znać - zakończyła. - A teraz przejdźmy do rzeczy.
- Do rzeczy? Myślałem, że chcesz pogadać o ciąży.
- Nie. Chcę o niej zapomnieć.
- Więc co tu robimy?
- Jest sprawa, którą ze mną poprowadzisz.
Odsunął gwałtownie krzesło, kręcąc głową.
- Nie ma mowy - rzucił. - Nie wciągniesz mnie w żadne swoje grząskie piaski.
- Już w nich stoisz, Zordon. Wdepnąłeś, gdy tylko przyjąłeś propozycję spotkania.
- Nie.
- Tyle że wyjdziesz z nich jako triumfator i sypniesz piaskiem w oczy wszystkim innym aplikantom w Żelaznym & McVayu. Pokażesz, kto tu tak naprawdę rządzi.
- Nie piszę się na to.
- Nawet nie wiesz, czego dotyczy sprawa.
- I nie chcę wiedzieć. Muszę się przygotować do egzaminów, w dodatku Buchelt przydzielił mnie już do...
- Borsukiem się nie martw, spacyfikuję go.
- Chyłka, nie mogę tak po prostu...
- Możesz - ucięła. - I powinieneś, biorąc pod uwagę, że może to być jedna z najgłośniejszych spraw sądowych, jakie kiedykolwiek widziało to miasto.
Kiedy zawiesił na niej wzrok, wiedział już, że nie żartuje. Skinął głową na znak, by powiedziała mu, w czym rzecz, wciąż jednak nie zamierzał się uginać. Nauki i innych obowiązków miał stanowczo za dużo, by wikłać się w jakąkolwiek sprawę z Chyłką. Przypuszczał, że zaabsorbowałaby go całkowicie, bez względu na to, czego dotyczyła.
A gdy tylko się tego dowiedział, był już pewien.
Po tym, jak skończyła mu relacjonować wszystko, co sama wiedziała, przez chwilę się namyślał.
- Fahad Al-Jassam? - zapytał z niedowierzaniem. - To...
- Żyła złota. Odkrycie roponośnych terenów. Wygrana w Lotto. Uśmiech losu. Wpadnięcie na nagą Kim Kardashian w hotelowym pokoju.
- Co?
Joanna wzruszyła ramionami.
- Starałam się dobrać jakąś analogię, która do ciebie przemówi.
- Przemawia do mnie zupełnie inna, związana z wybuchem reaktora jądrowego albo...
- Daj spokój.
Przyglądał się jej badawczo, zastanawiając, czy naprawdę jest tak optymistycznie nastawiona do sprawy, czy robi dobrą minę do złej gry. Znał ją na tyle dobrze, by szybko dojść do wniosku, że pierwsza możliwość jest w tym wypadku prawdziwa.
Z jakiegoś powodu sądziła, że to najlepsze, co mogło ją spotkać.
- Al-Jassam przegra ten proces, Chyłka.
- Nie, jeśli my będziemy go bronić.
- Znaleźli w jego mieszkaniu materiały wybuchowe.
- Które ktoś mógł podłożyć.
- Były też plany któregoś centrum handlowego i...
- Tego nie wiemy - ucięła. - Na razie wszystkie informacje mamy z mediów. Nawet Lipczyńskim nie ujawniają szczegółów, bo nie są pewni, czy to w istocie rodzina.
- Nie mogą sprawdzić DNA?
- Mogą. I jeśli chodziłoby o Chińczyka, z pewnością badanie odpowiedziałoby na wszystkie pytania.
- Hę?
- Chiny mają największą na świecie bazę danych z DNA obywateli. Znajduje się w niej dwadzieścia milionów osób. Wiesz, ile jest u nas?
- Nie.
- Pięćdziesiąt tysięcy próbek. I przypuszczam, że nie znajdzie się w niej taka, którą pobrano kilkanaście lat temu od przypadkowego chłopaka z domu dziecka.
Oryński potrząsnął głową. Musiały istnieć inne sposoby, żeby ustalić prawdziwą tożsamość tego człowieka. Choćby poprzez pobranie materiału z rzeczy, które nadal mieli Lipczyńscy. Z pewnością nie pozbyli się ani jednej zabawki, ani jednego zeszytu czy ubrania.
Ale nie to interesowało go teraz najbardziej.
- Dlaczego tak naprawdę chcesz to wziąć? - zapytał. - Z powodu Bukano?
- A co on ma do rzeczy?
- Jest twoim wyrzutem sumienia.
- Nie miewam ich, Zordon. Nie ma dla nich miejsca podczas wojny.
- Nie wiedziałem, że jakąś prowadzisz.
- A czym innym jest praktykowanie prawa? - zapytała, jakby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. - Poza tym w sprawie Bukano zrobiłam wszystko, co mogłam. I przynajmniej pod względem prawniczym wyszło nie najgorzej, dlatego Lipczyńscy zgłosili się właśnie do mnie.
- Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego nie odesłałaś ich z kwitkiem.
Chyłka milczała.
- Proces jest z góry przegrany - kontynuował Kordian, ściągając brwi. - Nawet średnio rozgarnięty oskarżyciel doprowadzi do skazania Fahada. A postępowanie z pewnością prowadzić będzie jeden z najlepszych.
- Nie obawiam się o ostateczny wynik.
- Nie? Wystarczą strzępki dowodów, Chyłka. Zwykłe poszlaki. Ten facet jest już praktycznie skazany, cały proces będzie tylko formalnością.
- Nie wierzysz w domniemanie niewinności, Zordon?
- Nie wierzę w twój optymizm, więc powiedz mi, o co tak naprawdę chodzi.
Zaśmiała się pod nosem, a on przez moment się namyślał. W końcu zrozumiał, dlaczego Joanna tak ochoczo podjęła się tej sprawy. Zwycięstwo mogło nie mieć dla niej żadnego znaczenia.
- Salah Abdeslam, organizator zamachów w Paryżu w dwa tysiące piętnastym roku - odezwał się Oryński. - Opierasz się na jego kazusie.
- Tak? Sama o tym nie wiedziałam.
- A konkretnie na tym, co zrobili dwaj adwokaci, którzy go bronili. Zrezygnowali ze świadczenia swoich usług, kiedy nie udało im się namówić Abdeslama, by wszystko wyśpiewał organom ścigania i poszedł na układ.
Chyłka dopiła sok i odstawiła pusty kieliszek na stolik.
- O ich firmach zrobiło się głośno nie tylko we Francji i w Belgii, ale i na całym świecie. Po takiej reklamie z pewnością nie mogli opędzić się od klientów.
Kordian doskonale pamiętał wywiady telewizyjne, w których obrońcy poinformowali, że ich klient zdecydował się skorzystać z prawa do milczenia. Podkreślali, że w takiej sytuacji nie mogą dłużej go bronić, są bowiem sprawy ważniejsze niż dobro jednostki.
Pojawiły się oczywiście głosy krytyki ze strony tych, którzy uważali, że każdy zasługuje na najlepszą możliwą obronę, ale potencjalni klienci i tak zaczęli ustawiać się w kolejce. Sven Mary i Frank Berton zrobili sobie najlepszą możliwą reklamę - pokazali się w mediach jako prawnicy z ludzką twarzą, którym bardziej zależy na bezpieczeństwie państwa niż na obronie terrorysty.
Chyłka mogła planować coś podobnego.
- O to chodzi? - zapytał Oryński. - Chcesz powtórzyć ich manewr? Przyciągnąć do Żelaznego & McVaya wszystkich tych klientów, którzy cieszą się najlepszą renomą? Tych, którzy szukają adwokatów o nieposzlakowanej opinii?
- Chcę wybronić tego bisurmana.
- Dlaczego?
- Bo potrzebuję głośnego zwycięstwa, Zordon.
- I skąd pewność, że odniesiesz je w sprawie, która wygląda mi na przegraną?
- Stąd, że mam przychylność patrona spraw opłakanych - odparła, wskazując na koszulkę. - A oprócz tego będę korzystać z pomocy średnio rozgarniętego, ale wyjątkowo fartownego aplikanta.
Nie miał powodu, by jej nie wierzyć, choć wersja z Marym i Bertonem nadal wydawała się dość prawdopodobna. A być może istniał jeszcze inny powód, dla którego Joanna chciała się tym zająć.
- Więc twoim zdaniem jest niewinny? - spytał Kordian.
- A kogo to obchodzi? - odparła Chyłka. - Dla mnie liczy się tylko to, że wygramy ten proces.
Rozgłos byłby gigantyczny, przyznał w duchu Oryński. Może nawet na tyle, by kiedyś myśleć o założeniu własnej kancelarii, pod swoim nazwiskiem. Jeśli jednak istniało choćby nikłe prawdopodobieństwo, że Al-Jassam przygotowywał zamach, nie było co sobie robić nadziei - służby i prokuratura zrobią wszystko, by trafił za kratki.
- Nie mam już soku, Zordon - odezwała się Joanna, wyrywając go z przemyśleń. - Zdecydowałeś, czy chcesz jeszcze przez chwilę połudzić się, że masz cokolwiek do gadania?
- Właściwie jeszcze chwila wystarczyłaby mi do psychicznego komfortu. Ale teraz już na to za późno.
- Świetnie. W takim razie zaczynajmy - powiedziała, podnosząc się.
- Od czego?
- Od wizyty w areszcie śledczym.
- Fahadowi nie przysługuje widzenie.
- Jestem jego obrońcą i twierdzę inaczej - odparła, podnosząc kubek Oryńskiego. Przyjrzała się piance, a potem odstawiła go z powrotem. - W dodatku chcę się dowiedzieć, dlaczego ten islamista wypiera się swojej prawdziwej tożsamości.
Kordian wstał i zapiął marynarkę.
- Może to nie ten człowiek? - zapytał. - Przecież musi zdawać sobie sprawę, że znajdą jakieś próbki DNA do porównań.
- Może - przyznała Joanna. - Jedno jest pewne, Zordon: coś w tej sprawie nie jest do końca w porządku. I jeśli szukasz prawdziwego powodu, dla którego się jej podjęłam, to właśnie go usłyszałeś.
Oryński milczał.
- No? Nadal wątpisz w moje pobudki?
- Tak - odparł.
Nie wiedział, czy w zatrzymaniu Fahada Al-Jassama jest drugie dno. Był jednak pewien, że odnajdzie je w motywacjach Chyłki. I między innymi dlatego postanowił przyjąć jej propozycję.