I
Szkielet nr 509 powoli uniósł głowę i otworzył oczy. Nie wiedział, czy
był nieprzytomny, czy tylko spał. Między jednym a drugim nie było już
zresztą prawie żadnej różnicy; dbały o to od dawna głód i wyczerpanie.
Obydwa stany przypominały za każdym razem zapadanie się w głębokie
grzęzawisko, z którego, jak się wydawało, nie można już było się
wynurzyć.
509 leżał przez chwilę cicho i nasłuchiwał. Taka była stara reguła
obozowa: człowiek nigdy nie wiedział, z której strony grozi
niebezpieczeństwo, a dopóki trwał w bezruchu, zawsze istniała szansa, że
zostanie przeoczony lub uznany za trupa - proste prawo przyrody, które
zna każdy chrząszcz.
Nie słyszał nic podejrzanego. Wachmani na wieżyczkach strażniczych
pewnie przysypiali, także za nim panowała cisza. Ostrożnie odwrócił
głowę i spojrzał do tyłu.
Obóz koncentracyjny Mellern drzemał spokojnie w słońcu. Duży plac
apelowy, dowcipnie nazywany przez SS parkietem do tańca, był niemal
pusty. Tylko na grubych słupach z prawej strony bramy wejściowej wisiało
czterech ludzi ze związanymi na plecach rękami. Sznury podciągnięto
odpowiednio wysoko, żeby stopy wiszących nie dotykały ziemi. Ręce mieli
wykręcone. Dwaj palacze z krematorium zabawiali się rzucaniem w nich
przez okno bryłkami węgla, ale żaden z czwórki więźniów się nie
poruszył. Wisieli na krzyżach już od półgodziny i byli nieprzytomni.
Baraki obozu roboczego wyglądały na opuszczone, komanda pracujące poza
obozem jeszcze nie wróciły. Po uliczkach przemykali nieliczni ludzie
mający dyżur w barakach. Po lewej stronie, obok dużej bramy wejściowej,
przed bunkrem karnym siedział scharführer SS Breuer. Kazał sobie
wystawić na słońce stolik i fotel wiklinowy i popijał kawę. Wiosną 1945
roku dobra kawa naturalna była rzadkością, ale Breuer udusił właśnie
dwóch Żydów gnijących w bunkrze od sześciu tygodni i uznał to za czyn
humanitarny, który zasługiwał na nagrodę. Kapo kuchni posłał mu na
talerzu kawałek babki jako dodatek do kawy. Breuer jadł powoli,
delektując się ciastem; lubił zwłaszcza bezpestkowe rodzynki, których
było w nim sporo. Zabicie starszego z Żydów nie dostarczyło mu
przyjemności, ale młodszy okazał się twardszą sztuką: dość długo jęczał
i fikał nogami. Breuer uśmiechnął się sennie, nasłuchując unoszonych
wiatrem dźwięków orkiestry obozowej, która ćwiczyła za zakładem
ogrodniczym. Grała walca Róże z południa, ulubiony kawałek komendanta,
obersturmbannführera Neubauera.
509 leżał po przeciwnej stronie obozu, w pobliżu grupy drewnianych
baraków oddzielonych drutem kolczastym od dużego obozu roboczego.
Nazywano je małym obozem. Znajdowali się w nim więźniowie, którzy byli
zbyt słabi, by pracować. Byli tam tylko po to, aby umrzeć. Prawie
wszyscy umierali prędko; ale nowi pojawiali się, gdy ich poprzednicy nie
całkiem jeszcze byli martwi, więc baraki wciąż były przepełnione.
Umierający często leżeli nawet w przejściach, jeden na drugim, lub po
prostu dogorywali na dworze. Mellern nie miało komór gazowych, z czego
komendant był szczególnie dumny. Chętnie wyjaśniał, że w Mellern umiera
się naturalną śmiercią. Mały obóz nazywano oficjalnie oddziałem
rekonwalescencyjnym, lecz tylko nieliczni więźniowie mieli wystarczającą
wolę przetrwania, aby wytrzymać ową rekonwalescencję dłużej niż tydzień
czy dwa. Mała grupka takich twardzieli mieszkała w baraku 22. Resztką
wisielczego humoru nazywali siebie weteranami. 509 był jednym z nich.
Przeniesiono go do małego obozu przed czterema miesiącami i nawet dla
niego to, że jeszcze żyje, zakrawało na cud.
Z krematorium wydobywał się czarny dym. Wiatr przyciskał go do ziemi i kłęby dymu snuły się nisko nad barakami. Zjełczały i słodkawy zapach
pobudzał do wymiotów. 509 nie mógł się do niego przyzwyczaić, nawet po
dziesięciu latach w obozie. Tego dnia dym miał w sobie także to, co
pozostało po dwóch weteranach: zegarmistrzu Janie Sibelskim i profesorze
Joelu Buchsbaumie. Obaj zmarli w baraku 22 i w południe zostali
odstawieni do krematorium, tyle że Buchsbaum niezupełnie w całości:
brakowało trzech palców, siedemnastu zębów, paznokci u nóg i części
członka. Stracił to w trakcie edukacji na pożytecznego człowieka. Z brakującej części członka często wyśmiewano się na wieczorach klubowych
w koszarach SS. Koncept pochodził od scharführera Günthera
Steinbrennera, który przybył do obozu niedawno. Prosty, jak wszystkie
wielkie pomysły - wstrzyknięcie stężonego kwasu solnego, nic poza tym.
Steinbrenner od razu zyskał sobie poważanie wśród kolegów.
Marcowe popołudnie było pogodne, słońce dawało już trochę ciepła; mimo
to 509 marzł, choć oprócz własnej odzieży miał na sobie rzeczy trzech
innych osób: pasiak Josefa Buchera, płaszcz handlarza starzyzną
Lebenthala i podarty sweter Joela Buchsbauma, który barakowi udało się
uratować, nim zabrano zwłoki. Ale kiedy miało się metr siedemdziesiąt
osiem wzrostu i ważyło mniej niż trzydzieści pięć kilo, prawdopodobnie
nawet futro grzałoby niewiele lepiej.
509 miał prawo leżeć na słońcu przez pół godziny. Potem musiał wrócić do
baraku, oddać pożyczone ubrania, a na dodatek własny pasiak, i przychodziła kolej na kogoś innego. Tak uzgodnili to między sobą
weterani, gdy skończył się okres chłodów. Niektórzy nie chcieli już
wychodzić. Byli zbyt wyczerpani i po tym, co wycierpieli zimą, pragnęli
tylko umrzeć spokojnie w baraku. Jednak Berger, sztubowy, obstawał przy
tym, żeby wszyscy, którzy potrafili się jeszcze poruszać, wychodzili na
jakiś czas na świeże powietrze. Następny był Westhof, potem wychodził
Bucher. Lebenthal zrezygnował, miał coś lepszego do roboty.
509 odwrócił się ponownie. Ponieważ obóz zbudowano na wzniesieniu, przez
drut kolczasty mógł widzieć miasto. Leżało w dolinie, znacznie poniżej
obozu, nad mozaiką dachów wznosiły się wieże kościołów. Miasto było
stare, z wieloma kościołami i wałami, z alejami lipowymi i krętymi
uliczkami. W północnej części znajdowały się nowe dzielnice z szerokimi
ulicami, dworcem, domami czynszowymi, fabrykami oraz hutami miedzi i żelaza, w których pracowały komanda obozowe. Miasto przecinała łukiem
rzeka, w której odbijały się mosty i chmury.
509 opuścił głowę. Mógł ją utrzymać uniesioną tylko przez chwilę.
Czaszka mocno ciążyła, kiedy mięśnie szyi stały się cienkie jak nitki, a widok dymiących kominów w dolinie wzbudzał jedynie jeszcze większy głód
niż zwykle. Wzbudzał głód w mózgu - nie tylko w żołądku. Żołądek był do
niego przyzwyczajony od lat i niezdolny już do żadnych innych odczuć
oprócz niezmiennego, tępego łaknienia. Głód w mózgu był gorszy.
Wywoływał halucynacje i nigdy nie ustawał. Wżerał się nawet w sen. Zimą
509 przez trzy miesiące usiłował pozbyć się wyobrażenia przysmażonych
kartofli. Czuł je wszędzie, nawet w smrodzie latryny. Teraz prześladował
go boczek. Boczek i jaja sadzone.
Spojrzał na leżący obok na ziemi niklowany zegarek, który pożyczył mu
Lebenthal. Zegarek był dla baraku prawdziwym skarbem i Polak Juliusz
Silber, który od dawna już nie żył, przed laty przemycił go do obozu.
509 stwierdził, że ma jeszcze dziesięć minut, mimo to postanowił wrócić
do baraku. Nie chciał znowu zasnąć. Nigdy nie wiadomo, czy by się
obudził. Ostrożnie zerknął jeszcze raz na obozową dróżkę. Także tym
razem nie zauważył niczego, co mogłoby oznaczać niebezpieczeństwo.
Zresztą właściwie nie oczekiwał tego. Ostrożność była raczej rutyną
starego wygi obozowego niż odruchem rzeczywistego strachu. Z powodu
dyzenterii mały obóz przechodził swego rodzaju luźną kwarantannę i SS
rzadko wchodziło do środka. Poza tym w ostatnich latach kontrole
wewnątrz całego obozu znacznie osłabły. Wojna coraz mocniej dawała się
we znaki i część esesmanów, którzy dotychczas tylko heroicznie
torturowali i mordowali bezbronnych więźniów, została wreszcie wysłana
na front. Obecnie, wiosną 1945 roku, załoga obozu stanowiła zaledwie
jedną trzecią tego co dawniej. Administracja wewnętrzna już od dawna
była niemal wyłącznie w rękach więźniów. Każdy barak miał blokowego i kilku sztubowych; komanda robocze podlegały kapom i vorarbeiterom, a cały obóz lagerältesterom. Wszyscy byli więźniami. Kontrolowali ich
lagerführerzy, blockführerzy i kommandoführerzy, którymi byli esesmani.
Na początku byli w obozie tylko więźniowie polityczni, lecz z biegiem
lat doszło wielu pospolitych przestępców z przepełnionych więzień w mieście i na prowincji. Poszczególne grupy różniły się kolorem trójkąta,
naszywanego oprócz numeru na ubraniach wszystkich więźniów. Trójkąty
politycznych były czerwone, kryminalistów zielone. Ponadto Żydzi nosili
dodatkowy żółty trójkąt, tak iż oba razem tworzyły gwiazdę Dawida.
509 wziął płaszcz Lebenthala i pasiak Josefa Buchera, zarzucił je na
ramiona i zaczął przemykać się w stronę baraku. Czuł, że jest bardziej
zmęczony niż zwykle. Nawet pełzanie przychodziło mu z trudem. Zatrzymał
się, zamknął powieki i zaczerpnął powietrza, by odpocząć. W tym momencie
w mieście zaczęły wyć syreny.
Początkowo tylko dwie. W kilka sekund później ich dźwięk się
zwielokrotnił, a zaraz potem wydawało się, że wyje całe miasto w dole.
Wyło z dachów i ulic, z wież i fabryk, leżało odkryte w pełnym słońcu,
zdawało się, że zamarł w nim wszelki ruch, po prostu nagle zaczęło wyć,
jakby było sparaliżowanym zwierzęciem, które widząc śmierć, nie może
uciec; wyło głosami syren i gwizdków parowych wzlatujących do nieba, w którym panowała absolutna cisza.
509 natychmiast przypadł do ziemi. Podczas alarmów lotniczych nie wolno
było przebywać poza barakami. Mógł wprawdzie spróbować wstać i ruszyć
biegiem, ale był zbyt słaby, aby posuwać się dostatecznie szybko, barak
zaś znajdował się za daleko, a w tym czasie nowy, nerwowy wartownik mógł
do niego strzelić. Dlatego najprędzej jak umiał, odczołgał się parę
metrów z powrotem do płytkiego wgłębienia w ziemi, wcisnął w nie i naciągnął na siebie pożyczone ubrania. W ten sposób wyglądał na kogoś,
kto padł martwy z wyczerpania. Zdarzało się to często i nie wzbudzało
podejrzeń. Alarm tak czy owak nie powinien trwać długo. W ostatnich
miesiącach w mieście ogłaszano alarm co parę dni, i nigdy nic się nie
zdarzyło. Samoloty zawsze leciały dalej w kierunku Hanoweru i Berlina.
Zaczęły wyć syreny obozowe. Po jakimś czasie nastąpił drugi alarm. Wycie
nasilało się i słabło, jakby puszczano zdarte płyty na olbrzymich
gramofonach. Samoloty zbliżały się do miasta. 509 znał takie sytuacje,
wcale go to nie wzruszało. Jego wrogiem był najbliższy strzelec z karabinem maszynowym, kiedy zorientuje się, że nie ma przed sobą trupa.
Nie obchodziło go, co dzieje się za drutami.
Oddychał z wysiłkiem. Duszne powietrze pod płaszczem stało się czarną
watą, która okrywała go coraz szczelniej. Leżał w tym zagłębieniu jak w grobie - z wolna narastało w nim wrażenie, że to rzeczywiście jego grób,
że już nigdy nie wstanie, że tym razem to naprawdę koniec, zostanie tu i umrze, zmożony wreszcie ostatnią słabością, z którą walczył tak długo.
Próbował się bronić, ale niewiele to pomogło; tylko mocniej poczuł to
dziwne, zrezygnowane czekanie, które rozprzestrzeniało się w nim i na
zewnątrz niego, jakby nagle wszystko czekało - miasto, powietrze, a nawet światło. Przypominało to rozpoczynające się zaćmienie słońca, gdy
kolory mają już ów ołowiany odcień, i odległe przeczucie pozbawionego
słońca, martwego świata - swoistą próżnię, czekanie z zapartym tchem,
czy śmierć jeszcze raz przejdzie obok, czy nie.
Uderzenie było nie tyle gwałtowne, ale nieoczekiwane. Poza tym nastąpiło
ze strony, która wydawała się najlepiej chroniona. 509 odczuł je jako
mocne pchnięcie głęboko spod ziemi w żołądek. Równocześnie dotychczasowe
wycie przeciął wysoki, metaliczny świst, narastający w szalonym tempie,
podobny do odgłosu syren, a przecież zupełnie inny. 509 nie wiedział, co
nastąpiło wcześniej: uderzenie spod ziemi czy świst i zaraz po nim huk.
Wiedział jednak, że nic takiego nie zdarzało się podczas dotychczasowych
alarmów, a kiedy teraz jedno i drugie się powtórzyło, bliżej i w większym nasileniu, pod nim i nad jego głową, uświadomił sobie także, co
to musiało być: samoloty po raz pierwszy nie poleciały dalej. Miasto
było bombardowane.
Ziemia zadrżała znowu. 509 miał wrażenie, jakby biły go potężne
podziemne gumowe pałki. W jednej chwili oprzytomniał zupełnie.
Śmiertelne zmęczenie ulotniło się jak dym rozwiany przez trąbę
powietrzną. Każde uderzenie z głębi ziemi zamieniało się w uderzenie w jego mózgu. Przez jakiś czas leżał jeszcze bez ruchu, a potem, prawie
nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, przesunął ostrożnie rękę i uniósł płaszcz na tyle, że mógł zerknąć spod niego na miasto w dole.
Dworzec właśnie rozwinął się powoli i lekko niczym kwiat i uniósł w powietrze. Złota kopuła wyglądała niemal jak zabawka, gdy poszybowała
nad drzewami parku i zniknęła za nimi. Potężne eksplozje zdawały się nie
należeć do całego zjawiska - w porównaniu z nimi wszystko działo się
zbyt wolno, a odgłosy artylerii przeciwlotniczej ginęły w huku wybuchów
niczym ujadanie teriera w grubym szczekaniu dużego doga. Przy następnym
potężnym wybuchu zaczęła się przechylać wieża kościoła św. Katarzyny.
Także ona upadała bardzo wolno i, upadając, rozsypywała się powoli na
wiele kawałków - jakby wszystko było filmem puszczonym w zwolnionym
tempie, a nie rzeczywistością.
Między budynkami wyrosły niczym grzyby kłęby gęstego dymu. 509 w dalszym
ciągu nie odbierał widoku w dole jako obrazu zniszczenia; niewidzialni
giganci bawili się, to wszystko. W nie uszkodzonych częściach miasta dym
nadal wznosił się spokojnie z kominów, w rzece jak dawniej odbijały się
chmury, a obłoczki wybuchów pocisków artylerii przeciwlotniczej
obrębiały niebo, jakby było niewinną poduszką, w której pękły szwy i wysypały się szarobiałe kłaczki bawełny.
Jedna bomba spadła daleko poza miastem na łąki, które rozciągały się
wyżej aż do obozu. 509 w dalszym ciągu się nie bał. Wszystko to było
zbyt odległe od ciasnego świata, jedynego, jaki znał. Można było się bać
rozżarzonych papierosów dotykających oczu i jąder, tygodni głodowania w bunkrze, kamiennej trumnie, gdzie nie dało się stać ani leżeć, i kozła,
na którym odbijano człowiekowi nerki; można było się bać katowni w lewym
skrzydle obok bramy - Steinbrennera, Breuera, lagerführera Webera - lecz
nawet i ten strach zbladł już nieco, odkąd przeniesiono go do małego
obozu. Żeby mieć siłę do dalszego życia, trzeba było umieć szybko
zapominać. Poza tym obóz koncentracyjny Mellern po dziesięciu latach
zadawania tortur trochę się zmęczył, nawet świeżego ideowego esesmana z czasem znudziło maltretowanie szkieletów. Niewiele wytrzymywały i nie
reagowały wystarczająco. Patriotyczny zapał wybuchał jeszcze tylko
czasami, gdy przybywali nowi silni więźniowie, zdolni do okazywania
cierpień. Wówczas słyszało się znów po nocach swojskie wycie, a esesmani
wyglądali na nieco bardziej ożywionych, jak po dobrej pieczeni
wieprzowej z ziemniakami i czerwoną kapustą. Ale poza tym w latach
wojennych obozy w Niemczech stały się bardziej ludzkie. Ograniczano się
prawie wyłącznie do zagazowywania, zatłukiwania i rozstrzeliwania albo
po prostu kazano ludziom pracować do zupełnego wycieńczenia, a potem
morzono głodem. Od czasu do czasu zdarzało się, że w krematorium palono
kogoś żywcem, lecz nie wynikało to nawet ze złych zamiarów, ale raczej z przepracowania i faktu, że niektóre szkielety długo się nie ruszały. Do
masowych likwidacji dochodziło zresztą tylko wtedy, gdy musiano szybko
zrobić miejsce dla nowych transportów. Nawet morzenie głodem ludzi
niezdolnych do pracy odbywało się w Mellern w sposób niezbyt brutalny; w małym obozie nadal było co jeść, a weterani, tacy jak 509, bili rekordy
w utrzymywaniu się przy życiu.
Bombardowanie nagle ustało. Szalała tylko artyleria przeciwlotnicza. 509
uniósł płaszcz trochę wyżej, żeby móc widzieć najbliższe stanowisko
karabinu maszynowego. Wieżyczka była pusta. Spojrzał dalej w prawo,
potem w lewo. Także na sąsiednich wieżyczkach nie było strażników.
Esesmani opuścili posterunki i pochowali się, mieli dobre schrony
przeciwlotnicze w pobliżu koszar. 509 odrzucił całkiem płaszcz i podczołgał się bliżej drutu kolczastego. Podparłszy się na łokciach,
popatrzył na dolinę.
Miasto płonęło już wszędzie. To, co przedtem wyglądało na zabawę,
zmieniło się tymczasem w to, czym było naprawdę: w ogień i zgliszcza.
Żółty i czarny dym słał się po ulicach niczym groźny moloch zniszczenia
i pożerał domy. Tu i ówdzie przeszywały go płomienie. W miejscu, gdzie
był dworzec, wystrzelał w górę potężny snop iskier. Roztrzaskana wieża
kościoła św. Katarzyny zaczęła płonąć, a języki ognia, wspinając się w górę, lizały ją niczym blade błyskawice. A z tyłu beztrosko, jak gdyby
nigdy nic, stało słońce w złotej aureoli. Zgoła upiorny wydawał się
fakt, że niebo ze swoją bielą i błękitem było tak samo pogodne jak
przedtem oraz że lasy i pasma wzgórz dookoła dalej trwały obojętnie w łagodnym świetle - jakby tylko miasto zostało skazane na zagładę
wyrokiem jakiegoś nieznanego, mrocznego trybunału.
509 wpatrywał się w dolinę. Zapomniał o ostrożności i wpatrywał się w dolinę. Miasto znał jedynie z obserwacji przez druty, nigdy w nim nie
był, ale w ciągu tych dziesięciu lat, które spędził w obozie, stało się
ono dla niego czymś więcej niż tylko miastem.
Z początku było niemal nieznośnym obrazem utraconej wolności. Dzień w dzień gapił się na nie: widział miasto z jego beztroskim życiem, gdy po
specjalnym potraktowaniu przez lagerführera Webera ledwo trzymał się na
nogach; widział kościoły i domy, gdy z wykręconymi rękami wisiał na
krzyżu; widział białe łódki na rzece i automobile jadące na wiosenne
wycieczki, gdy sikał krwią z odbitych nerek; oczy go piekły, kiedy
patrzył, a oglądanie miasta było torturą, jeszcze jedną, oprócz
wszystkich innych tortur obozowych.
Potem zaczął go nienawidzić. Czas mijał, a w mieście nic się nie
zmieniało, niezależnie od tego, co działo się tu, na górze. Dym z miejskich kominów z każdym dniem wzbijał się wyżej, nie troszcząc się o gęste kłęby buchające z krematorium; miejskie boiska i parki pełne były
radosnej wrzawy, a jednocześnie setki zaszczutych istot konały na
obozowym "parkiecie do tańca". Każdego lata gromady roześmianych
urlopowiczów wędrowały z miasta w lasy, a tymczasem kolumny więźniów
taszczyły z kamieniołomów swoich zmarłych i zamordowanych; nienawidził
go, ponieważ sądził, że on i inni więźniowie zostali przez nie na zawsze
zapomniani.
W końcu wygasła także nienawiść. Walka o skórkę chleba stała się
ważniejsza niż cała reszta, podobnie jak zrozumienie, że nienawiść i wspomnienia mogą zniszczyć zagrożone jestestwo tak samo jak ból. 509
nauczył się zamykać w sobie, zapominać i nie troszczyć się o nic prócz
przeżycia od jednej godziny do drugiej. Miasto mu zobojętniało, a niezmienność miejskiego obrazu sugerowała jedynie to, że i jego los już
się nie zmieni.
A teraz miasto płonęło. Poczuł drżenie rąk. Próbował je opanować, ale
nie potrafił; drżenie przybrało na sile. Wszystko w nim stało się nagle
luźne i nie powiązane z resztą ciała. Głowa bolała go, jakby była w środku pusta i ktoś w niej bębnił.
Zamknął oczy. Nie chciał tego. Nie chciał, by cokolwiek pojawiło się
znowu w jego wnętrzu. Podeptał i pogrzebał wszelką nadzieję. Ukrył twarz
w dłoniach. Miasto nie obchodziło go. Nie chciał, żeby go obchodziło.
Chciał, by nadal, jak dotąd, słońce świeciło obojętnie na brudny
pergamin, który jako skóra opinał jego czaszkę, chciał oddychać, zabijać
wszy, nie myśleć - jak robił to już od dawna.
Ale nie potrafił. Drżenie w jego wnętrzu nie ustawało. Przetoczył się na
plecy i wyciągnął płasko na ziemi. Nad nim było teraz niebo z obłoczkami
wybuchów pocisków artylerii przeciwlotniczej. Strzępiły się prędko i znikały rozpędzane przez wiatr. Leżał tak przez chwilę, lecz nie mógł
dłużej wytrzymać również tego. Niebo stawało się błękitno-białą
otchłanią, w którą zdawał się wzlatywać. Obrócił się i usiadł. Przestał
patrzeć na miasto. Patrzył na obóz, po raz pierwszy patrzył nań, jakby
stamtąd oczekiwał pomocy.
Baraki drzemały w słońcu jak dotychczas. Czterech ludzi dalej wisiało ze
związanymi rękami na krzyżach. Scharführer Breuer zniknął, lecz dym z krematorium wznosił się nadal, tyle że stał się rzadszy. Albo akurat
palono dzieci, albo kazano przerwać pracę.
509 przemógł się i przyjrzał dokładnie temu wszystkiemu. To był jego
świat. Nie trafiła go żadna bomba. Ten świat nieubłaganie istniał dalej.
Tylko jemu podlegał; świat za drutami go nie obchodził.
W tym momencie artyleria przeciwlotnicza umilkła. Nagła cisza uderzyła w jego uszy, jakby pękła otaczająca go ciasno obręcz hałasu. Przez sekundę
wydawało mu się, że tylko śnił i właśnie się budzi. Zdecydowanym ruchem
odwrócił się znowu.
Nie, to nie był sen. W dole płonęło miasto. Tam był dym i zniszczenie, i jednak trochę go to obchodziło. Nie potrafił już rozróżnić, co zostało
trafione, widział tylko dym i ogień, cała reszta rozpływała się, ale to
zresztą obojętne: miasto płonęło, miasto, które wydawało się niezmienne,
niezmienne i niezniszczalne jak obóz.
Wzdrygnął się. Nagle odniósł wrażenie, że ze wszystkich wieżyczek za
jego plecami wymierzone są w niego wszystkie karabiny maszynowe w obozie. Obejrzał się prędko. Nic się nie stało. Wieżyczki były puste jak
przedtem. Również w uliczkach między barakami nikt się nie pokazał. Nic
to jednak nie pomogło - dziki strach chwycił go raptem za kark niczym
czyjaś ręka i potrząsnął nim. Nie chciał umrzeć! Nie teraz! Teraz już
nie! W pośpiechu pozbierał pożyczoną odzież i poczołgał się z powrotem.
Zaplątał się przy tym w płaszcz Lebenthala, jęcząc i przeklinając,
wyszarpnął go spod kolan i pospiesznie ruszył dalej w kierunku baraku,
do głębi poruszony i zdezorientowany - jakby uciekał jeszcze przed czymś
innym niż śmierć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki